Rozdział 1
Plotka w spokojnie żyjącej społeczności jest niczym pierwsze wiosenne
ciepło, które dotyka skutej mrozem rzeki. Wydaje się wyłącznie
delikatnością, a łamie wielkie płyty lodu, które ruszają zaraz potem z wielką siłą, zmiatając wszystko, co znajdzie się na ich drodze. Podobnie
jedna cicha pogłoska potrafi odmienić porządek społeczny, zanegować
stałe zasady. Wywrócić wszystko do góry nogami. Można to zjawisko
obserwować z fascynacją, przejąć się, zlekceważyć albo zająć własnymi
sprawami. Wybór należy do człowieka. Nie sposób uczynić tylko jednego -
powstrzymać żywiołu.
A ten rozpętał się na dobre nad małym miasteczkiem położonym u stóp
zamku Cantendorf. Jedno zdanie wypowiedziane mimochodem przy straganie
na targu sprawiło, że dotychczasowe układy spojone solidarnością klas
społecznych, uświęcone tradycją i scementowane pieniędzmi nagle zaczęły
się kruszyć.
- Hrabia Aleksander Cantendorf zaręczył się z nic nieznaczącą, pod
każdym względem zwyczajną, absolutnie nieodpowiednią dziewczyną.
Pozbawioną posagu, bez tytułów, liczącego się nazwiska, koneksji,
manier, umiejętności, klasy... - Lady Metcalf na chwilę zabrakło tchu,
by kontynuować listę braków tej najgorszej kandydatki do tytułu pani na
zamku. Wiadomość o zaręczynach zaskoczyła ją tak bardzo, że po raz
pierwszy w życiu nie mogła opanować emocji. Wzburzenie pokonało nawet
jej wrodzoną niechęć do dzielenia się plotkami w miejscu tak pospolitym
jak sklep z kapeluszami.
Wszystko zaczęło się zupełnie niewinnie. Lady Metcalf szła spokojnie
przez targ. Dzień był wyjątkowo piękny, a ona miała ochotę pooglądać
wystawione na sprzedaż towary. Nie spodziewała się, że przeżyje taki
szok. Już sama informacja o zaproszeniu nieszczególnie cenionego w środowisku małżeństwa Miltonów wraz z ich skromnymi, pozbawionymi klasy
córkami na obiad do zamku wzburzyła środowisko. Ale wieść o nagłych
zaręczynach hrabiego z rudowłosą Kate była czymś bez precedensu.
Wydarzeniem do tego stopnia nieprawdopodobnym, że lady Margaret Metcalf
wypuściła z rąk jedwabny szal, po czym odeszła na bok, by z dala od
ludzkich oczu uspokoić emocje.
- To niemożliwe - powtarzała w kółko. - Nie do uwierzenia. Mógł przecież
wybierać spośród najlepszych.
Miała rację. Hrabia Aleksander Cantendorf - najbogatszy, niezwykle
przystojny, choć tajemniczy człowiek - stanowił od lat najlepszą partię
w okolicy. Korzystał z tych przymiotów bez ograniczeń. Oświadczył się
już cztery razy i tyle samo razy przenosił piękne, posażne, dobrze
urodzone żony przez próg wiekowego zamku.
Kolejka kandydatek do jego serca nigdy się nie kończyła, chociaż z upływem lat hrabia cieszył się coraz gorszą sławą. Jego żony umierały w tajemniczych okolicznościach. Mimo wysiłku władz i miejscowych
ciekawskich plotkarzy szczegóły tych tragicznych zdarzeń nigdy nie
zostały wyjaśnione. Oficjalne przyczyny zgonów, czyli suchoty oraz
komplikacje porodowe, choć często spotykane wśród młodych mężatek,
nikogo do końca nie przekonywały. Za dużo tego w jednej rodzinie. Za
szybko.
Po każdym pogrzebie uczucia okolicznych mieszkańców wobec właściciela
zamku ulegały ochłodzeniu. Hrabia odczuwał pustkę wokół siebie, a panny
na wydaniu wysyłano w podróż, by je chronić przed ewentualnymi
oświadczynami. Czas jednak płynął i poczucie niebezpieczeństwa szybko
zaczynało blednąć. Zamożne rodziny przekonywały się nawzajem z coraz
większym zaangażowaniem, że hrabia to nieszczęśliwy, niewinny mężczyzna,
którego życie mocno doświadcza. Komplikacje porodowe zdarzają się w każdej sferze, delikatne panny łatwo się przeziębiają.
Ale ta konkretna dziewczyna, ich córka... Ona z pewnością da sobie
radę...
Wyścig zaczynał się od nowa.
Wielkie pieniądze mają ogromną moc i niewielu potrafi się oprzeć
pokusie.
Hrabia Aleksander słynął z tego, że szybko podejmował decyzje w sprawach
osobistych. Łatwo się zakochiwał i nigdy nie można było przewidzieć, w jakich okolicznościach to się stanie. Zapobiegliwe matki panien na
wydaniu po pierwszym szoku spowodowanym śmiercią czwartej żony
Aleksandra szybko zwarły szyki i zaczęły układać taktyczne plany,
szacując szanse swoich córek na powodzenie. Pierwszych ostrożnych
posunięć dokonano na wiosennym balu, który dopiero co się odbył. Jeszcze
nie zdążono go dobrze omówić, wyciągnąć wniosków ani opracować dalszych
kroków, gdy znienacka gruchnęła wstrząsająca wieść.
Hrabia się zaręczył.
- To niemożliwe... - Lady Metcalf powtarzała te słowa jak zaklęcie. Ona
też podjęła pewne starania. Zamówiła wyjątkowo piękną sukienkę dla
swojej córki na wiosenny bal, snując nieśmiałe plany i dopieszczając w głębi serca marzenia o wielkiej miłości, jakiej ona sama nigdy nie
zaznała. Z tego snu została wyrwana wyjątkowo brutalnie.
- Hrabia zaręczył się z Kate Milton! - Te słowa usłyszane przypadkiem na
targu pozbawiły lady Margaret tchu. Nie sposób było postawić krok, by
nie usłyszeć kolejnych szczegółów. Nie mówiono dzisiaj o niczym innym, a sensacyjna wieść powodowała, że kupcy mylili się w rachunkach, zaś
kobiety zapominały, po co przyszły do sklepu.
Lady Metcalf odeszła na bok, rozejrzała się wokół, a potem oparła dłoń o pień drzewa. Czuła, że brakuje jej tchu. Przez całe życie dbała o zachowywanie pozorów, wierność konwenansom. Dni płynęły jej w przewidywalny, bezpieczny, ale pozbawiony większych emocji sposób.
Zawsze przestrzegała norm, nie zawalczyła o najmniejsze nawet
pragnienie, które mogłoby kogoś zbulwersować, na jej temat nigdy nie pojawiła się żadna plotka.
I jaką dostała za to nagrodę?!
Wiadomość, że to rudowłose ladaco, córka niedoszłego bankruta, zwykłego
dzierżawcy bez majątku i własnego domu, ta dziewczyna, która wsiadła z mężczyzną do powozu bez przyzwoitki, dostała to, o czym inne
bezskutecznie marzyły przez całe życie - miłość wyjątkowego człowieka -
odebrała jej wiarę w sens wszelkich zasad tego świata. Kate Milton
zdobyła nie tylko hrabiego Aleksandra Cantendorfa jako przyszłego męża,
lecz także zapewne prawdziwe uczucie. Miłość. Cóż innego mogło bowiem
skłonić tego wpływowego człowieka do oficjalnych zaręczyn?
- Niemożliwe - wyszeptała Margaret po raz kolejny i otarła malutkie
kropelki potu z czoła. Ta wiadomość wstrząsnęła nią nie tylko ze względu
na plany wobec córki. Naruszyła coś o wiele poważniejszego - fundamenty
jej świata, który opierał się na posłuszeństwie zasadom i rezygnacji z własnych marzeń dla dobra rodziny oraz nazwiska.
Margaret nigdy nie zdobyła się na protest, niekonwencjonalne działanie
czy chociaż głośne wyrażenie własnego zdania. Myślała, że życie
wynagrodzi jej to umiarkowanie. Tymczasem ono poszło z workiem pełnym
darów do niepokornej dziewczyny, balansującej na granicy przyzwoitości,
dziewczyny, która ryzykowała utratę dobrego imienia, wciąż pojawiała się
w miejscach, gdzie nie powinno jej być, i wypowiadała się w sposób, jaki
nie przystoi osobie w jej wieku.
Kate nie liczyła się z zasadami. Była odważna i sięgnęła po to, czego
pragnęła.
Lady Margaret się zachwiała. Łapczywie nabierała powietrza i starała się
oddychać tak głęboko, jak tylko pozwalał ciasno zasznurowany gorset. Gdy
trochę doszła do siebie, zauważyła, że przypadkowi przechodnie już się
jej przyglądają z daleka. Nie chciała, by ktoś się zaniepokoił jej
stanem i zaproponował pomoc. Włożyła więc sporo wysiłku w to, by
opanować emocje.
Na drżących nogach weszła do chłodnego wnętrza sklepu z kapeluszami, po
czym odwróciła się tyłem do sprzedawcy i pozostałych klientów, by
uniknąć uprzejmej pogawędki, jaką musiałaby toczyć. Udawała, że pilnie
ogląda jeden z najnowszych modeli nakrycia głowy, a tak naprawdę nie
widziała ani gładkiego atłasu, ani wyjątkowo dobrze skomponowanej
dekoracji z kwiatów. Przed oczami miała tylko swoje życie i setki
zmarnowanych okazji, by zrobić to, czego naprawdę pragnęła.
- Czy mogę w czymś pomóc? - Właściciel sklepu zgiął się prawie do ziemi.
Podszedł osobiście, by obsłużyć zamożną klientkę.
- Dziękuję. Dzisiaj niczego dla siebie nie znalazłam - odpowiedziała
szybko, po czym wyszła. Nie chciała już słyszeć kolejnych komentarzy na
ten sam temat. Bo i tutaj dyskutowano o zaręczynach hrabiego.
Niedowierzanie mieszało się z pierwszymi ostrożnymi spekulacjami
dotyczącymi przyszłości. Nie miała ochoty słuchać dywagacji, co teraz
będzie. Jak bardzo to wydarzenie zmieni układy towarzyskie. Pragnęła
tylko zamknąć się we własnym pokoju i ochłonąć. Ruszyła w stronę powozu
o wiele szybciej, niż przystało prawdziwej damie.
***
W tym czasie Kate Milton, której od momentu zaręczyn nie wypuszczano z domu, kończyła czwartą już godzinę ćwiczeń gry na fortepianie. Madame
Eleanor, jej surowa opiekunka, była jedyną osobą w całym hrabstwie,
która przyjęła wieść o oświadczynach hrabiego z chłodnym spokojem.
- Dobrze, że nie zgodziłaś się na szybki ślub - powiedziała łaskawie,
wysłuchawszy całej relacji. - Ale karnawał to też niezbyt odległy
termin. Najlepiej brać się do pracy od razu - zarządziła i tego samego
wieczoru nakazała haftowanie dla uspokojenia emocji, a rano, bladym
świtem, doskonalenie gry na instrumencie.
Nikt nie zaprotestował. W tym wyjątkowym momencie rodzina Miltonów była
wdzięczna losowi za obecność madame Eleanor. Nie mieli pojęcia, co
robić. Wiele osób pragnie nagłej, radykalnej odmiany losu, ale kiedy ich
marzenia zaczynają się spełniać, ogarnia je strach, bo widzą, że brak im
przygotowania do nowej roli.
Ostatniej nocy nikt w domu Miltonów nie spał. We wszystkich sypialniach
panowała jednak cisza. Nie było radosnych rozmów ani pełnych emocji
spekulacji. Te krążyły po miasteczku, rozpalając wyobraźnię mieszkańców,
ale sami zainteresowani nie mogli znaleźć odpowiednich słów na
skomentowanie nowej sytuacji.
Kate przez całą noc wpatrywała się w sufit swojej sypialni. Księżyc w pełni oświetlał jej pokój. Jego światło wpadało przez otwarte na oścież
okno. Ciepła wiosenna noc pobudzała siły życiowe, sprawiała, że krew
burzyła się w żyłach, a całe ciało rwało się do mężczyzny, którego dotyk
odczuwało wszystkimi zmysłami.
Wciąż pamiętała zapach wody perfumowanej, którą kamerdyner skrapiał
ubrania hrabiego, i dotyk ręki Aleksandra. Podobnie jak smak jego ust,
to niepowtarzalne doznanie pierwszego razu.
Potrafiła odtworzyć każde słowo, które między nimi padło, wraz z intonacją i wszystkimi pauzami. Szepty oraz wołania. Dotyk. Jego
delikatność, jego natarczywość. Każdy cal skóry, który miał styczność z jego dłońmi i ustami, zdawał się różnić od tych jeszcze wolnych od tego
przejmującego doznania. Jej ciało stało się mapą dzielącą się na dwa
nierównomierne obszary, ze wszystkich sił domagające się ujednolicenia.
Na to jednak trzeba było czekać przez wiele miesięcy. Do ślubu.
Zaproponowała odległy termin wbrew własnym pragnieniom, za to zgodnie z radami dwóch niezwykłych opiekunek, które bezpiecznie doprowadziły ją do
tego zupełnie nieprawdopodobnego punku - zaręczyn z hrabią Cantendorfem.
Dwie kobiety różne pod każdym względem stanowiły duet, o którym nikt nie
wiedział. Elegancka, zawsze opanowana madame Eleanor, bona wychowująca
dziewczynki z najbardziej utytułowanych rodzin, oraz osoba poza
wszelkimi towarzyskimi kręgami, czyli zielarka zwana często mniej
życzliwie wiedźmą. Stworzyły kobiecą frakcję o dużej mocy oraz
imponującej skuteczności.
Ich usługi miały jednak swoją cenę.
Kate nagle poczuła chłód nocnego powietrza. Wyskoczyła z łóżka, po czym
zatrzasnęła okiennice.
W jednym momencie ochłonęła. Ze świata rozmarzonej, zakochanej
dziewczyny wróciła do zimnej rzeczywistości. Wciąż znajdowała się we
dworze dzierżawionym od hrabiego. W świecie długów, które wprawdzie
zostały anulowane, ale wciąż wszystko zależało od jednego słowa
Aleksandra Cantendorfa. Mogło się to w każdej chwili zmienić.
Zadrżała. Przez cały czas pamiętała o obietnicy, którą złożyła w ciemno,
nie mając pojęcia, jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za niespodziewanie
podarowaną miłość.
Ale czy takie szczęście może mieć zbyt wysoką cenę?
Kate wróciła pod kołdrę. Otuliła policzki dłońmi, na których wciąż czuła
ślady pocałunków. W tej chwili nie wierzyła w złe zakończenia.
***
Caroline Milton, matka Kate, również wpatrywała się w sufit nad swoim
łóżkiem. Nie było chyba w okolicy drugiego domu, w którym stropy
zostałyby tej nocy tak dokładnie obejrzane. Ale Caroline nie mogła się
teraz skupić na niczym bardziej wymagającym niż biała powierzchnia z nielicznymi pęknięciami. Musiała się uspokoić. Miała wrażenie, że cały
świat wiruje, nic już nie jest na swoim miejscu.
Przesunięć pojawiło się za wiele.
Przyczyną największego zamieszania stała się oczywiście Kate.
Nieposłuszna córka. Ta, która nie słuchała dobrych rad, nie panowała nad
swoim językiem, zbyt często mówiła, co naprawdę myśli. Taka taktyka
zwykle źle się kończyła. Zwłaszcza dla młodych panienek. Życie
dostarczało na to dostatecznie dużo dowodów. To właśnie dlatego dorośli
karmili dorastające dzieci ostrzeżeniami, zakazami i pouczeniami - by je
uchronić przed klęską. Jednak w tym przypadku wszystko wymykało się
znanym zasadom. Kate została wynagrodzona za swoje niekonwencjonalne
działania.
Było już wyraźnie widać, że młodsza córka nie tylko najpierw uratowała
rodzinę przed bankructwem, lecz także otworzyła przed bliskimi
niewiarygodne perspektywy.
Zaręczyny z hrabią Aleksandrem Cantendorfem!
Brzmiało to całkowicie niemożliwie, a jednak okazało się prawdą.
Caroline widziała na własne oczy, jak hrabia zaprosił jej męża -
nieudacznika na skraju bankructwa - do swojego gabinetu, okazując mu
daleko idącą uprzejmość. A następnie poprosił go o rękę córki, jakby
Richard miał w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia.
Zaskoczeni byli wszyscy. Służba zamkowa na czele z groźną gospodynią,
sama Kate, ale najbardziej chyba lady Isabelle, kochanka hrabiego wciąż
mieszkająca pod jego dachem.
Niedawno owdowiała i z pewnością liczyła na to, że jej związek z Aleksandrem doczeka się wreszcie formalnego usankcjonowania. Przez tyle
lat mieszkała na zamku, znosiła upokorzenia i walczyła o swoją pozycję.
A teraz, gdy nie było już prawnych przeszkód, by odmienić jej położenie,
dostała taki cios.
Zemdlała i długo nie można jej było docucić. Potem leżała na kanapie i pustym wzrokiem patrzyła w przestrzeń.
Caroline nie wiedziała, jak jej pomóc. Sytuacja okazała się wyjątkowo
niezręczna. Przez chwilę nawet żal jej było nieszczęsnej, mocno
pobladłej kobiety, o której kłopotach finansowych wszyscy już wiedzieli.
Pani Milton, upojona własnym nagłym szczęściem i odmianą losu rodziny,
chciała dobra dla wszystkich. Szybko jednak wskazano jej właściwe
miejsce w szeregu.
Kiedy tylko Isabelle otrząsnęła się z pierwszego szoku i uświadomiła
sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę, wstała z łóżka, po czym
przechadzała się po zamku, spoglądając na zebranych z wyższością osoby
przyzwyczajonej myśleć o sobie, że jest kimś lepszym niż otaczający ją
ludzie.
Choć jej ciemne włosy trochę się rozsypały, a policzki wciąż pokrywała
niezdrowa bladość, wyglądała bardzo elegancko. Jednak z pięknych oczu
wyzierała tylko czysta nienawiść.
Podczas kolacji na zamku Isabelle z nikim się nie przywitała, starannie
ominęła Kate, jakby ta cierpiała na wyjątkowo zakaźną chorobę, po czym
skierowała się ku drzwiom.
Nie wypowiedziała ani jednego słowa.
Cała jej postawa wyrażała jednak groźbę manifestującą się w każdym
geście: dumnie uniesionej głowie, a także wyniosłym, lekceważącym
milczeniu.
- Co teraz będzie? - wyszeptała Caroline, wspominając tę nieprzyjemną
scenę. Strach sprawił, że zadrżała pod cienką kołdrą i - jak tysiąc razy
wcześniej - zatęskniła za kimś bliskim, z kim mogłaby dzielić sypialnię.
Kiedy wychodziła za mąż, miała różne romantyczne wyobrażenia o tym, co
ją czeka. Spodziewała się wszystkiego, ale nie takiej dojmującej
samotności. Nie tylko psychicznej, wynikającej z braku zrozumienia, lecz
także fizycznej.
Nikt jej nie dotykał, nie przytulał, nie usiadł obok ramię w ramię, nie
poszedł na spacer, trzymając ją za rękę, nie pocałował nawet w czoło. I tak od wielu lat. Kiedy dziewczynki były małe, nie odczuwała tego braku
tak mocno. Miała dzieci, które mogła tulić, kołysać, całować.
Przybiegały do niej w nocy i sprawiały, że szerokie małżeńskie łóżko nie
wydawało się aż takie puste.
Ale córki już dorosły, a samotność tylko czekała na ten moment, by
pokazać swoją moc. Na chwilę przydeptana dziecięcymi stopami, zduszona
radosnym śmiechem córeczek musiała się wycofać. Nie poddała się jednak.
Wróciła.
W ciągu tych lat, kiedy Caroline w całości poświęcała się dzieciom,
problemy małżeńskie odsuwając najdalej, jak to tylko było możliwe,
poczucie osamotnienia się wzmocniło i teraz sprawiało wrażenie
niepokonanego.
Kate była silną dziewczyną. Dokonała rzeczy wielkich. Uchroniła rodzinę
przed poniżającym bankructwem, otworzyła przed nią możliwości, o jakich
inni mogli tylko śnić. Ale jednego nie była w stanie zrobić - sprowadzić
pod dach tego domu szczęścia.
Wszystko, co radosne, zaraz stąd zniknie - pomyślała Caroline,
zaciskając dłonie na chłodnej kołdrze. - Kate przeprowadzi się do męża.
Miesiące narzeczeństwa miną prędzej, niż ktokolwiek się spodziewa.
Amelia weźmie ślub jeszcze szybciej. Ojciec Alfreda, jej narzeczonego,
tak mocno zaciera ręce z zadowolenia, że chyba już niedługo jego dłonie
będą wymagać interwencji lekarza.
Stary wyjadacz - pomyślała ze złością. - Szczwany lis! Kombinował,
zwlekał, kręcił przy ustalaniu terminu ślubu i, nie ma co ukrywać,
doczekał się. Takiego prezentu od losu z pewnością się nie spodziewał.
Znajdzie się blisko rodziny Cantendorfów, która dotąd była dla niego
całkowicie niedostępna. Po ślubie Kate te relacje się zmienią. Korzyści
płynące z nowego statusu jej córki nie miały końca.
A może nie? - pomyślała Caroline i zacisnęła dłonie na zimnej kołdrze.
Miała ogromną ochotę zerwać zaręczyny Amelii. Nie było wątpliwości, że
ojciec Alfreda nie cofnąłby się przed takim krokiem, gdyby Miltonowie
nie rozwiązali swoich kłopotów finansowych. Nie trwał przy nich w trudnym czasie, nie zasłużył więc, by spijać śmietankę w okresie
prosperity.
Miltonowie mogli sobie teraz pozwolić na działania, o jakich wcześniej
nie odważyliby się nawet myśleć. Ale Caroline nie uśmiechała się tak
ochoczo do nowego życia, jak można by się spodziewać. Niosło ono nie
tylko szansę, lecz także ciężar. Miltonowie staną się ważną w społeczności rodziną. Ich sprawy, dotychczas ważne tylko dla nich -
własnością publiczną. Będą bacznie obserwowani. Byle drobiazg stanie się
powodem fali plotek, a Kate ich zakładnikiem. Zadziorna, silna, ale
przecież wciąż tylko młoda dziewczyna, która nie pokona całego świata.
Caroline wiedziała, że od tej pory ona sama też będzie musiała się
zachowywać wzorowo. Oznaczało to życie w wiecznym kłamstwie. Udawanie,
że szanuje własnego męża, o którego opuszczeniu teraz mogła jedynie
pomarzyć. Będzie nadal wieść samotne życie, smutek skrywając pod maską
uprzejmego uśmiechu. Do tej pory też tak robiła, ale było jej łatwiej,
nikt bowiem nie interesował się jej sprawami osobistymi. Nie musiała
wkładać w udawanie aż tak wiele wysiłku. Teraz to się zmieni.
Obróciła się na bok. Czuła, że się dusi. Pierścień konwenansów, zasad i układów ściskał ją coraz mocniej. Z trudnością łapała oddech.
Marzyła o chwili snu, który dałby jej szansę na odpoczynek i zebranie
sił. Ale wytchnienie nie przyszło nawet na chwilę. Świt zastał ją z otwartymi oczami. Powinna była wstać, wydać poranne dyspozycje, udać się
na targ. Jednak na samą myśl o tym, że znajdzie się w tłumie rozpalonym
ciekawością, gęstym od natarczywych pytań, poczuła, jak opuszcza ją
odwaga. Nie wiedziałaby, co powiedzieć. Nie miała pojęcia, kim teraz
jest. Z żony bankruta w krótkim czasie przemieniła się w matkę
narzeczonej hrabiego Aleksandra Cantendorfa. Nie czuła się sobą w żadnej
z tych ról.
Westchnęła, po czym z ciężkim sercem podniosła się z łóżka.
W tym czasie na targu aż huczało od spekulacji, jak bardzo wielkie
szczęście spotkało rodzinę Miltonów.
Zza ściany zaczęły płynąć dźwięki męczonego od rana fortepianu. Madame
Eleanor nie sypiała chyba nigdy, a każda pora wydawała jej się
odpowiednia, by czegoś nauczyć swoją podopieczną.
Rozdział 2
Wiedźma Alice stała pod rozłożystym dębem na szczycie niewielkiego
wzniesienia. Patrzyła na zamek. Wiatr targał jej sukienką i włosami. Nie
przejmowała się tym. Ona jedna w okolicy nie musiała dbać o uczesanie.
Nawet lepiej, jeśli czasem miała niedbałą fryzurę. Lepiej, żeby ludzie
nie wiedzieli, że w gruncie rzeczy jest taką samą kobietą jak inne, choć
para się leczeniem ziołami, zna tajne sposoby na życiowe kłopoty i jest
nazywana wiedźmą.
Przechodnie rozstępowali się na boki, kiedy szła przez targ. Może nawet
szybciej, niż gdy w tym samym miejscu pojawiał się hrabia Cantendorf.
Strach zwykle działa lepiej aniżeli szacunek. Wiedźmy obawiano się
powszechnie. Szeptano, że jeśli się zdenerwuje, jej zemsta bywa
straszna. Potrafi pozbawić męskości, szczęścia w interesach, spokojnego
snu. Jednocześnie nikt nie mógł sobie pozwolić na to, by jawnie okazać
jej lekceważenie. Nigdy nie wiadomo, kiedy choroba zapuka do drzwi i trzeba będzie biec zachwaszczoną ścieżką do domu na skraju miasteczka,
by prosić o pomoc.
Te uwarunkowania sprawiały, że Alice była dla mieszkańców ważną, a jednak w miarę możliwości starannie omijaną osobą. Żyła poza społecznymi
układami. Nie bał się jej tylko hrabia Aleksander, ale z nim nie
utrzymywała bliższych kontaktów. Zbyt wiele ich dzieliło, a bogaty
dziedzic w razie potrzeby miał się do kogo zwrócić. Nie musiał szukać
pomocy u wiedźmy.
Częściej zamieniała kilka słów z miejscowym pastorem. Był inteligentnym
człowiekiem i rozmowa z nim sprawiała jej przyjemność. Jednak Alice
stanowiła dla niego największą konkurencję. Pozycja zobowiązywała go do
sprzeciwiania się ludowym gusłom. Jeśli nawet czuł do niej sympatię, nie
dawał tego po sobie poznać.
Była jeszcze madame Eleanor. Poznały się wiele lat temu i w pewien
specyficzny sposób przyjaźniły. Wymieniały listy, a odkąd luksusowa
guwernantka przybyła do hrabstwa Cantendorf, by opiekować się Kate,
regularnie się spotykały.
Isabelle uratowała kiedyś syna Eleanor od niechybnej śmierci i ta
obiecała się odwdzięczyć. Dlatego zjawiła się w skromnym domu Miltonów,
by podjąć się karkołomnego zadania przemiany ich młodszej córki w prawdziwą damę. I wykonała to zadanie z bardzo dobrym rezultatem.
Wczoraj wieczorem hrabia Aleksander poprosił ich podopieczną o rękę,
wywołując tym samym największy skandal w swoim pełnym sensacji życiu.
Spekulowano zawzięcie na temat przyczyn tego zdarzenia, ale nikt nie
łączył go z osobą Alice. Tymczasem to właśnie ona wykorzystała dar od
losu, jakim stała się dla niej pozornie zwykła dziewczyna.
Kate.
Jedna z nielicznych osób, które - choć bały się wiedźmy - nie kierowały
się w życiu wyłącznie uprzedzeniami, ale kiedy działy się ważne rzeczy,
wyrabiały sobie o nich własną opinię.
Miała szansę.
Tak sądziła Alice. I bardzo jej zależało, by Kate przetrwała na zamku. W tym celu musiała zbudować dobry, prawdziwy zawiązek z hrabią. Zwykły
układ matrymonialny nie wystarczał. Tutaj była potrzebna prawdziwa
miłość, zdolna ochronić młodą żonę przed mieszkającym w wiekowych murach
tajemniczym złem, które bez skrupułów eliminowało kolejne przekraczające
próg zamku kobiety.
Szczere uczucie mogło się okazać jedyną szansą na wygraną.
Alice westchnęła.
Alchemicy poświęcili wiele czasu, by znaleźć sposób produkcji złota.
Sądzili, że to bogactwo da im władzę i wszystko, czego pragną. Oddawali
się całkowicie tej jednej sprawie. Mylili się jednak. Prawdziwą władzę
może zyskać ten, kto pozna sposób tworzenia czegoś, co ma o wiele
większą moc. Miłości.
Alice znała recepturę. Nie stworzyła jej oczywiście samodzielnie. Miała
dostęp do starych ksiąg i mądrości przekazywanych przez kobiety z pokolenia na pokolenie. Do tego była bystra i obdarzona zmysłem
obserwacji. Do dawnych prawd dodawała nowe spostrzeżenia. Teraz
zamierzała wykorzystać swoją wiedzę, przepis na tajny amulet cenniejszy
niż złoto, by pomóc Kate zbudować prawdziwą miłość.
Oczywiście za tę przysługę ktoś będzie musiał zapłacić. Przede wszystkim
inteligentna, ale wciąż bardzo naiwna Kate.
Niczego prócz miłości matki nie dostaje się na tym świecie za darmo.
Alice dobrze o tym wiedziała. A tym razem wikłała się w wyjątkowo
skomplikowaną historię. Skoro kolejne młode mężatki ginęły na zamku, był
jakiś istotny powód, dla którego żadne małżeństwo Aleksandra Cantendorfa
nie mogło przetrwać.
Początkowo Alice sądziła, że informacja, której potrzebuje, nie ma
związku z serią tajemniczych śmierci, ale teraz doszła do wniosku, że
musi to być jedna zawiła historia, która wraz z upływem lat pochłania
kolejne ofiary. Tajemnica tak ważna, że jej ukrycie wymaga od strażnika
coraz więcej siły i starań.
Alice zeszła ze wzgórza. Skierowała się ku otoczonemu wysokim murem
zamkowemu parkowi. Przeszła przez ukrytą w zaroślach dziurę i przystanęła na chwilę. Zawsze się tutaj zatrzymywała. Jeśli wzywano ją w przypadku choroby, tylko na moment, a gdy w sprawach mniej pilnych,
dłużej. Za każdym razem rozpościerający się przed nią widok zachwycał
tak samo mocno. W miejscu, gdzie się znajdowała, park rósł prawie dziko,
choć czujny ogrodnik dyscyplinował bardziej wybujałe okazy, dbał o zachowanie proporcji oraz utrzymanie ścieżek. Im bliżej zamku, tym
bardziej ogród oraz park stawały się wzorem angielskiej dyscypliny i umiaru, by tuż pod jego murami okazać się ideałem proporcji, a także
geometrycznego wręcz ładu.
W tym jednym miejscu, daleko od zamkowego wejścia, było inaczej. Stare
drzewa otoczone zielenią krzewów, niekoszoną trawą i polnymi kwiatami
wyglądały zjawiskowo. Poprzednie żony Aleksandra nigdy się tak daleko
nie zapuszczały, wolały spacerować prostymi alejkami tuż przy zamkowych
murach, obsadzonymi równymi rzędami róż oraz symetrycznie przyciętego
bukszpanu.
Ponoć matka Aleksandra bardzo lubiła to miejsce i nie pozwoliła pozbawić
go dzikiego uroku, więc hrabia zachował je w niezmienionej formie ze
względu na nią. Alice czuła, że będzie to także ulubione miejsce Kate.
Właśnie tutaj odbędą się wszystkie ważne rozmowy.
Teraz zamierzała dokonać małego rekonesansu na zamku. Sprawdzić, co
słychać w tym strategicznym miejscu po wczorajszych tak brzemiennych w skutki wydarzeniach. Podsłuchać, o czym mówią ogrodnicy i służba. Może
zadać komuś kilka pytań. Zawsze była zdania, że informacja to potęga.
Ale nie zdążyła. Ledwo pokonała rozległy park otaczający zamek od
południowej strony, na wąskiej ścieżce zobaczyła wyniosłą postać w ciemnej sukni. Nie miała wątpliwości, że stoi przed nią gospodyni.
Kobieta pełniąca o wiele ważniejszą funkcję, niż powinno to wynikać z oficjalnie piastowanego stanowiska. Po śmierci rodziców wychowywała Aleksandra i traktowała go trochę jak
własne dziecko, a on od lat na zbyt wiele jej pozwalał. Ten niezdrowy
układ generował coraz więcej kłopotów.
Alice się zatrzymała. Kobiety zmierzyły się wzrokiem. Gospodyni zwykle
liczyła się z wiedźmą. Od czasu do czasu jak każdy potrzebowała jej
pomocy. Ale coś się chyba w tym układzie zmieniło. Pani Hammond
sprawiała wrażenie bardzo zdeterminowanej, jakby nie miała nic do
stracenia. Alice wycofała się bez słowa. Była mądrą kobietą, wiedziała,
jakich granic przekraczać nie warto.
Wróciła do domu. Otworzyła szeroko okno i wpuściła nasycone słońcem
powietrze. Pachniało upojnie. W ogrodzie pięły się ku górze świeże pędy
ziół. Ich aromat unosił się nad wilgotną, żyzną ziemią. Nie bez powodu
poprzednia właścicielka, prawdziwa groźna wiedźma, wybrała dla siebie i dziewczynki, którą przygarnęła, akurat to miejsce. Dom leżał na uboczu,
ale był wykonany solidnie i - co ważne - z miłością. Zbudował go
fachowiec, dobry cieśla, dla ukochanych żony i syna. Kiedy wyjechał,
nieruchomość wystawiono na sprzedaż i zamieszkały w nim dwie niezwykłe
lokatorki. Stara kobieta oraz mała dziewczynka. Znajda, o której
niewiele było wiadomo.
Po śmierci opiekunki Alice przejęła jej obowiązki. Zajmowała się
zielarstwem, a także tak zwanym gaszeniem życiowych pożarów. Doradzała,
pomagała, czasem ratowała z poważnych opresji.
Nie była typową zielarką. Jej mądrość sięgała głębiej. Lubiła obserwować
ludzi, sprawdzać, jakie tajemne powiązania sprawiają, że podejmują
takie, a nie inne decyzje. Co nimi kieruje, czego się boją, o co walczą.
Zbierała te informacje od dziecka. Wiedźma, która ją wychowała, nigdy
jej nie chroniła przed trudnymi przeżyciami. Już jako kilkulatka Alice
była świadkiem trudnych porodów, śmierci, zdrad, knowań, szantaży. Wraz
ze swoją opiekunką znosiła pogardę mieszkańców miasteczka i patrzyła,
jak te same osoby, które rzucały w nią kamieniami na targu, kilka
tygodni później zginały się w pas, błagając o pomoc.
Dzieciństwo Alice było wyjątkowo trudne. Wiedźma nie ceniła higieny.
Piękny dom szybko stał się zaniedbany, a pogarda ludzi mocno dawała się
dziewczynce we znaki. Sytuacja finansowa też nie była łatwa. Czasem,
zwłaszcza na początku, głodowały. Kupno domu pochłonęło całą gotówkę, a wiedźma pracowała tylko tyle, by zapewnić im najskromniejszy byt.
Leczyła biedotę. Odbierała porody za kilka jajek czy torbę jabłek. I nienawidziła ludzi, a oni odpłacali jej tym samym uczuciem.
Po jej śmierci Alice zmieniła zasady. Wysprzątała dom i sprawiła, że
znów stał się pięknym, przytulnym, choć schowanym przed ludzkim
spojrzeniem zakątkiem. Uczyła się. Czytała stare księgi i zamawiała
nowe.
Szybko stała się lepszym fachowcem niż opiekunka i wieść o tym rozeszła
się po okolicy. Zaczęła pomagać ludziom ze wszystkich sfer, także tym
bardzo zamożnym, którzy za zatuszowanie skandalu lub wyleczenie dziecka
byli gotowi zapłacić naprawdę wysoką cenę. Nikomu o tym nie mówiła, bo
to by zaszkodziło jej mrocznej reputacji, ale chętnie pomagała bogatym
także dlatego, że dzięki temu mogła leczyć ubogich za darmo i żyć
spokojnie, na własnych warunkach.
Byłaby całkiem szczęśliwa, bo samotne życie wcale jej nie przeszkadzało,
gdyby nie pragnienie, które dręczyło ją każdego dnia. Czasem mocno,
innym razem lżej. Ale nie dawało o sobie zapomnieć.
Chciała wiedzieć, kim jest. Pewnej nocy, tuż przed śmiercią, jej
opiekunka osłabiona bólem i długo trwającą chorobą przerwała swój opór i odpowiedziała na wciąż zadawane przez dziewczynkę pytanie. O matkę. Nie usłyszała wiele, ale była
wdzięczna za każdy trop. Ponoć rozwiązanie zagadki znajdowało się na
zamku Cantendorf.
Od tej pory czujnie spoglądała na zamek, interesowała się losami
mieszkającej tam rodziny. Szukała sprzymierzeńców. Jednak wszystko na
próżno. Nikt niczego nie wiedział, nie umiał jej pomóc.
Wierzyła jednak, że rozwiązanie istnieje.
Kate musi je znaleźć! Z tym postanowieniem Alice wróciła do domu.
Rozdział 3
Hrabia Aleksander Cantendorf obudził się na kanapie w gabinecie.
Poprzedniego wieczoru nawet nie dotarł do swojego łóżka. Długo siedział
przy biurku, przeglądał dokumenty i popijał gorzką nalewkę z żurawiny.
Od momentu, kiedy rodzina Miltonów opuściła mury zamku, nie wyszedł z pokoju. Chciał być sam ze swoimi myślami. Odmówił zjedzenia kolacji, a potem odesłał kamerdynera, który chciał mu pomóc się przebrać.
Nie miał ochoty na żadne spotkania ani rozmowy. Teraz, kiedy już
wprowadził w czyn swoją spontaniczną myśl i zdobył Kate, nadając ich
związkowi oficjalny status, próbował uspokoić umysł i zastanowić się,
czy słusznie postąpił. W końcu był jedynym dziedzicem wielkiego rodu,
ciążyła na nim duża odpowiedzialność. Wpajano mu to od wczesnego
dzieciństwa. Nie umiał się pozbyć tej myśli na dłużej.
Z wysokich portretów wiszących na ścianach spoglądali na niego rodzice.
Wydawało mu się, że ojciec surowo, a mama jak zwykle smutno.
Podniósł szklankę z napojem wysoko w ich stronę.
- Dobrze zrobiłem? Wzniesiecie ze mną toast? - zapytał.
Szumiało mu w głowie. Od nadmiaru emocji i wypitego alkoholu. Czuł się
bardzo dziwnie. Był szczęśliwy i przekonany, że wreszcie dokonał
słusznego wyboru, a jednocześnie miał wrażenie, że wkracza na jakąś
niebezpieczną ścieżkę, z której nie ma już odwrotu.
Przeczucia to nie była jego mocna strona. Czasem właśnie w tym upatrywał
przyczynę swoich nieszczęśliwych związków. Żadne ukłucie w sercu nigdy
go nie ostrzegło, żeby się zatrzymał. Ten brak być może sprawiał
również, że choć znajdował się w samym centrum zdarzeń, nie zdołał sobie
nigdy odpowiedzieć na pytanie, czy jego żony zmarły w sposób naturalny,
czy też rzeczywiście - jak głosi miejscowa plotka - ktoś pomógł im
opuścić ten świat. Ta ostatnia teoria wydawała mu się jednak
nieprawdopodobna.
Zamek był dobrze strzeżonym miejscem. Służba zaufana, dobierana
starannie. Od wielu lat pracowała bez zarzutu. Na zamku odbywały się wielkie bale i wykwintne kolacje. Przyjmowano gości, organizowano spotkania. Nigdy nie doszło do żadnych uchybień, nie zdarzały się
wpadki, opóźnienia ani kradzieże. Nad wszystkim czuwała gospodyni.
Aleksander miał do niej pełne zaufanie. Wiedział, że poświęciła życie,
odłożyła na bok wszystkie prywatne plany, by być tutaj w dzień i w nocy.
Pilnować, chronić.
Gdyby tajemnica miała swoje rozwiązanie, pani Hammond z pewnością by je
znała.
Był przekonany, że kolejne nieszczęścia, które spadały na jego rodzinę,
miały swoją naturalną przyczynę, ale i tak czuł się winny. Z całą
pewnością jego nieuporządkowane życie uczuciowe było przyczyną braku
spokoju i szczęścia w tym miejscu.
Obecność kochanki jawnie nieakceptowanej przez towarzystwo, a skrycie
przez służbę. Szybko podejmowane decyzje o ślubie. Jak się potem
okazało, wszystkie błędne, choć starał się dobrze wybrać.
Teraz to się zmieni. - Aleksander wzniósł w stronę portretów kolejną
pełną szklankę. Ojciec patrzył na niego z ciepłą akceptacją. Pewnie
wychyliłby z synem toast. Może miałby jakieś obiekcje co do pochodzenia
narzeczonej, ale z pewnością kierowałby się przede wszystkim dobrem
syna. A mama? Ta wiecznie smutna kobieta, tęskniąca za czymś, o czym
nigdy nie mówiła. Pewnie nie byłaby szczęśliwa. Ale czy to w ogóle było
możliwe w jej przypadku? Aleksander nie wiedział. Stracił rodziców tak
wcześnie. Nie zdążył ich poznać. Opierał się tylko na wspomnieniach
innych, na opowieściach.
Śmierć ojca napełniała go mniejszym bólem. Hrabia zmarł z powodu
ciężkiego zapalenia płuc. Walczył o życie, jednak choroba go pokonała.
Ale mama? Nie wskazano żadnej konkretnej przyczyny jej śmierci. Ludzie
mówili, że odeszła za mężem z tęsknoty, ze smutku. Zabrakło w niej woli
życia. Jakby jej kilkuletni synek nie był wystarczającym powodem, by
żyć!
To bardzo bolało. Łamało serce.
Aleksander wychylił zawartość szklanki do ostatniej kropli. Od dawna był
już dorosłym człowiekiem. Samodzielnym. Świetnie zarządzał majątkiem
rodowym, szanowali go służba, a także mieszkańcy hrabstwa. Wiele
osiągnął i gdyby nie kłopoty małżeńskie, cieszyłby się wyjątkowym
poważaniem. Czasem jednak dopadał go tamten ból. Osieroconego chłopca.
Położył się na kanapie i zacisnął dłonie na czole. Czuł, jak tętnią mu
skronie. Zasnął ze smutnymi wspomnieniami.
Jednak rano obudził się w lepszym nastroju. Postanowił zamknąć stary
rozdział. Był przekonany, że w końcu znalazł w swoim życiu to, czego tak
długo szukał.
Rozdział 4
Pani Hammond starannie myła ręce. Powoli płukała je w zimnej wodzie,
naprzemiennie zanurzając i wyciągając, jakby była automatem. Kucharki
zajmowały się swoimi obowiązkami i nawet nie spoglądały w jej stronę. To
przedłużające się milczenie gospodyni nie wróżyło niczego dobrego.
Rzeczywiście, źle by się to skończyło dla każdego, kto teraz przerwałby
jej zamyślenie. Miała bardzo poważny problem. Ścierały się w niej dwa
żywioły. Dwie największe obawy. Strach przed odkryciem tajemnicy oraz
wcale nie mniejszy lęk o szczęście dziecka, które wychowała i kochała
jak swoje.
Aleksander był ambitny, odważny, parł do przodu, dążył do pełni w każdej
dziedzinie. To nie był człowiek, który odpuszcza w połowie drogi,
poddaje się, bo jest za trudno, albo już na wstępie nie wierzy w siebie.
Gdy był chłopcem, tyle razy próbował się wspiąć na najwyższe drzewa w parku, aż mu się udało. Na nic się zdały ostrzeżenia oraz zakazy, a nawet groźne upadki. Zawsze znalazł sposób, żeby się wymknąć ciotkom i opiekunkom, po to by podjąć kolejną próbę.
Z szukaniem żony było tak samo. Przez wiele lat temat ożenku interesował
go raczej umiarkowanie. Zajmował się zarządzaniem majątkiem i przelotnymi miłostkami, ale kiedy naprawdę tego zapragnął, żadna siła
nie mogła go powstrzymać. Nie uspokoi się, dopóki jego zapalczywe
poszukiwania najbliższej osoby nie zakończą się szczęśliwie.
Pani Hammond westchnęła z rozgoryczeniem. Sama go tak wychowała. Na
wrażliwego, myślącego mężczyznę. I teraz miała za swoje.
Ręce jej zdrętwiały od zimnej wody, ale jeszcze raz je zanurzyła i oparła o dno metalowej miski. Miała ochotę cała się w ten sposób
ochłodzić, bo wydawało jej się, że inaczej nie zdoła opanować
rozszalałych myśli.
Co robić? - głowiła się. - Co robić?
W takich chwilach szczególnie mocno odczuwała, że jest w zamkowej
hierarchii na samym szczycie. Jej władza sięgała daleko, ale
jednocześnie kobieta nie miała obok siebie nikogo, kto byłby jej równy,
do kogo mogłaby mieć pełne zaufanie. Musiała radzić sobie sama i zwykle
stawała na wysokości zadania. Jeśli chciała z kimś porozmawiać, co było
trochę mylącym określeniem jej długich, despotycznych monologów, to
wybierała towarzystwo kamerdynera hrabiego, który był jednocześnie jej
powiernikiem i kochankiem. Ale choć znał wiele jej sekretów, do tych
najważniejszych nigdy nie był dopuszczany. Najgorsze jednak, że ten
mężczyzna nadawał się wyłącznie do wykonywania poleceń. Sam nie był w stanie opracować strategii ani podjąć decyzji. Nie potrafił jej niczego
doradzić, a ona pilnie potrzebowała podpowiedzi.
- Co robić? - wyszeptała po raz kolejny, wycierając dłonie, a potem
rozejrzała się wokół, by sprawdzić, czy ktoś nie słyszał, jak mówi do
siebie. Nawet jeśli tak było, nikt nie dał po sobie poznać. Kucharki
pochylały się nad stołem. Pracowicie kroiły, szatkowały i ucierały. Pani
Hammond zarządziła na dzisiaj obfitą kolację. Czuła, że przybędą goście.
Taka wieść jak zaręczyny roznosi się lotem błyskawicy.
Trzy ciotki Aleksandra, jego jedyne żyjące krewne, miały wśród zamkowej
służby swoich szpiegów, których gospodyni znała, akceptowała i którym
pozwalała działać, starannie czytając wszystkie pisane przez nich listy.
Niezaaprobowana przez nią informacja nigdy nie opuściła tych murów.
Wiadomości o najnowszych wydarzeniach nie było sensu blokować. I tak
doszłyby do uszu krewnych powtarzane przez dziesiątki ust.
Starsze panie zapewne natychmiast wsiądą do powozu i przybędą na zamek
zatroskane o losy bratanka. Nie miały w tej sprawie tak naprawdę nic do
powiedzenia, ale nigdy nie przestały podejmować prób wtłoczenia życia
jedynego dziedzica rodu w jakieś spokojne, bardziej przewidywalne ramy.
Aleksander starał się okazywać krewnym względy należne ich wiekowi i pozycji, ale nie liczył się zbytnio z ich zdaniem. Taki układ trwał już
od lat i pani Hammond nie sądziła, by coś mogło go w najbliższym czasie
zmienić. Mimo tego wyniosła Adelina, jak również łasa na zamkowe frykasy
pulchniutka Anna będą próbować układać mu życie, a towarzysząca im
najmłodsza Edith, zawsze trochę wycofana, jakby wiecznie pogrążona w marzeniach, znów zacznie snuć własne, nierealne już od dawna plany o miłości i zamążpójściu.
Pani Hammond westchnęła. Żal jej było tych trzech brzydkich panien,
samotnych nie z własnego wyboru, ale z powodu układów społecznych. W ich
przypadku nie pomógł nawet wysoki posag. Żadna nie zdołała się zaręczyć.
Przynajmniej są bezpieczne - pomyślała gospodyni.
Aleksander zapewniał im byt. Należały do tych osób, które w szczególnym
napięciu czekały wiele lat temu na narodziny dziedzica rodu
Cantendorfów. Gdyby nie on, ich los byłby o wiele trudniejszy. Rodzina
straciłaby cały majątek. Samotna starość bez pieniędzy jest bardzo
trudna.
Ciotki z pewnością przybędą tutaj najpóźniej dzisiaj wieczorem,
zmieniając konie w każdej karczmie - domyśliła się pani Hammond. Wokół
spraw jedynego bratanka toczyło się całe ich życie. Jak wszyscy związani
z rodziną martwiły się o niego i z niepokojem przyjmowały kolejne
wieści. Ta najnowsza z pewnością nimi wstrząśnie.
Adelina będzie się denerwować, a jej cera stanie się jeszcze bledsza niż
zwykle. Anna zacznie szukać rozwiązań, namawiać siostry do działań i podejmować próby przemówienia bratankowi do rozsądku, choć wszystkie te
starania są z góry skazane na niepowodzenie. Pulchna Edith kolejny raz
opowie o planach założenia własnej rodziny, które zapewne nigdy się nie
spełnią.
Pani Hammond westchnęła.
Lubiła panienki, jak je wszyscy nazywali, choć brzmiało to smutno w stosunku do trzech dojrzałych kobiet. Dwie starsze nie miały większego
problemu ze swoim stanem cywilnym, ale najmłodsza, Edith, nie
przyjmowała do wiadomości ani swojego wieku, ani niedostatków urody,
które od początku obniżały jej szanse na giełdzie matrymonialnej mimo
posagu.
Który ja jej uratowałam - westchnęła znowu gospodyni. - Zabezpieczyłam
starość i utrzymanie.
Powtarzała sobie te słowa wielokrotnie, dzięki czemu ciężar tajemnicy
stawał się trochę łatwiejszy do niesienia.
O tym jednak nikt nie wiedział. Nie było więc co liczyć na żadną
wdzięczność ze strony rodziny, dla której gospodyni tak wiele zrobiła.
Pozostawało tylko nadal chronić jej członków. Pani Hammond była gotowa
na wszystko, by ukryć zarówno swój udział w całej sprawie, jak i w ogóle
fakt, że cokolwiek niezwykłego się wtedy wydarzyło.
To pragnienie krążyło w jej żyłach wraz z krwią. Stało się integralną
częścią organizmu. Nigdy się nie zapominała, wciąż zacierała ślady i chroniła sekret. Ale stawało się to coraz trudniejsze. Wymagało
kolejnych poświęceń.
Co robić? - zastanawiała się, opuszczając szeroką zamkową kuchnię. Jej
środek zajmował wielki stół, po bokach od rozgrzanych blach murowanego
paleniska bił żar, na ścianach wisiały rondle, a pomiędzy tym wszystkim
miotała się zaaferowana kucharka, popędzając swoje pomocnice. Mimo iż w zamku mieszkało więcej służby niż państwa, a ostatnio z powodu
permanentnej żałoby po kolejno odchodzących paniach Cantendorf nie
urządzano wielkich przyjęć, w tym pomieszczeniu wiecznie panował
pośpiech. Jakby był nieodłączną częścią kulinarnej procedury, dzięki
której potrawy, które opuszczały to miejsce, zachwycały smakiem,
kompozycją oraz aromatem.
Szerokie schody poprowadziły gospodynię na wyższy poziom. Zamek był
ogromny, a ona była jedyną osobą, która tak dobrze go znała. Nawet
hrabia Aleksander nie zapuszczał się zbyt często do bocznych skrzydeł.
Znajdowały się tutaj pokoje gościnne, składy, magazyny oraz wiele
pomieszczeń o nieoczywistym przeznaczeniu czekających, aż to miejsce
znów zacznie tętnić życiem i trzeba będzie wietrzyć nieużywane pokoje,
zamawiać nowe meble, pościele i obrazy, by przyjąć licznych gości.
Na razie jednak wszędzie panowała cisza.
Ten piękny zamek umierał.
Niestety, pomóc tutaj mogła tylko kobieta - pani na zamku. Gospodyni nie
miała takiej mocy. Wydawałoby się, że wobec wydarzeń wczorajszego dnia
rozwiązanie jest na wyciągnięcie dłoni, ale to nie takie proste.
Gospodyni nie spała przez całą noc. Używała najgorszych słów, jakie
tylko znała, myśląc o rudowłosej uzurpatorce - Kate Milton - która z całą bezczelnością weszła w świat, do którego nie należała. Hrabia ją
kochał na swój dziwny, spontaniczny, mocno emocjonalny sposób. Będzie
się upierał przy swoim. Nie było co do tego wątpliwości.
Pani Hammond w ciągu ostatnich godzin przemyślała i dopieściła wiele
sposobów na szybkie pozbycie się Kate, jeśli ta zdołałaby dotrwać do
ślubu i była na tyle śmiała, by marzyć o statusie lady Cantendorf. Ale
teraz, idąc pustymi zamkowymi korytarzami, poczuła, że życie wymaga od
niej innych działań. Z licznych portretów spoglądali na nią przodkowie
rodziny.
Cantendorfowie szczycili się tym, że potrafią udokumentować drzewo
genealogiczne od Karola Wielkiego. Z pewnością był w tym element
legendy, a także trochę naciągniętych faktów, niemniej ród był stary i zasłużony. Nie powinien się skończyć tak marnie. Trzy stare panny i jeden dziedzic, który nie potrafi przekazać nazwiska dalej.
Ale nie to okazało się decydującym argumentem, który sprawił, że
postanowiła zmienić nastawienie do Kate. Pani Hammond kochała
Aleksandra. Do tego stopnia, że odczuwała jego nastroje z taką samą siłą
jak biologiczna matka. Nawet jeśli nie znała szczegółów, wiedziała, że
on czymś się martwi, choć nikomu o tym nie mówi. Domyślała się też bez
trudu, kiedy w jakiejś sprawie dobrze mu poszło, nawet jeśli ukrywał
objawy zadowolenia.
Teraz też wiedziała, co Aleksander czuje. Zakochał się. Być może po raz
pierwszy w życiu prawdziwie. To dlatego od początku gospodyni czuła tak
głęboką niechęć do Kate. Miała świadomość, że to kobieta, która może
osłabić jej pozycję jak każda ukochana żona, która odsuwa w cień matkę.
To naturalny porządek rzeczy, ale bardzo trudno się z nim pogodzić.
Pani Hammond nie była jednak z tych, co się nad sobą użalają.
Każde zdarzenie można tak odwrócić, żeby służyło naszym celom. Taką
miała dewizę i dobrze na tym wychodziła.
Dlatego teraz jej rozmyślania nabrały wreszcie upragnionych cech zimnego
spokoju. Obmyślała sposób, by zachować tajemnicę i uchronić Aleksandra.
Siłą Kate było jej prawdziwe uczucie do hrabiego, choć z całą pewnością
na razie opierało się głównie na zauroczeniu. Pani Hammond domyślała
się, że tym, co wyróżniało Kate, był fakt, że - nawet jeśli tej
dziewczynie podobały się zamek i majątek Cantendorfów - zakochała się
przede wszystkim w człowieku.
Hrabia odwzajemnił to szczere uczucie.
Ale prawdziwa miłość będzie też najsłabszym punktem narzeczonej
hrabiego. Kiedy już cała historia nabierze rozpędu, a Kate stanie się
żoną Aleksandra, jego dobro będzie dla niej najważniejsze, jak dla
każdej zakochanej kobiety. Będzie chciała go chronić, być może za
wszelką cenę. Dokładnie tak jak pani Hammond.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki