SERDECZNE PRZYJĘCIE
Rozpadało się na dobre, gdy zbrojna gromada stanęła przed bramą klasztoru kanoników regularnych w Mstowie. Była zamknięta i jeden z żołnierzy pobiegł zastukać. Otworzyło się małe okienko i jakiś głos zapytał, kim są.
- Bartosz z Odolanowa, starosta kujawski, prosi o gościnę - powiadomił żołnierz.
Mnich jednak nie otworzył bramy, wysunął tylko bardziej głowę, by obejrzeć orszak, a potem zamknął klapkę i poszedł, prawdopodobnie powiadomić przełożonych. Stali więc i czekali, aż nadejdzie i otworzy wrota. A kiedy wreszcie wrócił, powiedział, że w klasztorze mają już gości i może wpuścić tylko pana starostę i trzech jego ludzi.
- Trzech? - oburzył się Bartosz, podskakując do furty. - A reszta ma moknąć pod gołym niebem? Powiedzcie przeorowi wyraźnie, że Bartosz z Odolanowa prosi i...
- Wybaczcie, panie - mnich wszedł mu w słowo bezceremonialnie. - Powtórzyłem, co mi kazano powiedzieć. Możecie wejść wy i trzech innych.
- Ale...
- Reszta może rozgościć się choćby i w stodołach po drugiej stronie rzeki.
Bartosz był rozsierdzony, deszcz padał i wyglądało na to, że mu odmawiają, a on musi się zgodzić na upokorzenie.
- Nie podoba mi się takie powitanie - powiedział głośno, spod kaptura patrząc na niski mur wokoło klasztoru i jakby oceniając, czy łatwo dałoby się go pokonać. - Nie takie kurniki już zdobywałem.
Mnich gwałtownie zatrzasnął klapę okienka i po tamtej stronie zaległa cisza, jak gdyby zastanawiał się, co powinien uczynić.
- Co to się dzieje, na Boga?! - złościł się Bartosz. - To tak witają tu gości?
Jakub z Lipowej uznał, że powinien coś wyjaśnić panu Bartoszowi.
- Lepiej powściągnijcie swój język - poradził cicho. - Przeor Jaszek to człowiek nie tylko znany z mądrości, ale i ze znajomości z wielkimi tego świata. Uprzedzałem was, że uzyskać cokolwiek u niego można tylko po dobroci.
Deszcz padał i padał, więc pan z Odolanowa machnął wreszcie ręką zrezygnowany.
- Hej tam, za bramą! - zawołał. - Jesteś jeszcze, mnichu?
- Jestem, jestem - odpowiedział zakonnik.
- To czemu nie otwierasz?
- Bo czekam, aż się wykrzyczycie. Na terenie klasztoru obowiązuje cisza.
- Otwieraj!
- Przykazano mi otworzyć tylko dla pana starosty i trzech jego ludzi.
- Tak będzie.
- Dla trzech?
- Otwieraj, na rany Zbawiciela! Zupełnie przemokliśmy. Dla trzech.
Szczęknęła zasuwa i ostrożnie otworzyła się furtka po lewej stronie bramy. Wszedł Bartosz, za nim obaj panowie z Lipowej i zaufany starosty, pan Radek z Pawłowic. Kiedy tylko minęli próg, furtka zatrzasnęła się natychmiast. Zakonnik zaś zgiął się przed gośćmi w uprzejmym ukłonie.
- Jesteśmy radzi tak znamienitym osobom. Pozwólcie tędy.
Poprowadził ich na lewo od bramy, gdzie były klasztorne kuchnie i gdzie z uwagi na gości trzymano jeszcze ogień. Tutaj przewodnik zaofiarował im możliwość wysuszenia się.
Czekał pokornie, aż skończą przygotowania, a potem poprowadził ich do nisko sklepionej salki. Był tu stół tylko i dwie ławy do siedzenia, a w kącie świecznik z jedną jedyną świecą.
- Zechciejcie spocząć - zaprosił mnich, stary, pomarszczony, z garbem na grzbiecie. - Powiadomię ojca przeora, może zechce was sam powitać.
I odszedł.
- Może zechce nas powitać?! - zdumiał się Bartosz. - Łaskę nam wyświadcza, że pokłoni się gościom? Cóż to za jeden ten przeor? Bardzom ciekaw tego człowieka!
Rozsiadł się na ławie, przyjmując wielkopańską postawę.
- Sami zobaczycie - odpowiedział mrukliwie Jakub z Lipowej, stając w kącie izby.
Nie był zadowolony ze sposobu, w jaki Bartosz wszedł do klasztoru i coraz bardziej czuł się zły na siebie za udział w całej tej wyprawie.
- Cóż tak zamilkliście? - zaciekawił się pan z Odolanowa. - Nie cieszycie się z naszego zwycięstwa? Piękny będzie okup!
- O tak! - zawołał z zadowoleniem Ostasz. - To była wspaniała wyprawa! Dziękuję wam, panie starosto, żeście mnie ze sobą zabrali.
- Trzymaj się mnie, a nieraz jeszcze trafisz tak bogate łupy - odpowiedział Bartosz łaskawie. - Oskarżają mnie niektórzy, że poczynam sobie zbyt swawolnie, że walczę i z królem Ludwikiem i z księciem Władysławem. Ale tak to trzeba prowadzić. Po dobrej woli nie darować ze swojego ani jednego ździebełka! I bić wszystkich, którzy chcą ci odebrać to, co twoje.
Wszedł młody mnich, niosąc koszyk i dzban, więc wszyscy zgromadzili się przy stole.
- Czemu tak skromnie? - zapytał z niezadowoleniem pan z Odolanowa. - Czy chcecie mnie obrazić, że dajecie tylko chleb i mleko?
- Dziś piątek - wyjaśnił zakonnik. - Nie godzi się objadać w dzień męki Pańskiej.
- Nie wołam o słoninę - zmarszczył się starosta. - Ale daj cokolwiek więcej. Jednym chlebem mamy się w czterech posilić?
Mnich ukłonił się i wyszedł, a kiedy wrócił po chwili, przyniósł jeszcze jeden bochenek i wiadomość, że to ostatni.
Bartosz zazgrzytał zębami, ale wziął się do jedzenia, podobnie jak jego towarzysze, rwąc kawały chleba i kolejno popijając mleko z dzbana.
- Skąpi jak rzadko - powiedział mocno niezadowolony. - Zawsze tak cienko w tym klasztorze, panie Jakubie?
- Przeciwnie - wyrwał się Ostasz. - Kiedyśmy tu byli zeszłego roku, nie brakowało niczego. A i wino mają wyborne, z własnej winnicy.
- Prawda - poświadczył Jakub.
- Czemu więc tak nas przyjmują? Zawiniliśmy czymś owym dostojnym mnichom?
Jakub z Lipowej chrząknął.
- Tylko jedno wyjaśnienie chodzi mi po głowie. Chyba zgaduję przyczynę tak chłodnego przyjęcia...
Widząc zaciekawione spojrzenie Bartosza, wyjaśnił:
- Przeor widać dowiedział się o naszej wyprawie i o tym, że pochwyciliśmy ludzi, którzy szli na pomoc rycerzom Zakonu Najświętszej Maryi Panny. On jest wielkim zwolennikiem nawracania pogan, więc mu nie w smak, żeśmy zatrzymali Francuzów. Chce nam pokazać, jak niewiele dba o tych, którzy w nawracaniu pogan przeszkadzają.
- Nikomu nie przeszkadzam - wydął wargi Bartosz. - Pójdą pomagać w walce z poganami, jak tylko zapłacą okup.
Dopił mleko z dzbana, nie patrząc, czy starczy go dla innych, a potem zapytał z ciekawością a nie bez kpiny:
- Tak dobrze powiadomiony o wszystkim ten przeor? Myślicie, że już wie o naszej zasadzce?
- Wie na pewno.
- A jakim to sposobem? Przecie prosto z zasadzki tu właśnie przyjechaliśmy.
- Przeor Jaszek wie wszystko - odpowiedział mrukliwie Jakub, spoglądając na stojącego przy drzwiach mniszka.
- Doprawdy? Niezwykle mnie ciekawi człowiek, który tak przyjął Bartosza z Odolanowa. Wołajcie go tutaj, bracie.
Zakonnik pokornie schylił głowę.
- Ojciec przeor wkrótce przyjdzie złożyć gościom uszanowanie - zapowiedział. - Prosi o chwilę cierpliwości.
Czekali więc, siedząc za stołem i gwarząc o zdarzeniach ostatniego dnia, a nie przyszło im czekać zbyt długo, bo wkrótce za drzwiami usłyszeli liczne kroki i jak jeden mąż odwrócili się w tym kierunku.
Młody mnich przytrzymał drzwi, przez które wszedł garbaty odźwierny ze świecą w ręku. Za nim dwóch rosłych zakonników wniosło umocowane na drągach krzesło, w nim zaś siedział trzeci. Przybyli pozdrowili gości ukłonem i postawili krzesło, a siedzący w nim powiedział cichym głosem:
- Witajcie, goście, w naszych skromnych progach. Jam jest Jaszek, przeor tego klasztoru.
Był to malutki, chudy człowieczek, któremu dopiero zaczynała rosnąć rzadka jasna broda. Jego nogi zwisały bezwładnie z siedzenia i kołysały się pod habitem.
Bartosz był tak zaskoczony, że nie odpowiedział nawet na powitanie. Wstał tylko ze swojego miejsca jak inni i patrzył na przeora, który wydawał mu się ledwie dzieckiem. Jaszek miał dziecięcą twarz, bladą, ale okrągłą i kiedy mówił, w jego policzkach pojawiały się do-łeczki. Podniósł jasne oczy na obecnych, wzrokiem powitał znanych sobie panów z Lipowej, a potem na chwilę zatrzymał spojrzenie na jednej twarzy.
- Bartosz z rodu Wezenborgów, herbu Tur, piszący się z Odolanowa - powiedział zamykając oczy. - To wyście syn sławnego Peregryna.
- Jestem Bartosz - potwierdził zapytany, zaskoczony dokładnością rozpoznania - Starosta kujawski.
Przeor wykrzywił wąskie wargi.
- Były starosta kujawski - poprawił, nie podnosząc głosu. - Ubiegłego roku król Ludwik pozbawił was tej godności i dlatego teraz biegacie po drogach jak jaki zbój i bijecie, kogo popadnie...
- Na Boga! - warknął Bartosz, bardzo czuły na punkcie swojej godności. - Miarkujcie się!
- Kogo popadnie - dokończył spokojnie przeor Jaszek. - Ale to sprawa waszego sumienia. Prosiliście o gościnę, tedy ją otrzymaliście. A rano zabierzecie wszystkich swoich i pójdziecie z tej okolicy.
- Nie zamierzam uchybić waszej dostojności - powiedział Bartosz przez zęby. - Ale nie mogę pozwolić, aby...
Jaszek podniósł powieki i spojrzał wprost w oczy rycerza.
- No? - zapytał. - Co chcieliście jeszcze dodać? Mało, żeście zdradziecko pochwycili pobożnych rycerzy, jadących walczyć z poganami na Litwie? Może jeszcze jaki klasztor spalicie po drodze, albo wymordujecie mnichów?
Patrzył w oczy Bartosza otwarcie i z taką niezwykłą siłą, że rycerz opuścił wzrok, a wtedy przeor oznajmił:
- Z samego rana przygotuję to, po co tutaj przyszliście. List po niemiecku do mistrza zakonu, a po francusku do króla.
- To wiecie, o co chcieliśmy prosić? - zapytał zdumiony pan Radek.
- Złe wieści szybko się rozchodzą - odpowiedział, nie patrząc na niego, przeor. - A to są złe wieści, kiedy jedni chrześcijanie biorą dla okupu innych chrześcijan w niewolę, zamiast razem występować przeciw niewiernym.
Dał znak, żeby podniesiono krzesło i wyniesiono je z izby. Nie życzył im dobrej nocy. Popatrzył tylko na pana Jakuba i rzucił na pożegnanie:
- Co do was, panie Jakubie, nie straciłem jeszcze nadziei, że spłynie na was łaska opamiętania.
Przeor Jaszek powrócił do gościnnej izby rankiem, kiedy po niezbyt wygodnej nocy i skromnym śniadaniu czekali, gotowi już do drogi. Przeorowi towarzyszył młody mnich, niosący w garści pergaminy i pióra. Mniszek rozwinął pergaminy na stole i umieścił na nich roztopiony wosk, żeby Bartosz mógł odbić swój pierścień jako pieczęć, obok pieczęci mstowskiego klasztoru.
Kiedy to czyniono, przeor siedział na swoim krześle, z zamkniętymi oczami, jak gdyby zasnął. Bartosz schował pisma w zanadrze i najwyraźniej zbierał się do odejścia, ale nie bardzo wiedział, jak to ma zrobić, bo przeor wciąż drzemał.
W pewnej chwili, jakby się obudził, drgnął, podniósł głowę i nie otwierając oczu, polecił stojącemu obok zakonnikowi.
- Zapisz to, bracie, w kronice naszego klasztoru. Zapisz, że w dniu świętego Tymona odwiedził nas dostojny pan Bartosz z Odolanowa w towarzystwie swoich przyjaciół...
Mniszek podbiegł do stołu, rozłożył na nim pergamin, postawił gliniany pojemniczek z inkaustem i szybkimi ruchami gęsiego pióra skreślił kilka słów. Kiedy to wykonał, czekał na dalsze polecenia z podniesioną dłonią.
Bartosz z Odolanowa popatrzył z wyraźnym zadowoleniem kolejno po twarzach swoich towarzyszy. Więc jednak jest kimś znacznym, skoro jego wizyta zostanie wpisana do klasztornej kroniki.
Tymczasem przeor Jaszek, nie podnosząc głowy i nie otwierając oczu, dyktował:
- Zapisałeś, bracie? Tedy piszmy dalej. Rzeczony pan z Odolanowa, jako dobry chrześcijanin, nosił na piersiach srebrny krzyż wysadzany kolorowymi kamieniami, na sukni zaś miał pomiędzy innymi klejnotami, naszytych trzynaście pereł...
Mnich zaskrzypiał piórem, a pan Bartosz odruchowo spojrzał na swoje odzienie i zaczął liczyć wspomniane perły. Było ich trzynaście.
- Pan z Odolanowa, mając na uwadze liczbę apostołów, których było dwunastu, postanowił ofiarować ową trzynastą perłę na rzecz naszego klasztoru...
Pan z Odolanowa otworzył usta.
-... a ów krzyż na koszta wyprawy przeciw niewiernym poganom...
Pan z Odolanowa zamknął usta.
- W podzięce za ten niezwykły akt wiary, postanowiliśmy każdego tygodnia odprawiać mszę świętą w intencji pana Bartosza, dla przebłagania Boga za rozmaite jego uczynki, gdyż nikt nie jest bez grzechu...
Pan z Odolanowa otworzył usta.
Tego dnia wieczorem, kiedy byli już daleko od Mstowa, Bartosz z Odolanowa z podziwem kręcił głową.
- Nikt jeszcze nie pokonał mnie tak łatwo - mówił, macając dłonią po szyi, gdzie rano jeszcze wisiał srebrny krzyż wysadzany kamieniami. - Na mą duszę, panie Jakubie, toż to istny czarownik!
- Teraz rozumiecie, co miałem na myśli, kiedy was uprzedzałem, byście byli ostrożni - śmiał się Jakub z Lipowej.
- I któż on taki? - dopytywał się Bartosz. - Wiem, że przeor. Ale skąd, jakiego rodu?
- Kowalski syn - odpowiedział Jakub.
- Kowalski? - zdziwił się Bartosz. - Nawet nie szlachcic, a tylko syn kowala? I skąd pochodzi?
- Stąd, z Doliny.
- Przedziwni kowale tu bywają... - dziwował się pan z Odolanowa.
- Jeszcze jak przedziwni - zgodził się Jakub z Lipowej.
Miał na myśli zupełnie innego kowala.