VOLKSWAGEN I PORSCHE - POWRÓT DO
PRZYSZŁOŚCI
To miejsce ma tradycję. Walne
zgromadzenia spółki Volkswagen AG już od lat odbywają się
w Centrum Kongresowym w Hamburgu (CCH). Jednakże tym razem jest
inaczej. W kwietniu 2010 roku odbywa się pierwsze walne zgromadzenie
koncernu Volkswagena po nieudanej próbie przejęcia go przez producenta
sportowych samochodów Porsche. Obecnie połączone firmy Volkswagen
i Porsche znajdują się pod jednym dachem, chociaż fuzja obu koncernów
formalnie jeszcze się nie zakończyła. Firmy są ze sobą powiązane
w wieloraki sposób, nie tylko finansowo, ale i personalnie. Tego
dnia odbywa się pierwsze spotkanie na szczycie najważniejszych graczy
w minionych rozgrywkach o przejęcie. Wśród nich są dwaj prezesi
rad nadzorczych, Ferdinand Piëch i Wolfgang Porsche, podwójny
prezes zarządu, Martin Winterkorn, oraz Christian Wulff, wówczas
jeszcze prezes rady ministrów, w 2010 roku wybrany na prezydenta
(w lutym 2012 roku ustąpił z urzędu). W jednej z wielkich sal na
parterze Centrum Kongresowego koncern prezentuje się zebranej prasie
i akcjonariuszom. Od samego rana goście szturmują miejsce imprezy. Jak
na wystawie samochodów Grupa Volkswagena przedstawia najnowsze modele
wszystkich swoich marek aut osobowych: Volkswagen, Audi, Škoda, Seat,
Lamborghini, Bentley, Bugatti. Naturalnie najmłodsza córka koncernu,
spółka Porsche, także zajmuje na wystawie eksponowane miejsce. To
wyraźny dowód na to, jak wielkie zmiany zaszły w Volkswagenie od
czasów minionej monokultury Garbusa. Koncern nie zamierza skąpić
na swej spektakularnej autoprezentacji, toteż pieczołowicie zadbano
o hojny poczęstunek. Na jednym z krańców sali przygotowano dla
gości kawę i śniadanie z widokiem na wyglansowane na wysoki połysk
modele. Drobni akcjonariusze powinni poczuć, że właściwie ulokowali
swój kapitał. I nawet jeśli roczna dywidenda nie okazałaby się
zbyt pokaźna, to przynajmniej wypada, by mieli możliwość dobrze się
najeść.
Fot. 3 Spacer po światowym królestwie motoryzacji:
Ferdinand Piëch z małżonką Ursulą w czasie walnego zgromadzenia
Volkswagena w Hamburgu w kwietniu 2010 roku.
Tuż po ósmej rano: przybycie
patriarchy. Szef rady nadzorczej Volkswagena pojawia się jako pierwszy
w towarzystwie małżonki Ursuli. Na początek dokładnie lustruje
kolorową paletę modeli. W rzeczywistości ów spacer stanowi
pewien rytuał, tradycję, która stała się przyjemnością - dla
zgromadzonych menadżerów przedsiębiorstwa, dla gości, dla prasy,
no i oczywiście dla samych Piëchów również. Para kroczy dostojnie
przez światowe królestwo motoryzacji, podchodzi do stanowisk, na
których prezentowane są kolejne marki, zatrzymuje się na krótką
pogawędkę ze znajomymi i/lub podwładnymi. Ursula na prośbę męża
zajmuje miejsce w jednym z eleganckich nowych modeli. Przy takich
okazjach Piëch prezentuje się jako troskliwy towarzysz, który nie
wstydzi się nieść torebki za żoną. Władca światowego koncernu
z damską torebką od Louisa Vuittona - jedna z ulubionych scenek
fotografów i kamerzystów.
Przy stanowisku Audi A8 szef
osobiście wsiada na tylne siedzenie samochodu, by przetestować pewne
szczególne nowe rozwiązanie, a jednocześnie zaprezentować je
w ten sposób publiczności. Obecni dziennikarze dosłownie wciskają
się do auta. Błyskają flesze, gdy najpotężniejszy menadżer
branży motoryzacyjnej z widoczną przyjemnością powoli opuszcza
się do pozycji horyzontalnej na automatycznie regulowanej tylnej
kanapie auta. Wersja high-end luksusowego Audi oferuje zestresowanym
menadżerom kosztowny dodatek zapewniający komfort, który znają
wyłącznie z biznesklasy w samolotach. Przesłanie Piëcha jest
jasne: patrzcie wszyscy, coś takiego istnieje wyłącznie w Audi,
konkurencja ze Stuttgartu ani z Monachium tego nie ma. Może jednak
pamięta, że tego rodzaju mobilne łóżko polowe było już kiedyś
wbudowane w jednym jedynym samochodzie w Niemczech - w aucie marki
Horch z 1939 roku. A Horch (z łaciny: Audi) jako marka należał
wszak do dawnej spółki Auto Union.
Piëch podnosi oparcie, wraca do
pozycji siedzącej i wychodzi z auta. A później rozgrywa się scenka
niepozbawiona pewnego komizmu: szef rady nadzorczej i współwłaściciel
koncernu składa zamówienie. Uprzejmie zwraca się do jednej z kobiet
w uniformie Audi:
Fot. 4 Pozycja
horyzontalna: Piëch, fan samochodów, testuje klasę biznes w nowym
Audi A8.
- Czy jest tu pan Stadler?
Chodzi o Ruperta Stadlera, prezesa
zarządu Audi i jednego z wychowanków Piëcha. Ten jest jednak
nieobecny. Nie szkodzi.
- Czy może pani przyjąć
zlecenie? - Piëch pyta grzecznie przedstawicielkę Audi. -
Zamówiliśmy już ten samochód, a teraz chcielibyśmy mieć w nim
dodatkowo jeszcze takie siedzenie.
- Damy sobie z tym radę.
- Dziękuję.
Sprawa została załatwiona. Dostawę
nowego rozkładanego siedzenia wraz z autem zrealizowano
najprawdopodobniej najszybciej jak to było możliwe. Piëch był
i jest władcą koncernu i w dającej się przewidzieć przyszłości
może co najwyżej zostać zastąpiony przez swoją żonę, jeśli ta,
zgodnie z planem, przejmie kierownictwo niedawno założonej przez męża
fundacji. Przyszedł czas na kolejne punkty obchodu - najpierw Bentley,
później Seat i wreszcie Porsche.
Krótkie pytanie:
- Czy jest pan zadowolony
z rozwoju Porsche?
Pada lakoniczna odpowiedź:
- Tak, dziś o tym
usłyszymy.
Zaraz po ukończeniu studiów
na wydziale budowy maszyn w Zurychu Piëch rozpoczął w Porsche
swoją zawodową karierę. Pod kierownictwem wuja Ferry'ego na
początku lat sześćdziesiątych uczestniczył w budowie pierwszego
sześciocylindrowego silnika bokser do modelu 911. Jego kuzyn Ferdinand
Alexander Porsche, nazywany Butzim, stworzył wówczas nieprzemijającą
linię karoserii 911. I forma tego projektu, i jego zasadnicza
koncepcja mają się dobrze do dnia dzisiejszego. Ferdinand Alexander,
najstarszy z synów Porschego, zmarł 5 kwietnia 2012 roku w wieku
siedemdziesięciu sześciu lat. Twórca modelu 911 do samego końca był
honorowym prezesem rady nadzorczej Porsche AG. Jego projekt stulecia
jeszcze przez długi czas będzie kształtował obraz marki.
Już od najwcześniejszego
dzieciństwa Butzi był ulubionym kuzynem Burliego, jak zdrobniale
nazywano małego Ferdinanda Piëcha. W obliczu tak dużej liczby
Ferdynandów w domu rodzinnym dla rozróżnienia chłopców używano
bowiem pieszczotliwych zdrobnień. "Wspólnie zbieraliśmy mosiężne
łuski nabojów dział lotniczych - wspomina Piëch w swojej
Auto.Biografii. - Za tyle i tyle mosiądzu
dostałem niemiecki stalowy hełm [...], Butzi miał mniej mosiężnych
łusek i dostał jedynie skrzynkę Czerwonego Krzyża".
Można by dyskutować, co w okresie
powojennym było bardziej przydatne.
Piëch jest technikiem z krwi
i kości, pełnokrwistym inżynierem, który najpierw w Porsche,
następnie w Audi, a później w Volkswagenie wymyślał
niezliczone prekursorskie konstrukcje albo znacząco przyspieszał
prace nad nimi. Okazał się technicznym wizjonerem przy projektowaniu
silników Diesla, systemów napędowych, lekkich karoserii, aut
z silnikami spalającymi litr paliwa na sto kilometrów i wielu
innych konstrukcji. Innowacje, jak na przykład napęd na cztery koła
(quattro) i silnik TDI z bezpośrednim wtryskiem,
które pod jego kierownictwem weszły do produkcji samochodów,
stanowiły wzór dla całej branży i dziś w wielu przypadkach nie
można byłoby się bez nich obejść. Poza tym Piëch jest jednym
z bardzo nielicznych ludzi, którym udało się pokonać drogę od
inżyniera do dyrektora przedsiębiorstwa. Mimo to twierdzi, iż nie
jest dumny ze swoich dokonań.
- Nie, wtedy człowiek szybko
staje się zarozumiały - mówi w wywiadzie. - Praca sprawia mi
przyjemność, a do tego miałem jeszcze wiele szczęścia.
Piëch kocha wszystko, co ma koła
i porusza się za pomocą własnego napędu: motocykle, samochody
osobowe, wyścigowe auta, ciężarówki. Ponadto nawet w zaawansowanym
wieku nadal jest brawurowym kierowcą, co może potwierdzić każdy,
kto kiedykolwiek usiadł obok niego na fotelu pasażera.
- Kocha auta bardziej niż
cokolwiek innego - potwierdził były menadżer Volkswagena, Daniel
Goeudevert. - Ma do nich erotyczny stosunek.
Goeudevert miał wiele okazji,
by się o tym przekonać. Dawny menadżer Forda wszedł w 1990
roku do zarządu Volkswagena; początkowo zajmował się zakupami
i logistyką, ale już wkrótce został prezesem zarządu marki dla
segmentu Volkswagena i zastępcą ówczesnego szefa Volkswagena, Carla
H. Hahna. W tamtym czasie Piëch był już od kilku lat szefem Audi,
spółki zależnej Volkswagena. Obaj byli w pewnym sensie kolegami
po fachu, chociaż o zupełnie innych usposobieniach. Goeudevert
studiował literaturę we Francji, najpierw w swoim rodzinnym mieście
Reims, a później w Paryżu, następnie zaś zmienił kierunek
zainteresowań i rozpoczął pracę jako sprzedawca w salonie
samochodowym. Uchodził za pięknoducha, a ze względu na poglądy
przypisywano mu sympatię do partii Zielonych, toteż na piętrze
zarządu nazywano go "nonkonformistą", który potrafił zachwalać
zalety miejskiej komunikacji publicznej i żądał od swoich kolegów
z przemysłu motoryzacyjnego, by zaczęli konstruować auta bardziej
przyjazne dla środowiska. Naprzeciw niego stał natomiast bezkompromisowy
inżynier Piëch, który w Audi na stałe wprowadził seryjny napęd
na cztery koła, w Porsche zaś wysyłał na tor samochody wyścigowe
z silnikami o mocy dochodzącej do 1100 koni mechanicznych.
Gdy zaczęto szukać następcy
Hahna, wieloletniego prezesa zarządu Volkswagena, wyłoniły się
kandydatury dwóch rywali, Piëcha i Goeudeverta. "Sądzę, że razem
z Goeudevertem moglibyśmy stworzyć dobry tandem - przyznaje Piëch
w swojej Auto.Biografii. - Właśnie zestawienie
dwóch tak różnych typów osobowości jak Goeudevert i ja mogłoby
zaowocować powstaniem czegoś nietuzinkowego".
Nietrudno się domyślić, kogo
Piëch swego czasu typował do roli szefa.
- Nie lubię być na drugim
miejscu - tak od dawna brzmiało jego credo. I do dziś nic się
nie zmieniło. Wiadomo, jak wyścig rywali się zakończył. Przegrany
Goeudevert został mianowany zastępcą nowego prezesa zarządu, ale
nie zagrzał długo miejsca na tym stanowisku. Wkrótce po objęciu
funkcji Piëch zaczął torpedować wszystkie projekty zainicjowane
przez Goeudeverta, między innymi zawiązanie spółki joint venture
z twórcą zegarków Swatch, Nicolasem Hayekiem, mające na celu
budowę Swatchmobila, małego samochodu z dwoma siedzeniami i silnikiem
umieszczonym z tyłu.
- Dla mnie to były wrotki dla
słonia, nawet nie sensowny skuter z kabiną - wspomina Piëch. Na
innych polach również dochodziło do wzajemnych niesnasek.
- Nadszedł moment, w którym
pan Piëch obwieścił mi, że stracił do mnie zaufanie - opowiada
Goeudevert. - A nie jestem typem człowieka kurczowo trzymającego
się stanowiska, jeśli współpraca przestaje się układać.
Goeudevert odszedł i dziś
bez urazy wspomina ów epizod z życia zawodowego. Od jakiegoś
czasu znów mieszka we Francji i pracuje jako konsultant do spraw
zarządzania, a także autor książek o tytułach takich jak:
Zasada nenufaru czy Niszcząca moc żądzy
posiadania. W odniesieniu do Piëcha Goeudevert przyznaje
dziś, że ten okazał się idealnym prezesem dla Volkswagena.
- Ja nie byłbym tak dobry
- mówi Goeudevert - ponieważ trwałbym przy swojej koncepcji:
małe, przyjazne dla środowiska samochody. W tamtym czasie by mnie
wyśmiano.
Tymczasem wzgardzony przez
Volkswagena Swatchmobil został zbudowany przez Mercedesa. Dziś lepiej
znany jest pod nazwą Smart.
- Ten późny sukces rynkowy -
wyznał Piëch - nie budzi we mnie najmniejszej zazdrości. Ponieważ
wiem, że odnotowują ogromne straty.
Profesjonalizm Piëcha w dziedzinie
motoryzacji do dziś wzbudza podziw u Goeudeverta. Pewnego razu cały
zarząd Volkswagena wyruszył do Finlandii na testy nowych silników
Diesla.
- Po długim dniu pracy
dotarliśmy na miejsce - opowiada Goeudevert. - Później, koło
dziesiątej wieczorem, przyszedł Piëch i oznajmił, jak zwykle
uprzejmie, ale sucho: "Jutro rano między wpół do czwartej
a czwartą spotykamy się przy autach". Pomyślałem, że się
przesłyszałem.
Nie było mowy, żeby się
wykręcić. Wszyscy musieli się stawić. Jednakże Goeudevert przyznał,
że wstawszy wczesnym rankiem, zrozumiał wreszcie sens domniemanego
znęcania się nad współpracownikami.
- Piëch wiedział, że
podwyższona wilgotność porannego powietrza może doprowadzić
do powstania w silniku diesla owego typowego odgłosu maszyny
do szycia. Godzinę lub dwie później ten efekt już by się nie
pojawił.
Drobny epizod, wskazujący
na najważniejsze zasady, jakimi kierował się Piëch. Uchodził
on za fanatyka jakości, który przy projektach samochodów nie
dopuszczał, by o czymkolwiek zadecydował przypadek i sam wgryzał
się w najdrobniejsze szczegóły. To chyba jedna z tajemnic sukcesu
Volkswagena - od początku lat dziewięćdziesiątych kierują nim osoby
znające się na produktach lepiej niż menadżerowie konkurencji.
Fot. 5 Bliskość produktu: szef zarządu Volkswagena,
Martin Winterkorn, w niecodziennej pozie.
- Piëch, jak żaden z ludzi,
których dotąd poznałem, stanowi wprost ucieleśnienie przemysłu
motoryzacyjnego i samego samochodu - ocenia go największy rywal,
Goeudevert.
I tak, jako kolejny główny
aktor, na walne zgromadzenie Volkswagena w Hamburgu wkracza Martin
Winterkorn, wieloletni towarzysz Ferdinanda Piëcha, który teraz
kieruje zarządem w Wolfsburgu. On również, podobnie jak Piëch,
jest inżynierem, a dopiero w drugiej kolejności menadżerem
finansowym. Winterkorn był szefem do spraw jakości, a później
rozwoju w Volkswagenie, następnie szefem zarządu Audi, a w końcu,
po odejściu Bernda Pischetsriedera, został mianowany prezesem
zarządu Volkswagena. Winterkorn pojawia się tego ranka z małą
świtą i w szybkim tempie obchodzi wszystkie auta prezentowane
w wielkiej sali Centrum Kongresowego. Wszystkie po kolei. A są ich
dziesiątki. Wsuwa się do dużego Audi A8, by skontrolować jakość
wykonania, ze spokojem prezentując fotografom siedzenie. To koszmarna
sytuacja dla każdego doradcy od kreowania wizerunku, tymczasem Winterkorn
demonstruje pewność siebie i opanowanie. Klęka przy tyle któregoś
z Seatów, sprawdzając mocowanie zderzaka. Później postanawia dokonać
inspekcji wnętrza terenowego Volkswagena Amarok, ale lewe drzwi są
zamknięte. Niezadowolony fuka na jednego z otaczających go dziennikarzy
w ciemnym garniturze, którego pomylił z pracownikiem:
- Dlaczego drzwi są
zamknięte?
- Prawe drzwi są otwarte -
odpowiada mężczyzna.
- Dlaczego tylko prawe? -
rzuca i rusza dalej.
Szef Volkswagena wyjątkowo długo
oddaje się swemu ulubionemu zajęciu: sprawdza, czy spojenia karoserii
są dokładnie dopasowane. Do tego używa kart bankowych, które pożycza
od współpracowników. W otoczeniu Winterkorna zawsze dobrze jest mieć
przy sobie odpowiednią kartę. Winterkorn przesuwa ją wzdłuż szczelin
między błotnikami a maską albo między drzwiami a nasadą dachu,
jak zwykle robi się to za pomocą lasera. I nie wybiera samochodów na
chybił trafił, ale kontroluje systematycznie każdy model, który ma
pod ręką. Dodatkowo szef sprawdza dłonią spojenia między częściami
nadwozia i jakość lakieru.
- On głaszcze samochód -
zaobserwował już wcześniej Daniel Goeudevert. - Nigdy tego nie
rozumiałem, ale zawsze podziwiałem.
Szef Winterkorna, Ferdinand Piëch,
również znany był w koncernie z owej sztuki wyczuwania fug, dzięki
czemu wśród współpracowników zdobył sobie przydomek Ferdl Fuga albo
też Fetyszysta Szczelinomierz. Dla Piëcha, a tym samym także dla
Winterkorna, była to niezwykle istotna kwestia. "Lepsze wykonanie
- tłumaczy Piëch w swojej Auto.Biografii
- postrzega się jako widoczny składnik jakości".
Jego zainteresowanie
"najdrobniejszym milimetrem" zaczęło się jeszcze w czasie pracy
w Audi, kiedy to intensywnie analizowano jakość wykonania japońskich
samochodów. Japończycy uchodzili wówczas za wzór i w spoinach
byli o pół milimetra lepsi od Niemców. Winterkorn był swego czasu
odpowiedzialny za zapewnienie jakości i sprawdził się w kwestii
spoin. Piëch uważa, że inni producenci zdołali tymczasem zbliżyć
się znacząco do poziomu Volkswagena, mimo to jego marka w większości
przypadków wciąż utrzymuje "minimalną przewagę".
Winterkorn przystaje na chwilę
przy stanowisku nowej spółki-córki Porsche. Od końca 2009 roku
jest także prezesem zarządu Porsche Automobil Holding SE, właśnie
tej firmy, która kilka miesięcy wcześniej, pod innymi auspicjami,
zamierzała połknąć koncern Volkswagena. Winterkorn z upodobaniem
przygląda się sportowemu samochodowi ze swojej szwabskiej ojczyzny:
Boxsterowi. Obok Porsche 911, Cayenne, a przed nim pierwszy raz
zaprezentowany model Panamera. Obydwa powstały jeszcze w epoce
Wiedekinga. Tu też następują nieuniknione testy, czy jakość
karoserii spełnia już standardy Volkswagena. Taki fanatyk jakości
jak Winterkorn powinien wyczuć niedociągnięcia, przede wszystkim
w jakości lakieru. Tymczasem inne kłopoty leżą mu na sercu:
pozostałe po poprzednim zarządzie Porsche miliardowe długi z tytułu
spekulacji akcjami. W tygodniu poprzedzającym walne zgromadzenie w 2010
roku Volkswagen z podwyższenia kapitału uzyskał dokładnie cztery
miliardy euro, ale długi koncernu wynoszą jedenaście miliardów. Rzecz
jasna nowi panowie z Wolfsburga liczą na to, że w przyszłości
rentowne luksusowe auta z Zuffenhausen wniosą do firmowej kasy
swoją część zysku. Wolfsburczycy już zapowiedzieli, że marka ma
ogromny potencjał i po nowych modelach spodziewają się zwiększenia
obrotów o pięćdziesiąt procent. Wówczas sprzedaż wyniosłaby sto
pięćdziesiąt tysięcy samochodów rocznie, albo i więcej...
Pojawia się okazja do krótkiego
wywiadu.
- Czy jest pan zadowolony
z włączenia do koncernu nowej spółki-córki?
- Bardzo zadowolony.
- Czy wszystko idzie po pańskiej
myśli?
- Tak. Wszystko zmierza we
właściwym kierunku, tak jak się spodziewaliśmy.
- Co szczególnego widzi pan
w Porsche?
- Markę. Markę Porsche,
fascynację tą marką, jej mit. To fascynujące samochody.
- Jedyne w swoim rodzaju?
- Tak.
Wchodzi Wolfgang Porsche, prezes
rady nadzorczej Porsche Holding SE, rzecznik gałęzi rodu Porsche,
a jednocześnie człowiek, który w konsekwencji odpowiada za
nieudane przejęcie. Specjalnie dla fotografów zajmuje miejsce w nowym
Boxsterze Spyder. Na miejscu pasażera, ale nie należy uważać tego za
symboliczny gest. Za kierownicą siedzi Michael Macht, ówczesny szef
zarządu spółki Porsche AG, niedługo później mianowany dyrektorem
do spraw produkcji w Volkswagenie. Porsche i Macht uśmiechają się
do kamer. Wiara - to ich dewiza. Oto pierwsze walne zgromadzenie od
czasu, gdy Porsche stracił, a precyzyjniej rzecz ujmując, przegrał,
swą od sześćdziesięciu lat utrzymywaną niezawisłość.
Pada pytanie skierowane do Wolfganga
Porsche:
- Co oznacza dla pana dzisiejszy
dzień?
- To szczególny dzień. Pierwszy
raz bierzemy udział w zgromadzeniu, a połączony koncern działa
bez zarzutu. To przecież zawsze był nasz cel.
- Tak czy inaczej?
- Tak czy inaczej.
- Czy jest pan nieszczęśliwy
z powodu rozwoju wypadków?
- Nie wszystko można sobie
poukładać. Ale kierunek jest dobry, a razem tworzymy siłę. To
najważniejsze, w końcu jesteśmy jeszcze odpowiedzialni za
współpracowników. Należy robić to, co jest możliwe do
zrobienia.
- W lipcu mówił pan o micie
Porsche. Co się z nim stało albo co się z nim dzieje teraz?
- Uważam, że przetrwa. Jeżeli
przedsiębiorstwu pozostawi się pewną samodzielność, a jestem
przekonany, że tak będzie. Nie wolno nas chować pod pierwszym
lepszym kapeluszem, wtedy staniemy się... Po prostu trudno jest ten
mit przełożyć na słowa. Trzeba nim żyć. A do tego łatwo go
zniszczyć.
Fot. 6 "Tak
czy inaczej" - Wolfgang Porsche rozmawia na walnym zgromadzeniu
Volkswagena w Hamburgu w kwietniu 2010 roku.
Porsche to teraz też jeden
z Volkswagenów. Tymczasem do sali, w której ma się odbyć
zgromadzenie, przybywają pozostali członkowie rady nadzorczej. Prezes
rady ministrów, Christian Wulff, posiadający dwadzieścia procent
udziałów w Volkswagenie przedstawiciel kraju związkowego Dolna
Saksonia stoi w pomieszczeniu dla gości. Natychmiast otacza go wianuszek
dziennikarzy. Wulff oznajmia, że według niego Volkswagen znajduje
się w fazie konsolidacji i nie dąży do dalszej ekspansji. Jego
zdaniem Volkswagen powinien zachować rozsądek i nie zmieniać
kursu. Zgodnie z zasadą "pogłębienie przed poszerzeniem", jak
mawiają politycy.
W tym czasie na podium pojawiła
się interesująca grupka. Bernd Osterloh, wpływowy szef rady zakładowej
Volkswagena i jeden z najzagorzalszych wrogów Wiedekinga w rozgrywkach
o przejęcie firmy, z demonstracyjną uprzejmością pozdrawia
Ferdinanda Piëcha. Winterkorn przyłącza się do zebranych. Stoją
razem, rozmawiają, dowcipkują i uśmiechają się serdecznie. Tego
typu obrazki mają pokazać opinii publicznej, kto z kim najlepiej
się dogaduje u największego europejskiego konstruktora aut. Kto
z kim zupełnie się nie dogaduje, okaże się dopiero wtedy, gdy się
dokładniej przyjrzymy. Tymczasem na podium wspiął się Wolfgang
Porsche, członek rady nadzorczej Volkswagena. Kątem oka obserwuje kuzyna
Ferdynanda, dyskretnie, ale bardzo uważnie. Gdy ten niespodziewanie
się odwraca, dochodzi prawie do spotkania. Wolfgang Porsche wykonuje
gest, jakby chciał kuzynowi podać rękę, ale Piëch wymija go, nie
podnosząc wzroku. Porsche nieruchomieje na chwilę. Dzieli ich od siebie
niecały metr. Tyle na temat rodzinnych więzów.
Piëch spełnia prośbę fotografów
i razem z Winterkornem i Wulffem ustawia się przed obiektywami. Scenka
przypomina pozowanie do obowiązkowego zdjęcia zwycięzców Formuły
1. Na Wolfganga Porsche, który usiadł w swoim fotelu, w drugim
rzędzie po prawej od góry, właściwie nikt nie zwraca uwagi. Układ
sił między dwoma kuzynami uległ drastycznej zmianie. W radzie
nadzorczej Porsche, reprezentowana przez Wolfganga rodzina Porsche zawsze
miała o jeden głos więcej od klanu Piëchów. Teraz przedsiębiorstwo
opanował Volkswagen i kuzyn Ferdynand Piëch razem ze swoim zaufanym
człowiekiem, Martinem Winterkornem, a także kraj związkowy Dolna
Saksonia, dyktują swoje warunki w królestwie wolfsburczyków. Później
w sprawozdaniu z walnego zgromadzenia znajdzie się notatka, że Piëch
pozostanie na fotelu szefa gremium kontrolnego do 2012 roku, albowiem
Volkswagen jest niezwykle bliski jego sercu. W związku z powyższym do
tego czasu zamierza dopilnować, by w 2012 roku nie pozostało po nim
puste miejsce. W kwietniu 2012 roku Piëch skończył siedemdziesiąt
pięć lat i postanowił przedłużyć swoją kadencję prezesa rady
nadzorczej o kolejne pięć lat. Sześćdziesięciopięcioletni
Winterkorn też na razie nie myśli o emeryturze. Będzie szefem
zarządu koncernu co najmniej do 2016 roku. Możliwe nawet, że rok
lub dwa dłużej, albowiem ma jeszcze wiele planów. Z kolei później
mógłby przejąć, w schedzie po swoim mentorze Piëchu, stanowisko
szefa gremium kontrolnego w radzie nadzorczej.
Tymczasem obecny prezes rady
nadzorczej, Piëch, udziela głosu obecnemu prezesowi zarządu,
Winterkornowi, który kieruje się w stronę mównicy. Wszystko dzieje
się w rok po wielkim kryzysie ekonomicznym. Sprzedaż w Europie
Zachodniej znów spadła, gdy wygasły państwowe programy dofinansowania,
na przykład premie za złomowanie pojazdów. Mimo to Winterkorn epatuje
wiarą. Przedsiębiorstwo pokłada nadzieje w szybko rozwijających
się rynkach, jak Chiny i Indie, a także w Europie Wschodniej,
Brazylii i Stanach Zjednoczonych.
- Zarobimy więcej pieniędzy
i poprawimy wynik działalności operacyjnej - obiecuje akcjonariuszom
i analitykom.
W ubiegłych miesiącach
Winterkorn ogłosił swoją Strategię 2018,
zgodnie z którą Volkswagen do roku 2018 ma się znaleźć na szczycie
światowej czołówki producentów aut pod względem ekonomicznym
i ekologicznym. Krótko mówiąc, ma zostać numerem jeden na
świecie. Volkswagen daje sygnał do ataku: jeszcze więcej modeli,
przyjazne dla środowiska systemy napędowe, konsekwentne wykorzystywanie
systemu budowy modułowej, co pozwoli na znaczne obniżenie kosztów prac
rozwojowych i produkcji, oraz rozszerzenie globalnej ekspansji.
W tę strategię wpisują się
również wielkie plany co do małej firmy sportowych aut Porsche.
- W przyszłym roku - zapowiada
Winterkorn na walnym zgromadzeniu 2010 - chcemy połączyć Porsche
SE z Volkswagenem AG w jeden silny, zintegrowany koncern. W ten
sposób wykorzystamy historyczną szansę, która otworzyła się dla
obu przedsiębiorstw.
W tym czasie Volkswagen
i Porsche znów połączyły się pod wspólnym znakiem. Tak, jak
w przeszłości.