Gdy telefon zadzwonił o godzinie
wpół do jedenastej w niedzielny wieczór, wiedział oczywiście, o co
chodzi. Chwycił pilota i ściszył telewizor, na ekranie przewijał
się reportaż o Al-Kaidzie.
- Halo, tutaj Margido Neshov.
Pomyślał: Mam nadzieję, że to nie
wypadek drogowy, tylko stary człowiek umarł w łóżku.
Okazało się, że to żadna z tych
spraw, powiesił się młody chłopiec. Dzwonił jego ojciec, Lars
Kotum, Margido doskonale wiedział, gdzie w Byneset leżało wielkie
gospodarstwo Kotumów.
W tle słychać było głośny krzyk,
zwierzęcy, przejmujący. Krzyk, z którym na swój sposób był
zaznajomiony: krzyk matki. Zapytał ojca, czy powiadomił już policję
i lekarza. Nie, zadzwonił natychmiast do Margido, wiedział przecież,
kim jest, czym się zajmuje.
- Musi pan jednak zadzwonić na policję
i do lekarza również, a może woli pan, żebym ja to zrobił?
- On nie powiesił się w... zwykły
sposób. Raczej... udusił się. To coś potwornego. Tak, proszę
zadzwonić. I przyjechać. Po prostu przyjechać.
Zamiast wziąć czarny karawan,
wsiadł do citroena. Niech policja zamówi raczej karetkę ze szpitala
Świętego Olava.
Zadzwonił z komórki, przekrzykując
hałas pracującego na pełnych obrotach wentylatora, skierowanego
na przednią szybę, na dworze był silny mróz, trzecia niedziela
adwentu. Udało mu się zastać zarówno lekarkę, jak i komendanta
policji, niedzielne wieczory zawsze bywały spokojne. W ten zimny,
cichy zmrok na podjeździe gospodarstwa miało się wkrótce zaroić od
samochodów, ludzie w sąsiednich obejściach będą stali przy oknach,
dziwiąc się zamieszaniu. Zobaczą karetkę, samochód policyjny,
pojazd lekarki i białego citroena CX kombi, którego niektórzy
zapewne już skądś znali. Zauważą światła w oknach gospodarstwa
zapalone dużo dłużej niż zazwyczaj, ale nie będą mieli śmiałości
tak późno zadzwonić, zamiast tego będą długo leżeć bezsennie
i cicho szeptać w mroku o wszystkim, co i któremu z sąsiadów
mogło się przydarzyć, czując jednocześnie w środku tajemną,
wstydliwą radość, że to nie ich spotkało.
Ojciec wyszedł mu na spotkanie do
drzwi. Policjant i lekarka byli już na miejscu, mieli bliżej. Siedzieli
w kuchni, z kawą stojącą w kubkach na stole, w towarzystwie
matki, spoglądającej na nich poczerniałymi, suchymi oczami. Margido
przedstawił się jej, chociaż wiedział, że ona wie, kim jest. Nigdy
jednak się ze sobą wcześniej nie witali.
- Kto by pomyślał, że tu
przyjedziesz. Ty. Z jego powodu - powiedziała.
Głos zabrzmiał monotonnie i nieco
ochryple.
Elektryczny świecznik adwentowy stał
na parapecie okna, skierowany na podwórze. Policjant podniósł się
i poszedł w stronę sypialni, mijając Margida. Lekarka wyszła
na ganek, gdy zadzwonił jej telefon. W małym oknie w korytarzu
wisiała żółta papierowa gwiazda z żarówką w środku, elektryczne
światło przedzierało się przez otworki w papierze - jasnożółtym
pośrodku i przechodzącym w coraz ciemniejszy kolor pomarańczowy na
gwiezdnych ramionach. Ojciec pozostał w kuchni. Wyglądał bezmyślnie
przez okno i nie sprawiał wrażenia zainteresowanego matką chłopca,
siedzącą tam tak po prostu, nagle obojętną na wszystko, z rękoma
złożonymi na kolanach, ze stopami na podłodze, ze swoim oddechem,
filiżankami stojącymi przed nią na stole, godziną, rachunkami na
półce, krowami w oborze, mężem przy oknie, pogodą i mrozem,
świątecznymi wypiekami, dniami mającymi dopiero nadejść, zupełnie
same z siebie. Siedziała tam, dziwiąc się tylko, że jeszcze oddycha,
że płuca nadal działają, całkiem same. Jeszcze nie wiedziała,
czym jest smutek, siedziała tam szczerze zadziwiona, że wskazówka
zegara ciągle jeszcze wędruje do przodu.
Margido po prostu obserwował
wszystko. Skąd miał wiedzieć, jak to jest stracić syna - on,
który nie wiedział nawet, jak to jest go mieć. Poza tym nie mógł
pozwolić sobie na odczuwanie czegokolwiek, jego praca polegała na
obserwowaniu, jakie uczucia dochodzą do głosu u osieroconych,
musiał bowiem skłonić ich do zajęcia stanowiska w różnych
sprawach praktycznych. Współczucie i smutek, ukrywające się za
profesjonalizmem, próbował wyrazić poprzez wykonywanie wszystkiego
dokładnie tak, jak sobie tego życzyli żałobnicy, i poprzez
spełnianie wszelkich ich oczekiwań.
Był nieprzygotowany na taki widok,
chociaż ojciec uprzedził go, że to nie było zwykłe powieszenie
się. Mówiąc tak, miał zapewne na myśli sznur zwisający z belki
sufitowej, przewrócony stołek i trupa obracającego się wolno wokół
własnej osi albo wiszącego zupełnie nieruchomo. Klasyczny scenariusz,
który każdy zna z filmów, ze wszystkimi szczegółami, z wyjątkiem
kału spływającego zazwyczaj w takich wypadkach wzdłuż nogawki
spodni i tworzącego plamę na podłodze. Teraz nie wyglądało to wcale
w ten sposób, chłopiec nie wisiał swobodnie w powietrzu. Klęczał
pochylony na łóżku, poza czerwonymi bokserkami całkowicie nagi. Sznur
przywiązany był do wezgłowia, napięty od karku do łóżka. Twarz
była bladoniebieska, oczy otwarte i wytrzeszczone - język suchy
i opuchnięty - wystawał spomiędzy warg. Policjant zamknął za sobą
drzwi i rzekł: - Mógł zmienić zdanie w każdej chwili.
Margido przytaknął, nie spuszczając
oczu z trupa.
- Jak długo pracuje pan w tej
branży? - zapytał policjant.
- Wkrótce będzie trzydzieści
lat.
- Czy widział pan już kiedyś coś
podobnego?
- Tak.
- A coś jeszcze gorszego?
- Może jedną dziewczynę na
drzwiach. Nie było dostatecznie daleko do podłogi i przyciągnęła
kolana do klatki piersiowej.
- Kurwa. Czyli oni naprawdę tego
chcą.
- Chcą. Nie widzą innego
wyjścia. Pewnie są zbyt młodzi, aby dostrzec inne wyjście,
biedacy.
Skłamał policjantowi, nigdy
wcześniej nie widział samobójstwa akurat w takim wydaniu, był jednak
zmuszony okazywać zblazowany spokój, wtedy pracowało mu się najlepiej,
miał warunki, patrzono na niego jak na profesjonalnego eksperta
i nic ponadto. Tak, często oczekiwano od niego większego zawodowego
dystansu niż na przykład od policjanta. Zakładano zapewne, że skoro
codziennie ma do czynienia ze śmiercią, to nic nie jest w stanie
go poruszyć. Wielokrotnie wspólnie z sanitariuszami i policjantami
zbierał z asfaltu rozrzucone części ciała po wypadkach samochodowych,
innym oferowano później pomoc kryzysową - jemu nigdy.
Przyglądał się chłopcu. Chociaż
widok go zaszokował, jednocześnie w makabryczny sposób zaimponowało
mu, że młody chłopak tak po prostu położył się w łóżku,
oparł na kolanach i udach, pozwalając, aby sznur zacisnął mu
tętnicę i unerwienie, i czekał na mrok. A gdy ten mrok zaczął
już nadciągać, najpierw w postaci czerwonych plam przed oczami,
nie wyciągnął rąk przed siebie i nie oparł się o materac. Nie
zrobił tego. Udało mu się tego nie zrobić. Był zdecydowany.
- Czytałem o czymś w rodzaju
zabawy seksualnej - wyszeptał policjant i przestąpił z nogi na
nogę.
Margido rzucił mu szybkie spojrzenie,
a potem znów popatrzył na trupa.
- Nie wiem, co ma pan na myśli -
powiedział.
- Coś w tym stylu, że trzeba prawie
się udusić, żeby...
- Przecież on ma na sobie
majtki.
- Tak. Ma pan rację. Tak tylko sobie
pomyślałem. Wszystko jest przecież oczywiste. Nie ma podejrzeń,
żeby zaszło coś... kryminalnego. Zostawił nawet list. Tylko
kilka słów, przeprosiny. Rodzice byli na poprawinach u znajomych
nowożeńców. Chłopak wiedział, że ma kilka godzin. Właściwie to
miał iść z nimi. To ich najmłodszy syn. Mają dwie córki, jedna
studiuje jakieś dziwactwo w Trondheim, najstarsza na szczęście
chodzi do szkoły w ?s. Ale on... Yngve, mieszkał jeszcze w domu,
zupełnie nie wiedział, czego chce. Widywałem go często, jak na
rowerze zjeżdżał nad deltę rzeki Gauli, z lornetką na ramieniu,
podglądał ptaki, strasznie dużo ptaków ma tam swój przystanek, wie
pan. Ale dla ojca posiadanie syna-podglądacza ptaków musiało być
męczące, tyle jest roboty w gospodarstwie, nawet jeśli to nie Yngve
miał je przejąć. Ale powiesić się, i to na kolanach! Przecież tego,
do cholery, normalny człowiek nie idzie i nie robi...
Margido przyniósł z samochodu
pojemnik na odpady specjalne. Karetka jeszcze nie przyjechała. Lekarka
siedziała w kuchni razem z rodzicami. Słyszał ich głosy, mijając
otwarte drzwi w drodze powrotnej. Zdania o niewielu słowach i długie
przerwy pomiędzy nimi. Lekarka weszła tuż za nim do sypialni,
zamykając za sobą drzwi.
- Musimy go odciąć -
powiedział policjant. Lekarka przyniosła domowe nożyczki,
z uchwytem z pomarańczowego plastiku, i wręczyła je
policjantowi. Odciął. Głowa opadła na kołdrę. Margido odwiązał
końcówkę sznura od wezgłowia łóżka.
- Zaraz będzie tu karetka -
powiedział policjant. - Resztę załatwi pan jutro? W szpitalu?
- Oczywiście - odrzekł
Margido.
- No cóż, z tym pacjentem nie mogę
już nic więcej zrobić - powiedziała lekarka.
Margida zdziwił nieco ten brak
ludzkiego komentarza z jej strony. Była w końcu kobietą, nawet
jeśli z zawodu lekarzem. A jednak rozmawiała w taki sposób,
jakby codziennie znajdowała martwych młodych chłopców, powieszonych
na kolanach we własnym łóżku. Poczuł ulgę, gdy lekarka poszła
z powrotem do kuchni.
Usłyszał na podwórku dźwięk ambulansu,
wyszedł więc do korytarza i już w drzwiach zewnętrznych pochwyciwszy
spojrzenie kierowcy, skinął głową. Margido zdecydowanie wolałby,
żeby trup leżał na noszach w karetce przed przyjściem matki lub
ojca. Tak było lepiej. Wtedy wszystko wyglądało bardziej jak wypadek,
jak coś, za co nikt nie mógł być odpowiedzialny.
- Wolałbym go trochę oporządzić. To
okropne wysyłać go w tym stanie, ze sznurem zwisającym z szyi -
powiedział cicho Margido.
- Tak to przecież wygląda przy
samobójstwach - odparł policjant. - To oczywista sprawa.
Personel karetki zablokował
rozłożone nosze, przykrywając je czarną folią. Byli to dwaj młodzi
mężczyźni. Nie więcej niż kilka lat starsi od chłopca leżącego
na kolanach w łóżku. Włożyli jednorazowe rękawiczki i chwycili
chłopca pod pachy i za kostki, wspólnie policzyli cicho do trzech
i jednym szybkim ruchem przełożyli go na folię, a następnie
szczelnie go nią owinęli. Pusty już materac nie przedstawiał ładnego
widoku.
- Przyniosłem pojemnik - powiedział
Margido. - Czy mogę przynajmniej zdjąć prześcieradło? Żeby
rodzice nie musieli na nie patrzeć?
- Tak, proszę - odrzekł
policjant.
Przed przyjściem matki
zdążył jeszcze rozłożyć kołdrę i zasłonić nią dużą,
wilgotną plamę na materacu. Materac i tak zostanie wyrzucony,
zawsze tak się działo, ale dodatkowe przykre uczucia i niepokój
rodziny, którym musiał sprostać, były tym większe, im więcej
ona zobaczyła. O uświadomieniu sobie przez bliskich prawdziwości
tragedii często decydowały szczegóły, które wpychały osieroconych
w nagłą realność, histerię; mogło to być cokolwiek, począwszy
od opróżnionego do połowy kubka z herbatą na nocnym stoliku, poprzez
brudnego misia na podłodze, aż po termos i kanapki, które Margido
musiał oddać rodzinie zmarłego, gdy do wypadku doszło w pracy.
- Ależ co wyście z nim zrobili! -
krzyknęła matka. - Zapakowaliście go w folię? Przecież on nie
da rady... nie da rady oddychać! Chcę go zobaczyć!
- Nie można - powiedział
policjant. - Ale jutro, jak Margido już...
- Nie! Chcę go zobaczyć teraz!
- Muszę najpierw go trochę
oporządzić - rzekł Margido.
Matka rzuciła się na nosze i zaczęła
rozdzierać czarny plastik. Lepiej byłoby, gdyby jej mąż teraz
przyszedł. Ale jego nie było. W końcu to kierowca karetki musiał
złapać kobietę za ramiona i unieruchomić.
- Tylko spokojnie, zaraz...
- ON NIE MOŻE ODDYCHAĆ! YNGVE! Mój
synku...
Mąż wreszcie się pojawił. Przejął
od kierowcy łkającą kobietę, wpatrując się przy tym nieobecnym
wzrokiem w ładunek na noszach, otulony czarnym plastikiem, zawierający
jego jedynego syna. Zdawało się, że cała energia z pomieszczenia
została wessana w ten widok, w tę potworność, wynikającą z faktu,
że dawniejszy mieszkaniec pokoju leżał teraz zapakowany w ten sposób,
większy i bardziej dominujący, niż kiedykolwiek był za życia.
- Ale dlaczego... - powiedział. -
Sądziłem, że go zobaczymy, zanim go zabierzecie. Nie wiedziałem,
że... Myślałem, że Margido...
- Trzeba przeprowadzić sekcję -
rzekł policjant, patrząc w podłogę. - To zwykła procedura przy
samobójstwach.
- Ale po co? Chyba nie ma wątpliwości,
że zrobił to sam!
Ojciec tak bardzo próbował wziąć się
w garść, że jego głos stał się nagle ochrypły i napięty. Matka
chłopca zwisała bezradnie w jego ramionach i z zamkniętymi oczami
cicho płakała.
- Nie chodzi o to, że uważam inaczej
- powiedział policjant i chrząknął, przestępując z nogi na
nogę.
- Czy mogę się nie zgodzić? Nie
zgodzić się na krojenie naszego synka?
Matką wstrząsnął dreszcz, ale jej
oczy pozostały zamknięte, a łzy nadal ciekły po policzkach.
Nagle policjant spojrzał prosto na ojca
chłopca i powiedział:
- W porządku. Nie będę wnioskował
o sekcję. Dobrze, Lars. Ale i tak nie pozwolę wam zobaczyć go
jeszcze raz dziś wieczorem. Niech karetka go zabierze. Ale gdy Margido
już się nim zajmie...
Ojciec powoli skinął głową.
- Dziękuję. Bardzo dziękuję. Turid,
teraz muszą go zabrać. Chodź.
W zamieszaniu spowodowanym
wynoszeniem zwłok z domu Margido zdołał przenieść pojemnik na
odpady do swojego samochodu i zabrać dokumenty. Karetka powoli
zjechała w dół podjazdu, bez włączonego sygnału alarmowego
i niebieskich świateł, teraz wszyscy sąsiedzi wiedzieli już, że
ktoś umarł. Samochód policyjny stał przy drodze.
Drzwi zewnętrzne nadal były szeroko
otwarte, żółte światło padało na śnieg na ganku i na wzgórze
przed nim, złotożółte światło, które łatwo można było wziąć za
żar domowego ogniska, za ciepło rozpalonego pieca i dzbanka z kawą,
za normalność. Margido nigdy nie zdołał nadziwić się kontrastom,
śmierć w zasadzie nigdzie nie pasowała, może z wyjątkiem placu
bitwy - pomyślał. Księżyc wisiał dość wysoko nad polami, była
prawie pełnia, wokół miał słabą poświatę, cienie drzew rysowały
pęknięcia w świeżym śniegu, przyglądał się im, planując
jednocześnie kolejny dzień. Musiał wrócić tu przed południem,
potem miał pogrzeb w kościele w Strindzie o godzinie drugiej,
następnie należało oporządzić ciało, żeby można je było pokazać,
również siostrom. Może też będą chcieli mieć chwilę czuwania przy
zwłokach jutro wieczorem w kaplicy szpitalnej. Będzie musiał uzgodnić
szczegóły ze swoimi paniami jutro rano. Nie wszystko musi przecież
załatwiać sam. Dobrze było mieć świadomość, że panie Gabrielsen
i Marstad kontrolują swój zakres prac. Ale mimo że było ich w sumie
troje, to zawsze on sam jeździł na wizyty domowe. A jeżeli nie miał
na to czasu, odsyłał klienta do innego biura. Panie nie chciały tego
robić, wiedziały aż nadto dobrze, że chodzi o coś zupełnie innego
niż wkładanie prześcieradeł do specjalnego pojemnika.
Lekarka dała matce tabletkę
uspokajającą, ojciec odmówił. Pełna klasyka: mężczyźni muszą
sobie poradzić bez pomocy, muszą zachować jasność umysłu,
nie mogą załamać się, stracić kontroli. Zamiast tego chodził
z rękami założonymi na plecy tam i z powrotem po kuchni, Margido
nie zazdrościł mu nadchodzącej nocy.
- Może weźmie pan chociaż lekarstwo
nasenne? - zapytała lekarka, najwyraźniej pomyślawszy sobie to samo
co Margido.
- Nie.
- Zostawiam na wszelki wypadek listek
tabletek. To nie są żadne... przestarzałe środki nasenne. Pomagają
jedynie na zaśnięcie w spokoju.
Margido rzucił jej krótkie spojrzenie,
ale nie zdradziła się niczym, czy zwróciła uwagę na własny dobór
słów, pozostali dwoje też najwyraźniej tego nie uchwycili.
- Nie będziemy go kremować -
powiedział ojciec i wyprostował szyję, patrząc na swoje odbicie
w szybie.
- Oczywiście, że nie, jeśli tego
nie chcecie - rzekł Margido.
- Ależ tak! - krzyknęła matka. -
Nie zamierzam mieć go gdzieś pod ziemią! Nie pozwolę, żeby tam
leżał i gnił, zjadany przez robaki! On... on zostanie...
- Nie będzie się spalał w ogniu,
dopóki ja mogę temu przeszkodzić - powiedział cicho ojciec. Matka
zamilkła i podniosła rękę do oczu.
- Nie rozumiem - wyszeptała. -
Dlaczego on... Miało nas nie być tylko przez kilka godzin. Czemu
nie poczekał, aż z nim porozmawiam, pomogę, pomogłabym swojemu
synkowi. Jak bardzo musiał cierpieć...
- Myślę, że powinnaś teraz pójść
się położyć - powiedział ojciec. Podniosła się natychmiast,
zagubiona, i wyszła chwiejnym krokiem. Mąż odprowadził ją do
korytarza. Lekarka i Margido siedzieli w milczeniu, słuchając
monotonnych, powolnych kroków na górę. Spojrzeli na siebie. Jej wzrok
napełnił się nagle ogromnym smutkiem, ale nic nie powiedziała.
Po odjeździe lekarki został
w kuchni sam z ojcem, który w końcu usiadł na prostym,
drewnianym krześle, z pochyloną głową i pięściami wspartymi
o uda. Chłopskie ręce, czarne obwódki wokół paznokci, brud
w każdej bruździe i zmarszczce. Ale jego najstarsza córka uczyła
się w ?s. I to nie jego główny dziedzic w tę przedświąteczną
noc był w drodze do szpitalnej chłodni. Zupełnie jakby to była
jakaś pociecha. Najwyraźniej takiego zdania był policjant.
- Mogę udzielić wam wszelkiej pomocy,
jakiej potrzebujecie - zaczął Margido. - To wy decydujecie.
- Proszę załatwiać wszystko. Ja nie
dam rady nawet... Pogrzeb. Pogrzebać Yngve, przecież to jest zupełnie
niewiarygodne. To całkowicie bez sensu.
- Czy powiadomiliście jego
siostry?
Ojciec uniósł twarz. - Nie.
- Chyba pan powinien. I resztę
rodziny także.
- Jutro rano.
- No tak, może teraz lepiej nie za
dużo naraz - rzekł Margido głosem, w który włożył pełne
współczucie, wiedział dobrze, jak to się robi. - Najpierw
nekrolog. Mógłby ukazać się we wtorek.
- Nie mam siły, żeby...
- Oczywiście, że nie. Dlatego zostawiam
wam broszurkę do obejrzenia i wrócę tutaj jutro przed południem. Tak
około dziesiątej, może być?
- Wszystko jedno, kiedy pan...
- Wobec tego pojawię się w okolicach
dziesiątej.
Ojciec wziął broszurę do ręki
i otworzył ją w przypadkowym miejscu. - Symbole śmierci
- przeczytał. - Symbol śmierci. Symbol śmierci? To dziwne
określenie.
- Chodzi o symbol umieszczony na
górze nekrologu.
- Rozumiem. Nie wiedziałem tylko,
że to... ma nazwę. Gdy zmarł ojciec, matka załatwiła wszystko,
a gdy umarła ona, wszystkim zajęła się moja siostra. Muszę chyba... zadzwonić też i do niej. Byliśmy wspólnie dziś wieczorem na tych
poprawinach, w tym samym miejscu. Składaliśmy się na prezent. Zdaje
się, że to był lniany obrus. Markowy, wykonany w R?ros. Albo
raczej... utkany... w R?ros. Przez kogoś.
- Na pewno był ładny.
- Tak. Na pewno był - powiedział
ojciec. Siedział i kołysał się na krześle z broszurą
w rękach. Margido był świadom, że siedział tam, szukając
wyjaśnienia. Wyjaśnienia, którego Margido już dawno przestał
poszukiwać, chociaż bez przerwy był o nie pytany. W śmierci zapisana
była niemożliwość, która nigdy nie przestała go fascynować,
ale nie potrafił jej wyjaśnić. Prawdy nie można było odnaleźć
nigdzie poza rytuałami.
- Czy nie mógłby pan po prostu
wybrać... symbolu śmierci? - zapytał ojciec.
- Naturalnie, że mogę. Ale to
mogłoby być... dobre dla was. Wybrać samemu. Będziecie pamiętali
pogrzeb. Później. Wtedy może stać się ważne to, że był... właściwy według was.
Miał zwyczaj robić krótkie przerwy
między słowami, tak jakby nie mógł znaleźć właściwych. Nie
widział nic cynicznego w tym obyczaju, był świadom, że dla ludzi,
z którymi rozmawiał, sytuacja była jedyna na całym świecie, jedyna
w całym ich życiu. Dlatego nie zamierzał nigdy wylewać z siebie
potoku słów, dając im w ten sposób odczuć, że robi to często, że
ma w głowie coś na kształt wzorca, co należy powiedzieć w każdej
sytuacji. A przynajmniej w prawie każdej sytuacji.
- Policjant wspomniał, że Yngve
bardzo lubił ptaki - rzekł.
- Tak.
- Może jaskółka - powiedział
Margido. - Na górze nekrologu.
- On ma zupełnego fioła na punkcie
jaskółek tu w gospodarstwie. Zapisuje... zapisywał w kalendarzu
ich przyloty z południa, to ostatnie ptaki wędrowne, które
tu przylatują. Często nie wcześniej niż dopiero z początkiem
czerwca. A to, zdaje się, późno, jak na ptaki wędrowne. Potrafił
siedzieć godzinami i obserwować ich pokazy lotnicze nad
stodołą.
- Może zatem
jaskółka. W nekrologu.
- Tak bardzo lubił przyrodę. Tak
bardzo. Człowiek mógłby pomyśleć, że to oczywiste, że chłopski
syn lubił naturę, ale u niego miało to inny charakter. Ja nie
rozmyślam specjalnie o przyrodzie, jeśli mnie pan rozumie, to
moja praca, jest wszędzie wokół mnie, to oczywistość. Ale Yngve
interesował się wszelką odmiennością, marudził o sortowanie
śmieci, o przywrócenie pierwotnego wyglądu krajobrazu, narzekał,
że gospodarstwa zanikają. Jasne, że czasem myślę o takich rzeczach,
ale dla niego to było... ważne! Ja nie mam przecież czasu, żeby... Nie rozumiem, czemu on... Zaledwie siedemnaście lat. Chodził na
naukę jazdy. W stodole stoi samochód, stara toyota. Ale nie był
zainteresowany nawet tym, żeby coś przy niej naprawić, to nie był ten
typ człowieka. Zapewne sądził, że w dniu, w którym mając prawo
jazdy w kieszeni, przekręci kluczyk w stacyjce, samochód jakoś sam
się potoczy. A my siedzieliśmy tam, żując ciasta, pijąc kawę
i oglądając zdjęcia, ględząc o tym cholernym ślubie, podczas
gdy on...
- Myślę, że powinien pan
teraz trochę odpocząć, jest późno, a jutro czeka pana długi
dzień.
Ojciec zamilkł, schylił głowę,
spojrzał na swoje ręce i powiedział cicho: - Jaskółka. Niech
zatem będzie to jaskółka. Dziękuję.
- Nie ma za co dziękować. Jasne,
że nie. I proszę pamiętać, tam leżą te tabletki.
- Nie chcę niczego brać. Jutro rano
trzeba zrobić obrządek. Muszę być trzeźwy.
Ruch był nieduży. Nad fiordem
unosiła się mroźna mgiełka, przetykana frędzlami księżycowej
poświaty. Samochód zdążył się całkowicie wychłodzić. Gdy
w chwilę później mijał wysadzany długą klonową aleją podjazd
do Neshov, wzrok miał utkwiony nieruchomo w przestrzeni. Wiedział
przecież, że okna zazwyczaj są ciemne o tej porze, paliły się
tylko światła na zewnątrz, a te widział już wcześniej.
Włączył radio w samochodzie, podjazd
pozostał już w tyle, słuchał teraz wesołej muzyki wygrywanej na
akordeonie. Nagle poczuł się zaskakująco odprężony i zadowolony,
choć nie do końca wiedział, dlaczego. To było dziwne uczucie. Może
chodziło o ulgę z tego powodu, że dostrzegł smutek w spojrzeniu
lekarki.
Gdy następnego przedpołudnia
przyjechał do gospodarstwa Kotumów, dom wypełniony był ludźmi. Przy
stole kuchennym siedział ksiądz z kościoła w Byneset. Nazywał się
Fosse. Był to starszy mężczyzna mniej więcej w wieku Margida. Chudy
i przykurczony w swoim ubraniu, ale z ciepłym i mocnym uściskiem
ręki, Margido bardzo go lubił. Zawsze zorganizowany, punktualny
i profesjonalny, nie wszyscy księża tacy byli; niektórzy marudzili
i rządzili ludźmi z zakładu pogrzebowego, tak jakby ci ostatni
mieli za zadanie zadowolić księdza, a nie rodzinę.
Kuchnia stała się terytorium
kobiet, mężczyźni zostali skierowani do jednego z salonów w wielkim,
tradycyjnym domu, typowym dla okolic Trondheim. Matka chłopca siedziała
w kuchni na stołku i ze zdumieniem przyglądała się wszystkiemu,
co działo się dookoła niej. Pięć kobiet o zaczerwienionych oczach,
prawdopodobnie wśród nich jedna z sióstr zmarłego i jego ciotka,
ciężko pracowało, przygotowując jedzenie, kawę, kubki, półmiski,
serwetki, cukiernice. Kobiety miały pod tym względem szczęście, zawsze
mogły zająć się przyrządzaniem i podawaniem jedzenia, mężczyźni
natomiast musieli uporać się ze smutkiem w bezczynności. Zostałoby
to źle odebrane, gdyby ojciec rozpoczął dziś pracę na dworze, za to
matka mogła spokojnie rozmieszać dziesięć litrów ciasta na naleśniki
i nikt nie uznałby tego za niestosowne. Gdyby w nocy spadł śnieg
na wysokość metra, mężczyzna mógłby co najwyżej odśnieżyć,
ale raczej nic ponadto, a najlepiej, gdyby przyszedł sąsiad i go
w tym wyręczył.
Ojciec zamknął drzwi do kuchni,
oddzielając w ten sposób zewnętrzne zabieganie, i jeszcze zanim
puścił na dobre klamkę, powiedział, zwracając się do Margida:
- Dziewczyna go rzuciła. W sobotę wieczorem. A my nawet nie
wiedzieliśmy o jej istnieniu.
Ojciec osunął się na skórzaną sofę,
jego ciało zapadło się w sobie, obojczyki wyraźnie odcinały się
wewnątrz kraciastej flanelowej koszuli.
- Smutek zawiedzionej miłości -
wyszeptał. - Proszę pomyśleć, że on odebrał sobie życie z powodu
zawodu miłosnego. Zabrał sobie sam... całe swoje życie. Bo jakaś
dziewczyna go nie chciała. Jedna dziewczyna.
Margido zrozumiał, że nikt nie przejrzał
broszury, którą wczoraj zostawił. A dzisiaj miał ze sobą kolejną,
z różnymi rodzajami trumien. Kolejna bariera do pokonania. Ale
dziś trumna musiała już być wybrana dla oporządzonych zwłok,
przed wieczornym czuwaniem w kaplicy.
- Kiedy przyjeżdża najstarsza siostra
Yngve? - zapytał.
- Ingebj?rg? Sądzę, że za kilka
godzin.
Margido skinął głową. Musiał teraz
wyjaśnić kwestię trumny.
- Czy chcecie zobaczyć go
wieczorem? Wszyscy razem? - zapytał Margido.
- Zapewne tak.
- Zróbcie to - powiedział ksiądz
i pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. -
Dziewczęta powinny go zobaczyć. A przynajmniej mieć taką
możliwość. Jeśli nie będą chciały, to w porządku. Ale Margido
robi to tak pięknie. Będzie dobrze, Lars, postąpicie krok naprzód
w żałobie, w tym szoku dla wszystkich.
Dłuższą chwilę siedzieli
w milczeniu.
- Musimy chyba omówić sprawę
nekrologu - rzekł Margido.
- Jaskółka - odparł ojciec.
Margido wyciągnął z torby
notatnik. Był zadowolony z obecności księdza, który pomógł
ojcu podjąć decyzję, że nad nazwiskiem, Yngve Kotum, napisane
będzie tylko "nasz nieodżałowany" oraz pod spodem "odszedł
nagle". Ksiądz nalegał, aby ojciec zawołał żonę, która siedziała
na stołku w kuchni do wspólnego podjęcia decyzji, ale nic z tego
nie wyszło. Ksiądz sam pomógł Margidowi rozmieścić odpowiednio
wszystkie nazwiska, coś w rodzaju odwróconego drzewa genealogicznego,
pod nazwiskiem chłopca, jego datą urodzenia i śmierci.
- Wiersz. Czy chciałby pan umieścić
wiersz? - zapytał Margido.
- Wiersz? - ojciec spojrzał na
niego z bezbrzeżnym zdumieniem.
- Wielu ludzi tak robi, Lars -
powiedział ksiądz. - Margido na pewno ma wiele tekstów, które
by pasowały.
Margido sięgnął po broszurę. Tutaj
miał zebranych kilka wierszy, które mogły zainteresować
klientów. Otworzył na właściwej stronie i wręczył ją ojcu,
który przyjął broszurę z pełnym rozpaczy oporem. Zagłębił się
w teksty, analizując każdy wiersz przez dłuższą chwilę.
- Różne rzeczy pasują tutaj do
starych ludzi albo do tych, którzy długo chorowali - powiedział
ojciec i odchrząknął. - Ale może kilka... Może ten. - Wskazał
palcem, podając broszurę księdzu, który wziął ją i przeczytał
na głos: - A więc zamykamy cię w naszych sercach, chowając
głęboko w środku. Będziesz mieszkał w pokoju w naszych duszach,
ukochane i cenne wspomnienie.
Ojciec zacisnął dłonie i zgiął
się w pół, prawie jak płód w pozycji embrionalnej, jego stopy
napięły się i uniosły z podłogi; wydał kilka piskliwych,
świszczących dźwięków z głębi krtani. Niemal w tej samej
chwili otworzyły się drzwi i weszły dwie kobiety, niosąc kubki
z kawą i półmisek oraz wielką tacę z kanapkami i pokrojonym
ciastem. Stanęły i znieruchomiały. Ojciec zapanował nad sobą,
dźwięk przełykanej przez niego śliny był nagle jedynym odgłosem
słyszalnym w tym pomieszczeniu.
- Dobrze nam zrobi teraz kubek kawy -
powiedział ksiądz, skinął głową w stronę kobiet i uśmiechnął
się, a potem wstał, obszedł stół dookoła i położył rękę na
ramieniu ojca. Kobiety odebrały sygnał i szybkimi ruchami nakryły
do stołu, pozornie nie zauważając tej chwili bezradności ani nie
przyjmując za nią odpowiedzialności. Najpierw zdjęły ze stołu
tkany bieżnik, zastępując go bawełnianym, haftowanym, kwadratowym
obrusem, następnie starannie rozstawiły filiżanki, kładąc przy nich
złożone w trójkąt serwetki, a na końcu na środku postawiły
półmisek z kanapkami i ciastem, a obok cukiernicę i dzbanek ze
śmietanką.
Margido i ksiądz zostali sami,
gdy ojciec zniknął na chwilę, tłumacząc, że musi tylko na moment
wyjść do toalety. W tej samej chwili, gdy drzwi się za nim zamknęły,
pozostali dwaj rozpoczęli cichą i konkretną rozmowę.
- W czwartek o pierwszej -
powiedział ksiądz. - Chcą mieć zwykły pogrzeb.
- Nie matka - rzekł Margido, notując
przy tym datę i godzinę. - Powiedziała dziś w nocy, że...
- Dzisiaj już chce - odpowiedział
ksiądz. - Rozmawiałem z nią. Yngve zostanie pochowany obok
swojej babki i dziadka ze strony ojca. Z tą myślą jakoś się
pogodziła. To jasne, że chłopiec musi być pochowany w ziemi. To
chłopskie dziecko.
- Czy może mu ksiądz pomóc w wyborze
psalmów i muzyki? I zadzwonić później do mnie?
- Oczywiście.
Wręczył księdzu kartkę i powiedział:
- Wymienione tu psalmy mamy gotowe w drukarni.
Ksiądz skinął głową i rzekł: -
Załatwi pan sprawę dzisiejszego wieczoru? Może będą chcieli krótkiej
chwili modlitwy przy zmarłym, nie tylko pokazania zwłok.
- Muszę zadzwonić do szpitala
Świętego Olava i zamówić kaplicę. I skłonić go do wyboru
trumny. Zostanie ksiądz tutaj?
Ksiądz spojrzał na zegarek i skinął
głową.
Margido był przyzwyczajony,
że każdy kolejny krok procedury wywoływał szok i nową falę
smutku. Nekrolog powoli czynił niemożliwe rzeczywistością,
kolorowe zdjęcia rozmaitych trumien podkręcały ból o jeszcze jeden
stopień wyżej. Ojciec siedział, trzymając broszurę z trumnami,
i wpatrywał się w zdjęcia tak, jakby oglądał coś całkowicie
niepojętego.
- Wszystkie są piękne - powiedział
ksiądz.
Większość ludzi bezradnie
wskazywała na białą. Model Nordica. Tych trumien miał u siebie
najwięcej, w magazynie w Fossegrenda. Ale człowiek na sofie
zaskoczył go.
- Ta - powiedział i stuknął palcem
w zdjęcie sosnowej trumny, model Natura, dostępnej w trzech wersjach:
gładka lakierowana sosna, sosna surowa oraz sosna bejcowana.
- Surowa - powiedział ojciec. -
I model nazywa się Natura. To pasuje.
Margido chrząknął. - Mam kilka
w magazynie, ale są z bejcowanej sosny. Surową musiałbym zamówić,
zajmie to kilka dni.
- To weźmiemy bejcowaną. Może
nawet jest ładniejsza. Ale taka biała nadaje się tylko dla starych
ludzi. Tak jak te wiersze.
Rzucił broszurę na stół, a Margido
szybko schował ją do torby. - To niech tak będzie - rzekł.
Poczuł ulgę, że wszystko poszło
dość sprawnie i że ojciec nie angażował całej rodziny
w wybór trumny. Niektórzy tak robili, chcieli też zobaczyć
i przeanalizować cennik, przyglądanie się temu zawsze sprawiało
mu przykrość, chociaż logicznie rzecz biorąc, rozumiał to
doskonale. Pogrzeb stanowił spory wydatek, szczególnie teraz,
kiedy zlikwidowano zasiłek przyznawany wcześniej w takiej
sytuacji. Niektórzy traktowali trumnę tylko jako niezbędny
szczegół, dla innych był to ostatni dom, pojazd albo łóżko dla
zmarłego. Doskonale pamiętał matkę, która straciła trzymiesięczne
dziecko, zmarłe z niewyjaśnionych powodów w kołysce. Kobieta
położyła rękę na małej, czterdziestocentymetrowej trumience
i powiedziała: "Od teraz to twoja kołyska, kochanie, tu
będziesz spała na zawsze, a ja będę o tobie myślała, jak tam
leżysz".
- Później nic więcej nie będzie
- powiedział ojciec. - I żadnych kwiatów.
- Czasami proponuje się datki
pieniężne - rzekł Margido.
- I kto niby miałby otrzymać te
pieniądze? - zapytał gwałtownie ojciec podniesionym głosem. -
Norweski związek samobójców? Towarzystwo ornitologiczne? Związek
chłopski?
- Nikt nie miał niczego takiego
na myśli, Lars - powiedział łagodnie ksiądz. - Równie dobrze
mógłby to być... Na przykład klub młodzieżowy albo... ktoś inny,
komu można by przekazać dar pieniężny, w imieniu Yngve. Zamiast
kwiatów.
Ojciec odchylił się w fotelu,
odetchnął jak po długim marszu, a jego spojrzenie powędrowało ku
belkom na suficie.
- No tak. Tak, klub młodzieżowy
to może nie jest taki zły pomysł. Chociaż rzadko tam bywał i nie
miał zbyt wielu przyjaciół. W gruncie rzeczy w ogóle mnie to nie
obchodzi, ale dobrze, niech dadzą parę koron na ten klub. Proszę tak
napisać. Czy to już wszystko? Teraz wypijemy kawę, na więcej nie
mam już siły.
Trumna, która stała na zielonym
katafalku na środku kościoła w Strindzie już o godzinie wpół
do pierwszej, półtorej godziny przed rozpoczęciem pogrzebu, była
modelem białym Nordica, przywiezionym karawanem do kościoła przez
panią Marstad. Zarówno pani Marstad, jak i pani Gabrielsen należały
do silnych kobiet, w przeciwnym wypadku Margido musiałby zatrudnić
mężczyznę. Postawienie trumny na miejscu należało do ciężkich
zadań. Często trzeba było robić to w trójkę albo prosić o pomoc
kościelnego.
W trumnie leżała
pięćdziesięcioczteroletnia kobieta, zmarła podczas napadu
astmy. Osierociła dwudziestodwuletnią córkę i dwóch byłych
małżonków, zaangażowanych teraz na równi w przygotowania do
pogrzebu.
Kościelny krzątał się, pomagając
zapalać świece i wykonując inne drobne czynności, krążąc cały
czas między zakrystią a prezbiterium. W tym czasie Margido i pani
Marstad wnosili stojaki, walizki wypełnione nowymi świecami i wazonami
na kwiaty. W kościołach zazwyczaj nie było niczego, co jest potrzebne
przy pogrzebie, w niektórych brakowało nawet szpadla.
Posłaniec z kwiaciarni wnosił kolejne
bukiety, wieńce i ozdoby, które Margido uważnie oglądał i w końcu
układał. Bardzo ważne było zachowanie symetrii po obu stronach
trumny. Wieńce żałobne trzeba było starannie ułożyć, poza tym
lubił, jeśli przed frontem trumny jeden lub dwa bukiety leżały na
podłodze. Napełniał kwiatami wysokie wazony i dokładnie rozkładał
między nimi drukowane jedwabne wstęgi, tak aby słowa pamięci mogły
zostać odczytane z kościelnych ławek.
Stół przy wejściu był gotowy,
pozostawało tylko zapalić gromnice. Świece były błękitne, dość
niezwykłe zjawisko, ale takie było życzenie córki, był to bowiem
ulubiony kolor zmarłej kobiety. Księga kondolencyjna została wyłożona
i otwarta, na niej, na pierwszej liniowanej stronie, położono ukośnie
wieczne pióro. Oprawione zdjęcie zmarłej ukazywało ją w stroju
sportowym na kamienistej plaży, w ręce trzymała szary korzeń do
złudzenia przypominający łabędzia.
Śmiała się na tym zdjęciu, a jej
włosy rozwiewał morski wiatr. Szary korzeń stanowił obecnie główną
dekorację na jej trumnie, otoczony świerkowymi gałązkami, ozdobnymi
porostami oraz gatunkiem pewnej rośliny przypominającej wrzosy,
ponieważ zdobycie prawdziwych wrzosów w grudniu było zupełnie
niemożliwe, a także szyszkami rozmaitej wielkości. Ozdoba była
rzadkiej urody i bardzo oryginalna, Margido podziwiał ją od chwili
umieszczenia jej na trumnie.
Obok zdjęcia leżał stos śpiewników,
które Margido miał rozdać przychodzącym na pogrzeb ludziom. Na
okładkach śpiewników widniało to samo zdjęcie zmarłej kobiety. Na
końcu stołu stała urna na datki pieniężne. Pani Marstad umieściła
na niej kartkę, na której napisała: "W imieniu rodziny dziękujemy
za dary pieniężne na rzecz Stowarzyszenia Chorych na Astmę".
- Panie, z pokolenia na
pokolenie jesteś naszym schronieniem. Zanim nastały góry, zanim
powstał świat i cała ziemia, od wieczności aż po wieczność
wszędzie jesteś ty, o Boże. Pozwalasz ludziom obrócić się w proch
i mówisz: "Wróćcie, człowiecze dzieci!" Bo tysiąc lat znaczy
dla ciebie tyle samo, co wczorajszy dzień, który nie wiadomo kiedy
przeminął, albo tyle, co nocne czuwanie. Naucz nas liczyć swoje dni,
abyśmy posiedli mądrość w naszych sercach!
Margido słuchał tych słów jak
znajomej fali docierającej do uszu, nie odczuwając ich jednak
prawdziwie. Jedyne, co do niego jeszcze przemawiało w kazaniach
kościelnych, to obecne niekiedy w głosie księży autentyczne oddanie
i szczerość. Siedział, myśląc o wszystkim, co jeszcze musiał
zdążyć zrobić po powrocie do biura. Pani Marstad pojechała już
z powrotem, przekazując mu imienną listę ofiarodawców kwiatów
na wypadek, gdyby ktoś z przybyłych w ostatniej chwili miał ze
sobą bukiet. Było to niezwykle ważne, żeby każdy, kto składał
kondolencje, przesyłając kwiaty, figurował na tej liście. Kartki
zbierał później do jednego pamiątkowego albumu i wręczał
rodzinie. Następnie dostarczał gotowe, wydrukowane już kartki
z podziękowaniami. Wiedział, że rodzina zawsze dokładnie studiuje
zarówno tę listę nazwisk, jak i album pamiątkowy wraz z księgą
kondolencyjną; obie te rzeczy stanowiły dowód tego, jak bardzo
kochany przez innych ludzi i znaczący w ich oczach był zmarły,
a to pomagało rodzinie w smutku. Pociechę stanowiły też słowa:
"To był przepiękny pogrzeb, naprawdę przepiękny".
A to była jego praca, aby uczynić
pogrzeb przepięknym. Jego i księdza. Ale najbardziej jego.
Gdy po ceremonii ponownie włączył
telefon komórkowy, znalazł w nim wiadomość od Selmy Vanvik, żeby
"bardzo-proszę-oddzwonił".
Odłożył telefon na siedzenie pasażera,
otworzył okno i pozwolił, aby owiał go strumień lodowatego
zimowego powietrza. Nagle poczuł, że duszą go te wszystkie mocne
kwiatowe zapachy, wypełniające jego samochód, i o mało nie
zwymiotował. Żadne cięte kwiaty nie zagościły nigdy w jego
dwupokojowym mieszkaniu w bloku we Flat?sen. Na niedużej werandzie
hodował jedynie w ceramicznej donicy małego cyprysa. Dobrze było
patrzeć na niego zimą, przykrytego śniegiem. Malutki widoczek,
jego własny, i zupełnie wystarczający. Wcale nie potrzebował
oglądać ze swego okna fiordu. Tuż nad sobą miał kolejny nowy blok,
betonową powierzchnię pełną okien zasłoniętych firankami i kwiatami
doniczkowymi i ozdobionych wiszącymi bibelotami, znał twarze i ruchy
ludzi za niektórymi oknami, prawie we wszystkich oknach stały w tej
chwili elektryczne świeczniki adwentowe, nieomal rzędem, bez większych
różnic, małe piramidy składające się z siedmiu świetlnych
punktów, z najwyższym pośrodku. Symetria. Życie miejskie. Tak
odległe od prawdziwego, jak to tylko możliwe, dokładnie tak, jak
chciał.
Równie dobrze mógł kupić sobie
dom. Miał wystarczającą ilość pieniędzy, ale na co byłby mu
dom. Dom spowodowałby jedynie, że zacząłby sobie wyobrażać
różne rzeczy. Ostatnio zaczął jednak intensywnie myśleć
o dobrej saunie. Móc posiedzieć w gorącu i wilgoci, wypocić
z siebie całodniową pracę, zapachy całego dnia, wszystkie łzy,
których był świadkiem, całą rozpacz i niewiarę. A w jego
malutkim mieszkanku nie było miejsca na saunę. Ale może mógłby
kupić nowe mieszkanie, nowiusieńkie, z miejscem na saunę, albo
może z gotową już sauną. Mieszkanie o wysokim standardzie,
odpowiednie na całe życie, z szerokimi futrynami, na jednym poziomie,
bez progów, nigdy nie wiadomo, kiedy zdarzy się to, co i tak nas
czeka. I z windą. I wygodną łazienką. Z dostatecznie długą
wanną, przestronną kabiną prysznicową, wyłożoną solidnymi, lekko
chropowatymi kafelkami, mógłby to być jasny kamień.
Selma Vanvik po pogrzebie swojego
męża, który zmarł na raka prostaty, nie pogodziła się tak łatwo
z nieobecnością Margida w swoim świecie.
Jechał teraz w stronę Fossegrenda,
żeby odebrać bejcowany model trumny Natura dla Yngve Kotuma. Powinien
do niej oddzwonić, tak nakazywała zwykła uprzejmość, ale nie
zrobił tego. Minął już ponad tydzień od czasu, gdy był ostatni
raz u niej i należało się spodziewać, że wkrótce znów będzie
go poszukiwać.
Ciasto na półmisku, dźwięczące
filiżanki do kawy, aksamitna sofa w kolorze butelkowej zieleni,
jej przyprószone pudrem zmarszczki pod oczami oraz na podbródku,
zwisającym nad bluzką, zapach ciężkich perfum, odpowiednich raczej
na inną okazję.
Świeżo upieczone wdowy w jego wieku
to nic niezwykłego. Otwierały się przed nim i zwierzały się mu
ze swojego smutku. Mrugały do niego przez łzy. Były przygotowane,
pławiły się w jego współczuciu i uwadze. Dużą część smutku
przeżyły niejako z góry, chociaż niektórym wydawało się
to niemożliwe, ale w wypadku kobiet było inaczej. Na mężczyzn
śmierć spadała zawsze jak bomba. Nawet jeśli kobiety powoli
odchodziły na ich oczach, chowali zazwyczaj głowy w piasek
i doznawali szoku, gdy ostatecznie zostawali sami. Ale kobiety
wiedziały. Selma wiedziała. I już przy pierwszej wizycie swoim
uszminkowanym uśmiechem i tymi perfumami bardzo gorąco zaprosiła
Margida. Ukrywając się za alibi ze smutku, zwierzała się mu ze
wszystkiego. Opowiadała mu rzeczy, których - jak twierdziła - "nigdy nikomu nie mówiła", nawet
córkom. O smutnym małżeństwie, o tajemnych sprawach finansowych,
o piciu i innych kobietach, wszystko w czasie, gdy on tam siedział
i chciał tylko ułożyć wreszcie nekrolog i wybrać trumnę.
- Jest pan moim spowiednikiem
- powiedziała. - Nie chciałabym prosić o taką przysługę
księdza. Jestem mianowicie ateistką. Czy wierzy pan w Boga?
Słowo "ateistka" wypluła z siebie
tak, jakby była to nazwa partii politycznej, na którą głosowała,
albo sieć sklepów, którą wolała od innych.
- Zapewne nie jestem spowiednikiem
w tym sensie - odparł. - Zrobię jednak wszystko, co w mojej
mocy, aby pogrzeb pani męża...
- Musi pan wszystko za mnie
załatwić. Arve nie dopuszczał mnie do żadnych spraw, nie wiem nawet,
jak wygląda zeznanie podatkowe. Czy przyjdą tutaj rachunki na jego
nazwisko? Jak mogę temu zapobiec? Czuję się dość bezradna, muszę
to panu powiedzieć, panie Margido!
- Wszystko będzie dobrze. Mamy
zaświadczenie od lekarza, z tym wystarczy pójść już tylko
do sądu. Potem trzeba zgłosić to do ewidencji ludności oraz
w ubezpieczalni, no i musi pani sama porozmawiać z bankiem. Mają
państwo przecież wspólne dzieci, które na pewno będą
pomocne.
- Wspólne? Oczywiście, że są
wspólne. Ale ja przecież nie będę im opowiadać tego wszystkiego. Są
przyzwyczajone, że wszystko załatwialiśmy... my. On.
- Wobec tego może adwokat?
Nic nie odpowiedziała. Zamiast tego
założyła nogę na nogę, pochyliła się nad stołem, zaglądając do
jego filiżanki z kawą. Na jej twarzy pojawił się wyraz rozczarowania,
bo filiżanka Margida była nadal prawie pełna.
Trzykrotnie po pogrzebie błagała go
o odwiedziny, a on się zgodził. Nie wiedział, co mógłby zrobić
innego, w końcu dopiero co została wdową, kobietą pogrążoną
w smutku, taki człowiek podlegał jego zawodowej opiece, taką kobietę
należało traktować ze współczuciem.
Nie, nie miał ochoty
oddzwaniać. Lepiej niech już zadzwoni drugi raz albo - daj Boże
- zrezygnuje. Nie miał pojęcia, czego od niego chce, chociaż
to intuicyjnie rozumiał. Ale nie czuł tego zupełnie. Nigdy nie
był w związku z kobietą, nigdy nie miał kobiety, po prostu
nigdy tak się nie złożyło, i śmiesznie byłoby zaczynać teraz,
w jego wieku, mając tylko małego cyprysa na werandzie i marzenia
o saunie. Jednocześnie wbrew własnej woli był mile połechtany całą
uwagą, jaką mu okazywała, przypisując mu zarazem taką nadludzką
moc; że wszystkie problemy znikną, jeśli tylko on w pełni
zaangażuje się w ich rozwiązanie, jeśli będzie częstował
się ciastem z półmiska, położy się na sofie i zdrzemnie,
jak to zaproponowała przy jego ostatniej wizycie, bo wyglądał na
takiego przemęczonego. A gdy powiedział do widzenia, obdarzyła
go uściskiem, nieprzyzwoitym w jego odczuciu. Oparła się o niego
przesadnie mocno i ciężko, w dodatku skubiąc go przy tym za włoski
na karku. Włosy porastały jego głowę znacznie niżej, niż był
skłonny to zaakceptować, a włosy na karku rosły dużo szybciej
niż włosy na głowie. Dwa tygodnie po każdej wizycie u fryzjera
miał już zawsze dwa rządki loków po obu stronach szyi. Starał się
pamiętać o goleniu ich, ale nie zawsze mu się to udawało, podobnie
jak zapominał o włosach w nosie i uszach. W te właśnie loki na
jego karku pani Selma wczepiła się palcami, dosyć mocno, ściskając
go na pożegnanie, a jego jedynym odruchem było w jak najuprzejmiejszy
sposób opuścić to miejsce.
Ciąg dalszy w wersji pełnej