Saga rodu z Lipowej. Saga rodu z Lipowej 24: Cichy ślub - Marian Piotr Rawinis

Kup ebooka

7.99 zł
6.39 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

AURELIA

Kupcowa Aurelia łatwo odnalazła Mateusza, bo szybko odgadła, że znowu kwateruje w gospodzie Pod Czerwonym Kogutkiem.

Siedział w izbie nad kuflem piwa. Miała ochotę załamać ręce nad jego wyglądem, bo jak dawniej był ubrany w stary kaftan, a za pasem miał drewnianą łyżkę.

- Wszystko wiem - powiedziała łagodnym głosem. - Ale wcale się nie gniewam. Wróć do mnie, Mateuszu. Przecież w moim domu masz wszystko. O nic nie będę cię pytać, niczego nie będę wypominać.

Mateusz rozejrzał się po gospodzie.

- Niepotrzebnie tu przyszłaś - zauważył przyciszonym głosem. - Na próżno tracisz czas. Przecież ci powiedziałem, że wychodzę i nie zamierzam wrócić.

Aurelia zrobiła smętną minę.

- Nie powiedziałeś - poprawiła.

- Ale dałem ci wyraźny znak - uzupełnił. - Muszę odejść, bo dalej tak być nie może. Jestem ci wdzięczny, że dałaś mi schronienie, ale to już niepotrzebne. Nie mogę dalej żyć zamknięty w czterech ścianach. A ty też mi nic nie mówiłaś i nic nie wiedziałem, co dzieje się w mieście.

- Nie chciałam cię niepokoić - wyjaśniła, próbując uchwycić go za rękę. - Strażnicy szukali ciebie, wyszedł list gończy, a potem była wieść, że cię złapali.

- Nie złapali mnie, skoro jestem tutaj - zauważył sucho.

- Ale mogli złapać.

- Nie powiedziałaś mi o chorobie córki burmistrza.

Aurelia wzruszyła ramionami.

- A po co ci to wiedzieć? Nie jesteś medykiem.

- O innych sprawach też mi nie mówiłaś. A może są to wieści dla mnie ważne.

Uważała, że jest dla niej niesprawiedliwy. Ona starała się o niego jak umiała najlepiej, a on wcale tego nie zauważał.

- Krzywdzisz mnie - żaliła się. - Czy zrobiłam ci coś złego, żebyś mnie teraz obwiniał?

- Nieprawda - zaprzeczył. - Niczego ci nie obiecywałem. Jestem ci wdzięczny... za wszystko, ale nie mogę zostać. I tak by?łem zbyt długo.

- Nie zostawiaj mnie samej - szepnęła i łzy zaczęły się toczyć po jej okrągłych policzkach. - Nie możesz. Przecież tak nam było dobrze...

Znowu próbowała dotknąć jego dłoni i musiał się odchylić od stołu.

- Jesteś zamężna - przypomniał.

- Dawniej ci to nie przeszkadzało - odpowiedziała szybko.

- Ale masz męża. On podobno wraca.

- Nie wpuszczę go.

Teraz on chwycił ją za ręce i ścisnął.

- Sama nie wiesz, co mówisz. Jak to go nie wpuścisz? Przecież ma prawo wejść do swojego domu. To dla mnie nie ma tam miejsca. Zresztą, nie chcę już być z tobą.

- Dlaczego? - dopytywała się. - Co się stało, że mnie nie chcesz? Przecież jeszcze nie tak dawno...

- Ale teraz nie chcę. Wracaj do siebie.

Prosiła go, lecz nie poddawał się jej słowom. Wiedziała, że nie ulegnie, a mimo to długo jeszcze nie zaprzestała błagań. Wreszcie stwierdziła, że domyśla się, co jest przyczyną jego decyzji.

- Wiem, czemu się zmieniłeś - powiedziała. - Dobrze wiem. To przez tę dziewczynę.

Mateusz udawał zdziwienie.

- Jaką dziewczynę?

- Tę, do której teraz chodzisz. Wiem, że chodzisz i wcale nie musisz zaprzeczać, bo tak jest. I wiem, kto ona. Może jest ładna, ale nie da ci przecież tego, co ja. Nie ma żadnego doświadczenia, a ten wasz związek wcale nie ma przyszłości. Kiedy tylko jej ojciec o wszystkim się dowie...

- Nie twoja sprawa! - przerwał jej ostro. - Nie twoja sprawa.

- Nie moja? - naburmuszyła się. - To jeszcze zobaczymy, czy nie moja. Wiem wszystko o tej dziewczynie. To córka burmistrza. Córka burmistrza, a ty jesteś biedakiem, który nie ma gdzie mieszkać i nie ma przed sobą żadnej przyszłości. Pobawi się tobą i cię zostawi. Tyle tylko będziesz z tego miał. Pobawi się tobą i wyrzuci.

- A tobie do czego służyłem? - odciął się. - Nie do zabawy? Też musisz się z tego wyspowiadać.

- Wróć - poprosiła znowu. - O wszystkim zapomnę. Teraz masz okazję, bo potem się pogniewam i nie wezmę cię, nawet jak ona cię odtrąci po skończonej zabawie.

- Nie! - powtórzył. - Nie i nie!

Nagle postanowiła zagrać o wszystko. Ujęła się pod boki.

- Jeszcze zdążę - powiedziała zuchowato. - Zdążę na pewno. A ty nie bądź głupi, bo... bo...

- Bo co?

- Bo pożałujesz!

Była zła, wiedziała, że Mateusz nie ulegnie jej przekonywaniu. Teraz już chciała dokuczyć.

- Straszysz mnie? - zapytał pochmurnie. - Mam iść z tobą dlatego, że mi grozisz?

- Nie - zaprzeczyła szybko. - Przecież ja wcale nie na poważnie. Nigdy nie zrobiłabym ci krzywdy. Ja tylko tak, z wielkiego miłowania.

- Nie chcę.

- Niedawno chciałeś.

- Ale teraz nie chcę.

Uwolnił się od jej rąk i zwyczajnie uciekł. Aurelia została sama, pochlipując.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

NAJLEPSZY MEDYK

Wiosna 1405

Na ulicy Szewskiej ktoś niespodziewanie szarpnął Mateusza za rękaw, a zaraz potem przycisnął do ściany.

- Dzięki Bogu, że cię wreszcie znalazłam! - powiedziała gruba niania.

Mateusz spojrzał, rozpoznał ją i opuścił wzrok zawstydzony.

- Czy to nie masz uszu? - naparła na niego. - Czy nie słysza?łeś o chorobie Matyldy?

- Jest chora? - zaniepokoił się. - Jak się czuje?

- O święta naiwności! - zawołała. - Nogi za tobą wydeptuję od tygodni, a ten się pyta. Pewnie, że jest chora. Choruje z mi?łości i tęsknoty, a ja jak jaka głupia latam po mieście, szukając ciebie. Czy ten twój przyjaciel, Jerka, nic ci nie powiedział?

- Jerka? No, coś mówił, że was spotkał.

Rozłożyła ręce.

- Nie odejdziesz, zanim nie powiem, co mam do powiedzenia, i nie dowiem się od ciebie, czemu nie dawałeś znaku życia przez tyle czasu. Przecież Matylda omal nie umarła z tęsknoty. Czy ty nie masz serca, chłopcze? Zapomniałeś, że coś jej obiecywałeś? Czemu skazałeś ją na ból, cierpienie i smutek?

Mateusz milczał, zaciskając pięści. Czemu nie wysłał jej wiadomości? Ale jaką wiadomość miałby przekazać? Że wpadł w ramiona Aurelii?

- Wypatruje za tobą oczy - mówiła niania. - Czy nie gnębi cię ta krzywda, którą jej uczyniłeś?

Wreszcie Mateusz się odezwał.

- Gnębi mnie - powiedział. - Ale zrobiłem coś, co się jej nie spodoba, dlatego uciekłem. Po tym, co uczyniłem, nie będzie chciała mnie widzieć ani mówić ze mną.

- Co takiego?

Nie odpowiedział. Patrzył w bok i musiała go szturchnąć, żeby nie milczał.

- Spowiednik kazał mi zapomnieć - przyznał się wreszcie.

Niania przyglądała mu się dłuższą chwilę.

- A ty zapomniałeś? - zapytała wreszcie.

Z trudem przełknął ślinę.

- Nie - oświadczył. - Nie zapomniałem, bo... bo ja... No i jeszcze musiałem się ukrywać, bo...

- Wiem, czemu się ukrywałeś.

- Wiecie? - zdziwił się.

- No, przecież słyszałam, że cię szukali po tym, jak umarł ten strażnik, którego dziabnąłeś nożem, kiedy cię napadli.

- Szukali mnie? Gdzie? Kto?

- Coś ty taki nieprzytomny? - odpowiedziała pytaniem. - Nic nie wiesz, jakbyś dopiero co wyszedł z jakiejś piwnicy po paru tygodniach.

- Właśnie wyszedłem... niedawno.

Dopiero po chwili uwierzyła.

- Matko Przenajświętsza! - jęknęła. - To znaczy, że ty nic nie wiesz. Nic nie wiesz...

- O czym?

Szybko opowiedziała mu, co zdarzyło się w ostatnich tygodniach. Jak Matylda cierpiała po jego odejściu. Jak na niego czekała, na jakiś znak, na sygnał, na list czy choć by na słowo. Jak martwi?ła się i niepokoiła. Jak się przeraziła, gdy dowiedziała się, że został pojmany przez strażników. Jak pobiegła do więzienia, jak myśla?ła o sposobie uratowania go albo chociaż ulżenia jego doli. Jak w więzieniu okazało się, że to nie on. Jak martwiła się, dalej nie wiedząc, co się z nim dzieje, jak wreszcie wymyśliły sposób, żeby się odezwał, a Matylda miała udawać chorą, żeby on mógł wejść do domu burmistrza, jeśli tylko zechce.

Mateusz słuchał i milczał, zadziwiając nianię swoim zachowaniem.

- I co z tym zamierzasz robić? - zapytała na koniec. - Ona cię przecież miłuje, głupcze. Wszystkie te podstępy z udawaniem choroby wymyśliła, żebyś przyszedł.

Nie odpowiedział od razu.

- Wątpię, czy mnie zechce... - wydukał wreszcie. - I sam nie czuję się jej godny..

Myślał o swoim związku z kupcową Aurelią, a niania sądziła, że ma opory ze względu na brak majątku.

- Głupi jesteś! - zauważyła. - Ale ci powiem, co powinieneś zrobić. Przyjść do domu jej ojca jako medyk i uleczyć jej duszę.

Mateuszowi drżały wargi.

- A potem? - zapytał niepewnie. - Przecież nie dostanę Matyldy...

Niania ujęła się pod boki.

- Nie dostaniesz, jeśli będziesz tu stał i wcale się o to nie postarasz. Ale jeśli ruszysz tyłek z miejsca, to kto wie.

- Jej ojciec...

Prychnęła.

- Z nim żenić się chyba nie zamierzasz - zakpiła. - Więc się nim tak bardzo nie przejmuj. Pomyśl o Matyldzie. Jeśli ona nadal cię chce, masz szansę.

- A jeszcze mnie chce?

- Sam ją zapytaj. Powiem ci tylko, że burmistrz obiecał dać wszystko lekarzowi, który uratuje Matyldę. Pojąłeś, chłopcze? Wszystko otrzyma ten, kto sprawi, że wstanie z łoża. I co o tym myślisz? Będziesz tu jeszcze długo tracił czas?

* * *

Na rogu ulicy, tuż przed wejściem na Rynek Mateusz z Lipowej natknął się twarzą w twarz ze strażnikiem Paluchem.

Drgnął zaskoczony i zrobił ruch, jakby chciał rzucić się do ucieczki. Ale Paluch nie miał najmniejszego zamiaru go ścigać. Nawet przeciwnie. Ku wielkiemu zdziwieniu Mateusza gruby wiertelnik nieznacznie skłonił przed nim głowę.

- Chyba nie chowacie urazy za to nieporozumienie...

Lipowski spojrzał na strażnika mocno zdziwiony, nie mogąc uwierzyć w tak wielką zmianę nastawienia - od nienawiści do szacunku.

- Chyba nie - bąknął w odpowiedzi.

- Nie wiedziałem, że nie podlegacie miejskiemu prawu - dodał strażnik i usunął się z drogi.

Gdyby Mateusz mijał go nie tak szybko, może usłyszałby, jak Paluch mruczy do siebie zafrasowanym głosem:

- I bądź tu mądry. Raz nosi wąsy, innym razem chodzi bez wąsów...

* * *

- Znalazłam go! - powiedziała niania do Matyldy. - Znalazłam twojego ukochanego Mateusza. Nic nie wiedział o twojej chorobie. Ukrywał się. Teraz mu wszystko wyjaśniłam. Przyjdzie tu jako lekarz.

Matylda zerwała się z krzesła, ręce przyciskając do piersi.

- Dzięki Bogu!

- Spokojnie, moje dziecko - łagodziła niania. - Tylko spokojnie, bo wszystko można zepsuć nadmiernym pośpiechem. Ojciec niczego nie może się domyślić.

Burmistrz Kleiner zamartwiał się stanem zdrowia córki i choć początkowo mamrotał niezadowolony, gdy w sieni jego domu tłoczyli się ludzie rozmaitych profesji, potem do tego przywykł.

- Nie wiem tylko, jak długo będzie to trwało - zauważył. - Cisną się tu, spodziewając się nagrody. Wcale im nie zależy na zdrowiu Matyldy.

Tego ranka znowu było ich kilku. Zachowywali się hałaśliwie, ale tylko do chwili, gdy pojawiła się niania i kazała im być cicho.

Prowadziła właśnie do komnaty wychowanki pierwszego medyka, gdy natknęli się na burmistrza. On sam już nie wychodził witać lekarzy, bo nie licowałoby z jego godnością rozmawiać z ludźmi podłego stanu. Profesorowie już prawie nie przychodzili, zjawiali się przyjezdni, ciekawscy albo chciwi nagród.

- On też jest medykiem? - zapytał, marszcząc brwi z niezadowolenia. - Taki młody?

Zanim Mateusz zdążył odpowiedzieć, wyręczyła go niania.

- Jest młody, bo to dopiero student medycyny - wyja?śniła. - Ale wystarczająco wykształcony, żeby naszej biedaczce poczytać Ewangelię, jak nakazał ksiądz Andrzej. Po co wyrzucać pieniądze na dostojnych doktorów, kiedy chodzi tylko o czytanie. Taki młodzian jest przecież tańszy.

Czytanie było powszechnie uważane za pomocne we wszelkich chorobach, więc Kleiner się nie sprzeciwił.

- Niech czyta - zgodził się.

Zanim go jednak minął, zatrzymał się i przyjrzał wchodzącemu po schodach.

- Chyba cię gdzieś już widziałem - powiedział. - Jak się nazywasz, chłopcze?

- Wołają mnie Mateusz - przyznał się zapytany, choć niania dała mu znak, żeby wymyślił coś innego. - Ale nie sądzę, byście mnie znali, panie. Nie jestem nikim ważnym.

Burmistrz odszedł, a niania szepnęła do chłopca:

- Odważny jesteś, ale że chyba nie najmądrzejszy, skoro od razu zdradziłeś swoje imię.

Mateusz uśmiechnął się niepewnie. Serce mu biło przed spotkaniem z Matyldą.

- Należy kłamać jak najmniej - odszepnął.

Niania roześmiała się z uznaniem.

- Słusznie, mój chłopcze. Masz rację.

* * *

- Mateuszu - szeptała Matylda. - Dlaczego pozwoliłeś mi myśleć, że nie kochasz mnie wcale i nigdy już nie wrócisz? Czy wiesz, że omal nie umarłam z miłości i tęsknoty?

* * *

Burmistrz Kleiner nie od razu uwierzył opiekunce swojej córki. Osobiście pobiegł do jej komnaty.

- Czy to prawda, że czujesz się lepiej?

- Tak - potwierdziła. - Znacznie lepiej.

Kleiner obejrzał uważnie jej twarz i nie uszło jego uwagi, że policzki córki nie są już takie blade.

- Bogu niech będą dzięki! Czy ty wiesz dziecko, jak bardzo niepokoiłem się twoim stanem?

- Wiem, ojcze - przyznała Matylda cichym głosem. - Tak mi wstyd, że przyczyniłam wam tylu zmartwień. Ale zapewniam, że czuję się już prawie dobrze. Może za kilka dni... Może mogłabym pójść do kościoła...

Burmistrz śmiał się z radości.

- Zwycięstwo! - wołał. - Zwycięstwo!

Pobiegł szukać niani, a kiedy ją znalazł, pytał niecierpliwie:

- Który to? Który medyk to sprawił?

Niania wzruszyła ramionami.

- Na pewno nie wiem.

- Nie wiesz? - rozzłościł się. - Tygodniami szukamy lekarstwa dla mojej córki, a gdy się znajduje, ty nawet nie wiesz, który lekarz jej pomógł?

- Chyba ten młody, co czytał Ewangelię - udawała, że się zastanawia.

- Chyba? Jak można nie wiedzieć takich rzeczy! Gdzie on jest?

- Poszedł sobie.

- Na rany Chrystusa! Niewiasto, czyś ty do końca zgłupiała? Nie zauważyłaś poprawy zdrowia mojej Matyldy? Przecież trzeba go było zatrzymać, choćby i siłą.

- Chłopak poszedł, ale jutro czy pojutrze wróci - potwierdziła spokojnie.

- Dopilnujcie tego! - nakazał. - Dopilnujcie, żeby pamiętał! Młodzi dziś tak łatwo o wszystkim zapominają.

Następnego dnia młody medyk pojawił się znowu, a po jego wizycie stan zdrowia Matyldy jeszcze się poprawił.

- On ma lekarstwo! - cieszył się Kleiner. - Najwyraźniej znalazł właściwe! To Ewangelia!

Gotów był zatrzymać lekarza w domu, żeby mieć go na każde wezwanie, ale młody człowiek się wymówił.

- Mam jeszcze innych pacjentów - oświadczył burmistrzowi.

- Zostaw ich! Zapłacę więcej niż oni wszyscy razem!

Według niani ojciec chorej powinien całkowicie zaufać jego sztuce.

- Mówi, że Matyldzie dobrze zrobiłoby wyjście z domu. Na powietrze. Że powinna zobaczyć trawę i kwiaty.

- Na powietrze? Ależ naturalnie, może wyjść, gdzie zechce!

- Może zaprowadzę ją do domu przy ulicy Świętojańskiej? - podsunęła niania. - Będzie sobie siedziała na tarasie w ogrodzie, na słoneczku...

Kleiner był gotów zgodzić się na wszystko.

- A co z innymi medykami? - niania chciała pozbyć się intruzów. - Nadal się tutaj plączą...

- Już ich nie potrzebujemy - postanowił Kleiner. - Każ im odejść i więcej nie przychodzić. Tylko tego naszego pilnuj, kobieto, bo w żadnym wypadku nie możemy go stracić.

- Upilnuję na pewno. Nie bójcie się. Nie spuszczę go z oka ani przez chwilę.

- A może... - zastanowił się. - Może ten lekarz mógłby zamieszkać w naszej kamienicy na ulicy Świętojańskiej? Nie musiałby chodzić codziennie do chorej i byłby na wyciągnięcie ręki...

- Zapytam go - obiecała niewiasta.

- To mało - naciskał burmistrz. - Trzeba mu zapłacić albo nawet zmusić.

- To już lepiej zapłaćcie - poradziła. - Z niewolnika, powiadają, nie ma robotnika. I z doktora siłą też niczego nie wyciągniecie. Dowiem się, czy zgodzi się zostać i na jakich warunkach.

Wieczorem powiadomiła burmistrza, że medyk Mateusz zamieszka przy Świętojańskiej przez tydzień czy dwa.

- Chwała Bogu! - odetchnął z ulgą Kleiner. - Chwała Bogu!