Zaślubiny Elżbietki
Wrzesień 1408
W Dębowcu pani Roksana omawiała z przyjaciółką ostatnie przygotowania do planu, jaki potajemnie zamierzały przeprowadzić
- Jeszcze dziś połączysz się z ukochanym - zapowiedziała.
- A ślub? - zapytała Elżbietka Lipowska. - Czy będzie ślub?
- Oczywiście. Wszystko jest przygotowane, o nic nie musisz się martwić.
Sprawa wyglądała na trudną. Chodziło o zachowanie tajemnicy i dlatego nie można było zwrócić się do księdza Franciszka ani kogokolwiek innego. Każdy duchowny życzyłby sobie zachowania przepisów prawa kanonicznego - zapowiedzi, ceremonii, zgody rodziców, obecności świadków, powiadomienia wszystkich. Uniknięcie tych przeszkód zajęło sporo czasu, ale wreszcie znalazło się rozwiązanie.
- Ślubu udzieli ojciec Eling - powiadomiła Roksana.
Elżbietkę ucieszyła nowina.
- Świątobliwy ojciec Edling? - zapytała z niedowierzaniem.
- Tak - potwierdziła przyjaciółka. - Nie myśl, że łatwo mi przyszło go uprosić.
- Domyślam się - Elżbietka była pełna uznania dla przyjaciółki. - Bardzo ci dziękuję, Roksano.
- Jeszcze zdążysz mi podziękować. Teraz się pośpieszmy, bo nie możemy kazać czekać świątobliwemu człowiekowi.
Elżbietka była bardzo poruszona nowiną. Ojciec Edling był pustelnikiem, świątobliwym człowiekiem mieszkającym w grocie w niedostępnym miejscu pomiędzy skałami, i rzadko kto dostępował przywileju rozmowy z nim. Przybył do Doliny przed wieloma laty, znalazł tu sobie miejsce odludne i dzikie, zamieszkał tam, poświęcając czas modlitwie i pobożnym rozmyślaniom. Cieszył się wielkim szacunkiem okolicy jako człowiek prawy i pobożny, który na co dzień poprzestawał z Panem Bogiem, i opowiadano o nim najrozmaitsze historie. Miał podobno moc leczenia chorób, a kogo dotknął ręką, ten otrzymywał szczególne błogosławieństwo.
Nikt nie wiedział, skąd przybył, bo nigdy nie opuszczał swojej pustelni, a takich, którzy widzieli go z bliska i mówili z nim, było bardzo niewielu. Kiedy wieść o jego osiedleniu rozniosła się po Dolinie, nie brakowało ciekawskich, którzy wędrowali nawet z daleka, żeby go tylko zobaczyć czy choćby dotknąć jego szaty. Wielu natrudziło się niemało, by go ujrzeć - niewyraźną sylwetkę niskiego człowieka o długiej siwej brodzie.
Kiedy na Jasnej Górze pojawiła się Cudowna Ikona, sława ojca Edlinga nieco przyblakła. Ludzie jeździli do kościoła, żeby modlić się przed Cudownym Obrazem, gdzie przytrafiały się niezwykłe wydarzenia, ozdrowienia i nawrócenia. Nadal nie brakło jednak takich, którzy woleli iść do ojca Edlinga. Mnisi z Jasnej Góry próbowali go przepędzić, głosili w kazaniach, że pustelnik nie ma prawa nauczać ani udzielać sakramentów, ale ludzie w tej sprawie nie bardzo chcieli ich słuchać. Niektórzy uważali, że najpewniej osiągną zbawienie, chodząc zarówno na msze do kościoła, jak i nosząc strawę dla pustelnika.
Ojciec Edling umartwiał się, pościł, modlił się nieustannie, wiódł życie proste i pobożne, na jakie stać było naprawdę nielicznych, podziwiano go i może nawet trochę się bano.
- Zwykły człowiek nie może sprawiać cudów - napominali mnisi surowo. - Cuda dzieją się za wstawiennictwem Boga, Jego Syna, Jego Matki i Ducha Świętego. Nie za sprawą człowieka.
Ale wielu było takich, co zaklinali się, że byli świadkami uzdrowień albo i innych niezwykłych a niespodziewanych wydarzeń. Czy takim nie było choćby to, że grota ojca Edlinga cudownie ukryła się, gdy przed kilkoma laty próbowali odszukać ją źli ludzie?
* * *
Z Dębowca wyruszyły wcześnie rano, nikomu nie mówiąc, dokąd i po co jadą. Pod podróżnym płaszczem Elżbietka miała jedną ze swoich najlepszych sukni i wiele klejnotów.
- A on? - pytała z niecierpliwością. - Czy będzie czekał, czy to my przyjedziemy pierwsze?
- On już czeka - odpowiedziała Roksana.
Przygotowania do tajnego ślubu trwały już od jakiegoś czasu. Roksana sama pojechała do pustelnika, żeby go przekonać do udzielenia sakramentu, potem szykowały suknię Elżbietki. Dwa dni przed wyznaczonym terminem mały Piotruś został odwieziony do swojej babki do Krasawy.
- Nie martw się - pocieszała Roksana. - Pan Rafał tylko wygląda na takiego srogiego. Chce mieć syna, a kiedy mu go dasz, z czasem będziesz mogła powiedzieć także o Piotrusiu.
Z rodzinnego domu Elżbietka zabrała jedynie kosztowności. Początkowo chciała wziąć także rozmaite rzeczy, niezbędne w nowym życiu, ale Roksana wytłumaczyła jej, że takie zachowanie na pewno zwróciłoby uwagę rodziny i służby.
- Zresztą, po co ci stare łachy? - zapytała. - Żeby ci przypominały czasy, gdy byłaś nieszczęśliwa z Konradem? Pan Rafał kupi ci wszystko.
- Słusznie - zgodziła się Elżbietka, po raz kolejny wysłuchując opowieści o wielkim majątku pana Rafała, położonym hen gdzieś przy pruskiej granicy.
Niewiasty wiozły ze sobą dwa wiklinowe koszyki. Roksana kazała zapakować do nich różne wiktuały, głównie wędzone mięso i sery. Ojciec Edling jadł wprawdzie bardzo mało, ale była to jedyna rzecz, którą mógł przyjąć jako zapłatę. Ludzie z okolicznych miejscowości wystawiali czasem na ścieżkę koszyk z jedzeniem. Nigdy nie czekali, aż świątobliwy pustelnik przyjdzie odebrać dar. Wiedzieli, że póki nie odejdą, nie przyjdzie. Zostawiali więc koszyk, a po jakimś czasie odbierali pusty. Tak miało być i tym razem.
Do groty ojca Edlinga nie było łatwo dotrzeć. Należało pokonać długą drogę wśród skał i bukowych lasów. Podobno po lesie tym chodziły dzikie zwierzęta, broniące dostępu do pustelni. Po długim błądzeniu pomiędzy skałkami, lasem, ledwo widocznymi ścieżkami, kobiety znalazły się wreszcie w pobliżu. Zsiadły z koni i ruszyły dalej pieszo, bo było zbyt stromo dla wierzchowców.
Roksana położyła palec na ustach, dając Elżbietce znak, że od tej chwili powinny zachować milczenie i ciszę. Długo trwało to wspinanie i było niewygodne, bo poza prowadzeniem koni musiały jeszcze dźwigać koszyki z jedzeniem.
Dwa razy trafiły na ścieżce na znaki ostrzegawcze, czaszki zwierząt pobielałe od starości, które miały mówić wędrowcom, że dalsza droga tędy może być niebezpieczna. Wreszcie wydostały się na równiejszy teren, a chwilę potem znalazły się na niewielkiej polance pomiędzy krzakami i niskimi liściastymi drzewkami. Naprzeciw widać było wysoką białą skałę. Wejście do jaskini osłaniał niewielki drewniany daszek, obok na zatkniętym w ziemię patyku suszyła się jakaś szmata.
- Jesteśmy - zawołała Roksana półgłosem.
Elżbietka rozglądała się, poszukując wzrokiem innych ludzi, ale nikogo nie mogła wypatrzeć. Nie wyszedł też ojciec Edling, najwyraźniej ukryty w grocie przed wzrokiem gości.
Ale jednak ktoś tu był. Z krzaków obok jaskini wyszedł jakiś człowiek i kroczył teraz prosto ku przybyłym, jakby właśnie na nie czekał.
- Witajcie, pani - skłonił głowę przed Roksaną, a potem kątem oka spojrzał na Elżbietkę.
Był to siwy już mężczyzna, ubrany w znoszony żołnierski strój, wyświechtany skórzany kaftan, nabijany gdzieniegdzie żelaznymi guzami. Nie powiedział więcej ani słowa, o nic nie zapytał. Wziął końskie wodze od obu kobiet i uwiązał je do młodej brzózki.
- Wszystko gotowe? - zapytała Roksana. - Czy oblubieniec jest obecny?
Potwierdził skinieniem głowy.
- Nie zapomniałeś o przygotowaniu światła?
- Nie zapomniałem, pani.
- Nie będziesz już dzisiaj potrzebny.
Człowiek pożegnał się ukłonem i zniknął w krzakach. Elżbietka rozejrzała się niepewnie.
- Gdzie ojciec Edling? - zapytała. - I gdzie jest mój narzeczony?
- Czeka w grocie - odpowiedziała Roksana.
U wejścia do jaskini paliło się malutkie ognisko, obok leżało kilka pochodni, patyków z końcami owiniętymi szmatami i nasączonymi żywicą. Roksana wzięła pochodnię i ruszyła przodem. Kierowała się pewnie, co wzbudziło ciekawość Elżbietki.
- Byłaś już tutaj? - ożywiła się.
Ale Roksana nie odpowiedziała. Szła przodem, trzymając pochodnię tak, by oświetlała podłoże, bo dno jaskini było nierówne, pełne luźnych kamieni i łatwo było o potknięcie. Przejście trwało dość długo, korytarzyk okazał się wąski i ciemny, światło odbijało się od napierających z obu stron ścian i Elżbietka wzdrygnęła się.
- Boisz się? - roześmiała się Roksana półgłosem, a jej śmiech zabrzmiał tu głucho i potoczył się gdzieś do wnętrza. - Nie ma się czego bać.
A jednak było. Po chwili bowiem ciemność przed nimi rozjaśniła się nieco, korytarz poszerzał się i otworzył podziemną salą, szeroką na dziesięć albo i więcej kroków. Miała bardzo wysokie ściany, a od ich szczytu, jakąś szparą, wbiegało do jaskini światło i przez to nie było tu całkowicie ciemno, a raczej szaro. Oczy szybko przyzwyczaiły się do takiego oświetlenia.
Elżbietka zobaczyła, że grota jest zamieszkana. Pod przeciwną ścianą stało niskie proste łoże, pokryte gałązkami i kapą, obok stół i stołek, a w kącie leżało kilka innych przedmiotów codziennego użytku.
- A to jest ojciec Edling - powiedziała Roksana, patrząc w lewo.
Elżbietka spojrzała we wskazanym kierunku i krzyknęła głośno.
Siedzący pod ścianą człowiek był już tylko nieboszczykiem, odchylonym od pionu i wspartym o ścianę. Spod szaty przypominającej habit błyskała jego naga czaszka z otwartymi ustami, w których szczerzyły się nierówne zęby.
Elżbietka krzyczała jeszcze przerażona, gdy Roksana schyliła się i podniosła coś z ziemi.
- Trup! - wrzeszczała Elżbietka. - Przecież on nie żyje!
Nawet nie zauważyła, jak Roksana opasuje jej stopy powyżej kostek żelaznymi obręczami. Do obręczy przytroczony był łańcuch. Elżbietka była tak zaskoczona, że wcale się nie broniła. Ani wtedy, gdy zakładano jej obręcze, ani później, gdy Roksana, uderzając sporym kamieniem, zakleszczyła je na stałe. Patrzyła tylko szeroko otwartymi oczami i poruszała ustami, z których nie mogła wydobyć słowa.
- Ojciec Edling umarł zeszłej wiosny - wyjaśniła Roksana.
Ból otrzeźwił Elżbietkę. Szarpnęła łańcuchem. Był długi i dopiero po chwili zobaczyła, że jest przymocowany do ściany w kącie. Łańcuch miał może z dziesięć łokci, Elżbietka biegała po grocie, próbując się wyrwać.
- Co to znaczy? - powtarzała przerażona. - Co to znaczy?!
Roksana roześmiała się półgłosem.
- To twój ślub - zachichotała. - Jak ci się podoba oblubieniec?
Elżbietka spojrzała w stronę, gdzie znajdowały się cielesne resztki ojca Edlinga i rozdarła się wniebogłosy. Roksana gwałtownym ruchem zbliżyła pochodnię do jej twarzy.
- Nie bój się, głupia. Gdybym cię chciała zgładzić, dawno już byś nie żyła. Będziesz tu sobie na razie mieszkać i nawet z głodu nie umrzesz. Dobrzy wieśniacy nadal przynoszą jedzenie świątobliwemu pustelnikowi. Teraz ty nim będziesz, a człowiek, którego widziałyśmy niedawno, czasem przyniesie ci koszyk aż tutaj. Teraz możesz pokrzyczeć trochę, a porozmawiamy, gdy się uspokoisz.
Siedziała z kamienną twarzą, gdy Elżbietka krzyczała, rzucała się we wszystkie strony, szarpała łańcuchem. Dopiero kiedy wreszcie Elżbietka padła wyczerpana na ziemię, ubrudzona, sponiewierana, a przede wszystkim przerażona, Roksana zapytała:
- Dasz radę mnie wysłuchać? Czy mam przyjść kiedy indziej?
- Ale dlaczego? - wykrztusiła wreszcie Elżbietka. - Dlaczego mi to robisz? Czy kiedykolwiek cię skrzywdziłam?
Roksana postawiła na niskim stole oba koszyki z jedzeniem, które same przyniosły tego ranka do groty.
- Posłuchaj mojej rady - wycedziła przez zęby. - Jesteś za gruba. Bardzo ostatnio utyłaś. Więc jedz trochę mniej. Jedz mniej i dziel jedzenie rozsądnie, żeby ci starczyło na dłużej. Ojciec Edling jadał niewiele, więc i wieśniacy przynosili mu nie za szczodrze.
Znajdowała się o dwa kroki poza zasięgiem łańcucha i choć Elżbietka nie zaprzestawała prób, nie mogła jej dosięgnąć.
- Wypuść mnie natychmiast! - wołała. - Jeszcze tego pożałujesz! Wypuść natychmiast! To zbrodnia, która nie pozostanie bez kary! Będą mnie szukać. Znajdą, a ty głową zapłacisz!
Na Roksanie wrzaski nie robiły wrażenia.
- To niepotrzebne - odpowiedziała spokojnie, gdy Elżbietka zmęczona krzykiem przerwała na chwilę. - Znasz mnie i dobrze wiesz, że niczego nie robię bez planu.
Elżbietka pomyślała, że tak musiało być rzeczywiście i przestraszyła się jeszcze bardziej.
- Posłuchaj, to nam obu zaoszczędzi fatygi - ciągnęła zimnym głosem Roksana. - Po pierwsze nie musisz krzyczeć, bo tu nikogo nie ma. Ojciec Edling jest pustelnikiem, wszyscy wiedzą, że nie wolno mu przeszkadzać. Nikt tu nigdy nie zagląda. Po co masz sobie zdzierać gardło?
- Uwięziłaś mnie! Czemu mnie uwięziłaś? To przecież zbrodnia, która nie może zostać bez pomsty!
Pogardliwy uśmiech wykrzywił wargi Roksany.
- Ja jestem zbrodniarką? - zapytała. - A kto własnymi rękami udusił męża?
- Zabiłam Konrada za twoją radą! Teraz mnie za to karzesz? Czemu mnie chcesz tu trzymać? Co zrobiłam ci złego?
Skamieniała ze zdumienia, gdy Roksana udzieliła odpowiedzi.
- Zabiłaś także kogoś innego. Mojego ojca. Teraz nadszedł czas zemsty.
Elżbietka nie zrozumiała.
- Ja?! Chyba oszalałaś!
- Ty - potwierdziła Roksana złym głosem. - Bo to z twojego powodu twój brat zabił Ostasza z Lipowej. Mojego ojca.
Elżbietka była wstrząśnięta tak niedorzecznym oskarżeniem i natychmiast chciała wyjaśnić nieporozumienie.
- Mylisz się! - zaprzeczyła. - Nie mam z tym nic wspólnego.
- Ależ masz - powtórzyła Roksana z naciskiem. - Byłaś dzieckiem, kiedy to się stało, ale to nie zdejmuje z ciebie odpowiedzialności. Z twojego powodu Mikołaj zabił Ostasza.
Elżbietka, zrozumiała, o co chodzi Roksanie, nie uwierzyła jednak w słowa, jakie właśnie usłyszała.
- Nawet nie znałam twojego ojca! Nie możesz się mścić na mnie!
- Ślubowałam zemstę - oświadczyła Roksana. - Ślubowałam, że nic mnie nie odwiedzie od zniszczenia rodu, który zamordował mojego rodzica.
- Kim jesteś? - pytała Elżbietka. - Kim ty jesteś?
Strach dławił ją za gardło, bo wydawało się jej, że Roksanę ogarnęło szaleństwo i jest gotowa na wszystko.
- Jestem Odina, prawowita córka Ostasza - odpowiedziała tamta z naciskiem. - Jego spadkobierczyni. A wszyscy, którzy przyłożyli rękę do jego śmierci albo potem wyciągnęli ręce po jego majątek, teraz za to zapłacą. Nie może ujść kary ta zbrodnia, bo krew mojego ojca od lat woła o pomstę do nieba. Zniszczę ród Lipowskich, a miejsca, których oni kiedykolwiek dotykali, zarosną chwastem i pokrzywą. Tak ślubowałam i nic nie zawróci mnie z tej drogi.
Otrzeźwienie przychodziło na Elżbietkę stopniowo, a w miarę jak przytomniała, rodziły się w niej coraz straszliwsze podejrzenia.
- Będą mnie szukać - jęknęła, prawie mdlejąc ze strachu. - Będą mnie szukać, a gdy znajdą...
Roksana śmiała się pogardliwie. Jej głos był syczący, kłuł jak igła.
- Nikt cię nie będzie szukać, głupia. Wszyscy uwierzą w to, co im powiem. Że pojechałaś daleko, bo nie chciałaś więcej mieć z nimi nic wspólnego. A skoro nie będą szukać, to i nie znajdą. Zresztą, nawet jeśli podejmą poszukiwania, to nie tutaj. Nikt się nie ośmieli się niepokoić świątobliwego Edlinga.
Elżbietka szarpała łańcuch z rozpaczą, bez nadziei.
- Dawno to uknułaś! - zawołała. - Jesteś szalona!
- A tak, uknułam - potwierdziła Roksana. - Kosztowało mnie sporo wysiłku, żeby wszystko poszło po mojej myśli. To ja zadbałam, by twój ród nie rozrastał się i zniknął z powierzchni ziemi. Każdy z twoich krewnych zapłaci wysoką cenę. Każdy będzie przed śmiercią żałował swoich grzechów wobec mnie i mojego ojca. Każdy pożałuje, że należy do tego przeklętego rodu. A ja zostanę. Będę panią na Lipowej, na Krasawie i na innych majątkach. Wystawię wielką tablicę w kościele ku czci mojego ojca. I codziennie będę chodziła po waszych białych kościach i będę na nie pluła!
Długo mówiła jeszcze w podobny sposób, a w miarę jak mówiła, Elżbietka kuliła się coraz bardziej i bardziej. Nie ulegało wątpliwości, że pani z Dębowca szykowała zemstę od dawna, że ją przygotowała w najdrobniejszych szczegółach, miała przemyślany każdy krok i każde posunięcie. Była jak szalona, która myśli tylko o jednym. Tylko o zemście.
- Bóg - szepnęła Elżbietka. - Bóg wszystko widzi i on oceni twoje uczynki.
Roksana zamachała rękami.
- Ty mi nie będziesz mówiła o Bogu, bo wychowałam się w klasztorze i wiem o nim wszystko. A tutaj nikt ci nie pomoże, ani Bóg, ani człowiek. Zgnijesz i już się cieszę na myśl, jak bezskutecznie będziesz błagać tego twojego Boga o ratunek. Myślisz, że ześle ci łaskawą szybką śmierć? W nagrodę za co? Za to, że zabiłaś męża? Nie, szybka śmierć nie nadejdzie, a ty pocierpisz, zanim umrzesz. Mogłabym cię łatwo zabić, ale chcę, byś musiała cierpieć, byś musiała przemyśleć wszystko i za wszystko odpokutować. Zemsta zza grobu niewiele mnie obchodzi. Zemstę odbiorę tutaj, na ziemi. Ja ją odbiorę, nie Bóg!
Sprawdziła raz jeszcze, czy łańcuchy na nogach Elżbietki są dobrze założone, a ich drugie końce mocno przytwierdzone do skalnej ściany.
- Zostaniesz tu do samego końca świata.
Elżbietka próbowała się bronić, ale nawet rozpacz nie podpowiadała jej sposobu na uniknięcie straszliwego losu, jaki przeczuwała.
- Zabiję się!
- Nie - zaprzeczyła Roksana. - Nic sobie nie zrobisz, bo jesteś na tyle głupia, że będziesz się bała swojego Boga. Poza tym nie dam ci zginąć tak marnie. Będziesz dostawała jeść i jeszcze pożyjesz.
- Nie wezmę niczego do ust, a moja śmierć spadnie na ciebie!
- Ależ weźmiesz, zapewniam cię, że weźmiesz. Myślisz, że będziesz umiała sobie odmówić? Kiedy cię zacznie skręcać z głodu, na pewno sięgniesz do koszyka. Wiem, co to głód.
- Bóg ci tego nigdy nie przebaczy! - jęknęła Elżbietka w krańcowej rozpaczy.
Roksana prychnęła.
- Mam to za nic. Zabiłam w swoim życiu wielu ludzi. Wielu, głupia dziewczyno. I zabiję jeszcze więcej. Tylu, ilu zechcę. A ty będziesz cierpiała. Może czasem tu zajrzę, by sprawdzić, czy wystarczająco mocno cierpisz.
Coś zaświtało w głowie Elżbietki.
- To ty zabiłaś swojego męża, Lutka!
- Pewnie, że ja. I zabiję jeszcze. Trucizną jak Lutka, sztyletem jak kupca Almaryka. I to ja kazałam zabić Konradowi Pietrasza w Dębowcu. Ale ten jak zwykle nie okazał męskości. Twój brat tylko mi zrobił przysługę, ubijając tego cieślę! Każdy z nich gorzko zapłakał, że nie chciał spełnić mojej woli. Każdy, kto mi się przeciwstawi, tak właśnie zapłacze!
- Ale czemu teraz?
- Czekałam na stosowną porę.
Elżbietka upadła na kolana i zrywała klejnoty z szyi i sukni, zdejmowała naramienniki.
- Weź wszystko! - błagała. - Wszystko! Tylko nie zostawiaj mnie tutaj w ciemności.
- Zatrzymaj sobie te świecidełka - zadrwiła Roksana. - Może kiedyś przyniosę ci lustro, to będziesz mogła zobaczyć, jak pięknie wyglądasz. Nie dawaj mi ich tak pochopnie, bo jeszcze i tobie mogą się przydać. Jeśli któregoś dnia zapomnę przynieść ci jadła, możesz je zjeść na śniadanie.
- Byłyśmy przyjaciółkami! - jęknęła Elżbietka z rozpaczą, rozciągając się na ziemi.
Roksana roześmiała się głośno, a jej śmiech poniósł się straszliwym echem w ciemnej już grocie, bo pochodnia właśnie zaskwierczała i zgasła.
- Przyjaciółkami do śmierci - przypomniała. - Do twojej śmierci.
Zanim wyszła, rzuciła jeszcze:
- Do zobaczenia. Niedługo zapewne znowu się spotkamy. Przyjdę tu choćby po to, żeby opowiedzieć, jak będę zabijać kolejnych twoich bliskich i krewnych.
* * *
Zniknięcie Elżbietki początkowo nie zaniepokoiło nikogo. Pani Alena była tylko zła na córkę, że znowu odjechała na dłużej, nie mówiąc nikomu, dokąd się udaje i kiedy wróci, i zamierzała jej zrobić wielką awanturę.
Po tygodniu zamiast Elżbietki, o której mówiono, że jak zwykle pojechała do Dębowca, pojawiła się w Krasawie pani Roksana. Miała smutek na twarzy i chciała rozmawiać z panią Alena. Zaprowadzono ją do izby, bo dzień był chłodny i pani Alena siedziała pod dachem. Nie przepadała za Roksaną i przyjęła ją jak zwykle ozięble. Przybyła ukłoniła się przed panią dworu.
- Przynoszę smutne wieści - powiedziała na powitanie. - Wybaczcie, że jestem takim posłańcem.
- Co się stało? - przestraszyła się pani Alena.
- Chodzi o Elżbietkę - odpowiedziała Roksana, nie podnosząc głowy. - Ona już do was nie wróci.
Twarz pani Aleny stężała. Zawsze uważała, że przyjaźń jej córki z Roksaną nie prowadzi do niczego dobrego i teraz obawiała się najgorszego.
- Co się stało? - powtórzyła.
- Wyjechała - odpowiedziała Roksana. - Ściślej mówiąc, uciekła. Chciała, żebym wam to powtórzyła i w jej imieniu prosiła o przebaczenie.
- Uciekła? Czemu uciekła?
- Boleję nad tym ciężkim brzemieniem, z jakim tu przyszłam, pani - ciągnęła Roksana zbolałym głosem. - Boleję. Wolałabym mieć wybór. Ale nie mam wyboru i jest mi to tym trudniejsze, że nigdy nie darzyliście mnie życzliwością.
Czekała na zaprzeczenie, ale pani Alena nie odezwała się słowem. Siedziała sztywno, przeczuwając, że za chwilę usłyszy coś gorszego.
- Mówcie - powiedziała wreszcie, gestem wskazując gościowi miejsce na ławie. -Przeczuwam, że macie niedobre wieści. Ale lepsze najgorsze wieści od niepewności.
Roksana przysiadła na brzegu ławy. Dłonie trzymała splecione. Podniosła głowę i spojrzała w twarz starszej pani.
- To, co mam do powiedzenia, zaboli was... - uprzedziła. - Czy aby na pewno chcecie usłyszeć wszystko?
- Tak - potwierdziła pani Alena powolnym skinieniem głowy.
Oddychała ciężko, w jej oczach był ból.
- Miałam sen, w którym widziałam Elżbietkę - dopowiedziała. - Straszny sen, dzięki któremu zrozumiałam, że stało się coś okropnego. Chcę wiedzieć, nie bójcie się, jestem dość silna. Tylko zanim zaczniecie mówić, poślę sługę po mojego męża. Niech będzie obok, gdy spadnie nas mnie ten straszny cios.
Roksana spojrzała na drzwi.
- Wybaczcie, pani - poprosiła z wahaniem. - Może jednak lepiej, żebyście to usłyszeli sama i dopiero zdecydowali, czy trzeba kłopotać pana Jeno. Zawsze byłam życzliwa waszemu rodowi, dawałam tego liczne dowody, choć nigdy nie darzyliście mnie zaufaniem. Ale nie o tym chcę teraz mówić. Teraz chcę mówić o Elżbietce, a to ciężkie brzemię przygniata mnie do ziemi. Nie proście pana starosty, sama mu to powiecie, bo ja... bo ja...
- Dobrze - westchnęła pani Alena. - Niech tak będzie.
Roksana siedziała na brzegu ławy, czasem podnosiła zaplecione dłonie, jakby chciała podkreślić wagę swoich słów.
- Może nikt poza wami nie powinien się tego dowiedzieć - zaczęła. - Może tak będzie najlepiej dla wszystkich. Jeśli uznacie, że trzeba ujawnić innym, zrobię to, choć z trudem, bo zawsze bardzo lubiłam Elżbietkę, jak lubię wszystkich z waszego rodu...
- Mówcie - powtórzyła pani Alena. - Mówcie wszystko. Potem postanowię, co z tego opowiem mojemu mężowi.
- Kilka dni temu... - zaczęła Roksana. - Elżbietka dała mi znać, że potrzebuje się ze mną rozmówić, poradzić się, poprosić o pomoc. Jak wiecie, nigdy od tego nie uciekałam. Przyjechała do Dębowca i długo rozmawiałyśmy. Bardzo długo. Bo nie była to właściwie rozmowa. Ale spowiedź. Nie spodziewałam się tego. Może gdybym się spodziewała, odmówiłabym prośbie przyjaciółki. Bo zrzuciła na mnie swoje brzemię. Wyjawiła, że opuszcza Dolinę, gdyż nie może znieść wyrzutów sumienia. Popełniła straszny grzech. Ona... ona zabiła swojego męża.
Pani Alena nie uwierzyła.
- Co takiego? - zdumiała się. - Przecież Konrad umarł od rany.
- Był ranny - potwierdziła Roksana. - Ale pamiętacie, że zaczął dochodzić do zdrowia, gdy nagle umarł w nocy? Elżbietka powiedziała mi, że siedziała przy nim. A potem zadusiła go poduszką. Jedwabną poduszką.
Pani Alena drgnęła, jakby chciała się zerwać na nogi. Ale choroba nie pozwalała jej opuścić krzesła.
- Boże Święty! - jęknęła - To nie może być prawda!
Roksana pokiwała głową.
- I ja w pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć. Jednakże wyznała mi wszystko. Tej nocy wasz zięć Konrad obudził się i odzyskał przytomność. Była przy nim i udusiła go, a teraz - nie mogąc już znieść wyrzutów sumienia - postanowiła opuścić Dolinę na zawsze. Prosiła, żeby jej nie szukać, nie rozpytywać. Uznaje swoją winę i do końca życia zamierza pokutować. Tak powiedziała.
- Ależ to niemożliwe! - upierała się pani Alena. - Owszem, nie za bardzo lubiła Konrada, lecz nie posunęłaby się do takiego grzechu. Zresztą, czemu miałaby to zrobić?
Pani Roksana patrzyła wprost w oczy starej pani, w których był ból i z których zaczęły spływać łzy.
- Sen - szepnęła stara dama. - Miałam taki niedobry sen...
- To był sen proroczy - zgodziła się Roksana. - Wasza córka zaklinała mnie, żebym przyjechała do Krasawy i prosiła was o wybaczenie. Bałam się tu jechać. Bałam się, że po tym, co mam do powiedzenia, znienawidzicie mnie jeszcze bardziej.
- Ale powód? - szepnęła pani Alena. - Jaki Elżbietka miała powód, żeby posunąć się aż do zbrodni? Przecież nie mogła uczynić czegoś tak strasznego tylko dlatego, że nie układało się jej z Konradem.
- Ona to zrobiła ze strachu - cedziła Roksana. - Ze strachu, bo bała się, że kiedy Konrad odzyska przytomność, wszystko opowie.
- Co opowie? - dziwiła się pani Alena. - Chyba nic gorszego nie miałby do powiedzenia.
- Miałby - zaprzeczyła Roksana. - Elżbietka bała się, że zdradzi dawne tajemnice. Bała się, że Konrad powie, jak wysłała za nim cieślę Pietrasza, któremu poleciła go zabić na drodze, gdy jechał z ciałem swojego ojca do Szczekocin.
Pani Alena bladła coraz bardziej, w miarę jak Roksana mówiła, i osuwała się w swoim krześle.
- W walce Konrad ranił cieślę, a wtedy nadszedł wasz syn Mikołaj i zabił Pietrasza - ciągnęła pani z Dębowca. - Uratował Konrada, ale zabijając Pietrasza, zabił ojca waszego wnuka.
Pani Alena nie zrozumiała.
- Kogo?
- Pietrasza cieślę, pani. Bo to nie Konrad był ojcem Piotrusia, tylko Pietrasz.
Głowa pani Aleny opadła bezładnie. Roksana wstała z ławy i zbliżyła się do siedzącej. Pani dworu skurczyła się, jakby była tylko jednym kłębkiem bólu.
- Widzisz, co znaczy cierpieć? - zapytała Roksana półgłosem.
Potem poszła do drzwi i wezwała służbę, by ocucono panią na Krasawie. Miała jej do przekazania jeszcze kilka innych wiadomości.
* * *
Pan Jeno milczał przez cały czas opowieści swojej żony, podawanej cichym, zbolałym głosem. Milczał, wspierając głowę na dłoniach i nie odezwał się ani razu. Dopiero, gdy pani Alena skończyła powtarzać to wszystko, czego dowiedziała się od Roksany, powiedział:
- Przyszłość Piotrusia jest nie tylko w naszych rękach. Także w rękach tej kobiety, która pojawia się przy naszej rodzinie zbyt często i zwykle przynosi nam niedobre wieści. Nie wiem, co powinniśmy zrobić. Chyba tylko jeden Bóg może podpowiedzieć rozwiązanie.
- Obiecała milczeć - przypomniała pani Alena. - Chyba niesprawiedliwie ją dotąd oceniałam. Swoim postępowaniem dała dowód życzliwości dla nas wszystkich. I nie ma powodów, żeby zdradzać nasze straszne tajemnice.
- Nie dam złamanego szeląga za jej obietnice - burknął pan Jeno. - Ona nam nie współczuje. Ona cieszy się z naszego nieszczęścia.