Saga utraconego dziedzictwa - Celina Mioduszewska

Kup ebooka

35.99 zł
28.79 zł (25,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Błażej, jako jedyny z dzieci zrodzonych z Ludwika Radlewskiego i Marianny z domu Szewskiej, które to nazwisko różniło ją od wszystkich innych panien w okolicy, bo Radlewskich wokół była cała masa, dożył sędziwego wieku.

Ten znaczący w okolicy ród herbu Ostoja stanowiły cztery linie, a każda z nich miała swój przydomek. Bardziej znaczący i użyteczny niż nazwisko. Pierwszy od strony wsi kościelnej, zwanej osobliwie Grusza, mieszkał Radlewski z przydomkiem Pompik, na drugim krańcu zaś, od strony wsi Goła Wola, stało domostwo Tuczaka. Środek wsi, po dwóch stronach stawu, zajmowali od stuleci Radlewscy z przydomkami Glinka i Waleriańczyk.

Błażej należał do ostatniej z wymienionych linii. I w odróżnieniu od znanych w okolicy jako Tuczak, Pompik i Glinka, jego rodu nie określano dziedziczonym mianem, tylko po prostu dla wszystkich był Błażejem. Szczycił się tym, że był herbowym, co eksponował zawieszoną nad wejściem do chałupy blaszaną tabliczką z wyrytym napisem: Radlewski, herbu Ostoja, 1864. Cyfry oznaczały rok budowy Błażejowego domu. Początki tego herbu od samego króla się wywodziły, czym jego właściciel chełpił się szczególnie. To, co się na tarczy znajdowało, niejednokrotnie objaśniał tym, którzy po raz pierwszy w chacie jego się pojawiali. Były to dwa niepełne księżyce barkami do siebie obrócone, a między nimi miecz otłuczony, z rękojeścią zwróconą do góry, a końcem na dół. Elementem zwieńczającym całość było pięć strusich piór. Każdy ze znaków Błażej interpretował po swojemu, akcentując pozytywne aspekty. Półksiężyce dawały nadzieję na odrodzenie po latach upadku, ale też na płodność kolejnych pokoleń. Miecz stanowił znak gotowości zamieszkujących dom do walki, jeśli ojczyzna będzie tego potrzebowała, pióra strusie niosły zaś za sobą poczucie dumy, honoru i szlachetności. Wszystko razem wzięte szeregowało Błażeja z Radlewa w pozycji znacznie wyższej niż ta, którą zajmowali mieszkańcy okolicznych wsi.

Chłop ten, figurujący w urzędzie i aktach kościelnych jako właściciel cząstkowy, ożenił się w osiemdziesiątym drugim ze wspomnianą Marianną, córką wyrobników, sprowadził ją do swego, jakże zacnego jego zdaniem domu i razem zaczęli wieść małżeński żywot.

W rok po ślubie na świat przyszła ich pierworodna córka. Rodzice nadali jej imię Franciszka. Dziecko, przeżywszy zaledwie kilka miesięcy, zmarło. Marianna w tym czasie nosiła już pod sercem kolejne i gdy je w ogromnych boleściach powiła, ku matczynej i ojcowskiej uciesze, postanowiła nadać temu dziecku również imię Franciszka. Dziewczynka była oczkiem w głowie rodziców.

Po dwóch latach Marianna po raz trzeci została matką. Tym razem był to chłopiec. Aleksander. Niestety, tak jak rzecz się miała w przypadku pierwszego dziecka, chłopiec, nie dożywszy roku, umiera. Franciszka ponownie przez jakiś czas jest jedynaczką. Krótko, bo na świat przychodzi brat. Imię nadaje mu starsza siostra. Tęsknota za zmarłym bratem Olesiem jest tak wielka, że co rusz głaszcze z czułością główkę maleństwa, które nazywa imieniem Oleś.

Gdy Franciszka ma lat pięć, a drugi Oleś dwa, w chacie Błażeja pojawia się kolejna córka. Wanda.

W wieku siedmiu lat, w dzień Matki Boskiej Zielnej, Śmierć zabiera Franciszkę. Swój ból rodzice uśmierzają wzajemną miłością, skutkiem czego jest poczęcie nowego życia. W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym drugim roku na świat przychodzi syn Wacław, a za dwa lata jego siostra, której rodzice nadają imię Marta.

Niestety, Śmierć po raz kolejny puka do drzwi chałupy Błażeja. Zabiera mu najpierw ośmioletniego Wacka i jeszcze w tym samym roku siedmioletnią Wandę.

Wydawało się, że Śmierć prowadzi z Błażejem jakąś szczególną grę. I wcale nie chodziło tu o jakiś zakład, jak to miało miejsce w przypadku losów Hioba. Śmierć miała swój, tylko sobie znany plan.

W ostateczności przy życiu pozostaje tylko dziewięcioletni Aleksander i dwuletnia Marta.

Błażej i Marianna chuchają i dmuchają na zimne, byleby tylko uchować przed Śmiercią te dzieci.

Sąsiedzi radzą Błażejowi, by w ramach błagalnej prośby postawił krzyż, jak to uczynił wielokrotnie osierocony ojciec z pobliskiego miasta. Jednakże Błażej chyba rozgniewał się na samego Boga, bo zarzekł się, że tego nie uczyni. Postanowienia dotrzymał. Może gdyby Marianna zabiegała o to, postąpiłby inaczej, ale ona pod wpływem przykrych doświadczeń macierzyństwa zobojętniała na wszystko. Modlitwa też nie dawała jej ukojenia. Funkcjonowała jak wyssana z soków roślina, która nie ma siły czerpać z ziemi mikroelementów wspomagających życie. Zdawało się, że na jej ludzkim szkielecie nie ma już ciała. Kości większe, mniejsze, po chrząstki obleka zwiotczała skóra. Z pięknej niegdyś i kształtnej dziewki, o piersiach jędrnych jak wypieczone bochny chleba, przeobraziła się w spód zbrązowiałej pieczarki. Zobojętniała na swój wygląd. Nie potrafiła już też płakać. Być może wyczerpała należne człowiekowi pokłady łez? Do roli gospodyni w domu dorastała Marta. Wiecznie krzątała się przy matce, była też jej Aniołem Stróżem.

Błażej też stracił życiowy entuzjazm. Pracę w polu i obejściu od jakiegoś czasu traktował jak zło konieczne. Tym, co utrzymywało go przy życiu, był Aleksander. Powoli, choć niezdarnie, wyręczał czasem ojca nawet w orce, latem chwytał za kosę i szedł żniwować. Syn widział, że ojciec jakby wycofywał się z roli gospodarza. I taka sytuacja utrzymywała się przez najbliższe lata.

W miarę upływu czasu Olka zaczyna drażnić ów marazm i ostatecznie ubóstwo. Chałupa, dzieło rąk dziadka Ludwika, zaczyna się walić. Niedożywiona krowa zdycha. A płot? Ten już w niczym nie przypomina ogrodzenia.

Wie, że musi coś zrobić, by zaradzić rodzinnej nędzy. Żal mu jest Marty, która zasługuje od losu na więcej niż jej w dzieciństwie i w wieku dorastania zaoferował. Olek, mając to wszystko na uwadze, coś postanawia. Myśl kiełkująca w jego głowie zaczyna wychodzić na powierzchnię.

Ale w końcu przyszedł przełom.