Znalazła wolne miejsce prawie na
samym końcu ulicy S?ndre, skręciła i wyłączyła zapłon, ale dalej
siedziała, gapiąc się przed siebie. W jej polu widzenia pojawił się
stary człowiek. Szedł w rozchylonym płaszczu, mozolnie, nierówno
pchając przed sobą balkonik po chodniku. Poruszał się wzdłuż
okien wystawowych banku. Gigantyczny plakat reklamowy przedstawiał
mężczyznę i kobietę obok staroświeckiej przyczepy kempingowej,
przymocowanej do maleńkiego, przerdzewiałego samochodu. Oboje
wpatrywali się smutno i bezradnie prosto w kamerę, a napis poniżej
zachęcał: "Po co czekać na milion w lotto? Z nami ruszysz
z kopyta!"
Mężczyzna z balkonikiem oddychał
szybko i ciężko przez otwarte usta, reklamie w oknie nie poświęcił
nawet jednego spojrzenia. Dość miał zajęcia z każdym kolejnym
krokiem, a jego buty, przypominające kapcie, szurały po zakurzonym
chodniku.
Przyjemnie było tak
siedzieć. Położyła przedramiona na górnej części kierownicy,
powoli złożyła na nich czoło, przymknęła oczy. Na pewno jechało od
niej świńskim łajnem, od tygodnia nawozili pola. Chociaż dopiero co
wyszła spod prysznica, najprawdopodobniej właśnie to będzie tematem
pierwszego komentarza matki: zapach, który przebija się przez wszystkie
inne. Wyprostowała się i wyciągnęła ręce przed siebie, krytycznie
przyjrzała się paznokciom. Były zniszczone, z lekko widocznymi
brązowymi krawędziami przy skórkach. Obróciła do siebie wnętrza
dłoni, obejrzała linie życia, losu i serca, czy jak tam się one
nazywają, linie, które podobno zdradzają osobowość i przyszłość
człowieka. Były lekko brązowe, co w kręgach astrologicznych zapewne
zostałoby uznane za zły znak. Już prawie nigdy nie chciało jej się
używać rękawic roboczych, no chyba że leżały tuż przed nosem,
kiedy były potrzebne.
Znów położyła przedramiona na
kierownicy, oparła o nie czoło, zamknęła oczy i słuchała
przejeżdżających samochodów. Stary człowiek na pewno już sobie
poszedł, ale nie chciało jej się otwierać oczu, by go poszukać. Jak
nic mieszkał sam, zmieniał gacie najwyżej raz w tygodniu i codziennie
jadł na obiad czerstwy chleb z makrelą i pomidorem, kłamiąc córce,
dzwoniącej z jakiegoś odległego miejsca, że co najmniej cztery razy
w tygodniu gotuje sobie porządny obiad, z ziemniaczkami.
Samochód za nią ruszył, nie otwierając
oczu, słuchała, jak zmienia biegi, w przód i w tył, a potem
przyspiesza i dźwięk znika. Ledwie parę sekund później odgłosy
powtórzyły się, ale tym razem to było nowe auto, wciskające
się na wolne miejsce. Mogła teraz odwrócić się i spojrzeć na
tego człowieka. Z tyłu w samochodzie siedział ktoś, kto miał
własne, sensowne życie, na pewno zupełnie niepodobne do jej życia,
z pewnością nie był to ktoś, kto zaczyna dzień o siódmej rano od
wyprawy na czczo do chlewu, do kwiczących z głodu świń. A może
i tak, kto to może wiedzieć. W sumie cała ulica S?ndre mogła
akurat dziś być pełna samochodów z rolnikami. Z Fosen i Skaun,
z Byneset i Ranheim. Usłyszała trzask drzwi. Przypominał dźwięk
wydawany przez pokrywkę, mocno i nagle zatrzaśniętą na puszce.
- Halo! Halo!
- Tak...?
Drgnęła i wyprostowała się. Za szybą
widać było twarz. Kobieta w dziwacznej czapce od munduru. Prawy
palec wskazujący był uniesiony, zgięty, gotowy, żeby zastukać
w szybę. Teraz opuściła ramię. Torunn otworzyła okno; mocno piekły
ją oczy, jakby ktoś sypnął w nie solą. Musiała się wysilić,
żeby otworzyć powieki, i ledwie udało jej się skupić wzrok na
twarzy kobiety.
Ta wciągnęła badawczo powietrze
z samochodu.
- Przepraszam, ale... Siedzi tu pani
sobie i śpi?
- Wygląda na to, że tak.
- W sumie nic mi do tego, ale...
- Nie piłam, jeśli o to pani
chodzi.
- Musi pani zapłacić za parking. Tylko
o to chodzi.
- Zasnęłam, zanim zdążyłam
zapłacić.
- No tak. Ale teraz proszę to
zrobić. Potem może pani sobie dalej spać, jeśli pani chce.
- Nie będę spać. Idę spotkać się
z matką w Palmen.
- Po prostu proszę
zapłacić. Najbliższy automat jest tam. Jeśli nie ma pani drobnych,
może być karta.
Nie od razu zobaczyła
matkę. A w podmuchu od drzwi wyczuła wyraźny odór świńskiego
gnoju, zalatujący od niej samej. Zauważyła matkę przy jednym z tych
małych stolików z prawej strony i przez kilka sekund obserwowała
ją, zanim ta podniosła wzrok i ich oczy się spotkały. Matka
doskonale pasowała do tego wnętrza, w swoim eleganckim, białym,
wełnianym swetrze z golfem, ze złotem w uszach, starannie ułożoną
fryzurą, torebką z patynowanej skóry w kolorze burgunda, stojącą
przy stołowej nodze. Właśnie uważnie układała sitko do herbaty
na białym porcelanowym spodku, przez tych kilka sekund, kiedy nie
wiedziała, że ktoś na nią patrzy, wyglądała na zmęczoną.
- Mamo. Cześć.
- Aaa, to ty! Ale... jak ty wyglądasz,
Torunn!
- Wyglądam? Nie, ja...
- Chodź, niech cię
uściskam! Spokojnie, wiem przecież, że nigdy nie przejmowałaś się
ubraniem. Och, moja Torunn, ale się stęskniłam...
Pozwoliła się przytulić i z obowiązku
odwzajemniła uścisk, wdychając zapach pieniędzy, długich chwil
spędzanych w łazience, wielkiej uwagi poświęcanej własnemu
wyglądowi. Kiedy już odkleiły się od siebie, zobaczyła, jak
matka rozszerzyła nozdrza i szybko pokręciła nosem, ale nic nie
powiedziała, tylko znów usiadła, poprawiła sweter w talii, ułożyła
szeroki golf symetrycznie wzdłuż obojczyków i uśmiechnęła się
przesadnie, z macierzyńską wyższością.
- Torunn...
- W sumie nie całkiem rozumiem,
co ty tu robisz. Mówiłaś przez telefon, że chcesz się ze mną
spotkać?
- Zjedzmy najpierw lunch, a potem
pogadamy, kochanie.
- Nie jestem jakoś szczególnie
głodna.
- Bzdury. Popatrz na te półmiski
z kanapkami! Ja chcę tatara z mnóstwem kaparków, siekaną cebulką
i buraczkami. Chwała Bogu, że można znowu jeść surowe żółtka,
ależ mnie wykończyło całe to zamieszanie z salmonellą. Ale teraz
już o tym cisza, więc najwyraźniej niebezpieczeństwo minęło. Co
chcesz do picia, od razu zamówię?
- Mogę wziąć herbatę.
- No to chodźmy sobie nałożyć. Ale
mogłaś chociaż znaleźć bluzkę, która ma w sobie odrobinę
koloru. Czyż nie?
Wzięła sobie kanapkę
z pierwszego półmiska, na jaki natrafiła. Sprasowany rostbef,
na nim hałda sosu majonezowego. Matka wciąż stała przy szwedzkim
stole i sprawnie układała zawartość swojego talerza szybkimi,
precyzyjnymi ruchami. Ktoś usiadł przy fortepianie i zaczął grać
skoczne kawałki do kotleta.
Lokal był w połowie wypełniony,
prawie wyłącznie lekko podstarzałymi kobietami, wystrojonymi nieco
ponad przeciętną. Jeden facet siedział sam przy stole przed sztaplem
gazet, było w nim coś znajomego, przypominał jednego z tych
dwóch malarzy o tych samych imionach. Ale ona nie kupowała gazet,
już nic jej nie mówiły, to, co w nich było, tak daleko odbiegało
od jej codzienności, nie umiała też skupić się na tyle, żeby
cokolwiek przyciągnęło jej uwagę. W tej sytuacji oczywiście
nie znała nazwisk sławnych artystów. Dziadek stale narzekał, że
"Nationen" już nie przychodzi do skrzynki na listy. Nawet tym
nie miała siły się zająć. Przyszły dwie koperty z okienkiem
od "Nationen". W pierwszej pewnie był rachunek za prenumeratę,
a w drugiej informacja o tym, że dostarczanie skończy się, jeśli
ktoś go natychmiast nie zapłaci.
- Ależ tu jest uroczo! -
powiedziała matka z entuzjazmem, siadając przy stole i starannie
układając serwetkę na kolanach. - Nigdy wcześniej nie
mieszkałam w Britanii i nie jadałam w Palmen, tylko o tym
czytałam i widziałam zdjęcia. To jest odpowiedź Trondheim na
Grand Hotel, wiesz, Wenche Foss uwielbia Palmen, a tam siedzi H?kon
Bleken. Kiedyś tam, gdzie teraz jest szwedzki stół, był stawek ze
złotymi rybkami, ale ludzie wrzucali tam pety, więc rybki musiały
odejść. Coś okropnego. Rzucać pety do oczka wodnego, w Oslo by
to nie przeszło. No jedz, Torunn. Schudłaś, nie jest ci z tym do
twarzy. Powiedz, czy całkiem przestałaś się malować? Wcześniej
używałaś przynajmniej tuszu do rzęs, prawda?
- Wyjdę na chwilę i zapalę. Jeszcze
nie ma mojej herbaty.
- Ale... będziesz palić przed
jedzeniem? Jest aż tak źle? Proszę, proszę...
Kiedy wyszła i otworzyła
paczkę papierosów, jakaś kobieta wlokła po chodniku za jedną rękę
histerycznie płaczące dziecko. Matka szarpała mocno rękę malucha
przy każdym kroku, w drugiej ręce dźwigając wypchane plastikowe
siatki. Wszędzie pełno było ludzi, lekko ubranych na tę ciepłą,
majową pogodę. Nieco dalej, przed kwiaciarnią, zrobiono stylową
wystawę, z długim stołem zastawionym świecami i serwetkami
w dopasowanych kolorach. Wciągnęła dym głęboko w płuca i musiała
oprzeć się o ścianę, bo nagle zakręciło jej się w głowie,
w końcu co ona dziś zjadła, na pewno nie za wiele. Ale mogła
przecież wrócić do samochodu, ruszyć i pojechać z powrotem do
Neshov, zobaczyć, jak Kaj Roger radzi sobie z bronowaniem. Przed
najbliższą niedzielą nawóz musi dobrze wsiąknąć w ziemię,
w kościele w Byneset ma być konfirmacja, więc nie może przecież
wszędzie snuć się zapach świńskiego łajna. Matka zadzwoniła dopiero
wczoraj wieczorem i poprosiła Torunn o spotkanie na lunchu. Kaj Roger
nie miał nic przeciwko temu. Ale jak tak można? Przecież to nie było
jego gospodarstwo. Jego odpowiedzialność. A do zrobienia było teraz
mnóstwo. Dzisiaj jeszcze musieli oznakować świnie na rzeź, za dwa
tygodnie trzeba je dostarczyć do rzeźni.
- Jest już twoja
herbata! Mówię ci, ten tatar był zabójczo smakowity!
- Co ty właściwie robisz w Trondheim,
mamo?
- Przyjechałam z tobą
porozmawiać.
- Przecież obie mamy telefon.
Matka przechyliła głowę na bok
i uśmiechnęła się blado, Torunn znała ten uśmiech - pobłażliwy
i cierpiętniczy, mówiący, że oto ona, tylko ona, zna zarówno
pytania, jak i odpowiedzi.
- Nasze rozmowy przez telefon nie
są ostatnio szczególnie treściwe, Torunn. Zawsze znajdujesz jakąś
wymówkę, żeby odłożyć słuchawkę, zanim naprawdę zaczniemy gadać,
coś, co musisz niby strasznie pilnie zrobić. Zrozumiałam, że chcesz
mnie trzymać na dystans. Dlatego postanowiłam zrobić sobie wycieczkę
i spotkać się z tobą twarzą w twarz.
- Przyjechałaś z Oslo do Trondheim
tylko i wyłącznie po to, żeby ze mną osobiście porozmawiać?
- Tak. Jesteś moim jedynym dzieckiem,
skarbie. Kiedy sprawa jest ważna, mogę przecież przelecieć się do
ciebie godzinę samolotem.
- Pogrzebu to nie dotyczyło. Wtedy
nie przyjechałaś.
- No wiesz, myślałam, że nie minie
wiele czasu, a wrócisz do mnie do Oslo, chyba mnie rozumiesz. A poza
tym miałaś przecież tak mało kontaktu z ojcem, jego śmierć nie
mogła w końcu tak strasznie cię poruszyć...? Nie chcę wydać ci
się nieczuła, po prostu mówię szczerze.
- On nie umarł. Odebrał sobie
życie.
- Jedz. Musisz trochę zjeść,
Torunn.
- I to była moja wina.
- O czym ty mówisz?! W życiu nie
słyszałam czegoś równie głupiego!
Matka nalała im obu herbatę
i oddychała ciężko przez nos. Jej kolczyki wydawały się zbyt
masywne, dziurki w płatkach uszu wyciągnęły się w dół jak
cienkie szczeliny.
- Nie wierzył, że przejmę po nim
gospodarstwo. Dlatego się zabił. Powiedział, że to nie ma żadnego
sensu.
- Daj spokój, Torunn! - matka
pochyliła się ku niej i szepnęła stłumionym głosem, a kawalątek
jedzenia wyleciał jej z ust i wylądował na obrusie: - Jasne, że
niczego nie przejmiesz. To nie jest twoja sprawa. A teraz to szaleństwo
musi się skończyć! Po prostu muszę ci to uświadomić. On nie żyje
już od sześciu tygodni, a ty wciąż latasz po tej zasranej starej
ruderze. Rozmawiałam z Margidem...
- Rozmawiałaś? O czym? - Odchyliła
się jak najdalej na krześle.
- O tym, żeby... No, o tym dlaczego
w ogóle tam siedzisz. On też się dziwi. Ale, jak rozumiem, pomógł
ci.
- W jaki to sposób Margido mi
pomógł? Nie widuję go za często od czasu, kiedy ojciec...
- Załatwił ci tego zmiennika, o ile
dobrze zrozumiałam. Porozmawiał z właściwymi urzędami, żebyś
mogła go zatrzymać, póki nie będziesz wiedziała, czego chcesz.
- Kaj Roger nic mi o tym nie
mówił.
- Nie, pewnie chcieli cię trochę
chronić. To dopiero niedźwiedzia przysługa. Ale wyraźnie powiedziałam
Margidowi, czego chcesz.
- A czego ja chcę, mamo?
- Oddać te świnie do rzeźni albo
sprzedać, a potem wrócić do swojego życia w Oslo.
- A co na to Margido?
- Że chce to usłyszeć od
ciebie. I powinnaś szybko mu to powiedzieć!
- Mieszkają tam jeszcze inni. Mój
dziadek. Sam sobie nie poradzi.
- On nie jest twoim dziadkiem. To twój
wujek, tak samo jak Margido. A od kiedy to bratanica jest odpowiedzialna
za osiemdziesięcioletniego wujka, którego spotkała dopiero, kiedy
skończyła trzydzieści siedem lat, że ośmielę się zapytać?
- Żal mi go.
- Idę teraz wziąć sobie na deser
kawałek ciasta, a ty się przez chwilę zastanów.
Odkroiła kawałek tartinki
i włożyła go do ust, skupiła się na powolnym żuciu po obu stronach,
myślała najmniej jak się dało, byle nie zacząć płakać tutaj,
pośród eleganckich pań i znanych malarzy. Musiała skoncentrować
się na utrzymaniu samej siebie w stanie gniewu i irytacji, bo
to dawało jej najlepszą ochronę. Biały sweter matki stał się
ruchomą plamą na skraju pola widzenia, wsypała trzy łyżeczki cukru
do herbaty, zauważyła, jak filiżanka trzęsie się, kiedy niosła
ją do ust.
- To w Oslo jest twoje miejsce -
odezwała się matka, jeszcze zanim zdążyła ponownie usiąść na
krześle. Wymyślnie ozdobiony kawałek ciasta leżał przed nią na
wielkim, białym talerzu. Ten po tatarze już zabrano.
- Potrzebuję cię. Jesteś moim
jedynym dzieckiem. Ja ciebie potrzebuję bardziej niż ten starzec
w Byneset.
- Jego mi żal. Ciebie nie, mamo.
- Gunnar będzie ojcem - powiedziała
cicho i ostrożnie odłożyła widelczyk na krawędź talerza.
- Ach tak? To w sumie dobrze dla
niego. Czy z tego powodu ma mi być ciebie żal?
- Nie bądź szydercza. Oczywiście,
że to dla mnie wielki ciężar. Byliśmy koniec końców małżeństwem
przez trzydzieści trzy lata, zapomniałaś?
- Ale już nie jesteście. A dom
został sprzedany...
- No nie, nie przypominaj mi o tym,
proszę cię. Bo po prostu się rozpłaczę. Boże, jak mi brak tego
domu... Wiesz, w ogóle się nie zbliżam do R?a, nie mogłabym
spojrzeć nawet na jedną znaną ulicę, jeden znany sklep.
- A myślałam, że dobrze się
czujesz w tym swoim nowym mieszkaniu.
- No tak, jest dobrze. Ale
osiemdziesiąt metrów na czwartym piętrze w Sandvika to nie całkiem
to samo co willa w R?a. Nie chciałam ryzykować i topić wszystkiego
w mieszkaniu, muszę przecież z czegoś żyć. Zaczynam się tam
ogarniać, ale wciąż nie jest to willa w R?a.
- Osiemdziesiąt metrów z windą
i tarasem na dachu. W sumie nie tak źle.
Matka odchyliła się do tyłu na krześle,
westchnęła głęboko i dramatycznie, jednocześnie spoglądając na
malarza, żeby sprawdzić, czy on patrzy na nią.
- Wiesz, Torunn, nie mam siły się
z tobą kłócić. Przyjeżdżać aż do Trondheim tylko po to, żeby
się spierać.
- Nie prosiłam cię o to.
- I te wszystkie twoje rzeczy ze
strychu, wynajęłam komórkę w piwnicy, należącą do mieszkania,
które jeszcze nie jest gotowe, wszystko tam stoi. Ale nie może stać
wiecznie, ktoś niedługo się na pewno wprowadzi! A ja nie mam nawet
klucza do twojego mieszkania! Powiedz, nie masz żadnych kwiatków,
które trzeba podlewać? Nic nie gnije w lodówce? Tak po prostu wszystko
zostawić! Pocztę chyba przeadresowałaś?
Torunn skinęła głową. Matka
znów westchnęła, a potem uśmiechnęła się tak jak do chorego
dziecka i powiedziała: - Zamówić dla nas butelkę wina? Co ty na
to? No...? Kochanie?
- Przecież jestem samochodem. Dobrze
wiesz, mamo.
- Ale ja myślałam... Prawdę mówiąc,
już zarezerwowałam dla ciebie pokój. Tutaj, w Britanii! Cudowny
pokój z wielką wanną. Taka mała niespodzianka, prezencik! Czy to
nie brzmi wspaniale? Myślałam, że razem zjemy obiad i...
Torunn rzuciła widelec na obrus
i gwałtownie zgniotła białą serwetkę.
- Ale ja przecież nie mogę,
to jasne! Boże święty, że też tak można! Odpowiadam za żywe
zwierzęta, zapomniałaś?
- Ciszej, ludzie się gapią. Masz
tam przecież kogoś, kto cię zastępuje, Torunn! Myślałam, że o to
właśnie chodzi? Żebyś mogła przez chwilę wyluzować?
- Ale nie tak z pięciosekundowym
wyprzedzeniem. Mam go poprosić, żeby zrobił też dziadkowi obiad? Po
tym, jak cały dzień bronował w polu? Tak? Nie masz pojęcia, o czym
mówisz. Muszę już jechać. Dzięki za lunch.
- Siedź - powiedziała matka twardo,
a potem zaczęła cicho popłakiwać w serwetkę. Grajek zasiadł
i rozpoczął wykonywanie nowej melodii, coś wolnego i melancholijnie
romantycznego.
- Czy nie możemy chociaż przyjemnie
spędzić trochę czasu, pomówić o czymś innym? - rzekła matka,
wyciągając z torebki papierową chusteczkę i ostrożnie wycierając
w nią nos. Torunn miała ochotę głośno się roześmiać, chociaż
nie czuła sił nawet na uśmiech, matka nigdy w życiu nie chciałaby,
żeby ktoś ją widział, kiedy wyciera nos w stołową serwetkę,
w końcu ma się to wychowanie, chociaż tak naprawdę pochodzi się
z wioski pod Troms?, a drzewo genealogiczne aż ugina się od rybaków
i chłopów.
- A jak tam idzie im w Kopenhadze,
moja droga?
- To ja jestem dziedziczką tej ziemi,
mamo. Sprzedać gospodarstwo to nie taka prosta sprawa. Neshov jest
objęte różnymi zobowiązaniami.
- Boże mój! Te... chłopskie teksty,
które tak z siebie wyrzucasz... Oczywiście, że można to sprzedać,
jeśli właściciel prawa pierwokupu go nie chce.
- Ale ja tego jeszcze nie wiem! To
przeze mnie ojciec popełnił samobójstwo i czuję, że jestem mu coś
winna. I jego świniom.
- W imię Ojca i Syna, Torunn,
jak można być cokolwiek winnym świniom?!
Matka roześmiała się głośno
i nienaturalnie, Torunn czekała, aż skończy, a potem powiedziała:
- On je uwielbiał. Były całym jego życiem. Ja też je
uwielbiam.
Matka zmięła papierową serwetkę
w małą kulkę, teraz pochyliła głowę i milcząc, gapiła się na
nią. Torunn myślała o tym, kiedy ostatnio powiedziała matce coś
takiego, że ją kocha, a teraz siedzi z nią i opowiada o uczuciach
do świń. W przedziałku na głowie matki widać było kilkumilimetrowe
siwe odrosty, wśród sztucznego blondu.
- Mamo - zaczęła i wyciągnęła
rękę przez stół, ale matka jej nie widziała. Szybko cofnęła rękę
i powiedziała: - Erlend i Krumme mają się świetnie. Jytte i Lizzi
są już w dziewiątym tygodniu i wszystko jest jak trzeba. Erlend
nieustannie śle SMS-y.
- Po prostu nie chcesz
zrozumieć. Torunn! Że musisz...
- Erlend ma wyznaczony termin USG na
początek lipca.
Torunn zanurzyła widelec w sosie
tatarskim i przyglądała się drobno posiekanym kawałkom kiszonego
ogórka, które przewalały się w żółtej masie. Z befsztyka
sączyła się krwista ciecz, przesiąkając przez chleb i dalej na
biały porcelanowy talerz. Chleb zaróżowił się i przypominał teraz
gumową piankę.
- No cóż, jeśli w ogóle
mamy o nich mówić, to muszę powiedzieć, że moim zdaniem jest
to wyjątkowo śmieszne! Wszystkie moje przyjaciółki mówią to
samo! Wymyślić coś takiego! I to jednocześnie z dwiema paniami! -
powiedziała matka i odkroiła widelczykiem duży kawałek ciasta,
mała czekoladowa róża została szybko i zdecydowanie przecięta na
pół. Torunn nie chciała ani słowem wspominać o wielkich planach
Erlenda i Krumme, dotyczących remontu Neshov, zagospodarowania silosu
i przemienienia Neshov w dobre miejsce na wakacje. Plany zakładały
oczywiście, że Torunn tam zostanie, a to stałoby się zaraz dla
matki wodą na jej młyn.
- Nabrałam ochoty na kawę do tego
ciasta. I kieliszek koniaku. Mają tu pewnie Bache XO. Na pewno nie
chcesz koniaku, moja droga? Albo wina?
Nagle Torunn uderzyła myśl, że w sumie
dobrze się stało, że matka nie chciała przyjechać na pogrzeb, bo
wtedy poznałaby plany Erlenda i dodała dwa do dwóch. Krumme na razie
tylko wstępnie poruszył temat przez telefon i spytał ją wprost,
czy według niej to dobry pomysł. Wiedział, że oznaczało to dla
niej konieczność dokonania wyboru, wyraźnie rozumiał, czym jest
obowiązek mieszkania i prowadzenia gospodarstwa, podczas gdy Erlend
uznał za oczywiste to, że ona zostanie.
Erlend, który przed śmiercią Tora
nie mógł pojąć, że chciało jej się tam przebywać z własnej
woli. Wciąż mu tłumaczyła, że nie może zawieść ojca, gdy ten
jej potrzebuje. Teraz, kiedy nie było już ojca, którym można było
tłumaczyć jej zachowanie, całkowicie zmienił front, bo nagle sam
zauważył, jaki potencjał ma to miejsce. Był w tym egoizm, którego
nie mogła nie zauważyć, chociaż uwielbiała swojego nowo nabytego
wujka.
- Całe gospodarstwo gratis prosto
w twoje ręce, mała brataniczko, a do tego duńskie miliony na srebrnej
tacy! Holy shit, jak tam będzie pięknie! Zobaczysz,
jak przyjedzie Neufeldt, architekt! Zabierzemy go tam, ze szkicownikiem,
jak tylko skończy robotę przy tym luksusowym hotelu w Tajlandii,
ma co najmniej dwadzieścia gwiazdek, ale potem będzie wolny i będzie
mógł się całkowicie skupić na podupadłym norweskim gospodarstwie! Co
za kontrast! Ale Krumme go zna, i od razu się zgodził. Dostanie za
to w końcu grubą kasę, zamknij się, stary... Mówimy tu o stawce godzinowej! Za taką cenę można by wynająć całą angielską drużynę
piłkarską! Ale who gives a shit about futbol,
no nie?! Ach, może Elton John... W końcu kupił sobie klub. A David
Beckham to niezłe ciacho, oczywiście dopóki nie otworzy ust,
wtedy słychać, że to jak nic kastrat. Jak im się udało spłodzić
dziecko - to naprawdę duże wyzwanie dla mojej wyobraźni. Mała pani
Bosch, jak ją nazywam po mojej elektrycznej szczoteczce do zębów,
ma dokładnie taki sam kształt...
- Torunn? Byłaś gdzieś daleko,
moja droga. Zmęczona...?
- Owszem. Muszę rano wstawać,
wiesz. Dużo ciężkiej, fizycznej pracy.
- Och. To nie może być zdrowe.
- Przeciwnie, zdaje się, że szerokie
kręgi medyczne są ogólnie zgodne co do tego, że praca fizyczna jest
zdrowa.
- Nie tym tonem, bardzo cię
proszę. Chcę tylko twojego dobra, wiesz to doskonale.
Pozwoliła obsłudze zabrać talerz
z kanapką z befsztykiem, zanim matka zdążyła skrytykować to,
jak mało zjadła. Podano kawę i koniak, matka jednym haustem wypiła
połowę trunku.
- Kiedy wracasz do domu?
- Jutro. Mogę zrobić jakieś zakupy,
skoro już tu jestem. Znasz tu jakieś dobre sklepy?
- Właściwie nie bywam
w mieście. Ciągle uważam, że to całkiem chore, że przyjechałaś
taki kawał tylko po to, żeby ze mną porozmawiać.
- Żeby ci przemówić do
rozsądku, moja droga. Ale tak naprawdę teraz jeszcze bardziej się
niepokoję. Szczerze - powiedziała i westchnęła teatralnie,
jeszcze raz spoglądając w kierunku malarza. Torunn podążyła za jej
spojrzeniem, jego już tam nie było. Poczuła śladowy cień czułości
dla matki.
- To nie chcesz pojechać ze
mną do gospodarstwa? Jest tam teraz naprawdę ślicznie. Kwitną
jabłonie. A sama mówiłaś, jaki tam fantastyczny widok.
- A nie wspominałaś, że właśnie
rozrzucacie nawóz?
- Owszem.
- To ja raczej podziękuję. Po
sprzedaży domu nie narzekam na finanse, ale wyrzucać do śmieci
całą garderobę to już lekka przesada. Tego smrodu nie da się
usunąć. Myślisz, że go nie czuję przez stół? A twoje dłonie,
Torunn... Jak one wyglądają! Pewnie, są czyste. W sumie. Ręce
takie się po prostu stają, kiedy się... Ale jak sobie dajesz radę
z pieniędzmi? Nie jesteś przecież dalej na zwolnieniu?
- Nie. Bezpłatny urlop.
- Staruch na zagrodzie ma chyba
emeryturę?
- Jasne. Ojciec miał też jakieś
ubezpieczenie ze związku rolników. Właśnie je przejadam.
- Święty Boże, musisz się wkrótce
opamiętać.
- Muszę już jechać.
Wstała od stołu.
- Więc już cię nie zobaczę? Ależ
Torunn... Pomyśl o tym cudownym pokoju, w którym mogłabyś
odpocząć. Tylko na jedną noc?
- Nie, dzięki. I za jedzenie
też.
- A nie możesz chociaż wpaść
do miasta pod wieczór i zjeść ze mną obiadu? Mniej już nie
można...
- Obiad mam o trzeciej, wieczorem
obrządzam chlew, a w pół do dziesiątej się kładę.
- Teraz przesadziłaś. Przesadzasz
specjalnie, żeby być niemiła. Norwescy chłopi tak nie żyją. Na pewno
mogą raz na jakiś czas pozwolić sobie na obiad w mieście.
- Nie jestem norweskimi
chłopami. Jestem sobą. A takie rzeczy trzeba planować. Poza tym akurat
teraz mam mnóstwo roboty. Nie mogę... A teraz muszę iść.
Pozwoliła matce się przytulić
i objęła rękami ten miękki wełniany sweter, przestraszyła się,
że zostawi na nim plamy, poczuła, jak plecy matki zaczęły drżeć,
jakby znów zbierało jej się na płacz.
- Daj spokój, mamo. Nie płacz. Dam
sobie radę. Nie martw się. Jestem dorosła, poradzę sobie.
- W każdym razie to nie była twoja
wina, córeczko. Tyle musisz mi obiecać, że to zrozumiesz - szepnęła
matka, wciąż przyciskając ją do siebie.
Torunn skinęła głową.
- Trzymaj się, mamo. I dobrej drogi
do domu. Pozdrów ode mnie swoje przyjaciółki.
Musiała się zmusić, żeby normalnie,
powoli odejść w kierunku wahadłowych drzwi. Potem przebiegła przez
recepcję hotelu, ale gwałtownie zatrzymała się na chodniku, żeby
nie wzbudzać zainteresowania. Zapaliła papierosa, musiała trzymać
zapalniczkę obiema rękami. Wyciągnęła komórkę i zadzwoniła do
Kaja Rogera. Odebrał po pierwszym dzwonku.
- No to ja powoli wracam, jak ci
idzie?
Głos miał taki jak zwykle, wszystko
było normalnie, tam w środku siedziała matka, a ona stała tutaj,
na zewnątrz. On miał przerwę na kawę, był w trakcie bronowania,
zauważył kilka rozpadlin u dołu jednego pola, powinni rzucić tam
trochę tłucznia. Poza tym stwierdził, że będą potrzebować nowej
poduszki do stempli do znakowania świń, ta stara była już zużyta
i cyfry odbijały się nieczytelnie, czy Torunn może zajechać do
rzeźni w Eidsmo i kupić nową?
- Jasne. Może jeszcze czegoś nam
trzeba, skoro już jestem w mieście...
W każdym razie nie musiała
się spieszyć, spędzić kilka godzin poza gospodarstwem to chyba
przyjemność? I co się w końcu okazało, po co jej matka przyjechała
do Trondheim? Zajedzie do nich czy raczej nie?
- Nie, miała się spotkać
z koleżankami, które spotkała w podróży. No i pochodzić po
sklepach. Wyraźnie czuła, jak pachnę, więc nie miała ochoty na
wizytę na wsi...
A więc bardzo różni się od swojej
córki.
- W sumie tak. Ale w Palmen było
uroczo. Słuchaj, nie miałam pojęcia, że załatwiliście z Margidem,
że możesz dalej pracować. Że to był jakiś problem... tak jakby? Ja
po prostu... w ogóle o tym nie pomyślałam.
I nadal nie musiała o tym myśleć. Są
specjalne przepisy w związku ze śmiercią i tak dalej. Przepisy
przejściowe.
Przejście? A dokąd? Nie dostała
mandatu, chociaż czas parkowania skończył się całe dziewięć minut
temu. Zaczęła płakać, już zanim minęła Ila, i nie przestała, aż
krajobraz Byneslandet całkiem się otworzył, aż przejechała przez Rye,
zielone wiosną i lśniące plamami łąk w różnych odcieniach brązu,
wyraźnie odróżniającymi się zależnie od tego, jak daleko każde
gospodarstwo posunęło się z nawożeniem, orką i siewem. Wciąż
czuła kosztowne zapachy matki, przemieszane z lekkim aromatem koniaku,
kiedy szeptała do niej, że to nie jej wina.
Oczywiście, że to była jej wina. Ojciec
nie mógł wiedzieć, że tak naprawdę rozważała możliwość
przejęcia kiedyś ziemi. Jednak on chciał mieć odpowiedź od
razu, a ona nie mogła mu jej dać, wtedy gdy skończył ze sobą,
zasypiając w boksie Siri, ulubionej maciory, z piwem, wódką
i dziewięćdziesięcioma sześcioma tabletkami pyralginy forte
w żołądku.
Z nosa wisiał jej smark, wytarła go
rękawem koszuli.
Ojciec musiał przecież to
rozumieć.
Sam nieskończenie wiele razy mówił,
że świnie to tak naprawdę dzikie zwierzęta, mówił o tym z czymś
na kształt dumy, jakby chciał udowodnić, że udało mu się nad nimi
zapanować, że chodzi tu o wzajemny szacunek. Musiał to rozumieć. Że
to właśnie ona znajdzie go w tym stanie. Czy chciał ją w ten sposób
jakoś ukarać? Pociągnęła mocno i gwałtownie nosem, nie chciała
spotkać Kaja Rogera z czerwonymi oczami, żeby jeszcze bardziej jej
współczuł. Musi zajechać do spółdzielni w Spongdal, zrobić
zakupy i pamiętać o tym, żeby sprawiać wrażenie zorganizowanej,
ogarniętej. Obiad. Nowa szczotka do naczyń. Dezodorant i Sun
Light. Mleko. Prawie się skończyło. Mogłaby spytać, czy Kaj Roger
będzie chciał zjeść z nimi obiad. Może naleśniki, z jagodami
i z bekonem.
Dopiero kiedy zaparkowała
przed sklepem, przypomniała sobie o poduszce do stemplowania. Sama
myśl o tym, żeby teraz jechać aż do rzeźni w Melhus... Gdyby
sobie wcześniej przypomniała i pojechała bezpośrednio przez
Heimdal, zamiast siedzieć i ryczeć jak idiotka. Znów uruchomiła
samochód. Dlaczego ciągle była tak cholernie zmęczona? Kładła
się o wpół do dziesiątej wieczorem i wstawała za piętnaście
siódma. Zawsze od razu zasypiała, a to dawało dziewięć godzin
snu, czy to nie wystarczy? I dlaczego, do diabła, w ogóle była
tutaj, w połowie długości Norwegii, skoro przez trzydzieści
siedem lat jej życie toczyło się zupełnie gdzie indziej? To były
świnie, zwierzęta. To nie im była cokolwiek winna, naprawdę. Nagle
zobaczyła oczami duszy rękę dziadka, która drżąc, przesuwa szkło
powiększające w tę i z powrotem nad fotografiami w książkach
o wojnie, ostre załamanie na plecach pod starą tkaniną koszuli,
resztki zarostu na policzkach, które poruszały się razem ze szczękami,
tak jakby mówił coś wewnątrz siebie, opowiadając o czymś, czym nie
chciał się z nią podzielić. Bezradny w swoim nieszczęściu. To
oczywiste, że nie może go zostawić. Zamknęła oczy. Poduszka do
stempli. Obiecała.
Wyłuskała papierosa z paczki na
siedzeniu pasażera. Otworzyła okno i zapaliła zapalniczkę. Nad Skaun
wisiały szare, ołowiane chmury. Dobrze. Potrzebowała deszczu i dni
w półmroku. Całe to słońce i kwiaty działały jej na nerwy. Dosyć
miała stania w kolejce do kasy w spółdzielni i entuzjastycznego
wychwalania pogody i ciepła, udawania, że decydujące znaczenie ma to,
iż brzoza musi się zazielenić do siedemnastego maja.
Uruchomiła silnik i wyjechała
z parkingu przed spółdzielnią, kierując się na Melhus.