Saga Rodzina Duszów (#1). Śladem fal - Hanna Cygler

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Prolog Rozdział I

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20

PROLOG

Osjaków, maj 1945

Tadeusz Dusza stał przed stodołą i wpatrywał się w żonę. Usiłował sobie przypomnieć, ile właściwie ma lat. Przecież jeszcze godzinę temu widział ją w kuchni - zgarbioną, przytłoczoną troskami, pełną niepokoju o rodzinę. A teraz? Stała wyprostowana przy stole zastawionym zakąskami, jakby czas cofnął się o dekadę. Jej oczy, dotąd przygaszone codziennymi zmartwieniami, roziskrzyły się - nagle utkwione w muzykantach, a szczególnie w akordeoniście. A ten? Chyba poczuł jej wzrok na sobie, bo co chwilę rzucał jej szybkie, przeciągłe spojrzenia znad instrumentu. I chyba nawet uśmiechał się pod wąsem.

Tadeusz poczuł, jak wzbiera w nim gniew. Zwariował ten chłopak? Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat, a Celina... Celina była czterdziestoletnią kobietą, matką czwórki dzieci! Ale nagle przyszła mu do głowy inna myśl - no dobrze, i co z tego? Przyjrzał się jej uważniej. Jasne włosy bez śladu siwizny. Gładka cera, smukła sylwetka. I jeszcze te piersi, które wciąż trzymały się wysoko, jakby czas nie odcisnął na nich swojego piętna.

Zrobiło mu się gorąco. Może to przez te kolejki samogonu, które zdążył wychylić ze swoimi? Zmarszczył brwi, przetarł twarz dłonią, jakby chciał się otrzeźwić. Kiedy ponownie spojrzał w stronę Celiny, już jej tam nie było.

Wokół trwała zabawa, głośna i rozszalała. Trudno było uwierzyć, że ci sami ludzie jeszcze niedawno byli cieniem samych siebie - głodni, umęczeni, naznaczeni wojną. A teraz? Pili, śmiali się, przepijali do siebie, a młodzi tańczyli, jakby chcieli zatracić się w tej jednej chwili, w zapomnieniu.

A Celina...? Gdzie, do diabła, poszła Celina?

Tadeusz ponownie spojrzał na wirujących w tańcu ludzi. Nie ulegało wątpliwości - to była prawdziwa zabawa, jakiej we wsi nie widziano od lat. Może i głód doskwierał, może wojna odcisnęła piętno, ale ludzie nie zapomnieli, jak żyć. Ktoś przekonał nowego pełnomocnika, by sprowadził do wsi muzykantów. Własnych już nie było od lata 1942 roku. Zabrano ich razem z innymi - nikt nie wrócił. W tłumie brakowało tylu znajomych twarzy... Igły, który pomagał mu kręcić powrozy, i jego małego Icka o oczach koloru bławatków. Nie, nie mógł o tym myśleć. Lepiej napić się i patrzeć na żonę.

Celina była królową balu, mimo że najstarsza z tańczących. W jej stronę zwróciło się wiele spojrzeń - i podziwu, i zazdrości. Tadeusz uśmiechnął się pod nosem. Ruszył w stronę tancerzy, kiedy dostrzegł, że wśród nich pojawiły się jego córki - Elżbieta i Irena. Pożyczone od sąsiadki sukienki nadawały im dojrzały wygląd, który obudził w nim niepokój. Były już dorosłe. I piękne. Objęcia młodych mężczyzn w skórzanych kurtkach wydały mu się zbyt pewne siebie. Zmrużył oczy, próbując rozpoznać twarze. Obcy. Przyjezdni. Zjechało tu wielu ludzi, bo okazja była wyjątkowa.

- Ładne ma pan córki, panie Dusza.

Tadeusz drgnął. Głos dochodził spod drzewa, gdzie ktoś stał w cieniu. Mężczyzna miał zsuniętą na twarz czapkę w jodełkę i palił papierosa. W mroku błysnęły wojskowe oficerki.

- My się znamy? - zapytał Tadeusz, starając się nie zdradzić niepokoju.

- Ja was znam.

Wystarczyło jedno spojrzenie, by dostrzec coś jeszcze - bliznę przecinającą policzek obcego. Mężczyzna wyciągnął rękę. W jego dłoni pojawiła się szklanka.

- Wypijmy.

- Nie piję z nieznajomymi.

- Wasza strata - rzucił tamten i wychylił wódkę jednym haustem. - Ale ja o was słyszałem. I to niejedno.

Tadeusz uśmiechnął się krzywo.

- Mam nadzieję, że same dobre rzeczy. Porządnym chłopem jestem.

Obcy parsknął.

- Porządnym? Kiedy? Wówczas gdy bili was szkopscy żandarmi? Czy kiedy braliście udział w parcelacji majątków? Lepiej się zdecydujcie.

Tadeusz poczuł lodowaty dreszcz na plecach. Nie chciał jednak okazać strachu.

- Obszarnikom się zabiera, chłopom daje. To reforma rolna.

- Reforma? - Mężczyzna w czapce prychnął. - To rabunek. A my o wszystkim wiemy, Dusza. Tak samo jak o tym, że u was w chacie kryli się Sowieci.

- Ranni byli. Potrzebowali pomocy - odpowiedział spokojnie, choć serce biło mu szybciej.

- Ale miłosiernie. Pewnie dla was ta czerwona zaraza to wyzwoliciele, co?

Tadeusz milczał. Wtedy mężczyzna spojrzał mu prosto w oczy.

- Radzę się zastanowić - mruknął, wskazując ruchem głowy na wirujące w tańcu córki. - Macie rodzinę. Piękne dziewczęta. Chyba nie chcecie, żeby coś im się stało? Ja też bym tego nie chciał.

Serce Tadeusza uderzyło mocniej. W ciągu sekundy podjął decyzję. Odstawił nietkniętą wódkę i rzucił się w stronę tancerzy. Musiał zabrać córki. Teraz. Natychmiast.

- Idziemy stąd! - syknął, chwytając Irenę za rękę.

- Tato, dopiero zaczęłyśmy tańczyć! - zaprotestowała Elżbieta.

- Nie szkodzi. Idziemy.

- Ale dlaczego? - Irena skrzywiła się, próbując uwolnić dłoń.

Tadeusz spojrzał na Elżbietę. Musiała dostrzec coś w jego twarzy, bo zamilkła.

- Zabierzcie matkę - rzucił i rozejrzał się nerwowo. Ludzie patrzyli na niego zdziwieni.

- Dusza! Nie napijesz się z nami?!

Nie odpowiedział. Szedł szybkim krokiem, trzymając rękę córki zbyt mocno. Celina za nimi sapała z wysiłku.

Kiedy wreszcie przekroczyli próg domu, Tadeusz ryglował drzwi drżącymi dłońmi.

- Na strych. I nie odzywać się! - rozkazał.

Tym razem nikt nie protestował. Gdy tylko dziewczęta zniknęły, chwycił drabinę i wyniósł ją z kuchni do pokoju. Nie zdążył zrobić nic więcej, kiedy usłyszał wystrzały.

Zamarł.

Potem cisza. A zaraz po niej - kobiecy krzyk. Ktoś biegł wzdłuż chaty.

- Dusza! Dusza! - dobiegło zza drzwi.

Tadeusz wyciągnął pistolet ze skrytki w ścianie i powoli podszedł do wejścia.

- Tadek? Jesteś tam?!

Rozpoznał głos. Józek. Otworzył.

- Twoje dziewczyny były na zabawie? - Józek był spocony, zdyszany.

- Były. Ale wróciły wcześniej - odpowiedział Tadeusz, nie opuszczając broni.

- Dobrze... - Sąsiad otarł twarz rękawem. Spojrzał na pistolet i pokręcił głową. - To już niepotrzebne. Byli tu. Ci z lasu. Zabili młodego kierownika szkoły. Żona próbowała go zasłonić. Też oberwała. Ale może przeżyje.

Józek osunął się na ławę.

- Miała być zabawa - wyszeptał. - Miała być radość...

Tadeusz położył mu dłoń na ramieniu. Sam już wiedział, co musi zrobić. Nie miał wyboru.

Musiał uciekać. Jak najdalej od Osjakowa.