2
Tymczasem panna Suchecka w towarzystwie spowinowaconej z jej ojcem ciotki, Eleonory Wiateckiej, spacerowała po ulicach Warszawy. Były u Hersego[9] na Marszałkowskiej, bo Emilka chciała godnie wydać pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze. Czasopismo "Bluszcz", które znała każda kobieta na ziemiach polskich, zapłaciło za pierwsze jej autorstwa wydrukowane opowiadanie pod tytułem Jedwabna spódnica. Przedstawiła w nim Emilka historię prostej dziewczyny, która zakochała się we właścicielu pobliskiego dworu i w zamian za swoją miłość dostała od niego piękną spódnicę. Kiedy w jej chacie wybuchł pożar, uratowała tylko tę pamiątkę. Zginęli jej bliscy, została sama, opuszczona, a po dawnym życiu zachował się jedynie symbol minionej miłości.
Emilka uważała, że opowiadanie było bardzo wzruszające. Pokazywało nagą duszę dziewczyny tak, jak zalecał pisać jej idol, Stanisław Przybyszewski. Uważał on, że najważniejszym tematem literackim powinno być wewnętrzne życie ukazywane z pełną szczerością, wnikliwie i gwałtownie. Ponieważ trudno się mówiło o niektórych emocjach, Emilka wykorzystywała symbole, które miały wiele znaczyć. W jej rozumieniu symbolem była zarówno spódnica, jak i pożar, a także prosta chata niezdolna pomieścić bogatej w uczucia osobowości bohaterki.
Głowę młodej autorki rozsadzały jeszcze bardziej pełne liryzmu albo wstrząsające pomysły, dlatego przyszłość widziała w jasnych barwach. Pławiła się w słodkim przeczuciu, że ma przed sobą sławę i pieniądze znacznie większe od tych, które właśnie zainkasowała, bo te wystarczyły jedynie na bluzkę u Hersego. Co prawda była piękna, z delikatnej koronki koloru brudnego różu i stójką zamiast kołnierzyka, ale była to tylko jedna bluzeczka.
Tymczasem nad Warszawą srożyła się zima. Mróz różowił policzki, słońce skrzyło się w stertach śniegu leżących po obu stronach ulicy. Obie z ciotką chciały zajrzeć jeszcze do magazynu Thonnesa, bo tam także można było dostać modne suknie balowe, a te, z racji nadchodzącego karnawału, były konieczne. Co prawda sezon rozpoczynał się niemrawo. Nawet prasa pisała, że swoboda i wesołość są w tym roku sztuczne i wymuszone, bo miasto szarpane było demonstracjami i zamieszkami wywoływanymi przez coraz większe rzesze bezrobotnych. Ale i tak planowano bale. Największy i najbardziej prestiżowy, na który wybierała się także panna Suchecka, miał się odbyć w budynku Filharmonii. Oddano go do użytku kilka lat temu, a jego otwarcie było wielkim wydarzeniem nie tylko muzycznym, ale także patriotycznym, bo inauguracyjny koncert zagrał sam mistrz Ignacy Jan Paderewski, orkiestrą zaś dyrygował popularny kompozytor i skrzypek Emil Młynarski[10].
Myśli panny Emilii błądziły wokół balu, który w tym roku miał nosić nazwę "Bal u Królowej Lalek", a w towarzystwie już krążyły plotki o niezwykłym wystroju sali. Podobno jej sufit wyłożony był błyszczącymi blaszkami, a w nich miało się mienić czarodziejskie światło elektryczne. W takim blasku pięknie powinien prezentować się róż. Taka suknia swoim kolorem odbijałaby się poświatą i kładła ciepłą barwą na zwykle troszkę bladawych policzkach dziewczyny. Już sobie wyobrażała, jak na balu wszyscy zwrócą na nią uwagę, jak wśród szmeru głosów dojdą ją upragnione słowa: "Nie dosyć, że piękna, to jeszcze jaka zdolna! Czytałaś, moja droga, jej debiutanckie opowiadanie? Znać pazur prawdziwej pisarki i znawczyni ludzkich dusz".
Tak zagłębiła się w swoich rozmyślaniach, że zupełnie nie zwróciła uwagi na to, co mówiła ciotka. Zresztą ona nigdy nie miała nic ciekawego do powiedzenia.
- Ja się, moja droga, nie mogę przyzwyczaić do tego, że nad głową porozwieszali mi plątaninę drutów. Czuję się jak uwięziona w jakiejś gigantycznej pajęczynie. - Pani Eleonora jak zwykle na coś narzekała.
Stanęły na brzegu trotuaru, bo chciały przejść na drugą stronę ulicy, by zaraz skręcić w Świętokrzyską, gdzie mieścił się magazyn Thonnesa. Nad ich głowami rzeczywiście wisiały przewody elektryczne. Drogą, turkocząc po kamiennej kostce, sunęły dorożki jedno- i dwukonne, po torach pędził tramwaj i głośno dzwonił, by ostrzec innych użytkowników ruchu. Przypominał ten dawny, konny, tylko śladu po koniach nie było, a zamiast tego uczepiony był jednego z napowietrznych drutów konstrukcją zwaną pantografem. Od czasu do czasu sypały się spod niego iskry i wtedy niektóre konie płoszyły się, a furmani ze wszystkich sił ściągali lejce, wołając: "Prrr!". Uczepiony tylnej platformy tramwajowego wagonu jechał na gapę jakiś roześmiany młody chłopak, sądząc po mundurku, gimnazjalista.
- A mi się to podoba, te światła, ta jasność - próbowała oponować Emilka, ciągle mając przed oczyma różową suknię, której kolor podkreślała niezwykła elektryczność. - To wszystko wydaje się magią. Popatrz, ciociu, czy to nie jest niezwykłe, że te tramwaje tak same suną po torach nieciągnięte przez nikogo?
W drogowym ruchu zauważyły lukę i już miały ruszyć przed siebie trochę na ukos ulicy, kiedy zupełnie niechcący potrąciły jakąś parę. Najwyraźniej małżeństwo w średnim wieku.
- Przepraszam najmocniej! - zadudnił basem mężczyzna, a kobieta zapiszczała:
- Pani Eleonora? Co za spotkanie!
Ciotka rozłożyła szeroko ramiona, w które natychmiast wpadła ta nieznana Emilce dama, po czym obie wymieniły się substytutami serdecznych pocałunków złożonymi w powietrzu w okolicach uszu, prawego, a potem lewego. Uradowane panie najwyraźniej nie zamierzały się rozstawać, zanim nie wymienią najświeższych ploteczek, i wszystko wskazywało na to, że zaraz zacznie się dłuższa pogawędka, a może nawet całe towarzystwo zboczy do którejś z pobliskich cukierni.
- Proszę pozwolić, że przedstawię, panna Emilia Suchecka, córka mojego krewnego, Piotra Sucheckiego, wschodząca gwiazda polskiej literatury. - Ciotka dokonała niezbędnej prezentacji.
Pani Eleonora usiłowała zażartować, ale efekt tego był zaskakujący. Oboje państwo, których nazwiska Emilka nie zdążyła dosłyszeć, nagle zesztywnieli, uśmiechy zniknęły im z ust, niemal niegrzecznie odwrócili się i odeszli. Ledwie zdążyli się chłodno pożegnać.
- Co ich ugryzło?
Ciotka była niepocieszona. Nabrała ochoty na czekoladową babeczkę u Semadenich[11] i ploteczki. Emilka oczywiście nie potrafiła odpowiedzieć na tak postawione pytanie, dlatego obie damy ze zwarzonymi minami przeszły wreszcie przez pełną dorożek i furmanek ulicę. Między końmi i ciągniętymi przez nie powozami z rykiem klaksonu przedzierał się samojezd[12]. Ciotka i Emilka drgnęły trochę przestraszone i przyspieszyły kroku.
Automobil zatrzymał się przed magazynem Thonnesa i wysiadł z niego człowiek odziany w długi skórzany płaszcz, ściśle przylegającą do głowy czapkę pilotkę i wielkie okulary. Wszyscy w Warszawie go znali. To był Stanisław Grodzki, warszawski kupiec i przemysłowiec, o którym powszechnie wiedziano, że zarażony był pasją motoryzacyjną. Emilka westchnęła z zachwytu i pociągnęła ciotkę w stronę samochodu. Był to ten sam model Protos G2 produkowany przez niemieckie zakłady Simensa, który prawie wygrał wielki wyścig z Chicago do Paryża. Emilka wyczytywała wszystkie prasowe doniesienia na ten temat. Kilka automobilowych załóg najpierw jechało przez całe Stany Zjednoczone z Chicago do San Francisco, potem statkami na Alaskę i po zamarzniętej cieśninie Beringa śmiałkowie przedostali się na Syberię. Jej bezdrożami gnali w stronę Europy. Tylko trzy załogi dotarły do Paryża przez Moskwę i Berlin, reszta nie wytrzymała trudów podróży.
Jaki to był wspaniały materiał na powieść! Ileż dramatów mogło się zdarzyć podczas tak niebezpiecznej automobilowej eskapady! Oczywiście, gdyby Emilka opisywała taką historię, to główną bohaterką byłaby kobieta, która koniecznie musiałaby ukryć swoją płeć, bo inaczej jej załoga nie zostałaby zakwalifikowana do wyścigu. Prawda o niej wyszłaby na jaw dopiero wtedy, kiedy drużyna tej panny jako pierwsza pojawiłaby się na mecie. A co wtedy? Dyskwalifikacja czy powszechne uznanie, że kobieta nie gorzej od mężczyzn potrafiła sobie poradzić z najbardziej ekstremalnymi życiowymi problemami? Emilka nie mogła się zdecydować.
W każdym razie chęć obejrzenia tej wspaniałej maszyny zwyciężyła na razie pokusę kupienia nowej sukni balowej i Emilka razem z warszawskimi łobuziakami zaczęła się przyglądać samochodowi. Miał składaną budę i tapicerowaną skórą kanapę z tyłu podobnie jak dorożka, ale z przodu zamiast dorożkarskiego kozła zamontowano dwa eleganckie fotele i kierownicę. Pasażerów osłaniała przed pędem powietrza szyba, która teraz była złożona i leżała na masce pojazdu. Do automobilu wsiadało się, otwierając drzwiczki i wstępując na niewielki podest ciągnący się po jego obu stronach. Emilka nie mogła oderwać oczu od tego cudu techniki. Ciotka nie potrafiła jej od niego odciągnąć, choć panna z dobrego domu podziwiająca samochód w towarzystwie gromady umorusanej dzieciarni to było coś bardzo niestosownego.
Jeszcze bardziej niestosowne było to, że kiedy w drzwiach salonu mody znowu pojawił się pan Grodzki, warszawskie andrusy rozpierzchły się jak stado wróbli, a przy samochodzie zostały tylko panna Emilka i jej ciotka w przekrzywionym z zażenowania kapeluszu. Pan Stanisław, widząc je, uśmiechnął się szeroko, wojskowym gestem zasalutował do samochodowej czapki z podniesionymi na nią okularami, a potem, o zgrozo, dwoma palcami przesłał pannie pocałunek. Tego już ciotka Eleonora nie mogła znieść. Siłą wciągnęła Emilkę do sklepu. Zastanawiała się, czy wobec tak skandalicznego zachowania się panny powinna sfinansować jej tę balową suknię czy nie, choć obiecała jej to już na początku adwentu.
- Nie gniewaj się, ciotuniu. - Emilka ze słodkim uśmiechem przystąpiła do przeprosin.
- Ja wszystko rozumiem, moja droga, ale w każdej sytuacji należy się zachowywać jak dama - zrzędziła pani Eleonora.
- Dama? - W oczach Emilki zalśniły łobuzerskie ogniki. - A co powiesz, ciotuniu, na takie słowa? "Oświadczamy, że wspaniałość świata wzbogaciła się o nowe piękno: piękno szybkości! Samochód wyścigowy ze swoim pudłem zdobnym w wielkie rury podobne do wężów o ognistym oddechu... ryczący samochód, który zdaje się pędzić po taśmie karabinu maszynowego, jest piękniejszy od Nike z Samotraki!"[13].
- To bluźnierstwo! - Ciotkę aż zatchnęło z oburzenia. Doceniła jednak to, że swoje herezje Emilka wypowiadała szeptem.
- Nie, cioteczko, to świat tak pędzi naprzód - odpowiedziała jej młodziutka krewna i z tym pani Wiatecka musiała się zgodzić. Nie miała też najmniejszych wątpliwości, że Emilka to osoba niebezpiecznie ciekawa świata i wyrywanie się do samodzielności i jej feministyczne fantazje musiały wzbudzać niepokój. Jednak pani Eleonora miała do niej słabość. Może to buntownicze nastawienie do świata było także cichą tęsknotą statecznej pani?
W każdym razie, kiedy podeszła do nich panna sklepowa i z czeluści magazynów zaczęła wyciągać coraz to nowe modele sukien, obie już w całkowitej zgodzie zajęły się wybieraniem kreacji. Emilka znalazła coś, co jej odpowiadało. Była to cudowna suknia z bladoróżowego jedwabiu ozdobiona na gorsie pliseczkami obszytymi małymi perłami. Cudo! Ciotka z ulgą stwierdziła, że Emilce nie obce było poczucie elegancji i umiaru, więc chętnie zapłaciła wcale niemały rachunek. Szaleństwa są domeną młodości - myślała sobie - ale klasyczny gust to podstawa bycia damą. Emilka miała szanse, by się nią stać.
[9] Najbardziej znany w Warszawie dom mód słynący z doskonałej jakości i elegancji sprzedawanej tam odzieży.
[10] Ten koncert odbył się 5 listopada 1905.
[11] Szwajcarska rodzina Semadenich w XIX w. założyła na ziemiach polskich wiele cukierni. Najsławniejsze były te otwarte w Warszawie, Lublinie i polska cukiernia w Kijowie. Warszawskie działały między innymi w Teatrze Wielkim ("Pod Filarami") i w innych teatrach rządowych.
[12] Tak u początków polskiej motoryzacji próbowano spolszczyć słowo automobil.
[13] Manifest awangardowego kierunku literackiego futuryzmu, który ogłosił Filippo Tommaso Marinetti w 1909 r.