Wiadomość przyniósł Natan syn Izaaka, Żyd z Holsztyna. Dwór już spał, kiedy pojawił się na dziedzińcu i nie krzyczał nawet, choć natychmiast opadły go groźne psy. Powiadomiony o nocnej wizycie Mikołaj z Lipowej wyszedł na zewnątrz i dał znak pachołkom, żeby odstąpili niespodziewanego gościa.
Natan był blady i roztrzęsiony, bo psy podarły na nim odzienie i niewiele brakowało, żeby dobrały się do ciała.
- Wybaczcie - Natan kłaniał się przed Mikołajem, trwożnie rozglądając się na boki. - Ale muszę z wami pilnie mówić.
- Teraz? - zdziwił się Mikołaj. - W nocy?
- W nocy - potwierdził Żyd. - Ile strachu się najadłem, idąc tutaj! Ciemno i nie wiadomo, co może spotkać człowieka! Dybuk jaki albo...
- Dybuk?
- Zły duch, wielmożny panie. Ale choć nie jestem odważny jak wy, przyszedłem. I proszę, byście pomówili ze mną na osobności.
Mikołaj nie zamierzał prosić Żyda do domu, a ten kręcił się w miejscu niepewnie, zerkając na ledwo widocznych w ciemnościach pachołków, gotowych w każdej chwili spuścić psy.
- Pójdźmy do kuchni - zaproponował Mikołaj i poszedł przodem, przytrzymując płaszcz narzucony na gołe ciało.
W kuchni zgaszono już ogień na noc i było tu teraz ciemno i chłodno. Mikołajowi pilno było do łoża, ale rozumiał, że Natan nie dla błahej sprawy przebiegł w nocy szmat drogi z Holsztyna, więc nie tracił czasu na wstępy. Zawołał pachołka, żeby przyniósł światła i czekając na kaganek, usiadł na ławie. Przez otwarte drzwi wpadał tylko blask księżyca. Psy się uspokoiły, ale nadal słychać było, jak Żyd szczęka zębami.
Przyszedł pachołek z kagankiem, rozespany, potykający się o własne nogi. Postawił światło na piecu i stanął w drzwiach, czekając na dalsze polecenia, skrzywiony, że przerwano mu ledwo rozpoczęty sen.
- Idź spać - nakazał Mikołaj.
A do gościa rzucił:
- Lepiej, żebyście mieli co ważnego do powiedzenia.
- Wybaczcie, wielmożny panie. Nigdy bym wam nie zawracał głowy w taką porę, gdyby sprawa nie była ważna.
Odchrząknął, potarł dłonie, a w końcu wypalił.
- Przybiegłem do was, panie, bo zdarzyło się coś strasznego. Ubiłem człowieka.
Mikołaj zdziwił się. Spokojny kupiec miałby podnieść rękę na kogokolwiek?
- Wy, Natanie? - zapytał niedowierzająco. - Co się stało? Napadł na was? W obronie zabiliście?
Żyd uderzył się pięścią w piersi.
- Bóg mi tego nigdy nie wybaczy! Nigdy. Bo to ja, wielmożny panie, napadłem.
Mikołaj z Lipowej wstał.
- Wy napadliście? - zapytał ze zmarszczonymi brwiami. - I do mnie przychodzicie po pomoc? Za wiele pozwalasz sobie, człowieku! Do mnie po pomoc? A co miałbym zrobić? Ukryć twoją zbrodnię, żeby się nie dowiedział o tym mój ojciec, starosta?
- Wybaczcie - zgiął się w ukłonie Natan. - Ale nie wiem, jak powinienem postąpić. To nie zdarzyło się nigdy w mojej rodzinie i sam nie wiem, jak mam się zachować.
Żyd był roztrzęsiony, a Mikołaj zniecierpliwiony. Chwycił stojące przy piecu wiadro, do połowy napełnione wodą i chlusnął z niego wprost na gościa.
Żyd jęknął, zakrztusił się, zakaszlał.
- Teraz mów. Kogo zabiłeś i dlaczego?
- Pewnie to jaki rycerz albo pan. Co mi za to grozi, wielmożny panie?
- Rycerz? - w Mikołaju wzbierała złość. - Odważyłeś się podnieść rękę na szlachcica?
- Chyba rycerz, panie. Ja tego nie wiem. Miał skórzany kaftan nabijany żelaznymi guzami, skórzany pas i miecz.
- Dokładniej! - zażądał Mikołaj. - Skoro już muszę tego słuchać, opowiadaj po kolei.
- To był boży znak, panie. Na pewno boży znak. Więcej jak dwa tygodnie nosa nie wychylałem z domu, bo znowu mówiono wszędzie, że Żydzi porwali dziecko. Każdy to wie, że nie porywamy dzieci, ale tak mówiono. Więc nie wychodziliśmy z naszych domów, nie chcąc włazić innym w oczy. Ludzie pana starosty przeszukali nasze domy i śladu po tym chłopaku nie znaleźli.
- Natanie! - upomniał Mikołaj surowo. - Mów o swojej sprawie.
- Wszystko wam powiem, panie. Ale pozwólcie, że będę mówił po kolei, bo inaczej nie poznacie szczegółów. Pan Oset...
- Oset? Co Oset? - zdziwił się Mikołaj.
- Wasz giermek, panie. On był mi winny pieniądze...
- Pieniądze?
- Niewiele, panie. Tylko troszkę, bo potrzebował pilnie na swoje sprawy, a że, jak wiecie, ja jestem bardzo życzliwy dla całego waszego rodu i wszystkich waszych ludzi, sam mu pożyczyłem te cztery floreny w złocie.
- Nie rozumiem - mruknął Mikołaj. - Oset był winny pieniądze? Co to ma wspólnego z zabójstwem?
- Pozwólcie wyjaśnić, panie - prosił Natan, któremu ręce nadal się trzęsły. - Zechciejcie posłuchać. Naprawdę ubiłem człowieka, a wasz giermek odniósł rany...
- Uderzyłeś mojego giermka? - zezłościł się Mikołaj.
- Nie, panie. To ten drugi...
- Drugi? Kto drugi?
- Ten drugi, co też wyglądał na rycerza.
Mikołaj wstał i otwartą dłonią walnął Natana po karku.
- Jeszcze raz! - zażądał. - Po kolei.
Żyd potrzebował chwili, żeby złapać oddech, a Mikołaj jeszcze dłuższej, żeby zrozumieć, że musi się zgodzić na sposób opowiadania gościa.
- Ja wiem, że wy, wielmożny panie, nie wierzycie w te straszne opowieści - zaklinał się Natan syn Izaaka. - Ale są tacy, którzy dadzą wiarę, a chcą dokuczyć biednym Żydom. Żydów łatwo oskarżyć o wszystko, o klęski, nieurodzaje i wszelkie zbrodnie. Bo Żydzi nie będą się bronić, bo Żydzi nie są wojownikami, nie mają armii, nie mają broni. Rzadko spotkać kogoś, kto jak nasz miłościwy król albo wy, wielmożny panie i wasz ojciec, ma dla naszych spraw zrozumienie...
- Do rzeczy, Natanie - przypomniał Mikołaj.
- Przysięgam wam raz jeszcze, że ani ja, ani moja rodzina, ani nikt z moich ziomków, których znam, nie miał nic wspólnego z uprowadzeniem tego dziecka. I wasz ojciec to potwierdził, gdy jego ludzie nie znaleźli nic, co by mogło wskazywać na nasz udział w tej przykrej sprawie. Nikt nie wie, co przygotował dla niego wszechmocny Bóg, a jeśli zaplanował, nie ma sposobu oprzeć się przeznaczeniu. Ale opowiem wszystko po kolei i niczego nie zataję. Wasz giermek, wielmożny panie, winien mi był pieniądze. Niedużą sumę, którą na coś chciał przeznaczyć. Ja dla was zawsze byłem życzliwy, więc kiedy poprosił mnie o kolejną pożyczkę, nie powiedziałem nie. Ale akurat nie miałem przy sobie i umówiliśmy się za dwie niedziele. On nie chciał, żeby ta sprawa wyszła na jaw, więc uszanowałem jego wolę. Tymczasem z powodu owych krzywdzących plotek przyszło nam siedzieć w domach, pokładając ufność w opatrzność bożą i rozkazy pana starosty, waszego ojca. Wiemy przecież o tumultach antyżydowskich, jakie przetoczyły się po niemieckich krajach, a potem w Czechach. Rzekłem wtedy, że kolej teraz na nas i powiedziałem to chyba w złą godzinę, bo właśnie zaginął ten dzieciak i poważne niebezpieczeństwo zawisło nad nami. Wasz ojciec poradził nam, byśmy siedzieli w domach i nie otwierali nikomu. Tak też zrobiliśmy, bo i nie dziwno nam, że czasem trzeba siedzieć po cichu, jesteśmy po prostu zwyczajni skryć się w utajeniu. Ale przyszedł czas, kiedy obiecałem, że dam pieniądze giermkowi Ostowi. Nie mogłem zawieść go, dla jego życzliwości i prawego charakteru. Pan Oset nie chciał, żeby ktoś wiedział o wszystkim, więc umówiliśmy się, że nie przyjdzie do mojego domu, ale to ja przyniosę pieniądze w wyznaczone miejsce. Bałem się, Bóg mi świadkiem, bałem się wychodzić z domu w czas tak niepewny, ale poszedłem...
Mikołaj zmarszczył brwi.
- Chodziło ci o zarobek, Natanie - domyślił się. - Gdyby nie to, pewnie nie ruszyłbyś się za próg.
- Źle mnie oceniacie, wielmożny panie - usprawiedliwiał się Natan. - Wyszedłem nie dla zarobku, ale dla wygody giermka Osta. Mieliśmy się spotkać o zmroku w miejscu wcześniej umówionym. To miejsce to droga holsztyńska, zaraz za rozstajami, gdzie rozchodzą się drogi ku Porajowi i Przymiłowicom. Co się najadłem strachu! Pan starosta kazał siedzieć w domu, a tam w pobliżu gospoda przecież i niemało ludzi spotkałem po drodze. Gdy nadchodziłem, giermek Oset już czekał. Poznałem go, stał konno pod drzewem na skraju ścieżki. Pieniądze miałem przygotowane w woreczku, wyjąłem je teraz zza pasa i trzymałem w garści. Chciałem dać Ostowi sakiewkę i jak najszybciej wracać do domu. Ale nie zdążyłem. Byłem może o jakie sto kroków, kiedy nagle nadjechało pędem dwóch ludzi. Krzyczeli ku giermkowi coś, czego dokładnie nie zrozumiałem, ale pojąłem od razu ich zamiary. Niespodziewanie obalili pana Osta na ziemię i zaczęli okładać go kijami. Bronił się, ale widać upadek mu nie posłużył, bo nadbiegłszy, widziałem, że słabnie. Kiedy tak leżał, jeden z tych zamachnął się na niego mieczem. Boże, odpuść winy moje! Nie wiem dotąd, czemu uczyniłem to, co uczyniłem. Porwałem coś z ziemi, co było chyba gałęzią i walnąłem tego człowieka w głowę. Upadł jak rażony gromem, choć przysięgam na wszystko, że cios nie był wcale mocny. Ten drugi zobaczył, że nadchodzę, odwrócił się ku mnie i pewnie nie rozmawiałbym teraz z wami, gdyby giermek Oset go nie powalił. Ale i sam padł wtedy, zmęczony od ciosów, a ja zostałem w ciemnościach na drodze sam jeden.
- Więc Oset żyje! - wykrzyknął Mikołaj radośnie. - A już myślałem...
- Żyje, wielmożny panie, żyje. Więc oto leżeli u moich stóp. Trzej zbrojni i ja. Gdyby w tej chwili nadszedł ktoś, zaraz oskarżono by mnie o wszystko, o napaść i zadanie morderczych ciosów. Myślałem, że wybili się wszyscy na śmierć, a ja będę za to odpowiadał, bo przecież ja uderzyłem tym polanem. Ale Oset jęknął i poznałem, że jednak ocalał. Kazał mi zabrać się stamtąd i czym prędzej uchodzić. Więc pozostawiłem tam owych dwóch i szybko uciekłem, uwożąc waszego giermka na jego koniu.
- Gdzie jest? - zapytał Mikołaj.
- W moim domu - pospiesznie odpowiedział Natan. - Zabrałem go tam, bo było bliżej niż do Lipowej, a bałem się iść drogą gdzieś dalej. Bo gdyby ci ludzie wstali i popędzili za nami, nie obroniłbym rannego Osta i sam pewnie bym zginął.
- Gdyby wstali? - zdziwił się Mikołaj. - Mówiliście przecież, Natanie, że go zabiliście.
- Tego nie wiem na pewno - zasępił się Natan. - Ale byłem bardzo przestraszony. Zawiozłem waszego giermka do mojego domu, a sam pojechałem w jego płaszczu tutaj, żeby was o wszystkim powiadomić. Bo jeszcze słyszałem, jak powiadali owi ludzie, że jakiś możny pan zapłacił im i innym za to, żeby napadli na ludzi waszych i pana starosty.
- Słyszałeś? O kim mówili?
- Tego nie wiem, wielmożny panie. Nie powiedzieli imienia, ale na pewno mówili o kimś możnym i ważnym. Uznałem zatem, że może być ich więcej w pobliżu...
Mikołaj wstał, wyszedł przed kuchnię, wezwał pachołka i kazał sobie przynieść ubranie.
- Czy widział ktoś, jak wiozłeś Osta do swojego domu? - zapytał.
- Nie, wielmożny panie. Nikt nie wie, gdzie on jest.
- Tak czy inaczej sprawa jest poważna. Chodzi o podwójne zabójstwo.
- Ależ, wielmożny panie! - bronił się Natan. - Gdybym nie skoczył na pomoc, wasz giermek wyzionąłby ducha. Dla was to zrobiłem, wielmożny panie. Dla was. Czy to jest okoliczność łagodząca?
- Tak - przyznał Mikołaj. - Ale ktoś będzie musiał zapłacić karę za zabójstwo, jeśli znajdą się krewni zabitych. Czy byli to rycerze? Bo jeśli tak, główszczyzna wynosi sześćdziesiąt grzywien... za każdego.
Żyd zbladł.
- Sześćdziesiąt? Skąd wezmę tyle pieniędzy?
- Jeszcze nie zostałeś oskarżony. Teraz zaprowadzisz mnie do Osta. Na miejscu postanowię, jak należy postąpić.
- Tak, panie. Natychmiast was zaprowadzę.
Natan syn Izaaka czekał przed kuchnią pod okiem pachołka, kiedy Mikołaj się ubierał. Nie obeszło się bez obudzenia służby, która musiała pomóc panu przygotować się do wyjazdu.
Hedwiga obudziła się także i nadbiegła zaraz z obawą w oczach.
- Co się stało, Mikołaju? - pytała z lękiem. - Dokąd się wybierasz po nocy?
- Muszę pojechać do... - zawahał się. - Do ojca.
Ale tym nie uspokoił żony.
- Do ojca? Czy coś stało się panu Jeno albo twojej matce?
- Nie - zaprzeczył. - Nie martw się. Źle powiedziałem. Najpierw jadę w pewne miejsce, a potem być może do ojca. No tak, nie będę kłamał. Nie umiem cię oszukać, nawet gdy tylko chcę ci oszczędzić zmartwienia.
- Wolę, kiedy nie ukrywasz niczego - szepnęła Hedwiga.
- Chodzi o Osta - wyjaśnił. - Został ranny, ale mam nadzieję, że niegroźnie. Tylko na razie nie mów o tym nikomu.
Hedwiga była bardzo przejęta. Giermek należał do najbliższej rodziny, a miał dziwną zdolność popadania co jakiś czas w kłopoty. I teraz poważna mina męża upewniła Hedwigę, że sprawa nie jest bagatelna.
- Nie zatrzymuj mnie - powiedział szeptem. - Muszę iść.
Dotarli na miejsce przemoczeni i zziębnięci. Deszcz był rzęsisty, a Mikołaj spieszył się i nie dbał o ochronę przed ulewą. Gdy znaleźli się za niskim murem, za którym stały żydowskie domy w Holsztynie, wybiegł z budynku ktoś przykryty płaszczem, przejął wodze obu koni, a Natan, roztrzęsiony i poobijany, kulejąc i pojękując, prowadził Mikołaja do środka.
W sieni Mikołaj zrzucił płaszcz i dopiero potem poszedł dalej, do wielkiej izby z kominem, oświetlonej świecami i kagankiem, ale przy szczelnie zasłoniętych obu oknach, żeby nikt na zewnątrz nie dojrzał światła.
Oset leżał na prostym posłaniu, przygotowanym ze skór na ławie.
Mikołaj, który spodziewał się, że zastanie giermka niemal bez ducha, zdziwił się, gdy na jego widok Oset zerwał się z posłania.
- To wy, panie? - zapytał zdumiony.
Nie wyglądało na to, że jest ranny, choć nieco chwiał się na nogach. Mikołaj z Lipowej zmarszczył brwi. Giermek Oset był wyraźnie pijany.
- Co ty sobie myślisz, obwiesiu? - warknął pan. - To ja tu się tłukę po nocy, a ty...
Oset przysiadł na ławie, a potem nagle padł na bok.
- To lekarstwo - powiedział głos obok rycerza.
Stała tu młoda, nieładna kobieta, w której Mikołaj rozpoznał osobę, która na podwórzu odebrała od niego konia.
- To lek - powtórzyła. - Dałam, żeby złagodzić ból.
Mikołaj podszedł bliżej i wtedy dopiero zobaczył, że Oset jednak odniósł obrażenia. Miał opatrunek na lewym ramieniu, sińce na twarzy.
- Gdzie byłeś? - zapytał Mikołaj. - Czy obaj z Natanem zabiliście dwóch rycerzy?
Ale giermek nie odpowiedział. Spał już albo stracił przytomność i leżał bezwładnie.
- To moja siostra - mówił tymczasem Natan. - Pod jej opieką zostawiłem waszego giermka.
- Teraz wam nie odpowie, panie - wyjaśniła kobieta. - To mocna mikstura, po której człowiek zachowuje się jakby był pijany.
- Co mu jest?
- Został ranny w ramię, ostrze przeszło na wylot. Ale to starsza rana, ma dwa albo trzy dni. A potem został ranny drugi raz...
- Drugi raz?
- W kark. To na szczęście płytka rana, choć bardzo bolesna. Było to niedawno, najpewniej gdy spotkał go mój brat - spokojnie mówiła kobieta. - Stracił sporo krwi i musi poleżeć, żeby odzyskać siły. To bardzo silny człowiek, ale każdego powaliłyby takie rany.
- Wyjdzie z tego? - niepokoił się Mikołaj.
Kobieta wzruszyła ramionami. Nie wyglądała na osobę zadowoloną z kłopotów, jakich przyczynił jej brat, sprowadzając do domu rannego chrześcijanina.
- Może wyjdzie - odpowiedziała niepewnie. - Jeśli będzie długo spał i jeśli taka jest wola Boga.
Natan dał niecierpliwy znak, żeby odeszła i niewiasta bez słowa opuściła izbę. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, powiedział do rycerza:
- Czy to jest dla mnie usprawiedliwienie, wielmożny panie? Ona mówi, że niepotrzebnie wmieszałem się w sprawy chrześcijan, których nie rozumiem. Ale i mówi, że gdybym nie przyszedł na pomoc, umarłby od ran i chłodu na takim deszczu. Czy to jest dla mnie usprawiedliwienie?
- O tym rozstrzygnie sąd.
Natan był przerażony.
- Jeśli będzie sąd, wielmożny panie, nie skończy się to dobrze. Panowie nie lubią Żydów. A co będzie, kiedy się rozejdzie, że napadłem na chrześcijanina? Czy ktokolwiek zechce pytać, dlaczego to zrobiłem? Czy ktokolwiek mnie usprawiedliwi, że chciałem pomóc waszemu giermkowi? Nie, wielmożny panie. Tak nie będzie. Zostanę oskarżony o zabójstwo i wszystkie inne zbrodnie. Jak tylko się rozejdzie, że zabiłem chrześcijanina, przyjdą, spalą nasze domy, zabiją nas wszystkich...
Mikołaj milczał.
- Wybiją nas co do jednego - biadał Natan. - Sami to wiecie najlepiej. Dlatego, panie, jeśli jakąkolwiek pomoc możecie nam okazać, okażcie ją teraz. Niewiele mogę wam zapłacić, ale...
Mikołaj wiedział, że Natan ma rację. Ale nie wiedział, jak może pomóc i jak wybrnąć z tej sytuacji. Usiadł obok leżącego Osta i wsparł głowę na rękach. Natan stał obok i czekał, z niemą prośbą w oczach.
- Nie wiedziałem, że tak będzie - usprawiedliwiał się. - Nikomu nie chciałem zrobić źle, ale nie mogłem dopuścić, żeby ukrzywdzono waszego giermka, bo to jakby was samego ukrzywdzono...
Mikołaj wstał.
- Kto wie o tej sprawie? Czy poza siostrą mówiłeś jeszcze komuś?
- Nie, panie - zaprzeczył Natan. - Nikomu nic nie mówiłem, bo bałem się bardzo i dalej się boję.
- Ale jeszcze będziesz musiał wykazać się odwagą. Trzeba zabrać rannego.
- Zabrać? Siostra mówi, że to niebezpieczne.
- Tu zostać nie może. Daj coś, czym można go przykryć. A siostrze zapowiedz, żeby we własnym interesie trzymała język za zębami. Mówiłeś jej o tym, co zdarzyło się na drodze?
- Nie, panie.
- To znaczy, że nie zna szczegółów? Niech tak zostanie. Ani słowa. Teraz znajdź coś do przykrycia. Zabierzemy go do Lipowej.
- Zabierzemy? My obaj?
- Tak.
- Ale ja...
- Obaj - Mikołaj był stanowczy.
Sam owinął Osta w materię, którą przyniósł Natan i sam wyniósł go na podwórze, gdzie przełożył przez konia. Ulewa już ustała, ale nadal siąpił deszcz i Mikołaj liczył, że w taką porę nie spotkają nikogo.
- Załóż płaszcz i kapelusz - polecił Żydowi. - I wieź go do Lipowej.
- Sam? - przestraszył się Natan.
- Jest nas tylko dwóch. A ja muszę coś jeszcze załatwić.
Odprowadził Natana spory kawałek drogi, a potem dopiero zawrócił i pojechał w miejsce, o którym mówił Żyd. Oba ciała leżały obok siebie i Mikołaj sporo się natrudził, zanim je znalazł w ciemnościach. Zszedł z konia, podszedł bliżej i obejrzał je starannie. Jeden ze zbrojnych zginął od ciosu w głowę, włosy były lepkie od krwi, deszcz nie spłukał jeszcze śladów zbrodni. Drugi miał ślad po ciosie w plecy.
Mikołaj odwrócił ciała ku niebu, w słabym świetle nocy szukając w twarzach wiadomości, kim są. Ale byli to ludzie mu nieznani.
Upewnił się tylko co do jednego. Wyglądali bardziej na żołnierzy czy giermków, służących jakiemuś panu, sami nie byli raczej rycerzami, choćby dlatego, że rycerze nie napadają nocą na gościńcach.
Nie bez trudu Mikołaj załadował oba ciała na koński grzbiet, jedno obok drugiego, kawałkiem rzemienia mocując je do siodła. Potem wziął wierzchowca za uzdę i ruszył drogą w kierunku Gór Sokolich, na pustkowie pomiędzy skałkami i tam zostawił obie ofiary.
Okrężną drogą wrócił do Lipowej.
Hedwiga czekała na męża, ale pierwszy nadszedł Żyd Natan, prowadząc konia z rannym Ostem, Mikołaj nadjechał dopiero o świcie, ponury i milczący. Żyd uciekł, jak tylko podjechał do dworu i przekazał giermka pachołkom. Powrócił zapewne do siebie.
Hedwiga kazała umieścić Osta w izbie, gdzie rozpalono ogień i gdzie rozebrano go z mokrych szat i położono pod futrami.
Był nieprzytomny i Mikołaj musiał powiedzieć Hedwidze, że nie wiadomo, czy przeżyje.
Wkrótce nadjechał wezwany z Krasawy pan Jeno. Obejrzał rannego, pochwalił sposób założenia opatrunku i od razu pocieszył Hedwigę.
- Nie jest najgorzej - powiedział. - Ale posiedź przy nim i pomódl się.
Potem z synem odszedł na bok i słuchał ze zmarszczonymi brwiami opowieści o tym, co się wydarzyło.
- Poznałeś, co to za ludzie?
- Nie widziałem ich tutaj, ale niechybnie szybko się dowiemy, kim są. Jeśli wysłał ich ktoś, kto wam albo mnie chciał zaszkodzić, wkrótce zacznie rozpytywać, gdzie się podziali.
- Słusznie - zgodził się pan Jeno. - Nie wiem tylko, kto i dlaczego miałby szkodzić naszemu rodowi. Może Natan źle coś usłyszał albo zrozumiał. Poczekajmy, co powie Oset, kiedy odzyska przytomność. Jak dotąd, postąpiłeś bardzo rozsądnie, nikogo obcego nie wołając do pomocy.
- Przeżyje? - dopytywał się Mikołaj.
- Chyba tak - zapewnił pan Jeno. - Nie wiem tylko, czy Natanowi uda się z tego wykręcić. Jako starosta muszę coś w tej sprawie zrobić.
- Nie możecie poczekać, co powie Oset, ojcze? Może nikt nie będzie szukał tych ludzi.
- A kto zapłaci główszczyznę?
- Ja - odpowiedział Mikołaj. - Ja zapłacę. I ja będę się z tych uczynków spowiadał.
***
Dopiero po dwóch tygodniach mieszkańcy Lipowej dowiedzieli się, skąd na ciele giermka Osta wzięły się rany.
W gospodzie Pod Jeleniem były dwie gościnne izby. Jedna mała, przeznaczona dla dostojnych gości, znakomitych rycerzy, biskupów czy opatów, i druga znacznie większa, gdzie stały cztery łoża, a każde było wynajmowane dwóm podróżnym. Oczywiście, ludzie niskiego stanu nie potrzebowali aż takich wygód i zadowalali się miejscem w szopie lub w stajni, w najlepszym zaś razie w kącie przy kuchni.
Kiedy giermek pana Mikołaja z Lipowej, Oset, przyjechał tego dnia do gospody, wszystkie miejsca w większej izbie były zajęte. Pani Wiesna, dowiedziawszy się, kto nadjechał, wybiegła naprzeciw i głośno wyrzucała mu, że tak dawno do niej nie zaglądał.
- Ale nie zapomniałem o was - zapewniał z uśmiechem Oset, którego z Wiesną łączyły przelotne acz bliskie stosunki.
- Nie zapomnieliście? - spoglądała podejrzliwie. - Musicie mnie o tym przekonać.
- Z największą chęcią - uśmiechał się Oset.
Ale choć oboje byli w tym zgodni i spragnieni swojej obecności, Oset nie poszedł do izby Wiesny. Gościły w niej bowiem dzieci jej siostry, trójka drobiazgu udająca się pod opieką swojej matki do Krakowa, a Wiesna w żaden sposób nie zgodziłaby się, żeby były świadkami zgorszenia.
Swoje spotkania z Ostem tak właśnie traktowała i nawet czasem chodziła do spowiedzi. Wprawdzie sama była wdową, a Oset człowiekiem wolnym, jednakże pozostawanie w związku bez błogosławieństwa kościoła nie było rzeczą godną pochwały.
Teraz Wiesna miała kłopot, bo ani dzieci swojej siostry nie mogła przenieść do stajni, ani też w stajni ulokować kochanka. Zajął więc Oset ową lepszą izbę, choć była przygotowana dla jakiegoś rycerza, który przysłał pachołka z wiadomością, że niedługo nadjedzie.
Rozłożył się w gościnnej izbie i liczył właśnie, ile czasu może spędzić poza domem, kiedy niespodziewanie nadjechał pan Jędrzej z Tuszyny.
Pan Jędrzej, człowiek dostojny i ważny, wpadł w wielką złość, dowiedziawszy się, że nie ma wolnej gospody. Awanturował się już na podwórzu, a potem sam poszedł do izby. Otworzył drzwi, obrzucił nieprzyjaznym spojrzeniem Osta i oceniwszy, że ma do czynienia z kimś o wiele mniej dostojnym, skinął na swoich pachołków, by wyprowadzili gościa, a jego bagaż po prostu wyrzucili za drzwi.
Zaskoczony Oset nie odezwał się nawet, gdy pachołek chwycił jego skórzaną torbę i wyrzucił na zewnątrz. Wstał z posłania i podszedł do stojącego w drzwiach pana Jędrzeja.
- Cóż to znaczy, panie? - zapytał uprzejmie. - Czemu mnie tak traktujecie, nie pytając nawet, kim jestem?
Pan Jędrzej nawet okiem nie mrugnął i patrzył do wnętrza izby, jakby nie było przed nim Osta albo jakby ten był przeźroczysty. Ocenił Osta jako sługę, któremu nie należy się żadne tłumaczenie.
- Panie - upomniał Oset. - Nie godzi się tak postępować.
Pan Jędrzej nie zamierzał zniżać się do rozmowy ze sługą. Podniósł rękę i wymierzył Ostowi policzek.
Giermek był zaskoczony, ale nie na tyle, żeby przyjąć to z pokorą. Przecież Oset nie był byle kim. Oset był giermkiem pana Jeno z Krasawy, a potem pana Mikołaja z Lipowej i z tego powodu nie mógł darować zniewagi. Ręka Osta podniosła się szybko i oddała cios. Teraz dopiero pan Jędrzej dostrzegł Osta i teraz dopiero zwrócił na niego uwagę.
- Ty psie! - krzyknął, sięgając do pasa i wydobywając miecz. - Jak śmiałeś mnie dotknąć!
Jego służba zbaraniała, wstrząśnięta, nie dowierzając własnym oczom, bo zachowanie, jakiego wszyscy byli świadkami, nie mieściło się w ich doświadczeniach.
Pan Jędrzej z Tuszyny był możnym rycerzem wielkopolskim, sławnym z turniejów i pojedynków.
- Chwytać go! - rozkazał teraz. - Chwytać natychmiast i wychłostać!
Pachołkowie ruszyli z miejsca, ale nie tak łatwo było pojmać Osta, jak mogłoby się wydawać. Giermek był silny i doświadczony, bo przy boku swoich panów nie raz stawał w bitwach. Teraz wprawdzie nie miał pod ręką broni, lecz nadal miał pięści. Wystarczyło kilka uderzeń i kopnięć, żeby obaj pachołkowie nakryli się nogami. Pan Jędrzej krzyknął i ruszył do przodu, podnosząc oręż. Oset zasłonił się zerwaną z posłania poduszką i odskoczył w bok. Miał wtedy rycerza z boku i łatwo wytrącił mu broń z ręki. Miecz upadł na podłogę, a Oset przyparł pana Jędrzeja do ściany.
- Nie szukam z wami zwady - powiedział pojednawczo.
Pan Jędrzej był zbyt rozgniewany, żeby słuchać jakichkolwiek słów. Chciał tylko ukarać zuchwalca i był gotowy dopiąć swego na przekór wszystkiemu.
- Puść! - charczał. - Puść, bo głową zapłacisz za te zniewagi!
Oset nie zwalniał jednak uścisku.
- Panie - poprosił. - Dajcie pokój. Nie znam was, ale nic wam nie jestem winien i nie wiem, czemu mnie napadliście.
- Nie znasz, to poznasz! - szarpał się rycerz. - I nigdy tego nie zapomnisz!
- Poniechajcie mnie - giermek nie zmienił tonu, ale nie zwolnił uścisku. - Ustąpię, jeśli taka wasza wola, choć waszego postępowania nie uważam za właściwe.
- Nie będziesz mi robił łaski, obwiesiu!
Zmagali się dłuższą chwilę. Pan Jędrzej usiłował ugodzić Osta sztyletem trzymanym w lewej ręce, ten odpychał groźne narzędzie. Pachołkowie, wzywani okrzykami rycerza, pozbierali się już z podłogi i sytuacja stawała się trudna, bo w małej izbie Oset nie miał szans im sprostać. Już teraz, gdy jeden ze służących zaszedł go od tyłu i chwycił za ramiona, pan Jędrzej wykorzystał sposobność i pchnął ostrzem. Sztylet dosięgnął ramienia giermka, ale widok krwi nie ostudził zapałów rycerza. Wprost przeciwnie, upewnił go, że ofiara jest w jego zasięgu i lada chwila zostanie pokonana.
Ale po raz kolejny się pomylił. Oset wykręcił mu dłoń trzymającą sztylet i skierował ostrze w rycerza, zadając ranę taką samą, jaką właśnie otrzymał. A kiedy zbaraniały rycerz zaprzestał nagle walki, Oset roztrącił obecnych i umknął.
Wypadł na podwórze, wyprowadził konia ze stajni i ruszył przed siebie, nie oglądając się do tyłu i nie czekając, aż Wiesna założy opatrunek. Ta opatrunek założyła natomiast panu z Tuszyny i bardzo ubolewała nad losem obu. Pan Jędrzej od gospodyni dowiedział się, kim był jego przeciwnik i nawet kazał pachołkom pobiec za nim, ale ci nie spieszyli się zbytnio i wrócili po kilku godzinach z wiadomością, że nie doścignęli zuchwalca.
Rana Osta była niewielka, ale bolesna. On sam nie pojechał od razu do domu, bo miał do załatwienia sprawę z Natanem synem Izaaka, a poza tym trochę obawiał się, co powie pan Mikołaj. Zwlekał więc z powrotem, a wtedy ludzie pana Jędrzeja wyśledzili go i pewnie by ubili, gdyby Żyd z Holsztyna nie przyszedł mu z pomocą.
Hedwiga była oburzona i posłała nawet umyślnego do gospody Pod Jeleniem. Ten jednak nie zastał tam już rycerza, a Wiesna powiedziała, że pojechał swoją drogą, głośno odgrażając się giermkowi i jego panu. Wypytywała przy tym, czy Ostowi nie stała się jaka krzywda, ale nie dowiedziała się niczego, bo pan Jeno surowo nakazał wszystkim trzymać w tej sprawie język za zębami.
Starosta holsztyński słusznie podejrzewał, że pan Jędrzej z Tuszyny niewiele będzie dbał o zdrowie swoich sług wysłanych za Ostem i nie upomni się o nich, jeśli nawet nie wrócą. Ale ciała obu zabitych żołnierzy kazał odszukać i pogrzebać, mówiąc księdzu, że po pijanemu zabili się wzajem na drodze.
Dopiero w kilka miesięcy później okazało się, że pan Jędrzej z Tuszyny jednak nie zapomniał zniewagi i wniósł do sądu skargę na Osta o napaść i zadanie krwawej rany. Wyniośle przy tym odrzucił propozycję Mikołaja, który chciał w imieniu swojego giermka zadośćuczynić krzywdzie, choć sam uważał, że w sporze tym Oset jest niewinny.
Ostowi zdrowie wracało powoli i niemało wysiłku kosztowało pana Jeno, żeby doprowadzić go do dobrego stanu.
Leżał w łożu parę tygodni, schudł, osłabł. Zaczął chodzić samodzielnie dopiero po kilku tygodniach i jeszcze wiele miesięcy potem miał się skarżyć na bóle w ramieniu.
Ale z tygodnia na tydzień było lepiej i wkrótce znowu powrócił czas, kiedy Oset stał się dawnym Ostem, wesołym, rozmownym, ciekawym wszystkich i wszystkiego, co to o każdej sprawie wie pierwszy.
***
Tej jesień dotknęło Dolinę jeszcze jedno nieszczęście. Pomarli starcy z Krasawy: Jura, ojciec pana Jeno, i franciszkanin ojciec Ambroży.
Ostatnie lata, zgrzybiali już bardzo, spędzili w pewnym oddaleniu od spraw dworu, zadowalając się prawie wyłącznie niespiesznym gwarzeniem między sobą. Latem czas spędzali w ogrodzie, siedząc naprzeciw siebie opatuleni miękkimi futrami. Zimą siedzieli naprzeciw siebie przy kominie. I naprzeciw siebie zostali pochowani, na przykościelnym cmentarzu w Lipowej, a dokładniej po obu stronach wiodącej na cmentarz ścieżki. Zgodnie z ich dawnymi życzeniami na mogiłach nie dano żadnego znaku, kamienia ani krzyża.