2
Po ślubie Zosi pani Hanna Sternowa poczuła się gorzej. Bronek Aleksandrowicz stawał na głowie, by sprowadzić do niej mądrzejszych i bardziej utytułowanych kolegów niż on sam. Konsultował ją doktor Józef Kinderfreud, naczelny lekarz szpitala starozakonnych, oraz Ludwik Natanson, człowiek jeszcze niestary, ale opromieniony sławą znakomitego diagnosty. Ponieważ każdy z nich bezradnie rozkładał ręce, mówiąc, że gruźlica w takim stopniu zaawansowania jest chorobą, z którą nie są w stanie wygrać, to ściągnięto do mieszkania Sternów jeszcze tak znanych lekarzy, jak Aleksander Le Brun czy Adam Helbich. Ale oni także mieli do zaoferowania tylko wyrazy współczucia. Na propozycję wyjazdu do Szwajcarii pani Hania się nie zgadzała, bo oznaczałoby to albo rozstanie z najbliższymi, albo kompletną ruinę majątkową rodziny, bo Abram, jej mąż, gotów był spieniężyć cały majątek i poświęcić go na ratowanie żony.
Takie plany wprowadziły w kompletne rozdrażnienie Kicińskiego.
- Twój ojciec jest człowiekiem kompletnie nieodpowiedzialnym! - mówił do Zosi podczas obiadu, oskarżycielsko wyciągając wskazujący palec w jej kierunku. - Takie posunięcie nie ma najmniejszego sensu. Może przedłuży agonię matki o kilka tygodni, ale nie przywróci jej zdrowia.
Wszystko to nie pozbawiało go apetytu, więc zajadał się zabielanym barszczem, kołdunami, nadziewanym mostkiem cielęcym, a na deser nawet poprosił o dokładkę sufletu z jabłek.
- Wierzę, że ojczulek podejmie najwłaściwszą decyzję.
Zosia próbowała łagodzić jego zły humor. Zmartwienia nie pozwalały jej jeść. Schudła, policzki się zapadły, a oczy wydawały się jeszcze większe.
- Mylisz się, moja droga - prychnął, dokładając sobie trzecią porcję sufletu. - Niestety teść prezentuje typowe dla swojej rasy cechy, czyli łzawość i sentymentalizm.
Zosia nie lubiła, kiedy Miron źle i z lekceważeniem mówił o jej rodzinie. Już miała z przekąsem zapytać, czym niby różni się łzawość od sentymentalizmu, ale on nie dał jej dojść do słowa.
- Dość rozejrzeć się po tych wszystkich Nalewkach, ulicach Gęsich czy Gnojnych, posłuchać tego jęczącego szwargotu, żeby zrozumieć, że jest to nacja trudna do okiełznania w swoich popędach. Żydzi nie znają umiaru w chciwości i w tandetnej smętności.
- Czy nie przychodzi ci do głowy, że sprawiasz mi przykrość? - Odsunęła od siebie talerz. Żołądek ze zdenerwowania znowu jej się skurczył. Nie dałaby rady przełknąć ani kęsa.
- Jak przykrość? Dlaczego przykrość? Ja mówię prawdę, a ona może czasem w oczy kole, ale trzeba umieć ją przyjąć! Pogodzić się z nią! Brać pod uwagę w swoich życiowych poczynaniach. A ty tego nie potrafisz. Dlatego dajmy temu spokój, moja droga. Pozwól, że to ja będę miał w naszych sprawach decydujący głos. Zresztą tak nakazuje prawo i dobry obyczaj. - Miron sięgnął po leżącą mu na kolanach serwetę, otarł usta i skinął na służącą. - Herbata!
Nowo najęta służąca hrabiostwa Kicińskich, Adelka, była jeszcze niewdrożona do posługi. Od lat wszystkie dziewczyny usługujące w domach Sternów, Majewskich czy Sucheckich pochodziły ze wsi Bednary należącej niegdyś do nieżyjącej już babki Magdusi Sucheckiej, Marty Żarskiej. Najczęściej były to dziewczyny z rodziny Jurgawków, która wspierała starszą panią, zanim ta sprowadziła się do wnuczki do Warszawy. Jurgawkówny przyjeżdżały do nich z ufnością, że nie spotka ich tu żadna krzywda, a raczej wielki los, bo służba w tych rodzinach oznaczała naukę wielu potrzebnych rzeczy i najczęściej korzystne zamążpójście. Ale początki były trudne. Na przykład obsługa samowara nie należała do najłatwiejszych i Zosia musiała pomóc.
- Najpierw trzeba nalać do samowara wody - tłumaczyła. - Potem, o tutaj, wkładamy kawałki węgla drzewnego i podpalamy. Słyszysz, jak huczy?
- Mhm - odpowiedziała przejęta Adelka.
- A do czajniczka wsypujesz dwie łyżeczki herbacianych liści.
- Towarzystwo w sam raz dla ciebie - skomentował sytuację małżonek i nie mogąc się doczekać, aż podadzą mu tę herbatę, poszedł do salonu, ułożył się na kanapie i zabrał za lekturę codziennych gazet.
Zwykle po obiedzie pani Kicińska szła do rodziców, którzy zajmowali mieszkanie w tej samej kamienicy przy Marszałkowskiej na rogu Świętokrzyskiej. Chciała pobyć z matką, dopóki się da. Wiedziała, że jej też te wizyty były potrzebne. Hanna wypatrywała ich ze skrywaną niecierpliwością. Przyglądała się córce uważnie, czy nie zobaczy gdzieś jakiegoś zasinienia, śladu po uderzeniu.
- Miron nigdy nie podniósłby na mnie ręki! - z pełną stanowczością odpowiedziała Zosia, kiedy dręczona podejrzeniami matka zapytała ją o to wprost.
- Wiedziałam - westchnęła z ulgą chora. - Ale mizernie wyglądasz, coś jest nie w porządku?
- Miron mnie kocha - odpowiedziała córka z równym przekonaniem.
Jej mąż, w domu przykry, przed obcymi wychwalał Zośkę pod niebiosa. Mówił, jaka to dobra gospodyni, jak potrafi zadbać o dom, że utalentowana, a jej nowy szkic pochwalił nawet sam książę Sanguszko. Kiedy jeden z jej obrazków przedstawiający grupę ludzi obserwujących konne wyścigi na torze w Służewcu ukazał się w "Dzienniku Warszawskim", położył numer tego pisma na honorowym miejscu w salonie i pokazywał go wszystkim, którzy ich odwiedzili.
- A ty jego? - dopytywała matka.
- Miłość z czasem przyjdzie. Na pewno - odpowiadała, bo wiedziała, że matki nie oszuka.
- Przyjdzie. - Pani Sternowa poklepywała córkę pocieszająco po dłoni i przypominała sobie, ile czasu zabiegał o jej względy Abram i jak w końcu połączyła ich mocna miłość oparta na zaufaniu, wzajemnej dbałości i zrozumieniu.
Miron zachodził do teściów zwykle nieco później, kiedy już wybudził się z poobiedniej drzemki. Jakiś tydzień temu doszedł do wniosku, że od ślubu minęło już wystarczająco dużo czasu, by Abram zaproponował mu udział w spółce. Przedsiębiorstwo rozwijało się świetnie dzięki talentom organizacyjnym teścia, czego Kiciński nie chciał przyznać nie tylko głośno, oficjalnie, ale nawet przed sobą, a także dzięki oryginalnym projektom sukien wymyślanych najpierw przez panią Hannę, a potem jej córkę. Uważał, że nazwę: "Adam Stern - dom mody dla pań", należy jak najszybciej zmienić, bo trąci byle jakim handelkiem. On chciałby z tego interesu zrobić wielkie przedsiębiorstwo z zagranicznymi kontaktami, by nazwisko Kiciński kojarzyło się z dalekosiężną wizją, paryskim szykiem, a nie tylko ze sklepem na Marszałkowskiej. A przede wszystkim należy wyrzucić z asortymentu całą damską bieliznę. Kto to słyszał, żeby hrabia Kiciński sprzedawał majtki! Zgroza!
Na dwa tygodnie przed śmiercią teściowej Miron doczekał się tej rozmowy. Abram zaproponował mu co prawda jeszcze nie udział w przedsięwzięciu, ale poprosił o pomoc w prowadzeniu firmy.
- Kiedyś ją przejmiesz, więc najwyższy czas, żebyś się ze wszystkim zapoznał.
Swoje urzędowanie rozpoczął hrabia Kiciński od urządzenia odpowiednich biur. Nie mógł przecież przyjmować interesantów w marnym kantorku na zapleczu szwalni, jak to robił jego teść. W tym celu wynajął lokal na pierwszym piętrze niedaleko, bo przy Świętokrzyskiej, i niedrogo, bo bez balkonu. Bardzo dobrze, balkon w biurze nie był konieczny, a koszty należało mieć pod kontrolą.
- O reprezentację trzeba dbać, bo to szybko da wzrost korzystnych kontaktów, a co za tym idzie: zysków - tłumaczył staremu Sternowi, kiedy ten odważył się kręcić nosem.
Ale Abram był przygnieciony nieszczęściem, a jego zięć wymowny, żeby nie powiedzieć natrętnie zrzędliwy, więc stary machnął ręką na to wszystko, mając niemiłe uczucie, że robi głupstwo. Po prostu nie miał siły, by sprzeciwić się Kicińskiemu.
Biuro trzeba było należycie urządzić, więc Miron wyciągnął jeszcze od Sterna pieniądze na piękne meble w coraz modniejszym stylu anglikańskim, które miały wprowadzać we wnętrzu nastrój solidności i stabilizacji. Biurko, obszerne szafy na dokumenty, stół, który Miron nazwał konferencyjnym, i obite skórą krzesła sporo kosztowały. Do tego przydałoby się urządzić jeszcze przynajmniej część pokoju w sposób bardziej sprzyjający relaksowi po ciężkiej pracy, dlatego Kiciński zamówił wygodną sofę, dwa fotele, stolik kawowy i niewielki barek. Wszak korzystne transakcje należało uczcić czymś wykwintnym, francuskim koniakiem, angielską brandy, a sam Miron gustował też w węgierskich tokajach i pochodzącym z Normandii calvadosie. No i na koniec pozostały mu sprawy drobne, których jednak nie należało lekceważyć, jak pasujące do nobliwego wystroju ciemnozielone story, perski dywan i na ścianach kilka obrazków. Nic nowomodnego, pełna klasyka. Miron zamówił u malarza polecanego mu przez hrabiego Bnińskiego kopie wizerunków Warszawy Canaletta. Mistrz się cenił, ale warto było, bo sam Bniński twierdził, że trudno odróżnić te kopie od oryginałów i Miron musiał mu przyznać rację.
Tak zajęty był tymi pracami, że niemal nie zauważył śmierci pani Sternowej, a jej pogrzeb przeszkodził mu w meblowaniu pomieszczenia, w którym chciał posadzić swojego kancelistę i sekretarza.
Po śmierci żony Abram Stern oklapł zupełnie. Jeśli pojawiał się w firmie, to jakiś nieobecny i trudno mu było połapać się w zmianach, których dokonał zięć. Pomieszczenia szwalni zostały zmniejszone, za to rozbudowano salon, w którym przyjmowane były klientki. Dział bielizny zlikwidowano, a w jego miejsce pojawiły się kontuary z biżuterią. Miron - przez całe życie ubogi krewniak bogatej rodziny - nie miał pojęcia o kosztownych precjozach, o tym, że panują w tej dziedzinie zmieniające się mody, więc pozwolił sobie wcisnąć byle co. Teraz te błyskotki leżały w oszklonych gablotach i nikt do nich nie zaglądał.
Zosia dbała przede wszystkim o ojca. A ten był nieznośny. Niedopilnowany, natychmiast jechał na grób żony i gdyby go stamtąd niemal przemocą nie ściągnąć, siedziałby tam dniami i nocami. Któregoś dnia zmókł i przemarzł. Umarł w ciągu tygodnia. Cicho i z uśmiechem na ustach, bo dobry Bóg ulitował się nad nim i pozwolił dołączyć do ukochanej.
Zośka została sama. Ocknęła się z żałoby w kilka tygodni później, kiedy Matylda Mariańska, osoba zaufana i przełożona nad szwalnią, poskarżyła się, że brakuje jedwabnych nici, nowiutkie singerowskie maszyny do szycia są niekonserwowane, bo nie ma do nich oleju, i choć materiałów wystarczy tylko na tydzień, to nowych dostaw nie widać. Pani Zofia postanowiła rozmówić się z mężem. Znała już jego drażliwość, więc postarała się o dobrą atmosferę.
Tego dnia Miron wrócił do domu później niż zwykle. Popołudniem odwiedził go dawny znajomy, baron Kobryński. W ogóle od czasu ożenku, a szczególnie otworzenia nowej kancelarii - jak zwykł nazywać swoje biuro, bo wydawało mu się, że to dodaje mu dostojeństwa - wielu z tych, którzy nosili wielkie nazwiska, ale byli na tyle ubodzy, że niespecjalnie się przejmowali burżuazyjnymi zajęciami Kicińskiego, chętnie odnowiło z nim znajomość. Sam Miron nie wiedział, czy to ze względu na jego towarzyskie talenty, czy też z tego powodu, że zawsze u niego można było liczyć na luksusowy trunek, a często gęsto także obiad zamawiany z dobrej restauracji. Samokrytycznie dopuszczał obie możliwości, ale i tak uważał, że podstawą powodzenia są znajomości, więc pielęgnował je starannie.
- Chciałabym z tobą porozmawiać - przywitała go żona.
Na stole stała wyśmienita kolacja, ale Miron nie miał na nią ochoty. Z Kobryńskim zjedli przed chwilą doskonałe ostrygi.
- Jestem tak zmęczony, moja droga, że nawet nie zjem dziś kolacji - odpowiedział i miał zamiar wyjść z jadalni.
- A jednak nalegam, byśmy porozmawiali - upierała się.
- O cóż więc chodzi? - Ze zrezygnowaną miną usiadł przy stole.
- Rozmawiałam dziś z Mariańską i dowiedziałam się, że brakuje nici, a maszyny nie są oliwione, bo...
- Wracam po ciężkiej pracy - przerwał jej podniesionym na wszelki wypadek głosem, gdyby chciała dodać coś jeszcze - i zamiast podziękowań za trud, częstujesz mnie, pani, pretensjami. A przecież ja nie siedzę całymi dniami w wygodnym domu, nie zajmuję się, przepraszam, że to powiem, zamazywaniem kolejnych kart papieru bohomazami. Ja pracuję! A ty, pani, jak spełniasz swoje powinności? Nawet dziecka mi nie potrafisz dać! A ja dziś spotykałem się z kupcem z Astrachania, odbierałem korespondencję od naszych kontrahentów, odpisywałem na nią. Tysiące spraw, tysiące... A pani mi nićmi głowę zawracasz.
- Bez nich... - zaczęła Zosia i miała podzielić się prostym spostrzeżeniem, że bez nici nic nie można uszyć, ale Miron zagłuszył ją:
- Ja nie siedzę i nie próżnuję! Cały dzień uczciwie i ciężko pracuję, a spotykam się tylko z niewdzięcznością. Czyż nie należy mi się odrobina odpoczynku? Wytchnienia? Podzięki za starania?
Kiciński miał zwyczaj popadania w długie monologi. Nie sposób się było przez nie przebić, bo nawet jeśli czasem zamilkł i Zośka chciała coś przez ten czas powiedzieć, to on natychmiast znowu podejmował swoją przemowę tak głośno, że musiałaby mocno się wysilić, by go przekrzyczeć. Ale po co? Przecież on i tak słyszał tylko siebie. Postanowiła więc odłożyć tę rozmowę na następny dzień.
Niestety nic to nie dało. Hrabia Kiciński obraził się śmiertelnie i przez kilka dni nie miał zamiaru z nią rozmawiać. Wychodził z pokoju, kiedy tylko się do niego odezwała. Prosiła, by powiedział jej, o co chodzi. Potem nawet próbowała łagodzić jego obrazę, przepraszać, choć pojęcia nie miała za co, ale to nie przynosiło żadnego efektu. Po dwóch tygodniach milczenia Miron położył się późnym wieczorem do łóżka, ale nie odwrócił się do żony plecami, jak to robił ostatnim czasem. Dotknął jej ramienia, a ona, ucieszona tą jego łaskawością, przywarła do niego.
- Już się nie gniewasz Mironku?
Nie odpowiedział, zajął się czymś innym.