PANI JUDYTA
Od jesieni tego roku pani Judyta była prawdziwą królową w Dolinie. Jedyna córka Grzegorza z Nakła przywiozła ze sobą nie tylko cały dwór, ale i dworskie obyczaje. Niewiele czasu poświęcała domowi, nie tykała się żadnej pracy w obawie, że zniszczy sobie ręce. Na każdym kroku towarzyszyły jej liczne służebne, z których dwie pochodziły nawet z lepszych rodów, ale że były biedne, usługiwały bogatej krewnej, a ta traktowała je odrobinę lepiej od zwykłej służby.
Pani Judyta nie zatrzymywała się przy kmieciach, nie przemówiła nigdy do nich ani słowem, wyniosła i dumna. Jeśli kiedyś obwiniano panią Agnieszkę, żonę Jakuba z Lipowej, o wyniosłość, to jej zachowanie było niczym w porównaniu ze sposobem, w jaki nosiła się pani Judyta. Traktowała służbę jak powietrze, a w najlepszym razie jak sprzęty bądź gospodarskie zwierzęta, nie, nawet nie jak gospodarskie zwierzęta, do których się nigdy nie zbliżała.
Była piękną młodą kobietą, wysoką, kształtną, o regularnej twarzy, ładnych orzechowych oczach i brązowych włosach, długich, gęstych i pięknie układających się z natury, o dumnej postawie, małych stopach, bardzo delikatnych dłoniach.
Kiedy przyjechała do Doliny, przywiozła ze sobą cały sznur wozów, na których znajdowały się jej stroje, futra, suknie, płaszcze, welony i czepki z różnorodnych tkanin, trzewiki i ciżemki, klejnoty, ozdoby, zwierciadła i wszelkie inne dobra, jakie tylko istniały na świecie i jakie można sobie wyobrazić.
Pan Ostasz, jak powiadano, miał dostać bardzo godny posag i chyba tak było w istocie, bo chodził wyraźnie zadowolony, choć wizyta tak wielkiej liczby ludzi, których trzeba karmić i gościć, oznacza przecież poważne wydatki i nikt bez stosownych środków nie mógłby sobie na to pozwolić.
Pani Judyta poznała swojego przyszłego męża w listopadzie tego roku, na czterdzieści dni przed ślubem, wyznaczonym na świętego Juliana. Ojciec narzeczonej, mrukliwy i bardzo zamożny Grzegorz z Nakła, herbu Kotwic, był obecny przy spotkaniu.
Ostasz siedział w świetlicy, na tę okoliczność przystrojonej we wszystko, co w domu najlepsze. Miał na sobie paradny strój, pas z mieczem w pozłacanej pochwie, którego nie używał do niczego innego, jak tylko do prezentowania się.
Pełen niepokoju, ale i ciekawości, siedział za stołem i czekał. Wreszcie zapowiedziano panią Judytę i jej ojca. Otworzyły się drzwi i weszli oboje, najpierw on, ona potem. Pan Grzegorz ukłonił się w progu, Ostasz wstał z miejsca i oddał ukłon, najpierw ojcu, potem narzeczonej. Pani Judyta obrzuciła spojrzeniem świetlicę, a potem zwróciła się do ojca:
- Gdzież jest mój narzeczony?
Jak gdyby nie zauważyła Ostasza, jakby nie było go w świetlicy, jakby był powietrzem.
W Ostasza niby grom trafił. Zanim jednak zdążył się odezwać, pani Judyta wyciągnęła w jego kierunku białą rączkę i zapytała słodkim głosem:
- Czy to wy jesteście owym narzeczonym?
Była wysoka i kiedy stanęli naprzeciw siebie, okazało się, że więcej jak o pół głowy przewyższa Ostasza. Jej wzrok szybował teraz ponad nim.
- Oto moja ręka. Jeśli wola, możecie ją ucałować - orzechowe oczy patrzyły niewinnie.
Ostasz zbaraniał. Pochylił się, ujął delikatnie dłoń narzeczonej i złożył się do pocałunku. Zanim jednak jego wargi dotknęły białych paluszków, ręka została cofnięta.
- Dosyć będzie - oznajmiła pani Judyta, rozglądając się po świetlicy. - Nie uprzedziliście, ojcze, że dom mój będzie drewniany, taki mały i taki stary. Czy w tej okolicy nie słyszano o kamieniach i cegle? Doprawdy nie bardzo widzę, gdzie tu miałyby się pomieścić choćby moje panny służebne...
- Miejsca nie brakuje w Lipowej - odparł Ostasz, zataczając ręką szeroki krąg. - Są dwie izby czeladne, wielkie jak stodoły i jeszcze...
- Och! - z przyganą zauważyła pani Judyta. - Nie ma mowy, żebym mieszkała w czeladnej.
- Nie to chciałem powiedzieć... - próbował się usprawiedliwiać.
- Drewniany dom jest może cieplejszy - zgodziła się pani Judyta. - Ale jednak ciasny i mało przyjemny. Zaraz wiosną trzeba będzie zacząć budowę większego. Przecież tu nie ma się gdzie ruszyć. Nie przypuszczałam, że ludzie żyją jeszcze w takich prostych warunkach, jak kmiecie prawie.
Dotknięty porównaniem Ostasz popatrzył z nadzieją na ojca narzeczonej, ale ten uciekł wzrokiem, wyraźnie dając znak gospodarzowi. A znak ten mówił: przecież uprzedzałem.
- Pójdźmy obejrzeć resztę Lipowej - zaproponował Ostasz, podając ramię narzeczonej. - Sama zobaczycie, że wcale nie jest tu tak biednie i skromnie, bo dwór liczy się do większych w okolicy.
Pani Judyta nie skorzystała z zaproszenia.
- Nie jestem ciekawa tego, jak mówicie, gospodarstwa. Nie zamierzam przebywać w stajniach ani oborach. Od tego mam służbę i spodziewam się, że wy macie ją także.
- Oczywiście, że służby jest dość. Powiedziałbym nawet, że...
- To bardzo dobrze. Ojciec zapewniał mnie, że ludzi nie brakuje w Lipowej. Dobrze, że choć w tym jednym nie przesadził. Teraz chciałabym odpocząć. Gdzie moje komnaty?
Ostasz rozejrzał się niepewnie.
- Tutaj - wydukał. - Wasza komnata, mała, potem nasza wspólna komora i świetlica.
- Ach, tak - rzekła pani Judyta.
Ostasz chciał wyjaśnić, że będzie mogła korzystać także z dwóch innych izb, położonych po drugiej stronie sieni, ale i na to miała odpowiedź.
- Rozumiem - westchnęła. - Komnat tu nie uświadczysz. Raczej małe izby, gdzie teraz przyjdzie mi mieszkać. Ciężką przygotowaliście mi próbę, ojcze. Nie sądzę, żebym mogła się do tej małości przyzwyczaić.
Kiedy tylko poszła odpocząć po podróży, Ostasz natychmiast wezwał służbę, kazał opróżnić izby po obu stronach sieni, szybko zamieść, wyczyścić i przyozdobić. Srogo też zapowiedział, że to pomieszczenia dla pani Judyty, do których nie wolno im wchodzić bez pozwolenia.
Pan Grzegorz stał obok, zmieszany jakby, i próbował się tłumaczyć.
- Uprzedzałem was, że ma duże wymagania. Nie chcieliście wierzyć, tedy macie najlepszy dowód. Przyzwyczajona jest do najlepszego, więc nie dziwota.
- Będzie miała wszystko, co najlepsze - zapewnił Ostasz, przerywając panu Grzegorzowi. - Możecie być o to spokojni.
Jego ludzie rzucili się do roboty, ale niewiele wskórali tego wieczora, bo ledwie wzięli się do przestawiania sprzętów, kiedy z izby wyszła jedna ze służebnych pani Judyty.
- Pani prosi o spokój - oznajmiła, kierując słowa do starszego pana. - Chce odpocząć i nie życzy sobie, aby tu hałasowano.
Ostasz kazał więc zawiesić roboty i podjęto je dopiero następnego dnia, kiedy pani Judyta wyjechała konno w towarzystwie swoich służebnych na przejażdżkę.
Potem pan z Lipowej powiózł panią Judytę na zamek w Holsztynie, do kościołów, objechał z nią pola, pokazał lasy, wzgórza i strumienie.
Kiedy wrócili, izby po prawej stronie sieni były posprzątane i wnoszono do nich sprzęty, w tym skrzynie i kosze narzeczonej. Pani Judyta zrzuciła futro w sieni na podłogę, nie troszcząc się, kto je podniesie, służebne były wyćwiczone i wprost odgadywały życzenia. Kiedy weszła do świetlicy, podano jej zaraz grzane wino w pucharku, który miała wyłącznie dla siebie i którego nikt inny nie mógł używać.
W czasie drogi odzywała się niewiele, raz tylko albo dwa pochwaliła widok, doceniła natomiast wielkość i potęgę zamku, który był we władaniu Ostasza. Ale nie wyraziła ochoty na jego odwiedzenie, kiedy dowiedziała się, że nie jest jeszcze gotowy na jej przyjęcie.
- Tedy wolę zaczekać - oznajmiła. - Nie lubię brudu i bałaganu. Wystarczy mi tego, co widziałam do tej pory. Wiecie, mój przyjacielu, w innych krajach, gdzie bywałam, wszystko to wygląda inaczej. Nie spodziewam się, żeby za mojego życia i tutaj miało się coś zmienić, ale co robić, trzeba to jakoś znosić. I zniosę, mój panie, skoro los okazał się dla mnie taki niełaskawy.
Ostasz dwoił się i troił, żeby wywołać na twarzy narzeczonej uśmiech zadowolenia czy choćby cień uznania, a nie było to łatwe. Dla pani Judyty nie istniało nic lepszego od tego, co widziała i czego doświadczyła w Burgundii, Prowansji, Italii.
- Współczuję wam, mój drogi przyjacielu - mówiła do Ostasza. - Wyście rycerz, a żyjecie jak kmieć. Nie ciasno wam, nie nudno? Jakież tu rozrywki mogą być, szczególnie w tak nieciekawą porę roku? Kto to zresztą widział mieszkać w takiej okolicy, gdzie mróz, śnieg i brud? Mało to na świecie miejsc, gdzie jasne słońce świeci niemal cały rok?
Ostasz, który zawsze miał dwa słowa na czyjeś jedno i w którego obecności milkli wszyscy, przy pani Judycie zapominał języka w gębie, dawał się zaskakiwać, a kiedy mówiła, on także dostrzegał małość swojego dworu, jego lichotę i niedostatek.
Pan Grzegorz poszedł już spać, służba kręciła się wokoło jego córki, a to dolewając wina, a to śpiewając do lutni, a to masując pani stopy wyciągnięte do ognia. Pani Judyta przerwała nagle tę krzątaninę i gestem odprawiła służebne.
- No cóż, mój drogi przyjacielu - powiedziała, patrząc z zastanowieniem na Ostasza. - Nie jesteście najpiękniejszym mężczyzną, jakiego widziałam w życiu, choć prawda, że widziałam i gorszych. Wielu z nich kierowało ku mnie swoje zachody i zaprzysięgało dozgonną miłość. Rozumiem, że skoro przyjmujecie mnie w swoim... hm... domu i zgodziliście się z moim ojcem, żebym zamieszkała tutaj, zanim zbudujecie dla mnie coś odpowiedniego, i wy chcecie, bym została panią waszego serca, jak każe dobry rycerski obyczaj.
- Jak niczego na świecie - zapewnił Ostasz.
- Rolą mężczyzn jest służyć damom. Tak po prostu świat jest urządzony. Zgodził się ojciec, więc i ja się godzę zostać waszą żoną. Od razu jednak uprzedzam, żadnych dzieci. Nie ma mowy. Widziałam kobiety, które urodziły dziecko i nie chcę wyglądać tak jak one. Czy na takich warunkach zostaniecie moim serdecznym przyjacielem, moim rycerzem, moim mężem?
- Tak - powiedział Ostasz i tym razem udało mu się pocałować białe paluszki pani Judyty.
- Więc będziecie wypełniać moje polecenia?
- Z radością!
- Będziecie służyć mi tak ofiarnie i dwornie, jak opowiadają o tym pieśni i opowieści?
- Z serca!
- Bardzo dobrze. Tedy zostanę waszą żoną. Czy to zaraz po Godach wyznaczono ślub?
- Zaraz po Godach. Na świętego Juliana.
- Postarajcie się tylko założyć na siebie coś bardziej strojnego. Myślę, że ślub zrobimy bardzo skromny, zaprosi się najwyżej dwa czy trzy tuziny gości, ale i tak nie możecie się pokazać w byle czym.
Ostasz miał na sobie swój najlepszy strój.
- Postarajcie się, bardzo was proszę, mój nowy przyjacielu. Przeżyjemy coś pięknego i wspaniałego, jak się spodziewam. Podobno jesteście człowiekiem bywałym, ale myślę, że mogę wam niejedno opowiedzieć i niejednego nauczyć. Chodzi o to, abyśmy jadąc gdzie razem, choćby na królewski dwór, nie przynieśli wstydu ani rodowi, ani sobie.
- Postaram się - zapewnił Ostasz.
Pani Judyta przeciągnęła się, prężąc swoje piękne ciało.
- Dość tych gadek na dzisiaj - orzekła. - Jutro powiem wam, jak sobie wyobrażam przebudowy i urządzenie moich komnat. Macie tu chyba jakichś rzemieślników? Tymczasem czuję się już senna.
Ostasz skłonił się uprzejmie.
- Pójdźcie odpocząć, pani. I przysięgam, że nikt wam nie zakłóci spoczynku.
Pani Judyta wstała, dopiła wino z pucharka.
- No cóż - powiedziała. - Jakoś będę musiała przywyknąć. Ale wiosną powinnam koniecznie pojechać do Italii. Wy, jeśli nie macie na to ochoty, możecie oczywiście zostać. Ja dłużej niż kilka tygodni pewnie tutaj nie wytrzymam. Was jednak nie zamierzam zmuszać do czegokolwiek. Skoro wolicie żyć w taki sposób, wasza sprawa.
Ostasz ukłonił się ponownie.
- Będzie, jak sobie zażyczycie - zapewnił. - Wiem, co się należy niewiastom wielkich rodów. A moja żona na pewno nie będzie miała powodów do narzekania.
- Spodziewam się, że tak właśnie będzie.