Saga rodu Cantendorfów 2: Cena szczęścia - Krystyna Mirek

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (34,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Plotka w spo­koj­nie żyją­cej spo­łecz­no­ści jest niczym pierw­sze wio­senne cie­pło, które dotyka sku­tej mro­zem rzeki. Wydaje się wyłącz­nie deli­kat­no­ścią, a łamie wiel­kie płyty lodu, które ruszają zaraz potem z wielką siłą, zmia­ta­jąc wszystko, co znaj­dzie się na ich dro­dze. Podob­nie jedna cicha pogło­ska potrafi odmie­nić porzą­dek spo­łeczny, zane­go­wać stałe zasady. Wywró­cić wszystko do góry nogami. Można to zja­wi­sko obser­wo­wać z fascy­na­cją, prze­jąć się, zlek­ce­wa­żyć albo zająć wła­snymi spra­wami. Wybór należy do czło­wieka. Nie spo­sób uczy­nić tylko jed­nego - powstrzy­mać żywiołu.

A ten roz­pę­tał się na dobre nad małym mia­stecz­kiem poło­żo­nym u stóp zamku Can­ten­dorf. Jedno zda­nie wypo­wie­dziane mimo­cho­dem przy stra­ga­nie na targu spra­wiło, że dotych­cza­sowe układy spo­jone soli­dar­no­ścią klas spo­łecz­nych, uświę­cone tra­dy­cją i sce­men­to­wane pie­niędzmi nagle zaczęły się kru­szyć.

- Hra­bia Alek­san­der Can­ten­dorf zarę­czył się z nic nie­zna­czącą, pod każ­dym wzglę­dem zwy­czajną, abso­lut­nie nie­od­po­wied­nią dziew­czyną. Pozba­wioną posagu, bez tytu­łów, liczą­cego się nazwi­ska, konek­sji, manier, umie­jęt­no­ści, klasy... - Lady Met­calf na chwilę zabra­kło tchu, by kon­ty­nu­ować listę bra­ków tej naj­gor­szej kan­dy­datki do tytułu pani na zamku. Wia­do­mość o zarę­czy­nach zasko­czyła ją tak bar­dzo, że po raz pierw­szy w życiu nie mogła opa­no­wać emo­cji. Wzbu­rze­nie poko­nało nawet jej wro­dzoną nie­chęć do dzie­le­nia się plot­kami w miej­scu tak pospo­li­tym jak sklep z kape­lu­szami.

Wszystko zaczęło się zupeł­nie nie­win­nie. Lady Met­calf szła spo­koj­nie przez targ. Dzień był wyjąt­kowo piękny, a ona miała ochotę pooglą­dać wysta­wione na sprze­daż towary. Nie spo­dzie­wała się, że prze­żyje taki szok. Już sama infor­ma­cja o zapro­sze­niu nie­szcze­gól­nie cenio­nego w śro­do­wi­sku mał­żeń­stwa Mil­to­nów wraz z ich skrom­nymi, pozba­wio­nymi klasy cór­kami na obiad do zamku wzbu­rzyła śro­do­wi­sko. Ale wieść o nagłych zarę­czy­nach hra­biego z rudo­włosą Kate była czymś bez pre­ce­densu. Wyda­rze­niem do tego stop­nia nie­praw­do­po­dob­nym, że lady Mar­ga­ret Met­calf wypu­ściła z rąk jedwabny szal, po czym ode­szła na bok, by z dala od ludz­kich oczu uspo­koić emo­cje.

- To nie­moż­liwe - powta­rzała w kółko. - Nie do uwie­rze­nia. Mógł prze­cież wybie­rać spo­śród naj­lep­szych.

Miała rację. Hra­bia Alek­san­der Can­ten­dorf - naj­bo­gat­szy, nie­zwy­kle przy­stojny, choć tajem­ni­czy czło­wiek - sta­no­wił od lat naj­lep­szą par­tię w oko­licy. Korzy­stał z tych przy­mio­tów bez ogra­ni­czeń. Oświad­czył się już cztery razy i tyle samo razy prze­no­sił piękne, posażne, dobrze uro­dzone żony przez próg wie­ko­wego zamku.

Kolejka kan­dy­da­tek do jego serca ni­gdy się nie koń­czyła, cho­ciaż z upły­wem lat hra­bia cie­szył się coraz gor­szą sławą. Jego żony umie­rały w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach. Mimo wysiłku władz i miej­sco­wych cie­kaw­skich plot­ka­rzy szcze­góły tych tra­gicz­nych zda­rzeń ni­gdy nie zostały wyja­śnione. Ofi­cjalne przy­czyny zgo­nów, czyli suchoty oraz kom­pli­ka­cje poro­dowe, choć czę­sto spo­ty­kane wśród mło­dych męża­tek, nikogo do końca nie prze­ko­ny­wały. Za dużo tego w jed­nej rodzi­nie. Za szybko.

Po każ­dym pogrze­bie uczu­cia oko­licz­nych miesz­kań­ców wobec wła­ści­ciela zamku ule­gały ochło­dze­niu. Hra­bia odczu­wał pustkę wokół sie­bie, a panny na wyda­niu wysy­łano w podróż, by je chro­nić przed ewen­tu­al­nymi oświad­czy­nami. Czas jed­nak pły­nął i poczu­cie nie­bez­pie­czeń­stwa szybko zaczy­nało bled­nąć. Zamożne rodziny prze­ko­ny­wały się nawza­jem z coraz więk­szym zaan­ga­żo­wa­niem, że hra­bia to nie­szczę­śliwy, nie­winny męż­czy­zna, któ­rego życie mocno doświad­cza. Kom­pli­ka­cje poro­dowe zda­rzają się w każ­dej sfe­rze, deli­katne panny łatwo się prze­zię­biają.

Ale ta kon­kretna dziew­czyna, ich córka... Ona z pew­no­ścią da sobie radę...

Wyścig zaczy­nał się od nowa.

Wiel­kie pie­nią­dze mają ogromną moc i nie­wielu potrafi się oprzeć poku­sie.

Hra­bia Alek­san­der sły­nął z tego, że szybko podej­mo­wał decy­zje w spra­wach oso­bi­stych. Łatwo się zako­chi­wał i ni­gdy nie można było prze­wi­dzieć, w jakich oko­licz­no­ściach to się sta­nie. Zapo­bie­gliwe matki panien na wyda­niu po pierw­szym szoku spo­wo­do­wa­nym śmier­cią czwar­tej żony Alek­san­dra szybko zwarły szyki i zaczęły ukła­dać tak­tyczne plany, sza­cu­jąc szanse swo­ich córek na powo­dze­nie. Pierw­szych ostroż­nych posu­nięć doko­nano na wio­sen­nym balu, który dopiero co się odbył. Jesz­cze nie zdą­żono go dobrze omó­wić, wycią­gnąć wnio­sków ani opra­co­wać dal­szych kro­ków, gdy znie­nacka gruch­nęła wstrzą­sa­jąca wieść.

Hra­bia się zarę­czył.

- To nie­moż­liwe... - Lady Met­calf powta­rzała te słowa jak zaklę­cie. Ona też pod­jęła pewne sta­ra­nia. Zamó­wiła wyjąt­kowo piękną sukienkę dla swo­jej córki na wio­senny bal, snu­jąc nie­śmiałe plany i dopiesz­cza­jąc w głębi serca marze­nia o wiel­kiej miło­ści, jakiej ona sama ni­gdy nie zaznała. Z tego snu została wyrwana wyjąt­kowo bru­tal­nie.

- Hra­bia zarę­czył się z Kate Mil­ton! - Te słowa usły­szane przy­pad­kiem na targu pozba­wiły lady Mar­ga­ret tchu. Nie spo­sób było posta­wić krok, by nie usły­szeć kolej­nych szcze­gó­łów. Nie mówiono dzi­siaj o niczym innym, a sen­sa­cyjna wieść powo­do­wała, że kupcy mylili się w rachun­kach, zaś kobiety zapo­mi­nały, po co przy­szły do sklepu.

Lady Met­calf ode­szła na bok, rozej­rzała się wokół, a potem oparła dłoń o pień drzewa. Czuła, że bra­kuje jej tchu. Przez całe życie dbała o zacho­wy­wa­nie pozo­rów, wier­ność kon­we­nan­som. Dni pły­nęły jej w prze­wi­dy­walny, bez­pieczny, ale pozba­wiony więk­szych emo­cji spo­sób. Zawsze prze­strze­gała norm, nie zawal­czyła o naj­mniej­sze nawet pra­gnie­nie, które mogłoby kogoś zbul­wer­so­wać, na jej temat ni­gdy nie poja­wiła się żadna plotka.

I jaką dostała za to nagrodę?!

Wia­do­mość, że to rudo­włose ladaco, córka nie­do­szłego ban­kruta, zwy­kłego dzier­żawcy bez majątku i wła­snego domu, ta dziew­czyna, która wsia­dła z męż­czy­zną do powozu bez przy­zwo­itki, dostała to, o czym inne bez­sku­tecz­nie marzyły przez całe życie - miłość wyjąt­ko­wego czło­wieka - ode­brała jej wiarę w sens wszel­kich zasad tego świata. Kate Mil­ton zdo­była nie tylko hra­biego Alek­san­dra Can­ten­dorfa jako przy­szłego męża, lecz także zapewne praw­dziwe uczu­cie. Miłość. Cóż innego mogło bowiem skło­nić tego wpły­wo­wego czło­wieka do ofi­cjal­nych zarę­czyn?

- Nie­moż­liwe - wyszep­tała Mar­ga­ret po raz kolejny i otarła malut­kie kro­pelki potu z czoła. Ta wia­do­mość wstrzą­snęła nią nie tylko ze względu na plany wobec córki. Naru­szyła coś o wiele poważ­niej­szego - fun­da­menty jej świata, który opie­rał się na posłu­szeń­stwie zasa­dom i rezy­gna­cji z wła­snych marzeń dla dobra rodziny oraz nazwi­ska.

Mar­ga­ret ni­gdy nie zdo­była się na pro­test, nie­kon­wen­cjo­nalne dzia­ła­nie czy cho­ciaż gło­śne wyra­że­nie wła­snego zda­nia. Myślała, że życie wyna­gro­dzi jej to umiar­ko­wa­nie. Tym­cza­sem ono poszło z wor­kiem peł­nym darów do nie­po­kor­nej dziew­czyny, balan­su­ją­cej na gra­nicy przy­zwo­ito­ści, dziew­czyny, która ryzy­ko­wała utratę dobrego imie­nia, wciąż poja­wiała się w miej­scach, gdzie nie powinno jej być, i wypo­wia­dała się w spo­sób, jaki nie przy­stoi oso­bie w jej wieku.

Kate nie liczyła się z zasa­dami. Była odważna i się­gnęła po to, czego pra­gnęła.

Lady Mar­ga­ret się zachwiała. Łap­czy­wie nabie­rała powie­trza i sta­rała się oddy­chać tak głę­boko, jak tylko pozwa­lał cia­sno zasznu­ro­wany gor­set. Gdy tro­chę doszła do sie­bie, zauwa­żyła, że przy­pad­kowi prze­chod­nie już się jej przy­glą­dają z daleka. Nie chciała, by ktoś się zanie­po­koił jej sta­nem i zapro­po­no­wał pomoc. Wło­żyła więc sporo wysiłku w to, by opa­no­wać emo­cje.

Na drżą­cych nogach weszła do chłod­nego wnę­trza sklepu z kape­lu­szami, po czym odwró­ciła się tyłem do sprze­dawcy i pozo­sta­łych klien­tów, by unik­nąć uprzej­mej poga­wędki, jaką musia­łaby toczyć. Uda­wała, że pil­nie ogląda jeden z naj­now­szych modeli nakry­cia głowy, a tak naprawdę nie widziała ani gład­kiego atłasu, ani wyjąt­kowo dobrze skom­po­no­wa­nej deko­ra­cji z kwia­tów. Przed oczami miała tylko swoje życie i setki zmar­no­wa­nych oka­zji, by zro­bić to, czego naprawdę pra­gnęła.

- Czy mogę w czymś pomóc? - Wła­ści­ciel sklepu zgiął się pra­wie do ziemi. Pod­szedł oso­bi­ście, by obsłu­żyć zamożną klientkę.

- Dzię­kuję. Dzi­siaj niczego dla sie­bie nie zna­la­złam - odpo­wie­działa szybko, po czym wyszła. Nie chciała już sły­szeć kolej­nych komen­ta­rzy na ten sam temat. Bo i tutaj dys­ku­to­wano o zarę­czy­nach hra­biego. Nie­do­wie­rza­nie mie­szało się z pierw­szymi ostroż­nymi spe­ku­la­cjami doty­czą­cymi przy­szło­ści. Nie miała ochoty słu­chać dywa­ga­cji, co teraz będzie. Jak bar­dzo to wyda­rze­nie zmieni układy towa­rzy­skie. Pra­gnęła tylko zamknąć się we wła­snym pokoju i ochło­nąć. Ruszyła w stronę powozu o wiele szyb­ciej, niż przy­stało praw­dzi­wej damie.

***

W tym cza­sie Kate Mil­ton, któ­rej od momentu zarę­czyn nie wypusz­czano z domu, koń­czyła czwartą już godzinę ćwi­czeń gry na for­te­pia­nie. Madame Ele­anor, jej surowa opie­kunka, była jedyną osobą w całym hrab­stwie, która przy­jęła wieść o oświad­czy­nach hra­biego z chłod­nym spo­ko­jem.

- Dobrze, że nie zgo­dzi­łaś się na szybki ślub - powie­działa łaska­wie, wysłu­chaw­szy całej rela­cji. - Ale kar­na­wał to też nie­zbyt odle­gły ter­min. Naj­le­piej brać się do pracy od razu - zarzą­dziła i tego samego wie­czoru naka­zała hafto­wa­nie dla uspo­ko­je­nia emo­cji, a rano, bla­dym świ­tem, dosko­na­le­nie gry na instru­men­cie.

Nikt nie zapro­te­sto­wał. W tym wyjąt­ko­wym momen­cie rodzina Mil­to­nów była wdzięczna losowi za obec­ność madame Ele­anor. Nie mieli poję­cia, co robić. Wiele osób pra­gnie nagłej, rady­kal­nej odmiany losu, ale kiedy ich marze­nia zaczy­nają się speł­niać, ogar­nia je strach, bo widzą, że brak im przy­go­to­wa­nia do nowej roli.

Ostat­niej nocy nikt w domu Mil­to­nów nie spał. We wszyst­kich sypial­niach pano­wała jed­nak cisza. Nie było rado­snych roz­mów ani peł­nych emo­cji spe­ku­la­cji. Te krą­żyły po mia­steczku, roz­pa­la­jąc wyobraź­nię miesz­kań­ców, ale sami zain­te­re­so­wani nie mogli zna­leźć odpo­wied­nich słów na sko­men­to­wa­nie nowej sytu­acji.

Kate przez całą noc wpa­try­wała się w sufit swo­jej sypialni. Księ­życ w pełni oświe­tlał jej pokój. Jego świa­tło wpa­dało przez otwarte na oścież okno. Cie­pła wio­senna noc pobu­dzała siły życiowe, spra­wiała, że krew burzyła się w żyłach, a całe ciało rwało się do męż­czy­zny, któ­rego dotyk odczu­wało wszyst­kimi zmy­słami.

Wciąż pamię­tała zapach wody per­fu­mo­wa­nej, którą kamer­dy­ner skra­piał ubra­nia hra­biego, i dotyk ręki Alek­san­dra. Podob­nie jak smak jego ust, to nie­po­wta­rzalne dozna­nie pierw­szego razu.

Potra­fiła odtwo­rzyć każde słowo, które mię­dzy nimi padło, wraz z into­na­cją i wszyst­kimi pau­zami. Szepty oraz woła­nia. Dotyk. Jego deli­kat­ność, jego natar­czy­wość. Każdy cal skóry, który miał stycz­ność z jego dłońmi i ustami, zda­wał się róż­nić od tych jesz­cze wol­nych od tego przej­mu­ją­cego dozna­nia. Jej ciało stało się mapą dzie­lącą się na dwa nie­rów­no­mierne obszary, ze wszyst­kich sił doma­ga­jące się ujed­no­li­ce­nia.

Na to jed­nak trzeba było cze­kać przez wiele mie­sięcy. Do ślubu.

Zapro­po­no­wała odle­gły ter­min wbrew wła­snym pra­gnie­niom, za to zgod­nie z radami dwóch nie­zwy­kłych opie­ku­nek, które bez­piecz­nie dopro­wa­dziły ją do tego zupeł­nie nie­praw­do­po­dob­nego punku - zarę­czyn z hra­bią Can­ten­dor­fem.

Dwie kobiety różne pod każ­dym wzglę­dem sta­no­wiły duet, o któ­rym nikt nie wie­dział. Ele­gancka, zawsze opa­no­wana madame Ele­anor, bona wycho­wu­jąca dziew­czynki z naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nych rodzin, oraz osoba poza wszel­kimi towa­rzy­skimi krę­gami, czyli zie­larka zwana czę­sto mniej życz­li­wie wiedźmą. Stwo­rzyły kobiecą frak­cję o dużej mocy oraz impo­nu­ją­cej sku­tecz­no­ści.

Ich usługi miały jed­nak swoją cenę.

Kate nagle poczuła chłód noc­nego powie­trza. Wysko­czyła z łóżka, po czym zatrza­snęła okien­nice.

W jed­nym momen­cie ochło­nęła. Ze świata roz­ma­rzo­nej, zako­cha­nej dziew­czyny wró­ciła do zim­nej rze­czy­wi­sto­ści. Wciąż znaj­do­wała się we dwo­rze dzier­ża­wio­nym od hra­biego. W świe­cie dłu­gów, które wpraw­dzie zostały anu­lo­wane, ale wciąż wszystko zale­żało od jed­nego słowa Alek­san­dra Can­ten­dorfa. Mogło się to w każ­dej chwili zmie­nić.

Zadrżała. Przez cały czas pamię­tała o obiet­nicy, którą zło­żyła w ciemno, nie mając poję­cia, jaką cenę przyj­dzie jej zapła­cić za nie­spo­dzie­wa­nie poda­ro­waną miłość.

Ale czy takie szczę­ście może mieć zbyt wysoką cenę?

Kate wró­ciła pod koł­drę. Otu­liła policzki dłońmi, na któ­rych wciąż czuła ślady poca­łun­ków. W tej chwili nie wie­rzyła w złe zakoń­cze­nia.

***

Caro­line Mil­ton, matka Kate, rów­nież wpa­try­wała się w sufit nad swoim łóż­kiem. Nie było chyba w oko­licy dru­giego domu, w któ­rym stropy zosta­łyby tej nocy tak dokład­nie obej­rzane. Ale Caro­line nie mogła się teraz sku­pić na niczym bar­dziej wyma­ga­ją­cym niż biała powierzch­nia z nie­licz­nymi pęk­nię­ciami. Musiała się uspo­koić. Miała wra­że­nie, że cały świat wiruje, nic już nie jest na swoim miej­scu.

Prze­su­nięć poja­wiło się za wiele.

Przy­czyną naj­więk­szego zamie­sza­nia stała się oczy­wi­ście Kate. Nie­po­słuszna córka. Ta, która nie słu­chała dobrych rad, nie pano­wała nad swoim języ­kiem, zbyt czę­sto mówiła, co naprawdę myśli. Taka tak­tyka zwy­kle źle się koń­czyła. Zwłasz­cza dla mło­dych panie­nek. Życie dostar­czało na to dosta­tecz­nie dużo dowo­dów. To wła­śnie dla­tego doro­śli kar­mili dora­sta­jące dzieci ostrze­że­niami, zaka­zami i poucze­niami - by je uchro­nić przed klę­ską. Jed­nak w tym przy­padku wszystko wymy­kało się zna­nym zasa­dom. Kate została wyna­gro­dzona za swoje nie­kon­wen­cjo­nalne dzia­ła­nia.

Było już wyraź­nie widać, że młod­sza córka nie tylko naj­pierw ura­to­wała rodzinę przed ban­kruc­twem, lecz także otwo­rzyła przed bli­skimi nie­wia­ry­godne per­spek­tywy.

Zarę­czyny z hra­bią Alek­san­drem Can­ten­dor­fem!

Brzmiało to cał­ko­wi­cie nie­moż­li­wie, a jed­nak oka­zało się prawdą.

Caro­line widziała na wła­sne oczy, jak hra­bia zapro­sił jej męża - nie­udacz­nika na skraju ban­kruc­twa - do swo­jego gabi­netu, oka­zu­jąc mu daleko idącą uprzej­mość. A następ­nie popro­sił go o rękę córki, jakby Richard miał w tej spra­wie cokol­wiek do powie­dze­nia.

Zasko­czeni byli wszy­scy. Służba zam­kowa na czele z groźną gospo­dy­nią, sama Kate, ale naj­bar­dziej chyba lady Isa­belle, kochanka hra­biego wciąż miesz­ka­jąca pod jego dachem.

Nie­dawno owdo­wiała i z pew­no­ścią liczyła na to, że jej zwią­zek z Alek­san­drem doczeka się wresz­cie for­mal­nego usank­cjo­no­wa­nia. Przez tyle lat miesz­kała na zamku, zno­siła upo­ko­rze­nia i wal­czyła o swoją pozy­cję. A teraz, gdy nie było już praw­nych prze­szkód, by odmie­nić jej poło­że­nie, dostała taki cios.

Zemdlała i długo nie można jej było docu­cić. Potem leżała na kana­pie i pustym wzro­kiem patrzyła w prze­strzeń.

Caro­line nie wie­działa, jak jej pomóc. Sytu­acja oka­zała się wyjąt­kowo nie­zręczna. Przez chwilę nawet żal jej było nie­szczę­snej, mocno pobla­dłej kobiety, o któ­rej kło­po­tach finan­so­wych wszy­scy już wie­dzieli. Pani Mil­ton, upo­jona wła­snym nagłym szczę­ściem i odmianą losu rodziny, chciała dobra dla wszyst­kich. Szybko jed­nak wska­zano jej wła­ściwe miej­sce w sze­regu.

Kiedy tylko Isa­belle otrzą­snęła się z pierw­szego szoku i uświa­do­miła sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę, wstała z łóżka, po czym prze­cha­dzała się po zamku, spo­glą­da­jąc na zebra­nych z wyż­szo­ścią osoby przy­zwy­cza­jo­nej myśleć o sobie, że jest kimś lep­szym niż ota­cza­jący ją ludzie.

Choć jej ciemne włosy tro­chę się roz­sy­pały, a policzki wciąż pokry­wała nie­zdrowa bla­dość, wyglą­dała bar­dzo ele­gancko. Jed­nak z pięk­nych oczu wyzie­rała tylko czy­sta nie­na­wiść.

Pod­czas kola­cji na zamku Isa­belle z nikim się nie przy­wi­tała, sta­ran­nie omi­nęła Kate, jakby ta cier­piała na wyjąt­kowo zakaźną cho­robę, po czym skie­ro­wała się ku drzwiom.

Nie wypo­wie­działa ani jed­nego słowa.

Cała jej postawa wyra­żała jed­nak groźbę mani­fe­stu­jącą się w każ­dym geście: dum­nie unie­sio­nej gło­wie, a także wynio­słym, lek­ce­wa­żą­cym mil­cze­niu.

- Co teraz będzie? - wyszep­tała Caro­line, wspo­mi­na­jąc tę nie­przy­jemną scenę. Strach spra­wił, że zadrżała pod cienką koł­drą i - jak tysiąc razy wcze­śniej - zatę­sk­niła za kimś bli­skim, z kim mogłaby dzie­lić sypial­nię. Kiedy wycho­dziła za mąż, miała różne roman­tyczne wyobra­że­nia o tym, co ją czeka. Spo­dzie­wała się wszyst­kiego, ale nie takiej doj­mu­ją­cej samot­no­ści. Nie tylko psy­chicz­nej, wyni­ka­ją­cej z braku zro­zu­mie­nia, lecz także fizycz­nej.

Nikt jej nie doty­kał, nie przy­tu­lał, nie usiadł obok ramię w ramię, nie poszedł na spa­cer, trzy­ma­jąc ją za rękę, nie poca­ło­wał nawet w czoło. I tak od wielu lat. Kiedy dziew­czynki były małe, nie odczu­wała tego braku tak mocno. Miała dzieci, które mogła tulić, koły­sać, cało­wać. Przy­bie­gały do niej w nocy i spra­wiały, że sze­ro­kie mał­żeń­skie łóżko nie wyda­wało się aż takie puste.

Ale córki już doro­sły, a samot­ność tylko cze­kała na ten moment, by poka­zać swoją moc. Na chwilę przy­dep­tana dzie­cię­cymi sto­pami, zdu­szona rado­snym śmie­chem córe­czek musiała się wyco­fać. Nie pod­dała się jed­nak. Wró­ciła.

W ciągu tych lat, kiedy Caro­line w cało­ści poświę­cała się dzie­ciom, pro­blemy mał­żeń­skie odsu­wa­jąc naj­da­lej, jak to tylko było moż­liwe, poczu­cie osa­mot­nie­nia się wzmoc­niło i teraz spra­wiało wra­że­nie nie­po­ko­na­nego.

Kate była silną dziew­czyną. Doko­nała rze­czy wiel­kich. Uchro­niła rodzinę przed poni­ża­ją­cym ban­kruc­twem, otwo­rzyła przed nią moż­li­wo­ści, o jakich inni mogli tylko śnić. Ale jed­nego nie była w sta­nie zro­bić - spro­wa­dzić pod dach tego domu szczę­ścia.

Wszystko, co rado­sne, zaraz stąd znik­nie - pomy­ślała Caro­line, zaci­ska­jąc dło­nie na chłod­nej koł­drze. - Kate prze­pro­wa­dzi się do męża. Mie­siące narze­czeń­stwa miną prę­dzej, niż kto­kol­wiek się spo­dziewa. Ame­lia weź­mie ślub jesz­cze szyb­ciej. Ojciec Alfreda, jej narze­czo­nego, tak mocno zaciera ręce z zado­wo­le­nia, że chyba już nie­długo jego dło­nie będą wyma­gać inter­wen­cji leka­rza.

Stary wyja­dacz - pomy­ślała ze zło­ścią. - Szczwany lis! Kom­bi­no­wał, zwle­kał, krę­cił przy usta­la­niu ter­minu ślubu i, nie ma co ukry­wać, docze­kał się. Takiego pre­zentu od losu z pew­no­ścią się nie spo­dzie­wał. Znaj­dzie się bli­sko rodziny Can­ten­dor­fów, która dotąd była dla niego cał­ko­wi­cie nie­do­stępna. Po ślu­bie Kate te rela­cje się zmie­nią. Korzy­ści pły­nące z nowego sta­tusu jej córki nie miały końca.

A może nie? - pomy­ślała Caro­line i zaci­snęła dło­nie na zim­nej koł­drze.

Miała ogromną ochotę zerwać zarę­czyny Ame­lii. Nie było wąt­pli­wo­ści, że ojciec Alfreda nie cof­nąłby się przed takim kro­kiem, gdyby Mil­to­no­wie nie roz­wią­zali swo­ich kło­po­tów finan­so­wych. Nie trwał przy nich w trud­nym cza­sie, nie zasłu­żył więc, by spi­jać śmie­tankę w okre­sie pro­spe­rity.

Mil­to­no­wie mogli sobie teraz pozwo­lić na dzia­ła­nia, o jakich wcze­śniej nie odwa­ży­liby się nawet myśleć. Ale Caro­line nie uśmie­chała się tak ocho­czo do nowego życia, jak można by się spo­dzie­wać. Nio­sło ono nie tylko szansę, lecz także cię­żar. Mil­to­no­wie staną się ważną w spo­łecz­no­ści rodziną. Ich sprawy, dotych­czas ważne tylko dla nich - wła­sno­ścią publiczną. Będą bacz­nie obser­wo­wani. Byle dro­biazg sta­nie się powo­dem fali plo­tek, a Kate ich zakład­ni­kiem. Zadziorna, silna, ale prze­cież wciąż tylko młoda dziew­czyna, która nie pokona całego świata.

Caro­line wie­działa, że od tej pory ona sama też będzie musiała się zacho­wy­wać wzo­rowo. Ozna­czało to życie w wiecz­nym kłam­stwie. Uda­wa­nie, że sza­nuje wła­snego męża, o któ­rego opusz­cze­niu teraz mogła jedy­nie poma­rzyć. Będzie na­dal wieść samotne życie, smu­tek skry­wa­jąc pod maską uprzej­mego uśmie­chu. Do tej pory też tak robiła, ale było jej łatwiej, nikt bowiem nie inte­re­so­wał się jej spra­wami oso­bi­stymi. Nie musiała wkła­dać w uda­wa­nie aż tak wiele wysiłku. Teraz to się zmieni.

Obró­ciła się na bok. Czuła, że się dusi. Pier­ścień kon­we­nan­sów, zasad i ukła­dów ści­skał ją coraz moc­niej. Z trud­no­ścią łapała oddech.

Marzyła o chwili snu, który dałby jej szansę na odpo­czy­nek i zebra­nie sił. Ale wytchnie­nie nie przy­szło nawet na chwilę. Świt zastał ją z otwar­tymi oczami. Powinna była wstać, wydać poranne dys­po­zy­cje, udać się na targ. Jed­nak na samą myśl o tym, że znaj­dzie się w tłu­mie roz­pa­lo­nym cie­ka­wo­ścią, gęstym od natar­czy­wych pytań, poczuła, jak opusz­cza ją odwaga. Nie wie­dzia­łaby, co powie­dzieć. Nie miała poję­cia, kim teraz jest. Z żony ban­kruta w krót­kim cza­sie prze­mie­niła się w matkę narze­czo­nej hra­biego Alek­san­dra Can­ten­dorfa. Nie czuła się sobą w żad­nej z tych ról.

Wes­tchnęła, po czym z cięż­kim ser­cem pod­nio­sła się z łóżka.

W tym cza­sie na targu aż huczało od spe­ku­la­cji, jak bar­dzo wiel­kie szczę­ście spo­tkało rodzinę Mil­to­nów.

Zza ściany zaczęły pły­nąć dźwięki męczo­nego od rana for­te­pianu. Madame Ele­anor nie sypiała chyba ni­gdy, a każda pora wyda­wała jej się odpo­wied­nia, by cze­goś nauczyć swoją pod­opieczną.

Rozdział 2

Wiedźma Alice stała pod roz­ło­ży­stym dębem na szczy­cie nie­wiel­kiego wznie­sie­nia. Patrzyła na zamek. Wiatr tar­gał jej sukienką i wło­sami. Nie przej­mo­wała się tym. Ona jedna w oko­licy nie musiała dbać o ucze­sa­nie. Nawet lepiej, jeśli cza­sem miała nie­dbałą fry­zurę. Lepiej, żeby ludzie nie wie­dzieli, że w grun­cie rze­czy jest taką samą kobietą jak inne, choć para się lecze­niem zio­łami, zna tajne spo­soby na życiowe kło­poty i jest nazy­wana wiedźmą.

Prze­chod­nie roz­stę­po­wali się na boki, kiedy szła przez targ. Może nawet szyb­ciej, niż gdy w tym samym miej­scu poja­wiał się hra­bia Can­ten­dorf. Strach zwy­kle działa lepiej ani­żeli sza­cu­nek. Wiedźmy oba­wiano się powszech­nie. Szep­tano, że jeśli się zde­ner­wuje, jej zemsta bywa straszna. Potrafi pozba­wić męsko­ści, szczę­ścia w inte­re­sach, spo­koj­nego snu. Jed­no­cze­śnie nikt nie mógł sobie pozwo­lić na to, by jaw­nie oka­zać jej lek­ce­wa­że­nie. Ni­gdy nie wia­domo, kiedy cho­roba zapuka do drzwi i trzeba będzie biec zachwasz­czoną ścieżką do domu na skraju mia­steczka, by pro­sić o pomoc.

Te uwa­run­ko­wa­nia spra­wiały, że Alice była dla miesz­kań­ców ważną, a jed­nak w miarę moż­li­wo­ści sta­ran­nie omi­janą osobą. Żyła poza spo­łecz­nymi ukła­dami. Nie bał się jej tylko hra­bia Alek­san­der, ale z nim nie utrzy­my­wała bliż­szych kon­tak­tów. Zbyt wiele ich dzie­liło, a bogaty dzie­dzic w razie potrzeby miał się do kogo zwró­cić. Nie musiał szu­kać pomocy u wiedźmy.

Czę­ściej zamie­niała kilka słów z miej­sco­wym pasto­rem. Był inte­li­gent­nym czło­wie­kiem i roz­mowa z nim spra­wiała jej przy­jem­ność. Jed­nak Alice sta­no­wiła dla niego naj­więk­szą kon­ku­ren­cję. Pozy­cja zobo­wią­zy­wała go do sprze­ci­wia­nia się ludo­wym gusłom. Jeśli nawet czuł do niej sym­pa­tię, nie dawał tego po sobie poznać.

Była jesz­cze madame Ele­anor. Poznały się wiele lat temu i w pewien spe­cy­ficzny spo­sób przy­jaź­niły. Wymie­niały listy, a odkąd luk­su­sowa guwer­nantka przy­była do hrab­stwa Can­ten­dorf, by opie­ko­wać się Kate, regu­lar­nie się spo­ty­kały.

Isa­belle ura­to­wała kie­dyś syna Ele­anor od nie­chyb­nej śmierci i ta obie­cała się odwdzię­czyć. Dla­tego zja­wiła się w skrom­nym domu Mil­to­nów, by pod­jąć się kar­ko­łom­nego zada­nia prze­miany ich młod­szej córki w praw­dziwą damę. I wyko­nała to zada­nie z bar­dzo dobrym rezul­ta­tem.

Wczo­raj wie­czo­rem hra­bia Alek­san­der popro­sił ich pod­opieczną o rękę, wywo­łu­jąc tym samym naj­więk­szy skan­dal w swoim peł­nym sen­sa­cji życiu. Spe­ku­lo­wano zawzię­cie na temat przy­czyn tego zda­rze­nia, ale nikt nie łączył go z osobą Alice. Tym­cza­sem to wła­śnie ona wyko­rzy­stała dar od losu, jakim stała się dla niej pozor­nie zwy­kła dziew­czyna.

Kate.

Jedna z nie­licz­nych osób, które - choć bały się wiedźmy - nie kie­ro­wały się w życiu wyłącz­nie uprze­dze­niami, ale kiedy działy się ważne rze­czy, wyra­biały sobie o nich wła­sną opi­nię.

Miała szansę.

Tak sądziła Alice. I bar­dzo jej zale­żało, by Kate prze­trwała na zamku. W tym celu musiała zbu­do­wać dobry, praw­dziwy zawią­zek z hra­bią. Zwy­kły układ matry­mo­nialny nie wystar­czał. Tutaj była potrzebna praw­dziwa miłość, zdolna ochro­nić młodą żonę przed miesz­ka­ją­cym w wie­ko­wych murach tajem­ni­czym złem, które bez skru­pu­łów eli­mi­no­wało kolejne prze­kra­cza­jące próg zamku kobiety.

Szczere uczu­cie mogło się oka­zać jedyną szansą na wygraną.

Alice wes­tchnęła.

Alche­micy poświę­cili wiele czasu, by zna­leźć spo­sób pro­duk­cji złota. Sądzili, że to bogac­two da im wła­dzę i wszystko, czego pra­gną. Odda­wali się cał­ko­wi­cie tej jed­nej spra­wie. Mylili się jed­nak. Praw­dziwą wła­dzę może zyskać ten, kto pozna spo­sób two­rze­nia cze­goś, co ma o wiele więk­szą moc. Miło­ści.

Alice znała recep­turę. Nie stwo­rzyła jej oczy­wi­ście samo­dziel­nie. Miała dostęp do sta­rych ksiąg i mądro­ści prze­ka­zy­wa­nych przez kobiety z poko­le­nia na poko­le­nie. Do tego była bystra i obda­rzona zmy­słem obser­wa­cji. Do daw­nych prawd doda­wała nowe spo­strze­że­nia. Teraz zamie­rzała wyko­rzy­stać swoją wie­dzę, prze­pis na tajny amu­let cen­niej­szy niż złoto, by pomóc Kate zbu­do­wać praw­dziwą miłość.

Oczy­wi­ście za tę przy­sługę ktoś będzie musiał zapła­cić. Przede wszyst­kim inte­li­gentna, ale wciąż bar­dzo naiwna Kate.

Niczego prócz miło­ści matki nie dostaje się na tym świe­cie za darmo. Alice dobrze o tym wie­działa. A tym razem wikłała się w wyjąt­kowo skom­pli­ko­waną histo­rię. Skoro kolejne młode mężatki ginęły na zamku, był jakiś istotny powód, dla któ­rego żadne mał­żeń­stwo Alek­san­dra Can­ten­dorfa nie mogło prze­trwać.

Począt­kowo Alice sądziła, że infor­ma­cja, któ­rej potrze­buje, nie ma związku z serią tajem­ni­czych śmierci, ale teraz doszła do wnio­sku, że musi to być jedna zawiła histo­ria, która wraz z upły­wem lat pochła­nia kolejne ofiary. Tajem­nica tak ważna, że jej ukry­cie wymaga od straż­nika coraz wię­cej siły i sta­rań.

Alice zeszła ze wzgó­rza. Skie­ro­wała się ku oto­czo­nemu wyso­kim murem zam­ko­wemu par­kowi. Prze­szła przez ukrytą w zaro­ślach dziurę i przy­sta­nęła na chwilę. Zawsze się tutaj zatrzy­my­wała. Jeśli wzy­wano ją w przy­padku cho­roby, tylko na moment, a gdy w spra­wach mniej pil­nych, dłu­żej. Za każ­dym razem roz­po­ście­ra­jący się przed nią widok zachwy­cał tak samo mocno. W miej­scu, gdzie się znaj­do­wała, park rósł pra­wie dziko, choć czujny ogrod­nik dys­cy­pli­no­wał bar­dziej wybu­jałe okazy, dbał o zacho­wa­nie pro­por­cji oraz utrzy­ma­nie ście­żek. Im bli­żej zamku, tym bar­dziej ogród oraz park sta­wały się wzo­rem angiel­skiej dys­cy­pliny i umiaru, by tuż pod jego murami oka­zać się ide­ałem pro­por­cji, a także geo­me­trycz­nego wręcz ładu.

W tym jed­nym miej­scu, daleko od zam­ko­wego wej­ścia, było ina­czej. Stare drzewa oto­czone zie­le­nią krze­wów, nie­ko­szoną trawą i polnymi kwia­tami wyglą­dały zja­wi­skowo. Poprzed­nie żony Alek­san­dra ni­gdy się tak daleko nie zapusz­czały, wolały spa­ce­ro­wać pro­stymi alej­kami tuż przy zam­ko­wych murach, obsa­dzo­nymi rów­nymi rzę­dami róż oraz syme­trycz­nie przy­cię­tego buksz­panu.

Ponoć matka Alek­san­dra bar­dzo lubiła to miej­sce i nie pozwo­liła pozba­wić go dzi­kiego uroku, więc hra­bia zacho­wał je w nie­zmie­nio­nej for­mie ze względu na nią. Alice czuła, że będzie to także ulu­bione miej­sce Kate. Wła­śnie tutaj odbędą się wszyst­kie ważne roz­mowy.

Teraz zamie­rzała doko­nać małego reko­ne­sansu na zamku. Spraw­dzić, co sły­chać w tym stra­te­gicz­nym miej­scu po wczo­raj­szych tak brze­mien­nych w skutki wyda­rze­niach. Pod­słu­chać, o czym mówią ogrod­nicy i służba. Może zadać komuś kilka pytań. Zawsze była zda­nia, że infor­ma­cja to potęga.

Ale nie zdą­żyła. Ledwo poko­nała roz­le­gły park ota­cza­jący zamek od połu­dnio­wej strony, na wąskiej ścieżce zoba­czyła wynio­słą postać w ciem­nej sukni. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że stoi przed nią gospo­dyni. Kobieta peł­niąca o wiele waż­niej­szą funk­cję, niż powinno to wyni­kać z ofi­cjal­nie pia­sto­wa­nego sta­no­wi­ska. Po śmierci rodzi­ców wycho­wy­wała Alek­san­dra i trak­to­wała go tro­chę jak wła­sne dziecko, a on od lat na zbyt wiele jej pozwa­lał. Ten nie­zdrowy układ gene­ro­wał coraz wię­cej kło­po­tów.

Alice się zatrzy­mała. Kobiety zmie­rzyły się wzro­kiem. Gospo­dyni zwy­kle liczyła się z wiedźmą. Od czasu do czasu jak każdy potrze­bo­wała jej pomocy. Ale coś się chyba w tym ukła­dzie zmie­niło. Pani Ham­mond spra­wiała wra­że­nie bar­dzo zde­ter­mi­no­wa­nej, jakby nie miała nic do stra­ce­nia. Alice wyco­fała się bez słowa. Była mądrą kobietą, wie­działa, jakich gra­nic prze­kra­czać nie warto.

Wró­ciła do domu. Otwo­rzyła sze­roko okno i wpu­ściła nasy­cone słoń­cem powie­trze. Pach­niało upoj­nie. W ogro­dzie pięły się ku górze świeże pędy ziół. Ich aro­mat uno­sił się nad wil­gotną, żyzną zie­mią. Nie bez powodu poprzed­nia wła­ści­cielka, praw­dziwa groźna wiedźma, wybrała dla sie­bie i dziew­czynki, którą przy­gar­nęła, aku­rat to miej­sce. Dom leżał na ubo­czu, ale był wyko­nany solid­nie i - co ważne - z miło­ścią. Zbu­do­wał go facho­wiec, dobry cie­śla, dla uko­cha­nych żony i syna. Kiedy wyje­chał, nie­ru­cho­mość wysta­wiono na sprze­daż i zamiesz­kały w nim dwie nie­zwy­kłe loka­torki. Stara kobieta oraz mała dziew­czynka. Znajda, o któ­rej nie­wiele było wia­domo.

Po śmierci opie­kunki Alice prze­jęła jej obo­wiązki. Zaj­mo­wała się zie­lar­stwem, a także tak zwa­nym gasze­niem życio­wych poża­rów. Dora­dzała, poma­gała, cza­sem rato­wała z poważ­nych opre­sji.

Nie była typową zie­larką. Jej mądrość się­gała głę­biej. Lubiła obser­wo­wać ludzi, spraw­dzać, jakie tajemne powią­za­nia spra­wiają, że podej­mują takie, a nie inne decy­zje. Co nimi kie­ruje, czego się boją, o co wal­czą. Zbie­rała te infor­ma­cje od dziecka. Wiedźma, która ją wycho­wała, ni­gdy jej nie chro­niła przed trud­nymi prze­ży­ciami. Już jako kil­ku­latka Alice była świad­kiem trud­nych poro­dów, śmierci, zdrad, kno­wań, szan­taży. Wraz ze swoją opie­kunką zno­siła pogardę miesz­kań­ców mia­steczka i patrzyła, jak te same osoby, które rzu­cały w nią kamie­niami na targu, kilka tygo­dni póź­niej zgi­nały się w pas, bła­ga­jąc o pomoc.

Dzie­ciń­stwo Alice było wyjąt­kowo trudne. Wiedźma nie ceniła higieny. Piękny dom szybko stał się zanie­dbany, a pogarda ludzi mocno dawała się dziew­czynce we znaki. Sytu­acja finan­sowa też nie była łatwa. Cza­sem, zwłasz­cza na początku, gło­do­wały. Kupno domu pochło­nęło całą gotówkę, a wiedźma pra­co­wała tylko tyle, by zapew­nić im naj­skrom­niej­szy byt. Leczyła bie­dotę. Odbie­rała porody za kilka jajek czy torbę jabłek. I nie­na­wi­dziła ludzi, a oni odpła­cali jej tym samym uczu­ciem.

Po jej śmierci Alice zmie­niła zasady. Wysprzą­tała dom i spra­wiła, że znów stał się pięk­nym, przy­tul­nym, choć scho­wa­nym przed ludz­kim spoj­rze­niem zakąt­kiem. Uczyła się. Czy­tała stare księgi i zama­wiała nowe.

Szybko stała się lep­szym fachow­cem niż opie­kunka i wieść o tym roze­szła się po oko­licy. Zaczęła poma­gać ludziom ze wszyst­kich sfer, także tym bar­dzo zamoż­nym, któ­rzy za zatu­szo­wa­nie skan­dalu lub wyle­cze­nie dziecka byli gotowi zapła­cić naprawdę wysoką cenę. Nikomu o tym nie mówiła, bo to by zaszko­dziło jej mrocz­nej repu­ta­cji, ale chęt­nie poma­gała boga­tym także dla­tego, że dzięki temu mogła leczyć ubo­gich za darmo i żyć spo­koj­nie, na wła­snych warun­kach.

Byłaby cał­kiem szczę­śliwa, bo samotne życie wcale jej nie prze­szka­dzało, gdyby nie pra­gnie­nie, które drę­czyło ją każ­dego dnia. Cza­sem mocno, innym razem lżej. Ale nie dawało o sobie zapo­mnieć.

Chciała wie­dzieć, kim jest. Pew­nej nocy, tuż przed śmier­cią, jej opie­kunka osła­biona bólem i długo trwa­jącą cho­robą prze­rwała swój opór i odpo­wie­działa na wciąż zada­wane przez dziew­czynkę pyta­nie. O matkę. Nie usły­szała wiele, ale była wdzięczna za każdy trop. Ponoć roz­wią­za­nie zagadki znaj­do­wało się na zamku Can­ten­dorf.

Od tej pory czuj­nie spo­glą­dała na zamek, inte­re­so­wała się losami miesz­ka­ją­cej tam rodziny. Szu­kała sprzy­mie­rzeń­ców. Jed­nak wszystko na próżno. Nikt niczego nie wie­dział, nie umiał jej pomóc.

Wie­rzyła jed­nak, że roz­wią­za­nie ist­nieje.

Kate musi je zna­leźć! Z tym posta­no­wie­niem Alice wró­ciła do domu.

Rozdział 3

Hra­bia Alek­san­der Can­ten­dorf obu­dził się na kana­pie w gabi­ne­cie. Poprzed­niego wie­czoru nawet nie dotarł do swo­jego łóżka. Długo sie­dział przy biurku, prze­glą­dał doku­menty i popi­jał gorzką nalewkę z żura­winy. Od momentu, kiedy rodzina Mil­to­nów opu­ściła mury zamku, nie wyszedł z pokoju. Chciał być sam ze swo­imi myślami. Odmó­wił zje­dze­nia kola­cji, a potem ode­słał kamer­dy­nera, który chciał mu pomóc się prze­brać.

Nie miał ochoty na żadne spo­tka­nia ani roz­mowy. Teraz, kiedy już wpro­wa­dził w czyn swoją spon­ta­niczną myśl i zdo­był Kate, nada­jąc ich związ­kowi ofi­cjalny sta­tus, pró­bo­wał uspo­koić umysł i zasta­no­wić się, czy słusz­nie postą­pił. W końcu był jedy­nym dzie­dzi­cem wiel­kiego rodu, cią­żyła na nim duża odpo­wie­dzial­ność. Wpa­jano mu to od wcze­snego dzie­ciń­stwa. Nie umiał się pozbyć tej myśli na dłu­żej.

Z wyso­kich por­tre­tów wiszą­cych na ścia­nach spo­glą­dali na niego rodzice. Wyda­wało mu się, że ojciec surowo, a mama jak zwy­kle smutno.

Pod­niósł szklankę z napo­jem wysoko w ich stronę.

- Dobrze zro­bi­łem? Wznie­sie­cie ze mną toast? - zapy­tał.

Szu­miało mu w gło­wie. Od nad­miaru emo­cji i wypi­tego alko­holu. Czuł się bar­dzo dziw­nie. Był szczę­śliwy i prze­ko­nany, że wresz­cie doko­nał słusz­nego wyboru, a jed­no­cze­śnie miał wra­że­nie, że wkra­cza na jakąś nie­bez­pieczną ścieżkę, z któ­rej nie ma już odwrotu.

Prze­czu­cia to nie była jego mocna strona. Cza­sem wła­śnie w tym upa­try­wał przy­czynę swo­ich nie­szczę­śli­wych związ­ków. Żadne ukłu­cie w sercu ni­gdy go nie ostrze­gło, żeby się zatrzy­mał. Ten brak być może spra­wiał rów­nież, że choć znaj­do­wał się w samym cen­trum zda­rzeń, nie zdo­łał sobie ni­gdy odpo­wie­dzieć na pyta­nie, czy jego żony zmarły w spo­sób natu­ralny, czy też rze­czy­wi­ście - jak głosi miej­scowa plotka - ktoś pomógł im opu­ścić ten świat. Ta ostat­nia teo­ria wyda­wała mu się jed­nak nie­praw­do­po­dobna.

Zamek był dobrze strze­żo­nym miej­scem. Służba zaufana, dobie­rana sta­ran­nie. Od wielu lat pra­co­wała bez zarzutu. Na zamku odby­wały się wiel­kie bale i wykwintne kola­cje. Przyj­mo­wano gości, orga­ni­zo­wano spo­tka­nia. Ni­gdy nie doszło do żad­nych uchy­bień, nie zda­rzały się wpadki, opóź­nie­nia ani kra­dzieże. Nad wszyst­kim czu­wała gospo­dyni. Alek­san­der miał do niej pełne zaufa­nie. Wie­dział, że poświę­ciła życie, odło­żyła na bok wszyst­kie pry­watne plany, by być tutaj w dzień i w nocy. Pil­no­wać, chro­nić.

Gdyby tajem­nica miała swoje roz­wią­za­nie, pani Ham­mond z pew­no­ścią by je znała.

Był prze­ko­nany, że kolejne nie­szczę­ścia, które spa­dały na jego rodzinę, miały swoją natu­ralną przy­czynę, ale i tak czuł się winny. Z całą pew­no­ścią jego nie­upo­rząd­ko­wane życie uczu­ciowe było przy­czyną braku spo­koju i szczę­ścia w tym miej­scu.

Obec­ność kochanki jaw­nie nie­ak­cep­to­wa­nej przez towa­rzy­stwo, a skry­cie przez służbę. Szybko podej­mo­wane decy­zje o ślu­bie. Jak się potem oka­zało, wszyst­kie błędne, choć sta­rał się dobrze wybrać.

Teraz to się zmieni. - Alek­san­der wzniósł w stronę por­tre­tów kolejną pełną szklankę. Ojciec patrzył na niego z cie­płą akcep­ta­cją. Pew­nie wychy­liłby z synem toast. Może miałby jakieś obiek­cje co do pocho­dze­nia narze­czo­nej, ale z pew­no­ścią kie­ro­wałby się przede wszyst­kim dobrem syna. A mama? Ta wiecz­nie smutna kobieta, tęsk­niąca za czymś, o czym ni­gdy nie mówiła. Pew­nie nie byłaby szczę­śliwa. Ale czy to w ogóle było moż­liwe w jej przy­padku? Alek­san­der nie wie­dział. Stra­cił rodzi­ców tak wcze­śnie. Nie zdą­żył ich poznać. Opie­rał się tylko na wspo­mnie­niach innych, na opo­wie­ściach.

Śmierć ojca napeł­niała go mniej­szym bólem. Hra­bia zmarł z powodu cięż­kiego zapa­le­nia płuc. Wal­czył o życie, jed­nak cho­roba go poko­nała. Ale mama? Nie wska­zano żad­nej kon­kret­nej przy­czyny jej śmierci. Ludzie mówili, że ode­szła za mężem z tęsk­noty, ze smutku. Zabra­kło w niej woli życia. Jakby jej kil­ku­letni synek nie był wystar­cza­ją­cym powo­dem, by żyć!

To bar­dzo bolało. Łamało serce.

Alek­san­der wychy­lił zawar­tość szklanki do ostat­niej kro­pli. Od dawna był już doro­słym czło­wie­kiem. Samo­dziel­nym. Świet­nie zarzą­dzał mająt­kiem rodo­wym, sza­no­wali go służba, a także miesz­kańcy hrab­stwa. Wiele osią­gnął i gdyby nie kło­poty mał­żeń­skie, cie­szyłby się wyjąt­ko­wym powa­ża­niem. Cza­sem jed­nak dopa­dał go tam­ten ból. Osie­ro­co­nego chłopca.

Poło­żył się na kana­pie i zaci­snął dło­nie na czole. Czuł, jak tęt­nią mu skro­nie. Zasnął ze smut­nymi wspo­mnie­niami.

Jed­nak rano obu­dził się w lep­szym nastroju. Posta­no­wił zamknąć stary roz­dział. Był prze­ko­nany, że w końcu zna­lazł w swoim życiu to, czego tak długo szu­kał.

Rozdział 4

Pani Ham­mond sta­ran­nie myła ręce. Powoli płu­kała je w zim­nej wodzie, naprze­mien­nie zanu­rza­jąc i wycią­ga­jąc, jakby była auto­ma­tem. Kucharki zaj­mo­wały się swo­imi obo­wiąz­kami i nawet nie spo­glą­dały w jej stronę. To prze­dłu­ża­jące się mil­cze­nie gospo­dyni nie wró­żyło niczego dobrego.

Rze­czy­wi­ście, źle by się to skoń­czyło dla każ­dego, kto teraz prze­rwałby jej zamy­śle­nie. Miała bar­dzo poważny pro­blem. Ście­rały się w niej dwa żywioły. Dwie naj­więk­sze obawy. Strach przed odkry­ciem tajem­nicy oraz wcale nie mniej­szy lęk o szczę­ście dziecka, które wycho­wała i kochała jak swoje.

Alek­san­der był ambitny, odważny, parł do przodu, dążył do pełni w każ­dej dzie­dzi­nie. To nie był czło­wiek, który odpusz­cza w poło­wie drogi, pod­daje się, bo jest za trudno, albo już na wstę­pie nie wie­rzy w sie­bie. Gdy był chłop­cem, tyle razy pró­bo­wał się wspiąć na naj­wyż­sze drzewa w parku, aż mu się udało. Na nic się zdały ostrze­że­nia oraz zakazy, a nawet groźne upadki. Zawsze zna­lazł spo­sób, żeby się wymknąć ciot­kom i opie­kun­kom, po to by pod­jąć kolejną próbę.

Z szu­ka­niem żony było tak samo. Przez wiele lat temat ożenku inte­re­so­wał go raczej umiar­ko­wa­nie. Zaj­mo­wał się zarzą­dza­niem mająt­kiem i prze­lot­nymi miłost­kami, ale kiedy naprawdę tego zapra­gnął, żadna siła nie mogła go powstrzy­mać. Nie uspo­koi się, dopóki jego zapal­czywe poszu­ki­wa­nia naj­bliż­szej osoby nie zakoń­czą się szczę­śli­wie.

Pani Ham­mond wes­tchnęła z roz­go­ry­cze­niem. Sama go tak wycho­wała. Na wraż­li­wego, myślą­cego męż­czy­znę. I teraz miała za swoje.

Ręce jej zdrę­twiały od zim­nej wody, ale jesz­cze raz je zanu­rzyła i oparła o dno meta­lo­wej miski. Miała ochotę cała się w ten spo­sób ochło­dzić, bo wyda­wało jej się, że ina­czej nie zdoła opa­no­wać roz­sza­la­łych myśli.

Co robić? - gło­wiła się. - Co robić?

W takich chwi­lach szcze­gól­nie mocno odczu­wała, że jest w zam­ko­wej hie­rar­chii na samym szczy­cie. Jej wła­dza się­gała daleko, ale jed­no­cze­śnie kobieta nie miała obok sie­bie nikogo, kto byłby jej równy, do kogo mogłaby mieć pełne zaufa­nie. Musiała radzić sobie sama i zwy­kle sta­wała na wyso­ko­ści zada­nia. Jeśli chciała z kimś poroz­ma­wiać, co było tro­chę mylą­cym okre­śle­niem jej dłu­gich, despo­tycz­nych mono­lo­gów, to wybie­rała towa­rzy­stwo kamer­dy­nera hra­biego, który był jed­no­cze­śnie jej powier­ni­kiem i kochan­kiem. Ale choć znał wiele jej sekre­tów, do tych naj­waż­niej­szych ni­gdy nie był dopusz­czany. Naj­gor­sze jed­nak, że ten męż­czy­zna nada­wał się wyłącz­nie do wyko­ny­wa­nia pole­ceń. Sam nie był w sta­nie opra­co­wać stra­te­gii ani pod­jąć decy­zji. Nie potra­fił jej niczego dora­dzić, a ona pil­nie potrze­bo­wała pod­po­wie­dzi.

- Co robić? - wyszep­tała po raz kolejny, wycie­ra­jąc dło­nie, a potem rozej­rzała się wokół, by spraw­dzić, czy ktoś nie sły­szał, jak mówi do sie­bie. Nawet jeśli tak było, nikt nie dał po sobie poznać. Kucharki pochy­lały się nad sto­łem. Pra­co­wi­cie kro­iły, szat­ko­wały i ucie­rały. Pani Ham­mond zarzą­dziła na dzi­siaj obfitą kola­cję. Czuła, że przy­będą goście. Taka wieść jak zarę­czyny roz­nosi się lotem bły­ska­wicy.

Trzy ciotki Alek­san­dra, jego jedyne żyjące krewne, miały wśród zam­ko­wej służby swo­ich szpie­gów, któ­rych gospo­dyni znała, akcep­to­wała i któ­rym pozwa­lała dzia­łać, sta­ran­nie czy­ta­jąc wszyst­kie pisane przez nich listy. Nie­za­apro­bo­wana przez nią infor­ma­cja ni­gdy nie opu­ściła tych murów. Wia­do­mo­ści o naj­now­szych wyda­rze­niach nie było sensu blo­ko­wać. I tak doszłyby do uszu krew­nych powta­rzane przez dzie­siątki ust.

Star­sze panie zapewne natych­miast wsiądą do powozu i przy­będą na zamek zatro­skane o losy bra­tanka. Nie miały w tej spra­wie tak naprawdę nic do powie­dze­nia, ale ni­gdy nie prze­stały podej­mo­wać prób wtło­cze­nia życia jedy­nego dzie­dzica rodu w jakieś spo­kojne, bar­dziej prze­wi­dy­walne ramy.

Alek­san­der sta­rał się oka­zy­wać krew­nym względy należne ich wie­kowi i pozy­cji, ale nie liczył się zbyt­nio z ich zda­niem. Taki układ trwał już od lat i pani Ham­mond nie sądziła, by coś mogło go w naj­bliż­szym cza­sie zmie­nić. Mimo tego wynio­sła Ade­lina, jak rów­nież łasa na zam­kowe fry­kasy pulch­niutka Anna będą pró­bo­wać ukła­dać mu życie, a towa­rzy­sząca im naj­młod­sza Edith, zawsze tro­chę wyco­fana, jakby wiecz­nie pogrą­żona w marze­niach, znów zacznie snuć wła­sne, nie­re­alne już od dawna plany o miło­ści i zamąż­pój­ściu.

Pani Ham­mond wes­tchnęła. Żal jej było tych trzech brzyd­kich panien, samot­nych nie z wła­snego wyboru, ale z powodu ukła­dów spo­łecz­nych. W ich przy­padku nie pomógł nawet wysoki posag. Żadna nie zdo­łała się zarę­czyć.

Przy­naj­mniej są bez­pieczne - pomy­ślała gospo­dyni.

Alek­san­der zapew­niał im byt. Nale­żały do tych osób, które w szcze­gól­nym napię­ciu cze­kały wiele lat temu na naro­dziny dzie­dzica rodu Can­ten­dor­fów. Gdyby nie on, ich los byłby o wiele trud­niej­szy. Rodzina stra­ci­łaby cały mają­tek. Samotna sta­rość bez pie­nię­dzy jest bar­dzo trudna.

Ciotki z pew­no­ścią przy­będą tutaj naj­póź­niej dzi­siaj wie­czo­rem, zmie­nia­jąc konie w każ­dej karcz­mie - domy­śliła się pani Ham­mond. Wokół spraw jedy­nego bra­tanka toczyło się całe ich życie. Jak wszy­scy zwią­zani z rodziną mar­twiły się o niego i z nie­po­ko­jem przyj­mo­wały kolejne wie­ści. Ta naj­now­sza z pew­no­ścią nimi wstrzą­śnie.

Ade­lina będzie się dener­wo­wać, a jej cera sta­nie się jesz­cze bled­sza niż zwy­kle. Anna zacznie szu­kać roz­wią­zań, nama­wiać sio­stry do dzia­łań i podej­mo­wać próby prze­mó­wie­nia bra­tan­kowi do roz­sądku, choć wszyst­kie te sta­ra­nia są z góry ska­zane na nie­po­wo­dze­nie. Pulchna Edith kolejny raz opo­wie o pla­nach zało­że­nia wła­snej rodziny, które zapewne ni­gdy się nie speł­nią.

Pani Ham­mond wes­tchnęła.

Lubiła panienki, jak je wszy­scy nazy­wali, choć brzmiało to smutno w sto­sunku do trzech doj­rza­łych kobiet. Dwie star­sze nie miały więk­szego pro­blemu ze swoim sta­nem cywil­nym, ale naj­młod­sza, Edith, nie przyj­mo­wała do wia­do­mo­ści ani swo­jego wieku, ani nie­do­stat­ków urody, które od początku obni­żały jej szanse na gieł­dzie matry­mo­nial­nej mimo posagu.

Który ja jej ura­to­wa­łam - wes­tchnęła znowu gospo­dyni. - Zabez­pie­czy­łam sta­rość i utrzy­ma­nie.

Powta­rzała sobie te słowa wie­lo­krot­nie, dzięki czemu cię­żar tajem­nicy sta­wał się tro­chę łatwiej­szy do nie­sie­nia.

O tym jed­nak nikt nie wie­dział. Nie było więc co liczyć na żadną wdzięcz­ność ze strony rodziny, dla któ­rej gospo­dyni tak wiele zro­biła. Pozo­sta­wało tylko na­dal chro­nić jej człon­ków. Pani Ham­mond była gotowa na wszystko, by ukryć zarówno swój udział w całej spra­wie, jak i w ogóle fakt, że cokol­wiek nie­zwy­kłego się wtedy wyda­rzyło.

To pra­gnie­nie krą­żyło w jej żyłach wraz z krwią. Stało się inte­gralną czę­ścią orga­ni­zmu. Ni­gdy się nie zapo­mi­nała, wciąż zacie­rała ślady i chro­niła sekret. Ale sta­wało się to coraz trud­niej­sze. Wyma­gało kolej­nych poświę­ceń.

Co robić? - zasta­na­wiała się, opusz­cza­jąc sze­roką zam­kową kuch­nię. Jej śro­dek zaj­mo­wał wielki stół, po bokach od roz­grza­nych blach muro­wa­nego pale­ni­ska bił żar, na ścia­nach wisiały ron­dle, a pomię­dzy tym wszyst­kim mio­tała się zaafe­ro­wana kucharka, popę­dza­jąc swoje pomoc­nice. Mimo iż w zamku miesz­kało wię­cej służby niż pań­stwa, a ostat­nio z powodu per­ma­nent­nej żałoby po kolejno odcho­dzą­cych paniach Can­ten­dorf nie urzą­dzano wiel­kich przy­jęć, w tym pomiesz­cze­niu wiecz­nie pano­wał pośpiech. Jakby był nie­od­łączną czę­ścią kuli­nar­nej pro­ce­dury, dzięki któ­rej potrawy, które opusz­czały to miej­sce, zachwy­cały sma­kiem, kom­po­zy­cją oraz aro­ma­tem.

Sze­ro­kie schody popro­wa­dziły gospo­dy­nię na wyż­szy poziom. Zamek był ogromny, a ona była jedyną osobą, która tak dobrze go znała. Nawet hra­bia Alek­san­der nie zapusz­czał się zbyt czę­sto do bocz­nych skrzy­deł. Znaj­do­wały się tutaj pokoje gościnne, składy, maga­zyny oraz wiele pomiesz­czeń o nie­oczy­wi­stym prze­zna­cze­niu cze­ka­ją­cych, aż to miej­sce znów zacznie tęt­nić życiem i trzeba będzie wie­trzyć nie­uży­wane pokoje, zama­wiać nowe meble, pościele i obrazy, by przy­jąć licz­nych gości.

Na razie jed­nak wszę­dzie pano­wała cisza.

Ten piękny zamek umie­rał.

Nie­stety, pomóc tutaj mogła tylko kobieta - pani na zamku. Gospo­dyni nie miała takiej mocy. Wyda­wa­łoby się, że wobec wyda­rzeń wczo­raj­szego dnia roz­wią­za­nie jest na wycią­gnię­cie dłoni, ale to nie takie pro­ste.

Gospo­dyni nie spała przez całą noc. Uży­wała naj­gor­szych słów, jakie tylko znała, myśląc o rudo­wło­sej uzur­pa­torce - Kate Mil­ton - która z całą bez­czel­no­ścią weszła w świat, do któ­rego nie nale­żała. Hra­bia ją kochał na swój dziwny, spon­ta­niczny, mocno emo­cjo­nalny spo­sób. Będzie się upie­rał przy swoim. Nie było co do tego wąt­pli­wo­ści.

Pani Ham­mond w ciągu ostat­nich godzin prze­my­ślała i dopie­ściła wiele spo­so­bów na szyb­kie pozby­cie się Kate, jeśli ta zdo­ła­łaby dotrwać do ślubu i była na tyle śmiała, by marzyć o sta­tu­sie lady Can­ten­dorf. Ale teraz, idąc pustymi zam­ko­wymi kory­ta­rzami, poczuła, że życie wymaga od niej innych dzia­łań. Z licz­nych por­tre­tów spo­glą­dali na nią przod­ko­wie rodziny.

Can­ten­dor­fo­wie szczy­cili się tym, że potra­fią udo­ku­men­to­wać drzewo gene­alo­giczne od Karola Wiel­kiego. Z pew­no­ścią był w tym ele­ment legendy, a także tro­chę nacią­gnię­tych fak­tów, nie­mniej ród był stary i zasłu­żony. Nie powi­nien się skoń­czyć tak mar­nie. Trzy stare panny i jeden dzie­dzic, który nie potrafi prze­ka­zać nazwi­ska dalej.

Ale nie to oka­zało się decy­du­ją­cym argu­men­tem, który spra­wił, że posta­no­wiła zmie­nić nasta­wie­nie do Kate. Pani Ham­mond kochała Alek­san­dra. Do tego stop­nia, że odczu­wała jego nastroje z taką samą siłą jak bio­lo­giczna matka. Nawet jeśli nie znała szcze­gó­łów, wie­działa, że on czymś się mar­twi, choć nikomu o tym nie mówi. Domy­ślała się też bez trudu, kiedy w jakiejś spra­wie dobrze mu poszło, nawet jeśli ukry­wał objawy zado­wo­le­nia.

Teraz też wie­działa, co Alek­san­der czuje. Zako­chał się. Być może po raz pierw­szy w życiu praw­dzi­wie. To dla­tego od początku gospo­dyni czuła tak głę­boką nie­chęć do Kate. Miała świa­do­mość, że to kobieta, która może osła­bić jej pozy­cję jak każda uko­chana żona, która odsuwa w cień matkę. To natu­ralny porzą­dek rze­czy, ale bar­dzo trudno się z nim pogo­dzić.

Pani Ham­mond nie była jed­nak z tych, co się nad sobą uża­lają.

Każde zda­rze­nie można tak odwró­cić, żeby słu­żyło naszym celom. Taką miała dewizę i dobrze na tym wycho­dziła.

Dla­tego teraz jej roz­my­śla­nia nabrały wresz­cie upra­gnio­nych cech zim­nego spo­koju. Obmy­ślała spo­sób, by zacho­wać tajem­nicę i uchro­nić Alek­san­dra.

Siłą Kate było jej praw­dziwe uczu­cie do hra­biego, choć z całą pew­no­ścią na razie opie­rało się głów­nie na zauro­cze­niu. Pani Ham­mond domy­ślała się, że tym, co wyróż­niało Kate, był fakt, że - nawet jeśli tej dziew­czy­nie podo­bały się zamek i mają­tek Can­ten­dor­fów - zako­chała się przede wszyst­kim w czło­wieku.

Hra­bia odwza­jem­nił to szczere uczu­cie.

Ale praw­dziwa miłość będzie też naj­słab­szym punk­tem narze­czo­nej hra­biego. Kiedy już cała histo­ria nabie­rze roz­pędu, a Kate sta­nie się żoną Alek­san­dra, jego dobro będzie dla niej naj­waż­niej­sze, jak dla każ­dej zako­cha­nej kobiety. Będzie chciała go chro­nić, być może za wszelką cenę. Dokład­nie tak jak pani Ham­mond.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki