Saga rodu z Lipowej: Pakiet 2 (#2) - Marian Piotr Rawinis

Kup ebooka

49.99 zł
39.99 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NOC NATANA

Jesień 1393

Wiadomość przyniósł Natan syn Izaaka, Żyd z Holsztyna. Dwór już spał, kiedy pojawił się na dziedzińcu i nie krzyczał nawet, choć natychmiast opadły go groźne psy. Powiadomiony o nocnej wizycie Mikołaj z Lipowej wyszedł na zewnątrz i dał znak pachołkom, żeby odstąpili niespodziewanego gościa.

Natan był blady i roztrzęsiony, bo psy podarły na nim odzienie i niewiele brakowało, żeby dobrały się do ciała.

- Wybaczcie - Natan kłaniał się przed Mikołajem, trwożnie rozglądając się na boki. - Ale muszę z wami pilnie mówić.

- Teraz? - zdziwił się Mikołaj. - W nocy?

- W nocy - potwierdził Żyd. - Ile strachu się najadłem, idąc tutaj! Ciemno i nie wiadomo, co może spotkać człowieka! Dybuk jaki albo...

- Dybuk?

- Zły duch, wielmożny panie. Ale choć nie jestem odważny jak wy, przyszedłem. I proszę, byście pomówili ze mną na osobności.

Mikołaj nie zamierzał prosić Żyda do domu, a ten kręcił się w miejscu niepewnie, zerkając na ledwo widocznych w ciemnościach pachołków, gotowych w każdej chwili spuścić psy.

- Pójdźmy do kuchni - zaproponował Mikołaj i poszedł przodem, przytrzymując płaszcz narzucony na gołe ciało.

W kuchni zgaszono już ogień na noc i było tu teraz ciemno i chłodno. Mikołajowi pilno było do łoża, ale rozumiał, że Natan nie dla błahej sprawy przebiegł w nocy szmat drogi z Holsztyna, więc nie tracił czasu na wstępy. Zawołał pachołka, żeby przyniósł światła i czekając na kaganek, usiadł na ławie. Przez otwarte drzwi wpadał tylko blask księżyca. Psy się uspokoiły, ale nadal słychać było, jak Żyd szczęka zębami.

Przyszedł pachołek z kagankiem, rozespany, potykający się o własne nogi. Postawił światło na piecu i stanął w drzwiach, czekając na dalsze polecenia, skrzywiony, że przerwano mu ledwo rozpoczęty sen.

- Idź spać - nakazał Mikołaj.

A do gościa rzucił:

- Lepiej, żebyście mieli co ważnego do powiedzenia.

- Wybaczcie, wielmożny panie. Nigdy bym wam nie zawracał głowy w taką porę, gdyby sprawa nie była ważna.

Odchrząknął, potarł dłonie, a w końcu wypalił.

- Przybiegłem do was, panie, bo zdarzyło się coś strasznego. Ubiłem człowieka.

Mikołaj zdziwił się. Spokojny kupiec miałby podnieść rękę na kogokolwiek?

- Wy, Natanie? - zapytał niedowierzająco. - Co się stało? Napadł na was? W obronie zabiliście?

Żyd uderzył się pięścią w piersi.

- Bóg mi tego nigdy nie wybaczy! Nigdy. Bo to ja, wielmożny panie, napadłem.

Mikołaj z Lipowej wstał.

- Wy napadliście? - zapytał ze zmarszczonymi brwiami. - I do mnie przychodzicie po pomoc? Za wiele pozwalasz sobie, człowieku! Do mnie po pomoc? A co miałbym zrobić? Ukryć twoją zbrodnię, żeby się nie dowiedział o tym mój ojciec, starosta?

- Wybaczcie - zgiął się w ukłonie Natan. - Ale nie wiem, jak powinienem postąpić. To nie zdarzyło się nigdy w mojej rodzinie i sam nie wiem, jak mam się zachować.

Żyd był roztrzęsiony, a Mikołaj zniecierpliwiony. Chwycił stojące przy piecu wiadro, do połowy napełnione wodą i chlusnął z niego wprost na gościa.

Żyd jęknął, zakrztusił się, zakaszlał.

- Teraz mów. Kogo zabiłeś i dlaczego?

- Pewnie to jaki rycerz albo pan. Co mi za to grozi, wielmożny panie?

- Rycerz? - w Mikołaju wzbierała złość. - Odważyłeś się podnieść rękę na szlachcica?

- Chyba rycerz, panie. Ja tego nie wiem. Miał skórzany kaftan nabijany żelaznymi guzami, skórzany pas i miecz.

- Dokładniej! - zażądał Mikołaj. - Skoro już muszę tego słuchać, opowiadaj po kolei.

- To był boży znak, panie. Na pewno boży znak. Więcej jak dwa tygodnie nosa nie wychylałem z domu, bo znowu mówiono wszędzie, że Żydzi porwali dziecko. Każdy to wie, że nie porywamy dzieci, ale tak mówiono. Więc nie wychodziliśmy z naszych domów, nie chcąc włazić innym w oczy. Ludzie pana starosty przeszukali nasze domy i śladu po tym chłopaku nie znaleźli.

- Natanie! - upomniał Mikołaj surowo. - Mów o swojej sprawie.

- Wszystko wam powiem, panie. Ale pozwólcie, że będę mówił po kolei, bo inaczej nie poznacie szczegółów. Pan Oset...

- Oset? Co Oset? - zdziwił się Mikołaj.

- Wasz giermek, panie. On był mi winny pieniądze...

- Pieniądze?

- Niewiele, panie. Tylko troszkę, bo potrzebował pilnie na swoje sprawy, a że, jak wiecie, ja jestem bardzo życzliwy dla całego waszego rodu i wszystkich waszych ludzi, sam mu pożyczyłem te cztery floreny w złocie.

- Nie rozumiem - mruknął Mikołaj. - Oset był winny pieniądze? Co to ma wspólnego z zabójstwem?

- Pozwólcie wyjaśnić, panie - prosił Natan, któremu ręce nadal się trzęsły. - Zechciejcie posłuchać. Naprawdę ubiłem człowieka, a wasz giermek odniósł rany...

- Uderzyłeś mojego giermka? - zezłościł się Mikołaj.

- Nie, panie. To ten drugi...

- Drugi? Kto drugi?

- Ten drugi, co też wyglądał na rycerza.

Mikołaj wstał i otwartą dłonią walnął Natana po karku.

- Jeszcze raz! - zażądał. - Po kolei.

Żyd potrzebował chwili, żeby złapać oddech, a Mikołaj jeszcze dłuższej, żeby zrozumieć, że musi się zgodzić na sposób opowiadania gościa.

- Ja wiem, że wy, wielmożny panie, nie wierzycie w te straszne opowieści - zaklinał się Natan syn Izaaka. - Ale są tacy, którzy dadzą wiarę, a chcą dokuczyć biednym Żydom. Żydów łatwo oskarżyć o wszystko, o klęski, nieurodzaje i wszelkie zbrodnie. Bo Żydzi nie będą się bronić, bo Żydzi nie są wojownikami, nie mają armii, nie mają broni. Rzadko spotkać kogoś, kto jak nasz miłościwy król albo wy, wielmożny panie i wasz ojciec, ma dla naszych spraw zrozumienie...

- Do rzeczy, Natanie - przypomniał Mikołaj.

- Przysięgam wam raz jeszcze, że ani ja, ani moja rodzina, ani nikt z moich ziomków, których znam, nie miał nic wspólnego z uprowadzeniem tego dziecka. I wasz ojciec to potwierdził, gdy jego ludzie nie znaleźli nic, co by mogło wskazywać na nasz udział w tej przykrej sprawie. Nikt nie wie, co przygotował dla niego wszechmocny Bóg, a jeśli zaplanował, nie ma sposobu oprzeć się przeznaczeniu. Ale opowiem wszystko po kolei i niczego nie zataję. Wasz giermek, wielmożny panie, winien mi był pieniądze. Niedużą sumę, którą na coś chciał przeznaczyć. Ja dla was zawsze byłem życzliwy, więc kiedy poprosił mnie o kolejną pożyczkę, nie powiedziałem nie. Ale akurat nie miałem przy sobie i umówiliśmy się za dwie niedziele. On nie chciał, żeby ta sprawa wyszła na jaw, więc uszanowałem jego wolę. Tymczasem z powodu owych krzywdzących plotek przyszło nam siedzieć w domach, pokładając ufność w opatrzność bożą i rozkazy pana starosty, waszego ojca. Wiemy przecież o tumultach antyżydowskich, jakie przetoczyły się po niemieckich krajach, a potem w Czechach. Rzekłem wtedy, że kolej teraz na nas i powiedziałem to chyba w złą godzinę, bo właśnie zaginął ten dzieciak i poważne niebezpieczeństwo zawisło nad nami. Wasz ojciec poradził nam, byśmy siedzieli w domach i nie otwierali nikomu. Tak też zrobiliśmy, bo i nie dziwno nam, że czasem trzeba siedzieć po cichu, jesteśmy po prostu zwyczajni skryć się w utajeniu. Ale przyszedł czas, kiedy obiecałem, że dam pieniądze giermkowi Ostowi. Nie mogłem zawieść go, dla jego życzliwości i prawego charakteru. Pan Oset nie chciał, żeby ktoś wiedział o wszystkim, więc umówiliśmy się, że nie przyjdzie do mojego domu, ale to ja przyniosę pieniądze w wyznaczone miejsce. Bałem się, Bóg mi świadkiem, bałem się wychodzić z domu w czas tak niepewny, ale poszedłem...

Mikołaj zmarszczył brwi.

- Chodziło ci o zarobek, Natanie - domyślił się. - Gdyby nie to, pewnie nie ruszyłbyś się za próg.

- Źle mnie oceniacie, wielmożny panie - usprawiedliwiał się Natan. - Wyszedłem nie dla zarobku, ale dla wygody giermka Osta. Mieliśmy się spotkać o zmroku w miejscu wcześniej umówionym. To miejsce to droga holsztyńska, zaraz za rozstajami, gdzie rozchodzą się drogi ku Porajowi i Przymiłowicom. Co się najadłem strachu! Pan starosta kazał siedzieć w domu, a tam w pobliżu gospoda przecież i niemało ludzi spotkałem po drodze. Gdy nadchodziłem, giermek Oset już czekał. Poznałem go, stał konno pod drzewem na skraju ścieżki. Pieniądze miałem przygotowane w woreczku, wyjąłem je teraz zza pasa i trzymałem w garści. Chciałem dać Ostowi sakiewkę i jak najszybciej wracać do domu. Ale nie zdążyłem. Byłem może o jakie sto kroków, kiedy nagle nadjechało pędem dwóch ludzi. Krzyczeli ku giermkowi coś, czego dokładnie nie zrozumiałem, ale pojąłem od razu ich zamiary. Niespodziewanie obalili pana Osta na ziemię i zaczęli okładać go kijami. Bronił się, ale widać upadek mu nie posłużył, bo nadbiegłszy, widziałem, że słabnie. Kiedy tak leżał, jeden z tych zamachnął się na niego mieczem. Boże, odpuść winy moje! Nie wiem dotąd, czemu uczyniłem to, co uczyniłem. Porwałem coś z ziemi, co było chyba gałęzią i walnąłem tego człowieka w głowę. Upadł jak rażony gromem, choć przysięgam na wszystko, że cios nie był wcale mocny. Ten drugi zobaczył, że nadchodzę, odwrócił się ku mnie i pewnie nie rozmawiałbym teraz z wami, gdyby giermek Oset go nie powalił. Ale i sam padł wtedy, zmęczony od ciosów, a ja zostałem w ciemnościach na drodze sam jeden.

- Więc Oset żyje! - wykrzyknął Mikołaj radośnie. - A już myślałem...

- Żyje, wielmożny panie, żyje. Więc oto leżeli u moich stóp. Trzej zbrojni i ja. Gdyby w tej chwili nadszedł ktoś, zaraz oskarżono by mnie o wszystko, o napaść i zadanie morderczych ciosów. Myślałem, że wybili się wszyscy na śmierć, a ja będę za to odpowiadał, bo przecież ja uderzyłem tym polanem. Ale Oset jęknął i poznałem, że jednak ocalał. Kazał mi zabrać się stamtąd i czym prędzej uchodzić. Więc pozostawiłem tam owych dwóch i szybko uciekłem, uwożąc waszego giermka na jego koniu.

- Gdzie jest? - zapytał Mikołaj.

- W moim domu - pospiesznie odpowiedział Natan. - Zabrałem go tam, bo było bliżej niż do Lipowej, a bałem się iść drogą gdzieś dalej. Bo gdyby ci ludzie wstali i popędzili za nami, nie obroniłbym rannego Osta i sam pewnie bym zginął.

- Gdyby wstali? - zdziwił się Mikołaj. - Mówiliście przecież, Natanie, że go zabiliście.

- Tego nie wiem na pewno - zasępił się Natan. - Ale byłem bardzo przestraszony. Zawiozłem waszego giermka do mojego domu, a sam pojechałem w jego płaszczu tutaj, żeby was o wszystkim powiadomić. Bo jeszcze słyszałem, jak powiadali owi ludzie, że jakiś możny pan zapłacił im i innym za to, żeby napadli na ludzi waszych i pana starosty.

- Słyszałeś? O kim mówili?

- Tego nie wiem, wielmożny panie. Nie powiedzieli imienia, ale na pewno mówili o kimś możnym i ważnym. Uznałem zatem, że może być ich więcej w pobliżu...

Mikołaj wstał, wyszedł przed kuchnię, wezwał pachołka i kazał sobie przynieść ubranie.

- Czy widział ktoś, jak wiozłeś Osta do swojego domu? - zapytał.

- Nie, wielmożny panie. Nikt nie wie, gdzie on jest.

- Tak czy inaczej sprawa jest poważna. Chodzi o podwójne zabójstwo.

- Ależ, wielmożny panie! - bronił się Natan. - Gdybym nie skoczył na pomoc, wasz giermek wyzionąłby ducha. Dla was to zrobiłem, wielmożny panie. Dla was. Czy to jest okoliczność łagodząca?

- Tak - przyznał Mikołaj. - Ale ktoś będzie musiał zapłacić karę za zabójstwo, jeśli znajdą się krewni zabitych. Czy byli to rycerze? Bo jeśli tak, główszczyzna wynosi sześćdziesiąt grzywien... za każdego.

Żyd zbladł.

- Sześćdziesiąt? Skąd wezmę tyle pieniędzy?

- Jeszcze nie zostałeś oskarżony. Teraz zaprowadzisz mnie do Osta. Na miejscu postanowię, jak należy postąpić.

- Tak, panie. Natychmiast was zaprowadzę.

Natan syn Izaaka czekał przed kuchnią pod okiem pachołka, kiedy Mikołaj się ubierał. Nie obeszło się bez obudzenia służby, która musiała pomóc panu przygotować się do wyjazdu.

Hedwiga obudziła się także i nadbiegła zaraz z obawą w oczach.

- Co się stało, Mikołaju? - pytała z lękiem. - Dokąd się wybierasz po nocy?

- Muszę pojechać do... - zawahał się. - Do ojca.

Ale tym nie uspokoił żony.

- Do ojca? Czy coś stało się panu Jeno albo twojej matce?

- Nie - zaprzeczył. - Nie martw się. Źle powiedziałem. Najpierw jadę w pewne miejsce, a potem być może do ojca. No tak, nie będę kłamał. Nie umiem cię oszukać, nawet gdy tylko chcę ci oszczędzić zmartwienia.

- Wolę, kiedy nie ukrywasz niczego - szepnęła Hedwiga.

- Chodzi o Osta - wyjaśnił. - Został ranny, ale mam nadzieję, że niegroźnie. Tylko na razie nie mów o tym nikomu.

Hedwiga była bardzo przejęta. Giermek należał do najbliższej rodziny, a miał dziwną zdolność popadania co jakiś czas w kłopoty. I teraz poważna mina męża upewniła Hedwigę, że sprawa nie jest bagatelna.

- Nie zatrzymuj mnie - powiedział szeptem. - Muszę iść.

Dotarli na miejsce przemoczeni i zziębnięci. Deszcz był rzęsisty, a Mikołaj spieszył się i nie dbał o ochronę przed ulewą. Gdy znaleźli się za niskim murem, za którym stały żydowskie domy w Holsztynie, wybiegł z budynku ktoś przykryty płaszczem, przejął wodze obu koni, a Natan, roztrzęsiony i poobijany, kulejąc i pojękując, prowadził Mikołaja do środka.

W sieni Mikołaj zrzucił płaszcz i dopiero potem poszedł dalej, do wielkiej izby z kominem, oświetlonej świecami i kagankiem, ale przy szczelnie zasłoniętych obu oknach, żeby nikt na zewnątrz nie dojrzał światła.

Oset leżał na prostym posłaniu, przygotowanym ze skór na ławie.

Mikołaj, który spodziewał się, że zastanie giermka niemal bez ducha, zdziwił się, gdy na jego widok Oset zerwał się z posłania.

- To wy, panie? - zapytał zdumiony.

Nie wyglądało na to, że jest ranny, choć nieco chwiał się na nogach. Mikołaj z Lipowej zmarszczył brwi. Giermek Oset był wyraźnie pijany.

- Co ty sobie myślisz, obwiesiu? - warknął pan. - To ja tu się tłukę po nocy, a ty...

Oset przysiadł na ławie, a potem nagle padł na bok.

- To lekarstwo - powiedział głos obok rycerza.

Stała tu młoda, nieładna kobieta, w której Mikołaj rozpoznał osobę, która na podwórzu odebrała od niego konia.

- To lek - powtórzyła. - Dałam, żeby złagodzić ból.

Mikołaj podszedł bliżej i wtedy dopiero zobaczył, że Oset jednak odniósł obrażenia. Miał opatrunek na lewym ramieniu, sińce na twarzy.

- Gdzie byłeś? - zapytał Mikołaj. - Czy obaj z Natanem zabiliście dwóch rycerzy?

Ale giermek nie odpowiedział. Spał już albo stracił przytomność i leżał bezwładnie.

- To moja siostra - mówił tymczasem Natan. - Pod jej opieką zostawiłem waszego giermka.

- Teraz wam nie odpowie, panie - wyjaśniła kobieta. - To mocna mikstura, po której człowiek zachowuje się jakby był pijany.

- Co mu jest?

- Został ranny w ramię, ostrze przeszło na wylot. Ale to starsza rana, ma dwa albo trzy dni. A potem został ranny drugi raz...

- Drugi raz?

- W kark. To na szczęście płytka rana, choć bardzo bolesna. Było to niedawno, najpewniej gdy spotkał go mój brat - spokojnie mówiła kobieta. - Stracił sporo krwi i musi poleżeć, żeby odzyskać siły. To bardzo silny człowiek, ale każdego powaliłyby takie rany.

- Wyjdzie z tego? - niepokoił się Mikołaj.

Kobieta wzruszyła ramionami. Nie wyglądała na osobę zadowoloną z kłopotów, jakich przyczynił jej brat, sprowadzając do domu rannego chrześcijanina.

- Może wyjdzie - odpowiedziała niepewnie. - Jeśli będzie długo spał i jeśli taka jest wola Boga.

Natan dał niecierpliwy znak, żeby odeszła i niewiasta bez słowa opuściła izbę. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, powiedział do rycerza:

- Czy to jest dla mnie usprawiedliwienie, wielmożny panie? Ona mówi, że niepotrzebnie wmieszałem się w sprawy chrześcijan, których nie rozumiem. Ale i mówi, że gdybym nie przyszedł na pomoc, umarłby od ran i chłodu na takim deszczu. Czy to jest dla mnie usprawiedliwienie?

- O tym rozstrzygnie sąd.

Natan był przerażony.

- Jeśli będzie sąd, wielmożny panie, nie skończy się to dobrze. Panowie nie lubią Żydów. A co będzie, kiedy się rozejdzie, że napadłem na chrześcijanina? Czy ktokolwiek zechce pytać, dlaczego to zrobiłem? Czy ktokolwiek mnie usprawiedliwi, że chciałem pomóc waszemu giermkowi? Nie, wielmożny panie. Tak nie będzie. Zostanę oskarżony o zabójstwo i wszystkie inne zbrodnie. Jak tylko się rozejdzie, że zabiłem chrześcijanina, przyjdą, spalą nasze domy, zabiją nas wszystkich...

Mikołaj milczał.

- Wybiją nas co do jednego - biadał Natan. - Sami to wiecie najlepiej. Dlatego, panie, jeśli jakąkolwiek pomoc możecie nam okazać, okażcie ją teraz. Niewiele mogę wam zapłacić, ale...

Mikołaj wiedział, że Natan ma rację. Ale nie wiedział, jak może pomóc i jak wybrnąć z tej sytuacji. Usiadł obok leżącego Osta i wsparł głowę na rękach. Natan stał obok i czekał, z niemą prośbą w oczach.

- Nie wiedziałem, że tak będzie - usprawiedliwiał się. - Nikomu nie chciałem zrobić źle, ale nie mogłem dopuścić, żeby ukrzywdzono waszego giermka, bo to jakby was samego ukrzywdzono...

Mikołaj wstał.

- Kto wie o tej sprawie? Czy poza siostrą mówiłeś jeszcze komuś?

- Nie, panie - zaprzeczył Natan. - Nikomu nic nie mówiłem, bo bałem się bardzo i dalej się boję.

- Ale jeszcze będziesz musiał wykazać się odwagą. Trzeba zabrać rannego.

- Zabrać? Siostra mówi, że to niebezpieczne.

- Tu zostać nie może. Daj coś, czym można go przykryć. A siostrze zapowiedz, żeby we własnym interesie trzymała język za zębami. Mówiłeś jej o tym, co zdarzyło się na drodze?

- Nie, panie.

- To znaczy, że nie zna szczegółów? Niech tak zostanie. Ani słowa. Teraz znajdź coś do przykrycia. Zabierzemy go do Lipowej.

- Zabierzemy? My obaj?

- Tak.

- Ale ja...

- Obaj - Mikołaj był stanowczy.

Sam owinął Osta w materię, którą przyniósł Natan i sam wyniósł go na podwórze, gdzie przełożył przez konia. Ulewa już ustała, ale nadal siąpił deszcz i Mikołaj liczył, że w taką porę nie spotkają nikogo.

- Załóż płaszcz i kapelusz - polecił Żydowi. - I wieź go do Lipowej.

- Sam? - przestraszył się Natan.

- Jest nas tylko dwóch. A ja muszę coś jeszcze załatwić.

Odprowadził Natana spory kawałek drogi, a potem dopiero zawrócił i pojechał w miejsce, o którym mówił Żyd. Oba ciała leżały obok siebie i Mikołaj sporo się natrudził, zanim je znalazł w ciemnościach. Zszedł z konia, podszedł bliżej i obejrzał je starannie. Jeden ze zbrojnych zginął od ciosu w głowę, włosy były lepkie od krwi, deszcz nie spłukał jeszcze śladów zbrodni. Drugi miał ślad po ciosie w plecy.

Mikołaj odwrócił ciała ku niebu, w słabym świetle nocy szukając w twarzach wiadomości, kim są. Ale byli to ludzie mu nieznani.

Upewnił się tylko co do jednego. Wyglądali bardziej na żołnierzy czy giermków, służących jakiemuś panu, sami nie byli raczej rycerzami, choćby dlatego, że rycerze nie napadają nocą na gościńcach.

Nie bez trudu Mikołaj załadował oba ciała na koński grzbiet, jedno obok drugiego, kawałkiem rzemienia mocując je do siodła. Potem wziął wierzchowca za uzdę i ruszył drogą w kierunku Gór Sokolich, na pustkowie pomiędzy skałkami i tam zostawił obie ofiary.

Okrężną drogą wrócił do Lipowej.

Hedwiga czekała na męża, ale pierwszy nadszedł Żyd Natan, prowadząc konia z rannym Ostem, Mikołaj nadjechał dopiero o świcie, ponury i milczący. Żyd uciekł, jak tylko podjechał do dworu i przekazał giermka pachołkom. Powrócił zapewne do siebie.

Hedwiga kazała umieścić Osta w izbie, gdzie rozpalono ogień i gdzie rozebrano go z mokrych szat i położono pod futrami.

Był nieprzytomny i Mikołaj musiał powiedzieć Hedwidze, że nie wiadomo, czy przeżyje.

Wkrótce nadjechał wezwany z Krasawy pan Jeno. Obejrzał rannego, pochwalił sposób założenia opatrunku i od razu pocieszył Hedwigę.

- Nie jest najgorzej - powiedział. - Ale posiedź przy nim i pomódl się.

Potem z synem odszedł na bok i słuchał ze zmarszczonymi brwiami opowieści o tym, co się wydarzyło.

- Poznałeś, co to za ludzie?

- Nie widziałem ich tutaj, ale niechybnie szybko się dowiemy, kim są. Jeśli wysłał ich ktoś, kto wam albo mnie chciał zaszkodzić, wkrótce zacznie rozpytywać, gdzie się podziali.

- Słusznie - zgodził się pan Jeno. - Nie wiem tylko, kto i dlaczego miałby szkodzić naszemu rodowi. Może Natan źle coś usłyszał albo zrozumiał. Poczekajmy, co powie Oset, kiedy odzyska przytomność. Jak dotąd, postąpiłeś bardzo rozsądnie, nikogo obcego nie wołając do pomocy.

- Przeżyje? - dopytywał się Mikołaj.

- Chyba tak - zapewnił pan Jeno. - Nie wiem tylko, czy Natanowi uda się z tego wykręcić. Jako starosta muszę coś w tej sprawie zrobić.

- Nie możecie poczekać, co powie Oset, ojcze? Może nikt nie będzie szukał tych ludzi.

- A kto zapłaci główszczyznę?

- Ja - odpowiedział Mikołaj. - Ja zapłacę. I ja będę się z tych uczynków spowiadał.

***

Dopiero po dwóch tygodniach mieszkańcy Lipowej dowiedzieli się, skąd na ciele giermka Osta wzięły się rany.

W gospodzie Pod Jeleniem były dwie gościnne izby. Jedna mała, przeznaczona dla dostojnych gości, znakomitych rycerzy, biskupów czy opatów, i druga znacznie większa, gdzie stały cztery łoża, a każde było wynajmowane dwóm podróżnym. Oczywiście, ludzie niskiego stanu nie potrzebowali aż takich wygód i zadowalali się miejscem w szopie lub w stajni, w najlepszym zaś razie w kącie przy kuchni.

Kiedy giermek pana Mikołaja z Lipowej, Oset, przyjechał tego dnia do gospody, wszystkie miejsca w większej izbie były zajęte. Pani Wiesna, dowiedziawszy się, kto nadjechał, wybiegła naprzeciw i głośno wyrzucała mu, że tak dawno do niej nie zaglądał.

- Ale nie zapomniałem o was - zapewniał z uśmiechem Oset, którego z Wiesną łączyły przelotne acz bliskie stosunki.

- Nie zapomnieliście? - spoglądała podejrzliwie. - Musicie mnie o tym przekonać.

- Z największą chęcią - uśmiechał się Oset.

Ale choć oboje byli w tym zgodni i spragnieni swojej obecności, Oset nie poszedł do izby Wiesny. Gościły w niej bowiem dzieci jej siostry, trójka drobiazgu udająca się pod opieką swojej matki do Krakowa, a Wiesna w żaden sposób nie zgodziłaby się, żeby były świadkami zgorszenia.

Swoje spotkania z Ostem tak właśnie traktowała i nawet czasem chodziła do spowiedzi. Wprawdzie sama była wdową, a Oset człowiekiem wolnym, jednakże pozostawanie w związku bez błogosławieństwa kościoła nie było rzeczą godną pochwały.

Teraz Wiesna miała kłopot, bo ani dzieci swojej siostry nie mogła przenieść do stajni, ani też w stajni ulokować kochanka. Zajął więc Oset ową lepszą izbę, choć była przygotowana dla jakiegoś rycerza, który przysłał pachołka z wiadomością, że niedługo nadjedzie.

Rozłożył się w gościnnej izbie i liczył właśnie, ile czasu może spędzić poza domem, kiedy niespodziewanie nadjechał pan Jędrzej z Tuszyny.

Pan Jędrzej, człowiek dostojny i ważny, wpadł w wielką złość, dowiedziawszy się, że nie ma wolnej gospody. Awanturował się już na podwórzu, a potem sam poszedł do izby. Otworzył drzwi, obrzucił nieprzyjaznym spojrzeniem Osta i oceniwszy, że ma do czynienia z kimś o wiele mniej dostojnym, skinął na swoich pachołków, by wyprowadzili gościa, a jego bagaż po prostu wyrzucili za drzwi.

Zaskoczony Oset nie odezwał się nawet, gdy pachołek chwycił jego skórzaną torbę i wyrzucił na zewnątrz. Wstał z posłania i podszedł do stojącego w drzwiach pana Jędrzeja.

- Cóż to znaczy, panie? - zapytał uprzejmie. - Czemu mnie tak traktujecie, nie pytając nawet, kim jestem?

Pan Jędrzej nawet okiem nie mrugnął i patrzył do wnętrza izby, jakby nie było przed nim Osta albo jakby ten był przeźroczysty. Ocenił Osta jako sługę, któremu nie należy się żadne tłumaczenie.

- Panie - upomniał Oset. - Nie godzi się tak postępować.

Pan Jędrzej nie zamierzał zniżać się do rozmowy ze sługą. Podniósł rękę i wymierzył Ostowi policzek.

Giermek był zaskoczony, ale nie na tyle, żeby przyjąć to z pokorą. Przecież Oset nie był byle kim. Oset był giermkiem pana Jeno z Krasawy, a potem pana Mikołaja z Lipowej i z tego powodu nie mógł darować zniewagi. Ręka Osta podniosła się szybko i oddała cios. Teraz dopiero pan Jędrzej dostrzegł Osta i teraz dopiero zwrócił na niego uwagę.

- Ty psie! - krzyknął, sięgając do pasa i wydobywając miecz. - Jak śmiałeś mnie dotknąć!

Jego służba zbaraniała, wstrząśnięta, nie dowierzając własnym oczom, bo zachowanie, jakiego wszyscy byli świadkami, nie mieściło się w ich doświadczeniach.

Pan Jędrzej z Tuszyny był możnym rycerzem wielkopolskim, sławnym z turniejów i pojedynków.

- Chwytać go! - rozkazał teraz. - Chwytać natychmiast i wychłostać!

Pachołkowie ruszyli z miejsca, ale nie tak łatwo było pojmać Osta, jak mogłoby się wydawać. Giermek był silny i doświadczony, bo przy boku swoich panów nie raz stawał w bitwach. Teraz wprawdzie nie miał pod ręką broni, lecz nadal miał pięści. Wystarczyło kilka uderzeń i kopnięć, żeby obaj pachołkowie nakryli się nogami. Pan Jędrzej krzyknął i ruszył do przodu, podnosząc oręż. Oset zasłonił się zerwaną z posłania poduszką i odskoczył w bok. Miał wtedy rycerza z boku i łatwo wytrącił mu broń z ręki. Miecz upadł na podłogę, a Oset przyparł pana Jędrzeja do ściany.

- Nie szukam z wami zwady - powiedział pojednawczo.

Pan Jędrzej był zbyt rozgniewany, żeby słuchać jakichkolwiek słów. Chciał tylko ukarać zuchwalca i był gotowy dopiąć swego na przekór wszystkiemu.

- Puść! - charczał. - Puść, bo głową zapłacisz za te zniewagi!

Oset nie zwalniał jednak uścisku.

- Panie - poprosił. - Dajcie pokój. Nie znam was, ale nic wam nie jestem winien i nie wiem, czemu mnie napadliście.

- Nie znasz, to poznasz! - szarpał się rycerz. - I nigdy tego nie zapomnisz!

- Poniechajcie mnie - giermek nie zmienił tonu, ale nie zwolnił uścisku. - Ustąpię, jeśli taka wasza wola, choć waszego postępowania nie uważam za właściwe.

- Nie będziesz mi robił łaski, obwiesiu!

Zmagali się dłuższą chwilę. Pan Jędrzej usiłował ugodzić Osta sztyletem trzymanym w lewej ręce, ten odpychał groźne narzędzie. Pachołkowie, wzywani okrzykami rycerza, pozbierali się już z podłogi i sytuacja stawała się trudna, bo w małej izbie Oset nie miał szans im sprostać. Już teraz, gdy jeden ze służących zaszedł go od tyłu i chwycił za ramiona, pan Jędrzej wykorzystał sposobność i pchnął ostrzem. Sztylet dosięgnął ramienia giermka, ale widok krwi nie ostudził zapałów rycerza. Wprost przeciwnie, upewnił go, że ofiara jest w jego zasięgu i lada chwila zostanie pokonana.

Ale po raz kolejny się pomylił. Oset wykręcił mu dłoń trzymającą sztylet i skierował ostrze w rycerza, zadając ranę taką samą, jaką właśnie otrzymał. A kiedy zbaraniały rycerz zaprzestał nagle walki, Oset roztrącił obecnych i umknął.

Wypadł na podwórze, wyprowadził konia ze stajni i ruszył przed siebie, nie oglądając się do tyłu i nie czekając, aż Wiesna założy opatrunek. Ta opatrunek założyła natomiast panu z Tuszyny i bardzo ubolewała nad losem obu. Pan Jędrzej od gospodyni dowiedział się, kim był jego przeciwnik i nawet kazał pachołkom pobiec za nim, ale ci nie spieszyli się zbytnio i wrócili po kilku godzinach z wiadomością, że nie doścignęli zuchwalca.

Rana Osta była niewielka, ale bolesna. On sam nie pojechał od razu do domu, bo miał do załatwienia sprawę z Natanem synem Izaaka, a poza tym trochę obawiał się, co powie pan Mikołaj. Zwlekał więc z powrotem, a wtedy ludzie pana Jędrzeja wyśledzili go i pewnie by ubili, gdyby Żyd z Holsztyna nie przyszedł mu z pomocą.

Hedwiga była oburzona i posłała nawet umyślnego do gospody Pod Jeleniem. Ten jednak nie zastał tam już rycerza, a Wiesna powiedziała, że pojechał swoją drogą, głośno odgrażając się giermkowi i jego panu. Wypytywała przy tym, czy Ostowi nie stała się jaka krzywda, ale nie dowiedziała się niczego, bo pan Jeno surowo nakazał wszystkim trzymać w tej sprawie język za zębami.

Starosta holsztyński słusznie podejrzewał, że pan Jędrzej z Tuszyny niewiele będzie dbał o zdrowie swoich sług wysłanych za Ostem i nie upomni się o nich, jeśli nawet nie wrócą. Ale ciała obu zabitych żołnierzy kazał odszukać i pogrzebać, mówiąc księdzu, że po pijanemu zabili się wzajem na drodze.

Dopiero w kilka miesięcy później okazało się, że pan Jędrzej z Tuszyny jednak nie zapomniał zniewagi i wniósł do sądu skargę na Osta o napaść i zadanie krwawej rany. Wyniośle przy tym odrzucił propozycję Mikołaja, który chciał w imieniu swojego giermka zadośćuczynić krzywdzie, choć sam uważał, że w sporze tym Oset jest niewinny.

Ostowi zdrowie wracało powoli i niemało wysiłku kosztowało pana Jeno, żeby doprowadzić go do dobrego stanu.

Leżał w łożu parę tygodni, schudł, osłabł. Zaczął chodzić samodzielnie dopiero po kilku tygodniach i jeszcze wiele miesięcy potem miał się skarżyć na bóle w ramieniu.

Ale z tygodnia na tydzień było lepiej i wkrótce znowu powrócił czas, kiedy Oset stał się dawnym Ostem, wesołym, rozmownym, ciekawym wszystkich i wszystkiego, co to o każdej sprawie wie pierwszy.

***

Tej jesień dotknęło Dolinę jeszcze jedno nieszczęście. Pomarli starcy z Krasawy: Jura, ojciec pana Jeno, i franciszkanin ojciec Ambroży.

Ostatnie lata, zgrzybiali już bardzo, spędzili w pewnym oddaleniu od spraw dworu, zadowalając się prawie wyłącznie niespiesznym gwarzeniem między sobą. Latem czas spędzali w ogrodzie, siedząc naprzeciw siebie opatuleni miękkimi futrami. Zimą siedzieli naprzeciw siebie przy kominie. I naprzeciw siebie zostali pochowani, na przykościelnym cmentarzu w Lipowej, a dokładniej po obu stronach wiodącej na cmentarz ścieżki. Zgodnie z ich dawnymi życzeniami na mogiłach nie dano żadnego znaku, kamienia ani krzyża.

ZNAJDA

Dochody z majątku w Potoku były bardzo małe. Tak skromne, że szły na bieżące utrzymanie i nic nie można było odłożyć. Marinie ciążył więc okropnie dług, jaki miała wobec pana Macieja z Rogowa.

Do końca wierzyła, że pan Maciej nie posunie się daleko i choć otrzymała pozew do sądu, nie pojechała na rozprawę przekonana, że pan Maciej chce ją tylko wystraszyć. Sprawa się jednak odbyła, a sąd ziemi sandomierskiej nie okazał się łaskawy dla Mariny z Potoka. Nakazał jej surowo wypłacić należności panu z Rogowa, a ponadto wymierzył karę za niestawiennictwo. A stało się tak, bo pan Maciej uroczyście zaprzysiągł, że żadnych pieniędzy od niej nie otrzymał i jego słowo przeciw słowu wdowy zwyciężyło. Sędziowie wyznaczyli wprawdzie stronom czas na polubowne załatwienie sporu, ale Marina nie mogła liczyć na dobrą wolę Macieja. Nikt nie widział przecież, jak wręczała mu sakiewkę, więc mógł się zapierać w żywe oczy.

Marina popłakała się i jak zwykle ruszyła do siostry po pomoc i radę. Hedwiga nie miała gotowej odpowiedzi, odmówiła też tak dużej pożyczki, o jaką prosiła Marina.

- Nie mam gotówki - wyjaśniła. - Mikołaj ma zobowiązania wobec ojca, a pan Jeno potrzebuje wiele pieniędzy na budowy, jakie prowadzi przy zamku. Mówił, że będą kosztowały nawet i tysiąc grzywien, a tylko część obiecał sfinansować król Jagiełło.

Marina szlochała i głośno zastanawiała się, co ma zrobić.

- Powinnam pojechać do Rogowa - mówiła. - Tam przystawić temu staruchowi nóż do gardła i siłą wymóc na nim przysięgę, że pieniądze ode mnie wziął, a potem fałszywie oskarżył przed sądem.

Był to objaw bezsilności, bo wiadomo przecież, że Marina nie potrafiłaby zrobić czegoś takiego. Do tego trzeba mieć nie tylko siłę, ale i dość sprytu, gdyż sprawa najazdu na dwór mogłaby się zakończyć nawet oskarżeniem o próbę zabójstwa.

- Zupełnie nie wiem, co robić - pochlipywała Marina. - On gotów zabrać mi ojcowski Potok. Gdzie się wtedy podzieję? I co będzie z małym Dominikiem? Ma zmarnieć jak pies?

Sprawa rzeczywiście wydawała się zupełnie beznadziejna.

- Trudna rzecz - orzekł Mikołaj. - Słowo pana Macieja przeciw słowu twojej siostry. Jeśli nie było żadnych świadków, nie ma sposobu. Chyba, żeby pana Macieja porwać, potrzymać trochę w ciemnicy, to może zmieniłby zdanie...

Hedwiga wykrzywiła się z niezadowoleniem.

- Nie żartuj, Mikołaju. Jakże go porwać? Nawet gdyby się tak udało, to przecież gardłowa sprawa, a i zupełnie niehonorowa. Tylko zbóje tak postępują.

- Właśnie o tym mówię - odpowiedział Mikołaj spokojnie. - Pan Maciej postępuje jak zbój, a na takich tylko jeden jest sposób, odpłacić tym samym.

Hedwiga zastanowiła się nad słowami męża. Taki był stanowczy i męski, nic nie przypominało w jego zachowaniu dawnej łagodności ani pewnego rodzaju zniewieścienia. Tak przynajmniej mówiono przed laty, kiedy Mikołaj zamierzał iść dla klasztoru i opierał się przed przejęciem ojcowego majątku. Ale teraz Mikołaj z Lipowej był sławnym, dzielnym rycerzem, którego stawiano za wzór i nikt nie zarzuciłby mu miękkości.

Marina z Potoka zamierzała udać się w drogę, zajechać do Rogowa, a tam po raz kolejny postarać się przemówić panu Maciejowi do sumienia. Wprawdzie ani Hedwiga ani jej mąż nie dawali żadnej szansy tej sprawie, Marina gotowa była jednak spróbować.

- Szkoda fatygi - tłumaczył Mikołaj z Lipowej. - Gdyby pan Maciej chciał zachować się szlachetnie i jak na rycerza przystało, to ani by na was nie napadał, ani nie podawał do sądu, twierdząc, że nic mu nie daliście, choć wziął od was sakiewkę z czterdziestoma florenami w złocie. A to znaczy, że nic nie da jakakolwiek próba nakłonienia go do szlachetności. Nie wycofa sprawy z sądu, bo musiałby przyznać się do fałszywego oskarżenia, za co grozi kara, że o wstydzie nie będziemy nawet wspominać.

- Co robić? - ubolewała Marina. - Co robić?

Pytała o radę, ale postępowała zawsze wedle własnego uznania. Dwa dni po rozmowie z siostrą Marina ruszyła do Rogowa.

Podobnie jak poprzedniego roku pojechała konno, w towarzystwie dwóch pachołków, tych samych, z którymi już była w Rogowie. Jechała w przekonaniu, że sprawiedliwość zatryumfuje, bo byłoby wbrew boskim prawom, aby zwyciężyło kłamstwo i nieuczciwość. I tyle tylko, że jak poprzedniego roku jechała z zadowoleniem i radością, patrząc w przyszłość rysującą się spokojnie i jasno, tak teraz nie mogła się pozbyć smutku i niepewności.

Niedaleko celu podróży, w Opatowie, zatrzymała się w gospodzie, żeby przed rozstrzygającym starciem porządnie wypocząć i przygotować się. Jak wielkie było jej zdumienie, kiedy okazało się, że tegoż dnia przybył rano do miasta także pan Maciej, stając w tej samej gospodzie, jakby wiedział, że tutaj właśnie się spotkają.

Marina wyszła akurat z izby, zamierzając udać się na modlitwę do świętego Jakuba, gdy nagle na środku dziedzińca stanęła oko w oko z człowiekiem, który był przyczyną jej udręki.

Pan Maciej wcale nie wydawał się zdziwiony. Ukłonił się, jakby ich poprzednie spotkanie nie skończyło się awanturą i niemal zbrodnią.

- Witajcie, sąsiadko - powiedział, pochylając się w ukłonie, który uznała za przesadny i złośliwie uprzejmy.

A potem dodał:

- Jakże jesteście piękna!

W Marinie zawrzało, tak była oszołomiona powitaniem, że słów jej zabrakło i w ogóle nie odezwała się. Jak śmie ten człowiek tak się zachowywać? Czy nie pamięta, jak nastawał na jej cześć? Jak może kpić w żywe oczy i nazywać się jej sąsiadem? Czy nie dlatego, że spodziewa się podstępem wydrzeć od niej część majątku?

Marina nie wiedziała, bo wiedzieć nie mogła, nie mając żadnego doświadczenia, że pan Maciej gra swoją rolę przed innymi gośćmi gospody. Pan Maciej udawał uprzejmość, żeby potem mogli oni zeznać przed sądem, co widzieli. A widzieli, że był miły i grzeczny, serdeczny prawie. Nie tak przecież zachowuje się człowiek, który ma coś na sumieniu. Nie tak postępuje ktoś, kto ma się tłumaczyć przed sądem. Tak uprzejmy jest tylko ten, kto nie ma sobie nic do wyrzucenia.

Marina nie wiedziała o tym, bo dopiero co przyjechała, nie spodziewała się zastać tu pana Macieja, ani tym bardziej nie oczekiwała od niego wszystkich tych uprzejmości, jakie słusznie miała za udawane i fałszywe.

Pan Maciej uważał, że każdą niewiastę można skłonić ku sobie lub oszukać, bo każdą miał za głupią i taką, która nic nie znaczy bez mężczyzny. Nie spodziewał się, żeby w prowadzonym sporze ktokolwiek udzielił Marinie bezpośredniej pomocy, a to dodatkowo umacniało jego przewagę. Pan Maciej już liczył dochody z majętności, które zamierzał przejąć. Spotkanie na dziedzińcu gospody starannie przygotował, a że był człowiekiem bystrym, nie zapomniał o najmniejszym nawet szczególe.

Pan Maciej miał na sobie dostatni, błyszczący od klejnotów strój i płaszcz wyszywany złotą nicią, jakby szykował się na wielką uroczystość. Nawet strój był tu częścią planu, ponieważ chodziło o to, żeby świadkowie dobrze go zapamiętali.

- Cóż to? - pytał teraz. - Nie odezwiecie się do mnie ani słowem?

- Odezwać się? - oburzona Marina dobyła wreszcie z siebie głos. - A co niby mam wam powiedzieć?

Pan Maciej obejrzał się po dziedzińcu.

- Cokolwiek - odparł spokojnie. - Godzi się odpowiedzieć na pozdrowienie, choćby i dzieliły nas pewne niezałatwione sprawy...

Marina miała ochotę płakać. Żałowała, że nie ma przy niej jej wygadanej, niczego nie bojącej się siostry Hedwigi, że w ogóle nie ma wokoło nikogo, kto mógłby udzielić pomocy.

- Nie mam wam nic do powiedzenia - wykrztusiła wreszcie.

Pan Maciej westchnął głośno.

- Szkoda - powiedział. - Wielka szkoda. Gdybyśmy porozmawiali, może nie musielibyśmy iść jutro do sądu, a sprawę dałoby się jakoś załagodzić.

Teraz Marina odzyskała pewność siebie.

- Załagodzić? - zapytała zdumiona. - Jakże chcecie załagodzić tak wielką krzywdę, jaką mnie uczyniliście?

Pan Maciej najspokojniej wzruszył ramionami, jakby nie usłyszał pytania.

- Bóg mi świadkiem, że próbowałem z wami po dobroci. A to ze względu na pamięć krewniaka, który był waszym mężem. Ale widzę, że nie jesteście skora do ugody. Trudno, widać tak musi być.

Nie pozwolił, żeby odpowiedziała cokolwiek i szybko odszedł, zostawiając Marinę na środku dziedzińca. Była tak oszołomiona, że dopiero po dłuższej chwili ruszyła się z miejsca.

Targały nią bezmierna złość i żal za równie niesprawiedliwe potraktowanie, że prawie nie widząc ludzi, przeszła przez miasto do kościoła i tam dopiero po wielu pacierzach ochłonęła nieco i spojrzała wokoło jaśniejszym wzrokiem.

- Jak to możliwe? - pytała sama siebie. - Jak to możliwe, że jest taki bezczelny, taki zuchwały i zupełnie nie lęka się gniewu bożego? Jak to możliwe, że traktuje mnie tak niesprawiedliwie, a nie spotyka go żadna kara?

Nie znalazła odpowiedzi na te pytania i wieczorem, wróciwszy do gospody, poszła spać, modląc się nadal w intencji znalezienia kogoś, kto zrozumie jej sytuację i obali wszystkie kłamstwa, jakich też spodziewała się i następnego dnia od pana Macieja.

Pan z Rogowa położył się późno. Wcześniej przywołał do siebie właściciela gospody i pokazał mu srebrną monetę.

- Mam ją na zbyciu - oświadczył. - Dałbym choćby i tobie, jeśli przekonasz mnie, że umiesz trzymać język za zębami.

Gospodarz w lot pochwycił okazję.

- Wypróbujcie mnie - zachęcił.

- Spotkałem tu moją powinowatą - zaczął pan Maciej. - Może ją widziałeś...

- Ta dama w czerni? - domyślił się tamten. - Ta, która była dla was nieuprzejma?

- O! - ucieszył się pan Maciej. - To zauważyłeś, jak nieżyczliwie mnie potraktowała? A widzisz, człowieku, tak jest od lat. Wyszła za mąż za mojego krewniaka. Nie była mu dobrą żoną, bo najpierw chłopaka pokręciło, a zaraz potem umarł. Co zrobić, tego się przecie nie odwróci.

- Wola boża - dopowiedział gospodarz.

- Właśnie - podchwycił pan Maciej. - Wola boża. Otóż ta kobieta od lat mnie prześladuje, jeździ za mną, stale ma jakieś żale i pretensje. Gdziekolwiek bym się udał, rychło się zjawia i nie mam chwili spokoju. Zamiaruję teraz odjechać z twojej gospody, skoro zjawiła się i tutaj. Chciałbym jednak, żeby nie wiedziała, dokąd się udaję. Czy mógłbyś sprawić, żeby nie pojechała za mną?

- No, nie wiem... - gospodarz niepewnie zerknął na monetę. - Siłą jej przecież nie zatrzymam...

Pan Maciej wręczył gospodarzowi srebrny pieniądz.

- Masz tu za przysługę. Wystarczy, żebyś niby to przypadkiem albo przez omyłkę nie wypuścił jej z izby. Tylko do południa. Ja do tego czasu odjadę wystarczająco daleko, żeby nie mogła mnie znaleźć. Potem uwolnisz ją, skrzyczysz służbę, a ją uprzejmie przeprosisz za nieporozumienie...

Gospodarzowi pomysł zarobienie srebrnego grosza bardzo przypadł do gustu i od razu obiecał, że zrobi wszystko wedle życzenia. Tak więc następnego dnia Marina z Potoka znowu nie stawiła się przed sądem, natomiast wezwani przez pana Macieja świadkowie, gospodarz oraz bawiący w zajeździe pewien kupiec zeznali, że pan z Rogowa jeszcze wczoraj próbował uładzić się z panią Mariną, a ta nawet rozmawiać z nim nie chciała.

W tej sytuacji nie mogło zapaść inne orzeczenie. Zaocznie upomniano Marinę za lekceważenie sądu i powtórnie nakazano spłatę ciążących na niej zobowiązań.

Marina pochlipując, jechała ku domowi. Pachołkom kazała trzymać się z dala, a sama, kiwając się w siodle, beczała niczym mała dziewczynka.

Cała jej wyprawa poszła na nic. Sytuacja nie wyglądała dobrze, choć nie była jeszcze przegrana do końca. Ale niebezpieczeństwo zdawało się bliskie. Marina dwa razy nie stawiła się w sądzie, a po trzecim niestawiennictwie musiałaby przyjąć wyrok zaoczny. Ten zaś mógłby być dla niej tylko niekorzystny. Musiałaby spłacić pana Macieja po raz drugi albo nawet ustąpić mu Potok.

Była zła na siebie, że nie usłuchała żartobliwej rady szwagra. Trzeba było przystawić staruchowi nóż do gardła i tyle! Żeby tylko umiała tak postąpić! Żeby tylko umiała!

Marina od dawna źle myślała o mężczyznach. O wszystkich mężczyznach. O ojcu, który ją wydał za pana Wilka z Jastrzębic, o panu Wilku, który był biedny i brzydki, o panu Macieju, który chciał ją oszukać, o Ostaszu, który miał się z nią ożenić, o Janie z Tymbarku, który zakochał się w jej siostrze, a mógł się przecież zakochać w niej, o gospodarzu zajazdu, który miał gapowatą służbę. Nawet o panu Jordanie, bo czyż nie obiecał wziąć ją w obronę przed zakusami swojego wuja? Czy nie obiecał, że stanie za nią przed sądem? Tymczasem nie tylko nie przyjechał, ale nawet nie odpowiedział na jej list, w którym przypominała mu obietnice.

A może by tak poprosić kogoś? Albo wynająć jakichś zbirów, co to nawet na mękach nie przyznają się, kto im zapłacił?

Marina poweselała nagle, wytarła twarz i przywołała bliżej pachołków.

W Dolinie rzadko teraz przypominano, skąd wziął się w Potoku Dominik, syn Mariny. Ale nie wszyscy zapomnieli o jego pochodzeniu.

Któregoś dnia chłopiec wrócił do domu po kilkudniowej nieobecności zaczerwieniony od płaczu, z podpuchniętymi oczami. Pani Marina wybiegła przed dom z powitaniem i przeraziła się wyglądem dziecka.

- Coś ty mu zrobił?! - krzyczała na pachołka. - Jak mogłeś dopuścić do czegoś takiego? Czy nie poleciłam ci pilnować mojego dziecka niczym źrenicy oka? Chcesz, żebym ci teraz kazała te niepotrzebne ślepia wyłupić?!

Pachołek padł na kolana, błagał o litość i tłumaczył, że nie jest winny, bo bardzo dokładnie pilnował podopiecznego i nie jest mu wiadomy powód płaczu dziecka.

Przyjechali z Lipowej, gdzie Dominik lubił bywać i gdzie bawił się z chłopcami pani Hedwigi, ale teraz szlochał rozdzierająco.

Marina dała pachołkowi w łeb, kazała mu zostać na miejscu i czekać na karę, a sama chwyciła Dominika na ręce i zaniosła do domu. Ale i tutaj, pod bezpiecznym dachem dziecko nie mogło się uspokoić. Dopiero po dłuższej chwili udało się Marinie dowiedzieć, co się wydarzyło.

- Oni mnie tam bardzo nie lubią - skarżył się Dominik. - Marcin powiedział, że jak tylko dorośnie, to zaraz mnie przegoni z Doliny. I więcej już nigdy nie będzie się ze mną bawił.

- Co ty mówisz? - dziwowała się Marina. - Marcin tak powiedział? To pewnie tylko takie żarty albo coś źle zrozumiałeś.

- Powiedział, żebym już nigdy nie przyjeżdżał. A Mateusz śmiał się ze mnie i tylko popierał brata.

Usta Dominika zsiniały i drżały ze strachu, kiedy skarżył się matce. Początkowo nie bardzo chciał opowiadać i Marina musiała z niego wyciągać słowo po słowie.

- Marcin powiedział, że wywieziecie mnie do lasu, bo tam jest moje miejsce.

- Do lasu? - zdumiała się Marina. - Jak to do lasu?

- Bo jestem znajduchem, a wy nie jesteście moją matką.

Marina wreszcie zrozumiała wszystko. Zacisnęła zęby i nic nie odpowiedziała. Wytarła tylko łzy synowi, pocieszyła go i wezwała służebne, żeby się nim zajęły. Sama natychmiast kazała osiodłać konia i ruszyła poskarżyć się Hedwidze. Pachołkowi, który przywiózł dziecko od jej siostry, przykazała iść ze sobą i po drodze wypytywała szczegółowo o pobyt w Lipowej. Ten zaś, biegnąc przy idącym szybko koniu swojej pani, urywanymi zdaniami opowiadał, że wszystko było jak zwykle. Że przyjechali serdecznie witani, że chłopcy bawili się razem, jak to już bywało wiele razy przedtem i dopiero przy pożegnaniu Dominik zaczął nagle płakać.

Marina miała zaciśnięte zęby, nie odpowiadała pachołkowi, nie reagowała na jego przysięgi i zapewnienia.

- Jak mi Bóg na niebie miły! - wołał pachołek, bijąc się kułakiem w piersi. - Niech się z miejsca nie ruszę, jeśli skłamałem cokolwiek.

Marina dotarła do Lipowej pochmurna, zasępiona i zła, wcale nie zauważając serdeczności, jakimi powitała ją siostra. Nim jeszcze zeszła z siodła, skrzyczała Hedwigę za złe, nieodpowiednie wychowanie dzieci i zapewniła, że jej noga więcej tu nie postanie.

Hedwiga objęła siostrę ramieniem, siłą prawie wprowadziła pod dach, a kiedy usiadły, w skupieniu wysłuchała pretensji, nie odzywając się ani słowem. Marina wyrzuciła z siebie wszystko, a potem zapytała:

- I co, siostro? Nadal uważasz, że wszystko jest w porządku i nie masz sobie nic do zarzucenia?

Jej głos był pełen złości, bo Marina zawsze zazdrościła siostrze, choć ta starała się okazywać jej przywiązanie i stale świadczyła wszelką pomoc. Ale Marina była Mariną, wiecznie niezadowoloną Mariną, której w życiu układało się nie tak jak innym i której należało się współczucie.

Hedwiga nie była surową matką, raczej pobłażliwą, serdeczną i czułą, czasem do przesady roztkliwiającą się nad dziećmi i to nie tylko swoimi. Ale kiedy trzeba, Hedwiga umiała okazać stanowczość i surowość. Kazała zaraz odszukać obu synów i przyprowadzić ich do świetlicy. Dość długo trwały poszukiwania, bo widać domyślili się, że ciotka Marina przyjechała z pretensjami. Obaj schowali się daleko od domu, za stodołami, ale Oset odnalazł ich, bo dobrze znał ich ścieżki i kryjówki.

Zaraz też przyprowadził obu, trzymając za ręce, bo wyrywali się i nie bardzo mieli ochotę na spotkanie z ciotką. Kiedy zaś weszli do środka, zerkali niepewnie na panią Marinę, ale na pytania matki odpowiadali bez lęku, bo z jej strony nie spodziewali się niczego złego.

- Czemu już nie chcesz bawić się z Dominikiem? - zapytała Hedwiga starszego syna.

Marcin stał tuż obok matki, która jak zwykle patrzyła na niego jasnymi, spokojnymi oczami. Uśmiechnął się, zadowolony z tego, że wie coś, co usłyszał gdzieś od dorosłych.

- Bo to znajduch - odpowiedział szeptem. - Sami mówiliście, matko, żebym nie zadawał się z ludźmi niższego stanu.

Hedwiga zrobiła srogą minę. Było jej wstyd wobec siostry i teraz usiłowała wytłumaczyć synowi niewłaściwość jego postępowania. Była zwolenniczką wychowania spokojnego i łagodnego, chciała wszystko cierpliwie wyjaśniać.

- To nieprawda - zaczęła. - Dominik jest synem twojej ciotki Mariny i tak masz uważać.

- Ale przecież to znajduch - bronił się Marcin. - Ciotka Marina wcale go nie urodziła. Znalazła go w lesie i przyprowadziła do siebie, bo nie może mieć dzieci. I wiem jeszcze...

Marina rozkrzyczała się ze złości.

- Jak śmiesz?! To ja ciebie kocham jak rodzonego syna, nigdy nie zapominam o podarunku, chętnie cię witam pod swoim dachem, a ty tak mi odpłacasz?

Byłaby uderzyła chłopca, gdyby jego matka nie zasłoniła go rękami. Mateusz obserwujący tę scenę, a spodziewając się, że za chwilę nadejdzie jego kolej, rozpłakał się cicho, jako że był mazgajem.

Marcin zaś jakby nie rozumiał, że zrobił coś złego, patrzył na obie kobiety szeroko otwartymi oczami, nie wiedząc, czego od niego chcą.

- Nic złego nie zrobiłem - bronił się niepewnie. - Powiedziałem tylko...

- Dość! - przerwała Hedwiga surowo. - Zrobiłeś źle i będziesz ukarany. Obaj zostaniecie ukarani. A kara jest po to, żebyście zastanowili się nad swoim zachowaniem i żebyście więcej nie odważyli się tak postępować.

Dała znak siostrze, że sama zamierza wszystko załatwić i nie pozwoli na jej wtrącanie się. Przepytała obu i dowiedziała się, skąd jej synowie usłyszeli o pochodzeniu Dominika.

- Stajenny Groszek? - zapytała, marszcząc nos. - Ten leniwy parobek, co tylko patrzy, jak uciec od roboty? Sama się z nim zaraz rozmówię.

Przywołała Osta, który z niepokojem podsłuchiwał za drzwiami, i kazała mu zabrać chłopców do świetlicy, gdzie za karę mieli klęczeć na grochu.

- Dobrze zapamiętają tę nauczkę - powiedziała Hedwiga do siostry. - Tak dobrze, że nigdy już nawet nie wspomną o plotkach.

Oset bez słowa wziął chłopców za ręce i poprowadził do świetlicy. Kazał im tam czekać w milczeniu, a sam poszedł do kuchni po narzędzie kary. Pracująca tu dziewka służebna, której zadaniem było pilnowanie zapasów, chciała się dowiedzieć, po co nagle giermkowi cały garnek grochu.

- Potrzebuję i już - wyjaśnił Oset. - Pani Hedwiga kazała, możesz ją zapytać.

Ale kucharka była podejrzliwa, bo w kuchni uważała się za najważniejszą, i choć bywało, że dokarmiała służbę pomiędzy posiłkami, lubiła wiedzieć wszystko dokładnie.

- Kto to niby ma jeść? - zapytała.

- Nieważne kto - niecierpliwił się giermek. - Dawaj i już, bo mi pilno.

- Pilno? Kiedy jeszcze się dobrze nie ugotował.

- Może być niedogotowany.

- Niedogotowany? - dziwiła się kucharka. - Chcesz się rozchorować? - Nie mędrkuj tyle, tylko dawaj! - złościł się giermek.

Prawie przemocą zerwał garnek z paleniska i rozglądał się za czymś, na co mógłby przesypać zawartość. W końcu wysypał gorący, parujący groch do glinianego dzbanka, a ten poniósł gdzieś, nie wiedząc, że kucharka patrzy za nim i aż gębę otwiera ze zdziwienia, że niesie niedogotowany groch do wielkiego domu.

- Oszalał czy co? - zapytała sama siebie.

Tymczasem Oset wszedł do świetlicy, w kącie rozłożył szmatę, a na nią wysypał cały groch z garnka. Kazał na nim klęczeć chłopcom, a ręce trzymać wzniesione nad głową.

Synowie Hedwigi, oszołomieni nieco surowością matki, jakiej dotąd nie zaznali, postępowali jak im kazano i nie bronili się wcale.

- Tylko język trzymajcie za zębami - zażądał giermek. - Dobrze wiem, co znaczy klęczeć na grochu, więc chciałem wam ulżyć w karze, ale nikt nie może się o tym dowiedzieć. Dałem gotowany groch, bo suchy i twardy wrósłby wam w kolana.

Uklękli i wkrótce zaczęli odczuwać dolegliwości kary. Marcin syczał z bólu, Mateusz nie mógł powstrzymać łez.

- Tak to jest, chłopcy - wzdychał Oset, siadając naprzeciw klęczących. - Mam was pilnować aż do wieczora, więc od razu zapowiadam, żebyście nawet nie próbowali mnie prosić o łaskę. Zrobiliście złą rzecz, to jasne.

Również i Marcinowi puściły się łzy z oczu i miał nieszczęśliwą minę.

- Za co? - pytał, łkając. - Za co?

- Już ty wiesz, za co - żachnął się Oset. - Nie wolno tak mówić o rodzinie. Ciesz się, że matka kazała was zabrać tutaj, a nie klęczeć w miejscu, gdzie wszyscy mogliby was zobaczyć. Wtedy dopiero byłby wstyd!

- Ale powiedziałem prawdę - bronił się Marcin. - Przecież mówiłem prawdę.

- Jesteś za mały na takie mądrości - skarcił go Oset surowo. - Nie będziesz oceniał postępowania swojej ciotki, a już na pewno nie swojej matki. Tak powiedziała i tak być musi. Mogę ci tylko poradzić, że kiedy tu zajrzy, a zajrzy na pewno, żebyś ją pokornie prosił o wybaczenie. Inaczej nie może być.

Marcin klęczał, po jakimś czasie przestał już płakać, a raz opanowane łzy nie powróciły.

- Dominik to znajda - mruczał tylko pod nosem.

- Milcz! - upomniał go Oset. - Milcz, jeśli nie chcesz matki rozgniewać naprawdę.

Pilnował ich, ale czasem pozwalał opuścić omdlewające ręce, stojąc w pobliżu drzwi i nasłuchując, czy nie idzie pani Hedwiga, żeby sprawdzić sposób wykonania kary. Matka na razie nie przychodziła, więc chłopcy mogli nieco odsapnąć.

Oddawszy synów pod opiekę giermka, Hedwiga kazała wezwać rządcę, a gdy pan Jacek przyszedł, poleciła mu przyprowadzić stajennego Groszka.

Pachołek zjawił się bez ociągania, był w średnim wieku, kudłaty, mocny w sobie, z czerwoną, zadowoloną gębą. Niepewnie zerkał na boki, stojąc przed dworem w miejscu, w którym rządca kazał mu zostać.

I tkwił tam, kiedy zgromadzili się wokoło inni ze służby, wezwani rozkazem rządcy, przycichli, oczekujący czegoś nieprzyjemnego.

Hedwiga wyszła z dworu i stała obok, gdy pan Jacek przystąpił do wykonania polecenia. Najpierw kazała przepytać pachołka, żeby upewnić się, co do jego winy.

- Ty jesteś Groszek? - zapytał pan Jacek.

- A jakże - odpowiedział pachoł zadowolony, rozglądając się po innych. - Przecie mnie znacie, Groszek.

- Ty mówiłeś paniczowi Marcinowi o tym, że Dominik pani Mariny nie jest jej synem?

- A jakże - podchwycił stajenny. - Boć to i prawda, każdy wie, że Mieszek z Tomkiem w lesie go znaleźli. Miarkuję tedy, że nie może on być synem pani Mariny, a jest...

- Dość! - przerwał pan Jacek. - Takiś mądry? Miarkujesz, tak? W swoim wielkim rozumie śmiesz cokolwiek miarkować, co nie do ciebie należy? Ty śmiesz krytykować postępowanie pani Mariny albo może i pani Hedwigi, tak?

- No nie - próbował bronić się stajenny. - Ja tylko powiedziałem, co wszyscy wiedzą przecież bardzo dobrze i...

- Kto ci dał prawo do takiej oceny, co? - pytał surowo pan Jacek. - Kto ci dał prawo?

Potem odwrócił się do zebranych:

- Pani Hedwiga surowo nakazuje wszystkim, żeby pilnowali swoich spraw, a do spraw państwa mają się nie wtrącać nigdy i w żadnym zakresie. Żeby zaś dobrze to zostało zakarbowane, Groszek dostanie trzydzieści kijów na grzbiet. Jeśli po tej nauce ktokolwiek odważy się słówkiem pisnąć, następnego spotka dużo bardziej sroga kara. Zrozumiano?

Kazał pachołkom pochwycić stajennego, przywiązać go do słupa na podwórzu i natychmiast na miejscu sam wymierzył karę, głośno odliczając wszystkie uderzenia. Plecy Groszka spłynęły krwią.

Hedwiga nie oglądała wykonania kary, siedziała w swojej izbie zasępiona.

Jej siostra Marina czekała, aż kara zostanie wymierzona, a ludzie zaczną się rozchodzić, patrząc spode łba i pewnie obiecując sobie w duchu nie zajmować się sprawami innych.

SPOWIEDŹ MATKI SABINY

Hedwiga szła ulicami Krakowa i nadziwić się nie mogła, że z tymi ulicami i tymi budynkami związanych jest tak wiele jej wspomnień. Tutaj chodziła po cudowne lekarstwo, które miało sprowadzić na Mikołaja miłość do niej. Tutaj wybiegała na rozkaz królowej Jadwigi, gdy ta umawiała się na spotkanie z austriackim księciem Wilhelmem. Zdawało się jej, że to wszystko, co zdarzyło się już prawie dziesięć lat temu, nie jej dotyczyło, ale spotkało kogoś zupełnie innego i wszystko to, co wie i pamięta, słyszała tylko z opowiadań. Była wtedy ledwie dziewczątkiem, zakochanym nieszczęśliwie w synu pana Jeno i nic nie wskazywało, że on, piękny i wspaniały, kiedykolwiek zwróci na nią uwagę.

Była biedną, choć zaufaną dworką królowej. Uważała siebie za brzydką, nieciekawą i niepociągającą dla mężczyzn, choć zdarzało się, że niektórzy nie mogli oderwać od niej oczu. Czy to nie Jan z Tymbarku chodził za nią jak cień? Czy to nie jemu obiecała oddać swoją rękę i omal nie wyszła za niego, w ostatniej, zupełnie ostatniej chwili, uciekając sprzed ołtarza? Mikołaj. Zawsze był Mikołaj, któremu została poślubiona jako dziecko, a którego później oddaliła, przeprowadzając unieważnienie małżeństwa tylko po to, żeby wkrótce stanąć jednak przed ołtarzem i właśnie Mikołajowi ślubować do końca życia.

Teraz szła do klasztoru klarysek, położonego niedaleko wawelskiego wzgórza, gdzie ksienią była jej macocha, Agnieszka.

Agnieszka z Dębowca, dziś matka Sabina, miała zbawienny wpływ na nią i na jej życie. To ona przekonywała Hedwigę, że jest pełną uroku dziewczyną, pomagała zastawić sidła na Mikołaja, który poważnie przemyśliwał o klasztornym życiu.

Macocha, surowa kobieta, obca początkowo, a potem serdeczna dla swojego męża i pasierbicy, która pomogła Hedwidze odnaleźć się w życiu, uwierzyć i doprowadzić do tego, co od dziecka było jej marzeniem i co się wreszcie spełniło. Ta sama, która przed kilkoma laty ocaliła Mikołaja, gdy w zamachu w kościele świętego Floriana w Krakowie omal nie postradał życia, a co Hedwigę unieszczęśliwiłoby na zawsze.

Agnieszka z Dębowca, która po długim i bujnym życiu postanowiła opuścić dwór i poszła na stare lata do klasztoru. Tu przyjęła imię Sabiny, ale była taka sama jak i wcześniej, w Lipowej, w Potoku - surowa, oszczędna, dobra gospodyni. Szybko zauważono jej zalety i została ksienią, przeoryszą klasztoru, a jej rad słuchała sama pani Jadwiga na królewskim zamku.

Hedwiga planowała odwiedzić macochę już dawniej i teraz wyrzucała sobie, że podczas trwającego kilka tygodni pobytu w Krakowie nie znalazła czasu, a wybrała się do klasztoru dopiero w ostatni dzień, tuż przed powrotem do Doliny.

Ledwo Hedwiga się pojawiła w rozmównicy, a powiadomiona ksieni nadeszła szybko i przez drewniane kraty rozdzielające pomieszczenie wyciągnęła do pasierbicy obie ręce.

Hedwiga zobaczyła starą, choć czerstwą jeszcze kobietę, która lekko utykała, o twarzy pooranej bruzdami i zmarszczkami. Tylko oczy pani Agnieszki były żywe jak dawniej i patrzyły bacznie.

- Witaj, witaj córko! - przemówiła serdecznie. - Uwierzyć nie mogłam, że to ty. Dawno jesteś w Krakowie?

Hedwiga pocałowała rękę matki Sabiny.

- Już prawie miesiąc - przyznała się ze wstydem, że wcześniej nie zaznała czasu na odwiedziny.

- Miesiąc? - zdziwiła się Agnieszka. - I teraz dopiero przyszłaś? Oj, nieładnie córko, nieładnie.

- Wybaczcie - przepraszała Hedwiga. - Tyle jednak miałam zajęć przy najjaśniejszej pani...

- Czy to pani Jadwiga wezwała cię do swego boku? - dopytywała się Agnieszka i od razu sobie odpowiedziała: - Na pewno. Często cię wspomina i kilka razy mówiła, że wybiera się do Doliny.

- Teraz też to obiecała - uśmiechnęła się Hedwiga. - Namówiłam najjaśniejszą panią, żeby przyjechała na Jasną Górę pomodlić się w intencji potomstwa. Bo królowa martwi się brakiem dzieci, a przecież nie ma lepszego wstawiennictwa jak u Najświętszej Panny. A i święty Paweł Pustelnik to najlepszy w tych sprawach orędownik. Sama wiem coś o tym, bo przecież...

Agnieszka roześmiała się cicho.

- Nadal jesteś naiwna, moje dziecko - powiedziała z lekka karcącym tonem. - Święty Paweł to bardzo dobry patron dla przyszłych matek. Ale w twojej sprawie nic on nie miał do roboty. Wystarczyło, żeście oboje młodzi i chętni...

- Matko! - zawstydziła się Hedwiga.

- Dobrze, dobrze - machnęła ręką pani Agnieszka, wskazując pasierbicy, żeby usiadła. - Ja tam wiem swoje, bo sporo lat żyję już na tym świecie. Przy całym moim szacunku dla króla, nie wydaje mi się, żeby odpowiednio często zaglądał do sypialni królowej. Zorientowała się widać, że powiedziała nieco za dużo, bo przerwała nagle i poprosiła:

- Nie powtarzaj tego, moje dziecko. Mówimy tu jak matka z córką i nie ma potrzeby, żeby inni o tym wiedzieli. Masz rację, trzeba, żeby pani królowa pojechała z pielgrzymką. Tylko jakieś dary powinna przygotować.

- Miłościwa pani nie żałuje dla kościołów i sanktuariów ani swoich pieniędzy, ani czasu i wysiłku - zapewniła Hedwiga. - Właśnie oglądałam księgi drogocenne, które przygotowano dla wileńskich kościołów. Modlę się, żeby ta jej szczodrość została nagrodzona.

- I tak będzie - zapewniła ksieni. - Na pewno tak będzie. Choć doświadczenie uczy, że wiele trzeba pracy i wysiłku, aby doczekać się wstawiennictwa świętych. Choćby i na Jasnej Górze. Taka moc ludzi tam przychodzi ze swoimi prośbami, że by je zaspokoić, trzeba wiele czasu, bo musi być przecie jakaś kolejność i porządek. Kolejność zaś sam Bóg wyznacza, nie ludzie. Trzeba miłościwej pani czekać cierpliwie, a na pewno spotka ją nagroda. Sama będę jej mówić, żeby jak najszybciej udała się do Przenajświętszej Panny.

- Przyjedzie w przyszłym roku - wyjaśniła Hedwiga. - Razem z dworkami zaczęła tkać przepiękny ornat, przeznaczony dla kościoła, i mówiła, że przyjedzie, gdy robota będzie zakończona.

Długo, bo aż do późnego wieczora, trwała ta rozmowa. Pani Agnieszka wypytywała o wszystko i o wszystkich, o całą rodzinę bliższą i dalszą. O losy i stan majątków, o kościoły, dwory i młyny, niemal o każdą łąkę i lasek.

- Tyle to już lat - westchnęła. - A mam to wszystko przed oczami. Każde drzewo prawie, strumień i wzgórze. Ciekawe, że zupełnie nie pamiętam swojej rodzinnej ziemi, gdzie byłam dzieckiem, a tak dokładnie pamiętam czas, jaki spędziłam w Dolinie...

Zmierzchało już i służebna przyniosła świecę, którą ustawiła w świeczniku za plecami przełożonej.

- To już tyle lat, odkąd siedzę w klasztorze - mówiła ksieni w zadumie. - Nie zamierzam wyjść stąd, więc i nigdy więcej nie wrócę do Doliny, gdzie choć bywało żałośnie, strasznie i smutno, było mi też dobrze i słodko. Nie wrócę tam, nie zobaczę ani dworu, ani pól lipowskich. I niech tak będzie, niech pod powiekami zostanie mi na zawsze ten obraz i wiadomość, że teraz kwitnie tam radość i szczęście, w tobie i w twoich dzieciach, co to są jakby i moimi wnukami.

- Nie mówcie tak - poprosiła Hedwiga. - Nie mówcie tak, jakbyście już żegnali się ze wszystkim i ze wszystkimi.

- Jeszcze się nie żegnam - uśmiechnęła się słabo pani Agnieszka. - Jeszcze się nie żegnam, ale nikt z nas przecież nie zna dnia ani godziny i w każdej chwili winien być gotowy na wezwanie. Memento mori. Pamiętaj, że umrzesz. Tedy i ja, mając swoje lata, z wolna się do tego przygotowuję...

Hedwiga chciała protestować, ale ksieni uspokoiła ją gestem kościstej ręki.

- Posłuchaj, córko. Nie widziałyśmy się kilka lat i nie wiadomo, kiedy znowu się zobaczymy. Może i wcale. Tedy już dziś proszę ciebie, żebyś wszystkie moje winy przebaczyła.

- Ależ matko...

- Żebyś mi wszystko przebaczyła. I wszystkich w Dolinie poprosisz w moim imieniu o przebaczenie. Niemało to narobiłam zła, nieraz byłam gniewna, krzywdy czyniłam i niesprawiedliwości. Tedy ich poprosisz o przebaczenie moich uczynków i powiesz, że wzajemnie wszystkim przebaczam, że do nikogo nie chowam urazy. Bóg rozsądzi sprawiedliwie moje dobre i złe uczynki, tak jak i rozsądzi każdego.

- Poproszę o przebaczenie w waszym imieniu - obiecała Hedwiga.

- Osobliwie zaś chciałabym przeprosić dwóch dawnych moich zagrodników. Listka i Maciecha, bo kiedyś potraktowałam ich niesprawiedliwie.

- Maciech od dawna już w grobie - zauważyła cicho Hedwiga.

Pani Agnieszka przeżegnała się.

- Umarł? Boże bądź mu miłościw. I mnie, że nie zdążyłam. A jego rodzina? Miał zdaje się jakieś dzieci.

- Dwóch synów. Jeden, Tomek, uprawia rolę przy Lipowej, drugi, Mieszek, jest we dworze mojej siostry w Potoku.

- Zrobisz coś dla mnie, córko? Pójdziesz do nich i poprosisz ich o wybaczenie dla mnie, w zastępstwie ich ojca.

- Tak, matko - przyrzekła Hedwiga.

- Wbrew prawu odebrałam ich ojcu łan ziemi nad potokiem Kręty. Wbrew prawu, córko. Tak chciałam wzmocnić majątek swój i mojego męża, że nie patrzyłam, jak innym czynię krzywdę. Oni nawet może i nie wiedzą o tym, ci synowie Maciecha. Tedy pójdziesz do nich i w moim imieniu wyrównasz to. Mam trochę pieniędzy, z moich prywatnych zasobów, i ciebie proszę, żebyś kmieciowi Listkowi i synom Maciecha naprawiła szkody.

Pani Agnieszka sięgnęła pod habit i wydobyła sakiewkę, którą przez kraty podała pasierbicy.

- Jesteś dobrym dzieckiem - powiedziała. - I dziękuję ci, że zgodziłaś się pomóc w tej sprawie. Nie musisz z niej zdawać sprawozdania, bo wiem, że nie uchybisz ani trochę w tym, co obiecałaś.

Hedwiga wzięła pieniądze i ponownie usiadła na miejscu, jako że pani Agnieszka najwyraźniej nie zamierzała jeszcze kończyć rozmowy.

- Czas mi rozliczać się ze wszystkiego - mówiła ksieni. - I tu w klasztorze nie brakuje rozmaitych spraw do uładzenia, bo nikt nie może o sobie powiedzieć, że wszystko ma załatwione do końca, jak należy i niczego nikomu nie jest winny. Wiesz, chciałam cię nawet prosić, żebyś odwiedziła mnie przy jakiej okazji, bo jest jeszcze jedna sprawa, tutejsza, klasztorna, ale związana z Doliną, która nie daje mi spokoju i bez załatwienia której trudno mi będzie spokojnie zamknąć oczy...

Przerwała, przesunęła rękami po twarzy. Hedwiga pomyślała, że macocha rzeczywiście nie czuje się najlepiej, skoro tak dokładny rachunek sumienia ma już przygotowany.

- Ale sama powiedzieliście, matko, że nikt nie zna dnia ani godziny - przypomniała. - Chyba jednak za wcześnie się żegnacie. Przecież na ziemi bardzo jesteście potrzebna. Królowa pani mówi o was bardzo życzliwie i serdecznie, chętnie słucha waszych rad w każdej sprawie...

- I królowa pani będzie musiała pogodzić się z wolą bożą - odparła pani Agnieszka. - A czuję, że to niedługo się stanie. Bardzo nie chciałabym, moja córko, żeby na Sądzie Ostatecznym zadano mi jeszcze dodatkowe pytania. I tak dość będę miała rzeczy do wyjaśniania. Dlatego cię proszę, żebyś jeszcze w jednej sprawie zechciała mi pomóc.

- Oczywiście, matko. Niczego wam nie odmówię.

Pani Agnieszka uważnie przyjrzała się pasierbicy.

- Chodzi mi o Ostasza - wyjaśniła.

Hedwiga uniosła brwi w zdumieniu. O Ostasza, złego, zbrodniczego Ostasza, o którym w Dolinie nikt chyba nie powiedział dobrego słowa? O Ostasza, który nosił na twarzy ślady paznokci pani Agnieszki, bo próbował kiedyś ją zniewolić, zaprosiwszy pod jakimś pretekstem do Lipowej? O Ostasza, który zabił Jakubka? Tego Ostasza, który był przyrodnim bratem Aleny, matki Mikołaja, i który z ręki Mikołaja zginął? To i jego chciała prosić pani Agnieszka o przebaczenie?

- O Ostasza? - zapytała Hedwiga, mimo woli wzdrygając się na sam dźwięk jego imienia.

- Dokładniej o jego córkę - wyjaśniła Agnieszka. - Musiałaś ją chyba znać, bo niewiele jest młodsza od ciebie. Otóż miał Ostasz nałożnicę, córkę młynarza Marcisza, Zofkę. Urodziła mu ona córkę imieniem Odina. Nie wiem, czy pamiętasz to dziecko, małe, zastrachane, milczące. Z winy Ostasza Zofka popełniła samobójstwo. Z jego winy zginęli jej bracia. Ale nie o to chodzi teraz. Miała owa Zofka córkę. Jej dziadek, młynarz, sprawiedliwy człowiek, bardzo ją kochał, bo kiedy został sam jeden na świecie, tylko to dziecko stanowiło podporę i radość jego starości. Odina.

Hedwiga nie pamiętała córki Ostasza. Była zbyt młoda, żeby pamiętać jakieś nieślubne dziecko, które nie należało do jej rodziny.

- Ile lat ma teraz Odina? - zapytała.

Pani Agnieszka nie musiała się zastanawiać.

- Dziś jest już dorosła. Ma około piętnastu lat. Śniła mi się ostatnio kilka razy, choć nie widziałam jej od dzieciństwa i nie wiem, jak wygląda. Ale wiem na pewno, że żyje. Widziałam ją we śnie. Widziałam ją w Dolinie, gdzie nie wiodło się jej dobrze, bo krzywdzono ją tak samo jak wówczas, gdy była dzieckiem, gdy nie dbał o nią ojciec, a i matka miała niewielkie staranie. Widziałam ją we śnie i we śnie upominała się ode mnie zadośćuczynienia.

- Od was? - zdziwiła się Hedwiga.

- Nie wiem - odpowiedziała ostrożnie pani Agnieszka. - Albo raczej się tylko domyślam. Bóg mi świadkiem, że sama nie zrobiłam jej nigdy nic złego, choć po prawdzie może chodziło jej o nasz klasztor. Bo to od klasztoru doznała niesprawiedliwości.

Hedwiga słuchała w milczeniu.

- Kiedy utopiła się jej matka, Odina została sama na świecie. Ostał jej się tylko dziadek. Młynarz Marcisz, porządny, uczciwy człowiek, z którym dobrze mi się załatwiało rozmaite interesy. Pamiętam, że był dla mnie życzliwy, co niegdyś w Dolinie należało do rzadkości. Tego nie pamiętasz, moje dziecko, ale tak też bywało. Mniejsza teraz o to, tak było i już. Odina miała chyba z pięć lat, gdy została bez matki. Dziadek któregoś dnia przyprowadził ją tutaj, do naszego klasztoru. Przyprowadził i prosił, żeby została tu wychowana, otoczona troską. Liczył, że będzie miała nie tylko dach nad głową, ale opiekę i staranie. Przebywała tu rok czy dwa, potem została wysłana do Płocka, a tam ślad się urwał. Mieszkała w naszym klasztorze jakiś czas, za matki Flory jeszcze, której była służebną. Nic o tym nie wiedziałam i dużo czasu upłynęło, zanim coś z tego zrozumiałam. Pokazała mi się we śnie, mówiąc kim jest, a potem ukazała się znowu. Nie wiedziałam, czemu tak się dzieje, zachodziłam w głowę, czemu przychodzi akurat do mnie. Nikt nie umiał mi na to odpowiedzieć. Ale gdy zostałam ksienią, miałam możliwość rozpytać się i dowiedzieć więcej. I z czasem ustaliłam wszystko. A to, co ustaliłam, przekonało mnie, że nie można tak sobie zostawić tej sprawy. Bo córce Ostasza uczyniono krzywdę w tym klasztorze...

Matka Sabina uśmiechnęła się smutno.

- To, co ci teraz powiem, córko, nie jest przeznaczone dla niczyich innych uszu. Czy obiecasz mi, że nikomu o tym nie powiesz? To dla mnie ważne, bo choć rozliczam się teraz z całym swoim życiem i naprawiam błędy, nie mogę klasztoru, który przygarnął mnie na stare lata, narazić na złe opinie i uwagi.

- Obiecuję, matko - zgodziła się Hedwiga.

- Kiedyś - podjęła pani Agnieszka - gdy byłam grzeszną kobietą i gdy spotykałam Ostasza, nieraz życzyłam mu śmierci i wszystkiego złego. Wtedy w głowie mi nie postało, że któregoś dnia przyjdzie mi zdać sprawę przed jego dzieckiem. Ale takie czasy teraz nadeszły. Otóż, moja córko, klasztor postąpił niewłaściwie wobec tej dziewczynki. Jej dziadek miał młyn, dobry młyn, sama to wiem najlepiej, bo w części był mój i potem wykupiłam go od Marcisza. Więc wiem, ile za niego zapłaciłam. A Marcisz te pieniądze i inne, jakie miał schowane w garnku pod progiem, wydobył któregoś dnia i przyniósł do Krakowa. Dał je wszystkie matce Florze, ona była wówczas ksienią. Dał i prosił, żeby miano staranie o jego wnuczkę, żeby ją uczono i wykierowano na ludzi. Ale matka Flora, choć była dobrą ksienią, nie była najlepszym człowiekiem i sprzeniewierzyła się woli młynarza. Przyszedł tu któregoś dnia i zostawił wnuczkę. Zostawił też pieniądze, wszystkie, jakie miał, a zapewniam cię, że było tego wcale sporo. Matka Flora uznała jednak, że może rozporządzać nimi dowolnie. I tak owa dziewczynka nie była uczona i wychowywana, jak się tego spodziewał jej dziadek. Owszem, chowano ją po chrześcijańsku, ale musiała każdego dnia ciężko pracować jako służebna w klasztorze, nie jako jego wychowanka. Po kilku latach wysłano ją do Płocka, nie dając na drogę nic poza tym, co miała na sobie. Tam zaś znowu była sługą. Sama przyznaj, moje dziecko, że stała się jej krzywda. Długo trwało, zanim się tego wszystkiego dowiedziałam, zanim to wszystko ustaliłam. Potem słyszałam, że i w Płocku niedługo zagrzała miejsca, bo pojechała na Litwę. Książę mazowiecki Henryk miał ją w swoim orszaku, co wiem na pewno. Była przy nim w Wilnie, potem w Łucku. Kiedy niedawno książę umarł otruty, Odina przepadła. Nie wiadomo, gdzie ją rzuciły losy. Pewnie jest na służbie w jakim domu i nie wie nawet, że to matka Flora miała wpływ na jej przyszłość. A nie taki miał być los tej dziewczyny. Miała zostać wychowana na poważną, dojrzałą chrześcijankę, posłuszną i skromną, którą pojąłby za żonę ktoś dostatecznie majętny, żeby zapewnić jej dalsze godziwe życie. Tak się nie stało i dlatego przychodzi ona do mnie we śnie i dlatego domaga się zadośćuczynienia właśnie od mojego klasztoru...

Hedwiga chyba nie w pełni rozumiała, co mówi macocha, ale miała szczery zamiar pomóc jej, bo czuła, że takie wsparcie jest jej potrzebna.

- Czy uwolnisz mnie od tych męczących snów? - zapytała pani Agnieszka.

- Tak - skwapliwie odparła Hedwiga. - Nie wiem tylko, co i jak mogę zrobić. Czy wiecie, gdzie jest ta dziewczyna? Bo jeśli tak, trzeba byłoby odszukać ją...

- Nie wiem, gdzie jest - zaprzeczyła Agnieszka. - Dlatego właśnie zwracam się do ciebie, moja córko. Jeździsz po świecie, znasz i poznajesz wielu rozmaitych ludzi, wielu przyjmujesz u siebie. Masz znajomych i na dworach litewskich, a tam przecież ona była. Może tobie właśnie za pośrednictwem ludzi przy miłościwej pani... może tobie uda się ją odnaleźć. Bo taką właśnie mam do ciebie prośbę, moja córko. Żebyś odnalazła Odinę.

Hedwiga westchnęła. Zadanie wydawało się zupełnie nie do wykonania. Kto miałby szukać owej Odiny, kto miałby pamiętać służącą? Kogo i o co pytać?

Ale macocha trzymała jej rękę w swoich dłoniach, a poza tym Hedwiga już to obiecała.

- Poszukam jej - powiedziała cicho. - Poszukam jej i z bożą pomocą odnajdę. Ale kiedy już ją odnajdę, co mam zrobić?

- To sama ocenisz - postanowiła matka Agnieszka. - Sama rozstrzygniesz. Zaopiekujesz się nią. Jeśli będę jeszcze żyła, poprosisz, żeby mnie odwiedziła. Jeśli nie, na ciebie spadnie ten obowiązek. Zapewnić jej godne życie. Może pomóc wyjść za mąż, może pomóc w wychowaniu dzieci, no, nie wiem. Jesteś mądrą i dobrą dziewczyną. Sama będziesz wiedziała najlepiej, jak powinnaś postąpić. Bóg ci wskaże sposób, moje dziecko.

MARZENIA I NADZIEJE

Luty 1394

Jeszcze dziesięć lat wcześniej Lutek z Dębowca był tylko pachołkiem. Teraz zaś stał się ziemianinem, który dzierżawił dwór, niewielki, ale zasobny i wiele łanów ziemi w Dolinie. Powodzenie zawdzięczał pracowitości, wrodzonemu sprytowi i odpowiedniemu podejściu do niewiast. To ono spowodowało, że ożenił się z sąsiadką, brzydką, starą i samotną kobietą, po której przejął majątek, bo wdowa była zamożna, a przed dwoma laty zmarła w aurze pobożności, w kościelnej kruchcie. Cały jej majątek przypadł więc oszczędnemu i gospodarnemu Lutkowi, spory szmat ziemi i sporo gotówki, co pozwoliło mu dźwignąć się szybko z poziomu zwykłego dzierżawcy na wyżyny szanowanego i zamożnego mieszkańca Doliny. Miał rękę do interesów i głowę nie od parady, umiał gotówkę włożyć w przedsięwzięcie, które przynosiło pewny zysk.

Szczególnie owocne okazały się wyprawy na Ruś, skąd przywoził wiele rozmaitego dobra. A że umiał dbać o stosunki z sąsiadami w Dolinie, podarki od niego trafiły do wielu dworów, przede wszystkim zaś do Krasawy, której właścicieli darzył najwyższym poważaniem i których szczególnie szanował.

Dwór w Dębowcu został rozbudowany i podobno w niczym nie przypominał dawnego biednego gospodarstwa z czasów, gdy przebywała w nim na wygnaniu pani Agnieszka. Pobudował też nowe stodoły, kupił młyn i tartak. Lutek z Dębowca stał teraz przed panią Aleną, prawie czterdziestoletni dzisiaj, gruby, wypasiony, o czerwonych policzkach.

- Byłby to dla mnie wielki zaszczyt - tłumaczył. - Już dwa lata jestem wdowcem, a przecież nie takim jeszcze stary. Majątek, nie chwaląc się, całkiem dobrze stoi. Tylko zostawić go nie ma komu. Tyle pracy miałoby pójść na marne? Tedy ośmieliłem się do was, której zdanie cenię ze wszystkich najwyżej, udać się po poradę. Ja pewnie nie umiem tak pięknie mówić i może nie umiem zachować się dwornie, ale serce u mnie wielkie. Mało to ofiar daję na kościół albo i na jałmużnę?

Alena wahała się. Z jednej strony trudno jej było zapomnieć, że Lutek był niegdyś tylko zwykłym pachołkiem, z drugiej umiała przecież docenić jego pracowitość i pewnego rodzaju prostotę i prawość. Lutek wyzyskiwał swoich ludzi, wyciskał z nich ostatnie soki, ale nikt nie mógłby oskarżyć go o nadużycia, o okrucieństwa ani o oszustwo.

Był pachołkiem, to prawda, Ale czy jej mąż, Jeno, nie był kiedyś tylko kowalem i synem kowala? Własną pracą i królewską łaską doszedł do tego, kim jest teraz.

Alena pokiwała głową.

- Czego oczekujecie po mnie? - zapytała, gotowa prawie ulec prośbie.

Lutek ukłonił się po raz kolejny.

- Słyszałem, że przybędzie tu nasza najświetniejsza królowa pani. Czy mógłbym jej zostać przedstawiony? A czy wy, szlachetna pani, moglibyście podpowiedzieć, jaki podarunek godzi się przygotować? Znam swoje miejsce, więc nie proszę, byście posadzili mnie za swoim stołem. Wyświadczcie tylko mi tę łaskę i pozwólcie przyjechać i pokłonić się miłościwej pani.

- Słyszeliście o przyjeździe królowej? - zaciekawiła się Alena. - To dobrze słyszeliście. Zgoda, mogę was przedstawić, kiedy pani Jadwiga przybędzie do Doliny. I podpowiem wam, jaki podarunek winniście przygotować.

Lutek głośno odetchnął i długo dziękował pani z Krasawy za łaskę. Sam przywiózł jej podarek, ale ten miał wręczyć dopiero za chwilę. Teraz pewniejszy już nieco i bardziej uspokojony, nie odchodził jednak.

- Czy zechcecie odpowiedzieć też na moje drugie pytanie? - zapytał.

- Na drugie pytanie?

- Tak, szlachetna pani. Chodzi o moje małżeńskie plany...

Alena uniosła brwi.

- Nic nie wiem o waszych małżeńskich planach - zauważyła.

Przez głowę przeleciała jej niedorzeczna myśl, że Lutek gotów zapytać o jej córkę i pożałowała już swojej dla niego uprzejmości.

Lutek z Dębowca spostrzegł się jednak, że chyba nadużył gościnności, bo zaczerwienił się nagle, rozkaszlał, szukając ratunku w kolejnych niskich ukłonach.

- Wybaczcie, wybaczcie - prosił. - Przecież już mi wyświadczacie łaskę, godząc się na przedstawienie mnie królowej, a ja was prosić jeszcze chciałem na wesele...

- Na wesele? - zdziwiła się Alena.

- Wielki byście uczynili zaszczyt mnie i mojej narzeczonej, gdybyście zechcieli wziąć udział w uroczystościach weselnych - wyjaśnił. - Naprawdę wielki zaszczyt i zawsze będę o tym pamiętał, szlachetna pani.

- Waszej narzeczonej? - Alena nagle rozpromieniła się, zadowolona, że ten człowiek nie miał zamiaru sięgać jednak tak wysoko, jak przez chwilę podejrzewała i nie dał jej okazji, żeby go przepędzić. - Któż jest owa niewiasta?

- Pobożna osoba imieniem Roksana. Sama jest na świecie, bo rodzice jej pomarli od zarazy.

- Któż ona i skąd pochodzi, bo chyba nie z Doliny?

- Przywiozłem ją z Rusi, szlachetna pani. Tak się tam bowiem ułożyły sprawy, że któregoś dnia...

Alena nie była nazbyt ciekawa szczegółów, zajęta własnymi myślami, co Lutek natychmiast zauważył i przerwał opowiadanie.

- Pobożna i skromna niewiasta bez rodziny - powiedział krótko. - W sam raz dla mnie.

- Rada ją poznam - łaskawie zapewniła Alena. - Kiedy ma się odbyć wasz ślub?

- Na wiosnę, szlachetna pani. Dopiero na wiosnę, bo to trzeba rozmaite sprawy przygotować i wiadomo...

- Tedy czekam na wyznaczenie dnia - powiedziała Alena. - Chętnie będziemy waszymi gośćmi, ja i mój mąż. Zawiadomcie nas tylko wcześniej.

Lutek z Dębowca kłaniał się znowu, spocony, zaczerwieniony i z wysiłku, i z radości.

- Niechaj Bóg da wam, szlachetna pani, wszystko co najlepsze - dziękował pokornie. - Wszystko, co najlepsze.

Pan Jeno łatwo przystał na prośbę żony.

- Lutek z Dębowca? - zapytał tylko. - Nie widzę powodów, dla których mielibyśmy mu odmówić. A co za niewiastę sobie wybrał? Znowu jaką wdowę?

- Nie. Podobno to sierota bez rodziny, którą przywiózł z Rusi.

- Sierota? - zdziwił się Jeno. - Jeśli sierota, to chyba biedna. A jeśli biedna, to czemu ją akurat sobie upodobał? To przecież okropny skąpiec.

- Może jest młoda i ładna - uśmiechnęła się Alena. - Mężczyźni przecież głównie na młodość patrzą i urodę.

W jej głosie była prośba, a mąż zrozumiał ją od razu. Podszedł, otoczył ją ramieniem.

- Jesteś najpiękniejsza na świecie - powiedział czule.

- Rzadziej mówisz mi ostatnio takie rzeczy - zauważyła.

- Rzadziej? - zdziwił się. - Myślałem, że to wiesz. Że wiesz, co do ciebie czuję.

- Wiem - zgodziła się. - Ale potrzebuję, żebyś i ty o tym pamiętał i czasem powiedział niepytany.

Jeno, silny, małomówny, mrukliwy nawet, tylko w obecności żony stawał się łagodniejszy.

- Aleno - zaczął. - Nigdy, przenigdy nie żałowałem, że Bóg pozwolił nam być razem. Nigdy nie pomyślałem o innej kobiecie. I każdego ranka cieszę się, że przed nami kolejny wspólny dzień.

- Mimo tych lat, które upłynęły? - dopytywała się. - I moich siwych już włosów?

- Mimo tych lat. I dzięki tym latom - zapewniał.

A potem jakby zawstydzony swojej czułości, odsunął się od żony.

- Czas upływa tak szybko - rzucił jakby zadziwiony. - Właśnie pomyślałem, że będzie już trzydzieści lat od czasu, gdy zamieszkaliśmy pod jednym dachem.

Alena uśmiechnęła się łagodnie. Była nadal piękna i dostojna.

- Codziennie dziękuję Bogu, że nie posłuchałam ojca i wyszłam za ciebie - szepnęła.

- Codziennie się modlę, że dał nam tak długie i tak radośnie szczęśliwe życie. Popatrz, ilu naszych krewnych, sąsiadów i przyjaciół odeszło już do wieczności. A my ciągle jesteśmy razem i oby jak najdłużej.

Tej niedzieli w kościele świętego Marcina spodziewano się narzeczonej Lutka z Dębowca, ale pani Roksana nie pokazała się przyszłym sąsiadom.

Śniegi spadły wcześnie i większość szlachty przyjechała saniami, stawili się też tłumnie ludzie z całej Doliny, zaciekawieni osobą Roksany, a teraz rozczarowani, głośno dziwowali się temu, wychodząc z kościoła.

- Czemuż trzymacie ją w ukryciu? - zapytała pani Alena Lutka.

- Wybaczcie, pani, spodziewałem się, że przyjedzie - tłumaczył się. - Ale śniegi akurat wielkie i te pewnie ją zatrzymały w drodze. Ani chybi pokaże się następnej niedzieli.

- To gdzie jest teraz?

- Zamieszkała u pani Anny w Staropolu, starszej statecznej wdowy. Bo przecież nie godzi się, żeby przed ślubem przebywała pod jednym dachem ze mną. To skromna niewiasta i nie chciałem, by dostała się na ludzkie języki.

- To rozsądne - pochwaliła pani Alena. - Rada ją poznam, więc jeśli kiedy będziecie jechać ze Staropola, wstąpcie po drodze do mnie, bo bardzo jestem ciekawa tej waszej księżniczki.

- Och! - Lutek z Dębowca był zmieszany. - Nie śmiałbym was fatygować...

- To żadna fatyga - łaskawie odpowiedziała pani Alena. - Jeśli tylko czas wam pozwoli i okoliczności, przyjedźcie do Krasawy i pokażcie ten swój skarb przywieziony z Rusi.

Lutek kłaniał się i dziękował. Ale nie zawitał do Krasawy ani w tym, ani też w następnym tygodniu. Narzeczona przyjechała do Doliny, ale widać nie chciała kłopotać swoją osobą sąsiadów, bo przed ślubem nie przedstawiła się nikomu. Alena tłumaczyła taką postawę skromnością i wychwalała Roksanę, choć wcale jej jeszcze nie widziała. Dziewki z czeladnej oczywiście wiedziały więcej i one powtórzyły pani wszystko, czego o narzeczonej Lutka się dowiedziały.

- To wcale nie jest taka młódka - tłumaczyła pani Alenie gruba Kachna, która w Krasawie była odpowiedzialna za kuchnie. - Ma chyba ze dwadzieścia lat. Ale prawda, że ładna. Przy owym Lutku wygląda niczym słonko nad bajorem.

- Przy panu Łukaszu - poprawiła pani Alena.

Kachna ujęła się pod boki.

- Eee... - obruszyła się. - Jaki tam on pan! Po prawdzie, to zwykły Lutek. Co to, niby nie pamiętam, jak spał w stajni i chudy był jak patyk? Sama mu przecież podsuwałam czasem coś, bo aż żal było patrzeć na takie biedactwo.

Kachna nie wyszła za mąż, więc miała czas napatrzeć się na wszystkich i o każdym mieć własne zdanie.

- Teraz Lutek jest jak, za przeproszeniem pani, dobrze odchowany wieprzek. Tłusty i nawet tak chrząka jakoś podobnie. Biedna ta dziewczyna, bo choć sierota, to przecież jeszcze młoda, ładna i mogłaby znaleźć sobie kogo lepszego.

- Sama mówisz, że biedna - przypomniała Alena. - A biednej próżno szukać dobrego męża.

- E tam, żeby tylko o biedę chodziło - westchnęła Kachna głośno. - Niewiasta to zupełnie co innego niż mężczyzna. Taki to może być brzydki, gruby i śliniący się, a żonę znajdzie. Żywot niewieści znacznie gorszy. Choćby i miała cokolwiek grosza odłożonego, jak wyglądu nie ma, przyjdzie jej samotnej życia dokonać. Bo weźcie choćby mnie. Tyle lat już służę u was i sporo grosza odłożyłam, a przecież mało kto spojrzy na mnie. W czym jestem niby od innych gorsza? Powiadają, żem niegłupia, mam gdzie mieszkać, mam wyprawę od dawna gotową i własne pieniądze. Ale co mi z tego, kiedym gruba, że żaden na mnie nie spojrzy nawet. Co dopiero mówić o kochaniu?

Alena zdziwiła się, bo nigdy jakoś nie myślała o tych sprawach w odniesieniu do służby. Rzadko przychodził ktoś, prosił o pomoc i radę. Żenili się, wychodziły za mąż, dziewki rodziły dzieci, tworzyły mniej lub bardziej zgodne stadła. Ale Alena nie sądziła, że ich także mogą dotykać te same sprawy, kłopoty i problemy, z jakimi oni mieli do czynienia. Po tej rannej rozmowie z mężem, kiedy okazał jej miłość i czułość, pełna była dobrych uczuć dla wszystkich wokoło i pomyślała sobie, że powinna coś zrobić dla Kachny, żeby i ta robotna, uczciwa dziewczyna znalazła kogoś, z kim mogłaby spędzić resztę życia.

***

Marzec 1394

- Będziesz miał ojca - powiedziała Marina do małego Dominika. - Dość tego wszystkiego i nikt ciebie więcej nie nazwie znajdą ani podrzutkiem. Będziesz miał ojca.

Dziecko patrzyło szeroko otwartymi oczami, nie dowierzając.

- A gdzie jest mój ojciec?

- Mówiłam ci, że wyjechał bardzo daleko, kiedy byłeś jeszcze całkiem mały. Zapomniałeś?

- A czemu pojechał? - dopytywał się Dominik. - Czemu nie wraca? Ojciec Marcina i Mateusza też wyjeżdżał, ale przecież wrócił do nich. I ojciec waszej chrzestnej Dorotki też. A tylko mój nie wraca.

- Bóg stanowi o wszystkim - przypominała Marina. - Bóg stanowi i to Bóg każe rycerzom wracać, czasem dopiero po wielu latach. A czasem każe im zostać na polu bitewnym. Bo nie ma większej chwały i zasługi przed Bogiem niż wówczas, kiedy chrześcijański rycerz padnie w walce przeciw poganom. Więc powinieneś radować się i być dumny z takiego ojca.

Dominik pobiegł do swoich zabaw, ale stale dopytywał się o ojca i koniecznie chciał poznać przynajmniej jego imię.

Uwierzył matce, bo był tylko dzieckiem, a po nauczce, którą pan Mikołaj dał służbie i swoim synom, nikt już więcej nie ośmielił się wspominać o niepewnym pochodzeniu Dominika.

Tylko dla Mariny rozmowy z synem stawały się coraz trudniejsze. Kiedy chłopak był całkiem mały, zadowalał się byle czym, słowem lub bajką. Ale z czasem pytań było coraz więcej i okazywały się coraz bardziej szczegółowe.

- Będziesz miał ojca - powtarzała tylko Marina. - Któregoś dnia powróci, a wtedy wszyscy będą ci zazdrościli takiego wspaniałego rodzica.

Nie powiedziała synkowi, kiedy ma się to stać, bo sama nie wiedziała. Ale rozmyślała nad tym od dawna.

Pomysł rzucony niegdyś mimochodem coraz bardziej się jej podobał i wkrótce do tej myśli przywykła do tego stopnia, że uwierzyła w wymyśloną przez siebie historię.

- Będziesz miał ojca - mówiła Dominikowi. - Niedługo do niego pojadę i wrócę tu razem z nim.

- To powrócił już ze swoich dalekich wypraw? - dopytywał się Dominik.

- Właśnie miałam wiadomość, że powraca.

Dominik powtarzał matczyne obietnice wszystkim naokoło, a już najbardziej ciotecznym braciom, broniąc się przed ich uwagami. Służba oczywiście też gadała o tym między sobą, tyle tylko że ostrożniej, nie w obecności chłopaka czy jego matki.

Niektórzy kręcili głowami, bo kto to słyszał nabijać dzieciakowi głowę podobnymi opowieściami. Że to rycerz, sławny, że w obcych krajach wojował, że cały świat zwiedził i tak dalej.

Dominik słuchał tych opowieści, powtarzanych po wielekroć, i zapamiętywał wszystko, a Marina musiała co jakiś czas dodawać nowe szczegóły do swoich historii, szukać nowych tłumaczeń i wyjaśnień, bo jakoś trzeba było uzasadnić, dlaczego ojciec nie przyjechał na wyznaczony tydzień, ani na następny, ani jeszcze kolejny. Opowieści te i spodziewania znane były już w całej Dolinie i zaniepokoiły Hedwigę, która usłyszała je podczas któregoś pobytu u siostry.

- Czemu tumanisz głowę Dominikowi? - zapytała. - Kłamstwo ma krótkie nogi, na pewno się wyda.

- Bronię go przed przykrościami, jakich i twoi synowie nie szczędzą - odparła Marina.

Hedwiga przełknęła niesprawiedliwe oskarżenie, bo kochała Marinę i przywykła jej ustępować, żeby siostra nie doznała przykrości. Jej życie było przecież i tak dość trudne.

- Rozumiem - powiedziała teraz. - Ale nie pojmuję, co to znaczy, że mu przywieziesz ojca. W lesie chcesz go znaleźć i włożyć do koszyka, niby grzyb wypatrzony pod drzewem?

- Skąd wezmę, to wezmę - odpowiadała Marina z wielce tajemniczą miną. - Sama zobaczysz i jeszcze się zadziwisz.

Marina bardzo chciała dorównać młodszej siostrze. Hedwiga wyszła szczęśliwie za mąż, miała udane dzieci, wiodło się jej zawsze i wszędzie. A życie Mariny upływało najpierw przy boku ojca, potem przy boku nieczułego, brzydkiego męża, wreszcie samotnie, Marinę oszukiwano i wykorzystywano. Choć raz chciała zabłysnąć, pokazać, że coś umie, że i jej los coś dał, ofiarował, a owo coś jest wielkie i wspaniałe.

W stajniach Potoka nadal stały dwa woły, zasłużone woły Mariny, które niegdyś przepowiedziały jej pomyślność. Marina czekała, aż spełnią się inne wróżby. Bo skoro spełniła się jedna i druga przepowiednia, jak to że umrze pan Wilek, a ona zostanie majętną panią, muszą spełnić się także i inne. Wprawdzie czas płynął i niewiele się działo, ale kiedyś musi się to stać.

A ponieważ Marina tak bardzo pragnęła spełnienia wszystkich przepowiedni, do głowy jej nie przychodziło, że może być inaczej.

Marina z Potoka była wdową, ale nie za taką chciała uchodzić. Nosiła rozpuszczone włosy albo zaplecione w warkocz, niczym niezamężne panny, i podobnie jak inne uczestniczyła w grach i wróżbach z dziewkami czeladnymi. Wróżby najczęściej wskazywały, że czekają Marinę dziwne i ciekawe wydarzenia, które przyniosą jej pomyślność i szczęście. Nie zamierzała wcale pozostawać w domu, jak to bywało z wdowami, nie zamierzała iść do klasztoru. Raz, że miała pod opieką małego Dominika, dwa, że nigdy nie pomyślała, żeby zamykać się za kratą, zostawiając świat innym.

- Wróżby przecież nie kłamią - mówiła Marina do siebie.

Nie kłamały wówczas, gdy przepowiadały jej zmianę przed laty, dzięki czemu udało się jej wyrwać z Jastrzębic, więc i nie mogą mamić teraz, kiedy tak bardzo jej zależy, żeby znaleźć się w świecie barwnym i pogodnym.

Najważniejsza przepowiednia dotyczyła pana Jordana z Wojcieszowa.

Wszystko to zaczęło się jeszcze zimą, kiedy Marina z Potoka miała wróżebny sen.

Przyśnił się jej pan Jordan, ale w jakże wymowny sposób. Stał, piękny i strojny, na progu swojego dworu w Wojcieszowie, uśmiechał się i gestem zapraszał Marinę, aby weszła do środka. A Marina szła ku niemu w kwietnym wianku na głowie, niby młodziutka dziewczyna.

Rano Marina obudziła się zalana łzami, nie wiedząc, czy są to łzy szczęścia, czy raczej żalu za tym, co mogło się zdarzyć, a nie zdarzyło.

Wtedy dano znać, że przyjechał posłaniec, który pilnie pragnie się z nią zobaczyć. Marina chciała odmówić, bo był wczesny ranek i nawet jeszcze nie zdążyła się całkowicie ubrać, ale wybiegła z izby natychmiast, gdy dowiedziała się, skąd przyjechał. Wiedziała! Wiedziała, że ten sen to znak dla niej!

Posłaniec przywiózł futrzaną narzutkę z popielic.

- Pan Jordan pragnie was prosić o wybaczenie, że inne zajęcia nie pozwoliły mu stawić się w sądzie i świadczyć w waszej sprawie. Mój pan wysłał mnie do was z tym podarunkiem. I kazał powtórzyć, byście nosili na zdrowie. Sam chciał zajechać tutaj, ale dopadła go w drodze choroba i musiał wrócić do domu.

- Choroba? - zaniepokoiła się Marina, której serce biło przyspieszonym rytmem.

Posłaniec nie umiał jednak powiedzieć wiele więcej. Kazano mu odszukać panią Marinę, więc to zrobił, o innych zaś sprawach prawie nic nie wiedział.

Niewiele dodał, choć Marina poświęciła sporo czasu na rozpytywanie. Powiedział tylko, że pan Jordan procesował się z wujem i podobno procesy te przebiegały dla niego korzystnie. Maciej z Rogowa złościł się, krzyczał i tupał nogami, bo sąd nakazał mu zwrócić część majętności należącej do siostrzeńca. Marina cieszyła się w duchu z powodzenia Jordana, ale i martwiła jednocześnie, bo im bardziej pan Maciej przegrywał z siostrzeńcem, tym bardziej chciał wygrać z nią.

Przekonawszy się o sprycie i bezwzględności pana Macieja, była skłonna nawet zapomnieć o napaści, jakiej się wobec niej dopuścił, byle tylko odstąpił od żądania zapłaty za połowę Jastrzębic, czego się uparcie domagał, wykorzystując fakt, że zapłaciła bez świadków. Zaparł się w żywe oczy, a jego bezczelność uderzała w osobę, którą Marina kochała najbardziej na świecie, w małego Dominika.

Posłaniec z Wojcieszowa wspominał też o zarazie. Fala dziwnych zgonów, od których nie było zmiłowania, znowu przeszła przez cały kraj. Nie tak silna wprawdzie, jak to bywało dawniej, ale padali od niej ludzie krzepcy nawet i zupełnie zdrowi. Choroba jednak w żaden sposób nie dotknęła pana Macieja, co Marina uważała za swego rodzaju niesprawiedliwość.

Gotowa była szkodzić panu Maciejowi wszelkimi sposobami, żeby tylko zabezpieczyć byt i przyszłość Dominika.

Niechęć do pana z Rogowa jeszcze bardziej zbliżała ją do pana Jordana. Zaczęła więc od tego, że wyjawiła Dominikowi imię człowieka, którego miał uważać za swojego ojca i który wkrótce miał wrócić ze swojej długiej wyprawy.

- Pan Jordan z Wojcieszowa - oznajmiła Marina.

W obu sprawach podejmowała liczne działania i w obu z dnia na dzień, niemal z godziny na godzinę oczekiwała na wiadomości, które miały położyć kres jej udręce.

Najpewniejsze sposoby zdradziła Marinie pewna stara babka, która mieszkała daleko za Potokiem. W Dolinie były dwie takie, może trzy, wędrujące po lasach, z rzadka pokazujące się w pobliżu siedzib ludzkich, bo tam czekało je niebezpieczeństwo. Trochę znachorki, trochę czarownice, świadczyły czasem tajemne posługi mieszkańcom.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

ŚMIERĆ WILKA

Konrad Wallenrod, wielki mistrz Zakonu Najświętszej Maryi Panny, ani na chwilę nie odzyskał świadomości i całą drogę do stolicy leżał na wozie niczym tobół. W Malborku na powitanie wybiegli powiadomieni dostojnicy, w asyście najwybitniejszych mężów złożono chorego w jego izbie. Wypytywano dokładnie brata Alberta. Ten zaś każdemu odpowiadał tak samo, krótko. Dopiero gdy wezwano go na posiedzenie kapituły, dał się przesłuchać dokładnie.

- Mistrz kazał mi sprawdzić, czy wszystko jest przygotowane do podróży - wyjaśnił. - Poszedłem i wróciłem zaraz, a mistrz leżał już na podłodze bez przytomności. Pobiegłem po wodę, kazałem szukać lekarza. Nie było jednak nikogo, kto mógłby udzielić pomocy.

Kiwali głowami.

- Poraziła go niczym grom jakaś wiadomość, najpewniej ból nad naszymi nieszczęściami - zauważył ktoś.

Zapytano brata von Neuburg.

- Tego dokładnie nie wiem, szlachetni bracia. Poprzedniego dnia mistrz rozkazał, żebyśmy pojechali do Angerburga, chciał osobiście sprawdzić, jak wypełniłem zadanie, które mi powierzył.

- Jakie to zadanie?

- Rozkazał mi pochwycić księcia Janusza Mazowieckiego.

Zaszemrali zdziwieni, bo książę nie był byle kim i można się było spodziewać kłopotów, protestów, listów, próśb, napomnień. Słyszeli już o tym plotki, ale nie chcieli wierzyć.

- Księcia Janusza? A co wy uczyniliście, bracie?

- Pochwyciłem księcia, który jest nieprzyjacielem Zakonu i wedle rozkazów mistrza umieściłem go w dobrze strzeżonym miejscu.

- Tedy jest więźniem Zakonu?

- Tak.

- A co powiedział mistrz, gdy mu o tym zameldowaliście?

- Że tak będzie ze wszystkimi naszymi nieprzyjaciółmi. Że każdy z nich trafi w nasze ręce i każdy poniesie karę lub dostanie nauczkę.

Kiedy brat Albert von Neuburg opuścił salę, gdzie odbywało się posiedzenie kapituły Zakonu, zbliżył się do niego kapelan.

- Jestem gotowy - powiedział.

- Gotowy? Do czego gotowy?

- Chcieliście się pilnie wyspowiadać, bracie.

- Nie teraz - odparł von Neuburg. - Nie czas o tym myśleć teraz, gdy wielki mistrz tak ciężko zachorował.

- Ale kazaliście powiadomić, żebym czekał.

- Rozmyśliłem się - odrzekł brat Albert i ruszył przed siebie, rzucając tylko przez ramię: - Wyspowiadam się, kiedy przyjdzie pora, jak i inni. Nie jestem jeszcze gotowy, księże.

Wielki mistrz Konrad Wallenrod leżał w swojej komnacie bez czucia i przytomności. Trzymała go wysoka gorączka, więc nakazano rzetelne modły w intencji jego wyzdrowienia.

Wezwano najprzedniejszych doktorów, obiecując im sowite wynagrodzenie, jeśli rozpoznają chorobę i zastosują skuteczne lekarstwa.

Gromada świeckich i duchownych mędrców, znawców medycyny, zamawiania oraz rozmaitych sztuczek, pracowała już od kilku dni, przepychając się wzajemnie, kłócąc albo prowadząc długie uczone dysputy. Próbowali najróżniejszych środków i metod, przekonując do nich swoich uczonych kolegów oraz dostojników Zakonu. Ale ich działania nie odnosiły żadnych skutków.

- To złośliwa gorączka - powtarzali.

- Tym bardziej złośliwa, że wzięła się z litewskich bagien, a każdy wie, że nie trudno tam o najgorszą truciznę.

- Nie wiadomo, kiedy mistrz odzyska siły, bo wszystko w rękach Boga. Jeśli ma wyzdrowieć, wyzdrowieje i bez naszej pomocy, ale jeśli...

- Tak? - pan Konrad von Jungingen, podskarbi Zakonu, zacisnął wargi. - Bez waszej pomocy? To za co spodziewacie się zapłaty? Precz stąd, oszuści! Słyszycie? Precz mi i żebym was więcej nie widział!

Cofnęli się od łoża, niepewnie poglądając po sobie.

- To nie tak - próbował usprawiedliwić się najsławniejszy w nich, doktor Marsenius. - Wiadomo, że wszystko jest w rękach Boga. Jednakże nasza sztuka może mistrzowi ująć cierpienia i...

- Precz! - powtórzył brat Konrad, wzmacniając rozkaz gestem ręki. - Siedzieć mi w izbie i czekać na wezwanie. Swoje już zrobiliście. Jeśli mistrz zemrze, każę was powiesić na dziedzińcu, jednego przy drugim.

* * *

Już kilka tygodni książę Janusz Mazowiecki siedział w krzyżackiej niewoli. Brat Albert von Neuburg, który zdradziecko pojmał go w zasadzce koło Złotoryi, zawiózł więźnia do zamku Angerburg nad jeziorem Mamry, gdzie osadzono go w izbie z jednym malutkim okienkiem, zamykanej na mocne drzwi. Izba była celą więzienną, za-opatrzoną tylko w posłanie i ławę, na której stawiano miskę z jedzeniem i dzbanek z wodą. Ponury strażnik, z czerwoną szramą przez całą twarz, który go tutaj zaprowadził, nie powiedział słowa, kiedy książę krzyczał i głośno domagał się sprawiedliwości. Strażnik udawał, że nie rozumie pytań księcia, choć ten zadawał je po niemiecku.

Towarzyszy pana Janusza komtur von Neuburg kazał wypuścić dopiero po kilku dniach. Gdy upewniono się, że cenny jeniec jest bezpieczny, odprowadzono ich do mazowieckiej granicy.

Przez pierwszy dzień książę Janusz krzyczał i walił pięściami w okute drzwi, ale szybko zrozumiał, że jego protest nie odniesie skutku, więc postanowił zaczekać na rozwój wypadków. Wprawdzie nie spodziewał się, żeby ktokolwiek poważył się wejść głęboko w ziemie zakonne i próbował go odbić, ale mógł być pewny, że upomną się o niego wszyscy możni tego świata. I król Jagiełło, i kniaź Witold, i sam papież nawet.

Książę Janusz miał blisko sześćdziesiąt lat i dość doświadczenia, żeby wyśmiać plany Krzyżaków, chcących doprowadzić go do zrzeczenia się księstwa.

- Nigdy nie ustąpię z mojego rodzinnego Mazowsza i nigdy nie odstąpię polskiego króla - oświadczył bratu Albertowi, kiedy ten przyszedł do niego z taką propozycją.

Książę śmiał się, brat von Neuburg był chmurny. Krzyżacy nie wiedzieli, że jedyny syn księcia i jego spadkobierca bezpiecznie przebywa w Krakowie u boku polskiego króla Jagiełły, więc gdyby nawet zmusili starego księcia do podpisania pergaminu, Mazowsze nie utraciłoby pana.

- Tedy Zakon pokaże wam swoją siłę i ukarze waszą hardość - pogroził brat Albert. - Pożałujecie, żeście odrzucili naszą przyjaźń.

Ale brat Albert był tylko komturem w małym zamku i nie on stanowił o polityce Zakonu. Ledwie kilka dni później nadeszły widać nowe rozkazy, bo księcia Janusza przeniesiono do innej izby, wygodniejszej, dano futra do okrycia, zadbano o wyżywienie, przydzielono chłopaka do posług.

Nadal nie mógł się tylko dowiedzieć, co zamierzają z nim zrobić. Kiedy zażądał pióra i inkaustu, żeby napisać skargę do wielkiego mistrza, ponury wartownik wzruszył jedynie ramionami.

Janusz Mazowiecki klęczał właśnie przy modlitwie, zwrócony twarzą do ściany, na której na jego prośbę zawieszono prosty drewniany krzyż.

Mimo dobrego traktowania myślał czasem, że Krzyżacy z zemsty, mogącej wynikać z rozczarowania, poważnie biorą pod uwagę możliwość usunięcia jego osoby, jak usunęli jego przyrodniego brata Henryka, w styczniu tego roku otrutego w Łucku. Próbował odgadywać, co w jego sprawie czynią możni przyjaciele i sojusznicy, ale przede wszystkim dużo modlił się, bo tylko boska pomoc jest zawsze skuteczna.

I pomoc nadeszła któregoś dnia na początku sierpnia.

Drzwi komnaty otworzyły się, ale zamiast strażnika stanął w nich brat Albert von Neuburg.

Książę na widok komtura zaczął głośniej wymawiać słowa "Ojcze Nasz", a dopiero po zakończeniu modlitwy przeżegnał się i wstał.

- Jesteście wolny - oświadczył brat Albert.

Książę Janusz uśmiechnął się z zadowoleniem.

- A nie mówiłem, że robisz błąd, komturze, ważąc się porwać na mnie? Każdy przecież by odgadł, że zaraz pójdą listy i poselstwa, żeby mnie uwolnić. Czy to wielki mistrz nakazał zwrócić mi wolność?

Von Neuburg pokręcił głową.

- To tylko mój rozkaz - odpowiedział. - Ja was uwięziłem, ja was puszczam wolno.

I dodał:

- Wielki mistrz Wallenrod odszedł do Boga.

Wiadomość była zupełnie niespodziewana. Siedzący w niewoli Janusz Mazowiecki nie wiedział o chorobie mistrza Konrada i nie przypuszczał, żeby kara za wydanie haniebnego rozkazu uwięzienia księcia mogła spaść na niego tak szybko.

- Umarł? - pytał teraz zaciekawiony. - Czy dawno?

- Już go pochowano w kaplicy Panny Maryi w Malborku.

- Niechaj mu ziemia będzie lekka - książę Janusz pochylił głowę. - Zły to był człowiek, ale niech sam Bóg osądzi jego czyny. Wieczne odpoczywanie...

- Pomódlcie się - poprosił brat Albert. - Modlitwa na pewno bardzo przyda się panu Wallenrodowi.

Książę spojrzał na komtura zdziwiony. Teraz zobaczył, że brat Albert niewiele przypomina pysznego i butnego wojownika, jakim go widział do niedawna. Był przygaszony i robił wrażenie chorego.

- Mistrz Konrad umarł, nie odzyskując przytomności - powiedział cicho. - Umarł bez świętych sakramentów.

Książę Janusz przeżegnał się niespiesznie.

- Wieczne odpoczywanie... - powtórzył.

Pan von Neuburg złożył ręce na piersiach.

- Zakon potrzebuje odnowy - powiedział bardziej do siebie niż do więźnia. - Pokuty i odnowy. Bóg daje znaki, że trzeba, byśmy poprawili swoje postępowanie. To dlatego wypuszczam was z niewoli, książę. Nie z powodu nacisków królów tego świata czy Ojca Świętego. Z powodu odnowy, jakiej potrzebuje Zakon i jaką zamierzam rozpocząć od siebie samego.

Janusz Mazowiecki zmarszczył brwi.

- Wobec ogromnej liczby grzechów Zakonu dość długo potrwa ta odnowa - mruknął. - Życzę powodzenia, komturze von Neuburg.

KROLEWSKIE ZAJĘCIA

Król Władysław Jagiełło stał u stóp Wzgórza Wawelskiego i z zadartą głową oglądał wyniki trudu mistrzów murarskich, pracujących nad przebudową zamku.

Niepokoje ostatnich lat wyciszały się, ale nigdy dość bezpieczeństwa, więc król wydał rozkaz podwyższenia murów obronnych, rozbudowy oraz wzmocnienia baszt i wież. Kazał także przebudować sam zamek, bo dotychczasowe pomieszczenia wydawały się za ciasne i za skromne na potrzeby rozrastającego się dworu, goszczącego stale mnóstwo ludzi z rozmaitych krajów, książąt, posłów, dostojnych uczonych, artystów. Dwór tętnił życiem, ledwo na noc uspokajał się nieco gwar, rwetes i ruch.

Jagiełło tęsknie poglądał ku Litwie, a i tam zdawało się, że najtrudniejszy okres minął i nadszedł czas pokoju, trzeba więc było zająć się sprawami królestwa. I trzeba było coś zrobić ze skarbami, jakie przed kilku laty przywiózł do Krakowa. Owe legendarne skarby to był warunek, jeden z warunków, uzyskania korony. Król był dojrzały w latach i mądry. Zamiast roztrwonić wszystko na rozrywki, przebudowywał zamek. Dla siebie, dla pani Jadwigi, dla swoich synów, których miał nadzieję jeszcze się doczekać.

Za przykładem króla poszli i inni. Dostojnicy kościelni, biskupi, kanonicy, panowie królestwa kazali na wzgórzu wyburzać stare drewniane i niewygodne domy, a budować nowe, z kamienia i cegły, przestronniejsze, wyższe, wygodne. Wzgórze stało się jednym wielkim placem budowy.

Od strony zamku nadchodził kanclerz Zaklika. Spieszył się, podbiegał, najwyraźniej miał coś ważnego do przekazania. Dojrzał króla w tłumie dworzan i skierował się wprost do niego, z daleka ukłonem prosząc o natychmiastowe posłuchanie. Jagiełło zostawił swoje otoczenie i skinął na kanclerza, aby się zbliżył.

- Mój Zaklika - powiedział, marszcząc brwi. - Po twojej minie widzę, że mnie nie uradujesz. Nie jestem zadowolony, że stale przynosisz mi liche wieści.

Kanclerz skrzywił się z powodu przygany. Jemu też było przykro, że wciąż musi przedstawiać królowi niepomyślne wiadomości.

- Zechciejcie wybaczyć, najjaśniejszy panie - sapał z wysiłku po zejściu z góry. - Zechciejcie wybaczyć, ale to pilne. Przybyli posłowie króla węgierskiego...

Jagiełło machnął ręką.

- Nie dziś - powiedział stanowczo. - Wkrótce ruszam w objazd kraju, więc może w drodze znajdę dla nich nieco czasu.

- Ale Turcy, miłościwy panie! - wołał Zaklika przejęty. - Turcy! Pokonali Bułgarów, a teraz zagrozili Węgrom. Wasz dostojny szwagier, król węgierski Zygmunt, przysłał poselstwo i...

Jagiełło niecierpliwie wzruszył ramionami.

- Chwilowo mam swoje zajęcia - odpowiedział. - Dotyczą mojego królestwa i Litwy. Jeśli znajdę wolną chwilę, posłucham, jak sobie radzą Węgrzy. Czy nie planowałeś udać się ze mną do Wielkopolski? Bardzo dobrze. Pogadamy po drodze. Także i o Węgrach.

Kanclerz uległ.

- Skoro tak sobie życzycie, miłościwy panie. Ale jest coś jeszcze...

Jagiełło westchnął ciężko.

- Mój Zaklika - powiedział z naganą. - Panowie zapewniali mnie, że jeśli uczynię cię kanclerzem, będę miał wiele spraw ułatwionych. A tymczasem nie ma dnia, żebyś nie przychodził do mnie z czymś, co sam powinieneś załatwić.

- Robię, co mogę, najjaśniejszy panie. Ale przecież gdy chodzi o księcia Janusza Mazowieckiego...

Ton króla zmienił się natychmiast.

- Co z nim?

- Pojmany przez Krzyżaków.

- Co takiego?!

- Jak słyszeliście, miłościwy panie. Właśnie przybył goniec i dlatego ośmieliłem się przerwać wasze zajęcia.

Wiadomość była tak nieoczekiwana, że król Jagiełło natychmiast zmienił swoje plany.

- Wracajmy na zamek - polecił. - A ty, Zaklika, nie trać czasu i opowiadaj, co o tym wiadomo.

- Przyjechał Rudolf z Landsbergu, dowódca załogi zamku w Złotoryi. Księcia Janusza pojmano w drodze do grodu. Wedle świadków tego haniebnego wydarzenia książę jest żywy, choć pobito ludzi, co stanęli w jego obronie. Pan Rudolf twierdzi, że nie była to samowola, ale raczej rozkaz kogoś wysoko postawionego w Zakonie, może nawet samego mistrza. Wyraźnie był rozkaz, żeby księcia brać żywcem.

- Chwała Bogu, że nie posunęli się do gorszej zbrodni - westchnął Jagiełło, gestem wzywając pachołka, by przyprowadził królewskiego konia, żeby monarcha nie musiał osobiście wdrapywać się stromą drogą na Wawel.

- A syn księcia? - zapytał.

- Jeszcze nic nie wie. Kazałem go wezwać, ale chciałem byście sami rozstrzygnęli, czy i co mu powiedzieć.

- Dobrze - pochwalił król.

Konno piął się na Wawel, mając u boku jedynie kanclerza i tylko z nim ruszył do komnaty, gdzie zamierzał przyjąć posłańca z Mazowsza. W wielkiej pustej sali pracowali jeszcze stolarze, których teraz kanclerz wyprawił za drzwi. Monarcha przysiadł właśnie na ławie, kiedy przez straże przedarł się ku niemu jedenastoletni chłopak, jasnowłosy, przejęty i przestraszony.

- Czy to prawda, najjaśniejszy panie? - wołał od progu. - Czy to prawda, że mojego ojca schwytano w niewolę i nawet nie wiadomo, czy żyje?

Król Jagiełło z naganą spojrzał na kanclerza.

- Nikt jeszcze nie wie... - przedrzeźniał. - Nikomu nie mówiłem...

- Nie mówiłem, miłościwy panie - zaklinał się kanclerz. - To ten posłaniec musiał wszystko wypaplać.

- Pewnie, pewnie - król był mocno niezadowolony. - Tak czy inaczej, chyba będziemy musieli poważnie porozmawiać, mój Zaklika.

Po czym zwrócił się do chłopaka, który przyklęknął przed ławą.

- Siadaj, chłopcze - polecił, klepaniem wskazując miejsce obok siebie. - Siadaj, słuchaj i ucz się. A nie płacz czasem, choćby nie wiem, co się zdarzyło. Łzy nie przystoją władcy, jak i nie powinien on objawiać wszystkim swoich uczuć i myśli.

Chłopak otarł twarz wierzchem dłoni.

- No, znacznie lepiej - uśmiechnął się Jagiełło. - Poproś posłańca, panie Zaklika.

Rudolf z Landsbergu wszedł tylko nieco otrzepany z kurzu drogi, z wyraźnymi smugami brudu na czerstwej twarzy, nisko kłaniając się przed majestatem.

- Wybaczcie, najjaśniejszy panie, że przynoszę niedobre wieści.

- Do rzeczy - przykazał król.

- Krzyżacy pojmali mojego pana, księcia mazowieckiego Janusza i uwieźli go w nieznanym kierunku.

- Czy to pewne?

- Niestety, to najpewniejsze, najjaśniejszy panie. Pozwólcie, żebym przedstawił wszelkie okoliczności tego nieszczęścia.

- Przedstawcie - skinął monarcha. - Zważajcie tylko, że siedzi tu obok mnie jego jedyny syn.

Książę Janusz, syn księcia Janusza, przygryzł wargi i zacisnął pięści, gestem głowy odpowiadając na ukłon rycerza.

- Wszystko w porządku, miłościwy wuju - zapewnił z godnością dorosłego. -Wysłuchamy wszystkiego w spokoju.

Chwilę później jednak, kiedy poznano już szczegóły porwania, a posłańca odprawiono, żeby odpoczął, Janusz młodszy rozpłakał się otwarcie.

- Ja proszę, Wasza Królewska Mość! Błagam was o pomoc dla mojego ojca!

Jagiełło łagodnie pogłaskał chłopca po głowie.

- Zrobimy wszystko, co do nas należy - zapewnił. - Natychmiast wyślemy listy z żądaniami do wielkiego mistrza Wallenroda i natychmiast powiadomimy wszystkich naszych krewnych, przyjaciół i wasali, żeby wystąpili z podobnymi listami w swoim imieniu. Uczynię też kilka innych potrzebnych działań, o których teraz nie mogę ci powiedzieć.

- Co to znaczy, Wasza Królewska Mość? Czy to pomoże mojemu ojcu?

- Nie wiemy, co może pomóc, ale musimy spróbować wszystkiego.

A potem, choć byli sami w komnacie, przyciszył głos i zapytał:

- Czy potrafisz dochować tajemnicy, chłopcze?

- Tak, miłościwy wuju. Jeśli zechcecie mi coś powierzyć, będę milczał jak grób.

- Rządzenie księstwem czy królestwem jest trudną sztuką. Trzeba się jej długo uczyć. Wszyscy mówią, że jesteś pojętny, a i sam to zauważyłem. Teraz przyszedł na ciebie czas próby i musisz wyjść z niej zwycięsko. Właśnie jak dorosły, odpowiedzialny rycerz i człowiek. Patrz więc i ucz się.

- Tak, miłościwy wuju.

- W rządzeniu trzeba czasem sięgnąć do sposobów tajnych, skrytych, znanych mało komu. Służą do tego ludzie, których nazywamy szpiegami. Bardzo dobrych szpiegów mają Krzyżacy, choć powiada się, że nie ma lepszych od tych, jakimi dysponuje turecki sułtan. Ale i ja mam swoich ludzi, którzy donoszą mi o tym, co dzieje się na ziemiach zakonnych. To od nich dowiemy się więcej o losie twojego ojca. I przysięgam ci, chłopcze, że nakażę im, aby w sprawie twojego rodzica mieli jak największe staranie.

Janusz rozpłakał się znowu.

- A jeśli będzie za późno? - zapytał z niepokojem. - Jeśli mojego ojca zgładzono w tajemnicy albo otruto jak księcia Henryka?

Król pokręcił głową.

- Nie, mój mały - rzekł z przekonaniem. - Tak się na pewno nie stało. Nie można wykluczyć zbrodniczych zamiarów krzyżackich, ale nie sądzę, żeby miały się już teraz spełnić.

- Ale skąd to wiecie, najjaśniejszy panie? Niczego takiego nie powiedział ów rycerz Rudolf, posłaniec ze Złotoryi. Czy przybył także jaki inny goniec?

- Nie, chłopcze. To coś, co podpowiada mi mój rozum. Myślę, że gdyby napastnicy chcieli zgładzić księcia, zrobiliby to już na miejscu zasadzki. A wtedy ja i być może inni jego krewni powiedlibyśmy wielką wyprawę przeciw Zakonowi. Bo choć państwo krzyżackie jest duże i silne, nie dałoby pewnie rady wszystkim naraz. I oni dobrze o tym wiedzą. Nie pokonali Litwy, nie pokonaliby wojsk moich, mazowieckich, litewskich, ruskich i innych. Więc jestem spokojny o życie twojego ojca. Natomiast owi zbóje, co go napadli na drodze, nie zrobili tego dla zabawy ani dla małego zarobku. Prawdopodobnie liczą na coś więcej. Może chcą, aby zrzekł się księstwa.

- Mój ojciec nigdy tego nie zrobi! - żarliwie zapewnił Janusz.

- Też tak myślę. Książę jest w trudnej sytuacji, ale i jednocześnie w łatwej. Nie może oddać władzy, bo przecież jesteś ty jeszcze i gdyby Mazowsze chcieli zająć Krzyżacy, udzieliłbym ci pomocy. Twój ojciec nie może też wyrzec się przyjaźni ze mną i przejść na sojusz z Krzyżakami, dokładnie z tego samego powodu. Ten powód to ty.

- Z mojego powodu? - zdziwił się Janusz. - Co to znaczy?

- Bo jesteś moim umiłowanym gościem - uśmiechnął się Jagiełło. - I moim zakładnikiem, mój chłopcze.

- Zakładnikiem?

- A jakże. Przynajmniej tak to wygląda z krzyżackiej strony. Zatem nie obawiajmy się o życie twojego ojca, a pomyślmy, jak mu można dopomóc.

Zaraz po rozmowie z młodym księciem mazowieckim Jagiełło polecił wezwać kilku panów na pilną naradę i trwała ona aż do końca tego dnia.

Król był bardzo zmartwiony. Odżyły podejrzenia, głośne przed kilkoma miesiącami. Ledwo pół roku wcześniej zginął otruty książę Henryk, przyrodni brat księcia Janusza. Snuto domysły, że mogła to zrobić jego świeżo poślubiona małżonka, litewska księżniczka Anna Ryngałła, ale powszechnie o zbrodnię oskarżano Krzyżaków. Henryk był bowiem zwolennikiem polskiego króla i to on wywiódł w pole dostoj-ników krzyżackich. Sprytnie przedarł się w czas wojenny przez ich ziemie i doprowadził do pogodzenia się księcia litewskiego Witolda z królem polskim, co zaowocowało porozumieniem wymierzonym przeciw Zakonowi. Czy zatem nie mieli oni powodów, żeby usunąć księcia Henryka? A jeśli posunęli się do zbrodni w tym przypadku, czy nie są zdolni pójść dalej i próbować usunąć kolejnego księcia mazowieckiego?

Całe szczęście, że jedyny syn Janusza przebywał pod królewską opieką na Wawelu.

- Krzyżacy rozpuszczają wieści, że pojmą każdego z przyjaciół króla polskiego i litewskiego księcia Witolda - przedstawiał królewskiej radzie wieści kanclerz Zaklika. - Ogłaszają, że ich nie wypuszczą, aż dostojni jeńcy nie poprzysięgną sojuszu z Zakonem. Trzeba nam zatem rady, jak postąpić w tej sytuacji.

Król Jagiełło milczał, gdy bliscy mu panowie żywo zastanawiali się, jak należy skutecznie działać i co mają podpowiedzieć władcy.

Jedni radzili układy, pisma i obietnice wysokiego okupu, inni zaś proponowali zbrojnie najechać ziemie zakonne i w ten sposób zmusić Krzyżaków do wydania księcia Janusza.

- Trzeba szybko pisać listy - podpowiadał wojewoda Spytek z Melsztyna. - Do wszystkich. Do krzyżackiego mistrza i kapituły, do królów i książąt, i prosić ich o wstawiennictwo. Ten gwałt musi się odbić echem w całym chrześcijańskim świecie. Panowie zakonni nie ważą się na zbrodnię na oczach wszystkich. A my zyskamy na czasie.

Teraz dopiero przemówił król Jagiełło.

- Od tego właśnie zaczniemy. I poproszę najjaśniejszą panią, żeby napisała stosowny list do Ojca Świętego.

Dał znak, że naradę uważa za zakończoną i panowie odchodzili, kłaniając się nisko. Pozostał tylko kanclerz, siedzący u królewskiego boku z zasępioną twarzą.

- Mój Zaklika - westchnął król. - Trzeba, żebyś dokładnie pouczył swoich szpiegów. Musimy wiedzieć, jaki jest los księcia. Gdzie go trzymają, kto go pilnuje i tak dalej. Sam wiesz najlepiej.

- Oczywiście, miłościwy panie - podniósł się kanclerz. - Zdobycie tych informacji będzie wymagało czasu i wysiłku, więc pozwólcie, że i ja odejdę.

- Czy po drodze możesz uprzedzić najjaśniejszą panią, że pragnę z nią mówić bez zwłoki?

- Tak, miłościwy panie. Sądzę, że o tej porze znajdziemy ją w skryptorium.

W skryptorium było zimno, chłód ciągnął od nowo wybudowanych murów, a nie istniało tu żadne ogrzewanie. Od czasu do czasu któryś z kopistów wstawał ze stołka, robił po izbie kilka kroków, rozgrzewając ramiona, albo tarł zgrabiałe palce.

W pomieszczeniu były dwa wąskie i wysokie okna. Po obu stronach pierwszego stały po dwa drewniane pulpity, przy których pracowali kopiści zwani katedralisami. Przy drugim oknie znajdowały się dwa inne, nieco większe pulpity. Jeden zajmował mistrz Piotr, młody jeszcze, ale zdolny iluminator, malujący piękne obrazy w księgach i cieszący się szczególnymi względami królowej. Drugi zajmowała sama pani Jadwiga, która z ciekawością oglądała niedawno wykonaną pracę i szeptem wymieniała uwagi z siedzącą obok niewiastą.

- Miałeś rację, mistrzu - powiedziała teraz, podnosząc głowę znad księgi. - Warto było poczekać na zakończenie dzieła. Wykonałeś wspaniałą robotę.

Iluminator z zadowoleniem zatarł ręce, których końce palców pobrudzone były jeszcze farbami. Właśnie rano skończył ilustrowanie księgi i wreszcie mógł powiadomić królową, która od tygodni oczekiwała na zakończenie pracy.

W przykatedralnym skryptorium szykowano księgi dla nowych kościołów na Litwie, która świeżo ochrzczona - wykazywała w tej dziedzinie ogromne potrzeby, więc pisarze mieli wiele roboty i pracowali od świtu aż do zmierzchu.

Pani Jadwiga szczególną uwagę przykładała do księgi, mającej zawierać Pismo Święte. Przeznaczyła ją dla nowej katedry w Wilnie, musiała zatem być nie tylko pożyteczna, ale i piękna. Królowa życzyła sobie, żeby w księdze, poza ozdobnikami, znalazło się wiele pouczających obrazów.

Po licznych rozmowach i ustaleniach, katedralisi mogli przystąpić do dzieła, a kierujący nimi Świętosław pobrał z kasy królowej dziesięć grzywien zaliczki na niezbędne materiały, przybory i przyrządy.

Po namyśle mistrz Świętosław wybrał dość drogi pergamin sprowadzony z Włoch, starannie oglądając go ze wszystkich stron i pod światło. Potem obliczył wielkość planowanej księgi i wedle tej miary przyciął płaty pergaminu na arkusze.

Kopista Iwo pracowicie oznaczył kolejne kartki i cieniutkim ołowianym rysikiem wyznaczył na nich linie, poziome i pionowe. Dopiero wtedy mógł zabrać się do pracy kopista Jan. Ten pięknym, ozdobnym pismem zapełniał pergaminowe karty, w dwóch kolumnach, po łacinie i po polsku. W niektórych miejscach tekstu, czasem u góry lub u dołu strony, a czasem z boku, zostawiał wolne miejsca - na inicjały, ozdobniki, tabele i rysunki.

Potem przyszedł czas na mistrza Piotra. Iluminator uzupełniał księgę obrazami, po kolei, karta po karcie. Malował inicjały zaczynające rozdziały lub części dzieła, kreślił ramki, które potem wypełniał rysunkami liści, listków, gałązek. Malował też całe sceny, przedstawiające porządek świata, tego który widział wokoło i tego, który był dla człowieka niewidzialny, bo stanowił mieszkanie samego Boga.

W ciągu trwającej kilka miesięcy pracy mistrz Świętosław musiał się wprost oganiać przed ciekawskimi i podglądaczami, prałatami i kanonikami z katedry, przed dostojnymi panami królestwa, a najbardziej przed kopistami i notariuszami pracującymi dla miasta Krakowa, którzy używali wszelkich wybiegów, żeby choć trochę podejrzeć sposób i metody pracy. Świętosław bacznie strzegł tajemnic skryptorium, nikomu nie mówiąc więcej, niż było to niezbędne, a już zupełnie nikogo nie dopuszczał do iluminatora.

Inni katedralisi pracowali nad przepisywaniem kolejnych ksiąg, a mistrz Piotr swojego zadania pozornie jeszcze nie zaczął. Chodził, mruczał, zastanawiał się, obliczał. Aż wreszcie siadł do pracy, a wtedy nie sposób już go było od niej oderwać.

Przygotowywał farby, rozrabiał je, mieszał i doprawiał, a potem nanosił pędzelkiem, piórem, patyczkami. Lubił kolory wyraziste, czerwień, błękit, zieleń i złoto, do tych ostatnich używając prawdziwego kruszcu, bo księga miała być doskonale piękna.

Stosował przy tym najdziwaczniejsze wykręty, żeby nikomu nie zdradzić treści planowanych malunków i nie chciał ich pokazać nawet królowej. Tak bronił przed czyimkolwiek okiem niewykończonych jeszcze obrazów, że naraził się pani Jadwidze i ostatni tydzień katedralisi musieli obywać się bez przysługującego im piwa.

Kiedy jednak królowa ujrzała dzieło w całej okazałości, aż dech jej zaparło z wrażenia, pochwaliła mistrza Piotra i natychmiast odwołała zakaz codziennego podawania napoju.

- Zobacz, zobacz! - wołała teraz z podziwem do towarzyszącej jej niewiasty. - Zobacz tylko, jak postarał się mistrz Piotr!

Hedwiga, żona Mikołaja z Lipowej, pochylała głowę zadziwiona, bo i ona nie mogła znaleźć słów zachwytu nad mistrzostwem iluminatora.

Zgodnie z życzeniem monarchini w księdze znalazło się wiele obrazów przedstawiających osoby i całe sceny ze Starego i Nowego Testamentu.

Oto Trzej Królowie oddają pokłon Dzieciątku z Nazaretu. W bogatych szatach, koronach na głowach, a jeden jest czarny jak noc.

Oto Abraham składać będzie ofiarę ze swego syna Izaaka. Widać, jak sznury krępują dziecko, jak błyszczy wzniesiony nóż proroka, a z chmur wychyla się w rozkazującym geście Boża Ręka, która w ostatniej chwili powstrzyma morderczy cios.

Oto gęsta i bujna zieleń Raju, gdzie w idealnej harmonii i pokoju leżą obok siebie grzywiasty lew z groźnie wyszczerzonymi kłami i mały bezbronny baranek.

Oto czerń piekielnej otchłani i czerwień piekielnego ognia, a okropne rogate diabły widłami wpychają grzeszników do kotła, gdzie kipi czarna smoła.

Oto cyprysowa sala w pałacu króla Salomona, zdobiona herbami. Biały orzeł na czerwonej tarczy to herb polskiego królestwa, jeździec zaś w pędzie ze wzniesionym mieczem to herb Litwy. Salomon, rozsądzający właśnie jakiś trudny spór, ma rysy króla Jagiełły, a siedząca obok pani ze złotymi włosami, to królowa Jadwiga.

Oto stołeczny Kraków. Oto królewski Wawel z jego katedrą i zamkiem.

Oto błękit nieba nad zielonym gajem i łąką. Po łące chodzą owce i pasterz w burej opończy. Pasterz ma w ręku kij, a twarz samego mistrza Piotra...

Królowa zagłębiła się w łaciński tekst, wodząc palcem po kolejnych linijkach. Odczytywała je cicho, a czasem pomagała jej w czytaniu Hedwiga, żona Mikołaja.

Nie zauważyły, gdy do skryptorium wszedł król. Stanął obok, z uszanowania nie chcąc przerywać tak zbożnej czynności. Sam czytać nie umiał, ale cenił bardzo tę sztukę i z osobistej szkatuły finansował księgi liturgiczne dla nowych kościołów.

Pani Jadwiga zobaczyła małżonka, oderwała się od czytania, wstała zza pulpitu i lekko skłoniła głowę. Na jej twarzy nadal widniał piękny, rozmarzony uśmiech, jaki wywołała w niej lektura.

- Najjaśniejszy panie?

- Wybaczcie, szlachetna pani, że przerywam czynność tak piękną - powiedział Jagiełło, oddając ukłon.

- Przeglądam właśnie Pismo Święte, jakie dla naszej wileńskiej katedry przygotowano - wyjaśniła. - Zechciejcie zerknąć, miłościwy panie, i sami ocenić, jak wielkich mistrzów macie na swoim dworze.

Król pochylił się nad obrazkami w księdze i z uznaniem pokiwał głową.

- Piękna rzecz - przytaknął. - Naprawdę piękna rzecz. Rozumiem, że księga już skończona. Kiedy zostanie oprawiona? Bo jeśli niedługo, to będzie chyba można posłać ją do Wilna wcześniej, niż planowaliście. Właśnie szykuję poselstwo na Litwę.

Jadwiga zmarszczyła brwi. Król był skryty, małomówny, ale widać było, że trapi go jakaś poważna sprawa.

- Zdarzyło się coś, o czym winniście wiedzieć - rzekł, znacząco patrząc na Hedwigę.

Ta zamierzała się usunąć, ale królowa dała jej gestem znak, żeby została na miejscu.

- Nie mam tajemnic przed Hedwigą - wyjaśniła. - Jest mi bliską przyjaciółką.

Król uśmiechnął się do pani z Lipowej.

- Tedy mi przykro, że muszę zasmucić was obie - powiedział. - Ale zaszło coś ważnego. Przyszedłem prosić o pomoc, najjaśniejsza pani.

Po rozmowie z królem pani Jadwiga była bardzo wzburzona.

- Aż trudno uwierzyć w czyn tak haniebny - mówiła do Hedwigi, kiedy znalazły się w komnatach królowej. - Trudno uwierzyć, żeby to panowie zakonni ośmielili się podnieść rękę na księcia mazowieckiego, jak twierdzi mój małżonek. Przecież dopiero zapewniali o swoim dla mnie szacunku.

Hedwiga nie miała takich wątpliwości.

- Żądza władzy często prowadzi do niegodziwości - zauważyła. - Nie każdy jest taki dobry i sprawiedliwy jak wy, miłościwa pani. A Krzyżacy dobrze wiedzą, że mają w was obrońcę. Trzeba jednak napisać listy, do wielkiego mistrza i do Ojca Świętego. Ktokolwiek porwał księcia, może przelęknie się ich gniewu.

Przygotowała już papier i przybory do pisania.

- Nie trzeba wołać sekretarza, miłościwa pani. Sama napiszę, co każecie.

Pani Jadwiga uśmiechnęła się.

- Zawsze jesteś przy mnie, kiedy nadchodzą złe czasy - westchnęła. - Bardzo mi ciebie brakuje, Hedwigo.

- Och, najjaśniejsza pani - zawstydziła się Hedwiga. - Macie przecież wokoło siebie tak wiele znakomitych panien, dam i niewiast, że naprawdę...

- Wiele - zgodziła się monarchini. - Ale ciebie nie mam. Wiesz, często wspominam tamte czasy, gdy obie byłyśmy nieomal dziećmi i gdy wydawało się, że wszystko jest dopiero przed nami...

Potem opanowała się, uśmiechnęła łagodnie, uśmiechem pełnym serdeczności i smutku, tak dobrze znanym Hedwidze.

- Niczego nie żałuję - powiedziała. - Czyż nie obiecałam sobie dawno temu, że niczego nie będę żałować?

Hedwiga, żona Mikołaja, już od kilku tygodni przebywała na Wawelu, a wciąż miała wrażenie, że się dopiero rozstały, że nie upłynęły lata od czasu, kiedy była dworką młodziutkiej królowej. Pani Jadwiga jak kiedyś, gdy przed obiema dopiero otwierało się życie, zwierzała się jej z najtajniejszych myśli i uczuć.

Kiedy się spotkały po okresie niewidzenia, królowa długo trzymała Hedwigę w ramionach. Pani z Lipowej nawet nie zdążyła się ukłonić, gdy monarchini chwyciła ją w objęcia i bardzo długo nie chciała wypuścić. A potem całymi dniami rozmawiały tylko we dwie, bo musiały sobie opowiedzieć szczegółowo tych siedem lat swojego życia.

Teraz Hedwiga pomyślała o młodym, pięknym księciu Wilhelmie, który o włos ledwie nie został mężem pani Jadwigi, i westchnęła cicho.

- Dokonałam wyboru - przypomniała spokojnie królowa. - Dokonałam go i do nikogo nie mam żalu. Nie można mieć żalu o los, jakim obdarzył nas Stwórca. Trzeba przyjmować go takim, jaki jest.

- Zatem napiszmy te listy - przypomniała Hedwiga.

- Napiszmy - uśmiechnęła się królowa. - Jeśli szybko napiszemy, zostanie nam jeszcze dziś nieco czasu, żeby popracować przy owym ornacie, co go obiecałam ojcom z Jasnej Góry. Kiedy zaś będzie gotowy, pojedziemy do Najświętszej Panny prosić o potomstwo dla mnie. Skoro była łaskawa dla ciebie, może i mnie nie odmówi...

ŻÓŁTE MLECZE

Czerwiec 1393

Na wysokim, lewym brzegu Narwi, na wprost miejsca, gdzie od wschodu wpadały do niej wody rzeki Supraśl, był gród Złotoryja, mający strzec tej części Mazowsza. Kończono przy nim prace, wzmacniając ziemne wały zwieńczone częstokołem.

Widać stąd było całą okolicę, dość płaską, słabo zalesioną, polną i podmokłą. Rudolf z Lansbergu, Niemiec w służbie księcia mazowieckiego Janusza, w koszuli tylko i w portkach, z brzozową witką w ręku, dwoił się i troił, poganiając robotników. Lada chwila spodziewał się księcia, który osobiście chciał zobaczyć postęp prac.

U stóp grodu, wzdłuż rzeki, po obu stronach drogi, leżała niewielka osada. Pędzono nią właśnie ku grodzkiej bramie małe stado bydła. Rudolf, mężczyzna niski, barczysty, z rudą brodą i bladymi oczami, zatrzymał się i przyglądał nadchodzącym. Wcale się nie spieszyli w ten skwarny dzień. A tyle jeszcze zostało do zrobienia.

- Już ja ich pospieszę! - mruknął do siebie i gestem przywołał pomocnika.

- Gotowe - oświadczył tamten. - Komnata przysposobiona jak należy, książę może zjechać choćby i zaraz.

Rudolf pokiwał głową, ale nie był zadowolony. Księciu łatwo było rozkazywać, choć nie wyłożył dość pieniędzy. Ludzie pracowali leniwie, stale należało popędzać, a postęp robót nie był taki, jak oczekiwał. Drzewo ściągano z daleka, dobrze, że chociaż kamieni w pobliżu nie brakowało.

O milę na północ od Złotoryi, na skraju zagajnika, za którym rozpościerała się rozległa łąka, cała pokryta jaskrawożółtymi mleczami, kto inny także z wielką niecierpliwością wypatrywał księcia mazowieckiego.

Kilkanaście koni stało pomiędzy drzewami, jeźdźcy zaś leżeli w zaroślach, znużeni długim czekaniem. Tylko jeden człowiek czuwał na skraju łąki, z natężeniem wpatrując się w pobliską drogę.

Miał na sobie zniszczony podróżny strój i gdyby nie miecz przy boku, nikt nie rozpoznałby w młodym mężczyźnie sławnego z dzielności Alberta von Neuburg, brata Zakonu Najświętszej Maryi Panny.

Stał oparty o drzewo, przesuwając palcami lewej ręki paciorki drewnianego różańca i poruszając ustami, odmawiał modlitwy.

Drugi już dzień czekali w zaroślach niczym wilki na zdobycz. Ludzie milczeli, bo nakazał im milczenie pod najsurowszą karą. Bali się spotkania z jakim oddziałem zbrojnym lub kimkolwiek z miejscowych, kto mógłby odkryć ich obecność w okolicy i w ten sposób uniemożliwić przeprowadzenie zasadzki. Na razie jednak los sprzyjał. Nie spotkali nikogo, więc nie spodziewali się, żeby w grodzie wiedziano o ich obecności.

Von Neuburg skończył dziesiątkę różańca, przeżegnał się i przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien zacząć następnej. Ale porzucił tę myśl, bo daleko w perspektywie drogi dostrzegł kurzawę i od razu wiedział, że oczekiwanie dobiegło końca.

Jakiś czas jeszcze patrzył przed siebie, żeby się upewnić. Ku grodowi podążało spiesznie kilku jeźdźców.

Brat Albert oderwał się od drzewa, schował różaniec w zanadrze i zawołał ku swoim:

- Wstawać!

Poznali po głosie, że chwila nadeszła, więc bez ociągania porwali się z trawy, chwytając broń i dosiadając wierzchowców. W pełnej gotowości czekali na rozkazy. Von Neuburg wsiadł na swojego konia i mając przy boku giermka, wyjechał ku skrajowi zagajnika.

- Nie wychylać się bez pozwolenia! - nakazał.

Nadjeżdżający byli już o pięćset kroków. Von Neuburg uważnie lustrował mały oddział. Tylko trzech miało ze sobą kopie i na tych trzeba było uważać, pozostałych kilku da się łatwo pokonać.

Ośmiu jeźdźców. Ten na przedzie, bez zbroi i kopii, to niewątpliwie książę Janusz Mazowiecki. Jeszcze tylko dwieście kroków i dojadą do zagajnika.

Brat Albert odwrócił się i dał ręką znak, żeby jego żołnierze rozdzielili się na dwie grupy, jak było wcześniej umówione. Ci zaś, znudzeni długą bezczynnością, aż się rwali do roboty i już wypełniali rozkazy, nie czekając na słowne wyjaśnienia.

Skinął ręką, by strzelcy, których miał tu kilku, wyszli nieco do przodu. Stanęli w rzędzie z przygotowanymi kuszami i wystrzelili prawie jednocześnie.

Niby grom uderzył w nadjeżdżających. Zakotłowało się na przedzie, oddział zatrzymał się gwałtownie, jakby trafił na niewidzialną ścianę. Ktoś padł z siodła, pod innym zwalił się koń, ktoś gwałtownie ściągnął wodze, a jadący za nim nie zdążył wyhamować i wpadł na poprzednika.

- Żywcem brać! - krzyknął brat Albert.

Wyskoczyli z lasu, otoczyli, rzucili sznurami, a dwaj jeźdźcy z przygotowaną siecią podjechali do księcia niczym podczas jakiejś zabawy. Nie zdążył nawet wyjąć broni, zajęty próbą opanowania konia i zaraz obaj zwalili się na ziemię.

Nie padło ani jedno słowo, a już było po walce. Dwóch jeźdźców nie dawało znaku życia, inni leżeli już z więzami na rękach, a von Neuburg zatrzymał konia tuż przy sieci, w której plątał się stary książę.

Kilka razy omawiali plan ataku, więc wszystko poszło bardzo sprawnie. Odprowadzono pojmanych do zagajnika, gdzie zaniesiono także poległych. Tylko na drodze pozostały głębokie ślady końskich kopyt, które strzelcy zacierali teraz gałęziami.

Księcia Janusza wyplątano z sieci, ale wcześniej, choć wrzący z wściekłości, zorientował się, że pułapka była zastawiona bardzo szczelnie.

- Nie wiecie, ktom jest! - krzyczał, próbując wyrwać się z rąk żołnierzy. - Głową zapłacicie za tę zbrodnię. Nie wiecie, na kogo się poważyliście!

Albert von Neuburg zszedł z konia, zbliżył się i ukłonił.

- Przeciwnie - powiedział po polsku. - Dobrze wiemy, kim jesteście, szlachetny książę.

- Wiedzieliście i podnieśliście na mnie rękę na mojej własnej ziemi?

Był oburzony, niemal wściekły.

- Wy kto? - zapytał. - Bo to chyba z waszego rozkazania dokonano tego bestialskiego napadu?

- Jestem brat Albert von Neuburg.

- Brat? Brat zakonny? Krzyżak?

- Brat Zakonu Najświętszej Maryi Panny. Bo w mocy Zakonu się znaleźliście, szlachetny książę.

- To moja ziemia, nie zakonna - przypomniał Janusz. - A was za ten napad gardłem będą karać. Natychmiast dowie się o tym wielki mistrz i...

- Wybaczcie - von Neuburg nie pozwolił dokończyć. - Będzie lepiej, jeśli od razu wyjaśnimy sobie wszystko. Nie ma potrzeby, byście mnie straszyli wielkim mistrzem, bo to za jego zgodą czekałem tutaj na was.

- Mistrz dał pozwolenie na czyn tak haniebny? To rzecz niesłychana! Choć po zbrodniczym Konradzie nie mogłem spodziewać się niczego innego.

Książę ochłonął już nieco i wiedział, że sprawa przedstawia się poważnie. Stosunki Mazowsza z Krzyżakami nie układały się najlepiej. Pogranicze wciąż stało w ogniu, a książę wspierał zbrojnie działania wojenne króla Jagiełły. I choć wielki mistrz co i raz zapewniał księcia o swojej przyjaźni, nic nie robił, żeby ukrócić zbrojne napady na mazowiecką ziemię.

- Czego chcecie wy i wasz mistrz? - zapytał.

- Dowiecie się - von Neuburg niespiesznie rozglądał się po swoich, którzy dokładnie powiązali już pojmanych i rzucili ich jednego obok drugiego na trawę.

- Okupu?

- Dowiecie się - powtórzył.

Potem zapewnił o swoim poważaniu i o tym, że tak dostojny jeniec będzie traktowany z należytym szacunkiem.

Książę Janusz splunął z pogardą.

- Dobij mnie, zbrodniarzu! - wycedził przez zęby. - Dobij mnie, tylko wcześniej nie zapomnij związać, ty tchórzu!

Von Neuburg pokręcił głową.

- Nie każę was wiązać, szlachetny panie. Nie ośmieliłbym się tego uczynić. Ale chyba widzicie, że jesteście w naszej mocy i na nic nie zda się jakikolwiek opór. Obiecajcie tedy, że na jakiś czas pogodzicie się z dolą jeńca, a zapewniam, niczego wam nie zabraknie.

Książę splunął powtórnie.

- Nigdy w życiu! - rzucił z mocą. - Nie daj Bóg, żebym obiecał ci cokolwiek poza śmiercią w męczarniach. Nie może taka sprawa pozostać bez zemsty, tak ludzkiej, jak i boskiej.

Brat Albert zacisnął usta.

- Próbowałem po dobroci - powiedział groźnie. - Teraz uprzedzam, byście zachowywali się jak na rycerza przystało. Przybyliśmy tutaj z zadaniem, które wypełniliśmy w połowie. I przysięgam wam, że drugą połowę też wypełnimy. A druga połowa to dostawić was w bezpieczne miejsce. Szlachetny wielki mistrz rozstrzygnie o waszym losie. Przysięgałem, że was dostarczę, żywego albo tylko waszego trupa. Mnie wszystko jedno, bo tak czy inaczej jesteście wrogiem Zakonu, a już najmniej człowiekiem nieżyczliwym, choć tyle was spotkało od nas dobroci i dowodów przyjaźni.

Było coś w głosie brata zakonnego, co kazało księciu zastanowić się nad dalszym postępowaniem. Von Neuburg robił wrażenie człowieka zdecydowanego na wszystko, gotowego do każdej podłości.

- Cóż dalej? - zapytał książę. - A moi ludzie?

- Ich także weźmiemy z sobą, choć nie o nich nam chodzi. Gdyby nie to, że mogliby wezwać pomoc, już teraz puścilibyśmy wszystkich wolno. Musimy ich jednak ciągnąć ze sobą, ale może zwolnimy gdzie po drodze. Wy jesteście naszym celem.

Książę usiadł, rękami podpierając siwą głowę.

- Jesteście młody, bracie von Neuburg - powiedział po chwili. - Nie wiecie, jak bywało dawniej i jak powinno być między rycerskimi ludźmi. Ale się dowiecie. Tymczasem nie straszcie mnie, bo nie tacy próbowali już na mnie przeprowadzić swoją wolę.

Brat Albert stanął naprzeciw księcia.

- Wiem, co o mnie myślicie i macie rację, że jestem nikim wobec potęgi Zakonu. Ale wyznaczono mi zadanie, a ja poprzysiągłem, że je wypełnię. I po raz wtóry przysięgam przed wami, że owo polecenie wypełnię dokładnie i do końca, nie bacząc na żadne przeszkody ani trudności. Słyszycie, panie? Na nic nie zważając. Jeśli mnie zmusicie, powiozę was jak tobół, za nic mając waszą książęcą godność. Tedy po rycersku proponuję, byście dali słowo, że nie będziecie próbowali uciekać i zastosujecie się do moich poleceń. Wtedy dam wam konia i nie każę wiązać. W przeciwnym wypadku...

Książę Janusz splunął z pogardą.

- Niedoczekanie, żebym dał słowo zbrodniarzowi.

Neuburg uśmiechnął się wąskimi wargami.

- Tedy odmawiacie?

- Prędzej ten las zamieni się w jezioro! Nie tylko odmawiam, ale dobrze zapamiętam, że mi to proponowałeś, człowieku. W stosownym czasie wezwę cię, żebyś z tego zdał rachunek.

Neuburg machnął ręką zniecierpliwiony.

- Dość! - przerwał, zapominając o należnym szacunku.

Odwrócił się do swoich i gestami wydał im rozkazy. Skoczyli gromadą na księcia, skrępowali ręce i nogi, w usta włożyli knebel. Brat Albert pochylił się nad tłumokiem, którym był teraz Janusz Mazowiecki, i powiedział z pogardą:

- Bóg decyduje o ludzkich losach, książę. A że go nie ma w tym pogańskim kraju, decyzje należą do mnie.

Brata Alberta von Neuburg czekała wielka nagroda. W Ragnecie stanął przed wielkim mistrzem i osobiście złożył mu sprawozdanie.

- Pochwyciłem księcia Janusza i jako jeńca przywiodłem do naszego zamku, gdzie kazałem dobrze pilnować. Zapowiedziałem, zgodnie z waszą wolą, że nie zostanie uwolniony wcześniej, nim zgodzi się na wasze warunki, szlachetny mistrzu.

Konrad Wallenrod uśmiechnął się zadowolony. Oto został upokorzony pyszny pan, urągający Zakonowi na każdym kroku. Janusz Mazowiecki jawnie okazywał przyjaźń polskiemu królowi i nie tylko posyłał mu trzystu kopijników na wyprawy, ale i sam w nich uczestniczył. A teraz znalazł się w mocy Zakonu. Trzeba tylko odpowiednio wykorzystać tę sytuację.

Rozradowany mistrz uściskał pana von Neuburg i nazwał go bohaterem. Brat Albert był szczęśliwy.

- Czy nie doznał jakowejś szkody albo znieważenia? - zapytał zaraz potem z niepokojem Wallenrod. - Nie godzi się, żeby był traktowany jak byle jaki jeniec. Trzeba więc zadbać, aby miał wszelkie wygody.

- Jest pyszny i pewny siebie - zauważył brat Albert. - Za nic ma Zakon i nie zamierza wyrzec się przyjaźni z owym dzikim Litwinem, który mieni się polskim królem.

- Zrobisz, jak rozkazałem - zmarszczył brwi Wallenrod. - Każesz go umieścić w ogrzanej izbie, dasz człowieka do posługi i zadbasz, żeby mu na niczym nie zbywało. Straży zaś zapowiesz surowo, żeby odnosiła się do jeńca z szacunkiem.

- Jak każecie, szlachetny mistrzu.

- Gdzie jest?

- W Angerburgu. Towarzyszących mu ludzi, kiedy byłem już pewny, że nie ucieknie, kazałem wypuścić. Oni rozniosą wieść, kogo pojmaliśmy.

- Dobrze - Wallenrod machnął dłonią, nie wiadomo czemu nagle rozdrażniony. - Niech skruszeje trochę, zanim się z nim rozmówię. Ty tymczasem zadbaj, żeby rozkazy wprowadzono w życie.

- Będzie, jak sobie życzycie, mistrzu - skłonił się von Neuburg. - Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość. Rychło możemy się spodziewać żądań od książąt, królów i samego papieża, domagających się uwolnienia jeńca. Jeśli nasz plan ma się udać, musimy być nieczuli na te prośby.

- Nie ma obawy, bracie Albercie - mistrz aż zatarł ręce z zadowolenia. - Cierpliwość jest trudną cnotą, ale bardzo skuteczną. Na razie będziemy wszystkiemu zaprzeczać. Przynajmniej póki książę nie podpisze dokumentów i nie złoży nam przysięgi na wierność.

SOWA BRATA ALBERETA

Lipiec 1393

Z Ragnety wielki mistrz Konrad Wallenrod ruszył ku Malborkowi. Ale w małej wiosce Popeln nad rzeką Gołdapą oznajmił nagle, że życzy sobie odwiedzić po drodze do stolicy zamek w Angerburgu. Pożegnał więc liczny orszak towarzyszących mu braci zakonnych oraz rycerzy z Zachodu, którzy po walkach przeciw Litwie tęsknili już do odpoczynku w bezpiecznych okolicach.

Ruszył, mając u boku tylko brata Alberta von Neuburg, a z tyłu jednego pachołka do posług. W Angerburgu Wallenrod nie udał się jednak od razu do zamku, gdzie umieszczono tajemnego więźnia, księcia Janusza Mazowieckiego. Zatrzymał się w chacie na skraju osady i nikt nie domyślał się nawet, że to sam wielki mistrz Zakonu uczynił zaszczyt mieszkańcom domostwa.

Obowiązki gospodarza zamku sprawował brat von Neuburg, który wiele sobie obiecywał po tej wizytacji. Bo choć brat Albert był młody, szeroko słynęła jego dzielność i oddanie sprawom Zakonu. Dzielność stanowiła jedną z podstawowych cnót, dzięki którym można było zrobić karierę w Zakonie, a mimo to brat Albert nadal był tylko komturem w osadzie nad jeziorem Mamry. Kto tutaj umiałby należycie docenić jego umiejętności? Wszystko miało zmienić się po wizycie wielkiego mistrza. Bo brat Albert miał jeszcze jeden ważny powód, dla którego mógł liczyć na przychylność Konrada Wallenroda, ale o tym poza nimi dwoma nie wiedział zupełnie nikt. Ten drugi powód był bowiem głęboko skrywaną i ścisłą tajemnicą. Tak ścisłą, że nie znał jej nikt z kapituły Zakonu, nie wiedział o niej nawet osobisty spowiednik.

Brat Albert sypiał w jednym łożu z wielkim mistrzem.

Ból i wyrzuty sumienia zawiodły brata von Neuburg do kościoła. Bo nie było tak, że brat Albert nie rozumiał swojego grzechu. Przeciwnie, rozumiał go aż nadto dobrze i nie było dnia, żeby się z niego nie spowiadał przed samym Bogiem. Tylko przed nim, bezpośrednio. Szedł samotnie do kaplicy czy kościoła i modlił się tam długo, klęcząc gołymi kolanami na posadzce i przepraszając za swoje postępowanie.

Mógł tylko przepraszać. Był w pułapce. Nie mógł się przyznać, bo sodomia stanowiła grzech śmiertelny, którego ujawnienie spowodowałoby natychmiastowe pozbawienie płaszcza i dożywotnie wydalenie z Zakonu. Wieczna hańba spadłaby nie tylko na Alberta, ale na jego ród i na cały Zakon. Nie byłby też godny pozazdroszczenia los wielkiego mistrza. Bo choć to mistrz Wallenrod przed kilkoma laty zrobił w tym związku pierwszy krok, nie mogłoby to służyć dla brata Alberta za usprawiedliwienie.

Mały ceglany kościółek na wysokiej skarpie w Angerburgu dopiero co zbudowano, jeszcze nie wstawiono okien, w których miały być piękne kolorowe witraże. Kościół był prawie pusty, a ozdoby ołtarza mizerne. Brat von Neuburg obiecywał sobie bogato przyozdobić świątynię, ale dopiero po tym, jak osiągnie wreszcie jakąś znaczącą godność w Zakonie, godność odpowiadającą jego ambicji i zdolnościom. Dziś właśnie mistrz obiecał uczynić zadość prośbie młodego komtura.

Było cicho i tylko czasem skwierczała świeca na ołtarzu. Kościół nie miał jeszcze stałego kapelana. Zakonnicy z zamku zaglądali tu tylko od czasu do czasu, na co dzień modląc się w przyzamkowej kaplicy.

Brat Albert klęczał, modlił się i rozmyślał. O rzut kamieniem od tego miejsca, w wiejskiej chacie, spał w łożu wielki mistrz Konrad Wallenrod. Od czterech dni bawili razem w tej wsi, tylko we dwóch, jedynie z pachołkiem do pomocy, głupawym, łatwym do oszukania.

- Boże - modlił się Albert von Neuburg. - Wiem, jaki straszny grzech popełniłem. Ale byłem młody, ambitny i chciałem być posłuszny rozkazom przełożonych. Kiedy wszystko zrozumiałem, było już za późno. Teraz, choćbym nawet chciał, nie mogę się wycofać. Co mam robić, Panie mój? Jak mam ocalić swoją nędzną duszę, podpowiedz mi, poradź, jak postąpić. Jeżeli zechcesz spojrzeć na mnie, przysięgam naprawić wszelkie nieprawości. Ty przecież wiesz, jak męczy mnie, jak dusi mój grzech i wiesz, że niczego nie pragnę tak bardzo, jak tylko Twojego przebaczenia.

I brat Albert von Neuburg padł na twarz.

Za oknami kościoła była noc, cisza i ciemność. Wewnątrz dopalała się świeca na glinianej podstawce.

Brat Albert leżał na czarno białych kamieniach posadzki i tłukł w nie głową.

- Pomóż mi Chryste! - błagał. - Daj znak, że nie wszystko jeszcze stracone.

Wtem, niby odpowiedź na modlitwę, od stropu kościoła dał się słyszeć szum i niczym pocisk wpadł przez nieoprawione okno wielki ptak, puchacz. Miotał się chwilę pod sufitem, jakby szukając wyjścia, a potem łagodnie sfrunął w dół i usiadł. Przekrzywiając dziwacznie głowę, wyraźnie przyglądał się leżącemu rycerzowi.

Brat Albert pobladł, zęby zaczęły mu szczękać. Puchacz usiadł na ramieniu krzyża na ołtarzu. Zanim jednak zakonnik zdążył zastanowić się, co to może znaczyć, do kościoła wpadł drugi ptak, jastrząb, i podobnie jak pierwszy, usiadł na krzyżu.

Brat Albert usłyszał śmiech. Głośny, potworny rechot i słyszał, jak skrzypiąc otwierają się wrota piekła.

- Boże, bądź miłościw! - jęknął, rzucając się całym ciałem po posadzce. - Bądź miłościw! Przysięgam uczynić wszystko, żeby Cię przebłagać. Przysięgam, przysięgam! I przysięgam nie grzeszyć więcej, a innych skłonić, żeby porzucili ścieżkę zła i występku.

***

Brata Alberta obudził chłód poranka. Od posadzki ciągnęło zimno, kości zesztywniały po całonocnym leżeniu. Świeca zgasła, wypaliwszy się do końca.

Von Neuburg podniósł wzrok i spojrzał na krzyż na ołtarzu. Przez okna wpadało do kościoła dość światła, żeby można było ocenić, że dzień rozpoczął się już na dobre.

Von Neuburg przeżegnał się.

- Dziś albo nigdy - powiedział półgłosem. - Skoro żyję, została mi dana jeszcze jedna szansa.

Wstał z trudem i przez chwilę masował ramiona, a potem łydki. Schylił się po płaszcz, który odłożył wieczorem po wejściu do kościoła i zarzucił go teraz na ramiona.

- Bóg mnie wspomoże - szepnął i skierował się do wyjścia.

Na zewnątrz było już zupełnie jasno. Kilku wieśniaków szło w kierunku świątyni, niosąc deski i narzędzia, inni poruszali się wolno, przystępując do swoich codziennych zajęć. Schylili głowy, cofając się szybko i schodząc mu z drogi, kiedy szedł przez podwórze wielkimi krokami, z zaciętą, stanowczą miną.

- Dostojny mistrz wstał już i teraz się modli - oznajmił strażnik przed chatą, w której nocował Konrad Wallenrod.

Nie czekając na pozwolenie, brat Albert minął wartownika i wszedł do izby. Wallenrod siedział na prostym chłopskim posłaniu, w koszuli tylko, z bosymi stopami opartymi na glinianej podłodze. Był blady, wymizerowany, pod rzemieniem, na którym wisiał prosty żelazny krzyżyk, widać było obwisłą skórę i wystające kości obojczykowe.

- Niech będzie pozdrowiony Pan nasz przedwieczny - brat Albert zatrzymał się w progu i nisko pochylił głowę.

Ból przebiegł po twarzy mistrza.

- Na wieki wieków - odpowiedział, jakby zdziwiony powitaniem. - Będzie ładny dzień.

Odchylił rzemień na szyi i podrapał się po piersiach.

- Co się stało? - zapytał przyciszonym głosem. - Odszedłeś tak nagle...

Brat von Neuburg nie patrzył na przełożonego, wzrok kierując ponad jego głową, wprost na bieloną ścianę chaty.

- Modliłem się - powiedział cicho. - Modliłem się bardzo żarliwie, mistrzu. Modliłem się o radę, prosiłem, błagałem, żeby Bóg wskazał mi drogę. To niełatwa droga, ale postanowiłem pójść nią mimo wszystkich niebezpieczeństw.

- Złe przyszły czasy dla Zakonu - zgodził się Wallenrod. - Złe, bo każde nasze zamierzenie zostaje niedokończone, a nieprzyjaciele krzyża nie próżnują.

- Modliłem się - mówił dalej Neuburg, jakby nie słyszał słów przełożonego. - I sam Bóg mi podpowiedział. Miałem widzenie. Widzenie, z którego poznałem, że nasze klęski nie są niczyją winą, jak tylko winą nas samych. Słyszałem głos. Głos, który powiedział, więcej, nakazał, żebyśmy się oczyścili. Wtedy dopiero odzyskamy siłę, moralną siłę, która pozwoli nam znowu odnosić zwycięstwa. Ale żeby tego dokonać trzeba, byśmy się odrodzili. Trzeba, żeby każdy z nas odbył solenną spowiedź i nakazaną pokutę. Każdy, od najmniejszego ciury aż do samego mistrza. Powinniśmy pościć i prosić Boga o przebaczenie. Jeśli to uczynimy, może Bóg uzna nasze odrodzenie i znowu stanie za nami...

Konrad Wallenrod słuchał ze wzrastającym zdziwieniem, przestrachem nawet.

- Co ty mówisz, Albercie? - zapytał. - Co ty mówisz?

- Mówię o potrzebie odrodzenia się Zakonu. Mówię o konieczności pokuty. I trzeba, żeby była ona prawdziwa, głęboka, żeby obejmowała wszystkich, od najmniejszego do największych. Wtedy Bóg wysłucha naszych modłów i wtedy dopiero nas pobłogosławi. Inaczej zostaniemy zmieceni z powierzchni ziemi bez śladu, a nasze dusze będą potępione jedna po drugiej. Tak, jedna po drugiej.

- Oszalałeś! - szepnął mistrz pobladłymi wargami. - Oszalałeś chyba, jeśli ci się wydaje, że możesz komukolwiek rozkazywać czy choćby tylko prosić. Zakon i jego siła są wieczne i nikt nie może go pouczać, a już na pewno nie ty...

- Nie ja - zgodził się von Neuburg. - Ja na pewno nie, za te wszystkie grzechy, sprzeniewierzenia, zdrady i zbrodnie. Ja na pewno nie. Ale na pewno i nie wy, mistrzu. Bo trzeba, żeby ta wielka pokuta Zakonu zaczęła się już teraz. Właśnie od nas. Od was i ode mnie. Tylko tak dołożymy cegiełkę do wielkiego dzieła odbudowy Zakonu. Więc choć, jak mówicie, nie jestem do tego powołany, to któż jest powołany bardziej, skoro przed Bogiem każdy z nas jest tylko robakiem i tylko marnym prochem?

- Bracie! - syknął Wallenrod, odzyskując siłę. - Zamilknij, bracie. Twoje słowa są herezją.

Trzymał obiema dłońmi krzyż i podnosił go ku bratu Albertowi, żeby się opamiętał i uspokoił. Ten jednak nie zamierzał przerywać swoich oskarżeń.

- Herezją jest nasze postępowanie, mistrzu. Herezją i żywą raną zadaną Chrystusowi. Dziś w nocy to zrozumiałem. Zrozumiałem i nie zamierzam dopuścić, żeby złe zwyczaje rozprzestrzeniały się dalej, żeby dalej rozrastała się choroba, która toczy Zakon niczym robak jabłko. Widać to gołym okiem. Jeśli nie chcemy zniknąć z powierzchni ziemi jak liść jesienny, jeśli nie chcemy, żeby poszły na zmarnowanie nasza krew, pot i wysiłek pokoleń naszych kapłanów i naszych rycerzy, musimy odnowę zacząć już, natychmiast. Każdy od siebie. Dlatego posłałem już po spowiednika i...

Mistrz zerwał się z posłania i stanął naprzeciw zakonnika z podniesionymi ramionami.

- Coś ty zrobił, głupcze? Chcesz pogrążyć się w piekle i pociągnąć tam cały Zakon?

- Już jestem pogrążony - odpowiedział spokojnie von Neuburg. - Już czuję, jak oblepia mi nogi piekielna smoła, jak wciąga mnie w głąb piekielnego kotła. Nie wiem, czy jeszcze miłosierdzie Boże pozwoli mi wydostać się z tej pułapki. Może już nie. Ale niech tam. Przecież nie chodzi tu o mnie. Chodzi o sprawę dużo większej wagi. Chodzi o cały Zakon, o wszystko, czego dokonał.

Wallenrodowi żyły nabrzmiały na skroniach.

- Głupcze! - wykrzyknął. - Coś ty zrobił najlepszego? Kto cię upoważnił wypowiadać się w czyimkolwiek imieniu? Zapomniałeś zakonnych ślubów? Przysięgałeś ślepą wierność i ślepe posłuszeństwo! Nie masz najmniejszego prawa mówić i cokolwiek rozstrzygać w imieniu moim lub Zakonu. Najmniejszego! Czyżbyś zapomniał, kim jesteś? A jesteś tylko zwykłym sługą Zakonu i twoje słowo nic nie znaczy...

Von Neuburg cofnął się o krok.

- Zwykłym sługą? - zapytał spokojnie, jak człowiek bardzo jasno widzący swoją drogę, z której żadna siła nie może go już cofnąć. - A jeszcze wieczorem dawaliście mi komturstwo w Elblągu. Kim więc jestem ja i kim wy, mistrz Zakonu, który z takim zapałem daje upust swoim chuciom? Tak mamy budować nowy świat dla Chrystusa? Nie, mistrzu! Zbyt długo błądziłem. Koniec z tym! Z wami albo bez was doprowadzę do tego, żeby Zakon padł na kolana i czynił pokutę.

Wallenrod opuścił ręce, uspokoił się, nawet uśmiechnął się lekko. Usiadł na łożu, sięgnął po szaty, a potem z wolna zaczął je zakładać.

- Ostrzegali mnie - powiedział. - Ostrzegali, że choć jesteś piękny, rozumu nie masz za grosz. Teraz widzę, że mieli rację. Jesteś po prostu głupi. Głupi. Co chcesz osiągnąć swoim nierozważnym postępowaniem? Chcesz ściągnąć na Zakon potępienie w ludzkich oczach? Żeby palcami wytykano naszych braci, gdzie się tylko pojawią? A może chcesz, żeby palili nas setkami na stosach, jak zdarzyło się templariuszom? Za nic masz cały nasz dorobek?

- To nie ja - zaprzeczył von Neuburg. - Nie ja doprowadziłem Zakon do takiej sytuacji. To Zakon się do niej doprowadził. A także wy jako wielki mistrz. To wy prowadzicie wojny przeciw chrześcijanom, to wy pilnujecie tylko łupów i zdobyczy. W ten sposób chcemy uzyskać odpuszczenie naszych grzechów i wieczną radość w niebie? Zbrodniami, gwałtami, podpaleniami, zdradą, sodomią? Chcemy wszystkich oszukać, udając i kręcąc, licząc, że nikt się na tym nie pozna? Chcemy zwieść Boga, który nie pozna się na naszej fałszywej pobożności? Jakże to niemądre i dziecinne myślenie, mistrzu. Przecież nawet dziecko wie, że nie jest w Zakonie tak, jak byśmy chcieli. Daliście mi wczoraj komturię w Elblągu. I za co? Za to, że byłem waleczny? Za to, że paliłem chrześcijan w Wilnie? Za to, że jestem pobożny i będę dobrym przywódcą innych braci? A może daliście mi komturię za te kradzione chwile, kiedy leżeliśmy obaj w jednym łożu? Uderzcie się w piersi, mistrzu, i powiedzcie, jaka jest prawda.

- Bluźnisz, człowieku! - wykrzyknął Wallenrod, już prawie ubrany, znowu stając naprzeciw rycerza. - Bluźnisz, ale ci wybaczam. Bo sam nie wiesz, co mówisz. Nie widzisz tych licznych nieprzyjaciół, jacy nas otaczają? Co to, jesteś ślepy? Nie widziałeś owych pogańskich bożków, nie spotkałeś drzew świętych ani świętych węży? Jesteś głupi czy chodzi ci tylko o władzę? Trudne zadania spełniamy tutaj. Trudne i niewdzięczne, ale wszyscy, królowie, papież, książęta, rycerstwo, chwalą nasze postępowanie, świadczą nam honory i nadania. Myślisz, że wszyscy oni są ślepi, głusi i głupi? Nawet sam papież?

Von Neuburg skrzyżował ręce na piersiach.

- Wszyscy się mylą, mistrzu, dobrze to wiecie. Wszyscy łatwo się mylą. Tylko jeden Bóg jest nieomylny. I tylko On widzi prawdę. A prawda jest straszna. Dlatego zapowiadam, że natychmiast musi uklęknąć Zakon i wielkim głosem błagać o litość i Boże miłosierdzie. Może nie wszystko jest stracone.

- Głupcze! Jeśli mnie zniszczysz, zniszczysz też siebie!

- Wiem. Wiem dobrze. Ale nie stoję o to. Będę potępiony, lecz zanim się to stanie, może choć niektóre dusze uda mi się uratować. Już postanowiłem. Postanowiłem tak, jak mi podpowiedział głos ostatniej nocy.

Mistrz już się ubrał, już był gotowy do wyjścia, jeszcze tylko sięgnął po dzban z winem stojący przy łożu. A z łoża, spod pościeli wydobył długi sztylet, sprytnie chowając go w dłoni. Rozgorączkowany brat von Neuburg niczego nie zauważył, dalej mówił o swoim posłannictwie.

- Miała rację owa świątobliwa Dorota z Mątew. Po stokroć miała rację, obwiniając nas o najgorsze zbrodnie. Przecież my jesteśmy największymi grzesznikami, najgorszymi chrześcijanami.

- Nie ty będziesz to oceniał - zacisnął zęby Wallenrod. - Nie ty.

- Niechaj to oceni Bóg i niechaj ocenią sprawiedliwi ludzie.

Wallenrod wymierzył cios, ale brat Albert nie na próżno cieszył się sławą sprawnego rycerza. Z łatwością zatrzymał rękę i wydostał z niej ostrze.

- Nie może inaczej być, mistrzu - powiedział spokojnie, jakby nie zauważył zamachu. - Na Boga, w żadnym wypadku nie może być inaczej. Albo sami się poddacie pokucie, albo zostaniecie do niej zmuszeni. Już posłałem po spowiednika.

- Ty psie! - warczał mistrz, próbując dosięgnąć rycerza. - Takiś pobożny? Paliłeś, mordowałeś, męczyłeś, a teraz może świętym chcesz zostać? Niedoczekanie!

I choć pozbawiony już oręża, rzucił się na brata Alberta z wyciągniętymi palcami. Neuburg uskoczył, cofnął o krok, chwycił mistrza w pół i cisnął nim o podłogę.

- Nikt nie zawróci mnie z tej drogi - zapowiedział groźnie. - Nikt! Sam Bóg natchnął mnie wielką siłą, żebym skierował ją przeciw tym wszystkim, którzy zechcą sprzeciwić się odnowie Zakonu. Przeciw wszystkim, nawet przeciw wam.

Mistrz nie odpowiedział. Leżał z głową opartą o brzeg łoża i dopiero po chwili brat Albert zrozumiał, że Wallenrod nie odzywa się i się nie rusza. Pomyślał, że może to być kolejna zasadzka, więc podchodząc ostrożnie, nie wypuszczał ostrza z ręki.

Wallenrod stracił przytomność i nie pomogły wymierzane mu policzki. Nie odzyskał świadomości, choć serce jego biło miarowo.

Von Neuburg wyszedł przed chatę i skinął na stojącego w pobliżu wartownika.

- Mistrz zemdlał - powiedział. - Daj wody i poszukaj kogoś, kto może pomóc, jakąś babkę czy coś.

- Babkę? - zdziwił się żołnierz. - Pogankę?

- Choćby i pogankę. Pospiesz się, zapadł na jakąś gwałtowną chorobę i może chodzić o jego życie.

Ale na nic nie zdały się wszelkie starania, woda i modlitwy. Mistrz leżał bez przytomności cały dzień i nie odzyskał jej przez noc. Kiedy zaś późnym wieczorem strażnik przyprowadził jakiegoś małego, chudego człowieka, którego uważano tutaj za znachora i czarownika, brat Albert zawahał się. Dopuścić kogoś takiego do mistrza? A jeśli go ubije? Po namyśle postanowił pozwolić staremu obejrzeć chorego, bacznie pilnując, czy nie podaje mu jakich napojów albo nie rzuca uroków.

Chłop nie rozumiał języka, którym mówili zakonni, a wartownik słabo znał jego mowę, ale jakoś się dogadywali.

Stary pomruczał nad chorym, obszedł trzy razy z rzędu jego łoże i szybkimi słowami próbował o czymś przekonać brata Alberta.

- Mówi, że trzeba zawieźć chorego do świętego dębu - przetłumaczył żołnierz. - Gdyby tam poprosić ich bogów, może zechcieliby pomóc.

- Jeszcze czego! - oburzył się von Neuburg. - Niech zrobi, co umie. Żeby mistrz odzyskał świadomość choćby na chwilę.

Ale stary rozkładał ręce i twierdził, że nic się nie da zrobić. I tak brat Albert postanowił w końcu, że trzeba zawieźć starego mistrza do stolicy i posłał do zamku po odpowiedni wóz.

GADATLIWY SZPAK

W poprzednim roku ojciec Ambroży, franciszkanin, był już za stary na regularne sprawowanie kapłańskiej posługi i prawie nie opuszczał izby w Krasawie, gdzie mieszkał ze starym Jurą, rodzicielem gospodarza. Kościół świętego Marcina świecił pustkami, a brak stałego księdza dawał się mocno we znaki mieszkańcom okolicznych miejscowości, bo czasem tylko, od wielkiego święta, zajeżdżał tu jaki kapłan dla odprawienia nabożeństwa. Ludzie chodzili na msze do Potoka i bardziej odległych kościołów i wzdychali, że przydałby się ksiądz na stałe, co to i poradzi czasem, a jest na każde zawołanie oraz potrzebę. Pan Jeno mówił w tej sprawie z samym królem jeszcze poprzedniego roku, a ten obiecał pomoc w wyszukaniu odpowiedniego czło-wieka.

I z wiosną przyszedł do Doliny nowy duchowny, który zamieszkał przy świętym Marcinie, w starej, opuszczonej plebani.

Był to człowiek średniego wieku, niewysoki, mocny w sobie, nawet nieco gruby, z krótką szyją i czerwoną twarzą, w której zwracały uwagę wydatne usta. Oczy miał czarne, piekące i jakąś surowość w sposobie bycia i rozmowy nawet. Gdy mówił, czynił krótkimi rękami wyraźne gesty, lubił wskazywać palcem albo i pięścią pogrozić. Od pierwszego dnia raczej się go bano niż poważano.

Nazywał się ksiądz Hubert.

Ksiądz Hubert przyjechał do Doliny w przekonaniu, że został posłany dla wyplenienia tam wszelkiego zła. Miał silne poczucie misji i wziął się do zadań duszpasterskich z wielkim przejęciem i wielką niecierpliwością. Ponieważ zaś został tu skierowany przez samego arcybiskupa krakowskiego, uważał że tylko z tego tytułu jest lepszy od innych, ma głęboką wiedzę, która idąc w parze z wyznaczonym zadaniem, w kilka tygodni ustali reguły postępowania. Był dość uczony, obficie cytował Pismo Święte, a z największą lubością opowiadał o piekielnych mękach, jakie czekają wszystkich grzeszników. Kiedy zaś o tym mówił, był tak przekonujący, że słuchacze czuli niemal żar piekielnego ognia i ostrość diabelskich wideł.

Ksiądz Hubert cierpiał na dolegliwości żołądkowe, bo lubił dobrze zjeść, a że był nadto popędliwy i pamiętliwy, niełatwo przychodziło mu uznać to, co zastał w Dolinie. Było z czym walczyć, naprawdę było.

Ksiądz Hubert wprost nie mógł uwierzyć w to, co zastał, czego się dowiadywał i z czym musiał podjąć walkę. Podjął ją pierwszego dnia, z mocnym postanowieniem, że nikt i nic nie stanie mu na drodze.

- Nawet wbrew waszej woli doprowadzę was do Nieba - powtarzał.

A zaprawdę miał co robić. Bo księdzu Hubertowi mało co się podobało, wszystko według niego winno być inaczej.

Ksiądz Hubert miał za złe krowom, że ryczą, koniom, że tupią, dzieciom, że się śmieją, kobietom, że plotkują, a zebrane nad strumieniem do prania żartują grubo i nieprzystojnie. Ksiądz Hubert miał za złe chłopom, że nie chrzczą dzieci, czekając, czy te przeżyją rok albo dwa, że w czwartki cichcem składają ofiary duchom przodków albo pogańskim ubożętom. Ksiądz Hubert miał za złe rycerzom i ich żonom, że stroją się nadmiernie, a chłopom, że nie zawsze ubrani są odpowiednio w czas świąt, albo że zamiast modlitw podśpiewują, bywało, przy robocie, nie bacząc na czas postu czy adwent.

W Krasawie był szpak, ulubieniec pana Jeno, przez niego przysposobiony, który stanowił ozdobę wszystkich uczt i sąsiedzkich spotkań.

Nazywał się Sprytny, nie odlatywał na zimę, bo w młodości stracił część skrzydła. Sprytny śpiewał piosenki, umiał gwizdać i naśladować rozmaite dźwięki. Znał wiele słów i wyrażeń, które układane w najdziwniejszej kolejności sprawiały radość biesiadnikom. Sam był niezwykle wesoły i towarzyski. Siadał panu na ramieniu, a ten karmił go serem, jagodami i chlebem, lubił natrząsać się z psów, bo umiał szczekać na rozmaite sposoby albo niespodziewanie wprowadzać zamieszanie w całym dworze, gdy piał niczym kogut.

W Krasawie i okolicy nie brakowało szpaków, latem pan Jeno nawet wyznaczał osobnego pachołka, którego zadaniem było pilnować, żeby trzymały się z dala od sadów i ogrodów. Szpaki latały stadami, a wieczorami darły się głośno w pobliskich drzewach, gdzie, jak powiadano, modliły się całymi swoimi ptasimi rodzinami, a takie gadki bardzo złościły nowego księdza.

Ojcu Hubertowi Sprytny od razu się nie spodobał.

- Przedrzeźnia człowieka - mówił. - A przecież człowiek jest uczyniony na boże podobieństwo i nie godzi się, żeby tak było.

Nie chciał słuchać żadnych tłumaczeń, a tylko powtarzał, że za pozwolenie na taką zniewagę Krasawa nie może spodziewać się niczego dobrego. Pan Jeno, dowiedziawszy się o tych przepowiedniach, zżymał się nieco i złościł, ale sam niewiele mógł wskórać, nie chcąc zadzierać z plebanem, za którym stał Kościół.

Bo ksiądz Hubert stale podkreślał, jakich to możnych ma przyjaciół i protektorów. A pan Jeno, choć czasem ręka go wielce świerzbiała, powstrzymywał się nie bez trudu.

Pan Jeno nie polubił księdza Huberta, a ten zdawał się nie lubić ani Doliny, ani nikogo z jej mieszkańców. Stale okazywał swoje niezadowolenie i rozczarowanie tym, że czego innego się spodziewał, a co innego, daleko skromniejsze, zostało mu dane.

Zaczęło się od domu księdza.

Któregoś dnia na plebanię świętego Marcina przyjechał wóz, wiozący sprzęty nowego księdza, powożony przez dwóch pachołków, jacy zostali wyznaczeni na sługi świątyni. Sam ksiądz nadjechał konno, ze zmarszczonymi brwiami obejrzał przyszłą siedzibę i nawet z siodła nie schodząc, ruszył od razu do Krasawy. Prawda, że plebania nie wyglądała okazale więcej jak dziesięć lat pozostając niezamieszkana, bowiem ojciec Ambroży korzystał z gościny dworu.

Pani Alena wybiegła zaraz powitać duchownego, stęskniona za jego posługą. Wyobrażała sobie pewnie, że ksiądz będzie przypominał ojca Ambrożego, dobrotliwego i wesołego, który choć bywał srogi, miał do wszystkich stosunek życzliwy, bo za pierwsze przykazanie uznawał miłość bliźniego.

Tymczasem zobaczyła na siodle grubawego człowieka, który ze skwaszoną miną przedstawił się, kim jest i od razu wystąpił z pretensjami.

- Cóż to za kwatera? - pytał niezadowolony. - Dom niczym chlew i ja miałbym w tym mieszkać?

- Dom każę natychmiast wyporządzić i wstawić sprzęty, jeśli czego brakuje - zapewniła pani Alena. - A z czasem i nowy się wybuduje. Gdybyście dali znać, że przyjeżdżacie, już teraz byłby gotowy do zamieszkania.

- Znać nie dałem, bo zapewniano mnie, że oczekują tu kapłana i wszystko jest przygotowane.

Pani Alena prosiła gościa do dworu, posłała też natychmiast ludzi do księżego domu, żeby tam przyszykowali mu wszelkie wygody. Ksiądz Hubert łaskawie przyjął gościnę we dworze, ale nie był zadowolony z początków swojej służby w Dolinie i podkreślał swoje rozczarowanie.

- Pan arcybiskup zapewniał mnie, że niczego tu nie braknie, bo bogaty dom, bogata parafia - powtarzał tego dnia kilkakrotnie.

W ciągu trzech dni, jakie spędził w Krasawie, wyrobił sobie zdanie o właścicielach i mieszkańcach dworu, a nie było ono najlepsze. Ksiądz Hubert miał oczka bystre, więc i myszkujące, wypatrzyły one więcej, niż można się było spodziewać. Widział, że litewska służba nadal tkwi w pogaństwie, że pachołkowie z rzadka chodzą do kościoła, że dziewki i czeladź noszą nieprzystojne stroje.

- Poprzedni kapłan zaniedbywał chyba swoje obowiązki - powiedział do pani Aleny. - Węże tu łażą po domu jak w litewskich chatach, poganie służą we dworze i myślę, że gdybym dłużej zabawił, niejednej dziwnej rzeczy bym się dowiedział.

- Słabuje nasz kochany ojciec Ambroży - odparła Alena. - Z dawna już czekaliśmy na nowego kapłana i teraz bardzo jesteśmy radzi, że wreszcie przyjechaliście i z wdzięcznością przyjmiemy wasze nauki i waszą duszpasterską posługę.

- Dopiero, gdy wszystko będzie gotowe - zapowiadał Hubert. - Nie wcześniej, bo się nie godzi oddawać cześć Bogu byle gdzie i byle jak.

Trzeciego dnia ksiądz pojechał zobaczyć, jak przygotowano kościół i plebanię. Pani Alena, która posłała tam dwóch pachołków i dwie robotne dziewczyny, spodziewała się, że ksiądz będzie w miarę zadowolony, ale powrócił na wieczór, równie skrzywiony jak przed trzema dniami.

- Obiecywał mi pan arcybiskup dobrą parafię, a tu widzę, jakbym na jakim wygnaniu był - oświadczył pani Alenie. - Ta chałupa ma być moim mieszkaniem? Ponoć owce trzymano tam wcześniej i może dla nich się nadaje, ale nie dla sługi bożego. Nie wystarczy pobielić izbę, wstawić łoże i stół, żeby owczarnia stała się od razu mieszkaniem godnym kapłana.

Alenie było przykro wysłuchiwać uwag i żalów, bo wydawało się jej, że zrobiła wszystko, żeby odpowiednio uszykować dom na przyjęcie gościa. Posłała tam skóry, tkaniny, zastawę stołową i wiele sprzętów gospodarskich. Ofiarowała też kilka sztuk żywiny, ziarno siewne i owies dla koni, kazała z najbliższych wsi wydać wszystko, czego zażąda, ze stodół czy stogów.

W końcu sama pojechała zobaczyć mieszkanie księdza. Wydawało się, że wszystko dobrze wygląda, ale ksiądz Hubert nadal grymasił. Zbudowany z białego wapiennego kamienia domek był za niski, okno nie z tej strony, wejście za wąskie, izby za małe, prawie pusta obora, stajnie i stodoły i nawet woda w studni nie taka.

Pani Alena późno zrozumiała, że cokolwiek by zrobiła, pleban nie będzie zadowolony. Ksiądz Hubert liczył na coś zupełnie innego, niż się mu trafiło. Może jego protektor arcybiskup obiecał mu coś lepszego, a może i sam Hubert w czymś podpadł zwierzchności. Ksiądz miał już swoje lata, pewnie długo się starał o łaskę u protektora i liczył na tłuste beneficjum, a skończyło się na czymś znacznie skromniejszym.

- Sami zobaczcie - mówił ksiądz Hubert do pani Aleny. - Toż to mieszkanie jakiego pustelnika, a nie księdza.

Alena tłumaczyła się zakłopotana, obiecywała poprawę warunków. Rzeczywiście, ojciec Ambroży poprzestawał na małym, a przez to zapomnieli wszyscy, jak powinno wyglądać godne bytowanie kapłana.

Pojechali zaraz do wsi, która miała świadczyć na rzecz kościoła, i pani Alena kazała przynieść do kuchni wszystko, co winni chłopi, a i więcej jeszcze, ale i to nie uspokoiło księdza.

- Nie tego oczekiwałem - powtarzał. - Nie tego. I nie to obiecywał mi pan arcybiskup.

Chcąc nie chcąc pani Alena zaprosiła księdza Huberta do dworu, gdzie miał zamieszkać aż do dnia, gdy jego siedziba będzie dostosowana wedle jego życzenia.

- Położyć podłogi z desek, powiększyć okno, wyrzucić palenisko, a zbudować porządny komin, wymościć kąty skórami, dać łoże szerokie na dwa i pół łokcia, na ściany ciepłe tkaniny, żebym zaraz nie dostał zimnicy - wyliczał ksiądz Hubert. - Niech ze wsi przyniosą statki do kuchni i dadzą niewiastę do gotowania strawy, a ta ma być smaczna, nie za ciężka. Dalej podwórze oczyścić z tych wszystkich żłobów i czego tam jeszcze. Potem zaś...

- Oczywiście - zgodziła się pani Alena. - Macie rację, że wygląd plebani i kościoła świadczyć będzie o nas wszystkich. Ale trochę to potrwa, może dopiero na wiosnę da się przygotować naszą siedzibę należycie. Ojciec Ambroży starał się o kościół, nie dbając o plebanię. Tymczasem zechciejcie korzystać z gościny pod naszym dachem.

Kazał więc ksiądz Hubert wyładować swoje kufry w Krasawie, z zamiarem pozostania we dworze najdłużej jak się da. Miał tu oddzielną izbę, oddzielną służbę i nawet w stajni wydzielony kąt tylko dla jego wierzchowca.

Z ojcem Ambrożym ledwo się przywitał, a o parafianach nie chciał z nim rozmawiać wcale, bo na ten temat od początku miał własne ugruntowane zdanie.

- Za długo tkwiliście tutaj w pogaństwie i grzechu - powtarzał na każdym kroku. - Ale szybko wyprowadzę was na właściwą ścieżkę.

We dworze przyciszonymi głosami przypominano dobroć i serdeczność ojca Ambrożego, ale nikt nie odważył się przeciwstawić księdzu.

- Chyba ma rację - mówiła pani Alena. - Teraz dopiero widzę, że i u nas trzeba wiele poprawić.

To była pierwsza niedziela pobytu księdza Huberta w Krasawie. Szło na wieczór po pięknym, ciepłym dniu. Na dziedzińcu krzątali się pachołkowie i dziewki służebne, z powodu dnia świątecznego mniej zajęci codziennymi czynnościami. Dziewczyny przemawiały się, uprawiały z pachołkami gonitwy i zabawy, a śmiech górował nad dworem, rozchodząc się nad polami, bo w przedwieczornej ciszy głos niósł się daleko.

Ksiądz Hubert, dotąd zajęty swoimi sprawami, wybiegł nagle przed dwór i w gniewnych słowach próbował uspokoić służbę, zajętą tak niegodnymi zajęciami.

- Cisza ma tu być! - wołał groźnie. - Cisza i spokój! Na nic takie płoche rozrywki, kiedy dziś dzień święty i trzeba skupienia, a nie głupiego śmiechu.

Przystawali zdumieni, zawstydzeni trochę, ale tylko na chwilę, bo przecież nie sposób ludziom zakazać zabawy i radości, gdy już wykonali swoją pracę.

Akurat jeden z pachołków przewrócił się o beczkę, czołem wpadając w gęsie łajno, a inni buchnęli śmiechem.

Ksiądz Hubert nie widział tego i pomyślał, że śmieją się z jego nauk i niego samego. Niczym ranny zwierz porwał się ze swojego miejsca, nie wiadomo skąd chwycił witkę, przyskoczył do najbliżej stojącego i nie namyślając się wiele, ciął rózgą przez roześmianą gębę.

Chłopak tak był zaskoczony, że nawet nie krzyknął z bólu, a jedynie chwycił się rękami za twarz. A ksiądz siekł go rózgą po głowie, po plecach, po ramionach, rzucając gniewne słowa i pogróżki.

Na tę chwilę nadjechał pan Jeno, nieobecny w domu od kilku tygodni. Z dala już zobaczył zbiegowisko przed dworem i przyspieszył konia, zaniepokojony, że wydarzyło się coś złego. A wiódł ze sobą gościa, dalszego nieco sąsiada, Gotarda z Brzezin.

Pan Jeno zobaczył, jak miota się po podwórzu jakiś nieznany mu człowiek, siekąc rózgą na lewo i prawo i krzycząc głośno na jego ludzi.

Pan Jeno nie pytał, co się stało, nie pytał, kim jest ów człowiek, bo zawrzał w nim gniew. Tylko dziedzic ma prawo karać dworskich ludzi, jeśli zawinili, a pan Jeno nie nakazywał nikomu, żeby wymierzono jakąkolwiek karę w Krasawie.

Zatrzymał konia i nie czekając nawet, aż pachołkowie pochwycą wodze, zeskoczył z siodła i ruszył w stronę człowieka, który niczym kat wymierzał razy.

Ksiądz Hubert zaś tak był rozgorączkowany swoim działaniem, tak w tym biciu zapamiętany, że gdy stanął mu na drodze wysoki człowiek w rycerskim odzieniu, nie pomyślał nawet, że może mieć przed sobą gospodarza. Ciągle z podniesioną ręką, w której trzymał resztę witki, parł do przodu, biegając za pachołkami chowającymi się, gdzie kto tylko mógł.

Świsnęła witka. Obecni aż krzyknęli, zaskoczeni i wstrząśnięci. Ksiądz Hubert nie zdążył jednak uderzyć. Nagle stanął pomiędzy nimi giermek Oset i walnął księdza kułakiem w twarz. Cios był silny, duchowny wykopyrtnął się na plecy, błyskając w powietrzu nagimi łydkami.

Pan Jeno stał, znieruchomiały nagle, bo i on podniósł rękę do ciosu.

- Bóg ci zapłać, Oset - powiedział z westchnieniem. - Nie wiem, kto jest ten człowiek i czemu to uczynił. Gdybym w nim nie zobaczył sługi bożego, nie zawahałbym się przed uderzeniem. Ale Bóg uchronił mnie od świętokradztwa.

Oset pokiwał głową ze zrozumieniem. Bo Oset wiedział, że kiedyś stary Jura, ojciec dziedzica, w gniewie uderzył zakonnika na schodach klasztoru franciszkanów w Krakowie i wiedział też, czym się to skończyło.

- Bóg was ostrzegł, panie - zgodził się teraz. - To on sam kazał mi dzisiaj przyjechać do Krasawy. Ten człowiek to nowy ksiądz, Hubert, co przybył przed kilkoma dniami.

Duchowny siedział na ziemi oszołomiony, rozcierając podbródek dłońmi. Widzowie tej sceny uśmiechali się do siebie, zadowoleni z pokarania księdza, i bardzo niechętnie usłuchali rozkazu pana, żeby odejść sprzed dworu.

- Co każecie zrobić z tym człowiekiem? - zapytał giermek, wskazując głową siedzącego w kucki księdza Huberta. - Podniósł na was rękę przy ludziach.

- W dyby! - rozkazał Jeno.

Tego wieczora dworska służba miała rzadką okazję zobaczyć duchownego, siedzącego przed progiem domu z nogami zamkniętymi w ciężkie kloce drzewne, zapinane na łańcuchy. Były to dyby porządne, złożone z dwóch bali, wielkich i ciężkich, z którymi nie sposób było oddalić się z miejsca, zwłaszcza że uwiązano je na łańcuchu do wbitego w ziemię pala. Siedział więc ksiądz Hubert w wyznaczonym miejscu, a psy, kury i inne stworzenia dworskie przychodziły, żeby mu się przyjrzeć. Szpak Sprytny, który lubił wszelkie zbiegowiska, przyleciał także i ku głośnej uciesze czeladzi beczał niczym owieczka.

Ksiądz Hubert był zbyt oszołomiony, żeby krzyczeć albo się skarżyć. Dopiero późnym wieczorem odzyskał głos i zaczął pomstować na niesprawiedliwość, jaka mu się dzieje. Wrzeszczał o gniewie samego arcybiskupa, straszył kościelnym sądem i obiecywał klątwę dla całej Doliny.

- Niechaj zamknie gębę - zmarszczył brwi pan Jeno.

Najlepszym sposobem uspokojenia księdza okazało się założenie knebla.

Rano polecił pan Jeno uwolnić duchownego i powiedzieć, żeby się mu nie pokazywał na oczy. Giermek ochoczo poszedł wypełnić polecenie.

Hubert siedział na ziemi z opuszczoną głową, na której widać było wyraźny siniak od uderzenia, jakie mu wczoraj wymierzył Oset. Po nocy spędzonej na gołej ziemi, z dybami na nogach, przemoczony do cna przez deszcz, sponiewierany i brudny, ksiądz marzył tylko o tym, żeby szybko wynieść się jak najdalej z Krasawy.

Wzdrygnął się na widok giermka i skulił w obawie następnego ciosu. Odzyskał odwagę dopiero, gdy Oset uwolnił go najpierw od knebla, a potem od łańcuchów.

- A teraz - powiedział z ukłonem giermek. - A teraz, z całym dla was szacunkiem, księże, fora ze dwora! I nie pokazujcie się w okolicy, jeśli nie chcecie wpaść w prawdziwe kłopoty.

Hubert, uwolniony z więzów, rozcierał zdrętwiałe kończyny i gniewnym okiem spoglądał na giermka.

- Pożałujecie tego! - warknął. - Pożałujecie, żeście mnie uderzyli, nie patrząc ani na moją duchowną godność ani na nic innego. Jeśli się wam zdaje, człowieku, że możecie...

Oset skoczył jak oparzony.

- Milcz! - syknął złowrogo. - Powiadali, żeś uczony, a widzę, żeś zwykły kiep. Broda cię boli, tak? Dziękuj Bogu, że cię boli, głupcze. Gdybym się nie wtrącił, jakby się zakończyła cała sprawa, co? Jak by się zakończyła, gdybyś uderzył rózgą pana Jeno i to na oczach całego dworu? Dziś, głupcze, już ktoś modliłby się nad twoją mogiłą. Precz!

Ksiądz Hubert nie powiedział więcej słowa. Czym prędzej zostawił dwór i uciekł. Zamieszkał w kamiennym domu przy kościele świętego Marcina i starannie unikał pana Jeno. Minął pewnie rok, zanim odważył się przyjechać do Krasawy i to wówczas, gdy pana nie było na miejscu. Pani Alena odesłała jego kufry na plebanię i choć nie była zadowolona z postępowania męża, nie kryła też, że wyprowadzka księdza sprawiła jej ulgę.

Sam ksiądz Hubert nie zmienił ani trochę swojego postępowania wobec wiernych z parafii. Nadal chodził chmurny, ściągał daniny oraz powinności z wielką dokładnością. Nigdy i nikomu niczego nie chciał i nie umiał darować. Ale swoje obowiązki w kościele wypełniał rzetelnie, a na niedzielnych mszach świętych po jakimś czasie zaczął bywać i pan z Krasawy.

WIESZCZEK

- Pokazać mu rozpalone żelazo!

Ponury, zarośnięty strażnik, który był pomocnikiem kata, a któremu niegdyś wyrwano język, skinieniem głowy odpowiedział na królewskie polecenie. Z paleniska wyjął żelazny pręt z końcem rozgrzanym do czerwoności. Podszedł do siedzącego na ziemi i powoli zbliżył żelazo do jego twarzy, żeby stary człowiek poczuł ciepło.

Król Jagiełło zbliżył się z drugiej strony.

- Gdzie moi synowie, Alabanie? - zapytał groźnie. - Gdzie moi synowie?!

Alaban, sławny wróż i wieszczek, rzucił się na kolana. Suchymi rękami o powykręcanych palcach próbował uczepić się królewskich stóp, ale strażnicy zatrzymali go na miejscu.

- Łaski, wielki królu! - zaskomlił. - Łaski! To już niedługo!

- Niedługo? - zapytał król. - Ostrzegałem cię, żebyś mówił prawdę, przepowiadaczu. Tylko prawdę. Obiecywałeś, a nie spełniło się nic z twoich obietnic. Dość tego! Wystarczająco długo już czekałem. Chcę prawdy, a nie bajania. I chcę synów!

Król był niezadowolony, bo już od dawna czekał na wywróżoną przez wieszczka odmianę. Któregoś dnia Alaban przyszedł i oznajmił:

- Gwiazdy wam niezwykle sprzyjają, wielki królu. Będziecie mieli wiele dzieci. Będziecie mieli wielu wnuków. Będziecie mieli wielkie królowanie.

- Kiedy? - zapytał król. - Kiedy to nastąpi?

- Niedługo, najjaśniejszy panie.

Dopytywał się potem jeszcze wielokrotnie. Wieszczek burczał coś pod nosem, ale dokładnej odpowiedzi nie umiał udzielić. Tymczasem czynił rozmaite sztuki. Wróżył z lotu ptaków, patrzył w gwiazdy. Prychał na miejscowych uczonych i wyśmiewał po cichu ich umiejętności, czym mu się zresztą odwdzięczali. Chodził w swojej długiej do ziemi, grubej szacie podobnej do koszuli, z wielgaśnym kijem w ręku, nie strzygł się i nie golił, nie dbając o długie siwe włosy i długą rozczochraną brodę.

- Gwiazdy żądają cierpliwości - powtarzał. - Cierpliwości.

Wreszcie król stracił cierpliwość. Osobiście udał się do izby Alabana, urządzonej w baszcie Wawelu. Kazał towarzyszącym mu ludziom wynieść z niej wszystko, wszystko do ostatniej rzeczy, wszystko co tylko wieszczek zgromadził przez te lata. Komnata, piękna, wygodna komnata, stała się ponura, zimna i pusta, a głos w niej pobrzmiewał smutnym echem.

- Żebyś mógł łatwiej myśleć - powiedział król.

A potem kazał rozgrzać żelazo.

- Niedługo. Już niedługo - drżącym głosem obiecywał Alaban.

SPADKOBIERCY ROSNĄ

Majątek w Lipowej szybko odzyskiwał dawne znaczenie i znowu stawał się największym i najzasobniejszym w Dolinie, jak było w czasach pana Jakuba. Jego żona Agnieszka, oszczędna, gospodarna, skąpa nawet, doprowadziła dwór do rozkwitu. Pan Jakub kupował, zdobywał, budował. Potem, kiedy przepędził żonę, miał mniej czasu i ochoty na cokolwiek. Później przyszedł jego syn Ostasz, okrutny, rozrzutny, który wyprzedał część majętności i niemało trzeba było wysiłku i pieniędzy, żeby odbudować dawną pozycję.

W końcu przyszedł Mikołaj syn Jeno i przyprowadził z sobą żonę, Hedwigę córkę Janosza.

Hedwiga była bardzo dobrą gospodynią i ledwie w parę lat majątek znowu zaczął rozkwitać. Zaludniły się wsie, wrzała robota na polach i w lesie, budowano, stawiano, poprawiano. Nie brakło ziarna w spichrzach ani żywności w komorach.

Hedwiga natychmiast podbiła serca ludzi w Lipowej. Niegdyś pani Agnieszka trzymała wszystko żelazną ręką, wszystkiego pilnowała, wszystkim zarządzała, wszystko sprawdzała, a znalazłszy cokolwiek niewłaściwego, kazała bezlitośnie wymierzać kary, jak bezlitośnie egzekwowała wszelkie daniny i powinności. Nie słyszano, żeby komukolwiek cokolwiek darowała, na cokolwiek przymknęła oko. Jeśli zaś ktoś zalazł jej za skórę, przypomniała mu o tym nawet i po wielu latach.

Hedwiga była zupełnie inna. Hedwiga była kochana wszędzie wokoło. Hedwidze kłaniali się wszyscy nie dlatego, że była panią na Lipowej. Hedwigę pozdrawiano z uszanowaniem tylko dlatego, że była Hedwigą - uśmiechniętą, zadowoloną, życzliwą, serdeczną, sprawiedliwą, radosną. Hedwigę kochano za to, jaką była panią, żoną, matką, kobietą, siostrą, gospodynią.

Wstawała rano i biegła do swoich obowiązków, bo tych miała zawsze na cały dzień. Pamiętała imiona służby, dzierżawców, ich żon i dzieci. Hedwigę kochano za to, że była Hedwigą.

Wszyscy szanowali też jej męża Mikołaja.

Chłopcy rośli i Hedwiga dziwiła się, jak szybko czas upływa. Po powrocie z Krakowa nadziwić się nie mogła, jak zmieniło się wszystko podczas jej nieobecności, trwającej ledwie dwa miesiące.

- Najbardziej to widać po dzieciach - mówiła zdumiona; wyraźnie dostrzegła jak po niewielu tygodniach stali się więksi, mocniejsi, sprawniejsi.

- Niedługo zostaniesz czcigodną matroną, której nie będzie wypadało zachowywać się tak jak do tej pory - śmiał się Mikołaj.

- Rzeczywiście, robię się coraz starsza - martwiła się Hedwiga. - Nie wiem, jak długo będziesz mnie kochał.

Oburzał się na takie gadanie.

- Co ty mówisz? - karcił ją. - Masz ledwie nieco ponad dwadzieścia lat i mówisz o starości?

- Bo się boję o twoje uczucia.

- Moje uczucia są niezmienne - zapewniał poważnie.

- Musisz mi o tym często mówić - dopominała się. - Nigdy nie będzie mi tego dosyć. Szczególnie po tak długiej nieobecności jestem spragniona twoich miłych słów.

Hedwiga pojechała w odwiedziny do Potoka, stęskniona za siostrą, której chciała dokładnie opowiedzieć o swojej podróży. Ale jak to często bywało, najpierw musiała wysłuchać narzekań i utyskiwań Mariny. Bo siostra stale była niezadowolona. Tym razem tematem jej zmartwienia był przybrany syn, Dominik.

Zdaniem Mariny chłopak rósł stanowczo zbyt wolno.

- Jakże to - dziwowała się. - Karmię go dobrze, dbam, a jakiś taki mały jest i chudy. Kiedy wreszcie zacznie rosnąć jak się należy? Twoi chłopcy prawie że dwa razy wyżsi są, a przecież nie starsi, a nawet młodsi o kilka miesięcy.

Hedwiga westchnęła, ale musiała wysłuchać siostry do końca.

Marcin i Mateusz mieli już po sześć lat i choć zgodnie ze starym zwyczajem przebywali jeszcze w babińcu, coraz częściej wychodzili z niego pod opieką Osta i dwóch jeszcze wyznaczonych pachołków, których zadaniem było dbać o ich potrzeby i przyuczać do codziennych czynności.

Dominika pani Marina w ogóle nie zamierzała oddawać pod męską opiekę, żeby uczył się rzeczy przystających mężczyznom.

- Jest taki malutki, taki bezbronny - mówiła, biorąc chłopca na ręce przy każdej okazji, jakby był niemowlęciem. - Ma jeszcze czas na te męskie sprawy.

- Mam jeszcze czas - powtarzał za nią Dominik.

Domniemany syn pana Ostasza i pani Judyty chował się zdrowo i nie było z nim większych kłopotów. Bardzo przywiązał się do Mariny i traktował ją jak najbliższą sobie opiekunkę. Marina, która bywała surowa wobec służby, niesprawiedliwa i swarliwa wobec siostry, w stosunku do Dominika miękła niczym wosk i nie było rzeczy, na które mogłaby mu nie pozwolić. Chłopak chował się bezpośrednio pod jej okiem i w niewieścim otoczeniu, co zresztą szybko nauczył się wykorzystywać. Ale sam był miękki i słaby.

W Potoku sprawy nie szły najlepiej, brakowało twardej męskiej ręki. Marina wprawdzie uważała, że gospodaruje dobrze, i po części była to prawda, ale służba kradła dla siebie więcej niż gdzie indziej i wzrost majątku wcale nie był taki, jak sobie jego pani wyobrażała. Ale tak to już jest wszędzie tam, gdzie rządzą niewiasty, nie dopuszczając mężczyzn do pilnowania porządku ani karania służby. Marina miała miękkie serce i pobłażała czeladzi. Oczywiście, wyznaczała kary, ale rzadko kiedy je wykonywano, a jeśli nawet, nigdy chyba do końca, bo zawsze było coś, co kazało Marinie okazać wspaniałomyślność czy tylko litość nad chłopem, któremu trzeba było wymierzyć kije albo odebrać ostatni korzec zboża.

Lipowski rządca, pan Jacek, którego interesował stan gospodarki w sąsiednich dworach, często dawał wyraz swojemu niezadowoleniu.

- Połowa zbiorów się zmarnuje - burczał pod nosem. - Połowa się zmarnuje, bo pani Marina sama chce rządzić, a nie ma o tym pojęcia.

Hedwiga początkowo obruszała się na podobne uwagi.

- Czego wy chcecie, Jacku? - pytała rządcy. - Mało to macie swojej roboty w Lipowej, że tak ciekawicie się tym, co się dzieje w Potoku?

- Roboty mam dość - głaskał wąsy pan Jacek. - Ale patrzeć nie mogę, jak tyle dobra idzie na zmarnowanie u waszej siostry.

- Ale cóż wam do niej? - pytała Hedwiga.

- A to, pani, że rozporządza ona niewłaściwie. Będą straty i kiedy nadejdzie przednówek, znowu do was przybiegnie po pomoc.

- Może nie - wspierała siostrę Hedwiga. - Przesadzacie, że tak znowu często przychodzi.

- Każdego roku - przypomniał pan Jacek. - I z tego, co słyszę, znowu przyjdzie. A my przecież nie możemy tak dawać i dawać...

- Daję, bo mnie stać - przypomniała Hedwiga. - Nie ubędzie nam, jeśli czasem wspomogę rodzoną siostrę.

- Lepiej byłoby wesprzeć ją czym innym - mruczał Jacek. - Mogłaby się czego u was nauczyć. A jeszcze lepiej, jakby jakiego gospodarza wzięła sobie do Potoka...

- Co też mówicie, Jacku? - oburzała się Hedwiga. - Moja siostra przecież ma już swoje lata i ani jej w głowie takie sprawy.

- A co tu niby lata mają do rzeczy - kwękał Jacek. - Bądźcie dalej taka litościwa, a zobaczycie, jak i Lipowa zacznie podupadać. Ciekawe, co chłopaczkom zostanie, jak wszystko na waszą siostrę pójdzie...

Pan Jacek odszedł, mrucząc pod nosem, a Hedwiga długą chwilę zastanawiała się nad tym, co powiedział. Czy rzeczywiście ludzie tak to widzą, jak mówił rządca? Taka licha z Mariny gospodyni, że żeruje tylko na dochodach z Lipowej?

Postanowiła przyjrzeć się wszystkiemu dokładniej. To prawda, że Marina nieraz przychodziła po wsparcie. Najpierw chciała spłacić pana Macieja z Rogowa, potem mąż jej umarł, a potem zdarzył się pożar, co strawił doszczętnie pół wioski. I tak dalej. Za każdym razem Marina przybiegała zapłakana do siostry i każdego razu Hedwiga, wyprawiając ją w drogę powrotną, słała za nią swoją pomoc, bydło, zboże, paszę, nawet szaty.

Mikołaj nic nie mówił, bo Mikołaj w sprawach gospodarskich całkowicie zdawał się na żonę, więc Hedwiga pomyślała w końcu, że może rzeczywiście trzeba jakoś wspomóc Marinę i to w taki sposób, aby pomoc ta przyniosła trwały skutek, a nie szła tylko na przejedzenie.

Dominik nic już nie pamiętał z tego, co wydarzyło się dawniej, ani z tego, co mu wówczas mówiono. Kiedy Mieszek z Tomkiem znaleźli go w lesie, powtarzał, że jest synem pana Mikołaja i pani Judyty. Powtarzał to jeszcze w wiele tygodni po tym, jak na stałe zamieszkał w Potoku. Ale z czasem zapomniał tej wyuczonej lekcji i teraz w żadnej sytuacji nie przyszłoby mu do głowy, że jest inaczej niż mówi Marina.

Któregoś dnia, bez niczyjej pomocy i podpowiedzi, zwrócił się do Mariny jak do matki i tak ją nazwał. Był nieco zdziwiony, że rozpłakała się niczym bóbr i chlipała cały wieczór. Od tego dnia nigdy więcej Dominik nie wspominał Judyty i całkiem zapomniał, czego nauczono go wcześniej.

- Mój kochany, jedyny syneczku! - mówiła Marina, chwytając chłopca na ręce. - Moja słodka okruszynko, której nikomu nigdy nie oddam!

Rychło też w Potoku, a i po innych dworach, zapomniano, że Dominik syn Mariny nie jest jej rodzonym dzieckiem.

Problem był tylko z ojcem chłopca, bo przecież trzeba go było jakoś nazywać po ojcu, a nikt nie chciał, żeby kojarzono go z okrutnym panem Ostaszem. Marinie to jednak wcale nie przeszkadzało.

- Ostasz nie żyje i koniec - mówiła. - Co dziecko jest winne? Niech sobie ludzie gadają, co chcą. Nawet, że to dziecko Ostasza i moje. Mnie to wcale nie przeszkadza. Bo tak naprawdę Dominik jest tylko mój.