Rodzina
Tego wieczoru było specjalne danie na kolację. Finch, spoglądając na beztrosko odświętne i rozweselone twarze dokoła stołu, uświadomił to sobie natychmiast. Zadysponowała je niewątpliwie ciotka Augusta, ponieważ wiedziała, że Renny będzie głodny po swoich wyczynach sportowych. Sądzono, że Finch jada gorące obiady w szkole, ale on wolał wydawać pieniądze w bardziej lekkomyślny sposób, kupował więc sobie lekkie śniadania, a za resztę papierosy i czekoladę. Wobec tego miał szalony apetyt na kolację, zwłaszcza że nie wracał nigdy na podwieczorek. Ilość jedzenia, którą pochłaniał ten wychudzony chłopiec, była źródłem zdumienia, a nawet i niepokoju ciotki Augusty.
Tym nadprogramowym daniem był suflet z sera. Pani Wragge była w zakresie sufletów wielką mistrzynią. Finch nie spuszczał wzroku z tego dania od chwili, gdy usiadł na swoim miejscu pomiędzy Piersem i małym Wakefieldem. Z sufletu niewiele pozostało i dosyć dawno wyjęto go z pieca, więc stracił swoją pulchność, ale Finch marzył, żeby mu pozwolono wyskrobać ostatnie okruchy ze srebrnego półmiska.
Renny, położywszy mu na talerz gruby kawał zimnego rostbefu, spojrzał na niego wnikliwym wzrokiem i zapytał:
- Chcesz wyskrobać półmisek?
Finch zarumienił się i skinął głową.
Renny spojrzał przez stół na lady Buckley.
- Trochę sufletu, ciociu Augusto?
- Nie, dziękuję, mój drogi. I w ogóle za dużo już zjadłam. Ser na noc jest ciężko strawny, chociaż przyrządzony w ten sposób nie jest taki szkodliwy i sądziłam, że ty, po...
Pan domu słuchał z szacunkiem, nie spuszczając wzroku z jej twarzy, następnie zwrócił się do wuja Mikołaja:
- A wuj pozwoli jeszcze trochę?
Mikołaj wytarł siwe wąsy olbrzymią serwetką i rąbnął:
- Ani kawałeczka nie wezmę do ust, jestem syty. Ale napiłbym się herbaty, jeżeli Augusta zostawiła cokolwiek.
- Wuju Erneście, można wujowi nałożyć?
Ernest uczynił ruch przeczenia swoją białą, delikatną ręką.
- Nie, mój chłopcze. W ogóle nie powinienem był jeść. Wolałbym, żeby nie podawano tych gorących potraw na kolację. Ulegam pokusie, a potem cierpię.
- Piers?
Piers był już po dwóch porcjach, ale spoglądając złośliwie na długą twarz Fincha, rzekł:
- Poprosiłbym o jeszcze jedną łyżkę.
- Ja też! - zawołał Wake. - Ja też!
- Zabraniam - rzekła Augusta, nalewając sobie trzecią filiżankę herbaty. - Jesteś za mały, żeby opychać się serem na noc.
- A ty - wtrącił Mikołaj - jesteś za stara, żeby wlewać w siebie czajnik herbaty o tej porze.
Wyraz obrażonej godności, który nie schodził nigdy z twarzy lady Buckley, pogłębił się jeszcze. Jej głos ochrypł nieco.
- Pragnęłabym, Mikołaju, żebyś był mniej szorstki. Wiem, że nie jest to łatwe, ale powinieneś wziąć pod uwagę, jaki to zły przykład dla chłopców.
Ernest, nie chcąc dopuścić do utarczki, zauważył:
- Masz tak zdrowe nerwy, Augusto, iż nie wątpię, że możesz pić nieograniczone ilości herbaty. Pragnąłbym, żeby moje trawienie - moje nerwy...
- Kto słyszał, żeby herbata szkodziła komuś - przerwała gniewnie Augusta. - Kawa jest niezdrowa. Whiteoakowie i Courtowie byli zawsze amatorami herbaty.
- I rumu - dodał Mikołaj. - Jak byś się zapatrywał Renny na wypicie czegoś prawdziwie smacznego, żeby uczcić zwycięstwo naszych koników?
- Dobra myśl - odrzekł Renny, smarując musztardą kawał mięsa, który leżał przed nim na talerzu.
Tymczasem Piers nałożył sobie łyżkę sufletu i pchnął półmisek Finchowi, który trzymając go jedną ręką, drugą zeskrobywał okruchy.
Wakefield przyglądał się temu z życzliwą miną człowieka, który się pożywił, gdy półmisek był gorący.
- Tutaj, z brzegu jest śliczny kawałek - rzekł protekcyjnym tonem.
Finch oderwał się na chwilę od pasjonującego zajęcia, ażeby szturchnąć młodszego brata.
Wake krzyknął "ach!" i lady Buckley kazała mu wstać od stołu.
Renny rozejrzał się z niezadowoleniem.
- Proszę, niech ciocia nie odsyła dziecka. Nie mógł powstrzymać się od krzyku, gdy dostał szturchańca. Jeżeli ktoś wstanie od stołu - to Finch.
- Nikt nie uderzył Wakefielda - powiedziała ciotka z godnością. - On wrzeszczy, gdy Finch patrzy w jego stronę.
- Więc niech Finch patrzy w inną stronę - rzekł Renny, wracając do swego rostbefu.
Mikołaj pochylił się ku niemu.
- A więc jak będzie z tą butelką, Renny?
Ernest upomniał brata:
- Pamiętaj, że jutro jest dalszy ciąg zawodów konnych i że Renny bierze w nich udział.
- Jak gdyby mogła mi zaszkodzić buteleczka - roześmiał się Renny, wstając od stołu. - Słyszy ciocia?
- Czy Rags nie może przynieść? - zapytał Mikołaj.
- Tak, i buchnąć przy okazji butelkę dla siebie...
Podszedł do Augusty, spojrzał na jej grzywkę, a la królowa Aleksandra, i długi nos. Ona zaś zdjęła pęk kluczy, który nosiła na złotym łańcuchu przypiętym do paska i podała bratankowi. Wake podskoczył na krześle.
- Pozwól mi pójść z tobą, Renny! Strasznie lubię schodzić do piwnicy, a tak rzadko kiedy mam okazję.
- Co przynieść? - zwrócił się Renny do Mikołaja.
- Kilka butelek chianti.
- Mówię poważnie.
- A co masz?
- Oprócz beczki piwa i krajowych win zaledwie kilka butelek rumu Burkego, trochę nalewek i oczywiście - szkocką wódkę.
- I to się nazywa piwnica. - Mikołaj uśmiechnął się sardonicznie.
- Zawsze się nazywało piwnicą - odrzekł Renny urażonym tonem - i nie możemy nazywać inaczej, jeżeli nawet jest w niej niewiele. Na co ciocia ma ochotę?
- Zdawało mi się, że mieliśmy pół butelki francuskiego wermutu - oznajmił Ernest.
- Jest u mnie w pokoju - stwierdził Mikołaj oschle. - Trochę rumu z wodą sodową i sokiem cytrynowym dla mnie.
- A dla cioci?
- Szklanka czerwonego krajowego wina. I doprawdy uważam, że Finch powinien także dostać, bo tak ciężko pracuje.
Biedny Finch, nie czekając na ironiczny śmiech, który wybuchnął po słowach ciotki, skurczył się cały i zarumienił. Ale nawet teraz czuł gorący przypływ miłości dla Augusty. Ona przynajmniej nie była przeciw niemu.
Renny poszedł w stronę hallu, a mijając krzesło Wakefielda, podniósł chłopca i przerzucił go sobie przez ramię. Zeszli po schodach do sutereny, gdzie uderzyła ich specyficzna woń, którą Wakefield lubił tak bardzo. Tam mieściła się kuchnia z rozmaitymi zapachami, komórka na węgiel, spiżarnia na jabłka, piwnica z winem, piwnica z zapasami i trzy małe pokoje służbowe, z których obecnie jeden tylko był zajęty. Tutaj małżonkowie Wragge wiedli swój dziwny, podziemny żywot, pełen kłótni, wzajemnych podejrzeń, niechęci, a od czasu do czasu i miłosnych wybuchów, na których to przyłapał ich kiedyś Wake.
Rags, usłyszawszy ich kroki, stanął w drzwiach kuchni z kikutem papierosa w bladych ustach.
- Czym mogę panu służyć? - zapytał.
- Przynieś mi świecę. Idę po butelkę jakiegoś alkoholu.
Wyraz sympatii rozjaśnił twarz Ragsa, rzucił papierosa na ziemię i zjawił się po chwili, niosąc świecę w zakopconym lichtarzu. Ujrzeli panią Wragge, wstającą od stołu, przy którym posilała się z miną pełną godności; jej twarz była tak podobna do wschodzącego słońca, jak twarz jej małżonka do zachodzącego księżyca.
Z Ragsem na czele przeszli przez wąski korytarz, który kończył się ciężkimi drzwiami zamkniętymi na kłódkę. Renny otworzył kłódkę i pchnął drzwi. Razem z wilgocią owionął ich mocny zapach piwa i spirytusu. Piwnica była nie najgorzej wyposażona, ale panował tu nieład i puste butelki wina nie zostały zastąpione nowymi, co świadczyło o niedbalstwie, będącym charakterystyczną cechą rodziny Whiteoaków.
Podczas gdy Renny robił przegląd półek, Wakefield wyszpiegował stary, zniszczony koszyk w kącie pod najniższą półką. Wyciągnął go i ujrzał w migotliwym blasku świecy trzy ciemne, omszałe butelki, leżące obok siebie. Coś w nich zabulgotało i gdy chłopiec wyjął ostrożnie jedną z nich, ciemnobrązowe światło zagrało w niej spod zapleśniałej powierzchni.
- Renny! - zawołał malec z zachwytem - znalazłem tutaj coś nadzwyczajnego.
Renny, który już dokonał wyboru, odstawił butelki i wyrywając Wakefieldowi jego zdobycz, położył ją z powrotem do kosza i pchnął kosz w kąt.
- Gdybyś to upuścił, smyku jeden - rzekł - nie wyszedłbyś stąd żywy.
I zwracając się do swego byłego ordynansa, dodał:
- Mężczyzna musi mieć jakąś tajemnicę w życiu, prawda Rags?
Tajemnica w życiu! Mały chłopiec był oczarowany tymi słowami. Jaki magiczny napój ukrył jego uwielbiany brat w tych podziemiach? Pewno przychodził tu cichaczem, żeby odprawiać czary, zadawać uroki... Ach, gdyby Renny dopuścił go do tajemnicy!
Kazano mu trzymać świecę, podczas gdy Rags zamykał drzwi. Ujrzał oczy brata, spoglądające na szarobiałe ręce służącego. Widział, jak spojrzenie zwężało się; następnie Renny odstawił jedną butelkę na ziemię i wolną ręką uderzył w kłódkę. Wypadła mu z ręki.
- Spróbuj jeszcze raz, Rags - rzekł, a jego rzeźbiona twarz z nosem Courtów wyglądała niesamowicie, jak twarz jego babki.
Rags, założywszy kłódkę, tym razem szczęśliwie, powiedział bezczelnym tonem:
- Nigdy nie umiałem radzić sobie z kłódkami.
- Ale nie, gdy ja patrzę. Weź świecę od malca.
- Zaraz, tylko pan pozwoli, że zdejmę panu z głowy pajęczynę.
U progu schodów Rags zatrzymał się i podnosząc świecę, żeby oświetlić drogę swojemu panu, oznajmił:
- Przyjemnego wieczoru i szczęścia koniom Jalny. Piliśmy pańskie zdrowie tutaj w kuchni, herbatą.
- Ale pijcie słabą, to zdrowiej dla twoich nerwów - rzekł Renny twardym głosem, zatrzaskując za sobą drzwi u wylotu schodów.
W jadalni czekał Mikołaj, skubiąc wąsy dużą, kształtną ręką ozdobioną sygnetem. W oczach igrał płomyk humoru. Natomiast Ernest miał twarz zatroskaną, bo wiedział, że gdy się napije, będzie to miało fatalny skutek na jego trawienie. A jednak pokrzepiająca wesołość wisiała w powietrzu. Nie mógł i on oprzeć się temu nastrojowi, więc uśmiechnął się do otaczających go twarzy.
Augusta siedziała wspaniale wyprostowana, z kameą i złotym łańcuszkiem, to unoszącym się, to opadającym na piersi, które ani nie były za duże, ani za małe, ale wciśnięte w gorset, taki, jaki noszono za czasów jej młodości. Renny postawił przed nią butelkę czerwonego wina.
- Proszę, ciociu. Wake, podaj korkociąg. Dla ciebie, wujku - rum... Ten łobuz Rags chciał, żebym zostawił piwnicę otwartą, by sam mógł skorzystać i capnąć dla siebie butelkę. Chwała Bogu zauważyłem jego manewry.
- Niepoprawny łobuz - rzekł Mikołaj.
- Zasługuje na to, żeby go wyrzucić - dodał Ernest uprzejmie, zgodnym tonem.
- Ja mu się nie dziwię. Postąpiłbym w ten sam sposób. - Piers się roześmiał.
Fezant wróciła do jadalni i usiadła obok niego. Piła mleko, do którego wdrobiła bułkę; widok jej małej głowy i dziecinnego karku pochylonego nad kubkiem rozśmieszył i rozczulił Piersa. Pogładził ją po szyi mocną, opaloną ręką i powiedział:
- Doprawdy, nie mogę zrozumieć, jak możesz pić tę papkę.
- Wychowałam się na niej. A poza tym służy bardzo Mooeyowi.
- Dolej kilka kropel rumu - doradził Mikołaj. - Powinnaś rozgrzać się po tej długiej jeździe. I z pewnością zrobi to dobrze młodemu Maurycemu, uczyni go prawdziwym Whiteoakiem i dżentelmenem.
- Jest już jednym i drugim - odrzekła Fezant stanowczo - i nie będę zachęcać mojej latorośli do alkoholu nawet z drugiej ręki.
Augusta spojrzała na rubinowy płyn w szklance, mówiąc:
- Nasza stara niania nalewała kilka kropel wina do naszych bucików, ażeby nas zabezpieczyć przed przeziębieniem, gdy było wilgotno w ogrodzie. Nie wiedzieliśmy, co to kalosze i byliśmy zawsze zdrowi.
- Zapominasz, Augusto - rzekł Ernest - że przeziębiałem się często.
- Tylko dlatego, że nie wypuszczano cię z domu, gdy była brzydka pogoda - powiedział Mikołaj.
- Pamiętam - ciągnął Ernest - jak spoglądałem z okna dziecinnego pokoju na was oboje i Filipa bawiących się na trawniku z owieczką. Kaszlałem i nie wolno mi było wychodzić z domu. Po jakimś czasie przyszedł tatuś i wziął małego Fila na plecy. Widzę to, jakby to było wczoraj. Posyłał mi całusy. I ja mu posyłałem całusy. Leśne gołębie gruchały...
Wypił tylko jedną szklankę rumu, ale i ta znikoma ilość była wystarczająca, żeby go usposobić sentymentalnie i melancholijnie.
- I ja pamiętam - rzekł Mikołaj. - Biedaku, nosiłeś zawsze na szyi bandaż z czerwonej flaneli, a w uszach watę i czuć cię było kamforą.
- Wielki Boże! - westchnął Renny. - Gdyby i teraz było tyle leśnych gołębi co za waszych czasów! Można by sobie postrzelać. Prawda, Flossie? Prawda, Merlinie?
Oba wyżły, które go rozumiały znakomicie, przerwały swoją drzemkę na dywanie, nadstawiły uszy i zaczęły szczekać i łasić się.
Głos Fincha nałożył się na szczekanie psów.
- Ja także chciałbym dostać trochę wina. Nie jestem już dzieckiem, mam osiemnaście lat.
Renny bawił się z psami.
- Leżeć, Merlin! Leżeć, Flossie, ty najmilsza. Co mówisz, Finch?
Panowała teraz cisza i głos Fincha zahuczał, ale też załamał się.
- Mówię, że mam osiemnaście lat i że nie zaszkodziłaby mi szklanka wina.
- Niech mu ciocia da prędko kilka łyków wina, bo się rozpłacze! - zawołał Piers.
Finch panował z trudem nad gniewem, spoglądając na kawałek szarlotki, który mu schowano z obiadu.
- Daj chłopcu szklankę rumu - rzekł Mikołaj - to mu dobrze zrobi.
Renny wyciągnął rękę z dzbankiem, do którego przedtem przelał czerwone wino i powiedział nagle protekcyjnym tonem:
- Proszę, napij się.
Finch wziął szklankę i sięgnął po dzban. Bał się, że ręka będzie mu drżała. Zacisnął zęby. Nie chciał, żeby drżała mu ręka... gdy cała rodzina patrzy na niego i spodziewa się, że zrobi coś głupiego, nerwowego... Już białe zęby Piersa błyszczą... gotowe do ironicznego śmiechu. Panie Boże, mówił do siebie, Panie Boże, żeby mi nie drżała ręka!
Ręka zaczęła mu się trząść dopiero wtedy, gdy szklanka była niemal pełna. Ale nie zabrudził stołu. W chwili gdy odstawiał dzban, drżał na całym ciele. Prędko nasunął mankiet na swój chudy napięstek i obrzucił niespokojnym wzrokiem rodzinę.
Wszyscy przy stole zaczęli mówić jednocześnie. Nie głośno, w zamieszaniu - lecz harmonijnie i zgodnie. Uśmiechy osiadły na ich twarzach jako widome znaki radości emanującej od wewnątrz. Ciotka Augusta jęła opowiadać o dawnych czasach w Jalnie, gdy rodzice podejmowali gości z niebywałym przepychem i gdy bywał u nich sam generał-gubernator ze swoją małżonką. Następnie przeszła oczywiście na temat życia towarzyskiego w Anglii w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdy - jak to lubiła teraz wyobrażać sobie - odgrywała znaczącą rolę w eleganckim świecie. Mikołaj również mówił o Londynie, ale o innym Londynie, w którym to zabawiał się i grał na wyścigach razem ze swoją żoną Millicent, póki nie przepuścił całego majątku i porzucony przez żonę wrócił do Jalny.
Po dwóch szklankach myśli Ernesta skoncentrowały się na jednym zagadnieniu - jak się ubierze nazajutrz na konne zawody. Miał nowy, jesienny płaszcz z kosztownego angielskiego materiału, uszyty przez najlepszego krawca w mieście; na taki zbytek nie pozwolił już sobie od wielu lat. Kupił go z myślą o tych konkursach, ale powietrze było tak zimne i wilgotne, że biorąc pod uwagę swoje wrażliwe płuca, był w prawdziwej rozterce. Krawiec powiedział mu, że nigdy nie widział mężczyzny w jego wieku tak dobrze zbudowanego, smukłego i trzymającego się tak prosto. Nie to co biedny Mik - myślał Ernest - który stał się ociężały i musiał opierać się na kiju, bo miał reumatyzm w kolanie... Ale delikatne płuca? Katar oskrzeli o tej porze roku mógł zakończyć się tragicznie.
- Mój Renny - zapytał - jaka jest temperatura w Koloseum? Było dziś bardzo chłodno?
- Chłodno! - zawołał Renny, przerywając swoją rapsodię o wielkich skokach, które miał wykonać nazajutrz - ależ tam był żar nie do wytrzymania.
Przysunął do siebie Wakefielda i dał mu łyk ze swojej szklanki. Chłopczyk, pragnąc być w samym sercu towarzystwa, zapytał:
- Renny, mogę usiąść u ciebie na kolanach?
- A ile masz lat?
- Jedenaście. Nie jestem taki bardzo stary.
- Za stary, żeby cię niańczyć. Nie mogę cię rozpieszczać. Ale możesz usiąść na poręczy mojego krzesła.
- Jak gdyby to nie było rozpieszczaniem - rzekł Piers.
Piers nie mógł usiedzieć na miejscu. Stał teraz przy stole, uśmiechając się do wszystkich. Był wyjątkowo przystojny, wysoki, z szerokimi barami i niebieskimi, łagodnie błyszczącymi oczami. Mówił o ziemi, o zbiorach i o jałówce, którą chciał sprzedać i kupić za to wspaniałego cielaka.
Fezant myślała: Jak on cudownie wygląda, gdy tak rozprawia! Ma takie same wesołe, jasne oczy, jak Mooey. Mój Boże, ta duża butelka jest niemal pusta. Dziwne, że mam ojca, który zbyt chętnie zagląda do kieliszka i że mam męża, który zdradza podobne skłonności, a ja sama jestem od urodzenia abstynentką! Nigdy nie będę zachęcała mojego maleńkiego synka, gdy dorośnie, do picia alkoholu!
Ciotka Augusta szepnęła do Fincha:
- Musisz się zabrać do odrabiania lekcji, kochanie. Po tych dwóch szklankach wina powinieneś nauczyć się bardzo dużo.
- Tak, tak - szepnął Finch, wstając posłusznie od stołu.
Sięgnął po książki, które położył na bocznym stoliku, i westchnął głęboko na myśl, że porzuca tę miłą, beztroską atmosferę dla ponurej matematyki. Gdy wychodził, bilet loteryjny wypadł mu z zeszytu na podłogę.
Wakefield zeskoczył z poręczy krzesła i podniósł go. Finch był już w hallu.
- Zgubił coś. - Mały chłopiec przyjrzał się badawczo. - To bilet, numer trzydziesty pierwszy. Finch, Finch, wypadło ci to z książki!
Finch zawrócił gniewny.
- Pokaż - rzekł Piers, odbierając Wakefieldowi bilet. - Faktycznie, bilet na loterię. No, no, no. Chcesz wygrać fortunę w sekrecie przed rodziną. Jesteś jeszcze w szkole i zdaje się, że nie powinieneś grać na loterii.
- Co to ma znaczyć? - zapytał Renny podejrzliwie. - Pokaż to.
Piers wręczył bilet Finchowi.
- Zanieś to najstarszemu bratu - doradził - a potem skocz na górę po pasek.
Finch złapał bilet z rozwścieczoną miną i wybiegł z pokoju.
- Wróć tu natychmiast! - rozkazał Renny, a gdy chłopiec zjawił się znowu, zapytał: - Powiedz tylko na jaką loterię jest ten bilet?
- Wielki Boże! - huknął Finch, tracąc panowanie nad sobą - czy nie mogę kupić sobie biletu na loterię, gdy mam ochotę? Można by pomyśleć, że jestem niemowlęciem.
- Możesz sobie kupić cały tuzin, jeżeli masz ochotę, ale nie podoba mi się ta twoja tajemniczość. Na co to jest ten bilet?
- Na kanarka - powiedział głosem ochrypłym z gniewu - na kanarka, słyszycie! Jeżeli nie mogę kupić sobie głupiego biletu na kanarka...
Wybuch śmiechu, który po tym nastąpił, był tak spontaniczny, donośny, żywiołowy, że zaiste niewiele rodzin mogłoby się poszczycić taką żywotnością. Gdy ucichł nieco, Renny roześmiał się powtórnie.
- Kanarek - powtórzył. - Następnym razem zachce mu się złotej rybki.
Ale chociaż się śmiał, w głębi duszy był bardzo zawstydzony. Kochał bowiem chłopca. To upokarzające, że była z niego taka baba - kanarka mu się zachciewa!
W pokoju za hallem rozległo się mocne stukanie.
- Widzicie! - zawołał Ernest bardzo zirytowany. - Czy nie mówiłem wam! Obudziliście ją. Wiedziałem, że tak się skończy. To bardzo dla niej szkodliwe.
- Wake, idź do pokoju babci - rzekła godnie Augusta - otwórz cicho drzwi i powiedz: "Wszystko w porządku, babciu. Prosimy bardzo, żebyś się uspokoiła".
Piers, wyobrażając sobie dialog pomiędzy malcem a staruszką, wybuchnął śmiechem. Augusta i Ernest spojrzeli na niego z niezadowoleniem.
- Mój Piersie - zauważył Ernest - nie zawadzi, jeżeli chłopiec nauczy się być uprzejmym i grzecznym.
Wake przeszedł przez hall przejęty doniosłością swej misji. Otworzył drzwi do pokoju babki i zajrzał niemal ze strachem do tej mrocznej komnaty oświetlonej zaledwie nocną lampką, stojącą na niskim stoliku przy łóżku. Zanim odezwał się do niej, zamknął za sobą drzwi, żeby nie słyszeć krzepkich głosów domowników. Miał ochotę bać się - nie znowu tak bardzo, ale chociaż trochę - chciał być sam na sam z babką w tym dziwnym mroku, gdy krople deszczu spadają z okapu za oknem i małe, czerwone światełko żarzy się na kominku niby jakiś zły duch. Stał cichutko, wsłuchany w jej syczący oddech, odgadując raczej niż widząc jej głowę na poduszce i dostrzegając niespokojny ruch jednej ręki na purpurowej pierzynie.
Kwiaty i owoce namalowane na starym, skórzanym łóżku, które przywiozła ze sobą ze Wschodu, były mniej barwne i jaskrawe od upierzenia papugi, która ulokowała się nad nim. Jakieś westchnienie wyrwało się z łóżka niby dawno zapomniana melodia. W tym łóżku Augusta, Mikołaj, Ernest, nieżyjący Filip, ojciec wszystkich młodszych Whiteoaków, zostali poczęci i tutaj urodzeni. W tym łóżku umarł ich ojciec - Filip. Jakie wzruszenia, jakie bóle, jakie szały, jakie marzenia znało to łóżko. Teraz spędzała w nim większą część dni babka.
Jej ręka uniosła się i opadła na pierzynę. Mały czerwony płomyk padał od pierścienia z rubinem, którego nie zdejmowała nigdy. Sięgała w tej chwili po swoją laskę. Zanim zdążyła wziąć ją do ręki, by znowu uderzyć w ścianę, Wakefield podbiegł do niej truchcikiem. Wyrecytował jak papuga:
- Wszystko w porządku, babciu. Prosimy bardzo, żebyś się uspokoiła.
Podobały mu się te słowa, które ciotka włożyła mu w usta. Tak mu się podobały, że je powtórzył po raz drugi. Babka spojrzała na niego spod rudych, kosmatych brwi. Nocny czepek zjechał jej na jedno oko, ale drugie wbiła w niego ze szczególnym natężeniem.
- Co? - zapytała. - Co to ma znaczyć?
- Prosimy bardzo, żebyś się uspokoiła - powtórzył poważnie, klepiąc pierzynę.
- To ja uspokoję rodzinę - rzekła dziko - moją laską! Gdzie moja laska?
Podał jej laskę i cofnął się o krok.
Zastanawiała się przez chwilę, usiłując uprzytomnić sobie, czego chciała. Odgłos śmiechu z jadalni przypomniał jej.
- Co ma znaczyć ten hałas? Dlaczego się śmieją?
- Śmieją się, babciu... z kanarka. Finch kupił bilet na loterię.
Podszedł do niej bliżej, żeby zobaczyć, jakie wrażenie zrobią te słowa. Skutek był straszny. Jej rysy wykrzywiły się z gniewu. Patrzyła na niego chwilę bez słowa, nie mogąc nic wykrztusić z siebie. Następnie, charcząc ciężko, powiedziała:
- Kanarka. Ptak. Jeszcze jeden ptak w domu. Nie życzę sobie, Boney sobie nie życzy. Boney nie zniesie tego - rozszarpie kanarka.
Papuga, słysząc dźwięk swojego imienia, wysunęła głowę spod skrzydła, spojrzała na swoją panią i zaczęła wrzeszczeć po hindusku:
- Haramzada! Iflatoon, Paji, Paji!
Stara pani Whiteoak uniosła się na łóżku. Wysunęła spod kołdry nogi w włóczkowych skarpetkach, dysząc ciężko.
- Podaj mi szlafrok. Leży na krześle. Ja im pokażę, czy można sprowadzać do domu kanarki!
Wakefield wiedział, że powinien był pobiec do jadalni i zawołać kogoś ze starszych. Było nie praktykowaną rzeczą, żeby babcia wstała bez pomocy ciotki Augusty lub któregoś z synów. Lecz ciekawość chłopca, pragnienie nowych wrażeń i podniecenie były większe od ostrożności. Przyniósł ciężki, aksamitny, purpurowy szlafrok i pomógł jej go włożyć. Podał laskę. Ale postawić ją na nogi! To była inna sprawa. Ciągnął za ramiona, lecz nie mógł ruszyć z miejsca. "Ha" - mruczała przy kolejnym bohaterskim wysiłku i jej twarz nabierała z każdą chwilą koloru bardziej zbliżonego do szlafroka.
- Nic z tego... nic z tego - sapnęła wreszcie. - Weź mnie za obie ręce i podnieś.
Wyciągnęła ręce, spoglądając na niego, ufna, iż mały chłopiec podoła temu zadaniu. Lecz taki był tego wynik, że ciągnąc ją, sam potknął się o dywan i upadł w jej ramiona. Zaczęła śmiać się i tulić jego drobną postać do piersi, a on trochę rozbawiony tą sceną i trochę zmartwiony swoją bezsilnością zaczął rozprostowywać wstążki przy jej czepku.
- Paji! Kuza Pusth! - zawołała papuga, trzepocząc barwnymi skrzydłami.
Pani Whiteoak odepchnęła wnuka i zapytała nieprzytomnie:
- Co robiliśmy?
- Starałem się postawić cię na nogi, babciu.
- Po co? - Jej oczy błyszczały podejrzliwie.
- Przecież kanarek. Babciu, kanarek Fincha. Nie pamiętasz?
Momentalnie twarz staruszki pokryła się chmurą gniewu.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.