Saga rodu Cantendorfów 1: Tajemnica zamku - Krystyna Mirek

Kup ebooka

44.99 zł
37.28 zł (34,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Młoda hra­bina Can­ten­dorf nie żyje. Pogrzeb odbę­dzie się za dwa dni. - Taka wia­do­mość gruch­nęła z samego rana, wywo­łu­jąc ogromne poru­sze­nie w całej oko­licy.

- Ktoś ją zamor­do­wał! - szep­tały praczki zebrane nad stru­mie­niem.

- Zabił z zimną krwią. - Kucharka sto­jąca w kolejce do rzeź­nika rów­nież nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści.

- Łeb jej, kon­kret­nie, ukrę­cił - mówił lokaj lorda Met­calfa, wkła­da­jąc swo­jemu panu mary­narkę do jazdy kon­nej. - Wszy­scy wie­dzą, jak było, ale to czy­ściutka robota. Hra­bia to facho­wiec. Nie ma się kon­kret­nie do czego przy­cze­pić. Nikt złego słowa prze­ciw hra­biemu nie powie.

Lord Met­calf nie miał w zwy­czaju komen­to­wać bie­żą­cych wyda­rzeń w obec­no­ści swo­jego lokaja, ale tego ranka nic nie działo się jak zazwy­czaj. Lord był wzbu­rzony tak bar­dzo, że nie potra­fił ukryć swo­ich emo­cji.

- Przy­znaję, że ta sytu­acja daleka jest od tego, co zwy­kli­śmy uwa­żać za sto­sowne - powie­dział ostroż­nie, po czym zamilkł, widząc, jak lokaj pil­nie wsłu­chuje się w słowa swo­jego chle­bo­dawcy, gotów natych­miast po opusz­cze­niu pokoju powtó­rzyć je innym pra­cow­ni­kom, ubar­wia­jąc oczy­wi­ście i inter­pre­tu­jąc po swo­jemu. - Dzię­kuję - zakoń­czył sta­now­czo.

Pokrę­cił głową w zadu­mie, popra­wił man­kiety koszuli, ode­brał od lokaja kape­lusz i szpi­crutę, po czym skie­ro­wał się do drzwi.

Scho­dził powoli po sze­ro­kich scho­dach rodo­wej rezy­den­cji. W hallu zauwa­żył dwie poko­jówki, które zawzię­cie dys­ku­to­wały skryte w kącie za wielką palmą.

- Podobno ją zamę­czył... w łóżku. - Policzki mło­dej dziew­czyny aż pło­nęły z prze­ję­cia. - Wyobra­żasz sobie?! Taki wielki męż­czy­zna, przy­stojny... - zawie­siła głos. Spra­wiała wra­że­nie, jakby sama chęt­nie pozwo­liła się zamę­czyć hra­biemu. Za każdą cenę.

- Ale kto ci o tym powie­dział? - Jej kole­żanka nie mogła dać wiary tym sło­wom. W prze­ci­wień­stwie do towa­rzyszki o poży­ciu mał­żeń­skim miała bar­dzo mgli­ste poję­cie.

- Nasza gospo­dyni. Taka z niej świę­toszka. Za jeden marny uśmiech do lokaja bije kijem po rękach, ale sama aż się trzę­sie, kiedy sły­szy opo­wie­ści o tym, co hra­bia wypra­wia w sypialni.

- Co takiego... - Pyta­nie nie zdą­żyło paść. Dziew­czyny zauwa­żyły swo­jego pra­co­dawcę i natych­miast się wypro­sto­wały, sta­ra­jąc się przy­brać uprzejmy i w miarę moż­li­wo­ści opa­no­wany wyraz twa­rzy.

Ukło­niły się, po czym, suge­ru­jąc wiel­kie zaan­ga­żo­wa­nie w obo­wiązki, zaczęły ener­gicz­nie wycie­rać kurze. Lord wes­tchnął. Nie miał siły dener­wo­wać się tym wido­kiem, choć nie­na­wi­dził plot­ko­wa­nia. Dzi­siaj jed­nak nic nie mógł na to pora­dzić - wszy­scy i tak mówili teraz tylko o zmar­łej żonie hra­biego. Tego nie dało się unik­nąć.

Nagle zatrzy­mał się tknięty nie­do­brą myślą. Stra­cił ochotę na prze­jażdżkę. Rzu­cił szpi­crutę na ciemną dębową komodę i szyb­kim kro­kiem wró­cił na pię­tro. Skie­ro­wał się w prawo, ku pięk­nym bia­łym drzwiom. Zapu­kał deli­kat­nie, po czym, usły­szaw­szy zapro­sze­nie, szybko wszedł do małego salonu, gdzie żona zwy­kle piła poranną her­batę lub pisała listy.

- Dzień dobry - przy­wi­tał się.

Na jego widok lady Mar­ga­ret pod­nio­sła głowę. Była zasko­czona i nie­zbyt zado­wo­lona z tej nie­spo­dzie­wa­nej wizyty, ale dosko­nałe wycho­wa­nie, jakie ode­brała w mło­do­ści, było jak auto­ma­tycz­nie reagu­jący sys­tem, dzia­ła­jący spraw­nie w każ­dej sytu­acji. Uprzejme zain­te­re­so­wa­nie szybko odma­lo­wało się w jej pięk­nych ciem­nych oczach, a towa­rzy­szący mu cie­pły uśmiech spra­wiał wra­że­nie w pełni szcze­rego.

Lord Met­calf pod­szedł do żony, po czym poca­ło­wał ją w poli­czek.

- Czy nasza córka już wstała? - zapy­tał.

- Nie - odparła lady Met­calf i poczuła zimny dreszcz złego prze­czu­cia. - Jesz­cze śpi - dodała.

- Obudź ją, pro­szę, i powiedz, że cze­kam w biblio­tece. - Ton wypo­wie­dzi lorda był bar­dzo sta­now­czy.

- Nie będziesz dzi­siaj jeź­dził konno? - zapy­tała lady Mar­ga­ret, gra­jąc na zwłokę. Bała się, że mąż wyj­dzie, niczego nie wyja­śnia­jąc, jak to miał w zwy­czaju czę­sto czy­nić.

- Są waż­niej­sze sprawy - powie­dział. Choć jego głos brzmiał spo­koj­nie, to jed­nak gesty­ku­la­cja oraz nie­równy krok, jakim prze­mie­rzał pokój, świad­czyły o spo­rym wzbu­rze­niu. - Sły­sza­łaś pew­nie naj­now­sze wie­ści? - zapy­tał, naj­wy­raź­niej decy­du­jąc się jed­nak na dłuż­szą roz­mowę z żoną.

- Tak. Marta opo­wie­działa mi rano, co się wyda­rzyło. Całe mia­steczko mówi tylko o tym. Ale co ma z tym wspól­nego nasza córka? - zapy­tała odru­chowo, po czym mocno się zanie­po­ko­iła, zanim jesz­cze mąż zdą­żył udzie­lić jej odpo­wie­dzi. - Nie sądzisz chyba, że hra­bia znów będzie szu­kał żony?! - zawo­łała. - Prze­cież jest żałoba. Potrze­buje czasu...

- Czasu... - Jej mąż pogar­dli­wie wzniósł oczy, jakby chciał spraw­dzić, czy nie­biosa widzą, do jakiego poziomu musi się zni­żać, by nawią­zać kon­takt ze swoją piękną, posażną, ale nie­zbyt bystrą żoną. - Ostat­nim razem hra­bia Can­ten­dorf doko­ny­wał prze­glądu kan­dy­da­tek już na pogrze­bie. Teraz też tak będzie.

Lady Met­calf mil­czała. Dobre maniery unie­moż­li­wiały jej wypo­wie­dze­nie tego, co naprawdę myślała. Ni­gdy nie była z mężem w tak przy­ja­ciel­skiej zaży­ło­ści, by się zdo­być na szcze­rość. Nie umiała teraz przy­jąć pozy­cji part­nera, by jasno wyło­żyć swoje argu­menty. Nawyki oka­zały się zbyt silne. Matka przez całe życie uczyła ją grać słodką, opa­no­waną, dobrze uło­żoną panienkę i tak już zostało. Pomo­gło jej to dobrze wyjść za mąż, ale blo­ko­wało nawią­za­nie praw­dzi­wej rela­cji z lor­dem Met­calfem.

- Po co się nara­żać na nie­po­trzebne kom­pli­ka­cje? - Mąż mówił do niej, ale patrzył w inną stronę. Nale­żało przy­pusz­czać, że nie ocze­ki­wał odpo­wie­dzi. - Dobrze wiesz, że Alek­san­der Can­ten­dorf może wszystko. Od lat nie liczy się z opi­nią ludzi. Co zro­bimy, jeśli poprosi o rękę Emi­lii? - Spoj­rzał wresz­cie na Mar­ga­ret, ale zanim zdą­żyła otwo­rzyć usta, sam odpo­wie­dział na swoje pyta­nie: - Nie możemy sobie pozwo­lić na to, by odmó­wić i nara­zić się na jego gniew. A oddać mu córkę to jak wydać na nią wyrok.

- Wiem... - Żona gorącz­kowo poszu­ki­wała jakie­goś argu­mentu, który mógłby uchro­nić ich uko­chaną jedy­naczkę przed opusz­cze­niem domu. - Ale czy jesteś pewien, że zagro­że­nie jest realne? Może jed­nak hra­bia wybie­rze kogoś innego? - zapy­tała bez prze­ko­na­nia.

Wobec tych słów lord Met­calf z tru­dem zacho­wał spo­kój.

- Dobrze wiesz - zawo­łał - że nasza Emi­lia to jedyna panna w całym hrab­stwie, która ma odpo­wied­nią pozy­cję i posag. Inne są za młode albo już je zło­żono w rodzin­nym gro­bowcu Can­ten­dor­fów! - wzbu­rzył się.

Nie lubił roz­ma­wiać z kobie­tami. Koniecz­ność tłu­ma­cze­nia spraw oczy­wi­stych szybko wyczer­py­wała jego cier­pli­wość. Miał świa­do­mość, że tro­chę prze­sa­dza, jesz­cze kilka panien by się zna­la­zło, gdyby dobrze poszu­kać, ale emo­cje wzięły górę nad roz­sąd­kiem.

- Masz rację. - Żona, widząc jego wzbu­rze­nie, posta­no­wiła obrać inną tak­tykę. Uśmiech­nęła się, a lord poczuł, że napię­cie się zmniej­szyło. - Ale prze­cież nie trzeba się tak bar­dzo spie­szyć - powie­działa łagod­nie. - Nawet hra­bia Can­ten­dorf musi pamię­tać o dobrym wycho­wa­niu i sto­so­wać się do norm towa­rzy­skich.

- Musi?! - zawo­łał mąż, znów pod­no­sząc głos o kilka tonów wyżej, niż wypa­dało. - Dla­czego kobiety nic nie rozu­mieją? - zapy­tał, po czym odru­chowo rozej­rzał się po pokoju, jakby chciał zna­leźć towa­rzy­sza roz­mowy wystar­cza­jąco inte­li­gent­nego, by mu udzie­lił odpo­wie­dzi.

Nikogo jed­nak nie było. Jedy­nym roz­mówcą, jakim dys­po­no­wał, była jego żona. Piękna kobieta z prze­stra­chem wypi­sa­nym na twa­rzy i oczami po brzegi wypeł­nio­nymi bra­kiem zro­zu­mie­nia.

- On się z niczym nie musi liczyć - dener­wo­wał się lord. - Dobrze o tym wiesz. Gdyby miał choć tro­chę przy­zwo­ito­ści, już dawno wypra­wiłby lady Adler do męża. Ona mieszka w zamku już od lat. Sie­dzi przy stole, pra­wie czyni honory pani domu. To prze­cież naj­więk­szy skan­dal w oko­licy. Co na to twoje dobre wycho­wa­nie? - zapy­tał szy­der­czo. - Czy hra­bia się z nim liczy?

W pokoju zapa­no­wało mil­cze­nie. Mar­ga­ret nie odpo­wie­działa. W krę­gach dobrze uro­dzo­nych kobiet lady Adler nie ist­niała. Nie zapra­szano jej na her­batki, sąsiedz­kie spo­tka­nia ani uro­czy­ste bale. Nie mówiono o niej, a przy­naj­mniej nie wprost i nie publicz­nie. Mąż, wycią­ga­jąc na świa­tło dzienne tę żenu­jącą sytu­ację tak otwar­cie, wyka­zał się wiel­kim bra­kiem taktu. Teraz jed­nak nie było czasu, by zwra­cać mu uwagę.

- Nie liczy się z niczym. - Lord Met­calf odpo­wie­dział sobie sam. - Bo dobrze wie, że cokol­wiek zrobi, nikt nie odważy się wejść z nim w otwarty kon­flikt. Może miesz­kać z lady Isa­belle, jak długo tylko zechce. Jego pozy­cja gwa­ran­tuje mu nie­ty­kal­ność. Każdy by tak chciał - dodał na koniec, a lady Mar­ga­ret wolała nie pytać, który z dwóch przy­wi­le­jów uty­tu­ło­wa­nego sąsiada jest bar­dziej kuszący dla jej męża. Miesz­ka­nie z tą bez­wstyd­nicą, któ­rej żadna uczciwa kobieta nie poda ręki, czy też cał­ko­wita wol­ność doko­ny­wa­nia wybo­rów.

Mil­czała. Nie dla­tego, że bra­ko­wało jej inte­li­gen­cji, by wycią­gnąć wnio­ski, jak się wyda­wało jej mężowi, ale z obawy przed ryzy­kiem. Była świa­doma, jakie kon­se­kwen­cje może mieć jedno nie­wła­ści­wie dobrane słowo. Mąż wyj­dzie z pokoju, a ona niczego wię­cej się nie dowie.

Spoj­rzała na lorda w napię­ciu. Nie musiała pytać, od razu wie­działa, że jej mąż ma już gotowy plan.

- Twoja matka potrze­buje towa­rzy­stwa - rzekł sta­now­czo Met­calf, a ona tym razem nie zdo­łała opa­no­wać emo­cji.

- Nie! - zawo­łała, przy­ci­ska­jąc dło­nie do policz­ków. - Dla­czego aku­rat moja mama? To bar­dzo daleko.

- Zasłu­guje na wszystko, co naj­lep­sze - rzekł lord i nawet dosko­nałe wycho­wa­nie nie zdo­łało zatu­szo­wać obłudy dźwię­czą­cej w jego gło­sie. - A Emi­lia nabie­rze ogłady, prze­by­wa­jąc tro­chę z babką - zakoń­czył sta­now­czo.

- Jak długo? - zapy­tała cicho.

- Pół roku - zawa­hał się. - Może wię­cej. Czas pokaże. Nie martw się, to tylko kilka mie­sięcy, szybko minie. Wła­ści­wie to nawet nie musisz budzić naszej córki. Niech wypocz­nie przed podróżą. Ja wszystko zor­ga­ni­zuję.

Machi­nal­nie poca­ło­wał żonę w poli­czek, choć w jego przy­padku nie był to gest wyni­ka­jący z uczu­cia, a jedy­nie ze sta­łych rytu­ałów, nad któ­rymi się nie zasta­na­wiał. Uznał sprawę za zała­twioną. Wyszedł do biblio­teki, wezwał lokaja, po czym zabrał się do pisa­nia uprzej­mego listu do teścio­wej. Nie prze­pa­dał za nią, ale dzi­siaj potrze­bo­wał jej pomocy. Był pewien, że ją otrzyma. Dobro rodziny sta­no­wiło dla wszyst­kich war­tość nad­rzędną, a ono wyma­gało, by Emi­lia jak naj­szyb­ciej opu­ściła ten dom. Nikt nie mógł sobie pozwo­lić na to, by wejść w kon­flikt z hra­bią Can­ten­dor­fem.

Zawa­hał się tylko przez chwilę. Spoj­rzał w okno na widoczne w oddali uro­kliwe wzgó­rza. Posia­dło­ści majęt­nego sąsiada nie było stąd widać. Ale lord dobrze ją znał w każ­dym szcze­góle. Lasy i łąki, liczne wsie, potężny wie­kowy zamek oraz domy w Lon­dy­nie. O sumach zgro­ma­dzo­nych w banku wolał już nie myśleć, bo i bez tego zaczy­nało mu się krę­cić w gło­wie, a coraz bar­dziej natrętna myśl nie­przy­jem­nie świ­dro­wała jego mózg...

A gdyby tak zary­zy­ko­wać? Prze­cież nie zosta­wi­liby Emi­lii samej... Mogliby nawet codzien­nie ją odwie­dzać. Pil­no­wać jej bez­pie­czeń­stwa. Wysłać do zamku ze szta­bem zaufa­nych słu­żą­cych i dam do towa­rzy­stwa, by chro­niły swoją panią we dnie i w nocy. Z plo­tek wyni­kało, że ochrona jest potrzebna zwłasz­cza w nocy.

Taki mają­tek - rzecz nie do pogar­dze­nia. A sam hra­bia prze­cież też jest męż­czy­zną przy­stoj­nym, można podej­rze­wać, że dosko­nale radzą­cym sobie w kon­tak­tach z kobie­tami.

W męskim gro­nie zacho­wy­wał się jak czło­wiek roz­sądny, o dużej ogła­dzie i sze­ro­kich hory­zon­tach myślo­wych. Spra­wić, by mło­dziutka pło­cha Emi­lia zako­chała się w nim do utraty tchu, wyda­wało się naj­prost­szą rze­czą na świe­cie. Wystar­czyłby nie­wielki wysi­łek.

Co się dzieje z jego żonami? - Lord wstał i zaczął się prze­cha­dzać po pokoju. - Dla­czego umie­rają?

To była zupeł­nie nie­praw­do­po­dobna histo­ria. Nie wie­rzył w opo­wie­ści o mor­der­stwach - aż tak bez­karny nie był nawet hra­bia Can­ten­dorf. Ani tak głupi. Wiele razy odwie­dzał go szef poli­cji, rze­komo z uprzejmą wizytą. Spraw­dził dokład­nie oko­licz­no­ści każ­dej śmierci. Zawsze ist­niało nie­pod­wa­żalne wyja­śnie­nie. Dwa razy panie Can­ten­dorf prze­no­siły się na tam­ten świat z powodu kom­pli­ka­cji oko­ło­po­ro­do­wych, raz przy­czyną śmierci było zapa­le­nie płuc, a w ostat­nim przy­padku ponoć suchoty. Poza tym żadna z rodzin nie zło­żyła for­mal­nej skargi na hra­biego. Wszy­scy mil­czeli. Liczba plo­tek była wprost pro­por­cjo­nalna do zacię­to­ści, z jaką zain­te­re­so­wani zaci­skali usta, kiedy sły­szeli jakie­kol­wiek pyta­nia.

Ale może Emi­lia da sobie radę? - Gwał­tow­nie potarł czoło zro­szone maleń­kimi kro­pel­kami potu. - Może prze­goni lady Adler? Uro­dzi wyma­rzo­nego dzie­dzica? Sta­nie się pierw­szą damą w całej oko­licy? Wnie­sie do rodziny splen­dor i bogac­two, jakich ni­gdy dotąd jej bli­skim nie udało się osią­gnąć?

Roz­ma­rzył się na moment, ale szybko przy­po­mniał sobie blade obli­cza poprzed­nich pań na zamku Can­ten­dorf. Od razu można było zauwa­żyć, że coś jest nie tak. Żadna z nich nie utrzy­my­wała roz­le­głych kon­tak­tów towa­rzy­skich. Nie bawiły się, nie korzy­stały ze swo­jej pozy­cji spo­łecz­nej. Ich śluby, poza pierw­szym, były skromne, a balów w zamku nie orga­ni­zo­wano, bo gospo­darz wła­ści­wie stale był w żało­bie.

Na samą myśl, że Emi­lia sią­dzie zasmu­cona na końcu dłu­giego stołu w zamku, lord Met­calf zadrżał.

Kochał swoją córkę; skry­cie marzył o kolej­nym potomku, ale na to chyba nie było już szans. W mał­żeń­skiej sypialni wła­ści­wie od początku czuł się jak pod­czas wizyty u leka­rza. Zimno, biało, trzeba się roze­brać i czło­wiek przez cały czas czuje się skrę­po­wany. Uni­kał tych spo­tkań, jak tylko mógł. To i tak cud, że udało im się począć jedno dziecko.

Nie miał zamiaru nara­żać uko­cha­nej córki na naj­mniej­sze choćby nie­bez­pie­czeń­stwo. Szybko, choć nie bez trudu, odpę­dził od sie­bie marze­nia o awan­sie spo­łecz­nym kosz­tem Emi­lii. Była dla niego zbyt cenna.

Zło­żył list i zaplom­bo­wał. Córka spała i nie zamie­rzał jej budzić, by się z nią kon­sul­to­wać w tej spra­wie. Jej opi­nia nie miała żad­nego zna­cze­nia - nie był taki nowo­cze­sny, aby wspól­nie z dziec­kiem, nawet już doro­słym, oma­wiać swoje decy­zje. Nawet by mu to nie przy­szło do głowy, tym bar­dziej że liczył się czas. Dziew­czyna musiała wyje­chać jak naj­szyb­ciej.

Lord Met­calf nie miał złu­dzeń. Wie­dział, co teraz się sta­nie. Hra­bia nie lubił być wdow­cem, ten stan ni­gdy nie trwał u niego zbyt długo. Zacho­wy­wa­nie pozo­rów rów­nież nie zaj­mo­wało wyso­kiej pozy­cji na liście jego prio­ry­te­tów. Prze­dłu­ża­jąca się ponad wszelką przy­zwo­itość wizyta lady Isa­belle Adler, żony zasłu­żo­nego na dwo­rze ary­sto­kraty, była tego naj­lep­szym dowo­dem.

Oboje mał­żon­ko­wie przy­byli na zamek Can­ten­dorf kilka lat temu. Lady Adler w nie­skoń­czo­ność pako­wała walizki, ofi­cjal­nie wciąż przy­go­to­wu­jąc się do wyjazdu. Nie bacząc na nie­chęć oto­cze­nia ani na pro­te­sty męża, który musiał ją opu­ścić i wró­cić do sto­licy, wciąż miesz­kała na zamku, cza­sem nawet peł­niąc honory pani domu ku obu­rze­niu całego śro­do­wi­ska.

Kto wie, co się tam jesz­cze działo i w jaki spo­sób wpły­wało to na młode żony hra­biego, któ­rym nie uda­wało się w tych warun­kach prze­trwać. Ludzie snuli różne przy­pusz­cze­nia.

Hra­bia Alek­san­der jaw­nie popie­rał ten stan rze­czy. Huczało od plo­tek, czas pły­nął, kolejne żony prze­stę­po­wały próg jego domo­stwa, a on nie zmie­niał swo­jego postę­po­wa­nia. Gdyby nie fakt, że w hrab­stwie Can­ten­dorf, uro­kli­wej kra­inie na pół­nocy Anglii, był on naj­bo­gat­szym i nie­zmier­nie wpły­wo­wym czło­wie­kiem, a od dobrych sto­sun­ków z nim zale­żały inte­resy więk­szo­ści rodzin, już dawno zostałby wyklu­czony z towa­rzy­stwa.

Zasady są jed­nak dla rów­nych, rów­niejsi mogą z nich kpić do woli. Hra­bia czer­pał z tego prawa peł­nymi gar­ściami.

***

Kate Mil­ton roz­ci­nała nożycz­kami szwy na sukience uszy­tej przez jedyną poko­jówkę, jaka się jesz­cze ostała w domu.

- Co za par­tac­two! - narze­kała, poma­ga­jąc sobie w trud­niej­szych momen­tach zębami. - Dla­czego ojciec zosta­wił w domu naj­mniej roz­gar­niętą spo­śród wszyst­kich dziew­cząt, a zwol­nił wszyst­kie pra­co­wite i mądre?

- Bo ta jest naj­tań­sza - spo­koj­nie odpo­wie­działa Ame­lia, star­sza sio­stra Kate. Ona rów­nież oglą­dała swoją suk­nię, spraw­dza­jąc mate­riał dokład­nie, kawa­łek po kawałku. Ubra­nia były nie pierw­szej nowo­ści. Już dwa razy prze­ra­biane i dopa­so­wy­wane do zmie­nia­ją­cych się figur dziew­cząt. Kolejna prze­róbka sta­no­wi­łaby spore wyzwa­nie nawet dla fachowca. Ostat­nia poko­jówka w tym domu w spo­sób ewi­dentny sobie z nim nie pora­dziła.

- Boję się - powie­działa nagle Kate i spoj­rzała na sio­strę. Ale Ame­lia, choć star­sza, nie mogła stać się dla niej opar­ciem. Na dźwięk tych słów w jej oczach poja­wiło się jesz­cze więk­sze prze­ra­że­nie.

- Nie jest tak źle. - Kate momen­tal­nie zmie­niła kie­ru­nek roz­mowy. Zro­biło jej się żal sio­stry. - Ciotka Matylda jesz­cze nie odpi­sała. Na pewno lada dzień przyjdą dobre wie­ści - powie­działa szybko.

- Nie wiem. - Ame­lia, raz przy­po­mniaw­szy sobie rodzinne tro­ski, nie­ła­two dawała się pocie­szyć. - Tak długo już cze­kamy na list - powie­działa. - To zły znak. Minęło wiele mie­sięcy. Gdyby ciotka chciała nam coś zapro­po­no­wać, dawno by to zro­biła, a nawet nie wysłała odpo­wie­dzi.

- Może się zasta­na­wia? - Kate pró­bo­wała się zła­pać jakiej­kol­wiek nadziei. Popra­wiła nie­sforne rude loki i, jak zwy­kle w takich momen­tach, spoj­rzała z podzi­wem na piękne jasne włosy sio­stry. Ukła­dały się ele­gancko nawet po spa­ce­rze w wietrzny dzień. Kate nie zdo­łała dowieźć schlud­nej fry­zury powo­zem na swój pierw­szy bal.

- Nie sądzę - wes­tchnęła Ame­lia. - Ciotka jest zde­cy­do­waną kobietą, szybko podej­muje decy­zje. Oba­wiam się, że będziemy musieli pora­dzić sobie sami. Mam tylko nadzieję, że tata coś wymy­śli - dodała, ale w jej gło­sie nie było zwy­kłej pew­no­ści.

- Na to jest już za późno. - Kate porzu­ciła sta­ra­nia, by poszu­ki­wać w ich sytu­acji dobrych stron. Szkoda jej było czasu na próby zna­le­zie­nia cze­goś, co nie ist­nieje. - Długi są zbyt wiel­kie - powie­działa poważ­nym tonem. - Jesz­cze rok temu, gdyby ojciec opa­mię­tał się w porę, była szansa na ratu­nek. Teraz nic nie można zro­bić. Pie­nię­dzy już wcale nie mamy, a co gor­sza, sły­sza­łam, jak służba plot­ko­wała, że umowa dzier­żawna też jest zasta­wiona. Z czego oddamy długi?

To pyta­nie, powta­rzane w tym domu od kilku mie­sięcy, znów pozo­stało bez odpo­wie­dzi.

- Myślisz, że hra­bia Can­ten­dorf wie o wszyst­kim? - zapy­tała Ame­lia, a jej szare oczy roz­sze­rzyły się ze stra­chu na samo wspo­mnie­nie wła­ści­ciela dworu. Dzier­ża­wili od hra­biego posia­dłość, las, łąki, pola i obszerny dom. Od jego decy­zji zale­żał los rodziny. A nie było powodu, by przy­pusz­czać, że Alek­san­der Can­ten­dorf wykaże się zro­zu­mie­niem wobec zale­gło­ści finan­so­wych pana Mil­tona. Miał opi­nię spra­wie­dli­wego, ale suro­wego czło­wieka.

Ame­lia widy­wała go rzadko i zawsze potem długo opa­no­wy­wała drże­nie kolan. Hra­bia naj­czę­ściej pędził przez pola na swoim ciem­nym rumaku pochy­lony, sku­piony, mroczny. I wielki - jak wszystko, co go doty­czyło. Wiel­kie nazwi­sko, ogromny zamek, roz­le­głe posia­dło­ści, wyso­kie dochody, bar­dzo zła sława.

Ame­lia wcale się nie dzi­wiła, że jego żony tak krótko żyją. Ona umar­łaby chyba na samą myśl o choćby jed­nej spę­dzo­nej z nim nocy.

Na doda­tek ta skó­rzana ręka­wica wiecz­nie skry­wa­jąca dłoń. Kto wie, co się pod nią znaj­duje?...

- Sądzę, że tak. - Głos Kate wyrwał ją z zamy­śle­nia. - Tutaj nic się przed nim nie ukryje. Podej­rze­wam, iż tylko przy­go­to­wa­niom do pogrzebu zawdzię­czamy fakt, że jesz­cze mamy dach nad głową.

Ame­lia odło­żyła cero­waną sukienkę. Usia­dła na sze­ro­kim para­pe­cie okna i przy­tu­liła twarz do szyby. Była bar­dzo blada. W zimie kilka razy cho­ro­wała. Oszczęd­no­ści na ogrze­wa­niu powo­do­wały nawroty cięż­kiego prze­zię­bie­nia. Teraz pogoda była znacz­nie łaskaw­sza, ale zmar­twie­nie, jakie cią­żyło nad całą rodziną, nie pozwa­lało Ame­lii cał­ko­wi­cie wró­cić do sił. Mimo wyczer­pa­nia cho­robą wciąż była piękna. Deli­katna, uro­cza blon­dynka. Z cie­niutką talią, zgrab­nymi sto­pami i miłą twa­rzą oto­czoną kaskadą pro­stych, jasnych wło­sów.

- Powie­dzia­łam o wszyst­kim Alfre­dowi - zwie­rzyła się sio­strze.

- Dobrze zro­bi­łaś - odparła Kate. - Zresztą jego rodzice na pewno od dawna są zorien­to­wani w sytu­acji. To, że wciąż nas odwie­dza, dosko­nale o nim świad­czy. Widać kocha cię bez względu na wszystko.

- Tak - roz­pro­mie­niła się Ame­lia, a na jej bla­dej twa­rzy poja­wił się rumie­niec. - On jest bar­dzo dobry. Chciałby, żeby­śmy się pobrali już tego lata. Ja go powstrzy­muję, ponie­waż boję się iść z taką nowiną do naszych rodzi­ców. Skąd wezmą pie­nią­dze na przy­ję­cie weselne, wyprawę czy choćby tylko odpo­wied­nie ubra­nie? O posagu nawet już nie marzę. Och, Kate, na wszystko jest już za późno... A jeśli jego ojciec się nie zgo­dzi... Ostat­nio zacho­wuje się w sto­sunku do mnie z coraz więk­szym dystan­sem.

- Uspo­kój się. - Kate pode­szła do sio­stry i przy­tu­liła ją mocno. - Sprawy się jakoś ułożą. Zro­bimy skrom­niej­szy poczę­stu­nek...

- Za co? Prze­cież my nie mamy już nic! - prze­rwała jej gwał­tow­nie Ame­lia. - Nie mogę żądać od Alfreda, żeby brał wszyst­kie wydatki na sie­bie. Jak potem spoj­rza­ła­bym jego rodzi­nie w oczy? Jesz­cze dwa lata temu nasza sytu­acja była podobna, teraz wszystko się zmie­niło. Ja jestem nędzarką, a on wciąż synem sza­no­wa­nego, zamoż­nego oby­wa­tela. Dla­czego ojciec zajął się inte­re­sami? - zakoń­czyła z żalem.

To pyta­nie rów­nież czę­sto gościło w domu Mil­to­nów. Wypo­wia­dane było jed­nak znacz­nie ciszej i wyłącz­nie pod nie­obec­ność pana domu.

- Dopóki tylko admi­ni­stro­wał dwo­rem i gospo­dar­stwem, sprawy szły bar­dzo dobrze. Na tym się przy­naj­mniej zna - cią­gnęła Ame­lia.

- Chciał wię­cej - odparła Kate. - Tak mówi mama. Podobno wszy­scy męż­czyźni są tacy. Niczego nie potra­fią doce­nić i zawsze chcą wię­cej.

- Dla­czego nikt go nie powstrzy­mał? - Broda Ame­lii zaczęła się trząść. Kate przy­gar­nęła sio­strę do sie­bie. - Inte­resy w mie­ście to za trudna sprawa dla takiego pro­sto­li­nij­nego czło­wieka jak nasz tata. Każ­demu ufa, wszę­dzie widzi dobre oka­zje i wciąż żyje mrzon­kami, że jesz­cze jedna próba i odbije się od dna. Teraz jest już za późno na odwrót.

- Tylko jeden czło­wiek mógłby nam pomóc - wes­tchnęła Kate. - Dla niego to takie pro­ste. Nawet by nie zauwa­żył róż­nicy w finan­sach, gdyby nam daro­wał dług. Hra­bia jest prze­cież tak bar­dzo bogaty...

Ame­lia tylko wes­tchnęła. Miała dopiero dzie­więt­na­ście lat, ale już wie­działa, że życie w ten spo­sób nie działa. Hra­bia nie spra­wiał wra­że­nia dobro­dusz­nego wujaszka, który lubi robić miłe nie­spo­dzianki. Wyglą­dał raczej na groź­nego męż­czy­znę, z tych, co bez opo­rów biorą wszystko, czego zapra­gną, i ni­gdy się nie litują.

- Może mogły­by­śmy wcale nie iść na ten pogrzeb? - Ame­lia odrzu­ciła repe­ro­waną sukienkę. - Ta szmatka i tak do niczego się nie nadaje. Naro­bimy sobie tylko wstydu.

- Ojciec nie pozwoli nam zostać w domu - odparła Kate łagod­nie. - Musi teraz dbać o dobre sto­sunki z hra­bią.

- Ach! Co za bzdura! Can­ten­dorf nas prze­cież nawet nie zauważy. Kim są dla niego dwie biedne panny w sta­rych ubra­niach i z wła­sno­ręcz­nie uło­żo­nymi fry­zu­rami? Szarą masą.

Kate przy­tu­liła ją jesz­cze raz. Sio­stra nie zasłu­gi­wała na taki los. Była pogodną, pra­co­witą dziew­czyną, która każ­demu sta­rała się pomóc. Wycho­wana w miło­ści odda­wała innym dobre emo­cje z nawiązką. Zako­chała się szcze­rze i całym ser­cem. Wza­jemne uczu­cie łączyło ich z Alfre­dem już długo. W nor­mal­nej sytu­acji byliby już pew­nie po ślu­bie. Ale Kate nie miała dobrych prze­czuć. Cokol­wiek mówił Alfred na temat ich wspól­nych pla­nów, to jed­nak jego wizyty były ostat­nio coraz rzad­sze i krót­sze.

Bieda ma moc lodo­wa­tej wody. Stu­dzi naj­więk­szy nawet żar, nie­stety.

- Nie płaczmy już. - Ame­lia się ock­nęła. - Skoro nie ma wyj­ścia, skończmy te nie­szczę­sne sukienki i zabie­rajmy się do pracy. Jesz­cze sporo rze­czy dzi­siaj do zro­bie­nia. Przed domem posiały się pier­wiosnki. Trzeba je prze­sa­dzić bli­żej, tuż pod okna. Niech będzie przy­naj­mniej pięk­nie, skoro nie może być spo­koj­nie i szczę­śli­wie.

- Jesz­cze ktoś zoba­czy, że pra­cu­jemy jak chłopki, i mama będzie zła - powie­działa Kate.

- Wło­żymy far­tu­chy. Z daleka można nas będzie wziąć za poko­jówki, a zanim ktoś pod­je­dzie bli­żej, uciek­niemy. Chodź. Trzeba sobie radzić, w prze­ciw­nym razie to my uschniemy jak żona hra­biego.

- Wie­rzysz w te suchoty? - Kate spoj­rzała na sio­strę.

- Nie wiem, może to prawda. Ludzie róż­nie mówią.

- Ja sta­wiam na wiedźmę Alice. Była przy każ­dej śmierci. Jest zie­larką. Dobrze wiesz, że każ­dego potrafi ule­czyć. Nawet pastor, choć ofi­cjal­nie ją wyklął, ponoć kazał ją spro­wa­dzić tej nocy, kiedy go ciężka nie­moc zdjęła. Wiedźma mu pomo­gła. A żonom hra­biego ni­gdy.

- Ona nie jest praw­dziwą wiedźmą - popra­wiła ją sio­stra. - Ludzie tylko ją tak nazy­wają ze stra­chu. I lepiej o niej nie wspo­mi­naj. - Ame­lia chyba też się bała. - To spro­wa­dza nie­szczę­ście.

- Musia­łaby mieć w tym jakiś inte­res. - Kate nie przej­mo­wała się ostrze­że­niami sio­stry. - Gło­wię się nad tą zagadką już od dawna i nic nie rozu­miem.

- Mądrzejsi od cie­bie też nie dają rady. Lepiej daj sobie spo­kój i chodź ze mną upo­rząd­ko­wać salon. Jutro pogrzeb, zje­dzie się mnó­stwo ludzi. Nie wia­domo, kto nas odwie­dzi. Nie musi cały świat od razu wie­dzieć, że nie mamy służby.

Kate kiw­nęła głową. Pochy­liły się nad szy­ciem, a potem pobie­gły do kolej­nej pracy. Ame­lia skru­pu­lat­nie przy­kła­dała się do swo­ich zajęć, ale jej sio­stra myślami była gdzie indziej. W sma­ga­nym wia­trem sta­rym zamku.

Rozdział 2

Następ­nego dnia słońce grzało łagod­nie, a znad oko­licz­nych wzgórz wiatr niósł ożyw­czy zapach wio­sny. Wszystko wokół budziło się do życia. Trawa z sza­leń­czym pośpie­chem zaj­mo­wała kolejne poła­cie pól, liście pchały się na zewnątrz, a pierw­sze kwiaty zakwi­tły tak szybko, jakby uczest­ni­czyły w waż­nym wyścigu, łapiąc cenne pro­mie­nie sło­neczne, zanim poszy­cie znów pogrąży się w cie­niu nowo ulist­nio­nych drzew.

Tylko w jed­nym miej­scu ten festi­wal życia zda­wał się nie ist­nieć. Na pięk­nym pół­ko­li­stym zam­ko­wym podwó­rzu stał zaprzęg sze­ściu koni. Były czarne niczym myśli znaj­du­ją­cego się obok hra­biego, który w ide­al­nie skro­jo­nym sur­du­cie pil­no­wał, by wszystko prze­bie­gało zgod­nie z pla­nem i tra­dy­cją, jaka wytwo­rzyła się w ciągu ostat­nich lat. Orga­ni­za­cja pogrzebu pani domu powoli sta­wała się rutyną i obra­stała w rodzinne zwy­czaje.

Uro­czy­sto­ści pogrze­bowe miały się odbyć w kaplicy poło­żo­nej po dru­giej stro­nie zam­ko­wego wzgó­rza, nie­da­leko miej­sco­wego cmen­ta­rza. Tam też znaj­do­wał się rodowy gro­bo­wiec Can­ten­dor­fów.

Przy­było mnó­stwo osób. Oko­liczna śmie­tanka towa­rzy­ska, krewni z dale­kich stron, sąsie­dzi, miesz­kańcy wio­sek i wielu gapiów. Chłopi w naj­lep­szych nie­dziel­nych ubra­niach, tłum żebra­ków z sąsied­nich wio­sek. Bra­ko­wało tylko wiedźmy, jak nazy­wano tę wiecz­nie młodą, bar­dzo groźną i tajem­ni­czą istotę żyjącą poza spo­łe­czeń­stwem. Wyklętą, ale jed­no­cze­śnie sza­no­waną nie­mal jak hra­bia Can­ten­dorf. Szep­tano cza­sem, że chyba ona jedyna zdo­ła­łaby prze­trwać jako jego żona. Taki zwią­zek byłby oczy­wi­ście nie­moż­liwy. Dzie­liła ich prze­paść. Nikt nie wie­dział, ile wiedźma ma lat. Przy­była do swo­jej opie­kunki jako dziew­czynka, wycho­wała się u niej i stała młodą kobietą. Czas w tej spra­wie niczego nie zmie­niał, jakby nie miał do niej dostępu. Szep­tano, że Alice utrzy­muje kon­szachty z nie­czy­stymi mocami.

Pastor wie­lo­krot­nie ją potę­piał, gro­ził karą boską za naj­mniej­szy z nią kon­takt, ludzie splu­wali za sie­bie, kiedy się odwra­cała. Jed­nak gdy cho­ro­wało dziecko, jakaś kobieta bar­dzo pra­gnęła ciąży albo wręcz prze­ciw­nie, potrze­bo­wała szybko się jej pozbyć, ktoś poważ­nie zanie­mógł lub miał inny życiowy pro­blem, to wszy­scy ukrad­kiem wędro­wali do kamien­nego domu na zbo­czu wzgó­rza. Wyklęta znała tajemne spo­soby na życiowe kło­poty.

Nikt nie chciał być z nią w kon­flik­cie. Była silna.

Męż­czyźni jej nie lubili, choć ich fascy­no­wała. Zwłasz­cza ci wpły­wowi bali się jej mocy.

Pastor roz­po­wia­dał, że wiedźma musiała być zamie­szana w sprawy hra­biego i śmierć jego żon, bez względu na to, czy ktoś chciał słu­chać, czy też nie. Ta sprawa była dla niego sprzy­ja­jącą oko­licz­no­ścią - dzięki pomó­wie­niom pod­ko­py­wał wize­ru­nek kon­ku­ren­cji. Wie­dza i doświad­cze­nie tej kobiety źle wpły­wały na jego inte­resy.

***

Już czwarty raz w ciągu ostat­nich lat towa­rzy­szono pani na zamku Can­ten­dorf w ostat­niej dro­dze. Orszak szu­miał wymie­nia­nymi szep­tem uwa­gami, a ukrad­kowe spoj­rze­nia kie­ro­wane na hra­biego fru­wały ponad gło­wami zebra­nych niczym szyb­kie, celne strzały.

W cza­sie nabo­żeń­stwa sie­dział tuż za trumną. Krze­sło o niskim opar­ciu nie było w sta­nie zasło­nić jego sze­ro­kich ramion i ple­ców. Ciemne włosy poły­ski­wały zło­wrogo. Mocne dło­nie o dłu­gich pal­cach były zaci­śnięte na brze­gach krze­sła, uwagę zwra­cała zwłasz­cza prawa, oble­czona w ciemną skó­rzaną ręka­wicę.

Męż­czy­zna nie patrzył na sto­jącą przed nim mister­nie rzeź­bioną trumnę z wiel­kim her­bem. Spoj­rze­nie miał nie­prze­nik­nione, wzrok kie­ro­wał ku znaj­du­ją­cemu się wysoko oknu. Uka­zy­wało ono kawa­łek błę­kit­nego nieba i wolno prze­pły­wa­jącą puchatą chmurkę. Widok w swej lek­ko­ści i sie­lan­ko­wych sko­ja­rze­niach zupeł­nie nie­sto­sowny w tej sytu­acji.

Modli­twy dobie­gały końca.

Uczest­nicy wstali i powoli for­mo­wali tra­dy­cyjny orszak, w któ­rym nie było miej­sca na przy­pad­ko­wość ani nie­spo­dzianki. Decy­do­wały jak zawsze sto­pień pokre­wień­stwa z hra­bią Can­ten­dor­fem oraz posia­dane tytuły i majęt­no­ści.

Kiedy wyda­wało się, że wszy­scy już się usta­wili, nie­spo­dzie­wa­nie doszło do skan­dalu. Lady Isa­belle Adler, zamiast zająć miej­sce obok męża, który spe­cjal­nie przy­był na uro­czy­stość, jako pierw­sza pode­szła do hra­biego, by mu powie­dzieć kilka słów. Istota łączą­cych ich sto­sun­ków nie sta­no­wiła dla nikogo tajem­nicy, ale taka publiczna demon­stra­cja była zde­cy­do­wa­nie nie na miej­scu.

- Ta kobieta na zna żad­nych gra­nic - obu­rzała się szep­tem Caro­line Mil­ton. - To naj­bar­dziej nie­sto­sowne zacho­wa­nie, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Poza tym zobacz, jak ona wygląda. Suk­nia wpraw­dzie czarna, ale z naj­droż­szego jedwa­biu, uszyta z prze­py­chem, jak na dwor­skie przy­ję­cie. A ten dekolt...

- Nic tutaj nie jest tak, jak być powinno - odparł jej mąż sta­now­czo i pocią­gnął mał­żonkę w bez­piecz­niej­sze rejony, jakby się bał, że duch odwagi oraz braku skru­pu­łów uno­szący się nad lady Adler niczym zapach dro­gich per­fum prze­nie­sie się także, nie daj Boże, na jego żonę. I tak już nie mógł z nią zna­leźć wspól­nego języka.

Zanim się odwró­cił, zdą­żył jed­nak zer­k­nąć na ów wspo­mniany dekolt. Wart był grze­chu. Szybko pocią­gnął mał­żonkę dalej i popra­wił kape­lusz. Poki­wał głową nad nie­spra­wie­dli­wo­ścią losu, który jed­nym sypie dary hoj­nie, a innym odbiera nawet dach nad głową, po czym moc­niej przy­ci­snął do boku chude ramię żony. Kilka głę­bo­kich wde­chów pozwo­liło mu nieco uspo­koić emo­cje.

Kiedy wszy­scy wyszli na dzie­dzi­niec przed kaplicą, znów powi­tało ich słońce. Wio­sna nade­szła na dobre. Cały świat tęt­nił życiem. Buj­nym, dorod­nym, rwą­cym się ku górze. Strasz­nie było myśleć, że tuż obok w drew­nia­nej trum­nie leży mło­dziutka kobieta, która jesz­cze nie tak dawno prze­kra­czała progi tej samej kaplicy jako pełna wdzięku, drżąca i deli­katna przy­szła żona hra­biego.

Co on jej zro­bił? - to pyta­nie wisiało nad orsza­kiem niczym całun pogrze­bowy. Tylko w pierw­szych rzę­dach, ufor­mo­wa­nych przez przed­sta­wi­cieli naj­bar­dziej sza­no­wa­nych rodzin w hrab­stwie, pano­wała cisza prze­ry­wana z rzadka dys­kret­nymi, uprzej­mymi uwa­gami. Śro­dek orszaku, wypeł­niony zamoż­nymi rodzi­nami szla­chec­kimi, oraz koniec, zło­żony z oko­licz­nych miesz­kań­ców, a także zwy­kłych gapiów, szu­miały niczym wio­senny sad pełen psz­czół.

Wyraź­nie dał się zauwa­żyć brak mło­dych dziew­cząt. Tylko w ostat­nich rzę­dach poja­wiały się jasne głowy panien zbyt ubo­gich, by się oba­wiać jakich­kol­wiek zaku­sów ze strony moż­nego pana.

Kate i jej sio­stra, jako jedne z nie­licz­nych wyjąt­ków, znaj­do­wały się w środku orszaku. Ich ojciec dzier­ża­wił od hra­biego Can­ten­dorfa dwór i naj­więk­szy fol­wark. Z tego względu rodzina loko­wała się na dobrej pozy­cji spo­łecz­nej, choć zmiana tego stanu rze­czy była kwe­stią dni.

- Pod­czas pogrzebu kolej­nej hra­biny będziemy szły na samym końcu - wyszep­tała Kate, pochy­la­jąc głowę w stronę sio­stry. Nie było to odkryw­cze spo­strze­że­nie. Wypo­wie­działa gło­śno obawę, która nie­ustan­nie zaprzą­tała głowy wszyst­kich człon­ków rodziny.

- Skąd wiesz? Może następna żona hra­biego dożyje setki, a w tym cza­sie tata spłaci długi i wypro­stuje swoje inte­resy? - zapy­tała Ame­lia z nadzieją.

- Nikt nie daje przy­szłej pani na zamku wię­cej niż rok - powie­działa twardo Kate, znacz­nie ciszej, bo matka odwró­ciła głowę i zna­czą­cym syk­nię­ciem skar­ciła córki.

Spoj­rze­nie Ame­lii było prze­peł­nione lękiem. Nawet ona, uro­dzona opty­mistka, która wszę­dzie sta­rała się dostrze­gać dobre strony, musiała przy­znać, że sytu­acja jest bar­dzo poważna.

Kate wzięła sio­strę pod ramię i przy­tu­liła się do niej.

- Wiesz, że tata chce wyko­rzy­stać oka­zję i poroz­ma­wiać dzi­siaj z hra­bią na temat kolej­nego prze­dłu­że­nia ter­minu zapłaty czyn­szu? - zapy­tała Ame­lia.

- O Boże! - zawo­łała Kate. - Chyba osza­lał. Na pogrze­bie o inte­re­sach?

Tym razem ojciec obej­rzał się z surową miną i dziew­czyny zamil­kły posłusz­nie.

Szły, a wokół nich robiła się dziwna pustka. Jakby złe wie­ści już się roze­szły i zmro­ziły atmos­ferę. Mło­dzi męż­czyźni nie pod­cho­dzili, by zamie­nić choćby kilka uprzej­mych słów. Dziew­cząt pra­wie nie było. Star­sze kobiety trzy­mały się w zwar­tych grup­kach.

Tylko matka plot­ko­wała pół­gło­sem z naj­bliż­szą sąsiadką na temat moż­li­wych przy­czyn śmierci mło­dej pani na zamku Can­ten­dorf. Kate z drże­niem wsłu­chi­wała się w słowa: "Zamę­czył ją, znisz­czył, po pro­stu zamor­do­wał...".

Hra­bia, nie­wi­doczny z tego miej­sca, szedł na czele orszaku. Co myślał? Tego Kate nie potra­fiła sobie wyobra­zić. Bała się go z wielu powo­dów. Wzbu­dzał respekt wynio­słym sty­lem bycia oraz ponu­rym spoj­rze­niem, a jego burz­liwe życie mał­żeń­skie sta­no­wiło nie­wy­czer­pane źró­dło roz­ma­itych domy­słów. Kate oba­wiała się go także z tego powodu, że trzy­mał w dło­niach los całej jej rodziny. W każ­dej chwili mógł im wypo­wie­dzieć umowę dzier­żawy i zażą­dać zale­głych należ­no­ści.

Gdzie się wtedy podzieją? Co się z nimi sta­nie? Ani ojciec, ani matka nie potra­fili zna­leźć odpo­wie­dzi na te pyta­nia. Dzie­siątki listów pły­nęły do bliż­szej i dal­szej rodziny, lecz żadne dobre wie­ści nie nad­cho­dziły. Brak pomocy krew­nych ozna­czał degra­da­cję spo­łeczną i prze­kre­śle­nie jakich­kol­wiek szans dziew­cząt na dobre zamąż­pój­ście.

Kate nie mar­twiła się tym aż tak bar­dzo. Mał­żeń­stwo postrze­gała tro­chę ina­czej niż jej roman­tyczna sio­stra. Ame­lia, jesz­cze zanim poznała swo­jego narze­czo­nego, długo skry­cie marzyła o tajem­ni­czych bru­ne­tach, boga­tych dzie­dzi­cach i odmia­nie losu. Kate raczej trzeźwo patrzyła na świat.

Widziała, jak wiele kobiet zaci­ska usta i uśmie­cha się uprzej­mie, kiedy ich mężo­wie plotą nie­wia­ry­godne bzdury. Udaje, że nie widzi zdrad, oszustw, nie­umie­jęt­nego gospo­da­ro­wa­nia pie­niędzmi, a cza­sem także zwy­kłej głu­poty. A histo­ria czte­rech pań na zamku Can­ten­dorf, choć wyjąt­kowa, potwier­dzała tylko tezę, że mał­żeń­stwo nie zawsze jest dla kobiety naj­lep­szym wyj­ściem.

Jesz­cze nie tak dawno wszy­scy oko­liczni miesz­kańcy stali przed kościo­łem, by cho­ciaż przez chwilę zer­k­nąć na uro­czą pannę młodą. Świat zda­wał się leżeć u stóp. Piękna, z dobrej rodziny, wycho­dziła za mąż za przy­stoj­nego majęt­nego męż­czy­znę - wła­ści­ciela nie­zwy­kłego zamku. Wszy­scy mieli nadzieję, że tym razem się uda. Szczę­śliwe mał­żeń­stwo prze­trwa.

Tym­cza­sem dzi­siaj odby­wał się jej pogrzeb. Jakie tajem­nice zabrała ze sobą?

Rodzina mło­dej hra­biny szła razem, two­rząc zwarty szyk i zde­cy­do­wa­nie dystan­su­jąc się do osoby zię­cia. Mieli do niego żal. Nawet dba­łość o pozory, wspólne inte­resy czy dobre imię rodziny nie były w sta­nie skło­nić ich do oka­za­nia niczego prócz pod­szy­tej ark­tycz­nym lodem uprzej­mo­ści. Nikt im się nie dzi­wił. Ich cier­pie­nie było wyraź­nie widoczne.

Ale żadne słowo skargi publicz­nie nie padło z ich ust.

Hra­biemu nie można było niczego zarzu­cić. Wio­sna to czas cho­rób. Suchoty o tej porze roku czę­sto zbie­rały krwawe żniwo. Nie chro­niły przed nimi ani pozy­cja spo­łeczna, ani grube mury zamku. Cza­sem nawet zwy­kłe prze­zię­bie­nie zamie­niało się pod­stęp­nie w zapa­le­nie płuc i koń­czyło tra­gicz­nie. Nikt nie mógł mieć pre­ten­sji, hra­bia zro­bił ponoć wszystko, co trzeba było, by rato­wać zdro­wie i życie żony.

Bli­scy mieli żal. Coś prze­czu­wali, podej­rze­wali, pró­bo­wali zesta­wić strzępki infor­ma­cji i zbu­do­wać z nich całą histo­rię. Nie umieli jed­nak. Zaci­skali więc tylko usta, ocie­rali mokre oczy i odwra­cali głowy. Ból zda­wał się nie do uko­je­nia.

Kiedy po zamknię­ciu rodzin­nego gro­bowca jako jedna z pierw­szych z kon­do­len­cjami do hra­biego pode­szła lady Adler, wokół zapa­no­wała pełna napię­cia cisza. Zaraz potem tłum zako­ły­sał się jak cze­sana wia­trem trawa i zaszu­miał obu­rze­niem.

- Jak mogła? - To pyta­nie, powta­rzane wiele razy, sypało się niczym grad kamieni. Trzeba było wiel­kiej siły, by pod tym ostrza­łem dum­nie pod­nieść głowę i spo­koj­nie odejść w swoją stronę. Siły lady Adler miała pod dostat­kiem.

***

Isa­belle ode­szła, sze­lesz­cząc tafto­wymi hal­kami pod­trzy­mu­ją­cymi piękną jedwabną suk­nię, po czym wsia­dła do rodo­wej karocy Can­ten­dor­fów, tej samej, którą bez skru­pu­łów, nie bacząc na pozory, przy­je­chała do kaplicy. Ruszyła w drogę, nie oglą­da­jąc się na męża. Został wraz z pozo­sta­łymi uczest­ni­kami uro­czy­sto­ści, zmu­szony tym samym do wymy­śla­nia wytłu­ma­czeń, w które i tak nikt nie wie­rzył.

- Dobrze mu tak - wyszep­tała, sta­wia­jąc smu­kłą nogę w butach z naj­lep­szej skóry na stop­niach karocy. - Gdyby miał choć tro­chę przy­zwo­ito­ści, też by się dał pocho­wać w rodzin­nym gro­bowcu. Już naj­wyż­szy czas na to. Żyje dłu­żej, niż pozwala na to pod­sta­wowa choćby przy­zwo­itość.

Wes­tchnęła głę­boko. Poczu­cie bez­sil­no­ści dopro­wa­dzało ją do szału. Męż­czyźni umie­rali na woj­nach, spa­dali z koni, bywali ranieni w poje­dyn­kach, dopa­dały ich star­cze cho­roby. A lord Adler, mimo iż pro­wa­dził bar­dzo aktywne życie i nie stro­nił od wypeł­nia­nia oby­wa­tel­skich obo­wiąz­ków, wciąż cie­szył się dosko­na­łym zdro­wiem. Chyba tylko chęć zro­bie­nia żonie na złość trzy­mała go przy życiu.

Ledwo zatrza­snęły się drzwiczki, stan­gret wsko­czył na kozioł i ruszył z kopyta. Dobrze znał żonę lorda Adlera. Lubiła szyb­kość, silne emo­cje oraz posłuszne wyko­ny­wa­nie jej roz­ka­zów. Nie zno­siła sprze­ciwu i nikomu nie dawała dru­giej szansy.

Droga nie była daleka. Cmen­tarz z rodową kaplicą znaj­do­wał się z dru­giej strony wzgó­rza, na któ­rym wzno­sił się zamek. Minęli sosnowy zagaj­nik i wje­chali na sze­roką drogę poro­śniętą przy brze­gach wie­ko­wymi dębami.

Zamek uka­zał się w całej swo­jej kra­sie. Jego wiel­kość ni­gdy nie robiła na Isa­belle spe­cjal­nego wra­że­nia. Posia­dłość Adle­rów, którą miała odzie­dzi­czyć, kiedy jej o trzy­dzie­ści lat star­szy mąż zrobi wresz­cie, co do niego należy, czyli umrze, była rów­nie impo­nu­ją­cych roz­mia­rów. Zamek Can­ten­dorf roz­ta­czał jed­nak nie­po­wta­rzalny urok. Zupeł­nie nie­po­dobny do pro­stych brył angiel­skich rezy­den­cji miał mnó­stwo wież i piękne, zakoń­czone ostrym łukiem okna. Fasada zbu­do­wana była z brą­zo­wego kamie­nia, zdo­biła ją sze­roka brama wjaz­dowa. Po dwóch stro­nach znaj­do­wały się boczne skrzy­dła, w jed­nym z nich miesz­kała Isa­belle. Sze­ro­kie kory­ta­rze, prze­stronne pokoje, obrazy i cenne meble nie robiły na niej żad­nego wra­że­nia. Lubiła tylko widok z okna.

Isa­belle miesz­kała tutaj przede wszyst­kim ze względu na Alek­san­dra. Był naj­bar­dziej nie­zwy­kłym męż­czy­zną, jakiego kie­dy­kol­wiek w życiu spo­tkała, a widziała ich naprawdę wielu.

Karoca zatrzy­mała się na pod­jeź­dzie. Isa­belle wysia­dła i pew­nym kro­kiem ruszyła w stronę głów­nego wej­ścia. Długa czarna suk­nia ukła­dała się na scho­dach w ide­alne fale, zdra­dza­jąc wprawną dłoń naj­lep­szej kraw­co­wej. Lokaj otwo­rzył drzwi i skło­nił się grzecz­nie. Jeśli zdu­miał się wcze­snym przy­by­ciem przy­ja­ciółki hra­biego, nie dał tego po sobie poznać.

Lady Adler zdjęła ręka­wiczki i odło­żyła je na sto­lik tuż przy wej­ściu. Spoj­rzała na nie z zado­wo­le­niem, po chwili jed­nak wes­tchnęła i zabrała je z powro­tem. Nie chciała wsz­czy­nać dzi­siaj otwar­tej wojny - przy­naj­mniej póki cała rodzina jest na miej­scu. Nie mogła sobie pozwo­lić na to, by mieć aż tylu wro­gów. Moment na demon­stra­cję nie był sto­sowny, dosko­nale zda­wała sobie z tego sprawę. Tylko że jej cier­pli­wość była na wyczer­pa­niu.

Młoda uzur­pa­torka, która śmiała się nazy­wać żoną hra­biego Can­ten­dorfa, jak każda z poprzed­ni­czek wyka­zała się sła­bo­ścią ducha i ciała. Wybrała tchórz­liwe wyj­ście i zacho­ro­wała. Lady Adler nie współ­czuła jej ani tro­chę. Takie cechy cha­rak­teru jak sła­bość, nie­zdol­ność do pod­ję­cia walki, deli­kat­ność według niej zasłu­gi­wały wyłącz­nie na lek­ce­wa­że­nie.

- Sama jest sobie winna - wyszep­tała, sta­jąc przed lustrem. Deli­kat­nie wycią­gnęła szpilki z kape­lu­sza, zdjęła go, po czym z przy­jem­no­ścią obej­rzała swoje pięk­nie uło­żone błysz­czące włosy i regu­larne rysy twa­rzy.

Czuła lek­kie wyrzuty sumie­nia, ale szybko je stłu­miła. Każdy ma swoje pro­blemy i musi je roz­wią­zy­wać sam. Nie miała ochoty pozwa­lać sobie na sen­ty­menty ani uda­wać, że śmierć mło­dziut­kiej hra­biny napeł­nia ją smut­kiem.

Wręcz prze­ciw­nie. Nowa sytu­acja miała według niej same pozy­tywne strony. Isa­belle weszła po scho­dach i skie­ro­wała się do swo­ich pokoi. Były one bar­dzo oka­załe, urzą­dzone z wiel­kim prze­py­chem i gustem, ale znaj­do­wały się w bocz­nym skrzy­dle zamku, w spo­rym odda­le­niu od pomiesz­czeń nale­żą­cych do człon­ków rodziny.

- Jesz­cze tydzień - wes­tchnęła kobieta - naj­wy­żej dwa. Wszystko się zmieni. Leciwe ciotki Alek­san­dra wyjadą i od tej pory wresz­cie będzie można zapro­wa­dzić swoje porządki. Żad­nych wię­cej żon. Dość ukry­wa­nia się i zacho­wy­wa­nia pozo­rów. I tak wszy­scy znają prawdę. Alek­san­der jest dosta­tecz­nie wpły­wo­wym i zamoż­nym czło­wie­kiem, by wymu­sić na miej­sco­wym towa­rzy­stwie akcep­ta­cję Isa­belle jako ofi­cjal­nej part­nerki.

***

Ledwo lady Adler znik­nęła za zakrę­tem sze­ro­kiego kory­ta­rza, służba zaczęła for­mo­wać uro­czy­sty szyk przed wej­ściem. Wszy­scy ubrani bez zarzutu, w odświętne stroje służ­bowe, sztywno wykroch­ma­lone białe koł­nie­rze i równo zapięte guziki. Tuż przy wej­ściu stała pani Ham­mond i prze­szy­wała wzro­kiem liczny per­so­nel zamku. Pia­sto­wała sta­no­wi­sko gospo­dyni, ale jej rze­czy­wi­sta wła­dza była o wiele więk­sza niż zwy­kle w takich przy­pad­kach. Hra­bia bar­dzo czę­sto liczył się z jej zda­niem i to dawało jej wielką pew­ność sie­bie. Żadne, nawet naj­mniej­sze nie­do­cią­gnię­cie się przed nią nie ukryło. Nad wszyst­kim miała kon­trolę. Wyda­wało się, że nic w tych wie­ko­wych, pięk­nych murach nie dzieje się bez jej woli. A jed­nak...

- Ta lata­wica Isa­belle weszła głów­nym wej­ściem, przez nikogo nie­anon­so­wana, jak do swo­jego domu - wyszep­tała przez zaci­śnięte zęby, tak że słowa wydo­sta­wały się na zewnątrz ze zło­wiesz­czym sykiem.

Kamer­dy­ner, do któ­rego była skie­ro­wana ta wypo­wiedź, tylko lekko ski­nął głową.

- Trzeba będzie z tym zro­bić porzą­dek.

- Tylko jak?

- Spo­sób się znaj­dzie. Dobrze wiesz, że spo­soby zawsze się znaj­dują.

- Nie na wszystko - odparła gospo­dyni i spoj­rzała na wysy­paną jasnym żwir­kiem sze­roką drogę, na któ­rej już za moment miał się poja­wić hra­bia Can­ten­dorf, jej zda­niem naj­wspa­nial­szy męż­czy­zna, jakiego kie­dy­kol­wiek nosiła zie­mia.

Znów jako wdo­wiec.

Samotny, pozba­wiony następcy. Zaci­snęła usta w wąską linię i objęła spoj­rze­niem usta­wione w rów­niu­teń­kim szyku poko­jówki. Wyglą­dały jak posągi, żadna nawet nie drgnęła. Pani Ham­mond ze zło­ścią odwró­ciła głowę. Nie miała za co ich skar­cić. Złość musiała na­dal buzo­wać w jej wnę­trzu, osią­ga­jąc nie­bez­pieczne stę­że­nie.

Sta­now­czo nale­żało w tym domu zapro­wa­dzić wresz­cie jakiś ład i porzą­dek. Jak naj­szyb­ciej skie­ro­wać myśli hra­biego ku nowemu mał­żeń­stwu, oczy­wi­ście z odpo­wied­nio wybraną kobietą. Osła­bić pozy­cję okrop­nej Isa­belle. Nie może prze­cież tak być, że kolejne żony umie­rają, nie wydaw­szy na świat ocze­ki­wa­nego potomka i nara­ża­jąc na szwank dobre imię rodziny.

Gospo­dyni wes­tchnęła, aż zachrzę­ścił sztywno wykroch­ma­lony koł­nie­rzyk. Tajem­nica, którą samot­nie dźwi­gała, cią­żyła jej coraz bar­dziej. Chciała podzie­lić się swo­imi prze­my­śle­niami z Hen­rym, naj­waż­niej­szym, tuż po niej samej oczy­wi­ście, czło­wie­kiem w tym domu. Był kamer­dy­ne­rem i bar­dzo poczci­wym męż­czy­zną. Wspie­rał ją, jak umiał, we wszyst­kich dzia­ła­niach i speł­niał jej zachcianki, ale ona ni­gdy nie mówiła mu całej prawdy - na to wyda­wał się zbyt słaby.

Pani Ham­mond wypro­sto­wała się jesz­cze bar­dziej. Przed zamek zaje­chały wła­śnie dwa oka­załe powozy. Hra­bia miał się spo­tkać z naj­bliż­szą rodziną, aby omó­wić sytu­ację. Człon­ków klanu nie było wielu: trzy nie­za­mężne ciotki. Brak dzie­dzica sta­wał się pro­ble­mem coraz bar­dziej palą­cym. Pani Ham­mond naj­le­piej wie­działa, do czego może pchnąć czło­wieka takie długo nie­speł­nione pra­gnie­nie.

Rodzice Alek­san­dra Can­ten­dorfa docze­kali się dziecka bar­dzo późno i nie zdo­łali go wycho­wać. Odrzu­ciła szybko wspo­mnie­nie tam­tej dra­ma­tycz­nej nocy, kiedy miał miej­sce trudny poród.

Cie­szyła się, że ciotki hra­biego zapo­wie­działy dłuż­szą wizytę. Była pewna, że Isa­belle nie pojawi się dzi­siaj na uro­czy­stym obie­dzie. Bo choć krewne nie dys­po­no­wały żadną prawną moż­li­wo­ścią, by wpły­wać na bra­tanka, to jed­nak cza­sem Alek­san­der liczył się z ich zda­niem. Nie lubił uda­wać przed naj­bliż­szymi, a nie mógł przed­sta­wić kochanki zgod­nie z rze­czy­wi­sto­ścią i posa­dzić na zaszczyt­nym miej­scu przy stole, choć zwy­kle je zaj­mo­wała, upar­cie wal­cząc o nie z kolej­nymi żonami. Nie rozu­miał tej gry, dla niego takie dro­bia­zgi nie miały zna­cze­nia, ale nie chciał spra­wiać przy­kro­ści ciot­kom. Wszyst­kie były bez­dzietne, dość majętne i szcze­rze kochały jedy­nego bra­tanka. Alek­san­der też je lubił. Nie był zupeł­nie pozba­wiony tej sta­łej pokusy ludzi zamoż­nych, by nie­usta­jąco pomna­żać swój stan posia­da­nia. Poza tym nie miał nikogo wię­cej na świe­cie, a podej­mo­wane do tej pory próby, by zmie­nić ten stan, koń­czyły się fatal­nie.

Służba dygnęła jak na komendę. Z powozu naj­pierw wysia­dła pulch­niutka Anna, otu­lona w sze­ro­kie zwoje cie­płego płasz­cza. Tuż za nią podą­żała szczu­pła, wynio­sła Ade­lina oraz jedyna z sióstr, która potra­fiła uśmie­chać się do służby - naj­młod­sza Edith, ubrana jak na pik­nik. Jej oka­zały kape­lusz był skan­da­lem towa­rzy­skim, suk­nia też pozo­sta­wiała wiele do życze­nia. Była sta­now­czo zbyt strojna. Za dużo fal­ban, haftu i koro­nek. Coś takiego przy­stoi mło­dej dziew­czy­nie na pierw­szym balu, a nie sza­no­wa­nej kobie­cie z oka­zji pogrzebu.

Gospo­dyni wes­tchnęła. Ciotki hra­biego nie miały łatwo, nale­żało wyka­zać się zro­zu­mie­niem.

Wiele dobrego można było powie­dzieć o krew­nych lorda Can­ten­dorfa, wymie­nia­jąc ich dobre uro­dze­nie, sta­ranne wykształ­ce­nie i roz­le­głe posia­dło­ści, jed­nak nawet przy uży­ciu całego zapasu dobrej woli trudno byłoby dopa­trzyć się w ich wyglą­dzie choćby śladu kobie­cej urody.

Weszły do środka, a gospo­dyni odpro­wa­dziła je wzro­kiem peł­nym nadziei.

Oby czas rzą­dów Isa­belle wresz­cie się skoń­czył - pomy­ślała i spoj­rzała w niebo, jakby chciała dokład­nie wyce­lo­wać swoją prośbę. Pani Ham­mond bar­dzo sobie ceniła sku­tecz­ność, ale nie modliła się czę­sto. Jej sumie­nie obcią­żała wina zbyt poważna, by kobieta mogła mieć nadzieję, że kie­dy­kol­wiek zosta­nie zmyta. Ni­gdy jed­nak swo­jego czynu nie żało­wała. Dobro Can­ten­dor­fów, a zwłasz­cza Alek­san­dra, było dla niej naj­waż­niej­sze.

***

Kate Mil­ton w mil­cze­niu przy­glą­dała się swo­jej por­cji obiadu. Płaty woło­winy były tak cien­kie, że pra­wie można było przez nie zoba­czyć dno tale­rza. Matka pró­bo­wała wpro­wa­dzić w domu pro­gram oszczęd­no­ściowy. Zwol­niono pomoc kuchenną i jej brak dawał się wyraź­nie odczuć. Wyso­kie kie­liszki do wody nie były wypo­le­ro­wane jak zwy­kle, a ziem­niaki nieco zbyt twarde. Kucharka wciąż nie mogła się przy­zwy­czaić do koniecz­no­ści samo­dziel­nego wyko­ny­wa­nia wszyst­kich czyn­no­ści.

Ame­lia cier­pli­wie gry­zła ziem­niaki i z uśmie­chem kro­iła pla­sterki mięsa, delek­tu­jąc się każ­dym kęsem. Ale Kate była zła.

- Musie­li­śmy wpro­wa­dzić parę zmian w gospo­dar­stwie... - powie­dział ojciec, widząc jej minę. Czuł, że za chwilę padną słowa, któ­rych nie miał ochoty usły­szeć.

- To widać - rzu­ciła natych­miast Kate, nie cze­ka­jąc na reak­cję matki, któ­rej z racji wieku nale­żało się pierw­szeń­stwo w roz­mo­wie.

- ...mama wyka­zuje się wielką zręcz­no­ścią i talen­tem do oszczę­dza­nia - dokoń­czył ojciec z roz­pędu i dopiero wtedy nabrał w usta powie­trza, by wyra­zić swoje obu­rze­nie postawą młod­szej córki. - Uwa­żam, że powin­naś sta­ran­niej dobie­rać słowa. Naprawdę nie rozu­miesz naszej sytu­acji? - zapy­tał.

- Sądzisz, że uda się ją zmie­nić, oszczę­dza­jąc na woło­wi­nie czy też tej mar­nej zapła­cie, jaką dawa­li­śmy pomocy kuchen­nej? - Kate jak zwy­kle natych­miast zna­la­zła kontr­ar­gu­ment i jak na razie nie zamie­rzała się zasto­so­wać do suge­stii ojca. Była zbyt wzbu­rzona.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki