- Cholernie szybko nam się ta
nasza Astrid zawinęła - powiedziała Olaug, po czym odgryzła brzeg
kanapki z ogórkiem i majonezem i z otwartymi ustami zaczęła
go przeżuwać. Miała swoje własne, choć nieszczególnie piękne
zęby.
Olaug to była ta z przerzedzonymi włosami,
właściwie już prawie łysa. Spod siwych, nastroszonych kępek
prześwitywała żółtawa i błyszcząca skóra czaszki. Zawsze miała
wpięte w płatki uszu te same srebrne kuleczki, czy to ranek, czy
wieczór, Tormod był przekonany, że nie zdejmuje ich do snu, inaczej
przecież musiałaby od czasu do czasu o nich zapominać. Kuleczki
zwisały z dziurek w wiotkich, pomarszczonych uszach, dawało się
dostrzec kawałki srebrnych beleczek, do których zostały zamocowane
i Tormod zachodził w głowę, jak ludzie robili sobie takie dziurki
na wylot w skórze uszu, przecież to musiało bardzo boleć. Może
używali igły? Olaug mieszkała dwa pokoje dalej, po przeciwnej stronie
korytarza. Lubił ją.
Często pierwsza mówiła różne
rzeczy, takie, które inni sobie myśleli, ale których nie ubierali
w słowa. Był zadowolony, gdy to, co artykułowała Olaug, zostawało
wreszcie wypowiedziane. Tak jak na przykład teraz, kiedy pierwsza
poruszyła temat Astrid, zauważyła, że Astrid zmarła tej nocy. Było
to coś, co wszyscy rozumieli, ale co wisiało nad stołem, przy którym
jedli śniadanie, ciężkie i duszne, niczym powietrze na chwilę przed
burzą, na chwilę przed pierwszym grzmotem, albo jak ból brzucha,
zanim się poczuje, jak pęcherzyk powietrza rusza w końcu z jednego
końca trzewi na drugi i ucisk maleje.
Był doskonale przyzwyczajony do takiego
stanu, przeżył w nim właściwie całe swoje życie, ale wtedy nie
było nikogo, kto mówiłby to, co trzeba. A teraz już było na to
za późno. Tamten stan trwał od zaspanego poranka do wyczerpanego
wieczora, brodził w nim i dreptał dzień za dniem. I teraz nagle
znów go zasmakował, ale tym razem nie było to takie groźne, bo Olaug
przecięła ten wrzód przy pierwszej możliwej okazji.
- Astrid już spieprzyła do
zmarłych. Ciekawe, kto będzie następny - dodała Olaug.
Owszem, lubił ją. Lubił również
fakt, że przeklinała, nie przeszkadzało mu to, a wręcz go bawiło,
wiekowa pani w domu starców, a taka niewyparzona gęba.
- Siedziała tu przecież, kurwa,
wczoraj wieczorem, jadła kolację i opowiadała, jak to zadawała
szyku na lekcjach gimnastyki w latach czterdziestych - ciągnęła
Olaug. - Ale cóż, takie życie.
Życie? Nie, raczej śmierć, pomyślał
Tormod, taka jest śmierć, a fakt, że ktoś umierał w ciągu nocy,
nie był niczym niezwykłym w miejscu takim jak to, w tym właśnie
celu tu przecież byli. Nie przywiązał się emocjonalnie do nikogo
z pozostałych mieszkańców, a jeśli nazywał ich w myślach
imionami, to jedynie dlatego, że zawsze tak się do nich zwracał
personel.
Nie wiedział nawet, kto z personelu jest
pielęgniarzem, a kto pomocnikiem pielęgniarskim, bo była między
tym jakaś różnica, istniały ponadto jeszcze najwyraźniej jakieś
inne tytuły, asystent, pracownik na zastępstwo i tak dalej, było mu
wszystko jedno, byle tylko otrzymywał od tych ludzi tę niewielką pomoc,
której potrzebował, nie był chory i nie zamierzał w najbliższym
czasie umierać, życie wreszcie stało się na to za dobre, ledwie
miał odwagę wierzyć, że to prawda.
Ze śmiercią w swoim własnym
życiu miał ostatnio do czynienia, gdy Tor popełnił samobójstwo
w chlewie, ale wtedy zmarłym zajęli się zmiennik Kaj Roger
i Margido. A jeszcze przedtem: kiedy siedział z tyłu w starym volvo
z głową Anny na kolanach, siedział tam, patrząc na jej sztywną,
wykrzywioną twarz, jej oczy były zamknięte, ciało - otulone w koce,
auto - śmierdzące odchodami, a potylica Tora, tkwiąca u szczytu
wyciągniętej szyi na siedzeniu z przodu - nerwowo pochylona nad
kierownicą, bo w grudniowych ciemnościach ciężko było cokolwiek
dostrzec na nieoświetlonej drodze.
Wtedy siedział w tym volvo po raz pierwszy
i ostatni. A także ostatni raz odwiedził miasto. Anna żyła jeszcze,
gdy jej głowa leżała na jego kolanach, ale potem przecież umarła,
w szpitalu, nie potrwało to długo, było dla niego od początku
jasne, że tak to się skończy, chyba tylko Tor wierzył, że chora
nagle wyzdrowieje i wróci do pełni sił - on sam od razu pojął,
że trzyma na kolanach śmierć.
Zarówno to z Anną, jak i to z Torem
wydarzyło się już dawno, ale miał jednocześnie wrażenie, że nie
minęło aż tyle czasu, bo oba zdarzenia doskonale pamiętał. A Olaug
przypominała mu trochę Annę, nie przez łysą głowę i srebrne
kuleczki, bo Anna chodziła zawsze w chustce i zdecydowanie nie wpinała
w uszy srebra, sama myśl o tym wydawała mu się śmiechu warta,
chodziło raczej o usta, wargi, to, jak się zwijały i poruszały,
jakby pod ich cienką skórą była napięta gumka. To pewnie dlatego
teraz, po śmierci Astrid, naszły go nagle myśli o tym, jak siedział
z tyłu starego volvo tamtego strasznego, strasznego wieczoru, gdy
nic się nie mieściło w głowie, choć pamiętał jednocześnie,
jak myślał wtedy, że wszystko się zmieni, może na gorsze, może
na lepsze, to bez znaczenia, ale może być inaczej. I tak też się
stało. Dzięki Torunn, Duńczykom i całej reszcie.
Widział Olaug bardzo wyraźnie,
z jej nagą czaszką, płatkami uszu i całą resztą. Niepojęte,
jak wyraziste stało się otoczenie, odkąd zaczął używać
okularów. Przez tyle lat siedział nad gazetami i książkami ze szkłem
powiększającym, a gdy unosił wzrok, wszystko dookoła wydawało się
spowite mgłą.
Poza tym było jeszcze to, że przed
przybyciem tutaj nie widział wyraźnie innych ludzi, nie dostrzegał,
jak wyglądają, gdy coś do niego mówią, nie skupiał się na
wyrazie ich twarzy. A teraz to się zmieniło i z początku był
trochę wystraszony, bo musiał przyzwyczaić się do atakującego go
z każdej strony chaosu. I to ten chaos sprawił pewnie, że wyrobił
w sobie nawyk - szkodliwy, powiedzieliby pewnie niektórzy, a na pewno
Torunn i Margido, pomyślał - spędzania większości dnia w swoim
pokoju. Na początku wszystko go tu przytłaczało. Teraz radził sobie
trochę lepiej, przynajmniej od czasu do czasu. Niekiedy. Ale jeśli
zaczynali mu suszyć głowę, potrafił przez kilka dni trzymać się
z dala od wspólnych przestrzeni.
Nie lubił, kiedy personel mu się
narzucał, przecież nic im do jego życia. Ale zaledwie kilka dni
po tym, jak Torunn zajrzała do niego w drodze z Oslo do Neshov,
zaczęło się wypytywanie:
- Tormodzie, jak miło! Słyszałam,
że twoja wnuczka wróciła do gospodarstwa?
Pierwsza zagadnęła go o to jedna ze
starszych opiekunek, Petra, pochodziła z Byneset, była spokrewniona
ze wszystkimi i wiedziała o wszystkim, więc właściwie nie musiała
nawet pytać. Ale on odczuł wielką ulgę i wdzięczność, słysząc,
że nazywa Torunn jego wnuczką, bo to znaczyło, że jednak nie
o wszystkim wie. Ale nie zadał sobie trudu, by jej odpowiedzieć.
- Słyszałeś, co mówiłam? Na
pewno tak, bo przecież wiem, że z twoim słuchem jest wszystko
w porządku. A tę książkę czytałeś już pewnie kilka razy
wcześniej, więc nie jesteś nią aż tak pochłonięty.
- Jestem.
- Bzdura. Wojna na wojnie
i wojną pogania. Pytałam o twoją wnuczkę, cieszysz się, że
wróciła? Chociaż ciężko właściwie nazwać to powrotem, bo nie
mieszkała tu przecież jako dziecko.
- Nie.
- Jesteś zachwycony, prawda,
Tormodzie? Gospodarstwo leżało właściwie odłogiem.
- Tak.
- Ale cieszysz się? Co?
Ta kobieta zawsze wydawała z siebie
tyle dźwięku, nie chciał unosić wzroku i patrzeć prosto na nią,
bo wtedy przez długi czas nie byłby w stanie na powrót zagłębić
się w książce. Był właśnie w połowie relacji o tym, jak Rosjanie
wdarli się do Berlina po kapitulacji, była to jedna z nowych książek
kupionych przez Torunn, napisana przez kobietę, która mieszkała tam,
gdy oni nadeszli, opowiadająca o wszystkich tych gwałtach i w niczym
niepodobna do wojennych relacji, które czytał wcześniej. Z całego
serca miał nadzieję, że Torunn sama jej nie czytała i nie
planowała czytać, że nie będzie musiał z nią o tym rozmawiać,
nie miał pojęcia, jak się rozmawia o gwałtach. Gdy skończy lekturę,
postawi książkę w drugim rzędzie na półce i wciśnie jej grzbiet
głęboko między inne tomy, poza tym Torunn miała dość swoich spraw
i brakowało jej czasu na czytanie. Taką żywił nadzieję.
- Musisz się chyba cieszyć?
- Ależ tak.
- Nie wyglądasz na specjalnie
zadowolonego. A powinieneś być wdzięczny i szczęśliwy. To
także zaszczyt dla ciebie, że kolejne pokolenie obejmuje majątek -
powiedziała Petra, znikając za drzwiami.
- Dziękuję za kawę - rzucił za
nią, trochę za późno.
Zapomniała o cukrze. I to nie był
pierwszy raz. Dlatego, gdy następnym razem odwiedziła go Torunn,
poprosił, żeby kupiła mu całe pudełko cukru w kostkach, mimo że nie
chciał zawracać jej głowy, bo zarówno ona, jak i Margido byli tacy
dobrzy i kupowali mu wszystko, czego sobie zażyczył, a teraz lista
jeszcze się wydłużyła. Ale Torunn wróciła z pudełkiem brązowych
i nieco grudkowatych kostek cukru. Nie widział takich nigdy wcześniej,
okazały się nie tak słodkie jak te oślepiająco białe, o ostrych
krawędziach i rogach. Lecz mimo dziwaczności tego brązowego cukru
zdarzało się, że zjadał do kawy dwie albo nawet trzy kostki, chyba
że miał w pokoju jakieś nadziewane czekoladki, bo wtedy sięgał
zawsze po te o smaku kawy lub wanilii. Cudownie było długo je ssać
w czasie lektury, mimo że zawsze był potem kłopot z czyszczeniem
sztucznej szczęki.
- Ale taka szybciutka
śmierć to w sumie, cholera, nie taka zła sprawa - oświadczyła
Olaug. - Jeśliby się nad tym dobrze zastanowić. Czyli Astrid miała
szczęście. Gorzej już z nami, bo gówno wiemy, jak to się dla nas
skończy. Nieźle jest tak szybciutko się zawinąć.
- Może faktycznie - powiedziała
jedna z opiekunek, stawiając na stole miskę gotowanych jajek, były
przekrojone na połówki, bladożółte jaja na twardo z siną obwódką
wokół żółtka.
Nigdy nie dostawali jajek na miękko
w kieliszkach, byłoby z tego za dużo bałaganu i dodatkowej
pracy, podsłuchał, jak jedna ze starszych opiekunek tłumaczy to
młodszej. Sam wolał jaja na miękko i dostawał je czasem, gdy jadł
śniadanie sam w swoim pokoju. Bardzo to doceniał i starał się
nie bałaganić, podnosił kieliszek pod samą brodę i dopiero wtedy
zanurzał łyżeczkę w cudownym, płynnym, ciepłym żółtku. Ale,
rzecz jasna, czasem mu nie wychodziło. Jajka na miękko są dobre,
tak dobre, że potrafił się zapomnieć w swojej zachłanności.
- Pewnie rozległy wylew -
stwierdziła Olaug.
- Na pewno - odezwał się ktoś inny,
Tormod nie zarejestrował, kto taki.
Myślał o nich wszystkich jako
o mieszkańcach, nie pacjentach. Ale słyszał również od czasu do
czasu, że personel określa ich mianem "użytkowników". Brzmiało
to strasznie, jakby wszyscy tylko wszystko tu zużywali, jedzenie,
pokoje, prąd, ręczniki i środki czystości. Ale tak czy inaczej
wydawało mu się to dziwne, spędził całe życie w samotności,
pozbawiony rodziny, zniewolony, a potem nagle został umieszczony
pod jednym dachem z mnóstwem innych ludzi, z którymi łączył go
jedynie podobny wiek, spali obok siebie, każde w swojej sypialni, drzwi
przy drzwiach wzdłuż korytarza, mnóstwo starych ludzi, zupełnie jak
dzieci. Nie mieli już strychu ani piwnicy, nie mieli kuchni, schowka
ani garażu, szopy ani drewutni, ani też stodoły - wszystko to
przeszło w ręce ich najbliższych krewnych. Nie było tu pieca, który
trzeba by karmić polanami, podwórza, które trzeba by odśnieżać,
a w przypadku kobiet: owoców do przerobienia na przetwory, ubrań do
prania i podłóg do mycia, żadnego chleba do pieczenia, wigilijnych
wieczerzy do przygotowania, obrusów do uprasowania. Sądził, że to
właśnie dlatego kobiety są tak pochłonięte prezentami, bo tylko za
to mogły być jeszcze odpowiedzialne. A prezenty były równoznaczne
z pieniędzmi. Słyszał, że często o tym rozmawiają, zależało im,
by kupić ładne kartki i koperty, dotrzeć do banku i wypłacić
gotówkę. Wpadały w rozpacz, gdy stan zdrowia uniemożliwiał
im taką wyprawę, a za rogiem czaiły się już urodziny kogoś
z bliskich. Dlatego kobiety przy każdej wizycie w banku wypłacały
duże kwoty, wszystko niemal, co zostawało im z emerytury po tym,
jak dom opieki zabrał już swoje. Osiemdziesiąt procent emerytury
Tormoda szło na dom opieki, ale jemu to zupełnie nie przeszkadzało, bo
wcześniej do Anny i Tora szło sto procent. Sam nigdy nie był w banku
ani razu, tak wcześniej, jak i już po zamieszkaniu tutaj. Może
powinien pomówić o tym z Margidem, pewnie było tam parę koron,
które mogłaby dostać Torunn. Pieniądze to ostatnie, co różni nas
tu od dzieci, pomyślał.
Dom dziecka, dom starców, w sumie prawie
to samo.
Nie był nigdy w żadnym z sąsiednich
pokoi, ale mógł do nich zaglądać przez uchylone drzwi, wszystkie
przypominały maleńkie, upakowane salony, były w nich piękne dywany,
komody, obrusy, świeczniki i zdjęcia na ścianach, wrażenie psuło
tylko łóżko. Sam oprócz łóżka miał u siebie jedynie półkę
na książki, stolik i swój wygodny fotel.
W odróżnieniu od wielu innych
mieszkańców nie posiadał telewizora. Rzadko też zachodził
na telewizję do świetlicy. Migoczący kineskop przypominał mu
o Neshov, o bezczynnych wieczorach, kiedy telewizor kołysał go
do zbawiennego snu, po tym jak jego oczy były już zbyt zmęczone,
by móc dalej czytać. Gdy się tu wprowadził i dostał okulary,
zupełnie się od tego odzwyczaił, a telewizja przepełniała go
niemal obrzydzeniem. Kiedy siadał od czasu do czasu przed jakimś
interesującym go programem, zdarzało się, że zamykał oczy i już po
chwili widział przed sobą salon w Neshov, ściany, parapety, chodnik
na podłodze przed telewizorem, zdawało mu się niemal, że wdycha
tamtejsze duszne powietrze i słyszy, jak Anna pobrzękuje garnkami,
zmywając lub gotując coś w kuchni.
Nie, wolał już radio, miał maleńki odbiornik
i słuchał czasem wiadomości, ale nieszczególnie go one obchodziły,
bo mówiono głównie o zupełnie nowych wojnach, w których nie był
w stanie się rozeznać. Może inni mieszkańcy patrzyli na niego jak
na dziwaka. Oni także. Sądzili, że jest inny niż oni, bo spędza
tyle czasu sam.
Chociaż różnica największa,
najbardziej znacząca - jeśli pominąć tę między mieszkańcami
a odwiedzającymi ich krewnymi - zaznaczała się pomiędzy tymi,
którzy tu mieszkali, a pracownikami. Czasami się jej prawie nie
zauważało, kiedy na przykład było dużo śmiechu, bo ktoś powiedział
coś zabawnego, robiło się wtedy nieco dziwnie, jakby wszyscy żyli tu
wspólnie, bawili się w rodzinę i faktycznie byli sobie bliscy.
Lecz personel, dzięki Bogu, szybko wracał
do swojej prawdziwej roli, podbiegając, by poprawić koc albo przesunąć
szklankę z dala od krawędzi stołu. A Tormod widział przecież auta
na placu parkingowym przed budynkiem, wiedział, że te samochody wożą
tych ludzi do ich domów i rodzin, tutaj przyjeżdżali do pracy i nic
ponadto. A mimo to byli niemal jak rodzice, rzecz jasna nie jak jego
rodzice, ale mimo wszystko. I nic dziwnego, że wielu mieszkańców
tak chętnie mówiło przy jedzeniu o swoim dzieciństwie, w końcu
przemawiano do nich i pilnowano ich jak maluchów. Sam Tormod nie
potrzebował szczególnego zaangażowania personelu. Mógł tu siedzieć,
spoglądając na przerzedzone włosy Olaug ze świadomością, że
jego włosy są świeżo przyczesane grzebieniem zmoczonym pod kranem,
a sztuczna szczęka dokładnie wyczyszczona. Majtki i skarpety miał
czyste, zmieniał je co drugi dzień, prysznic brał z tą samą
częstotliwością, większą niż to było faktycznie konieczne, bo
wcale się nie pocił i dokładnie się podcierał po każdej wizycie
w toalecie.
Także z tym prysznicem radził sobie
dobrze na własną rękę. Możliwość wejścia prosto pod natrysk
i odkręcenia ciepłej wody była niewyobrażalnym luksusem. W Neshov
potrafił odwlekać kąpiel całymi dniami, czasem nawet jeszcze dłużej,
bo nie miał siły ani energii, by się do tego zabrać. Najpierw musiał
pokonać krawędź jasnoniebieskiej wanny i złapać równowagę
na śliskim emaliowanym dnie. Nauczył się, by nigdy nie ruszać
stopami, gdy ochlapywał się wodą, dzięki temu można było utrzymać
podeszwę suchą i uniknąć poślizgnięcia, ale gdy miał się na
powrót wygramolić z wanny, musiał przecież podnieść nogę,
a wtedy woda wpływała pod spód, on zaś śmiertelnie bał się
upadku. Przytrzymując się krawędzi obiema rękami, wykonywał każdy
ruch nieskończenie wolno, czasami zajmowało mu to tyle czasu, że
gdy w końcu stawał bezpiecznie na podłodze i sięgał po ręcznik,
był już właściwie suchy.
Ale teraz tak to już nie wyglądało,
branie prysznica zmieniło się w procedurę wolną od lęku. Miał
pełną kontrolę, nie dokuczała mu żadna choroba, ale cała ta sytuacja
była dziwna. Przedziwna. Lecz jednocześnie czuł się bezpiecznie,
nieskończenie bezpiecznie i dobrze.
Od niego i pozostałych mieszkańców oczekiwało
się tylko, że umrą, tak jak to właśnie zrobiła Astrid. Byli tu po
to, by umrzeć, i wcale mu to nie przeszkadzało. Właściwie to było
całkiem w porządku.
Bo w końcu przecież każdy prędzej
czy później umrze, człowiek dążył ku śmierci od samego początku,
Tormod nie był w stanie zliczyć, ile razy wcześniej chciał umrzeć,
umrzeć teraz i zaraz, nie pozwalał zatem, by myśl, że jest tu w celu zakończenia swojego życia, wpływała na jego nastrój, w najmniejszym
stopniu, mimo że wiedział, iż tu jest jego ostatni przystanek. Tormod
wziął sobie połówkę jaja na twardo i ułożył ją na kromce chleba
posmarowanej prawdziwym masłem, następnie wycisnął z tubki pasek
pomarańczowej pasty kawiorowej. Nad jego barkiem wyciągnęło się
pomocne ramię opiekunki i dolało mu kawy do kubka.
- Pomyślałam, że będziesz
chciał jeszcze, taki z ciebie przecież kawosz - powiedziała
właścicielka ramienia, była to Hannelore z gardłowym "r"
i niemieckim akcentem, żona hipisa ze Spongdal, jak sama go nazywała,
nie wspominając Tormodowi nic więcej ani o nim, ani o tym,
jak trafiła do Byneset. Pracę w domu opieki zaczęła niedawno,
wiedział o niej tyle, że wcześniej była nauczycielką niemieckiego
w szkole katedralnej w Trondheim. Jej norweski, pomijając akcent,
był nienaganny. Sprawa wyglądała gorzej z niektórymi pracownikami
zatrudnionymi na zastępstwo, byli uprzejmi, ale nie dawało się ich
zrozumieć, snuli się po korytarzach jak nieme bydlęta i ledwie
umieli porozumieć się ze sobą nawzajem, z tylu różnych krajów
przyjechali.
- Jadłeś z nami wczoraj kolację,
a dzisiaj przyszedłeś na śniadanie, to chyba twój rekord,
Tormodzie.
Nic na to nie odrzekł. Nie miał pojęcia,
jak odpowiadać na tego rodzaju komentarze. Ale podobał mu się
sposób, w jaki wypowiadała jego imię, przeciągana głoska "o"
i charakterystyczne niemieckie "r". Toormod... Jeśli decydował się
na samotny posiłek w swoim pokoju, mógł czytać jedząc. Poza tym nie
musiał myśleć o tym, że sztuczne zęby trafiają czasami nie tam,
gdzie trzeba, wydając przy tym ciche stuknięcie, dźwięk, którym
wolał nie epatować innych - wcześniej mu nigdy nie przeszkadzał
i zaczął się nim przejmować dopiero po przeprowadzce do domu
opieki.
Zwrócił uwagę na ukradkowe spojrzenia
pierwszy raz, gdy siedział w jadalni z kubkiem kawy i kawałkiem babki
cytrynowej. Pozostali mieszkańcy pomyśleli sobie pewnie, że hałasuje,
jakby chrupał świąteczne żeberka ze spieczoną skórką. Tor i Anna
chyba krzyczeli na niego za to stukanie, nie pamiętał tego do końca,
było w nim tyle rzeczy, które im się nie podobały.
Poprzedniego dnia doczytał do końca
biografię Josepha Goebbelsa i miał zamiar zacząć przed snem
książkę o generale von Falkenhorście. Najbardziej lubił lektury,
które czytał już wiele razy wcześniej i wiedział, co będzie
dalej, mógł się wtedy rozluźnić, nie musiał się obawiać, że
nagle trafi na coś, o czym wcześniej nie wiedział, co sprawi, że
zacznie myśleć o swoich własnych sprawach.
Czytając książki o wojnie podarowane
mu przez Torunn, miał się zawsze trochę na baczności. Nie
przykrywał kolan kocem, zachowywał czujność, nie opierał nawet
głowy o zagłówek fotela, sztywniał mu od tego kark. A mimo to
był ogromnie wdzięczny, że je dla niego kupiła, pomyśleć, że
sfotografowała jego półkę i grzbiety książek, by nie zapomnieć,
które już ma, a których mu brakuje.
Torunn była dobra. Taka dobra. Książkę
o von Falkenhorście przeczytał już kilka razy i z radością
myślał o chwili, gdy zacznie ją od nowa, dlatego mógł równie
dobrze posiedzieć przy kolacji z innymi. Od Goebbelsa do von
Falkenhorsta. Dość duży przeskok. Właściwie to z Niemiec do
Norwegii.
Ale gdy poprzedniego wieczora wyszedł ze
swojego pokoju, był wciąż pochłonięty myślami o Goebbelsie i jego
zdeformowanej stopie, do tego stopnia, że zdawało mu się, iż sam ma
taką stopę, chodzi w uszytym specjalnie dla niego bucie ortopedycznym
na grubej podeszwie i w spodniach o zbyt długich nogawkach, które ten
but miały ukrywać. Niewiele brakowało, a zacząłby utykać.
Był zadowolony, gdy opadł wreszcie
na krzesło przy stole. Miał stamtąd dobry widok na szeroki wybór
dodatków do chleba, bo w swoim pokoju siedział w jakiejś próżni
i gdy opiekun pytał, na co ma ochotę, wybierał zawsze najzwyklejsze
i najnudniejsze rzeczy, zupełnie jakby zapomniał, że na tym świecie
istnieje jeszcze pasta kawiorowa albo sałatka z krewetek.
Astrid też tam wtedy siedziała, razem
z nim i wszystkimi innymi, zupełnie żywa i zdrowa, i opowiadała
o gimnastyce w szkole, ludzie wokół niego powtarzali teraz,
że miała prawie dziewięćdziesiąt pięć lat. Tormod nigdy nie
zamienił z nią ani słowa, jakoś się nie złożyło. Ale wiedział,
że była fryzjerką, oprócz tego przez wiele lat pracowała w biurze,
cokolwiek to by miało znaczyć, a w czasie wojny przewoziła rowerem
coś, co miało znaczenie dla ruchu oporu i co narażało ją w razie
wpadki na wielkie niebezpieczeństwo. Tyle zdążył się dowiedzieć,
zauważył również, że nie była szczególnie piękna, ale miała
przyjemny głos, nie taki wrzaskliwy jak wielu innych mieszkających tu
ludzi. Pewnie dlatego, że nie szwankował jej słuch, te dwie rzeczy
często szły ze sobą w parze.
- Nieczęsto ją ktoś odwiedzał -
stwierdziła Olaug.
- Jej rodzina daleko mieszkała -
odrzekła Elise.
- Ale teraz będą musieli przyjechać
- podsumowała Gjertrud, która mieszkała z nim ściana w ścianę
i cały czas robiła na drutach, córka nigdy nie zaglądała do niej
bez wielkiej torby nowej włóczki.
- Tormodzie, chyba twój syn zajmie
się całym tym cyrkiem - zagadnęła Olaug.
Margido często organizował pogrzeby
zmarłych w Byneset, bliskim mieszkańców podobało się, że ma z tym
miejscem osobiste związki. Na dodatek większość z nich widziała
go przy pracy i miała o nim dobrą opinię. Sam Margido mu o tym
opowiedział, a on wierzył w każde jego słowo, to nie były czcze
przechwałki, myślał Tormod, Margido nie był typem człowieka, który
sobie na nie pozwala. Oczywiście, że ludzie decydowali się na biuro
pogrzebowe, które znali, było to mądre i rozsądne. Bliscy Astrid
pewnie nie wiedzieli, kim jest Margido, ale polecili go im pracownicy
domu opieki.
Odpowiedział dopiero, gdy połknął
przeżuwany kęs.
- Możliwe.
- Albo twoja wnuczka - ciągnęła
Olaug. - Jak też ona ma na imię. Kurwa, pamięć mnie zawodzi.
- Torunn - rzuciła Petra znad
kuchennego zlewu, stała tam, płucząc puste kartony po mleku. - Ale
nie zajmie się tym sama, przecież dopiero zaczęła pracę.
Tormod nie musiał nic mówić, Petra
powiedziała dokładnie to, co sam myślał.
- No tak. Ciekawe, kto też zamieszka
w jej pokoju - zaczęła się zastanawiać Olaug.
Bo było u nich teraz miejsce
dla nowego mieszkańca.
Tormod znał procedurę. Czasami rodzina
przyjeżdżała od razu, by zobaczyć zmarłego, ale nie zawsze, sami
mogli o tym zdecydować. Okazanie zwłok mogło równie dobrze nastąpić
później, już po ich odtransportowaniu.
Potem bliscy musieli spakować wszystkie
sprzęty i ubrania z pokoju i zabrać je ze sobą albo - jeśli
mieszkali daleko - załatwić, by zrobił to za nich ktoś inny,
pokój musiał bowiem zostać gruntownie wysprzątany i jak najszybciej
przygotowany dla kolejnego mieszkańca.
Byłoby dobrze, gdyby rodzina Astrid
zechciała poczekać na okazanie zwłok albo zdołała przyjechać tu
jak najszybciej - zmarła nie mogła leżeć zbyt długo w pokoju,
trzeba ją było umieścić w chłodni, rozumiał to wszystko. Trzeba ją
było szybko zabrać, może Margido albo Torunn zdążyli w międzyczasie
zrobić dla niego zakupy, skończył mu się już napój Solo i mentolowe
pastylki.
- Mam nadzieję, że to będzie
ktoś, kto lubi krzyżówki, tak jak Astrid - rzuciła Olaug. -
Rozwiązywanie ich samemu to taka cholerna nuda. Bo z was to nikt mi,
kurwa, nigdy nie chce pomóc.
Olaug prawie całe życie przepracowała
na morzu, pewnie dlatego mówiła w ten sposób. Tormod wsunął do
ust śnieżnobiałą kostkę cukru i przymknął oczy z rozkoszy,
pozwalając, by łyk kawy rozpuścił powoli cukier na jego
języku. Pomyślał o stojącym w pokoju pudełku brązowych
grudek.
Tak, porozmawia
z Margidem o pieniądzach w banku. Zapyta, czy mógłby wyciągnąć
dla niego gotówkę. Zacznie wtedy płacić za wszystko, co dla niego
kupują, i będzie mógł wprost oświadczyć, że chce kostki białe,
a nie brązowe.