Stare drzewa
Tego dnia wypadł pierwszy prawdziwy, rozkoszny upał letni. Młode liście, jaskrawe i gładkie, jak gdyby wyfroterowane, kąpały się w słońcu. Każde źdźbło trawy prostowało się, pełne życia - jak gdyby wołając: "Jestem trawnikiem". Kwiaty, które dotychczas bardzo dyskretnie otwierały swoje kielichy, teraz odrzuciły na bok wszelką ostrożność i rozwarły szeroko płatki, niby witające ramiona. Ziemia, której tylko powierzchnia ogrzewała się dotychczas, teraz wchłaniała coraz głębiej w siebie ciepło słoneczne. Owczarek Jock opuścił ganek, na którym wygrzewał się w słońcu, i wyciągnął swe kudłate ciało w cieniu drzewa.
Najchciwiej jednak pił upal sam stary dom. Jego ściany, które trzeszczały podczas mrozów i drgały pod wpływem wściekłych podmuchów wichru, świeciły teraz łagodną, promienną czerwienią. Gołębie puszyły się i przechadzały po ciepłym dachu. Okna - te okna, z których tak często wyglądała stara Adelina, stanowiąca przez siedemdziesiąt pięć lat ośrodek życia w tym domu - uśmiechały się pogodnie. Nad kuchennym kominem niebieski dym tworzył zawadiacką aureolę.
Na żwirowanym placyku przed domem siedział w fotelu Ernest Whiteoak, wsparty na poduszkach. Jego długie, chude ciało wystawione było na pełne działanie promieni słonecznych. Przed dwoma miesiącami chorował poważnie na grypę i wciąż jeszcze nie miał ochoty rozstać się z miłym okresem rekonwalescencji. Sprawiało mu to przyjemność, gdy stał we framudze drzwi i patrzył, jak Wragge, służący - londyńczyk, który podczas wojny był ordynansem Renny'ego, wynosi ciężki fotel, jak jedna z kobiet idzie za nim z poduszkami, jak jego brat Mikołaj wyszukuje najbardziej osłonięte przed wiatrem miejsce - potem zaś sam schodzi wolno, opierając się na hebanowej lasce, która niegdyś należała jeszcze do jego matki.
Siedział tutaj już godzinę i dwadzieścia minut. Za dwadzieścia minut będzie pierwsza - pora obiadowa. Miał dobry apetyt i dawno już nie trawił tak dobrze, jak teraz. Z zadowoleniem myślał o gorącym posiłku i o długiej poobiedniej drzemce we własnym, wygodnym łóżku. Już teraz czuł senność, wywołaną przez upał. Zaczynał mrugać, gdy patrzył na słońce, odbijające się w jasnych włosach siedzącej przy nim żony Renny'ego. Obcinała mu paznokcie. Wzięła na siebie ten obowiązek od czasu, jak ręce drżały mu z wyczerpania po przebytej chorobie. Teraz mógł już doskonale sam to robić, ale gdy Mikołaj pewnego razu napomknął o tym, rozgniewał się bardzo i zawołał: "Przypuszczam, że wcale cię to nie wzruszy, jeżeli obetnę sobie palce!"
Alina robiła wszystko bardzo dokładnie. Każdy paznokieć został przycięty równolegle do łuku jego nasady. Były to kształtne paznokcie. Alina przyniosła własną poduszeczkę do polerowania i teraz przecierała je energicznie. Ernest patrzył na swoje paznokcie z pełnym skupienia zainteresowaniem. Zdawał sobie do pewnego stopnia sprawę z jasności włosów Aliny i ładnego wygięcia jej dłoni.
Mikołaj rozparty w głębokim trzcinowym fotelu, obserwował ich oboje z drwiącym błyskiem w oczach pod nawisłymi brwiami. Cóż za rozpieszczony chłopak z tego Ernesta! A ta choroba sprawiła, że jeszcze bardziej dba o swoją wygodę. Gdyby mama żyła, szybko wybiłaby mu to z głowy. Mikołaj wyobrażał sobie, jak ona mówi: "Chłopcze, nie zachowuj się jak cielę!" Wciąż jeszcze nazywałaby go chłopcem, chociaż skończy tego lata siedemdziesiąt osiem lat. No... dobrze, że już jest zdrów. Tyle strachu im napędził swoim kaszlem, gorączką, kolkami i bólami. Wygląda teraz na to, że pociągnie jeszcze ze dwadzieścia lat, albo i więcej.
Alina, myślał, od czasu urodzenia dziecka wygląda znacznie poważniej. Jest już teraz kimś więcej niż uroczą dziewczyną. Jest doświadczoną kobietą, twarz jej każe człowiekowi zastanawiać się, co tkwi poza nią. Cóż, kocha Renny'ego, to jasne, a dla takiej kobiety jak Alina, to nie żarty - zawsze bowiem jest w niej coś z pruderii - kochać takiego mężczyznę jak Renny. Miała swoją porcję ciężkich doświadczeń od czasu, jak pierwszy raz przyjechała do Jalny jako żona Edena.
- No - powiedziała Alina, uwalniając rękę Ernesta - masz teraz spokój na kilka dni.
- Następnym razem będzie mógł już sam to zrobić - zauważył Mikołaj.
- Bardzo powoli powracam do sił - odparł łagodnie Ernest.
- Robisz wrażenie brutalnej siły - oświadczył jego brat.
- Czy zjadłeś już kogel-mogel? - zapytała Alina.
- Owszem, dziękuję.
- A za chwilę pożre gorący obiad! - parsknął pogardliwie Mikołaj
Alina spojrzała na niego z pełną życzliwości wymówką.
- On musi się wykurować - powiedziała. - Pożywne jedzenie jest lepsze od lekarstw.
Głęboki, altowy głos zapytał z ganku:
- Czy Renny jest gdzieś tutaj? Ktoś prosi go do telefonu.
Wszyscy troje się obejrzeli. Ujrzeli lady Buckley, siostrę Mikołaja i Ernesta. Była wysoka i trzymała się prosto, a chociaż przekroczyła już osiemdziesiąty pierwszy rok życia, jej grzywka, na modłę królowej Aleksandry, wciąż jeszcze nie utraciła swej dziwnej fioletowej czerni. Mimo upału miała na sobie ciemnobrązową wełnianą suknię z aksamitnym przybraniem. Kolor ten nie bardzo pasował do bladej, pokrytej plamami cery. Wciąż jeszcze nosiła wysoko głowę, wciąż miała szeroko otwarte, jak gdyby oburzone oczy, ale policzki jej zapadały się, podkreślając w ten sposób wydatne usta. Przeżyła wiele niepokoju o brata Ernesta i to się na niej odbiło. Przypłynęła w marcu z Anglii, aby go pielęgnować, zniosła trudną podróż po burzliwym morzu i wyczerpującą drogę koleją. Teraz była szczęśliwa, widząc siedzącą na słońcu małą grupkę, której centrum tworzył delikatnie zaróżowiony Ernest.
- Nie widziałam go od śniadania - odpowiedziała Alina. - Podejdę do telefonu, ciociu Augusto.
Poszła szybko do domu. Lady Buckley przyłączyła się do braci.
- Co właściwie poczęlibyśmy bez Aliny? - zapytała ich swoim głębokim głosem. - Ja zupełnie nie dałabym sobie rady.
- Ja także - stwierdził Ernest. - Jest tak rozsądna i tak zawsze myśli o wygodzie innych.
- Sądzę, że Renny jest na lisiej farmie - powiedział Mikołaj. Rzucił bratu drwiące spojrzenie.
- Tak myślę. Ta przyjaźń jakoś trwa, chociaż Alina daje wyraźnie do zrozumienia, że nie lubi pani Lebraux.
- Ja również jej nie lubię - oświadczyła Augusta. - Nie podobała mi się od pierwszego wejrzenia. Wydaje mi się mało kobieca.
- Może to właśnie pociąga w niej Renny'ego - zauważył Mikołaj.
- Ale skąd! Tak bardzo męskiemu mężczyźnie, jak Renny, mogą się podobać tylko na wskroś kobiece istoty. Spójrzcie na Alinę - to uosobienie kobiecości.
- Mówiłem o zmysłach, nie o miłości - odparł z rozdrażnieniem Mikołaj.
- Bardzo lubi to dziecko, Paulinę - wtrącił Ernest - a ona po śmierci ojca po prostu przylgnęła do niego.
- No - mruknął jego brat - oto idzie sam Rudy. Zapytajmy go, co się dzieje w jego sercu.
Renny nadchodził w towarzystwie Wakefielda i foksterierki. Ruchy jego świadczyły o irytacji. Skoro tylko podszedł dość blisko, aby mogli go słyszeć, powiedział głośno:
- Przypuszczam, żeście już wszyscy o tym słyszeli!
Troje starców spojrzało na niego z przestrachem. Mimo gniewu, jeszcze raz zwrócił uwagę na łączące ich podobieństwo rodzinne, podobieństwo głębsze i niezależne od podobieństwa rysów i kolorytu.
- O czym? - odpowiedzieli jednocześnie:
- Jak to, o drzewach! Ta głupia Rada czy Biuro Robót Publicznych, czy coś w tym rodzaju, chce je powycinać! Myślałem, że wszyscy oprócz mnie wiedzą już o tym.
Augusta rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie. Wszelkie podniecenie mogło zaszkodzić Ernestowi. Renny zignorował to spojrzenie i ciągnął dalej swym metalicznym głosem:
- Chcą rozszerzyć drogę i mają zamiar zabrać kilka stóp Jalny. Wiecie, co to znaczy - dęby! I chcą wyprostować niebezpieczny zakręt! O Boże, ja bym im już dał zakręt po tyłkach, gdybym ich tylko dorwał w swoje ręce!
W chwili gdy wykrzykiwał te słowa, w drzwiach domu ukazała się Alina. Oczy jej pociemniały, usta zacisnęły się. Był w nastroju hałaśliwej pasji, której nie znosiła. Raziło to ją dostatecznie u jego babki, starej, porywczej kobiety, ale u mężczyzny i to w dodatku u jej męża... Po raz setny od czasu ślubu porównywała go ze swoim ojcem i porównanie to wypadało na niekorzyść Renny'ego. Zdawała sobie sprawę, że niemądrze jest ich porównywać, jeden bowiem był wytwornym nowoangielskim profesorem, drugi zaś hodowcą koni - obywatelem ziemskim, ale zawsze hodowcą koni, przebywającym ze stajennymi i nieokrzesanymi koniarzami. Kochała i czciła ojca, który uwagi Renny'ego określiłby jako niedelikatne. Kochała Renny'ego całą namiętnością, do jakiej była zdolna, ale szła teraz ku niemu z twarzą ściągniętą niezadowoleniem. Dostrzegł to i oczy jego, które chciwie szukały jej spojrzenia, odwróciły się szybko. Wyzywająco powtórzył, co chciałby zrobić z Radą.
- Ależ oni nie ośmielą się dotknąć naszych drzew - powiedziała Augusta z głębokim przekonaniem.
- Jak to... jak to? - wyjąkał Ernest. - To by było potworne. Ależ - oni chyba oszaleli!
- To by już była ostatnia kropla - mruknął ciężko Mikołaj. - Będę musiał sam zobaczyć się z ministrem.
- Wszyscy do niego pojedziemy - oświadczył Renny. - I ty także, ciociu! Ty również powinnaś wypowiedzieć swoje zdanie. Wszyscy pojedziemy. - Spojrzał z dumą na starszych, ufny w ich powagę i znaczenie. Poweselał nagle i roześmiał się. Przeciągnął ręką po włosach, aż stanęły dęba.
- Żal mi tych ludzi, jeżeli z nami zaczną - powiedział z przekonaniem.
Obaj stryjowie i ciotka zaczęli z ożywieniem omawiać nowiny. Przypomnieli sobie dawne przykłady, niektóre z nich sprzed sześćdziesięciu lat, kiedy próbowano narzucić Whiteoakom wolę ogółu. Próby takie kończyły się zawsze fiaskiem. A jednak żadnej rodziny w sąsiedztwie, ba, może nawet w całej prowincji, nie poważano tak i nie ceniono.
Dyskusja ta tak rozpaliła w nich dumę, że zdawało się, iż odmłodnieli. Mikołaj wstał ciężko z fotela i zaczął przechadzać się tam i z powrotem, od czasu do czasu rzucając pytające spojrzenia w stronę domu, jak gdyby szukał u niego potwierdzenia swych słów. Stawiał kroki swoją podagryczną nogą prawie bez żadnego wysiłku.
Ernest wyciągnął się na krześle, prezentując całą swoją długość. Skrzyżował ramiona i z drgającymi nozdrzami toczył po obecnych groźnym spojrzeniem.
- Dzięki Bogu - powiedział - że już jestem dostatecznie zdrów, żeby móc z wami pojechać. Damy po nosie tym ordynarnym wandalom.
Augusta miała minę jeszcze bardziej oburzoną niż zwykle. Ściągnęła podbródek, na którym kędzierzawiło się kilka siwych włosów. Oczy jej błyszczały podnieceniem.
- Mama i papa - rzekła - jako postawna młoda para, przechadzali się pod tymi drzewami, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Na tym właśnie zakręcie powóz ich zderzył się z powozem starego pana Pinka, który złamał przy tym kość goleniową.
- Sądziłabym - powiedziała Alina, która zeszła ze stopni - że dowodzi to właśnie, iż zakręt ten jest niebezpieczny.
- Bynajmniej - odparła Augusta - pan Pink był człowiekiem niesłychanie niezrównoważonym. Nie potrafił tańczyć kadryla, ażeby kogoś nie potrącić.
- Gdy byłem dziecięciem - rzekł sentencjonalnie Wakefield - wożono mnie w dziecinnym wózku wokół tego zakrętu pod tymi właśnie dębami. Pierwsze moje słabe próby samodzielnego myślenia związane były z ich konarami. Moje najwcześniejsze...
Spojrzenie Renny'ego położyło tamę tej przemowie.
- Nawet Wakefield - zauważyła Augusta - jest tym głęboko przejęty.
- Tak - zgodził się Ernest. - I nic dziwnego, tej nocy bowiem, gdy się urodził, a matka jego zmarła, wichura wyrwała z korzeniami jeden z najpiękniejszych dębów i cisnęła go w poprzek drogi.
- No - powiedział Renny - nie będziemy się więcej martwili o drzewa. Udamy się do stolicy i zrobimy z tym porządek.
Z domu doleciał dźwięk gongu. Wakefield pośpieszył, aby pomóc wstać Ernestowi, Mikołaj podał ramię siostrze, a Renny i Alina zamykali pochód. W hallu Alina delikatnie przytrzymała męża za rękaw. Zajrzała mu w twarz na pół wyzywająco, na pół ze skargą.
- Nie pocałowałeś mnie jeszcze dzisiaj.
- Nie widziałem ciebie wcale.
- A czyja to wina?
- Na pewno nie moja. Wiedziałem, że mała nie dała ci spać w nocy, nie chciałem ci więc z rana przeszkadzać. A zaraz po śniadaniu musiałem iść do stajni, bo miałem tam interes.
- O, to coś zupełnie nowego, prawda?
Wyczuł od razu nutę sarkazmu w jej głosie i obraził się za swoje konie.
- Chciałbym wiedzieć, co by było z nami, gdyby nie konie! - odpowiedział zapalczywie.
- Czasami myślę, że mielibyśmy wtedy pieniądze - odparła.
- O, trudno, nie mogę spodziewać się od ciebie zrozumienia.
Wyrwał się jej i poszedł w kierunku jadalni. Dolatywał stamtąd smakowity zapach pieczonej kury i odgłos ożywionej rozmowy.
Schwyciła go za ramię i zatrzymała.
- Renny! Jesteś niesprawiedliwy i wiesz o tym. Interesuję się wszystkim, co robisz. Ale przykro mi, że muszę prosić o pocałunki.
Odwrócił się i pocałował ją. Pocałunek ten miał w sobie nie więcej czułości niż ukąszenie. Roześmiała się cicho i popchnęła go w kierunku jadalni.
- Proszę cię, idź na obiad. Nie myśl już o mnie. - Rumieniec gniewu oblał jej policzki.
Odsunął przed nią krzesło, popchnął je pod nią raczej silnie niż uprzejmie i zajął miejsce u szczytu stołu. Wragge obserwował ich z wyrazem pesymistycznego zrozumienia na bystrej, szarej twarzy. Alinę gniewała jego czujna postawa, jeszcze bardziej rozgniewało ją to, że służący pochylił się nad Rennym i wyszeptał coś współczującym tonem. Pochwyciła słowa: "Wspaniałe stare drzewa" i "Wiedziałem, jak pana to zmartwi, proszę pana".
Renny szybko i sprawnie dzielił kurę zapiekaną w cieście. Pierś i skrzydełko dla każdej z kobiet, sama pierś dla Ernesta, pierś i małe kawałki z grzbietu dla Wakefielda, udko dla Mikołaja, który wolał ciemne mięso, nóżka dla jego małego bratanka Maurycego, reszta zaś, zaopatrzona dobrze w ciasto, dla Piersa i jego samego. Wszystkie oczy spoczywały na nim. Gdyby omylił się przy dzieleniu potraw, ucierpiałby na tym jego z trudem zdobyty prestiż, tradycja posiłków rozpadłaby się w gruzy.
Z jednej strony siedziała między swymi braćmi Augusta. Po drugiej Piers, Alina, Fezant i Wakefield. Między Piersem i Rennym sześcioletni Maurycy gorliwie wyjadał sos łyżeczką.
Piers spod oka rzucał na Renny'ego zaciekawione spojrzenia. Zastanawiał się, jak daleko poniosą go uczucia zranione sprawą drzew; jak daleko się posunie, jeżeli nie uda mu się przekonać władz o swej słuszności. Piersowi także szkoda było drzew, szkoda było malowniczego zakrętu na drodze, ale trzeba iść z duchem czasu, czas zaś teraz przybrał tempo samochodów.
- Co zrobisz, jeżeli... hm, jeżeli oni ciebie nie usłuchają? - zapytał od niechcenia.
Renny wsadził sobie do ust kawał gorącego ciasta i wytrzeszczył oczy na Piersa. Alina skorzystała z tej sposobności, żeby się odezwać.
- Cóż będzie mógł zrobić, Piers? Podda się decyzji, jak dżentelmen - powiedziała tonem pełnego spokoju, który widocznie miał stanowić przykład dla jej męża:
Piers mruknął coś, nie spuszczając oczu z Renny'ego.
Wragge uśmiechnął się drwiąco i pokrył uśmiech atakiem kaszlu.
Renny przełknął ciasto.
- Co zrobię - powtórzył - co zrobię? Ależ wezmę strzelbę i zastrzelę pierwszego człowieka, który podniesie siekierę na jedno z moich drzew!
Po tym wybuchu zaległa raptowna cisza - tym bardziej napięta, że wszyscy przestali nawet żuć jedzenie. Maurycy odłożył łyżkę i zdumiony przenosił spojrzenie z jednej twarzy na drugą.
Naraz Mikołaj wybuchnął hamowanym śmiechem, po nim rozległ się chichot Fezant. Ernest się zarumienił.
- Oto jak należy przemawiać - rzekł.
- Owszem - przyznał Piers - jeżeli on pragnie kłopotów.
- Kłopoty to głupstwo - odparł Mikołaj. - Pokażemy im od początku, że nie damy sobie w kaszę dmuchać. Mój Boże, kiedy pomyślę o naszych drzewach...
- A przecież droga była niegdyś naszą wyłączną własnością... - dodała Augusta.
- I w dodatku zeszpecili ją tymi domkami - stwierdził Ernest.
- A teraz chcą popsuć jej linię - wtrącił Wakefield.
Augusta westchnęła głęboko.
- Wszystko się zmienia, zarówno tutaj, jak i w Anglii. - Przy tych słowach spojrzała po obecnych, jak gdyby spodziewała się, że zdziwi ich to oświadczenie.
- I to na gorsze - zauważyła młoda Fezant.
- Niech wszystko się zmienia jak najprędzej - oświadczył Renny - byleby mnie zostawiono w spokoju.
Rags odezwał się od drzwi sentymentalnym tonem:
- Ach, przypuszczam, że gdybym teraz wrócił do Londynu, zastałbym tam wielkie zmiany.
Lady Buckley zignorowała tę uwagę. Alina z niezadowoleniem spuściła oczy. Ale Renny zawołał z zapałem:
- Założę się, że tak, Rags! Będziemy musieli wybrać się tam niedługo. - Skończył jedzenie i postawił talerz, pełen sosu i ochłapów, na podłogę przed foksterierką Piersa.
Piers, który nie widział jej od chwili kąpieli, kiedy wyszła z jego rąk biała jak śnieg, zmarszczył brwi.
- Gdzie ona była? - zapytał ostro.
- Poszła ze mną na spacer.
- Mogłeś dopilnować, żeby nie ryła w ziemi. Zabieram ją dziś po obiedzie do miasta, żeby pokazać ją jednemu panu, który interesuje się jej przyszłym potomstwem. - Nachylił się, żeby zabrać jej talerz. - Nie wolno jej jeść resztek ze stołu.
Renny, który zawsze dawał swoim psom smakowite kąski z własnego talerza, nachylił się również i schwycił Piersa za przegub ręki.
- Zostaw ją - powiedział. - Przecież ona jest zagłodzona.
- Ja to samo zawsze mówię! - zawołała Fezant. - Nigdy nie dostaje dosyć jedzenia.
- Co ty wiesz o tym? - warknął Piers, usiłując zabrać talerz, chociaż Renny wciąż jeszcze trzymał go za rękę.
- Wiem, co to znaczy mieć dzieci - oświadczyła Fezant.
Wszyscy roześmiali się z Piersa. Zaczerwienił się i usiadł prosto.
Obrus między braćmi był zgnieciony i miseczka z mlekiem Maurycego przewrócona. Terierka, bojąc się, żeby jej nie odebrano jedzenia, z wielkim pośpiechem wylizała talerz do czysta i teraz skierowała uwagę na mleko, które kapało z góry, niby manna.
- Patrz, coś zrobił, młody idioto! - powiedział Piers do syna.
- To tyś sam to zrobił - odciął Renny, wygładzając obrus.
Alina rzuciła przepraszające spojrzenie na Augustę, która zawołała nagle:
- Dosyć! Dosyć! Uczycie dziecko niesforności.
- Chciałbym wiedzieć - przerwał Ernest - jak prędko będziemy mogli jechać do tego dostojnika? Muszę oszczędzać energię.
- Zaraz po obiedzie - odparł Renny, atakując omlet z czarnymi porzeczkami, który właśnie postawił przed nim Wragge.
Ernest spojrzał na leguminę tęsknym wzrokiem.
- Stryju Ernie?
- Może jednak nie powinienem.
- Dobrze ci to zrobi.
- No to maleńką porcyjkę.
Krążki omletu ociekające fioletowo-czarną marmoladą krążyły po blacie stołu.
- Mooey, ty łobuzie, teraz nareszcie twoja kolej! Dużo czy mało?
- Dużo! - krzyknął Mooey, kołysząc się na krześle.
- Dziwne, doprawdy, jaki on się robi swawolny - zauważyła Augusta.
Piers położył rękę na główce dziecka i przytrzymał ją, dopóki malec nie przestał się bujać.
- Lepiej byłoby, nim pojedziecie, dowiedzieć się, czy minister jest w mieście. Powinniście zamówić sobie posłuchanie.
- Nie, nie - odpowiedział Mikołaj. - Może będzie chciał uniknąć spotkania z nami. Zaryzykujemy. Lepiej kuć żelazo, póki gorące.
Piers wzruszył ramionami.
- Będziecie mieli ciężką jazdę przy tej pogodzie.
- Weźmiemy nowy samochód - oświadczył Renny.
Samochód ten wciąż jeszcze nazywano nowym, chociaż kupiono go trzy lata temu. Piers ze zdumieniem spojrzał na Renny'ego, który dotychczas nie chciał używać tego wozu.
- Ale słuchaj - powiedział - ja sam chcę nim jechać dzisiaj po obiedzie. Bardzo mi przykro.
- Możesz wziąć stary... - odparł pogodnie starszy brat.
- Naturalnie - potwierdził Mikołaj. - Nie możemy nędznie wyglądać, kiedy zajedziemy do ministra. Może ten człowiek nigdy o nas nie słyszał. Musimy sprawiać wrażenie zamożnych ludzi.
- Nie słyszał o nas? - zawołała Augusta.
- Cóż - głos Mikołaja miał posępne brzmienie - nigdy przecież nie wiadomo, z kim będzie się miało do czynienia.
- Tak, musimy sprawiać wrażenie zamożnych ludzi - wtrącił Ernest. - Myślę, że włożę cylinder.
- Na miłość boską - mruknął Piers.
W salonie głośno zadzwonił telefon. Założono go podczas choroby Ernesta w celu porozumiewania się z lekarzem, przeważnie jednak służył do rozmów Renny'ego z jego "końskimi" przyjaciółmi. Zerwał się teraz z miejsca, żeby podejść do telefonu, zostawiając omlet. Jeden z psów wyszedł niespiesznie spod jego krzesła i położył mordę na siedzeniu, jak gdyby pilnując go dla pana.
Renny zostawił za sobą otwarte drzwi i w stołowym słychać było wszystko, co mówi.
- Hallo! Tak, tu Whiteoak... Naturalnie, że chciałem zobaczyć tę klacz. Miał pan mi dać znać... Nie, nic mi nie powtórzono... Nie, ani słowa... I Collins ją kupił? To skandal!... Dlaczego pan nie zadzwonił jeszcze raz?... Moja żona? Nie, nic mi nie powtórzyła... tak, przypuszczam, że myślała o nowej sukni... tak, wszystkie kobiety są takie same... tak, powtórzę jej pańskie wymówki... Tak, powiem jej, że pan powiedział, że jest brzydka - ha! ha! ha! O, nie, ona nie będzie się gniewała...
Wrócił do salonu, szczerząc zęby, uśmiech jednak znikł z jego twarzy, gdy ujrzał twarz żony.
- Nic dziwnego, że Alina jest urażona - zawołała Fezant. - Frywolne zlecenia od tego starego Crowdy'ego! Podziwiam jego czelność.
Spod gęstych, czarnych rzęs, które łagodziły ostrość jego twarzy i dodawały mu uroku w oczach kobiet, Renny rzucił niezadowolone spojrzenie na Alinę.
- Crowdy to porządny facet i Alina nie ma żadnego powodu do obrazy - powiedział. - To ja powinienem czuć się dotknięty, że nie dostałem jego zlecenia. Bardzo ważne było, żebym zobaczył tę klacz.
Alina nie odpowiedziała. Czuła bezradny, dziecinny gniew na niego. Pod powiekami paliły ją gorące łzy, na ustach błąkał się zimny uśmiech. Ale dlaczego się gniewała? Sama nie umiałaby dokładnie tego określić. Może dlatego, że tak okrutnie go kochała, okrutna zaś miłość była sprzeczna z jej naturą i sprawiała jej ból. Może dlatego wszystko, co robił, było dla niej tak ważne, że wszystkie jego wady widziała przez powiększające szkło swej miłości. Możliwe też, że znajdowała perwersyjną przyjemność w znoszeniu przykrości od niego. Ale w tej chwili była rzeczywiście i prawdziwie nieszczęśliwa. Przeprosiła sztywno za swoje przewinienie, wymówiła się od stołu i poszła na górę zwolnić niańkę, która doglądała jej dziecka.
Gdy weszła do mansardowego pokoju, zamienionego obecnie na pokój dziecinny, zauważyła, jak gorąco jest pod spadzistym dachem, i przeszło jej przez myśl, jak już przedtem nieraz, że gdyby rodzina nie była tak liczna, mogłaby urządzić piękny, nowoczesny pokój dziecinny obok swego pokoju. Nie znosiła Almy Patch, młodej dziewczyny, która przychodziła codziennie opiekować się dziećmi. Nie lubiła jej nieumytych włosów, brudnych paznokci, wiecznie wilgotnej dolnej wargi, nieśmiałego, szepczącego głosu. Starała się, aby niańka jak najmniej miała do czynienia z jej dzieckiem. Dziecko było bardzo wrażliwe i nerwowe. Alina trzymała łóżeczko córeczki w swoim pokoju i poświęcała jej większą część dnia.
Młodszy syn Fezant, imieniem Finch, nazwany jednak Nooky, siedział jeszcze w swoim wysokim krzesełku i opróżniał kubek z ostatnich kropel mleka. Miał dwa lata, był słabowitym, nieśmiałym dzieckiem z prostymi, jasnymi włoskami i orzechowymi oczyma. Lubił bardzo Alinę, która częstokroć pragnęła, aby jej własna córka okazywała jej tyle przywiązania.
Mała podeszła teraz do niej triumfalnym krokiem, którego właśnie się nauczyła. Ciemnorude włoski dziewczynki stały dęba, cale jej drobne ciałko tryskało temperamentem i życiem. Nie była ładna, miała bowiem za duży nos w stosunku do dziecinnej twarzyczki i wyraz ust niewiele miał w sobie ujmującej słodyczy osiemnastu miesięcy życia. Patrzyła na Alinę oczami Renny'ego i to uporczywe spojrzenie z jakiegoś niewytłumaczonego powodu stanowiło między nimi zaporę nie do przebycia. Spojrzenie dziecka było bowiem kobiece i nieprzyjazne.
Alina podniosła dziewczynkę i ucałowała ją. Mała objęła ją gwałtownie za szyję, przycisnęła spazmatycznie kolanka do jej brzucha i zaczęła trzeć jedwabistym policzkiem o jej twarz.
- Spokojnie, maleńka - prosiła Alina. - Nie bądź taka gwałtowna!
- Mnie też! Mnie też! - zawołał mały chłopczyk.
Alina nachyliła się i pocałowała go w złotą główkę. Nim się spostrzegła, mała złapała chłopca za włosy i szarpnęła gwałtownie. Chłopczyk wybuchnął głośnym płaczem, kubek spadł na podłogę i się stłukł.
Alina postawiła małą na podłogę, z całej siły powstrzymując się, aby jej nie uderzyć.
- Adelinko, musisz być łagodniejsza! Patrz, jaką krzywdę zrobiłaś biednemu, małemu Nooky'emu! - zawołała
- Ona mu ciągle dokucza, proszę pani. Zabiera mu jego własne zabawki, a jeżeli on je nie dość prędko oddaje, ciągnie go za włosy. Czasami doprawdy strach na nią patrzeć - pospiesznie zaraportowała Alma, zbierając skorupy.
Mała Adelina była zła, że ją postawiono na ziemię. Rzuciła się na podłogę i bijąc nogami, wypełniła powietrze ostrym wrzaskiem. Alina podniosła ją szybko i zaniosła na dół do swego pokoju. Tam usiadła, patrząc na córkę raczej podejrzliwie niż macierzyńsko. Czy rzuci się znowu na podłogę? A jeżeli tak, to czy lepiej jest wyjść z pokoju i zostawić ją, ażeby się wyzłościła, czy też próbować ją uspokoić?
Ale Adelina nie rzuciła się już na ziemię. Stała z piersią wypiętą naprzód, wrzeszcząc i bijąc dziko matkę, ilekroć ta próbowała jej dotknąć, żeby ją uspokoić. Alina była niemal przerażona gniewem, jaki jej własna córka potrafiła w niej wzbudzić. Musiała walczyć z odrażającym dla niej samej pragnieniem uderzenia małej. A przecież straszne byłoby dla niej, gdyby widziała, że jej dziecko cierpi.
Adelina wstrzymała oddech dla bardziej skupionego wysiłku i podczas tej chwili ciszy Alina usłyszała, że Nooky wciąż jeszcze płacze na górze. Dzieci - jak ona je niegdyś idealizowała!
Usłyszała na korytarzu kroki Renny'ego. Adelina usłyszała je także i zamierzony krzyk zamienił się w wybuch śmiechu. Pobiegła do drzwi i zaczęła szarpać klamkę. Alina, bojąc się, żeby Renny otwierając drzwi, nie uderzył nimi małej, odsunęła ją, w odpowiedzi na to córka zaczęła ją kopać i się wyrywać.
Patrzyły na wchodzącego Renny'ego. Matka i córka nie miały żadnej wspólnej cechy, fizycznej ani moralnej, wrogie sobie, a jednak kochające jego i siebie nawzajem.
Renny odebrał córkę z ramion Aliny, podrzucił ją w górę i pocałował. Oczy jej suche i przedtem, teraz błyszczały jak gwiazdy. Wysiłek zabarwił śmietankę jej policzków uroczym rumieńcem. Renny przyglądał jej się z dumą.
- Ach, jakby się babcia nią zachwycała! - zawołał.
Alina skinęła głową. Była jeszcze zbyt wzburzona awanturą, aby móc mówić.
- To nasze cudo - ciągnął dalej Renny - cudo i perła nad perłami. Chciałbym, żeby babcia mogła ją widzieć! Ona by się na niej poznała. Stanowi sama dla siebie klasę - wspaniała klaczka - prawda, rybko ty moja?
Przedmiot jego zachwytów wiedział doskonale, że go chwalą. Dziewczynka wyprostowała się, wciągnęła kąciki ust i patrzyła na ojca z ukosa swymi ciemnymi oczami.
Przyciągnął ją do siebie i zaczął pożerać pocałunkami... Alina patrzyła na nich, przypominając sobie, jak pragnęła dziecka, jak sądziła, że gdy Renny będzie miał dziecko, jego chorobliwe, według niej, przywiązanie do Wakefielda w naturalny sposób osłabnie. Ale nadzieje te się nie spełniły. Serce Renny'ego rozszerzyło się na przyjęcie nowej miłości. Poza tym jego miłość do małej Adeliny była zbyt głośna, zbyt przypominała Alinie jego babkę, aby mogło się to jej podobać. Jakże mogła odpowiednio wychowywać dziecko, gdy śmiech Renny'ego, jego gniew albo hałaśliwe pochwały interweniowały zawsze w najmniej odpowiednich chwilach? Już teraz Adelina okazywała wyraźnie, że opinia matki ma znikome znaczenie wobec zdania ojca.
Starała mu się podobać; gdy się zbliżał, z zaciętej, małej furiatki stawała się cherubinem. Pokazywała przed nim swoje sztuczki, niby rutynowana aktorka. Z lubością ciągnęła psy za uszy i ogony, jednak na dźwięk jego kroków zaczynała je głaskać i pieścić. Cała rodzina (oprócz Wakefielda, który był o nią zazdrosny) psuła ją i rozpieszczała. "Jaka ona podobna do drogiej mamy!" "Jest nieodrodną córką Courtów!" "Nie sprzeciwiajcie się jej! Nie należy zabijać w niej niezależnego charakteru!" Albo: "Wykapany portret babci!" Takie okrzyki słyszała nieustannie Alina. Zaczynała już tracić nadzieję, że kiedykolwiek zdoła wychować córkę jak należy.
- Zachowała się bardzo brzydko - powiedziała wreszcie. - Bez żadnego powodu pociągnęła Nooky'ego za włosy.
Renny znów ucałował dziecko.
- Lubi dotykać włosów. Nie rozumie, że to kogoś boli. No, pociągnij tatusia za czuprynę! Tatuś ma twardą czaszkę.
Dziecko pełnymi garściami schwyciło go za rude włosy i pociągnęło tak mocno, że aż wyprostowało się w jego ramionach.
Nagle ojciec postawił ją na podłogę.
- Muszę już iść - rzekł.
Po chwili osłupienia wybuchła wrzaskiem i w gniewie tłukła małymi piąstkami o drzwi, które zamknął za sobą.