Goście
Ten malec - zauważyła Lucy Sinclair - mógłby być istną plagą, ale jak dotąd jest raczej milutki.
- Bardzo ładny dzieciak - stwierdził jej mąż.
Bez szczególnego zainteresowania oboje przyglądali się małemu Filipowi, który mozolnie budował dom z klocków na trawie nie opodal. Potrafił tylko stawiać klocki jeden na drugim, a przecież spiętrzał je z imponującym skupieniem. O niezłomności zamiaru świadczyło wydęcie jego dziecięcych warg.
- Świata nie widzi poza tatą - powiedziała.
- Typowy Anglik. - W głosie Curtisa Sinclaira zabrzmiało tyleż podziwu, ile dezaprobaty. - Uparty, zawzięty.
- Ci ludzie - upomniała go Lucy - to nasi przyjaciele. Cudownie nam jest tutaj.
- Ze wszechmiar wielkoduszni - przyznał. - Dziś rano Whiteoak mi powiedział: "Czujcie się tu, jak u siebie, pan i małżonka, i wasza służba, dopóki wojna się nie skończy".
Wyciągnęła koronkową chusteczkę, żeby otrzeć łzy z oczu.
- Co nam pozostanie? - zaszlochała.
Filip porzucił klocki i przydreptał do niej. Klepnął ją w kolano.
- Biedna pani - wyraził współczucie. - Nie płac.
Pogłaskała go po jasnych kędziorkach.
- Kochaneczku. - I dodała po chwili: - Dobrze, nie będę płakać. Będę dzielna, bo chcę ci się podobać.
Mąż położył rękę na jej drugim kolanie. Miał piękne ręce. Zawsze podziwiała zwłaszcza jego kciuki, prawie tak długie jak inne palce, idealnie zaokrąglone, o paznokciach owalnych z białymi półksiężycami. Przeniosła wzrok z tej ręki na jego blady szlachetny profil, po czym na krzepki tors zniekształcony wydatnym garbem na plecach. Curtis Sinclair był garbaty i właśnie z racji swego kalectwa nie mógłby walczyć, zostając w kraju, wobec czego przyjechał ze swoją delikatną żoną do Kanady, gdzie widział możliwość działania, które by wpłynęło na losy znękanego Południa. W każdym razie uznał za konieczne wywieźć Lucy stamtąd. Utracił cały majątek, nadal jednak uważał się za niezależnego plantatora.
Na krótko przed wojną domową Sinclairowie poznali Whiteoaków w Anglii, gdy Filip i Adelina bawili tam na wakacjach. Znajomość szybko przerodziła się w przyjaźń. Te dwa małżeństwa wzajemnie urzekały się swoją odmiennością - Sinclairowie, typowi Południowcy z Karoliny, Whiteoakowie, on Anglik, ona Irlandka. Sinclairowie przyjęli zaproszenie Whiteoaków do Jalny, ale dopiero teraz i to w tak tragicznych okolicznościach z niego skorzystali.
Przyjechali przed trzema dniami. Wszystko wydawało im się takie obce, takie północne, a przecież miłe, rodzina Whiteoaków taka sympatyczna. Dni były ciepłe, ale noce zimne. Sypiali na puchowym piernacie w wielkim łożu pod baldachimem. Czuli się przeniesieni niezmiernie daleko od ruin własnego domostwa, od rzeczy dobrze im znanych. Przywieźli ze sobą troje niewolników, bo nie wyobrażali sobie życia bez nich: pokojówkę, przystojną Mulatkę; kucharkę, która już zaczęła z kucharką Whiteoaków się kłócić; oraz służącego, silnego, młodego Murzyna.
Lucy Sinclair westchnęła.
- Lada chwila wezwą nas na podwieczorek, zgoła zbyteczny, jeśli chodzi o mnie. Och, to wieczne picie herbaty!
Mąż chrząknął ze zrozumieniem, ale zwrócił jej uwagę:
- Ciszej, Lucy. Nawet ten mały chyba słyszy, co mówisz.
Mały Filip potępiająco wlepił w nich swe niebieskie oczy. Wyraźnie był bliski płaczu. Lucy pochyliła się ku niemu, udając, że ogląda jego dom z klocków. Klasnęła w ręce.
- Śliczny! - wykrzyknęła. - Prześliczny!
- Bądź, Lucy, wdzięczna za to, że jesteśmy tutaj. Okazuj Whiteoakom, jak bardzo doceniasz ich gościnność. Idzie Filip. Z apetytem, przypuszczam, na co najmniej trzy filiżanki herbaty i rożki z dżemem jagodowym. Uśmiechnij się, Lucy.
Do tego nie trzeba jej było namawiać. Urodziwy blondyn, Filip Whiteoak samym swoim widokiem mógł wywołać uśmiech na twarzy każdej kobiety.
- Mam nadzieję - powiedział - że czujesz się pani lepiej i jesteś gotowa zjeść obfity podwieczorek. Już podano do stołu.
Zachwycony zmierzył ją spojrzeniem, gdy wstała i obciągnęła fałdy szerokiej spódnicy. Od garbu Curtisa Sinclaira odwracał wzrok. Tymczasem niańka przybiegła, dźwignęła malca z trawy i protestującego piskiem, wniosła do domu.
Adelina czekała w jadalni, stojąc przy zastawionym stole. Wokół niej stało troje starszych dzieci. Augusta, powściągliwe dziecko, prawie podlotek, z długimi czarnymi lokami i gęstą grzywką, która zasłaniała jej wysokie czoło. Mikołaj, następny w kolejności wieku, urwis o ciemnych pięknych oczach i falujących włosach, nieustraszony, dumny, a nawet zuchwały, o czym miała świadczyć jego mina, ale teraz układny. I Ernest o dwa lata od niego młodszy, jasnowłosy, błękitnooki. Wyglądali razem tak, jakby Adelina upozowała się z nimi do rodzinnej fotografii.
- Moje latorośle - przedstawiła ich gościom. - Byli parę dni u przyjaciół. Uznałam to za dobry pomysł na początek państwa pobytu tutaj, bo wiedziałam, że ogromnie jesteście zmęczeni.
Sinclairowie przywitali się z dziećmi jak z dorosłymi, co bardzo im trojgu pochlebiło. Mikołaj wyprostował się buńczucznie. Ernest się rozpromienił. Augusta spuściła oczy, niezdecydowana, czy polubić, czy nie polubić tych dwoje właścicieli niewolników. Byli gośćmi taty, ale w domu państwa Busby usłyszała niejedno o takich ludziach. Bardzo piękna jednak jest ta pani, stwierdziła. I bardzo elegancko ubrana. Nawet patrząc na czubki swych bucików, widziała tę urodę i elegancję.
- Bogu dziękuję - wykrzyknęła Lucy Sinclair - że ja nie mam dzieci, które by tylko odziedziczyły tragedię naszego życia! To byłoby nie do zniesienia!
Curtis Sinclair, chcąc rozładować napięcie spowodowane rozżaleniem żony, powiedział:
- Zapewne wszystkie państwa pociechy urodziły się w Jalnie.
- Nie, doprawdy - odrzekł Filip - córka urodziła się w Indiach, tam gdzie stacjonował mój pułk. Sprzedałem patent oficerski. Popłynęliśmy do Anglii i do Irlandii, żeby odwiedzić rodzinę, no i przenieśliśmy się do Kanady.
Adelina za nic by nie dopuściła, by ktokolwiek zakasował ją w okazywaniu uczuć, po prostu nie leżało to w jej charakterze. Teraz więc przywołała wspomnienie tej podróży, nieomal kreując rolę tragicznej królowej.
- Jakież to były przejmujące chwile! - wykrzyknęła. - To pożegnanie z moimi najbliższymi w Irlandii. Wiedzieliśmy, że może już nigdy ich nie zobaczymy. Odprowadzali nas. Nieutuleni w żalu moi rodzice, moi wszyscy kochani bracia. A potem straszliwa przeprawa przez ocean. Indyjska ayah, którą miałam do dziecka, umarła, pochowaliśmy ją w głębinach.
Wtrącił się Filip:
- Wtedy mnie przypadło kołysanie tej panny. - Wskazał Augustę tak zawstydzoną, że głowa jej opadła, i ciągnął dalej: - Ten smyk, Mikołaj, urodził się w Quebecu. Dopiero Ernest to pierwszy Whiteoak urodzony w tym domu. - Ramieniem objął Ernesta patrzącego wokoło z dumą.
Zasiedli do stołu. Adelina zaczęła nalewać herbatę. Lucy Sinclair podniosła wzrok na przeciwległą ścianę.
- Podziwiam - rzekła - te ładne portrety pani i pana kapitana.
- On jest w mundurze huzarów - powiedziała Adelina. - Zamówiliśmy je sobie przed samym wyjazdem do Kanady.
- W Irlandii? - zapytała Lucy.
Adelina przytaknęła, unikając wzroku Filipa, który jednak dobitnie sprostował:
- Nie. W Londynie. Namalował je bardzo modny portrecista. Czy uchwycił podobieństwo, zdaniem pani?
Oboje Sinclairowie zapewnili, że podobieństwo zostało uchwycone doskonale. Przyjrzeli się portretom z uznaniem, po czym Lucy jęknęła:
- Serce mi się kraje, kiedy pomyślę, co prawdopodobnie dzieje się z portretami czterech pokoleń mojej rodziny w moim panieńskim domu.
- Nie trzeba upadać na duchu. - Filip rzucił jej pocieszające spojrzenie. - Wszystko przybierze lepszy obrót.
Już jedli podwieczorek. Mikołaj nagle zwrócił się do Sinclairów.
- Tam, gdzie byliśmy mój brat, siostra i ja w odwiedzinach, uważają, że pan Lincoln jest wspaniały.
- Rzeczywiście tak uważają? - spokojnie zapytał Curtis Sinclair.
- Jeden ich syn walczy w wojsku Jankesów - prawił Mikołaj. - Modlą się za niego i za pana Lincolna. Pan uważa, że to niedobrze?
- Nikt nie chce ciebie słuchać - rzekł Filip surowo. - Jedz swój chleb z masłem.
Głos zabrał mały Ernest.
- Nasz przyjaciel pan Busby mówi: "Lincoln to bohater".
- Jeszcze słowo powie któryś z was - ostrzegł Filip - i odejdziecie od stołu.
Chłopcy ucichli, ale wyglądali na mniej zdruzgotanych tym upomnieniem niż Augusta.
- Podobno - zagaiła Adelina - państwo Lincoln nie mają żadnej ogłady.
- Ich synowie też nie - podjęła Lucy Sinclair. - Czworo prostaków.
- Do prostaczków należy Królestwo Niebieskie - znów przemówił mały Ernest. - Tak mam w zeszycie.
- Dzieci - powiedziała matka. - Możecie już odejść.
Dzieci więc wstały, ukłoniły się dorosłym i statecznie wyszły z jadalni. Ale zaraz na trawniku przed domem puściły się w pląsy. Niezwykłym, podniecającym wydarzeniem była obecność gości i to w dodatku gości z Ameryki.
- U nich tam jest wojna domowa - powiedział Mikołaj.
- Czy to znaczy, że biją się w domu? - zapytał Ernest.
Augusta objęła go ramieniem.
- Nie, głuptasku. Oni są bardzo wytworni i dobrze wychowani, ci państwo Sinclair. Ale Jankesi nie chcą, żeby ludzie mieli niewolników. Więc o to tam jest wojna.
- Idzie niewolnik - powiedział Mikołaj. - Porozmawiam z nim.
- Nie, nie - zaczęła prosić Augusta. - Mogłoby mu być nieprzyjemnie.
Odsunął jej rękę, nie dając się zatrzymać. Została z Ernestem, gdy pomaszerował prosto do służącego Sinclairów.
- Dobrze ci jest w Kanadzie? - zapytał.
- Tak, panie, jest wspaniale - odpowiedział Murzyn i wzniósł niezgłębione oczy ku wierzchołkom drzew.
- Cieszysz się, że odjechałeś od tej wojny?
- Tak, panie, cieszę się, że odjechałem od tej wojny.
Teraz Ernest, który przybiegł za bratem i uczepił się jego ręki, zapytał cienkim głosikiem:
- Dobrze ci było w niewolnictwie?
- Tak, panie, było wspaniale.
- Ale tutaj w Kanadzie jesteś wolny, prawda? - nastawał Mikołaj.
- Nie miałem takich myśli - powiedział Murzyn.
- Jak ty się nazywasz? - zapytał Ernest.
- Jerry Cram.
Augusta surowo zawołała braci:
- Chłopcy! Mieliście o nic nie pytać. Dostanie się wam od mamy. Przestańcie już i chodźmy na spacer.
Usłuchali niechętnie. Zobaczyli, jak z domu bocznymi drzwiami wybiega ładna młoda Mulatka i zwalnia kroku w pobliżu Murzyna.
- Jej nie wolno z nim rozmawiać - powiedziała Augusta.
- Ale jak ona może z nim nie rozmawiać, kiedy są wciąż pod jednym dachem? - Mikołaj patrzył na tych dwoje z ciekawością.
- Czy to flirt? - zapytał Ernest.
- Gdzie, na Boga, słyszałeś coś takiego, Erneście. - Augusta wzięła braciszka za rękę i pociągnęła za sobą.
- Pytam, jak może subretka pani Sinclair... - znów zaczął Mikołaj.
- Co to jest subretka? - przerwał mu Ernest.
- Głuptasku. Subretka ubiera panią, szczotkuje jej włosy, przyszywa guziki. Ta Annabella co wieczór sto razy przesuwa szczotką po głowie pani Sinclair. Widzieliście, jak jej włosy błyszczą? To od tego szczotkowania.
- Mama ma rude włosy - powiedział Ernest. - Jest kontenta, że myśmy tych włosów nie wzięli po niej. Nie wiem, dlaczego.
- Rude nie są dobrze widziane.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Pewnie dlatego, że lepiej mieć czarne czy brązowe, czy blond.
- Gussie, a ja słyszałem, jak ktoś mówił do mamy "pani piękne włosy, pani Whiteoak".
- Kto to był?
- Pan Wilmott chyba.
- I co mama wtedy? - zapytał Mikołaj.
- Powiedziała: "stary głuptasie".
- To tylko taki jej sposób. - Mikołaj westchnął. - Nie powiedziała tego poważnie.
- Myślisz, że jej się to podobało? - zapytała Augusta zgorszona.
- Z całą pewnością. Kobiety lubią komplementy. Kiedy dorośniesz, będziesz je lubiła szalenie.
- Doprawdy nie. - Wyraźnie się obraziła.
Z lasu, przez który biegły szlaki w posiadłości Whiteoaków i który nadawał jej majestatyczności dziewiczego ustronia, wyszło dwóch mężczyzn. Jednym z nich był sąsiad, Elihu Busby (to właśnie w jego domu przebywały dzieci). Urodził się w Kanadzie, co napawało go nad wyraz patriotyczną dumą. Od Whiteoaków, Kanadyjczyków w porównaniu z nim świeżo upieczonych, oczekiwał uległego kierowania się jego opinią we wszystkich sprawach kraju. Chlubił się tym, że jego syn bierze udział w amerykańskiej wojnie domowej, walcząc po stronie Północy. Niewolnictwo uważał za obrzydliwość.
Drugim z tych mężczyzn był David
Vaughan, również sąsiad.
- Słyszałem - powiedział Busby - że wasi goście są z Południa.
- Tak - potwierdziła Augusta. - Przyjechali, bo u nas jest spokój.
- Wujaszku - Ernest skubnął Davida Vaughana za rękaw. Vaughan nie był spokrewniony z Whiteoakami, ale dzieci tak się do niego zwracały. - Wujaszek pójdzie z nami, to ich pozna. Oni są mili.
Sąsiedzi jednak nie mieli ochoty poznać Południowców.
- Dopóki nie opuszczą waszego domu, nieczęsto będziecie nas widywać - powiedział Busby. - Wiecie, co myślimy o niewolnictwie.
Mikołajowi oczy zaiskrzyły się psotnie.
- Chyba przyjechali na długo, bo przywieźli ze sobą troje niewolników.
Na dźwięk tego ostatniego słowa obaj sąsiedzi osłupieli.
- Niewolników? - powtórzył Busby. - Tutaj? Do Jalny?
- Tak. Jedna niewolnica właśnie wiesza pranie. Brzuchata, no nie?
Niemłoda, bardzo czarna kobieta rozwieszała bieliznę na sznurze dosyć od nich daleko, zapewne więc nie wiedziała, że na nią patrzą.
- Biedne stworzenie! - huknął Busby. - Co za los!
- Ci niewolnicy mogli odejść, gdyby chcieli - powiedziała Augusta. - Widocznie lubią być niewolnikami.
W tej samej chwili Murzynka z wesołym śmiechem zawołała coś w stronę kuchennej sutereny.
- To Cindy - objaśnił mały Ernest. - Ona robi pyszne ciasto, które się nazywa biszkopt angielski. Poproszę ją, żeby znów zrobiła jutro. - Wybiegł.
Augusta i Mikołaj ruszyli dalej na swój spacer. Gdy się oddalili, Elihu Busby zapytał:
- Czy ta Murzynka jest zamężna?
- Skąd mogę wiedzieć - odparł David Vaughan.
- No bo jeśli nie jest, należy ją wydać za mąż. To haniebne trzymać ją w domu przy tych dzieciach. Są nadzwyczaj spostrzegawcze. Widzą wszystko. Szczególnie ten chłopiec, Mikołaj.
- Nie byłby synem swojej matki, gdyby nie odznaczał się czymś nadzwyczajnym - zauważył David Vaughan.
Busby spojrzał na niego bystro.
- Nie rozumiem - rzekł po chwili - jak pani Whiteoak mogła zaprzyjaźnić się z tymi właścicielami niewolników i zaprosić ich do Jalny, na domiar złego z niewolnikami, kiedy w ich kraju toczy się wojna o zniesienie niewolnictwa. Wstrząsem dla mnie jest to, że kapitan Whiteoak jej pozwolił.
- Wkrótce będą wiedzieli, co sądzimy o tym wszystkim - powiedział David Vaughan. - Ja nie przestąpię progu ich domu, dopóki ci ludzie się od nich nie wyniosą. - Drżenie ust świadczyło o jego wzburzeniu.
Frontowe drzwi domu otworzyły się. Na ganku z białymi filarami, po których już pięło się zielenią młode dzikie wino, stanęła Adelina Whiteoak. Zeszła ze schodków i lekkim krokiem ruszyła w kierunku sąsiadów.
- Cudowny chód - mruknął Busby. - Ona jest pełna gracji jak łania.
Vaughan milczał. Powitał Adelinę niemym ponurym wyrzutem, dającym się odczytać w jego głęboko osadzonych oczach. Nie przyjęła tego do wiadomości.
- Cieszę się - powiedziała - żeście się panowie tu pokazali. Marzyłam o tym. Proszę, wejdźcie do domu. Poznacie naszych gości z Południowej Karoliny. Będziecie nimi oczarowani.
Busby się żachnął.
- Nie chcę poznawać ludzi, którzy mają niewolników. Powinnaś pani wiedzieć, że sercem i duszą jestem po stronie Północy.
- Ja także - zawtórował mu cicho, zdławionym głosem Vaughan.
- Ach, ale od razu przejdziecie na stronę Południa, kiedy ich poznacie. Ten ich wdzięk. I mówią z takim ładnym miękkim akcentem.
- Prędzej bym dotknął kobry, niż podał rękę właścicielom niewolników - oświadczył Elihu Busby.
- Więc pan nie wejdziesz? - zapytała, udając wielkie zdumienie.
- Nie wiesz, pani, że mój syn, Wellington, walczy w armii Północy? Ci ludzie to jego wrogowie. Lada godzina może nadejść wiadomość, że on poległ.
David Vaughan zapytał:
- Nie czytałaś, pani, Chaty Wuja Toma?
- Czytałam. Dosyć mam tej pisarki Stowe. Wyciągnęła pojedyncze przypadki i opisała je, jakby były na porządku dziennym. Pani Sinclair nigdy nie słyszała o takim brutalnym panu Murzynów jak Legree.
- Dlaczego - dalej manifestował swą pogardę Busby - ci Sinclairowie przywieźli tu niewolników?
- Dlatego, że niewolnicy błagali o to. Uwielbiają nawet ziemię, po której ich państwo stąpają. Ach! nie widziałam nic piękniejszego. Ci Południowcy to prawdziwi arystokraci. Obsługiwani wprost na czworakach. Kiedy pomyślę, jak nieokrzesanie, na łapucapu obsługuje mnie moja służba, naprawdę mi siebie żal.
- Pani Whiteoak - zapytał Elihu Busby - chciałabyś pani, żeby służyli ci niewolnicy?
- Pewnie, że bym chciała.
- W takim razie do głębi wstyd mi za panią - odezwał się David Vaughan, wielce poruszony.
Elihu Busby parsknął śmiechem.
- Uwierzyłeś, David? Przecież pani Whiteoak mówi nie to, co myśli. Tylko się popisuje.
- Popisuje się tą stroną swojego charakteru, której wolę nie widzieć. - Vaughan dramatycznie wskazał troje Murzynów stojących w podziwie wokół dzidziusia Filipa. - Czy właściciele tych niewolników zdają sobie sprawę, że są teraz w wolnym kraju? Że ci nieszczęśni czarni mogą w każdej chwili odejść, zostawić ich, by obsługiwali się sami?
Na ganek wyszli państwo Sinclair w towarzystwie gospodarza.
Z triumfalnym uśmiechem Adelina podążyła do nich przez dobrze utrzymany trawnik. Odchodząc, rzuciła sąsiadom:
- Do widzenia.
- Uroczo chodzi ta kobieta - powtórzył swoje Busby.
Wiedziała, że na nią patrzą. Czuła to dumna do szpiku kości, gdy tak sunęła w długiej taftowej sukni koloru śliwki, omiatając trawę falbaną. Przy schodkach ganku zatrzymała się i pochyliła, żeby powąchać rozkwitłą na krzewie herbacianą różę.
Curtis Sinclair miał w ręce ostatni numer "New York Tribune". Zwykle po przeczytaniu komunikatów wojennych zamieszczonych w tej gazecie omawiał je z Filipem. Teraz jednak opowiadał o swej podróży z żoną i służbą do Kanady. Statkiem, na który wsiedli w Charleston, przepłynęli przez blokadę w burzliwą noc i skierowali się na Bermudy.
- Tam mogliśmy - mówił - wymienić nasze konfederackie dolary na funty szterlingi.
- Ze stratą dla nas, rzecz jasna - wtrąciła Lucy Sinclair.
- I tam - ciągnął - udało nam się złapać angielski statek pasażerski do Montrealu. To już był spokojniejszy rejs.
- Ależ przygody! - Adelina nieomal w pląsach wbiegła na ganek. - Właśnie przygoda nadaje życiu smak!
Zarówno Whiteoakowie, jak rodzina Busbych naturalnie przejmowali się wojną secesyjną nie inaczej, niż wszyscy w tej prowincji graniczącej ze Stanami. Ale oni więcej niż ogół wiedzieli o istnieniu podziemnej grupy agentów Konfederacji, którzy przybywali do Kanady, żeby dokonywać najazdów na pogranicze Stanów i niszczyć statki jankeskie na Wielkich Jeziorach.
Podczas gdy Elihu Busby tak namiętnie opowiadał się za Północą, Filip Whiteoak z podsycanym przez Sinclairów współczuciem popierał Południe. W miarę jednak rozwoju wypadków zaczynał widzieć beznadziejność konfederackiej sprawy. Będąc wojskowym, orientował się, jaką wagę mają te wydarzenia i jakie jest ich znaczenie dla Kanady, o wiele lepiej niż Elihu Busby.