Kuzyni
Był szczupłym, pełnym wdzięku młodzieńcem, z twarzą, na której malowała się wrażliwość. W tym wszystkim stanowił przeciwieństwo swego ojca, Piersa Whiteoaka, który będąc w średnim wieku, był silny fizycznie i śmiało podejmował wyzwania świata. Gdy Maurycy był jeszcze dzieckiem, został wysłany do Irlandii, gdzie pozostał jakiś czas na zaproszenie bezdzietnego krewnego Dermota Courta z mocną nadzieją rodziny, że będzie dziedzicem starego pana. Zawiązało się między nimi głębokie uczucie i zrozumienie, a kiedy pięć lat później Dermot Court zmarł, Maurycy odziedziczył po nim duży dom w niezłym stanie i kapitał wystarczający na jego utrzymanie. Wrócił do domu rodziców obcy, nieśmiały, ale ambitny siedemnastoletni wyrostek, niezależny od nich finansowo, ale ciągle jeszcze uczulony na uszczypliwe uwagi ojca.
Zaraz odezwał się Mikołaj:
- Chcielibyśmy pojechać z tobą do Irlandii, Mooey.
- Szczególnie chciałaby tego twoja kuzynka Adelina - dodał Ernest.
- Będę szczęśliwy, gdy zechcecie mnie odwiedzić - odezwał się Maurycy. - Wszyscy będziecie mile widziani w Glengorman.
Dennis podsunął mu talerz z ciastkami.
- Poczęstuj się - powiedział przymilnie.
- Dziękuję, najpierw chleb z masłem.
Maurycy sięgnął po kromkę i usiadł koło Adeliny.
Znowu odezwał się Mikołaj:
- Ani twój wuj Ernest, ani ja nigdy już nie zobaczymy Irlandii. Ani Anglii.
- Niestety - Ernest westchnął głęboko.
- Nonsens! - wykrzyknął Renny. - Możecie to zrobić w każdej chwili. Zmiana dobrze wam zrobi.
- Słyszę - powiedział Ernest - że podróż jest teraz bardzo niewygodna. Używają nawet w związku z tym słowa "surowość" - słowa, którego nigdy nie lubiłem.
- Nie zdawałem sobie sprawy, że znasz jego znaczenie - zauważył Mikołaj.
- To nie do wiary - Ernest powiedział poważnie - że chcesz umniejszyć moje przeżycia z czasu wojny. Żyłem pozbawiony wielu wygód, do których byłem przyzwyczajony, czyż tak nie było, Alino?
- Istotnie, wuju Erneście.
- Jeśli tylko znajdziesz się w Irlandii - wtrącił Maurycy - będziesz miał wszystko, czego zechcesz.
- To bardzo uprzejmie z twojej strony - Ernest przechylił się, by poklepać swojego stryjecznego wnuka po kolanie. - Bardzo, bardzo uprzejmie. No tak... zastanowię się nad tym. Ale, wiesz przecież, że na wiosnę skończę dziewięćdziesiąt pięć lat. To trochę za wiele do podróżowania. Jednakże, jeśli będziesz chciał, Mooey...
- Oczywiście! - Maurycy szczególnie kochał tego wuja, który zawsze okazywał mu życzliwość i zrozumienie dla tych cech, które irytowały jego ojca; zawsze popierał jego przedkładanie książek nad konie i wspierał go w przywiązaniu do Adeliny.
- Nie ma co zwlekać, Ernie, użyj sobie po raz ostatni! - Głos Mikołaja szczególnie tubalny jak na jego wiek zamienił się w śmiech. - Nie zwlekaj i przekaż moje pozdrowienia dziewczętom, które kiedyś tam spotykaliśmy, jeśli któraś jeszcze jest wśród żywych. Ja już ich nie zobaczę.
- Urządziliśmy ci, Maurycy, niezłe przyjęcie na twoje dojście do pełnoletności - wspomniał Ernest. Po chwili dodał: - Finch jest ostatnim Whiteoakiem, który odziedziczył fortunę na dwudzieste pierwsze urodziny. Bardzo dobrze pamiętam przyjęcie wydane dla niego! Było to przyjęcie z kolacją i tańcami. Finch wygłosił przemówienie. Bardzo się denerwował. Po odjeździe wszystkich gości Finch i Piers ze mną i Mikołajem jeszcze długo siedzieliśmy, pijąc i rozmawiając. To właśnie wtedy Finch zaproponował, że Mikołaj i ja powinniśmy jechać z nim do Anglii na jego koszt. A teraz zaprasza nas do Irlandii ten kochany chłopiec.
- Cała wasza czwórka sporo się napiła tego wieczoru - przypomniał Renny. - Czy pamiętacie? Obudził mnie wasz śpiew, zszedłem na dół i zaprowadziłem was do łóżek.
Obaj bracia roześmieli się, jak na wspomnienie dobrego żartu. Młody Maurycy patrzył na nich z niepokojem. Nie brał pod uwagę; że miałby pokryć koszty za ich przejazd do Irlandii. Adelina na widok jego zmieszania, uśmiechnęła się ironicznie. Nie zrozumiał tego i powiedział do niej:
- Mam kilka nowych dobrych płyt. Czy chciałabyś pójść do nas, by ich posłuchać?
- Z wielką przyjemnością. - Wstała, lekko przeciągnęła się i spytała: - Czy nikomu nie będę potrzebna?
Nikt się nie odezwał i Adelina z Maurycym wyszli do hallu.
- Czy przyjechałeś samochodem? - spytała.
- Tak.
- Tak pomyślałam. Leniwiec. Spacer dobrze by ci zrobił. Jesteś zbyt wygodny.
- Zawsze mnie krytykujesz - powiedział z urazą.
Adelina zaśmiała się. Potrącając się, przeszli przez drzwi na werandę. Było to starcie antagonizmu i sympatii. Gdyby tylko była inna, myślał Maurycy. Mógłbym kochać ją całym sercem. Gdyby tylko był inny, myślała, ale nie brała pod uwagę miłości. Chciał, aby była jak dziewczęta, o których rozmyślał w swojej samotności. Fizycznie była dla niego doskonałością. Jej uśmiech zachwycał go. Dlaczego tak lekceważyła ten zachwyt, przeznaczając swój uśmiech tym, którzy go nie doceniali? Maurycy uważał bowiem, że tylko on jeden ją doceniał. A jednak to jego krytykowała. Chciałaby, był tego pewien, by bardziej przypominał jej Renny'ego. Kiedyś jej to powiedział.
- O Boże! Nie! Jeden taki jak on wystarczy.
- A jednak bardziej byś mnie lubiła, gdybym był do niego podobny - nalegał.
- Wystarczy taki jeden jak on.
- No dobrze, czy nie włożysz żakietu, czy czegoś ciepłego? Zmarzniesz.
- Myślę, że będzie trzeba - popędziła do domu i wróciła z żakietem.
Stado gołębi zerwało się z dachu i poleciało w jej kierunku. Próbowały usiąść jej na głowie i ramionach. Wyciągając ręce, by im przeszkodzić w tej demonstracji sympatii, pobiegła do samochodu i wgramoliła się do środka. Maurycy pobiegł za nią i zatrzasnął drzwiczki.
Był szczęśliwy, że jest z nim w samochodzie. Byli w nim zamknięci, tylko oni, co sprawiało, że czuł, iż jest jego własnością. Siedziała cicho obok niego, jej połyskliwe kasztanowate włosy powiewały wokół głowy. Wargi, myślał, wyglądały wyjątkowo słodko. Zdając sobie sprawę, że ją obserwuje odwróciła się do niego z uśmiechem.
- Co myślisz o moim wyjeździe z tobą do Irlandii? - spytała.
- Zawsze uważałem, że powinnaś pojechać.
Zaskoczona i wściekła żachnęła się:
- Jesteś najbardziej zarozumiałym człowiekiem, jakiego znam! - wykrzyknęła. - Wyglądasz na bardzo uprzejmego i mówisz uprzejmie, ale w głębi duszy uważasz siebie za lepszego od innych. Sądzę, że to wpływ pobytu w Irlandii u starego kuzyna Dermota. Strasznie cię rozpuścił. Wszyscy to mówią.
- A co z tobą? To ty jesteś rozpieszczoną dziewczyną.
- Ja? Byłam surowo chowana.
Maurycy skręcił w aleję wjazdową prowadzącą do szarego otynkowanego domu.
- Matka i tata wyszli - powiedział.
Spojrzał bokiem na Adelinę, by zobaczyć, czy przyjęła z radością, że będzie z nim sama. Nie było oznak żadnego uczucia. Po prostu były objawy radosnego oczekiwania wobec zamiaru wysłuchania nowych płyt. Weszli do wygodnego salonu, w którym wyraźnie dało się zauważyć, że jedna kobieta walczy tutaj z czterema mężczyznami, aby zachować świeżość kretonów, puszystość poduszek i sprężystość wyściełanych mebli. Nie osiągała pełnego powodzenia, ale i nie dała się pokonać. Był to długi wąski pokój i w jednym jego kącie stało radio z gramofonem oraz szafka na płyty.
Adelina gwizdnęła.
- O Boże, ależ macie dużo płyt! Musiały kosztować sporo grosza.
- Zbieranie płyt to coś w rodzaju mojego hobby - wyjaśnił. - Mam się czym zająć.
- Sądziłabym, że masz wystarczająco dużo zajęć na uniwersytecie.
Maurycy lekko wzruszył ramionami.
- Nie pracuję tak ciężko. I musisz pamiętać, że właśnie dochodzę do siebie po ostrej grypie.
- Jesteś podatny na infekcje, czyż nie? - zauważyła. Maurycy odczuł w jej głosie cień pogardy, szybko więc odpowiedział:
- Nie więcej niż inni ludzie. Ty jesteś, można powiedzieć, nazbyt silna.
Adelina roześmiała się.
- Jedno z nas musi być silne.
- Co przez to rozumiesz? - spytał skwapliwie.
- Nic, poza tym, że nowe pokolenie nie może sobie pozwolić na delikatność i elegancję.
- Nie jestem delikatny - odpowiedział żarliwie. - A ty, tylko dlatego, że nigdy nie byłem zainteresowany końmi i sportem, uważasz mnie za takiego.
- Drażni cię, gdy mówię, że jesteś delikatny. A jednak przed chwilą powiedziałeś, że jestem zbyt silna.
- Wybacz, Adelino - objął ją ramieniem. - Za nic w świecie nie chciałbym, abyś była inna.
Jakaś nuta w jego głosie przypomniała jej, że są w domu sami. Oswobadzając się z jego uścisku, włączyła radio. Usłyszeli głos piosenkarza żałośnie wzywający swoją ukochaną do poddania się miłości. Kiedy piosenka się skończyła, Adelina powiedziała:
- Jak to można poddać się "temu"?
- Nie sądzę, abyś kiedyś poznała znaczenie pojęcia "poddanie się komuś".
- Ja też tak myślę - odpowiedziała cicho.
Maurycy zgasił radio, włączył gramofon i nastawił płytę. Wybrał walca z Serenady na skrzypce Czajkowskiego. Adelina poczuła, że rozumie tę muzykę; była tak różna od bezdusznych dźwięków, które przed chwilą słyszeli z radia. Wyobraziła sobie Fincha pochylonego nad klawiaturą fortepianu w Jalnie. Stanęła przy oknie, patrząc na śnieżny krajobraz, nagie, czarne konary drzew, każda gałąź pokryta ostro zarysowaną czapą śniegu, czerwoną połyskliwość zachodzącego słońca.
- Ta muzyka mnie uszczęśliwia - powiedziała w końcu. - Mogłabym przy niej fruwać, mogłabym tańczyć jak anioł.
- Czy chciałabyś teraz zatańczyć?
- Miałam wrażenie, że znalazłam się tutaj, by słuchać płyt.
- Możemy połączyć jedno z drugim.
- Najpierw posłuchajmy muzyki.
Maurycy puścił kilka płyt z nagraniami muzyki klasycznej. Słuchała ich z jednakową uwagą. Potem wyznała:
- Najbardziej lubię Czajkowskiego.
- Wiedziałem, że tak będzie. Widzisz, że znam twój gust.
- U nas nie interesują się muzyką z płyt.
- Adelino, czy zechcesz zatańczyć?
- Nie, nie mam nastroju - odpowiedziała krótko.
Poczęstował ją papierosem i usiedli obok siebie na kanapie.
- Nie masz pojęcia, jak mnie cieszy myśl o powrocie do Irlandii. Wiesz, że powinienem tam wrócić po dojściu do pełnoletności, ale chorowała wtedy matka. Czy nie chciałabyś odwiedzić mnie w moim domu, Adelino?
- Oczywiście, bardzo bym chciała. Zawsze to zamierzałam. Przekonam tatusia, aby z nami pojechał. Zobaczysz, że mi się uda.
Maurycy oddał się marzeniom.
- Wszystko się teraz zmieni. Będę panem siebie. Dopóki jestem pod tym dachem, ciągle czuję autorytet ojca.
Mruknęła ze zrozumieniem, a potem powiedziała:
- Mooey, zmieniłeś się trochę po powrocie do domu, ale z całą pewnością nie dojrzałeś.
- Lata spędzone w. Irlandii zaliczam do najszczęśliwszych w moim życiu - powiedział tonem starego człowieka wspominającego przeszłość.
- Uważam, że to było bardzo dziwne ze strony twoich rodziców. Mam na myśli pozwolenie, abyś wyjechał tak daleko i zamieszkał ze starym kuzynem. Przecież mogłeś umrzeć z tęsknoty za domem rodzicielskim. Jestem pewna, że mnie by to spotkało.
- Początkowo było bardzo źle.
- Jednakże obróciło się na dobre, ponieważ zostawił ci cały swój majątek.
- Adelino, jesteś interesownym potworkiem.
- Wcale tak nie jest. Po prostu patrzę trzeźwo na fakty. Ty wolisz udawać, że nie dbasz o pieniądze, ale lubisz je jak wszyscy.
Jakiś samochód skręcił w aleję wjazdową. Za chwilę drzwi frontowe otworzyły się i Piers Whiteoak z żoną i najmłodszym dzieckiem weszli do hallu, tupiąc zaśnieżonymi stopami przy akompaniamencie szczekania małego psa. Pies i dziecko wbiegły do pokoju.
Ta mała dziewczynka była ulubienicą Adeliny. Chwyciła ją i ucałowała.
Teraz do pokoju weszli Piers i Fezant. Piers, mając czterdzieści cztery lata, zachował świeży koloryt twarzy, a błękit jego oczu nic nie stracił ze swego blasku. Fezant, dwa lata młodsza, miała szczupłą figurę dziewczyny i spoglądające z zaciekawieniem żywe oczy. Czego chciała się dowiedzieć, sama nie zdawała sobie sprawy. Odpowiedzi nie dostarczało nawet oddanie Piersowi, a nawet jego lojalne uczucie dla niej.
Piers zwrócił się do syna:
- Zostawiłeś samochód dokładnie w miejscu, gdzie wjeżdżam. W rezultacie, aby się tutaj dostać, twoja matka musiała brnąć przez głęboki śnieg.
- Bardzo przepraszam! - wykrzyknął ze skruchą Maurycy, ale z odcieniem złości w głosie wobec gniewnej uwagi Piersa.
Mała dziewczynka dodała z dumą:
- Tatuś wniósł dziecko do środka. Dziecko nie szło po śniegu.
Fezant usiadła naprzeciwko Maurycego i Adeliny.
- Jak myślicie, gdzie byliśmy? - spytała. - Byliśmy u Clappertonów. Doprawdy nie ma dziwniejszego domu. Prawie współczułam staremu facetowi. Nie sądzę, aby zdawał sobie sprawę, na co się skazywał, żeniąc się z tą dziwaczną dziewczyną i przyjmując do swego domu jej zwariowane siostry. Dom wygląda jak menażeria. Wszędzie pełno różnych zwierząt. I taki nieporządek. A pan Clapperton ma zastraszoną minę.
- Według mnie robił wrażenie zagniewanego - wtrącił Piers.
- Chciałabym ukryć się w tym domu - mówiła dalej Fezant - i posłuchać, co tam się dzieje.
- Jedna sprawa to fakt, że nie potrafią dłużej zatrzymać odpowiednich służących. Pokojówki nie chcą tam pracować. Większość prac wykonywała najmłodsza siostra, ale po jej małżeństwie z bratankiem pana Clappertona i wyjeździe do Ameryki sytuacja się ciągle pogarsza. Ani pani Clapperton, ani Altea nie są w stanie wiele pracować.
- Mają teraz kobietę, która uciekła po wojnie z Europy - powiedziała Fezant. - Zna tylko parę słów po angielsku. Nie masz pojęcia, Piers, co zdradził mi pan Clapperton po cichu.
- Co? Zauważyłem sporo szeptania między wami.
- Powiedział mi, że planuje realizować na wiosnę swój projekt zbudowania wzorowej wioski.
- Jak to? Na prośbę swojej żony przyrzekł zaniechać tych planów.
- Myślę, że zmęczyło go stosowanie się do jej próśb.
- Renny nigdy na to nie pozwoli.
- Mam nadzieję, że go powstrzyma, jeśli chodzi o mnie nie widzę nic złego w zbudowaniu modelowej wioski.
Spojrzenie Piersa wyrażało niechęć.
- Mała, piękna wzorowa wioska tuż za naszym progiem. Roje niepożądanych ludzi, wszędzie wrzeszczące dzieci, powiem wam, że zanim się spostrzeżemy, obniży to wartość naszej posiadłości.
- Jest wielkie zapotrzebowanie na domy. - Maurycy nienawidził z całego serca pomysłu wioski, ale antagonizm, któremu nie mógł się oprzeć, zmusił go do zajęcia pozycji przeciw Piersowi.
- Niech budują gdzie indziej - powiedział Piers gwałtownie. - Jest masę miejsca.
- Jeśli pan Clapperton zbuduje kompleks domów w naszym najbliższym sąsiedztwie - dodała Adelina - tatuś zburzy je własnymi rękoma. A ja mu w tym pomogę.
- Pani Clapperton nie pozwoli mu na to - oświadczyła Fezant. - Ona decyduje, co łatwo zauważyć.
Adelina wstała, prostując się.
- Wracam do domu powiedzieć o tym tatusiowi i wujom.
Mała dziewczynka objęła ją.
- Nie, nie Adelino, zostań z Mary.
- Wrócę jutro.
- Zostań na kolacji - nalegał Piers.
- Przyjdę jutro, jeśli można.
W samochodzie, w drodze do Jalny, Maurycy powiedział opryskliwie:
- Dlaczego właśnie wrócili, gdy tak nam było dobrze samym?
Miał wrażenie, że gdyby pozostał z Adeliną sam na sam, mogłaby zniknąć rozdzielająca ich bariera. Miał wiele okazji do przebywania z nią bez obecności innych, ale zawsze doznawał tego samego uczucia frustracji, czuł, że nie był zdolny zbliżyć się do niej duchowo. Czasami mówił sobie, że to nie może nastąpić, że nigdy nie będzie ich łączyło nic poza kuzynostwem, przyjaźnią, ale kochankami nie zostaną przenigdy. Czasami wmawiał sobie, że problem leżał w jej młodości. Wiele wskazywało, że była mniej dojrzała, niż to sugerował jej wiek, podczas gdy on czuł się dojrzalszy niż jego rodzice, choć wiedział, że w ich oczach wyglądał, jakby nie dosięgło go najmniejsze doświadczenie. Zdawał sobie sprawę, że dla ojca był jedynie nieopierzonym, raczej irytującym młodzieńcem, małym synkiem Fezant, oczywiście rosnącym, ale ciągle jeszcze synkiem. Jednego był pewien: Adelina nigdy nie dojrzeje, tak jak on by tego chciał, dopóki mieszka w Jalnie. Dla niego ten dom był obcy i chciał ją stamtąd wyrwać. Gdyby tylko mógł zabrać ją z sobą do Irlandii, wszystko by się zmieniło; bardzo chciała jechać do Irlandii, ale nie dlatego, by cokolwiek miało się zmienić.
W salonie Jalny, przy zasuniętych z powodu wieczoru storach, siedzieli blisko siebie przed kominkiem Renny i dwaj starzy wujowie. Blask ognia nadawał twarzy Ernesta rysy delikatnej kamei, oczy Mikołaja zamienił w tajemnicze czeluści, odbijał się od masywnego sygnetu Renny'ego i wzmacniał czerstwą surowość jego twarzy. Adelina stanęła, patrząc na tę trójkę z ciężkim sercem kogoś, kto przyniósł wieści, które zetrą uśmiech z ich twarzy.
- Pan Clapperton - odezwała się - znowu zaczyna.
- Co zaczyna? - spytali wszyscy trzej.
- Swoją wioskę. Wuj Piers i ciocia Fezant właśnie wrócili z ich domu i pan Clapperton powiedział, że na wiosnę zaczyna budować.
Ernest zaciśniętą szczupłą dłonią uderzył poręcz swego fotela.
- Nie może tego zrobić - powiedział gniewnie łamiącym się głosem. - Nie pozwolę na to!
Mikołaj zasłonił ucho ręką.
- Co to ma znaczyć? - spytał. - Co ten straszny typ zamierza? Ręczę za to, że źle obchodzi się ze swoją młodą żoną!
Adelina podeszła bliżej niego i siadając na poręczy jego fotela, powiedziała:
- Nie, wuju Mikołaju, coś znacznie gorszego. Mówi o budowie dalszych domków. Wiesz przecież, jego wzorowa wieś.
- Przecież zatrzymaliśmy to przed paru laty.
Renny roześmiał się krótko.
- On stale podnosi tę sprawę, ale jego żona nigdy nie pozwoli mu na realizację planów. Jest całkowicie pod jej pantoflem.
- I to jest właśnie dla niego miejsce - powiedział Mikołaj.
- Nie byłbym tak tego pewny - wtrącił krytycznie Ernest. - Ja się tym zajmę. Powiedz mu, że nie pozwolę na to.
- Akurat tym się przejmie! - zachichotał jego brat.
- Bardzo się liczy z moją opinią, jak to nie jeden raz mówił.
- Jego przybycie tutaj stało się nieszczęściem dla wszystkich - zakończył Renny. - Jego widok napełnia mnie nienawiścią. Sądzę, że zaraz udam się do niego, by z nim porozmawiać.