NAJLEPSZY MEDYK
Wiosna 1405
Na ulicy Szewskiej ktoś niespodziewanie szarpnął Mateusza za rękaw, a zaraz potem przycisnął do ściany.
- Dzięki Bogu, że cię wreszcie znalazłam! - powiedziała gruba niania.
Mateusz spojrzał, rozpoznał ją i opuścił wzrok zawstydzony.
- Czy to nie masz uszu? - naparła na niego. - Czy nie słysza?łeś o chorobie Matyldy?
- Jest chora? - zaniepokoił się. - Jak się czuje?
- O święta naiwności! - zawołała. - Nogi za tobą wydeptuję od tygodni, a ten się pyta. Pewnie, że jest chora. Choruje z mi?łości i tęsknoty, a ja jak jaka głupia latam po mieście, szukając ciebie. Czy ten twój przyjaciel, Jerka, nic ci nie powiedział?
- Jerka? No, coś mówił, że was spotkał.
Rozłożyła ręce.
- Nie odejdziesz, zanim nie powiem, co mam do powiedzenia, i nie dowiem się od ciebie, czemu nie dawałeś znaku życia przez tyle czasu. Przecież Matylda omal nie umarła z tęsknoty. Czy ty nie masz serca, chłopcze? Zapomniałeś, że coś jej obiecywałeś? Czemu skazałeś ją na ból, cierpienie i smutek?
Mateusz milczał, zaciskając pięści. Czemu nie wysłał jej wiadomości? Ale jaką wiadomość miałby przekazać? Że wpadł w ramiona Aurelii?
- Wypatruje za tobą oczy - mówiła niania. - Czy nie gnębi cię ta krzywda, którą jej uczyniłeś?
Wreszcie Mateusz się odezwał.
- Gnębi mnie - powiedział. - Ale zrobiłem coś, co się jej nie spodoba, dlatego uciekłem. Po tym, co uczyniłem, nie będzie chciała mnie widzieć ani mówić ze mną.
- Co takiego?
Nie odpowiedział. Patrzył w bok i musiała go szturchnąć, żeby nie milczał.
- Spowiednik kazał mi zapomnieć - przyznał się wreszcie.
Niania przyglądała mu się dłuższą chwilę.
- A ty zapomniałeś? - zapytała wreszcie.
Z trudem przełknął ślinę.
- Nie - oświadczył. - Nie zapomniałem, bo... bo ja... No i jeszcze musiałem się ukrywać, bo...
- Wiem, czemu się ukrywałeś.
- Wiecie? - zdziwił się.
- No, przecież słyszałam, że cię szukali po tym, jak umarł ten strażnik, którego dziabnąłeś nożem, kiedy cię napadli.
- Szukali mnie? Gdzie? Kto?
- Coś ty taki nieprzytomny? - odpowiedziała pytaniem. - Nic nie wiesz, jakbyś dopiero co wyszedł z jakiejś piwnicy po paru tygodniach.
- Właśnie wyszedłem... niedawno.
Dopiero po chwili uwierzyła.
- Matko Przenajświętsza! - jęknęła. - To znaczy, że ty nic nie wiesz. Nic nie wiesz...
- O czym?
Szybko opowiedziała mu, co zdarzyło się w ostatnich tygodniach. Jak Matylda cierpiała po jego odejściu. Jak na niego czekała, na jakiś znak, na sygnał, na list czy choć by na słowo. Jak martwi?ła się i niepokoiła. Jak się przeraziła, gdy dowiedziała się, że został pojmany przez strażników. Jak pobiegła do więzienia, jak myśla?ła o sposobie uratowania go albo chociaż ulżenia jego doli. Jak w więzieniu okazało się, że to nie on. Jak martwiła się, dalej nie wiedząc, co się z nim dzieje, jak wreszcie wymyśliły sposób, żeby się odezwał, a Matylda miała udawać chorą, żeby on mógł wejść do domu burmistrza, jeśli tylko zechce.
Mateusz słuchał i milczał, zadziwiając nianię swoim zachowaniem.
- I co z tym zamierzasz robić? - zapytała na koniec. - Ona cię przecież miłuje, głupcze. Wszystkie te podstępy z udawaniem choroby wymyśliła, żebyś przyszedł.
Nie odpowiedział od razu.
- Wątpię, czy mnie zechce... - wydukał wreszcie. - I sam nie czuję się jej godny..
Myślał o swoim związku z kupcową Aurelią, a niania sądziła, że ma opory ze względu na brak majątku.
- Głupi jesteś! - zauważyła. - Ale ci powiem, co powinieneś zrobić. Przyjść do domu jej ojca jako medyk i uleczyć jej duszę.
Mateuszowi drżały wargi.
- A potem? - zapytał niepewnie. - Przecież nie dostanę Matyldy...
Niania ujęła się pod boki.
- Nie dostaniesz, jeśli będziesz tu stał i wcale się o to nie postarasz. Ale jeśli ruszysz tyłek z miejsca, to kto wie.
- Jej ojciec...
Prychnęła.
- Z nim żenić się chyba nie zamierzasz - zakpiła. - Więc się nim tak bardzo nie przejmuj. Pomyśl o Matyldzie. Jeśli ona nadal cię chce, masz szansę.
- A jeszcze mnie chce?
- Sam ją zapytaj. Powiem ci tylko, że burmistrz obiecał dać wszystko lekarzowi, który uratuje Matyldę. Pojąłeś, chłopcze? Wszystko otrzyma ten, kto sprawi, że wstanie z łoża. I co o tym myślisz? Będziesz tu jeszcze długo tracił czas?
* * *
Na rogu ulicy, tuż przed wejściem na Rynek Mateusz z Lipowej natknął się twarzą w twarz ze strażnikiem Paluchem.
Drgnął zaskoczony i zrobił ruch, jakby chciał rzucić się do ucieczki. Ale Paluch nie miał najmniejszego zamiaru go ścigać. Nawet przeciwnie. Ku wielkiemu zdziwieniu Mateusza gruby wiertelnik nieznacznie skłonił przed nim głowę.
- Chyba nie chowacie urazy za to nieporozumienie...
Lipowski spojrzał na strażnika mocno zdziwiony, nie mogąc uwierzyć w tak wielką zmianę nastawienia - od nienawiści do szacunku.
- Chyba nie - bąknął w odpowiedzi.
- Nie wiedziałem, że nie podlegacie miejskiemu prawu - dodał strażnik i usunął się z drogi.
Gdyby Mateusz mijał go nie tak szybko, może usłyszałby, jak Paluch mruczy do siebie zafrasowanym głosem:
- I bądź tu mądry. Raz nosi wąsy, innym razem chodzi bez wąsów...
* * *
- Znalazłam go! - powiedziała niania do Matyldy. - Znalazłam twojego ukochanego Mateusza. Nic nie wiedział o twojej chorobie. Ukrywał się. Teraz mu wszystko wyjaśniłam. Przyjdzie tu jako lekarz.
Matylda zerwała się z krzesła, ręce przyciskając do piersi.
- Dzięki Bogu!
- Spokojnie, moje dziecko - łagodziła niania. - Tylko spokojnie, bo wszystko można zepsuć nadmiernym pośpiechem. Ojciec niczego nie może się domyślić.
Burmistrz Kleiner zamartwiał się stanem zdrowia córki i choć początkowo mamrotał niezadowolony, gdy w sieni jego domu tłoczyli się ludzie rozmaitych profesji, potem do tego przywykł.
- Nie wiem tylko, jak długo będzie to trwało - zauważył. - Cisną się tu, spodziewając się nagrody. Wcale im nie zależy na zdrowiu Matyldy.
Tego ranka znowu było ich kilku. Zachowywali się hałaśliwie, ale tylko do chwili, gdy pojawiła się niania i kazała im być cicho.
Prowadziła właśnie do komnaty wychowanki pierwszego medyka, gdy natknęli się na burmistrza. On sam już nie wychodził witać lekarzy, bo nie licowałoby z jego godnością rozmawiać z ludźmi podłego stanu. Profesorowie już prawie nie przychodzili, zjawiali się przyjezdni, ciekawscy albo chciwi nagród.
- On też jest medykiem? - zapytał, marszcząc brwi z niezadowolenia. - Taki młody?
Zanim Mateusz zdążył odpowiedzieć, wyręczyła go niania.
- Jest młody, bo to dopiero student medycyny - wyja?śniła. - Ale wystarczająco wykształcony, żeby naszej biedaczce poczytać Ewangelię, jak nakazał ksiądz Andrzej. Po co wyrzucać pieniądze na dostojnych doktorów, kiedy chodzi tylko o czytanie. Taki młodzian jest przecież tańszy.
Czytanie było powszechnie uważane za pomocne we wszelkich chorobach, więc Kleiner się nie sprzeciwił.
- Niech czyta - zgodził się.
Zanim go jednak minął, zatrzymał się i przyjrzał wchodzącemu po schodach.
- Chyba cię gdzieś już widziałem - powiedział. - Jak się nazywasz, chłopcze?
- Wołają mnie Mateusz - przyznał się zapytany, choć niania dała mu znak, żeby wymyślił coś innego. - Ale nie sądzę, byście mnie znali, panie. Nie jestem nikim ważnym.
Burmistrz odszedł, a niania szepnęła do chłopca:
- Odważny jesteś, ale że chyba nie najmądrzejszy, skoro od razu zdradziłeś swoje imię.
Mateusz uśmiechnął się niepewnie. Serce mu biło przed spotkaniem z Matyldą.
- Należy kłamać jak najmniej - odszepnął.
Niania roześmiała się z uznaniem.
- Słusznie, mój chłopcze. Masz rację.
* * *
- Mateuszu - szeptała Matylda. - Dlaczego pozwoliłeś mi myśleć, że nie kochasz mnie wcale i nigdy już nie wrócisz? Czy wiesz, że omal nie umarłam z miłości i tęsknoty?
* * *
Burmistrz Kleiner nie od razu uwierzył opiekunce swojej córki. Osobiście pobiegł do jej komnaty.
- Czy to prawda, że czujesz się lepiej?
- Tak - potwierdziła. - Znacznie lepiej.
Kleiner obejrzał uważnie jej twarz i nie uszło jego uwagi, że policzki córki nie są już takie blade.
- Bogu niech będą dzięki! Czy ty wiesz dziecko, jak bardzo niepokoiłem się twoim stanem?
- Wiem, ojcze - przyznała Matylda cichym głosem. - Tak mi wstyd, że przyczyniłam wam tylu zmartwień. Ale zapewniam, że czuję się już prawie dobrze. Może za kilka dni... Może mogłabym pójść do kościoła...
Burmistrz śmiał się z radości.
- Zwycięstwo! - wołał. - Zwycięstwo!
Pobiegł szukać niani, a kiedy ją znalazł, pytał niecierpliwie:
- Który to? Który medyk to sprawił?
Niania wzruszyła ramionami.
- Na pewno nie wiem.
- Nie wiesz? - rozzłościł się. - Tygodniami szukamy lekarstwa dla mojej córki, a gdy się znajduje, ty nawet nie wiesz, który lekarz jej pomógł?
- Chyba ten młody, co czytał Ewangelię - udawała, że się zastanawia.
- Chyba? Jak można nie wiedzieć takich rzeczy! Gdzie on jest?
- Poszedł sobie.
- Na rany Chrystusa! Niewiasto, czyś ty do końca zgłupiała? Nie zauważyłaś poprawy zdrowia mojej Matyldy? Przecież trzeba go było zatrzymać, choćby i siłą.
- Chłopak poszedł, ale jutro czy pojutrze wróci - potwierdziła spokojnie.
- Dopilnujcie tego! - nakazał. - Dopilnujcie, żeby pamiętał! Młodzi dziś tak łatwo o wszystkim zapominają.
Następnego dnia młody medyk pojawił się znowu, a po jego wizycie stan zdrowia Matyldy jeszcze się poprawił.
- On ma lekarstwo! - cieszył się Kleiner. - Najwyraźniej znalazł właściwe! To Ewangelia!
Gotów był zatrzymać lekarza w domu, żeby mieć go na każde wezwanie, ale młody człowiek się wymówił.
- Mam jeszcze innych pacjentów - oświadczył burmistrzowi.
- Zostaw ich! Zapłacę więcej niż oni wszyscy razem!
Według niani ojciec chorej powinien całkowicie zaufać jego sztuce.
- Mówi, że Matyldzie dobrze zrobiłoby wyjście z domu. Na powietrze. Że powinna zobaczyć trawę i kwiaty.
- Na powietrze? Ależ naturalnie, może wyjść, gdzie zechce!
- Może zaprowadzę ją do domu przy ulicy Świętojańskiej? - podsunęła niania. - Będzie sobie siedziała na tarasie w ogrodzie, na słoneczku...
Kleiner był gotów zgodzić się na wszystko.
- A co z innymi medykami? - niania chciała pozbyć się intruzów. - Nadal się tutaj plączą...
- Już ich nie potrzebujemy - postanowił Kleiner. - Każ im odejść i więcej nie przychodzić. Tylko tego naszego pilnuj, kobieto, bo w żadnym wypadku nie możemy go stracić.
- Upilnuję na pewno. Nie bójcie się. Nie spuszczę go z oka ani przez chwilę.
- A może... - zastanowił się. - Może ten lekarz mógłby zamieszkać w naszej kamienicy na ulicy Świętojańskiej? Nie musiałby chodzić codziennie do chorej i byłby na wyciągnięcie ręki...
- Zapytam go - obiecała niewiasta.
- To mało - naciskał burmistrz. - Trzeba mu zapłacić albo nawet zmusić.
- To już lepiej zapłaćcie - poradziła. - Z niewolnika, powiadają, nie ma robotnika. I z doktora siłą też niczego nie wyciągniecie. Dowiem się, czy zgodzi się zostać i na jakich warunkach.
Wieczorem powiadomiła burmistrza, że medyk Mateusz zamieszka przy Świętojańskiej przez tydzień czy dwa.
- Chwała Bogu! - odetchnął z ulgą Kleiner. - Chwała Bogu!