2
Powstańczy szpital mieścił się w barokowym pałacu wzniesionym na podpartej ogromnym murem skarpie. Na umocnieniach urządzono taras zastawiony kramami i jatkami. Był tutaj jeden z licznych targów w Warszawie. W czasie powstania większość straganów stała jednak pusta, bo o żywność i mięso było coraz trudniej.
Ewa Konieczkówna i Hanka Boratyńska skończyły pracę dziś wyjątkowo wcześnie i weszły między budy w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Tylko na jednym z kramów leżały resztki starego capa, które nijak nie nadawały się na rosół. A przecież Ewa musiała z czegoś ugotować pożywny bulion. Jej ranny tylko od czasu do czasu odzyskiwał świadomość na tyle, by coś wypić. Rany goiły się, ale on sam był tak słaby, że za każdym razem, kiedy po powrocie ze szpitala otwierała drzwi swojego mieszkania, nie wiedziała, czy zastanie go jeszcze żywego. Tak jakoś się dziwnie działo, że im więcej starania kosztowało ją utrzymanie tego mężczyzny przy życiu, tym bardziej pragnęła go ocalić. Tak jakby podjęła wyścig z losem. Jego śmierć byłaby jej przegraną. Gnała ją jakaś piekielna ambicja, dawała siłę, by nie spać całymi nocami, a potem w dzień pracować w szpitalu. Tym razem stanęła jednak zrezygnowana przy jatce z koziną.
- Jake to ludzie tera wybredne sie zrobiły! - wrzasnęła przekupka, widząc jej minę, i wzięła w rękę kawał mięsa. - Taki comberek nie podoba sie? Toż to był młody koźlik. Niemalże jagniątko!
- On taki młody jak pani i ja! - tym samym tonem odcięła jej się Hanka. - Tłuszcz ma niemal brązowy, a capi na całą okolicę!
Rzeczywiście Boratyńska pierwszą młodość miała za sobą, a na twarzy wypisane trudy dotychczasowego życia. Ale silna, gibka sylwetka, spojrzenie ciemnych oczu i piękne włosy zwykle upięte w kok czyniły z niej kobietę, za którą ciągle oglądali się mężczyźni.
- Oj, zaraz capi! Zwyczajnie przecież... - już z mniejszą pewnością siebie kłóciła się przekupa. - Co to pani Boratyńska nie wie?
Panią Hankę znali tu i poważali wszyscy za jej siłę i determinację. Robiła dla rannych, co się dało, ale nie załamywała rąk, kiedy jeden z drugim umierali. Robiła wrażenie niezłomnej kobiety.
- A Januszowa to nie mogłaby gdzieś tam po swoich torbach poszukać, może co lepszego się znajdzie? Jak ja dziecko takim mięsem nakarmię?
- Nie mam, na mękę pańską przysięgam, że nie mam, ale jakby tak pani Boratyńska podeszła do chałupy w Czystem[6], to coś by sie znalazło dla Zosieńki. To taka śliczna dziewczynka!
Januszowa rozczuliła się do łez. Chlipała coraz głośniej, raz po raz obcierając oczy brzegiem grubej kraciastej chusty. Chłopskim zwyczajem miała ją zarzuconą na głowę, a skrzyżowane na piersiach końce zawiązała w pasie.
- A co to się stało, Januszowo? Co tak płaczecie?
Ewa była pełna uznania dla dzielności pani Boratyńskiej. Znała jej historię i wiedziała, że kobieta uciekła z córeczką od katującego ją męża. Przewędrowała przez pół Polski, by znaleźć schronienie w domu hrabiostwa Żarskich. Nie dziwiła się więc jej szorstkości i nieufności, z jaką Hanka traktowała obcych, dlatego teraz zaskoczył ją ten ton pełen troski.
- Pochorowały mi się dzieciska. Ruskie wojska przywlekły tę zarazę! Niech ich pokręci! Niech ich czort!
- Co im?
- Sraczki, za przeproszeniem pani Boratyńskiej, dostały i takie biedne bez siły leżą.
- Pewnie cholera. Wezmę coś z apteki i przyjdę do was - wtrąciła się Ewa. - Tak same te dzieci w chałupie leżą?
- Matka mają koło nich staranie.
- Pójdę z tobą. Strach teraz po Warszawie chodzić samemu, a co dopiero wypuszczać się za rogatki - dodała pani Hanna.
- Jakby tak panie pozwoliły, to może ja bym się na co przydał?
Odwróciły się jak na komendę. Za nimi stał młody Żyd w czarnym chałacie i kaszkiecie na głowie, do którego przypiął narodowego orła.
- A pan Abraham co? - nastroszyła się Boratyńska.
- Pomóc chciał, odwdzięczyć się.
- Nie ma za co się odwdzięczać. Pan Abraham życie naraził, pod Olszynką walcząc, chociaż Żyd.
- Powinnyśmy być wdzięczne panu... - wtrąciła Ewa.
- Abraham Stern, do usług.
- ...panu Sternowi za towarzystwo. Z wdzięcznością przyjmujemy - dokończyła szybko Ewa, nie bacząc na zniecierpliwione spojrzenia Hanki.
Walercia Januszowa już się spakowała podczas tej utarczki i ruszyli w kierunku Leszna. Konieczkówna zajrzała jeszcze tylko na moment do swojego mieszkanka. Rosjanin jak zwykle spał. Gorączka trzymała go jeszcze mocno, ale oddychał spokojniej. Nie majaczył. Oddech znaczył się równo chmurką pary w wyziębionym pomieszczeniu. Uspokojona zeszła na dół do rodzinnej apteki.
- Do Czystego idę, po jedzenie. Dzieci jednej z przekupek sprzed szpitala chyba zapadły na cholerę.
Starsza pani Konieczkowa jak zwykle siedziała przy stoliczku z mechaniczną kasą ustawionym koło okna. I jak zwykle była w stanie błogosławionym. Kosmyk siwiejących włosów wymknął jej się ze starannie upiętego koka. To było niedopuszczalne i nigdy się nie zdarzało.
Matka się starzeje - pomyślała sobie Ewa. Ale aptekarzowa chyba nie zamierzała się zbyt łatwo poddać, bo głosem energicznym i jak zawsze nieznoszącym sprzeciwu nakazała stojącej za ladą jednej z dwunastu swoich córek, Honorci:
- Daj jej laudanum, kropli miętowych i trochę oliwy prowansalskiej. Przyniesie ulgę, choć dobrze wiesz, że na cholerę lekarstwa nie ma.
- Dziękuję mateczce.
Ewa chciałaby być taka jak matka. Spokojna, zawsze wiedząca, co należy zrobić, jednocześnie stanowcza i pełna troski. Sprawną ręką kierowała liczną rodziną. Na ojca nie było co liczyć. Gdyby matka była mężczyzną, pewnie zostałaby generałem - często tak o niej myślała i to jej imponowało.
Chałupa Walerci Januszowej w Czystem niczym nie różniła się od innych. Słomiana strzecha, pobielane wapnem ściany, przed drzwiami wielki kamień zamiast schodka i wysoki próg. A wszystko powalane błotem topniejącego śniegu. Za niemiłosiernie skrzypiącymi drzwiami sień z plecionymi ze słomy pojemnikami na zboże, z pługiem i drewnianą broną zawieszoną na ścianie, z beczką na wodę i żarnami ustawionymi w kącie. Z jednej strony izba, w której gnieździli się jacyś pogorzelcy, z drugiej mieszkanie Walerci. Śmierdziało. Trójka dzieci leżała bez przytomności w brudnym posłaniu. Ewa otworzyła okno.
- Jeszcze na dodatek wilka dostano! - lamentowała Januszowa.
- Tak trzeba - ucięła te lamenty Ewa tonem swojej matki i zabrała się za robotę. Jak na chłopską chałupę było tu dosyć porządnie. Ale i tak panna Konieczkówna sięgnęła po miotłę, ścierę i dawaj, razem z Hanką raz dwa doprowadziły dzieciaki i izbę do czystości. Januszowa z Abrahamem poszli złapać gąsiora, któremu należało obciąć łeb i oskubać.
One tam w mieście tyle dobrego pierza mogłyby zmarnować - myślała Walercia i do tego nie zamierzała dopuścić. Siedziała na kamieniu przed wejściem, darła pierze z zabitego ptaka i wsadzała do wora.
- Bedo żyć? - spytała po skończonej pracy, zaglądając do izby. Tyle w jej głosie było nadziei, że Ewie ścisnęło się serce.
- Wiele od was zależy. Czysto ma być. Wodę im do picia macie gotować, niech ręka boska broni pić surową. Wam też, bo zachorujecie. Tu lekarstwa. Z laudanum ostrożnie. Tylko po parę kropel, bo za dużo prędzej zaszkodzi, niż pomoże. Pić im dawać jak najwięcej. Bywajcie.
Bez przeszkód wrócili do Warszawy. Nikt ich nie napadł ani nawet nie zaczepił, więc pan Stern nie miał okazji pochwalić się swoim męstwem. Był tym wyraźnie zawiedziony i tylko co chwilę nagabywał Hankę:
- A pani Boratyńska nie zmęczona? A może ja poniosę jeszcze ten tobołek? - pytał, choć i tak bardziej przypominał jucznego konia niż człowieka.
Ona oganiała się trochę od niego, jak od natarczywego psiaka, ale tym razem była zadowolona, że z nimi poszedł. Czuła się wykończona niedawnymi przeżyciami. Jeszcze ilekroć sobie przypomniała, że spotkała swojego męża w Warszawie, nogi się pod nią uginały. Trafił w jej ręce ciężko ranny. Nawet taki wydawał jej się groźny. Czuła na sobie pełen nienawiści wzrok. Zdawała sobie sprawę, że upokorzyła podziwianego w całej okolicy pana Boratyńskiego swoją ucieczką. On, największy na Wołyniu zabijaka, on, z którym nikt się nie mógł zmierzyć ani na szable, ani w ilości wypitej gorzały, on nie upilnował baby, a ta wzięła dziecko i uciekła! Gdyby nie umarł, znalazłby ją i zatłukł. Bóg jedyny wie, ile sił i samozaparcia kosztowało ją, by opatrzyć ranę najlepiej, jak umiała. Nie przyłożyła ręki do jego śmierci, ale strach wypił z niej cały hart ducha. Nie chciała się do tego nikomu przyznać, dalej grała rolę kobiety, której nie straszna żadna rzecz. Mawiała nawet częściej niż dawniej, że jak ktoś przeszedł tyle, co ona, to żaden diabeł jej już nie przerazi. Ale to nie była prawda. Teraz była wdzięczna za każde wsparcie, choć nie potrafiła tego okazać. Nawet temu Abrahamowi Sternowi była wdzięczna, ale on, od kiedy opatrzyła mu niegroźne rany, spoglądał na nią okiem łagodnej łani, a ona zdecydowanie nie życzyła sobie jakiejś bliższej zażyłości.
Był późny wieczór, kiedy Ewa znalazła się u siebie. Zapaliła świece i zajrzała do chorego. Leżał z otwartymi oczami. Popatrzył na nią. Uśmiechnął się jakby z ulgą i znowu pogrążył w niebyt.
To ty? - zdawał się mówić. - Jak to dobrze, że to ty.
Tak jej się wydało, kiedy tylko spojrzała na niego, ale potem stwierdziła, że to niemożliwe. Przecież jej nie znał. Poza tym ona, taka jaka była, nie mogła się podobać żadnemu mężczyźnie. Ale od tej pory jeszcze częściej przesiadywała przy nim, by nie przegapić następnej chwili, kiedy znowu się przebudzi. Miał oczy w takim ciepłym, brązowozielonym kolorze. Jak miód ze spadzi. Słodkie, dobre, wesołe. Już nie pamiętała mu, że jest wrogiem. Już coraz chętniej dawała posłuch wszystkim tym, którzy twierdzili, że Rosjanie to nasi bracia w niedoli tak samo ciemiężeni przez carat jak my. Wspominała dekabrystów. Niektórzy z nich za swój bunt przeciwko samodzierżawcy zawiśli na szubienicy, a inni żyją gdzieś tam daleko wśród śniegów i mrozów Syberii. On pewnie taki sam.
- Kim ty jesteś? - pytała szeptem, ale on uporczywie milczał.
Tymczasem za oknem działy się rzeczy doniosłe. Tuż po bitwie o Olszynkę Grochowską Rząd Narodowy powołał na stanowisko naczelnego wodza generała Skrzyneckiego, a gubernatorem stolicy został generał Krukowiecki. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że armia Dybicza nie została rozbita i czeka tylko na lepszą pogodę w błotach Pragi, by znowu zaatakować. Miasto szykowało się do dalszej walki. Wzmacniano szańce, poprawiano zaopatrzenie, Gwardia Narodowa pilnowała porządku. Powstawały nowe oddziały wojska, a nawet Gwardia Miejska Starozakonna, której członkiem został Abraham Stern.
[6] Dziś fragment warszawskiej dzielnicy Wola.