2
Rozpacz ma różne odcienie - jak niebo przed burzą, jak morze podczas sztormu. Aleksandra znała je wszystkie. Siedząc przy oknie swojej sypialni, przesuwała palcami po zimnej szybie, jakby chciała narysować mapę własnych, straconych złudzeń. Park tonął w przedświcie, a ona już wiedziała. Wiedziała, zanim pierwsza służąca przemknęła przez dziedziniec, zanim usłyszała szept Natalii na korytarzu. Stefan odszedł. Znowu.
Przeczuwała, że tak się stanie. Już wczoraj, podczas tej farsy przy kolacji. W jego oczach czaiła się ta sama determinacja, ten sam cień, który zawsze zwiastował jego zniknięcie. Bo Stefan zawsze uciekał - nie przed śmiercią czy bólem, ale przed świadomością, że przez niego ktoś inny będzie cierpiał. Zwłaszcza ona.
Gorzki śmiech zamarł jej w gardle. Jeszcze rok temu... Boże, czy to naprawdę był tylko rok? Przyjechała do Ostrówka jak do ziemi obiecanej, uciekając od petersburskich salonów, gdzie życie toczyło się według ściśle określonych zasad. Menuet pozorów i konwenansów, gdzie każdy gest był wyreżyserowany, każde słowo wyważone jak w aptece. Kukiełki na sznurkach imperialnej władzy - oto czym wszyscy byli, nawet jej ojciec w swoim błyszczącym mundurze.
A Ostrówek? Ostrówek miał być jej wyzwoleniem. Śmieszne - szukać ratunku w kraju, gdzie samo słowo "wolność" było występkiem, gdzie za polski wiersz zsyłano na Sybir, gdzie każdy szept mógł być donosem, a każde westchnienie - zdradą.
Promień wschodzącego słońca przeciął pokój na pół, odbijając się w lustrze. Aleksandra zobaczyła w nim swoją twarz - bladą, z cieniami pod oczami. Czy to ta sama dziewczyna, która marzyła o szczęściu? Która wierzyła, że miłość może wszystko zmienić? Miłość. Też rodzaj niewoli, może nawet okrutniejszy niż kajdany. Bo kajdany można skruszyć, a co zrobić z sercem, które bije nie swoim rytmem? Które budzi się w nocy, nasłuchując kroków, które nie nadejdą?
Śmiać się czy płakać? Aleksandra nie wiedziała. W jej głowie krzyczało coś pierwotnego, dzikiego: jakim prawem? Jakim prawem jedni ludzie odbierają innym wolność do oddychania własnym powietrzem, do kochania, do życia? Jakim prawem Mienszykow siedzi przy jej stole, uśmiechając się tym swoim zimnym uśmiechem, podczas gdy inni muszą się ukrywać jak przestępcy?
A może to wszystko było jakimś chorym żartem? Teatrem absurdu, w którym ona, córka rosyjskiego pułkownika, zakochana w polskim konspiratorze, udaje narzeczoną człowieka, który... Który właściwie co? Kim był Igor w tej układance? Wybawcą czy kolejnym aktorem w tej maskaradzie?
Za oknem powoli budziło się życie - służba krzątała się po dziedzińcu, gdzieś zapiał kogut, z kuchni dobiegał stukot garnków. Zwykły dzień w Różanym Jarze. Tyle że nic już nie było zwykłe, nic nie było pewne. Nawet jej własne serce, które - o ironio - nadal biło, choć wydawało się, że powinno pęknąć od tego wszystkiego. Zamilknąć na zawsze!
W oddali usłyszała tętent koni. Pewnie kolejny goniec, kolejne rozkazy, kolejne polecenia, kto ma żyć, a kto zniknąć. A może to Stefan? Nie, Stefan nigdy nie wracał o świcie. Stefan wracał jak złodziej, w środku nocy, kiedy nawet księżyc krył się za chmurami.
Oparła czoło o zimną szybę. Życie toczyło się dalej, bezlitośnie, nieubłaganie. A ona? Ona musiała wybrać - śmiech czy łzy? Bunt czy rezygnacja? Może jedno i drugie. Bo czy w czasach, gdy świat staje na głowie, normalne reakcje mają jeszcze jakikolwiek sens?
Wczesnym rankiem, gdy słońce nieśmiało zaglądało przez wysokie okna jadalni, zasiedli do śniadania. Zamiast Zosi przy kredensie krzątała się Marysia, z niepewną miną przestawiając porcelanowe filiżanki. Jej ruchy były kanciaste - widać było, że nie przywykła do tej roli.
Siergiej siedział sztywno na swoim miejscu, jakby krzesło uwierało go w plecy. Jego wzrok mimowolnie wędrował po jadalni - po spękanych gdzieniegdzie gzymsach, po ścianach, które należałoby odmalować, po obrusie, który choć czysty, nosił ślady wielokrotnego cerowania. Tak różne to było od jego petersburskiego apartamentu przy Newskim Prospekcie, gdzie każdego ranka lokaj podawał mu herbatę w srebrnym samowarze, a śniadanie składało się z kilku różnych potraw.
- Człowiek się przyzwyczaja - odezwała się nagle Natalia, bezbłędnie odczytując jego myśli. - Do wszystkiego. Nawet do tego, że kawa nie jest parzona przez francuskiego kucharza, a bułeczki nie przyjechały prosto z najlepszej petersburskiej piekarni.
Aleksandra spojrzała na kuzynkę ze zdumieniem. Czy to ta sama Natalia, która przez pierwsze tygodnie w Ostrówku nie mogła się nachwalić petersburskich wygód? Która przy każdym posiłku wspominała wykwintne dania z carskich przyjęć? Która z pogardą patrzyła na proste, wiejskie życie?
- Pamiętam - Aleksandra nie mogła się powstrzymać - jak narzekałaś na tutejsze łóżka. Że materace za twarde, że pościel zbyt szorstka...
- Bo były. - Natalia uśmiechnęła się z przekąsem. - Ale teraz... - urwała, biorąc łyk herbaty z wyszczerbionej filiżanki - teraz wydaje mi się, że tam, w Petersburgu, wszystko było zbyt miękkie. Zbyt... wygodne.
Siergiej uniósł brwi.
- Zbyt wygodne? - W jego głosie brzmiało niedowierzanie.
- Tak. - Natalia położyła łyżeczkę na spodku z taką precyzją, jakby od tego zależały losy świata. - Wiesz... w tych wszystkich wygodach człowiek zapomina, jak to jest czuć naprawdę - dodała ciszej, patrząc znacząco na puste miejsce przy stole, gdzie zwykle siedział Stefan.
Marysia właśnie w tej chwili upuściła łyżkę. Dźwięk metalu uderzającego o podłogę zabrzmiał jak wystrzał. Dziewczyna poczerwieniała, rzuciła się, by podnieść, co upuściła, omal nie przewracając dzbanka z mlekiem.
- Przepraszam, jaśnie pani... to znaczy, proszę pani... to znaczy...
- Nic się nie stało, Marysiu. - Aleksandra wstała, by pomóc dziewczynie. - Zosia też na początku... - urwała.
Natalia znów sięgnęła po filiżankę, ale jej ręka drgnęła lekko. Tylko Siergiej zdawał się nie zauważać napięcia - dokładnie smarował bułkę masłem, jakby od precyzji tego ruchu zależała przyszłość Imperium. Za oknem kos rozpoczął swoją poranną pieśń. W Petersburgu o tej porze słychać było już turkot kół po bruku, krzyki przekupek, gwar budzącego się miasta. Tu, w Ostrówku, świt miał inną melodię. Może dlatego Natalia nauczyła się słuchać? Może dlatego przestała tęsknić za pozłacanymi klatkami stolicy?
- Chodź, Marysiu. - Aleksandra wstała od stołu. - Pomożesz mi zanieść śniadanie do Zosi.
W kuchni unosił się zapach świeżo parzonej herbaty i podpłomyków. Kucharka spojrzała pytająco, gdy Aleksandra sama zaczęła układać na tacy kubek, talerzyk i przybornik.
- Ja to mogę zanieść - zaoferowała się Marysia, ale Aleksandra pokręciła głową. Potrzebowała ruchu, zajęcia, czegokolwiek, co pozwoliłoby jej nie myśleć.
Zosia siedziała na łóżku i zaplatała warkocz. Na widok Aleksandry z tacą jej okrągła twarz rozjaśniła się w uśmiechu.
- A po co to panienka sama? Toć ja bym przyszła, już mi lepiej, ino z rana tak jakoś kręci i mdli okrutnie. - Zosia poprawiła poduszkę za plecami. - Pani doktorowa mówiła, że to normalne w moim stanie, że przejdzie samo. Ale wie panienka co? - Pochyliła się konspiracyjnie. - Jak se przypomnę, jak moja matula opowiadała, że przy mnie to przez całe dziewięć miesięcy chodziła zielona na twarzy, to se myślę: może to i dobrze, że mnie ino z rana tak bierze?
Aleksandra postawiła tacę na stoliku, uśmiechając się mimowolnie. Zosia zawsze taka była - nawet w najgorszych chwilach potrafiła znaleźć promyk nadziei.
- A ja se tak leżę i myślę - kontynuowała służąca, sięgając po kubek - że to dziecko, to może i nie tak źle? Bo niby wstyd i wszystko, ale jak już ma być... A panienka wie, że nasza Jagusia spod lasu, co to ją też ten jej Stasiek zostawił z brzuchem, to teraz najszczęśliwsza na wsi? Dzieciątko już chodzi, szczebioce, radość jedna... - urwała nagle, przyglądając się uważnie Aleksandrze. - Oj, coś panienka dziś blada... Może to ja co nie tak powiedziałam? Może...
- Stefan znów odszedł. - Słowa wyrwały się same, zanim Aleksandra zdążyła je powstrzymać.
Zosia zastygła z kubkiem w pół drogi do ust.
- A to ci... - zaczęła, ale zaraz się poprawiła. - Znaczy... może i lepiej? Bo tu teraz ten pułkownik przyjechał, ten z tym nosem jak u jastrzębia, co to tak patrzy, jakby człowieka na wylot chciał przewiercić... - Zosia wzdrygnęła się teatralnie. - Wtedy go widziałam przez okno, jak odjeżdżał. I tego drugiego, tego Kriukowa. Jak złe duchy jakie... A pan Stefan, on zawsze wie, kiedy... - urwała znowu, widząc wyraz twarzy Aleksandry.
- Zawsze wie, kiedy odejść? - dokończyła Aleksandra z goryczą. - Tak, to prawda. Jest w tym mistrzem. Odchodzi jakby na zawołanie.
- Ale przecież wraca. - Zosia odstawiła kubek. - Zawsze wraca. Jak te bociany na wiosnę. Może... może i teraz tak będzie? A ja to se myślę czasem - rozgadała się znowu - że to i dobrze, że mój Kazimierz nie wraca. Bo co by to było? Szpieg w domu to jak żmija pod progiem: nigdy nie wiesz, kiedy ukąsi... Oj, przepraszam panienkę, ja tu gadam i gadam, a panienka...
Aleksandra potrząsnęła głową. Gadulstwo Zosi działało na nią kojąco - jak szum strumyka, jak śpiew ptaków. Normalność w świecie, który właśnie wywracał się do góry nogami.
- Gadaj, Zosiu - powiedziała cicho. - Gadaj, ile chcesz. To jedyne, co mnie tu trzyma.
Patrząc na tę prostą kobietę, która teraz z przejęciem opowiadała o wczorajszej wizycie akuszerki, Aleksandra pomyślała, jak dziwnie życie układa swoje ścieżki. W Petersburgu miała przecież wiele "przyjaciółek" - Masza Kuzniecewa, Katia Iwanowna, Anastazja Popowa... Ile to było herbat wypitych w salonach, ile sekretów szeptanych za wachlarzami? Ale to były sekrety jak z teatralnej farsy - która z kim tańczyła na balu u hrabiny, kto się z kim zaręczył, czyj kapelusz był bardziej skandaliczny. Masza potrafiła godzinami rozprawiać o nowej sukni od paryskiej artystki, a potem donieść gubernatorowi, że jej najdroższa przyjaciółka czyta zakazane książki.
A tu? Tu była Zosia - prosta, szczera do bólu, która nie znała francuskich romansów ani petersburskich intryg, ale za to wiedziała, jak dodać otuchy jednym prostym słowem, jednym szczerym uśmiechem. Która potrafiła wykrzesać iskrę radości nawet z najczarniejszej chwili, wygrzebać nadzieję spod sterty zmartwień.
- Zosiu - Aleksandra przerwała potok słów służącej - czy czegoś ci jeszcze potrzeba?
Dziewczyna zmieszała się, mnąc róg prześcieradła w dłoniach.
- Ale gdzie tam, panienka już i tak tyle... Ja tu mam wszystko, więcej niżem zasłużyła. Do śmierci nie odpłacę panience za dobroć, za to serce... - Głos jej się załamał. - Bo kto by mnie taką przyjął pod swój dach? A panienka... jak siostra dla mnie, jak...
Aleksandra uciszyła ją gestem. Wyszła z oficyny, mrugając, by powstrzymać łzy. Na ganku dworu niczym zjawa z sennego koszmaru stał Igor.
- Wiedziałaś? - zapytał bez wstępu.
- O czym? O tym, że Stefan znów zniknął jak cień o świcie? - Jej ton był ostrzejszy niż zamierzała. - Tak, wiedziałam. Wyczułam to już wczoraj.
Igor przestąpił z nogi na nogę. W jego twarzy było coś, czego nie potrafiła odczytać.
- I pozwalasz mu na to? Po tym wszystkim? Znowu zostawia cię samą...
- A mam wybór? - Aleksandra zaśmiała się gorzko. - Powiedz mi, Igorze Aleksandrowiczu, czy jego zniknięcie w czymkolwiek pomoże? Czy ocali Różany Jar przed tym, co nadchodzi?
- Jadę dziś do Mienszykowa - oznajmił. - Dowiem się, czego chce. Na czym stoimy.
- My? - Uniosła brew. - Czy może ja?
- Saszeńka... - W jego głosie zabrzmiała ta nuta, której tak nie znosiła. Ta sama, która mówiła o uczuciach głębszych niż przyjaźń, o pragnieniach, których nie chciała słuchać. - Zrobię wszystko, żeby...
- Nie - przerwała mu ostro. - Nie kończ.
Stali naprzeciw siebie na ganku. Majowe słońce przedzierało się przez gałęzie starych lip, rzucając na twarz Igora migotliwe cienie. Wyglądał inaczej niż zazwyczaj - zmęczony, jakby nie spał całą noc. Może rzeczywiście nie zmrużył oka?
- Dlaczego zawsze to robisz? - zapytał cicho. - Dlaczego zamykasz mi usta, gdy chcę powiedzieć...
- Bo to niczego nie zmieni. - Jej głos był spokojny, zbyt spokojny. - Twoje uczucia, moje odmowy, jego ucieczki. To wszystko... - wykonała nieokreślony gest ręką - jest jak taniec, którego kroki znamy na pamięć. Lepiej skupmy się na tym, co naprawdę ważne. Co powiesz Mienszykowowi?
Igor patrzył na nią długo, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy. Wreszcie westchnął.
- Nie wiem. Jeszcze nie wiem. Ale cokolwiek się stanie...
- Tak, tak - znów mu przerwała - wiem. Zrobisz wszystko. Zawsze to mówisz.
Odwróciła się, by wejść do domu, ale jego głos ją zatrzymał:
- A gdyby... gdyby Stefan nie wrócił tym razem?
Aleksandra zamarła z ręką na klamce. Przez moment wydawało jej się, że w jego tonie zabrzmiało coś więcej - jakaś wiedza, której nie chciał z nią dzielić. Ale gdy się odwróciła, jego twarz była jak zwykle nieprzenikniona.
- Ja też nie wiem. Jeszcze nie wiem.