Na korytarzu panowała zupełna
cisza.
Siedział w wygodnym fotelu, pochylony
nad otwartą książką, która leżała na jego kolanach. Stojąca obok
lampa rzucała precyzyjny strumień światła na stronicę, a on był
tak pogrążony w lekturze, że aż drgnął, usłyszawszy pukanie
do drzwi. Udało mu się jednak mocno przycisnąć paznokieć prawego
kciuka w miejscu, do którego dotarł, a był właśnie w połowie
zdania.
- Proszę - powiedział.
Młoda pielęgniarka otworzyła drzwi
i weszła do środka. Miała buty na gumowej podeszwie i poruszała
się całkowicie bezgłośnie.
- Mam na imię Marthe - rzekła,
wyciągając do niego dłoń.
Spuścił wzrok na książkę i dostawił
paznokieć lewego kciuka w miejsce, gdzie dotychczas trzymał prawy,
a potem wyciągnął rękę w jej kierunku. Wyszło niezgrabnie, musiał
mocno przyciskać palcem stronicę, żeby książka nie ześlizgnęła
mu się z kolan, ale gdy tylko uwolniła jego rękę, od razu zamienił
palce.
- Przepraszam, chyba przeszkodziłam
- powiedziała.
- Tak, nie... ja... wszystko
w porządku.
- Jestem tutaj nowa, więc chciałam
się tylko przywitać - rzekła. - Mam dzisiaj pierwszy dyżur
nocny. A pan nazywa się Tormod Neshov?
- Tak.
- Z listy wynika, że nie ma pan
zleconych żadnych leków?
- Nie.
- To znakomicie. Nawet leków nasennych
panu nie potrzeba?
- Nie.
- A zatem zdrów jak ryba -
stwierdziła.
- Jestem stary - odparł.
- Nie aż taki stary -
powiedziała. - Za chwilę stuknie panu zaledwie osiemdziesiąt pięć
lat. A od jak dawna jest pan tutaj?
- Latem miną cztery lata. Dlaczego
pyta pani o... takie rzeczy? Zostanę tutaj. To tu mam...
- Oczywiście, że pan tutaj
zostanie, tak tylko pytam, sam pan rozumie. O czym czyta pan dziś
wieczorem?
- O Terbovenie.
- O...? A co to?
- To... człowiek.
- Wobec tego nie będę już panu
przeszkadzać, przygotuje się pan sam do spania, w sensie mycia zębów
i takich spraw, prawda?
- Tak.
- Wszyscy już się położyli,
jest prawie jedenasta. Mogę chociaż zdjąć panu kapę
z łóżka. I zasłonić okna.
- Nie. Tylko nie zasłony.
Kiedy zamknęła za sobą drzwi,
rzucił okiem w dół na trzymaną książkę, a potem podniósł wzrok,
zdjął okulary i wyjrzał przez okno. Na dworze było ciemno i nic nie
można było zobaczyć, ale jutro rano będzie rozpościerał się stąd
szeroki widok na krainę Byneslandet, falującą szarymi i brązowymi
odcieniami późnej zimy aż po ujście fiordu Trondheimsfjorden.
Zatrzasnął książkę i przymknął
oczy. Jakże ona go męczyła i wypytywała. Czy nie wystarczyło,
że był stary, powinien jeszcze być chory...?
Nie. Margido zapewniał go wiele razy,
że ma tutaj swoje stałe, długoterminowe miejsce, ona po prostu była
nowa, ciekawska, młoda i nawet nie miała pojęcia, kim był Terboven,
to mu w niczym nie zagrażało.
Powolnym ruchem
otworzył ponownie książkę i odszukał właściwą stronę. Światło
lampy do czytania naprowadziło go na cień głębokiej rysy zrobionej
paznokciem. Jutro nie będzie miała już o co pytać, teraz wiedziała
o nim wszystko, co jej było potrzebne, mógł spokojnie czytać
dalej.
- To jest po prostu tak
straszne, Krumme, że nie mogę. Tylko spójrz! Zobacz, jakie to potworne
i ordynarne!
Sztapel grubych czasopism wnętrzarskich
leżał na stole jadalnym, Erlend kupił je w drodze z pracy
do domu. Wziął ich całe naręcze, biuro i tak zwróci mu za to
pieniądze, te czasopisma miały inspirować projektantów i otwierać
przed nimi nowe horyzonty albo - jak w tym wypadku - wręcz
przeciwnie, kiedy tak wymachiwał nimi przed nosem Krumme.
- I co takiego jest w tym
przerażającego? - zapytał Krumme zwrócony do niego plecami.
Krumme stał przy kuchence, przestawiając
tam różne rondle, tak jak zawsze o tej godzinie, kiedy przygotowywał
obiad z myślą o wspólnym zjedzeniu go w spokoju i ciszy, gdy
dzieci pójdą już do łóżek. Odwrócił się, z poczucia obowiązku
rzucając okiem na pismo, tak błyskawicznie, że oczywiście niczego
nie miał szansy dostrzec.
- Ależ spójrz dokładnie,
Krumme!
- Tatusiu, chcę więcej soku -
rzekła Nora.
Krumme zerknął raz jeszcze, znowu
irytująco pobieżnie.
- Widzę tylko całkiem sporo pięknych
wzorów, Erlendzie, nie wiem, czemu się tak nakręcasz. Oszczędzaj
swoje serce.
- Widzisz wzory, tak, ale spójrz na
materiały, Krumme!
- Tatusiu, soku!
- Ja też chcę - dodała
Ellen.
- To plastik! Dywany z plastiku! -
wykrzyknął Erlend. - Plastikowe chodniki! Pomyśl tylko, znów
wracają do łask. Sama ta myśl, choćby nie wiem jak piękny miały
wzór. To horror. Przewracam się w moim przyszłym grobie.
- Tato! Tatuś mnie nie słyszy! Chcę
więcej soku! Teraz! - zawołała Nora.
- Ja też - dodała Ellen.
Krumme przyniósł karton z lodówki na
napoje, gdzie szampany, piwa i toniki musiały teraz dzielić miejsce
z sokami, mlekiem i smoothies.
- Tylko nie
mieszaj mi z wodą! - powiedziała Nora.
- Oczywiście, że trzeba dolać wody
- odparł Krumme, potrząsając energicznie kartonem. - Inaczej
będzie za dużo cukru, przecież o tym wiesz, skarbie.
- Kocham cukier
- powiedziała Ellen.
- No tak, to bomba dnia - rzekł
Krumme. Odkręcił kran, zostawiając lecącą wodę, i poszedł po
dziecięce szklanki.
- Bomba? Taka jak w telewizji? -
zapytał Leon, unosząc na chwilę głowę znad komiksu z Kaczorem
Donaldem. Oczywiście nie potrafił jeszcze przeczytać ani słowa,
ale zawsze przeglądał komiksy z nabożeństwem, jedząc przy
tym podwieczorek. Nora i Ellen siedziały z iPadem i oglądały
Krainę lodu ze ściszonym dźwiękiem, ponieważ ku
pewnej irytacji Erlenda widziały to już wiele razy. Ale przestał na
ten temat cokolwiek mówić, klamka zapadła, zawsze jakoś uda mu się
stworzyć przeciwwagę dla tej disnejowskiej wersji prawdziwej baśni,
napisanej przez H.C. Andersena.
- Ależ nie, Leonie, to tylko taki
sposób mówienia dorosłych - rzekł Erlend. - A przy okazji,
pamiętasz, jak nazywa się Fedtmule[1] po norwesku?
- Tak! Langbein! - odparł Leon,
zaśmiewając się. - A przecież on ma takie krótkie nogi!
- Plastikowe chodniki, Krumme. To nie
do wytrzymania. Wiesz, co widzę w wyobraźni, myśląc o plastikowych
chodnikach?
- To może być cokolwiek, skąd mam
zatem, do cholery...
- Popękane, odkryte pięty w letnich
butach. Chodziła w czymś, co nazywało się wówczas butami
typu Raff, kupowała jedną parę takich łapci rocznie i mogę
ci przysiąc, że nie miały nic wspólnego z wyrafinowaniem,
Krumme. Miały za to perforowany kaptur, zakrywający palce, tak
żeby smrodliwe opary spoconych stóp mogły swobodnie się unosić,
a ten kaptur miał sraczkowaty kolor, o ile dobrze pamiętam. Stała
przy blacie albo przy kuchence, dokładnie tak jak ty teraz, a ja
siedziałem przy stole, czekając, aż posmaruje mi kromkę chleba,
albo właśnie zaczynałem ją jeść, a wszystko, co widziałem, to
te paskudne, szare pięty z pionowymi i czasami lekko sączącymi
się pęknięciami. A pod łapciami - pasiasty, plastikowy
chodnik. Czerwono-czarno-biały. Cały w plamach i resztkach
jedzenia.
- Zakładam, że mówisz o...
- Mojej obrzydliwej matce, zgadza
się. Niech spoczywa w niepokoju.
- Co to znaczy "obrzydliwej"? -
zapytał Leon.
- Erlendzie, proszę. Maluszki też
mają uszki, ile razy mam ci to mówić, myszko, przecież rozumieją
z każdym dniem więcej. To tylko norweskie słowo, Leonie, ale nie wiem,
jak to będzie po duńsku, nie zawracaj sobie tym głowy, skarbie.
- Ta baba tutaj dostała nawet
nagrodę w dziedzinie designu! To Szwedka, no cóż, to wiele
wyjaśnia, jakaś Anna Becker, nagrodzona za projekt plastikowego
chodnika! No nie poradzę. To tak, jakby wygrać Bocuse d'Or[2] za danie ze skórek od ziemniaków.
Krumme roześmiał się głośno.
- Jesteś naprawdę zajebiście dobry
w nakręcaniu się byle czym, Erlendzie.
- Tata powiedział
"zajebiście"! - krzyknął Leon.
- Tak, powiedział to! - zawołała
Nora, a Ellen skinęła głową.
- Maluszki też mają uszki, Krumme,
musisz teraz umyć sobie usta w środku wodą z mydłem.
- Tak! Tak! Niech umyje! Tato! Masz
umyć buzię w środku! Tatuś tak powiedział!
- Wasz tatuś mówi dużo dziwnych
rzeczy.
- Ale tato! Musisz!
- To wobec tego umyję ją sobie
mlekiem - odparł Krumme.
- TAAAK! - krzyczały dzieci na
przemian.
- Zgoda - rzekł Erlend. Krumme nie
cierpiał mleka, uważał, że nadaje się tylko dla osesków, cieląt
i do niektórych sosów. Krumme poszedł i przyniósł karton z mlekiem
oraz szklankę, nalał do niej niewielki łyk, a potem wlał go sobie do
gardła bez przełykania. Zamiast tego zaczął gwałtownie gulgotać
z mocno zaciśniętymi oczami. Dzieci siedziały jak zaczarowane,
śledząc każdy jego ruch. A Krumme ich nie zawiódł.
Po zakończeniu gulgotania rzucił się
- na tyle szybko, na ile mały, okrągły mężczyzna był w stanie
to zrobić, pomyślał sobie Erlend - w stronę jednego ze zlewów,
wymachując rękami, po czym wypluł zawartość ust, rycząc przy tym
głośno i trzepiąc głową na boki pod kranem z wodą.
- BŁEEE! - powtarzał co chwilę
między kolejnymi płukaniami, a dzieci śmiały się tak, że pospadały
z kuchennych krzeseł i znalazły się na podłodze.
- Ale zimne mleko jest pyszne! Po
prostu pyszne! - krzyknęła Nora.
- No właśnie! - zawołała
Ellen.
- Nie - odparł Krumme. - Do ch...,
nie jest.
- Ależ jak najbardziej -
powiedział Erlend. - Nasze małe, słodkie dziewczynki dawno to
zrozumiały.
- Ale chłopak nie - dodał Leon,
który też nie lubił mleka. Wypijał jednak szklankę, kiedy go o to
prosili, wiedział, że tak trzeba, żeby rosnąć i mieć mocne kości
i zęby. A jeśli Leon protestował, Krumme mawiał: Małe dzieci
po to mają zęby mleczne, żeby pić mleko. Nikt nie słyszał nigdy
o zębach soczkowych.
Erlend twierdził z uporem,
że mleko i chleb stanowią dobre i właściwe pożywienie dla
dzieci. Dlatego w ramach podwieczorku dostawały chleb wypiekany
z ekologicznego zboża, z jakimś dodatkiem i sokiem albo mlekiem
do popicia. Na kolację jadały owsiankę z owocami, również wtedy,
gdy zostawały u matek. Była łatwa do przyrządzenia i do tego
zdrowa. Płatki owsiane oczywiście też musiały być organiczne.
Erlend nauczył Jytte piec chleb. Jytte
i Lizzi aż do porodów odżywiały się wyłącznie białym chlebem
i niedopieczonymi mrożonymi bułeczkami firmy Hatting, ale jedzenie
dla dzieci nie było tylko jedzeniem, Krumme i Erlend byli co do
tego zgodni. Pożywienie stanowiło klocki potrzebne do wykonania tej
nieskończenie skomplikowanej pracy, jaką było zbudowanie dorosłego
ciała. Trzech dorosłych ciał.
- A w tej kwestii nie będziemy na
niczym oszczędzać! - mawiał Krumme z tak wielkim patosem, że nikt
ani przez chwilę nie miał najmniejszych wątpliwości, iż dokładnie
to ma na myśli. Poza tym posiadał i niezbędne pieniądze, i wolę,
aby przeprowadzić swój zamiar.
Erlend kochał te jego wypowiedzi,
czuł się od tego bezgranicznie wprost bezpieczny, tak jakby stał
na mostku kapitańskim ogromnego statku, którym dowodził Krumme,
a on sam był pierwszym sternikiem i obaj byli ubrani w eleganckie
mundury ze złotymi sznurami, guzikami i epoletami oraz w białe czapki
marynarskie z wyszywanymi złotą nicią kotwicami ponad błyszczącym
daszkiem.
Ale nie wpadali w histerię. Wśród
produktów w lodówce stała również Nutella, a jeśli nie udało
im się dostać ekologicznego sera, kupowali jego zupełnie zwykłą
i zapewne szkodliwą wersję, to samo tyczyło się mięsa. Dzięki
temu zachowywali słuszną równowagę.
W dni powszednie dzieci nie
jadały obiadów w domu, ponieważ chodziły do prywatnego
przedszkola, o którym Erlend wyrażał się, że jest "drogie
do wyrzygu". Nawet nie dostali w nim zniżki
grupowej, chociaż posyłali tam trójkę dzieci. Jednak nie było się
o co wykłócać, kolejka oczekujących była nieznośnie długa, a oni
dostali miejsca tylko dlatego, że dyrektorka, która była również
współwłaścicielką przedszkola, uważała ten układ rodzinny za
"niesłychanie interesujący" i "fascynujący". Dlatego też
chciała na wszelkie możliwe sposoby przyczynić się do "harmonijnego
dzieciństwa" maluchów. Krumme poczuł się trochę urażony, słysząc
takie sformułowanie, ale jak stwierdził później, ze względu na
dzieciaki ugryzł się w język.
W przedszkolu uprawiano własne
warzywa w ogródku za budynkiem, dzieci jadały rybę i białe mięso
pochodzące od drobiu z wolnego wybiegu, a mięso czerwone tylko jeden
raz w tygodniu. Oprócz wysoko wykwalifikowanych pedagogów przedszkole
zatrudniało własnego kucharza, a menu wykraczało daleko poza posiłki
przeciętnego duńskiego obywatela pod względem walorów odżywczych
i różnorodności.
W weekendy cała duża rodzina spotykała
się na wspólnych obiadach albo u Jytte i Lizzi, albo w domu przy
Gr?br?dretorv, najchętniej wszyscy siedmioro, o ile nikt nie miał
innych planów. Weekendy to był ich wspólny, konstruktywnie spędzany
czas, wypełniony ciekawymi wycieczkami i pysznymi, celebrowanymi
posiłkami, podczas których dzieci mogły swobodnie przybiegać do stołu
i od niego odchodzić, zjadając to, co najbardziej im pasowało.
Jeśli któremuś z maluchów zasmakowała
testowana potrawa, pozostali od razu też chcieli jej spróbować. Matki
były przekonane, że dobrowolny wybór jedzenia wspiera rozwój zasady
przyjemności w dziedzinie odżywiania, z czym Krumme zgadzał się
całkowicie, natomiast Erlend uważał, że to wszystko bliższe jest
raczej totalnej anarchii gastronomicznej. Mimo to nie zabierał głosu
w tej sprawie i starał się skupiać na własnym talerzu, jako że
anarchiści tak czy owak stanowili większość.
- A po soku chcę dostać też
mleko - rzekła Nora. - W sumie - dodała, jako że właśnie
nauczyła się tego określenia i korzystała z niego przy absolutnie
każdej nadarzającej się okazji w celu podkreślenia wagi swoich
słów.
- Jeśli miałbym powiedzieć coś
dobrego o Norwegii, to mają tam najlepsze mleko na świecie -
stwierdził Erlend.
- Nie mogę z tym dyskutować
- odezwał się Krumme - ponieważ nigdy go nawet nie
spróbowałem.
- Najlepsze na świecie. Nie
zmyślam - powiedział Erlend. - A to dlatego, że krowy żyją
tak zdrowo.
- Co to są klooowy? - zapytał
Leon.
- Krowy. Jedna krowa. Zwierzę, które je trawę, ma rogi i daje
mleko - wyjaśnił Erlend.
- Mają rogi?
- zapytał Krumme. - Wydawało mi się, że dotyczy to tylko
byków.
Erlend nagle sam zaczął mieć
wątpliwości.
- Co takiego tam przyrządzasz? -
zapytał. - W tych rondlach?
- Zupę z soczewicy z dodatkiem
wędzonej golonki, a w osobnej miseczce będzie fenkuł, cebulka
i zioła, bo nie chcę, żeby rozgotowały mi się w zupie na
miazgę.
- Mniam. To brzmi bombastycznie. Ale
wróćmy do tematu. Krooowy, Leonie, krowy pasą się na łące,
oddychają świeżym powietrzem i jedzą czystą, zieloną trawę
i z tej trawy robią w swoich brzuszkach pyszne mleko. A tutaj
w Danii stoją w oborach i do jedzenia dostają zupełnie inne
rzeczy.
- Widziałam je - powiedziała Ellen
- Na dworze.
- Pewnie i tutaj niektóre wychodzą na
dwór, skarbie - rzekł Erlend. - Ale w Norwegii chodzą sobie wysoko
w górach, gdzie powietrze jest czystsze niż tutaj w Danii. Krumme,
zrób dzieciom jeszcze kilka kanapek, ta zupa może chyba się sama
popilnować przez dwie sekundy. Co chcecie mieć na chlebie?
- Ser.
- Ser.
- Nutellę.
- Nie. Jedna kanapka z Nutellą
wystarczy, Leonie. Trzy z serem, Krumme. A trawa na większej wysokości
jest bardziej zielona i...
- A więc w Norwegii istnieją
wysokogórskie krowy z rogami? - zapytał Krumme.
- Przestań marudzić wreszcie z tymi
rogami!
- Tak! Powinniśmy naprawdę
wykorzystać to jako temat dla "BT", to brzmi naprawdę
egzotycznie. Chciałbyś może espresso, myszko? Muszę jakoś pozbyć
się z ust tego smaku mleka.
- Pewnie uzyskasz w ten sposób
cappuccino, jak tylko upijesz łyk. Tak czy owak, najlepsze mleko na
świecie. Trochę jak w Szwajcarii, Krumme, tam krowy też chodzą
wysoko po górach zamiast szwendać się między nadbrzeżnymi
kamieniami jak tutaj w Danii, o ile w ogóle uda im się wyjść na
zewnątrz. W sumie dokładnie rzecz ujmując, nigdy nie próbowałem
szwajcarskiego mleka, ale robią tam znakomite czekolady, w Norwegii
podobnie, a to przecież zależy wyłącznie od mleka.
- Belgijska czekolada też jest wyborna,
a Belgia nie może się pochwalić nadmiarem gór.
- Belgijska czekolada sprowadza
się tylko do nadzienia, Krumme! A ja mówię o czystej, mlecznej
czekoladzie! A w tej materii Norwegia i Szwajcaria nie mają sobie
równych. Nie-ma-ją.
- Chcę ladę - rzekł Leon.
- Przecież właśnie zjadłeś kanapkę
z Nutellą - odparł Erlend. - W niej też jest kakao. W zwykły
dzień tygodnia tyle wystarczy, skarbie. A może... mamy przecież
osiemdziesięcioprocentową czekoladę na gorąco twojego taty, tę
prawie całkowicie czarną, którą tak lubi. Może chcesz kawałek,
Leonie?
- Nie! Fuj...
- Ona obniża cholesterol, coś mi
się zdaje, że też zjem sobie kawałek do espresso. Czy trzylatki
mają cholesterol, Krumme?
- Mam szczerą nadzieję, zważywszy
że to ważny dla życia element ludzkiego metabolizmu. Proszę. A ja
przyniosę dla nas lekarstwo na cholesterol.
Krumme pocałował Erlenda w czoło,
stawiając przed nim malutką filiżankę espresso. Kiedy Erlend
siedział, a Krumme stał obok niego, i tak był tylko niewiele wyższy
od Erlenda.
- Przypomniało mi się nagle, co
chciałem ci opowiedzieć! - zawołał Erlend. - O tym, czego się
dzisiaj dowiedziałem i za sprawą czego spojrzałem nowymi oczami na
całą sytuację na świecie.
Krumme westchnął.
- Ty to masz energię, aż mnie uszy
bolą. Rozumiałbym, gdyby trójka małych dzieci wykończyła dorosłego
człowieka, ale z tobą jest jeszcze gorzej.
- Kochasz to. Teraz tylko udajesz,
a tak naprawdę umierasz z ciekawości.
- Wiesz, że nie lubię plotek.
- To nie plotki - odparł Erlend. -
I dobrze wiesz, że nienawidzę tego słowa. Plotki.
Jakie ohydne określenie. Kojarzy mi się z ciotkami. I równie
dobrze wiesz, że preferuję pojęcie "nieformalny przepływ
informacji". Ale to są twarde fakty, mój
ukochany.
- No to dawaj - powiedział
Krumme, przykręcając gaz pod rondlami i opadając na krzesło przy
stole.
- Chodzi o Putina - rzekł
Erlend. - Teraz już wszystko rozumiem! Dlaczego ma taką manię
wielkości. Dlaczego chciałby ciągle gdzieś robić inwazję. Dlaczego
pozwala się fotografować w tych wszystkich żałosnych pozach
przedstawiających go jako macho, na przykład w łodzi podwodnej albo
półnago na koniu. Dlaczego lekceważy i zastrasza ludzi i całe kraje,
nie wyłączając własnych rodaków.
- A przyczyną jest...?
- Ma tylko metr sześćdziesiąt
trzy wzrostu! To wszystko wyjaśnia. Ma zatem ten kompleks, sam
rozumiesz!
- Czy to prawda? Mój Boże. Faktycznie
można by o tym napisać. Naprawdę - dodał, głaszcząc Norę po
włosach. W odpowiedzi wdrapała mu się na kolana.
- Nie! Nie wolno wam. To oficjalnie
tajemnica. Jeśli napiszecie o tym w "BT", Dania może znaleźć
się w kiepskiej sytuacji i już następnego dnia będzie tu
Rosja. A rosyjskie wino musujące smakuje obrzydliwie, Krumme, więc
nie chcemy go tutaj. Ale to naprawdę wyjaśnia wszystko. Sądziłem, że
się ucieszysz, w końcu sam masz... metr sześćdziesiąt dwa.
W ostatniej chwili udało mu się
powstrzymać od dodania małego "tylko", które wręcz cisnęło mu
się na usta.
- Szczerze mówiąc, wolę porównanie
z Tomem Cruise'em albo Dustinem Hoffmanem - rzekł Krumme
i pocałował Norę w karczek, podnosząc najpierw jej długi, ciemny
warkoczyk. Zarówno Nora, jak i Ellen miały długie, ciemne włosy,
które zawsze były zaplecione, ponieważ dziewczynki nie cierpiały
kołtunów i wrzeszczały na wyścigi przy każdej próbie dokładnego
rozczesania czy wyszczotkowania włosów.
- Przyszło mi właśnie coś do głowy,
nie całkiem na temat, ale w kwestii niewysokich mężczyzn - rzekł
Krumme. - Pamiętasz może, jak Woody Allen powiedział kiedyś,
że nie może słuchać Wagnera, bo zaraz czuje gwałtowną chęć,
żeby zaatakować Polskę.
- Boże... to ciekawe, że wspominasz
o Woodym Allenie. Prawie dostałem gęsiej skórki! Przez cały
dzisiejszy dzień o nim myślę!
- A to w związku z czym,
myszko? Z wystawą, nad którą pracujesz?
- Tak. Będzie genialna. Nie żebym
wpadał w samozachwyt, ale taka właśnie będzie. Naprawdę.
Nora włożyła kciuk do buzi,
przysłuchując się każdemu jego słowu, nieskończenie śliczna
malutka dziewczynka, prawie zapomniał, co chciał powiedzieć, musiał
natychmiast nachylić się i pogłaskać ją po policzku. I pomyśleć,
jacy przerażeni i spanikowani byli na wieść, że będą mieli
trójkę dzieci, a potem wszystko potoczyło się tak gładko, naturalnie
i zwyczajnie. Oczywiście nie od samego początku, ostatni czas przed
porodami i zaraz potem stanowił przedsionek piekła, ale teraz uważał,
że wszystko idzie jak po maśle.
Dzieciaki były spokojne i rozwijały się
harmonijnie, już dawno temu wyrosły z pieluch, nie miały żadnych
alergii ani nietolerancji pokarmowych, chociaż w obecnych czasach
było to prawie w modzie, to była chyba jedyna modna rzecz, za którą
nie tęsknił, nawet w eleganckich restauracjach w menu podawano,
czy poszczególne dania zawierają gluten, jajka albo orzechy, ćwierć
daktyla albo dwa ziarenka cukru, to była taka nowoczesna masowa histeria
i gdyby on był kucharzem w takim miejscu, to na pewno w niedługim
czasie poderżnąłby sobie oba przeguby nożem do krojenia indyka.
- To opowiedz o tej wystawie, no już
- powiedział Krumme.
- Oczywiście! Kojarzysz ten wypasiony
sklep z antykami, który otworzyli ostatnio przy Gammeltorv?
- Nie, myszko, nie kojarzę.
- No tak, to zrozumiałe. Nie jesteś
miłośnikiem zakupów. Ale mniejsza o to. Odkryłem przezroczyste,
plastikowe tworzywo, którym pokrywam szybę od środka, to pieprz...
wymagająca praca, bo najdrobniejszy pęcherzyk powietrza zepsuje cały
efekt, więc podczas montażu posuwaliśmy się centymetr po centymetrze
i już jest gotowe. A ta plastikowa warstwa sprawia, że każda rzecz
na wystawie zyskuje coś na kształt patyny w kolorze sepii, trochę
jak na starych zdjęciach. Więc myślałem sporo o Złotych
czasach radia Woody'ego Allena, ten film też ma takie barwy,
no wiesz, lekko złote i prawie pozbawione połysku, nieco brudne,
sam nie wiem, jak miałbym to określić, ale tak czy owak, ta wystawa
to dokładnie Złote czasy radia.
- Wyszło pięknie?
- A zgadnij! Absolutnie
spektakularnie. Można również kupić szybę, która stworzyłaby taki
sam filtr światła, ale na takie wielkie okno wystawowe kosztowałaby
majątek, może z czasem pozwolą sobie na to. Niezależnie od tego, jak
pospolita będzie wystawiona komoda albo krzesło, przypominać będzie
mebel ze starej fotografii. Musisz tam pójść i zobaczyć. Ludzie
przecież kochają nostalgię. Czy jesteś w stanie zrozumieć to
przywiązanie do przeszłości? Czy ty to pojmujesz?
- Tak. Pojmuję, myszko. Ale do tego
trzeba mieć dobre wspomnienia z przeszłości.
- Trafiłeś w samo sedno, Krumme. Też
o tym sporo dziś myślałem. Że stałem się odpowiedzialnym ojcem
rodziny...
- No to prawda...
- ...ale że to jest rodzina
przyszłości! A nie miniona rodzina. Stworzyliśmy teraz własną,
małą rodzinę i nie zamierzam pielęgnować dawnych więzi.
- Mamy przecież moją siostrę
i ojca.
- Snobów.
- Ale istnieją. I od czasu do czasu
się z nimi spotykamy.
- Ale nie pielęgnujemy tych więzi,
Krumme. Wystarczy, że zajmują się czule sobą nawzajem i każdy na
własny użytek.
- Właśnie, czy ostatnio odzywała
się do ciebie Torunn?
- Po co, do diabła, nagle o tym
wspominasz? Przecież dobrze wiesz, że całe wieki minęły od
ostatniej rozmowy, inaczej bym ci powiedział. Nasze relacje stały się
jednostronne, przecież to zawsze ja musiałem wykazywać inicjatywę
i miałem tego po jebane dziurki w nosie.
Leon bystrze podniósł głowę.
- Tak bardzo dosyć - poprawił
się szybko Erlend. - Chcesz jeszcze pić, Leonie? Może jakieś
smoothie?
- Wtedy będzie się czuł zbyt
najedzony, a zaraz będzie wieczorna owsianka - rzekł Krumme. -
A Margido, zdaje się, wpadł już do tej samej szuflady? Szuflady
z napisem "miniona rodzina".
- Całkowita racja. Co takiego jest
z nimi nie tak? Mają telefon i dostęp do poczty, a nawet średniej
wielkości lotnisko! I nawet nie chciało im się przyjechać na imprezę
z okazji nadania imion dzieciom, chociaż zaoferowaliśmy im gratisowy
pobyt w hotelu. Te żałosne usprawiedliwienia. Ech, nie! Porozmawiajmy
o czymś przyjemnym. O marnym metrze i sześćdziesięciu trzech
centymetrach Putina.
- No, no, weź trochę na
wstrzymanie. Daję sobie nieźle radę również bez tego jednego
centymetra.
- To dlatego, że masz siłę
wewnętrzną, mój piękny. I w związku z tym nie potrzebujesz
siedzieć na koniu z gołym torsem. Chociaż ten widok na pewno
odwróciłby uwagę niejednego wojowniczego dyktatora. Przyczyniłbyś
się do zaprowadzenia pokoju na świecie, Krumme. A twój brzuszek
zapewniłby ci Pokojową Nagrodę Nobla.
- Co będziesz im czytał dziś
wieczorem? - zapytał Krumme. - Kiedy będę robił dla nas
kolację?
- Jeszcze nie zostało to zdecydowane,
mój osobisty Władimirze. Ustalimy te sprawy w łazience.
- Tatuś powiedział "jebane" -
rzekł Leon. - Naprawdę.
- Ależ skądże, nic podobnego
nie powiedziałem, mój książę. Powiedziałem... "zatkane" -
stwierdził Erlend.
- You lie
to your son?[3] - zapytał Krumme.
- Chcę go chronić. To przecież
nasze zadanie jako odpowiedzialnych rodziców. Odpowiedzialność,
którą traktuję bardzo poważnie. Właśnie, czy wyjąłeś sery
z lodówki? Chyba pamiętasz, że kupiłem do nich ten pyszny chlebek
figowy? Do zjedzenia po zupie z soczewicy?
- Sery leżą już na blacie
i dochodzą.
- Dzięki Bogu. Świat jest
piękny. Chrzanić rosyjską inwazję.
- No proszę. A ty kim jesteś,
maluchu?
Margido niewiele wiedział
o ptakach. Maleńkie stworzonko siedzące na ziemi i spoglądające
na niego spośród wrzosów miało czerwoną plamkę na piersi,
poza tym było brązowe. Gil? Nie, gile są większe, całe brzuszki
mają jaskrawoczerwone, tyle w każdym razie wiedział, widywał
gile niezliczone razy, zarówno przy karmniku w Neshov, jak i na
nostalgicznych kartkach bożonarodzeniowych, gdzie zawsze skubały
obfite świąteczne snopki na tle śniegu, starych drewnianych chat
i w towarzystwie skrzatów w czerwonych czapeczkach wyglądających
zza rogów domów.
To właściwie dziwne, że jego wiedza
o ptakach była tak wątła, dorastał w końcu w odległości
krótkiego spaceru od rozlewiska rzeki Gaula, mekki ornitologów. Wiele
ptasich gatunków urządzało sobie tam stację pośrednią w swoich
podróżach na północ i na południe. Ale on nie miał nigdy nart ani
wędki, nie chadzał na piesze wędrówki, nie wspinał się po górach,
nie tęsknił do tego i wcale go to nie pociągało.
Chyba dlatego, że w ogóle mało
go obchodziła przyroda. Wolał asfalt, schody i płaskie podłogi,
stworzone przez człowieka ciągi komunikacyjne i pojazdy silnikowe,
przewidywalne otoczenie dostosowane do jego potrzeb. Ptakami,
z którymi miał na co dzień najwięcej do czynienia, były jaskółki,
często wybierane jako motyw dekoracyjny nekrologów. A także ptaki,
o których czytał w Biblii. Ale to było jednak coś innego, emblematy
w alegoriach.
- "Przypatrzcie się ptakom podniebnym
- powiedział do nikogo konkretnego - nie sieją ani żną i nie
zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi..."[4]
Zdarzało się, że wychodził na swój
mały balkon i patrzył w gwiazdy, dużo rzadziej - na zorzę
polarną, wprawiało go to w niemal sakralny nastrój.
Natomiast dzika natura na poziomie ziemi
nieszczególnie do niego przemawiała. To też oczywiście było Dzieło
Stworzenia, nie ważyłby się zaprzeczyć, że trzeba przed nim chylić
głowę z szacunkiem, ale Dzieło to wzbudzało w nim zainteresowanie
o charakterze czysto teologicznym i abstrakcyjnym.
A mimo to siedział tu teraz, pośród
natury. Na pieńku w lesie, z odwiniętym z papieru drugim śniadaniem
na zaciśniętych kolanach, w zupełnie zwyczajny dzień powszedni na
początku marca.
- Zaraz dostaniesz. Proszę
bardzo. Co prawda nie jestem twoim ojcem niebieskim, ale pożywić cię
mogę, On to na pewno doceni.
Margido odkleił papier od górnej kromki
chleba, oderwał szczodry kawałek skórki i rzucił go podskakującemu
w wyschniętych wrzosach ptaszkowi. Samotne małe stworzonko rozdziobało
chleb, jakby się bało, że ktoś mu go zabierze, i lecąc nisko
z ciążącym mu pełnym brzuszkiem, zniknęło między pniami
drzew. Margido śledził je wzrokiem, błyskawiczne uderzenia małych
skrzydeł zlewały się w jego oczach w jeden drgający trzepot.
W tej samej chwili zwrócił uwagę na
świergot w koronach drzew, głośny, intensywny, musiało tam siedzieć
wiele ptaków. Usłyszał je dopiero teraz. Jednemu pełnemu ekscytacji
szczebiotowi zaraz odpowiadał drugi. Ależ one nadawały.
Te istotki potrafiły zafascynować
niektórych ludzi tak bardzo, że gotowi byli zjeździć cały kraj
wzdłuż i wszerz, by na własne oczy zobaczyć jakiś ciekawy
okaz. Margido pomyślał o Yngvem Kotumie, synu gospodarza majątku
sąsiadującego z Neshov. On także podglądał ptaki, zanim popełnił
samobójstwo, kiedy to właściwie było? Krótko przed śmiercią matki,
o ile dobrze pamiętał, a przeważnie się nie mylił, gdy chodziło
o kogoś, kogo sam pochował, to było zaraz przed świętami cztery
lata temu. Uniósł głowę, zerkając przelotnie na korony drzew,
w "Adresseavisen" pisali, że ptaki budują teraz gniazda, parzą
się i są bardzo zajęte, "najwcześniejsza wiosna wszech czasów",
głosił dzisiejszy nagłówek, "gniazdowanie już ruszyło",
donoszono.
Zima była zaskakująco sucha,
ciepło zaczęło się robić zaraz po świętach, nie miał siły
zastanawiać się nad tą całą gadaniną o zmianach klimatycznych,
jeśli jakieś zmiany mają być, to będą, nieważne, czy wrzuci
kawałek plastiku do tego czy innego kontenera, ale tak czy inaczej
pilnował, by robić to jak trzeba, oczywiście, że tak, sortował odpady
dokładnie i pieczołowicie. Mimo to było strasznie sucho, sosnowy las
sprawiał wrażenie na wpół martwego, wrzosy więdły, rolnicy byli
zrozpaczeni, o czym także donosiły gazety. Wysychały koryta strumieni,
poziomy w zbiornikach były alarmująco niskie, ludzi proszono, by
oszczędzali wodę, powstrzymując się między innymi od mycia aut,
ale jemu na szczęście udzielono dyspensy. Karawan musiał lśnić
czystością, wszyscy to rozumieli, także Stein-Ove w myjni.
- Twój wóz będzie shiniest
in the city![5] - oświadczył Stein-Ove, lubiący zadać szyku
wtrącaniem do zdań angielskich zwrotów. - Nawet bardziej
flashy niż w Kalifornii, The
Sunshine State, a tam już zaczęli spryskiwać trawę
zielonym lakierem... Pomyśl tylko, Margido! Fundują trawnikowi taką
green spray tan[6], po tym jak sami wrócą z opalania natryskowego. Tak,
bo nie myśl sobie, że oni wystawiają się na słońce,
mimo że u nich świeci trzysta sześćdziesiąt cztery dni
w roku! Ha, nic z tych rzeczy. Bo wiesz, od tego można
dostać wrinkles. Wrinkles
and skin cancer[7]. Ale w Kalifornii karawany też mają dyspensę. Można
lać wody, ile wlezie. Poza tym tak woskujesz swojego caprice'a,
że wystarczy spłukać kurz i tyle. Twój wosk właściwie oszczędza
wodę.
- Wydaje mi się, że to Floryda jest
nazywana Sunshine State.
- A całkiem
możliwe. Whatever. Prawie nigdy
nie pada deszcz w Kaaaaaaalifornii i to też się zgadza,
mark my words[8].
Na pieńku niewygodnie się
siedziało. Podobnych widział dookoła mnóstwo, pewnie to jakaś
poręba, ale stara, inne pozostałości drzew musiały się dawno
rozłożyć. Zerknął na odpakowane z papieru drugie śniadanie. Widok
ten przepełnił go bezgranicznym poczuciem bezpieczeństwa, bo jego
własnoręcznie przygotowane kanapki zawsze wyglądały tak samo,
poza kolejnością, w której je układał, ta zależała bowiem od
dodatków.
Dziś na szczycie leżała kromka
z żółtym serem Jarlsberg i pastą kawiorową wyciśniętą z tubki
na kształt litery S, teraz z oderwanym brzegiem, którym pożywił się
ptak. Spod spodu wystawał niewielki półksiężyc salami z kromki
poniżej. Koziego sera leżącego na dolnej kromce nie było widać,
ale on wiedział, że tam na niego czeka i że jest go całkiem sporo,
bardzo lubił kozi ser, ten nieco ostry posmak, który pozostawiał
w ustach. Kromka z żółtym serem nie zawsze lądowała na szczycie
- umieszczał ją tam tylko w dni, gdy ozdabiał kanapkę pastą
kawiorową, wtedy musiała leżeć na górze, żeby inne kromki nie
ubrudziły się pastą. Gdyby do salami dodał kilka plasterków ogórka,
albo może odrobinę majonezu, wtedy to tę kromkę spotkałby zaszczyt
spoczęcia na pierwszym miejscu.
Przyszła mu do głowy nagła i dziwaczna
myśl, że nigdy nie robił sobie drugiego śniadania z ogórkiem
i pastą kawiorową naraz. Zawsze przyozdabiał dodatkowymi składnikami
tylko jedną kromkę.
Kanapki przygotowywał na autopilocie,
pomyślał, że procedurę ozdabiania ich i układania we właściwej
kolejności zdążył najwyraźniej opanować tak, że weszła mu
w nawyk. I bardzo dobrze. Dzięki temu unikał konieczności
podejmowania decyzji jeszcze przed wyjściem z mieszkania
i rozpoczęciem dnia pracy.
Poranne rytuały miały być właśnie tym:
rytuałami. Wyznaczać bezpieczne ramy. Każdej z jego koszul odpowiadał
pasujący do niej krawat, do każdego takiego zestawu mógł włożyć
dowolny z posiadanych garniturów. Nie było się nad czym zastanawiać,
chodziło tylko o regularną rotację i wymianę zużytych części
garderoby. Ubrania przygotowywał sobie zawsze wieczór wcześniej,
także w weekendy, na wypadek konieczności nagłej wizyty u kogoś
w domu.
Podniósł do ust kromkę
z jarlsbergiem, odgryzł kęs, słony smak pasty kawiorowej szczypał
przyjemnie tył podniebienia.
Nie miał kawy. Kiedy ostatnio jadł
drugie śniadanie bez kawy? Po prostu skręcił z drogi, wziął kanapki,
wysiadł z samochodu, zamknął go i ruszył przed siebie niepozorną
leśną ścieżką, której początek dostrzegł przypadkiem niedaleko
niewielkiej brzeziny; szedł, aż stracił auto z oczu, a w końcu
usiadł na tym pieńku.
Przeczytał gdzieś, że już tylko
Norwegowie pozostawali wierni kanapkom na drugie śniadanie, nawet
Duńczycy i Szwedzi rezygnowali z zawiniętych w papier kromek chleba
na lunch, że to wszystko przez fakt, iż Norwegowie byli kiedyś tak
biednym narodem. Chleb i coś do chleba. Zupełnie inaczej niż w kuchni
śródziemnomorskiej, gdzie królowały egzotyczne jarzyny. Norwegom
pozostawały stare dobre warzywa korzeniowe, ziemniak, marchew, brukiew,
mogące bezpiecznie rosnąć pod ziemią, podczas gdy na jej powierzchni
siał spustoszenie surowy klimat. Ale warzywa jadło się do obiadu. Przed
południem zawsze kanapki.
Wciąż przeżuwając, sięgnął
po kromkę z salami. Woskowany papier, którym oddzielał od siebie
kanapki, zgniótł i ułożył na papierze śniadaniowym, obok kromki
z kozim serem. Kozi ser bez smaku kawy, nie, tak nie da rady, pomyślał
i zdecydował, że zostawi tę kanapkę na później.
Siedział z przymkniętymi oczami,
pochyloną głową i ustami pełnymi jedzenia, było suche i ciężko
się je żuło, otworzył wreszcie oczy i przełknął ostatni kęs,
po tym krótkim spacerze noski jego butów nabrały koloru matowej
szarości, powinien był włożyć kalosze, chroniące obuwie przed kurzem
i zarysowaniami, ale zostawił je przecież w aucie. Tuż przy jego
prawym bucie piął się w górę maleńki kwiatek podbiału. Niewielka
roślinka, której udało się znaleźć dość wilgoci, by móc
przecisnąć się z ziemi ku światłu, nowe życie czerpiące moc
z pozostałości zeszłorocznych, od dawna martwych przedstawicieli
tego samego gatunku. Żółciutki symbol dzieła stworzenia, życia
pośród śmierci.
Śmierci.
Tak marginalnej, a jednocześnie tak
wszechobecnej. Wszędzie dookoła, wokół tego małego pieńka w tym
wielkim lesie, śmierć kroczyła ręka w rękę z życiem, stała na
barkach życia, w każdej chwili gotowa, by rzucić je na kolana. Oto
i sens, równowaga, harmonia.
Rachunek się zgadzał.
Zupełnie inaczej niż w jego życiu,
niewiele tam było równowagi i harmonii, miał dość, był tak
zmęczony, że łapał się czasami na tym, że chciałby zapaść
na śmiertelną chorobę, nieszczególnie bolesną, chorobę, która
zdjęłaby z jego barków całą odpowiedzialność i dała mu godną,
szybką śmierć w otoczeniu profesjonalnych pracowników służby
zdrowia dbających o jego potrzeby. Oddać los w cudze ręce,
móc odpocząć, stanąć przed Stwórcą, będąc pewnym w swej
wierze.
Życie zaczęło męczyć, w jego ciało
wpił się jakiś smutek, żal, którego nie rozumiał.
Ptaszek wrócił, to musiał być
ten sam, co wcześniej, wyglądał identycznie.
- No to teraz będzie z kozim
serem.
Uznał, że może równie dobrze pokruszyć
całą kromkę, rozrzucił chleb we wrzosach tuż przed pieńkiem,
zlizał z palców masło i resztki sera, zmiął papier śniadaniowy
w kulkę.
Co on, do diabła, tutaj robił,
siedział zupełnie bez celu i sensu. Ale byłoby tak dobrze móc się
położyć między pieńkami i umrzeć spokojnie i godnie, tak jak ta
stara kobieta w balladzie Egguma, ta, która umarła, idąc po wodę,
a "wokół jej spódnic rosły konwalie", ziemia się pod nią
otworzyła, przygarnęła ją z powrotem do swojego łona, taka piękna
myśl, przymknął oczy i poczuł, że bardzo chce mu się płakać,
ale oczywiście nie był w stanie, doskonale to wiedział.
Bo jaki to wszystko ma sens. Nawet
liturgia nie dawała mu już szczególnej radości. Ale co takiego
sprawiło, że zatrzymał auto, zostawił je, wszedł do lasu
i znalazł ten pieniek? Spróbował sobie przypomnieć. Miał
włączone radio samochodowe, czyżby to jakaś muzyka wytrąciła go
tak z równowagi? Nagle doznał objawienia. Ktoś zaczął mówić
o "platformach społecznościowych", a jemu zachciało się
wymiotować.
Wszystkie te słowa, cała ta pusta,
nowa rzeczywistość zmieniająca jego codzienność i jego zawód. Cała
branża biur pogrzebowych pędziła naprzód niczym pociąg pospieszny,
a on został na peronie, prawdziwej platformie, którą chociaż można
zobaczyć.
Po co nazywać tę nową rzeczywistość,
która nawet nie była rzeczywistością, lecz jedynie plątaniną
abstrakcji, tymi wszystkimi zaskakująco konkretnymi terminami? Platforma
to konstrukcja z betonu lub drewna, wzniesiona przed dworcem kolejowym
albo domem, ma formę tarasu. Budka na mleko to też właściwie mała
platforma. Wielkie platformy wiertnicze na Morzu Północnym zostały być
może zbudowane z czegoś innego, ale tak czy inaczej były konkretne
i namacalne, można było tam pojechać, zważyć je i zmierzyć.
Ale platformy społecznościowe?
Nie nadążał za duchem czasu, ot
i wszystko. Dostawcy płyt nagrobnych też zaczęli już wysyłać
faktury mailem. Nie można było przejrzeć aktualnej poczty,
mimo że w biurze dopiero co był listonosz, o nie, żeby być na
bieżąco z pocztą i rachunkami, trzeba było co godzinę sprawdzać
maila.
Panie Marstad i Gabrielsen wiedziały,
jaki ma do tego stosunek, więc drukowały faktury i kładły
je schludnie złożone na jego biurku, tak by wyglądały jak
prawdziwe faktury, ale nie było już żadnych procedur, żadnej
przewidywalności.
To samo tyczyło się zgonów. Strony
ku czci zmarłych na Facebooku, księgi kondolencyjne i całe listy
nazwisk na ekranie. "Zapal światełko na FB". Była nawet apka na
komórkę informująca o zgonach.
Apka.
Branża nastawiała się, że za kilka
lat nekrologi w ogóle znikną. Za dużo kosztowały. Internet natomiast
był darmowy. Wszystkie te bezosobowe kanały komunikacji, wszystkie te
emocje kierowane do ekranu, a nie do ludzkiej twarzy. Coraz częściej
bliscy zmarłego dowiadywali się o jego śmierci w internecie zamiast
od pełnego współczucia księdza z krwi i kości, który stawał na
ich progu, w najgorszym razie być może z policjantem lub lekarzem,
jeśli w grę wchodził nagły wypadek. Ciepłe, żywe dłonie, prawdziwe
ramię, na którym można płakać, niosące pociechę słowa szeptane
do ucha. "No już, już..."
Teraz o śmierci ludziom mówił
ekran.
Śmierć została mu
odebrana. Wyjęto ją z jego rąk. Jego profesja bardzo zmieniła
się w ciągu ostatnich dekad, przerosła go, a on ze wszystkich sił
starał się za nią nadążyć.
Mówiło się "w dawnych czasach",
wspominając wydarzenia sprzed kilku zaledwie lat. Wciąż było tak,
że w "Wiadomościach" nie podawano nazwisk ofiar wypadków przed
powiadomieniem o tragedii rodziny. Ale nie minie wiele czasu, a i ten
pełen szacunku zwyczaj pewnie też zaniknie. Gdzie się podziała
godność? Nabożny stosunek do śmierci? Respekt? Zaskakujące było też
to, że równocześnie śmierć stawała się coraz bardziej oddalona
od ludzkiego życia, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Coraz mniej
było tych, którzy na własne oczy widzieli martwego człowieka. A jak
można chwalić życie, nie znając śmierci?
Cóż. On śmierć znał. Jeśli
o kimś można w ogóle powiedzieć, że ją znał, to był to
właśnie on. A siedział tu teraz przecież, marząc o śmierci
i nieszczególnie chwaląc przy tym życie. Przymknął oczy i zrobił
głęboki wdech, wciągając powietrze przez nos, ta natura, do której
nie miał żadnego stosunku, wydzielała silną, autentyczną woń, cały
świat przestał dla niego istnieć, siedział tu niczym otyła skamielina
z brudnymi butami i zmiętym papierem śniadaniowym w dłoniach.
Gdyby tylko wszystko potoczyło się
inaczej wtedy, gdy pojawiła się Torunn, gdyby nie wyjechała, gdyby
to wszystko się nie skończyło. Tak bardzo za nią tęsknił.
To wszystko była wina Erlenda. Zupełnie
jakby żył w operze mydlanej. Wydawało mu się, że mogli zostać
rodziną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tylko dlatego,
że łączyło ich to samo DNA, i zachowywał się, jakby ich drzewo
genealogiczne wyrosło w ciągu jednej nocy. Nie pojmował, że z tak
kruchą konstrukcją należy obchodzić się ostrożnie, nie majstrować
przy niej, zanim nie wyschnie klej.
Torunn.
Zdążył nie tylko ją pokochać,
nabrał do niej także głębokiego szacunku.
Ale nie był wcale pewien, czy ona to
zrozumiała, a teraz, tak czy inaczej, było już za późno. Nie
upomniała się nawet o swoją część kwoty za gospodarstwo,
a przecież wiedziała, że Neshov zostanie wystawione na sprzedaż
zaraz po jej wyjeździe. Fakt, że gospodarstwa nikt nie chciał kupić,
że stało ono teraz tylko pogrążone w ciemnościach i martwe
pośród wydzierżawionych pól, też najwyraźniej w ogóle jej nie
obchodził.
Formalnie to jej przypadła masa
spadkowa. Musiała przecież zapłacić od Neshov podatek majątkowy,
wyliczony na podstawie stawek urzędu skarbowego, było w tym coś
śmiesznego. Stare, walące się budynki wypełnione bezużytecznymi
rupieciami.
Majątek. Żałosne.
Sam też do niej nie zadzwonił, ale cały
czas miał nadzieję na pojawienie się jakiegoś kupca. Dowiedział
się w tamtym czasie od jej matki, że Torunn chce przyjechać
do domu, by sprzedać zarówno mieszkanie, jak i swoje udziały
w klinice weterynaryjnej, osobiście nie widział w tym żadnej
logiki, bo sądził, że Torunn wróci do swojego dawnego życia,
oddzielając wszystko, co się zdarzyło, grubą, bezkompromisową
kreską. Ale najwyraźniej było jej dobrze, skoro nie naciskała na
przyspieszenie sprzedaży gospodarstwa. Nie miał zresztą siły się
nad tym zastanawiać. Nad tym też nie.
Niech te budynki sobie stoją
i podupadają coraz bardziej, w środku i na zewnątrz.
Wstał z pieńka. Z zesztywniałym
ciałem, przemarzniętym krzyżem i nogami podreptał ostrożnie
z powrotem do auta.
Komórka leżała na siedzeniu pasażera
z rozświetlonym ekranem.
Cztery nieodebrane połączenia, wszystkie
z biura. A przecież on zawsze był dostępny. Zawsze. Dzień
i noc. Powie, że wyładowała mu się bateria, z nadzieją, że
mu uwierzą, choć przecież wiedzą, że ma wszędzie ładowarki,
łącznie z dwunastowatowym gniazdem w aucie.
Nigdy nie miewał
wyładowanej baterii.
Zanim nacisnęła dzwonek Margrete,
przystanęła na chwilę, lustrując drzwi mieszkania naprzeciwko.
Te zupełnie obce teraz drzwi,
które przez wiele lat otwierała i zamykała z największą
oczywistością. Zamykała je za sobą, idąc po zakupy, do dentysty,
w odwiedziny do matki i wtedy jeszcze ojczyma, ruszając do pracy, by
stawić czoła wymaganiom świata. Otwierała je, wracając: zmęczona,
wypoczęta, szczęśliwa, przybita, lecz zawsze z poczuciem ulgi,
bo zaraz miała wejść do swojego małego domu, do swoich rzeczy,
bałaganu i wszystkich osobistych drobiazgów.
Sprzętów i mebli, które, pochowane
w skrzyniach, stały obecnie w magazynie w Sandvika. Przedmiotów,
których teraz właściwie już nie pamiętała. Jedynym obrazem, który
stawał jej przed oczami, gdy z rzadka myślała o tym magazynie, była
wysłużona sofa ze starym pledem, jej ulubione miejsce po ciężkim
dniu, niczym jaskinia, do której mogła wpełznąć i zniknąć,
zapaść w drzemkę lub pooglądać serial na swoim iPadzie. Ta sofa
była jedynym, za czym tęskniła, osią jej dawnego życia.
Ale nie znalazłaby już jej za tymi
obcymi drzwiami.
Wciąż była w stanie dostrzec ślady
po śrubkach utrzymujących kiedyś w miejscu wąską mosiężną
tabliczkę, podarowaną jej przez ojczyma, gdy kupiła swoje pierwsze
mieszkanie. Torunn Breiseth, czarne, pochyłe litery na złocistym
metalu. Ojczym zapakował tabliczkę w papier jedwabny, razem z kartką,
na której napisał, że dodatkowo przelał na jej konto dwadzieścia
tysięcy koron. "Żebyś się mogła urządzić, serdeczne uściski,
Gunnar".
Ależ się wtedy ucieszyła. Tak samo
z wizytówki, jak i z pieniędzy. Nie miała pojęcia, gdzie się
takie tabliczki kupuje, planowała zamiast tego zwykłą kartkę papieru
z imieniem i nazwiskiem, skreślonymi długopisem, przymocowaną
dwustronną taśmą klejącą pod dzwonkiem do drzwi na prawo, na
chropowatej ceglanej ścianie.
Co to powiedział jej kiedyś
ojciec? "Breiseth? To tak się dziś każesz nazywać?" Zupełnie
jakby mogła otrzymać inne nazwisko niż panieńskie jej matki po tym,
gdy ciężarna dziewczyna została odesłana jako niedoszła małżonka
dziedzica z Neshov, bo zbyt szczodrze nałożyła sobie pasztetu podczas
swoich pierwszych i ostatnich odwiedzin w gospodarstwie. A wierzyła
wtedy, że z tym gospodarstwem i tym mężczyzną zwiąże na zawsze
swoje życie. "Każesz się nazywać"... W oczach ojca to był
tylko jakiś jej przydomek, nie to, kim była naprawdę. Pamiętała, jak
śmieszne i żałosne wydało jej się wtedy takie rozumowanie.
Drzwi wyglądały teraz zupełnie inaczej
niż wtedy, gdy były furtką do jej prywatnego życia. Sprawiały
wrażenie, jakby przyozdobiono je na karnawał.
Nie było nazwisk wygrawerowanych
w mosiądzu ani ręcznie namalowanych na porcelanie, ani nawet wypalonych
ciemnobrązowymi literami na tabliczce z drewna. Nie, zamiast tego
wisiał wielki arkusz kartonu z pięcioma imionami wypisanymi po
arabsku i - zaraz obok - zwykłymi literami. Karton przytwierdzono
na samym środku drzwi, przyklejając jego rogi niebieską taśmą
maskującą. Pięć osób w małym dwupokojowym mieszkaniu. Dzieło
sztuki wykonał bez wątpienia jeden z młodszych mieszkańców,
obstawiała Fatimę, której imię widniało jako drugie od dołu,
nad Muhammedem. Arabskie litery były równe i kształtne, skreślone
najpewniej ręką dorosłego, ale reszta stanowiła chaos jaskrawego
różu i intensywnego turkusu, zarówno litery, jak i dekoracje,
składające się z kwiatków i szlaczków oraz brokatowej posypki,
trzymającej się na paskach kleju wzdłuż każdego z boków i ostro
kontrastującej z taśmą maskującą.
- O rany, Torunn, zaraz padnę,
wyglądasz jak drzewko świąteczne!
- Szłam na piechotę. Opcjonalnie
mogłabym wyglądać jak przydrożna padlina. Niech żyją odblaski. Chyba
zawiesiłam ich na sobie z dziesięć, a mam jeszcze odblaskowe paski
na ubraniach.
- Na piechotę? Aż z Maridalen? To
chyba maszerowałaś kilka godzin.
- Dwie i pół, prawie nie odgarnęli
na trasie śniegu. Ale szłam szybko, mam kolce na butach. Zdjęłam je
już, nie chcę ci zrobić dziur w podłodze. Mogłam wziąć auto,
ale chciałabym przenocować, a tu nie sposób znaleźć miejsca do
parkowania. Mam w plecaku białe wino, więc nigdzie się stąd już
dziś nie ruszam.
- A ja mam gdzieś czerwone.
Przez ostatnie lata odwiedzała
Margrete chyba jeszcze częściej niż w czasie, gdy mieszkała po
drugiej stronie korytarza. Ale wtedy pracowała na pełen etat w klinice
weterynaryjnej i prowadziła dodatkowo kursy dla świeżo upieczonych
właścicieli psów.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Fedtmule (duń.) = Langbein (nor., dosł. Długonogi) =
Goofy - postać z bajek Walta Disneya. (Wszystkie przypisy pochodzą
od tłumaczek).
[2] Bocuse d'Or - najbardziej
prestiżowy konkurs kulinarny na świecie.
[3] Okłamujesz swojego syna? (ang.).
[4] Mt 6,26. Cytaty z Pisma
Świętego wg Biblii Tysiąclecia (Wydawnictwo
Pallottinum, Poznań 2012).
[5] Najbardziej błyszczący w mieście.
[6] Zieloną opaleniznę natryskową.
[7] Zmarszczek. Zmarszczek i raka skóry.
[8] Wspomnisz moje słowa.