Rozdział 1
- Młoda hrabina Cantendorf nie żyje. Pogrzeb odbędzie się za dwa dni. -
Taka wiadomość gruchnęła z samego rana, wywołując ogromne poruszenie w całej okolicy.
- Ktoś ją zamordował! - szeptały praczki zebrane nad strumieniem.
- Zabił z zimną krwią. - Kucharka stojąca w kolejce do rzeźnika również
nie miała żadnych wątpliwości.
- Łeb jej, konkretnie, ukręcił - mówił lokaj lorda Metcalfa, wkładając
swojemu panu marynarkę do jazdy konnej. - Wszyscy wiedzą, jak było, ale
to czyściutka robota. Hrabia to fachowiec. Nie ma się konkretnie do
czego przyczepić. Nikt złego słowa przeciw hrabiemu nie powie.
Lord Metcalf nie miał w zwyczaju komentować bieżących wydarzeń w obecności swojego lokaja, ale tego ranka nic nie działo się jak
zazwyczaj. Lord był wzburzony tak bardzo, że nie potrafił ukryć swoich
emocji.
- Przyznaję, że ta sytuacja daleka jest od tego, co zwykliśmy uważać za
stosowne - powiedział ostrożnie, po czym zamilkł, widząc, jak lokaj
pilnie wsłuchuje się w słowa swojego chlebodawcy, gotów natychmiast po
opuszczeniu pokoju powtórzyć je innym pracownikom, ubarwiając oczywiście
i interpretując po swojemu. - Dziękuję - zakończył stanowczo.
Pokręcił głową w zadumie, poprawił mankiety koszuli, odebrał od lokaja
kapelusz i szpicrutę, po czym skierował się do drzwi.
Schodził powoli po szerokich schodach rodowej rezydencji. W hallu
zauważył dwie pokojówki, które zawzięcie dyskutowały skryte w kącie za
wielką palmą.
- Podobno ją zamęczył... w łóżku. - Policzki młodej dziewczyny aż płonęły
z przejęcia. - Wyobrażasz sobie?! Taki wielki mężczyzna, przystojny... -
zawiesiła głos. Sprawiała wrażenie, jakby sama chętnie pozwoliła się
zamęczyć hrabiemu. Za każdą cenę.
- Ale kto ci o tym powiedział? - Jej koleżanka nie mogła dać wiary tym
słowom. W przeciwieństwie do towarzyszki o pożyciu małżeńskim miała
bardzo mgliste pojęcie.
- Nasza gospodyni. Taka z niej świętoszka. Za jeden marny uśmiech do
lokaja bije kijem po rękach, ale sama aż się trzęsie, kiedy słyszy
opowieści o tym, co hrabia wyprawia w sypialni.
- Co takiego... - Pytanie nie zdążyło paść. Dziewczyny zauważyły swojego
pracodawcę i natychmiast się wyprostowały, starając się przybrać
uprzejmy i w miarę możliwości opanowany wyraz twarzy.
Ukłoniły się, po czym, sugerując wielkie zaangażowanie w obowiązki,
zaczęły energicznie wycierać kurze. Lord westchnął. Nie miał siły
denerwować się tym widokiem, choć nienawidził plotkowania. Dzisiaj
jednak nic nie mógł na to poradzić - wszyscy i tak mówili teraz tylko o zmarłej żonie hrabiego. Tego nie dało się uniknąć.
Nagle zatrzymał się tknięty niedobrą myślą. Stracił ochotę na
przejażdżkę. Rzucił szpicrutę na ciemną dębową komodę i szybkim krokiem
wrócił na piętro. Skierował się w prawo, ku pięknym białym drzwiom.
Zapukał delikatnie, po czym, usłyszawszy zaproszenie, szybko wszedł do
małego salonu, gdzie żona zwykle piła poranną herbatę lub pisała listy.
- Dzień dobry - przywitał się.
Na jego widok lady Margaret podniosła głowę. Była zaskoczona i niezbyt
zadowolona z tej niespodziewanej wizyty, ale doskonałe wychowanie, jakie
odebrała w młodości, było jak automatycznie reagujący system, działający
sprawnie w każdej sytuacji. Uprzejme zainteresowanie szybko odmalowało
się w jej pięknych ciemnych oczach, a towarzyszący mu ciepły uśmiech
sprawiał wrażenie w pełni szczerego.
Lord Metcalf podszedł do żony, po czym pocałował ją w policzek.
- Czy nasza córka już wstała? - zapytał.
- Nie - odparła lady Metcalf i poczuła zimny dreszcz złego przeczucia. -
Jeszcze śpi - dodała.
- Obudź ją, proszę, i powiedz, że czekam w bibliotece. - Ton wypowiedzi
lorda był bardzo stanowczy.
- Nie będziesz dzisiaj jeździł konno? - zapytała lady Margaret, grając
na zwłokę. Bała się, że mąż wyjdzie, niczego nie wyjaśniając, jak to
miał w zwyczaju często czynić.
- Są ważniejsze sprawy - powiedział. Choć jego głos brzmiał spokojnie,
to jednak gestykulacja oraz nierówny krok, jakim przemierzał pokój,
świadczyły o sporym wzburzeniu. - Słyszałaś pewnie najnowsze wieści? -
zapytał, najwyraźniej decydując się jednak na dłuższą rozmowę z żoną.
- Tak. Marta opowiedziała mi rano, co się wydarzyło. Całe miasteczko
mówi tylko o tym. Ale co ma z tym wspólnego nasza córka? - zapytała
odruchowo, po czym mocno się zaniepokoiła, zanim jeszcze mąż zdążył
udzielić jej odpowiedzi. - Nie sądzisz chyba, że hrabia znów będzie
szukał żony?! - zawołała. - Przecież jest żałoba. Potrzebuje czasu...
- Czasu... - Jej mąż pogardliwie wzniósł oczy, jakby chciał sprawdzić, czy
niebiosa widzą, do jakiego poziomu musi się zniżać, by nawiązać kontakt
ze swoją piękną, posażną, ale niezbyt bystrą żoną. - Ostatnim razem
hrabia Cantendorf dokonywał przeglądu kandydatek już na pogrzebie. Teraz
też tak będzie.
Lady Metcalf milczała. Dobre maniery uniemożliwiały jej wypowiedzenie
tego, co naprawdę myślała. Nigdy nie była z mężem w tak przyjacielskiej
zażyłości, by się zdobyć na szczerość. Nie umiała teraz przyjąć pozycji
partnera, by jasno wyłożyć swoje argumenty. Nawyki okazały się zbyt
silne. Matka przez całe życie uczyła ją grać słodką, opanowaną, dobrze
ułożoną panienkę i tak już zostało. Pomogło jej to dobrze wyjść za mąż,
ale blokowało nawiązanie prawdziwej relacji z lordem Metcalfem.
- Po co się narażać na niepotrzebne komplikacje? - Mąż mówił do niej,
ale patrzył w inną stronę. Należało przypuszczać, że nie oczekiwał
odpowiedzi. - Dobrze wiesz, że Aleksander Cantendorf może wszystko. Od
lat nie liczy się z opinią ludzi. Co zrobimy, jeśli poprosi o rękę
Emilii? - Spojrzał wreszcie na Margaret, ale zanim zdążyła otworzyć
usta, sam odpowiedział na swoje pytanie: - Nie możemy sobie pozwolić na
to, by odmówić i narazić się na jego gniew. A oddać mu córkę to jak
wydać na nią wyrok.
- Wiem... - Żona gorączkowo poszukiwała jakiegoś argumentu, który mógłby
uchronić ich ukochaną jedynaczkę przed opuszczeniem domu. - Ale czy
jesteś pewien, że zagrożenie jest realne? Może jednak hrabia wybierze
kogoś innego? - zapytała bez przekonania.
Wobec tych słów lord Metcalf z trudem zachował spokój.
- Dobrze wiesz - zawołał - że nasza Emilia to jedyna panna w całym
hrabstwie, która ma odpowiednią pozycję i posag. Inne są za młode albo
już je złożono w rodzinnym grobowcu Cantendorfów! - wzburzył się.
Nie lubił rozmawiać z kobietami. Konieczność tłumaczenia spraw
oczywistych szybko wyczerpywała jego cierpliwość. Miał świadomość, że
trochę przesadza, jeszcze kilka panien by się znalazło, gdyby dobrze
poszukać, ale emocje wzięły górę nad rozsądkiem.
- Masz rację. - Żona, widząc jego wzburzenie, postanowiła obrać inną
taktykę. Uśmiechnęła się, a lord poczuł, że napięcie się zmniejszyło. -
Ale przecież nie trzeba się tak bardzo spieszyć - powiedziała łagodnie.
- Nawet hrabia Cantendorf musi pamiętać o dobrym wychowaniu i stosować
się do norm towarzyskich.
- Musi?! - zawołał mąż, znów podnosząc głos o kilka tonów wyżej, niż
wypadało. - Dlaczego kobiety nic nie rozumieją? - zapytał, po czym
odruchowo rozejrzał się po pokoju, jakby chciał znaleźć towarzysza
rozmowy wystarczająco inteligentnego, by mu udzielił odpowiedzi.
Nikogo jednak nie było. Jedynym rozmówcą, jakim dysponował, była jego
żona. Piękna kobieta z przestrachem wypisanym na twarzy i oczami po
brzegi wypełnionymi brakiem zrozumienia.
- On się z niczym nie musi liczyć - denerwował się lord. - Dobrze o tym
wiesz. Gdyby miał choć trochę przyzwoitości, już dawno wyprawiłby lady
Adler do męża. Ona mieszka w zamku już od lat. Siedzi przy stole, prawie
czyni honory pani domu. To przecież największy skandal w okolicy. Co na
to twoje dobre wychowanie? - zapytał szyderczo. - Czy hrabia się z nim
liczy?
W pokoju zapanowało milczenie. Margaret nie odpowiedziała. W kręgach
dobrze urodzonych kobiet lady Adler nie istniała. Nie zapraszano jej na
herbatki, sąsiedzkie spotkania ani uroczyste bale. Nie mówiono o niej, a przynajmniej nie wprost i nie publicznie. Mąż, wyciągając na światło
dzienne tę żenującą sytuację tak otwarcie, wykazał się wielkim brakiem
taktu. Teraz jednak nie było czasu, by zwracać mu uwagę.
- Nie liczy się z niczym. - Lord Metcalf odpowiedział sobie sam. - Bo
dobrze wie, że cokolwiek zrobi, nikt nie odważy się wejść z nim w otwarty konflikt. Może mieszkać z lady Isabelle, jak długo tylko zechce.
Jego pozycja gwarantuje mu nietykalność. Każdy by tak chciał - dodał na
koniec, a lady Margaret wolała nie pytać, który z dwóch przywilejów
utytułowanego sąsiada jest bardziej kuszący dla jej męża. Mieszkanie z tą bezwstydnicą, której żadna uczciwa kobieta nie poda ręki, czy też
całkowita wolność dokonywania wyborów.
Milczała. Nie dlatego, że brakowało jej inteligencji, by wyciągnąć
wnioski, jak się wydawało jej mężowi, ale z obawy przed ryzykiem. Była
świadoma, jakie konsekwencje może mieć jedno niewłaściwie dobrane słowo.
Mąż wyjdzie z pokoju, a ona niczego więcej się nie dowie.
Spojrzała na lorda w napięciu. Nie musiała pytać, od razu wiedziała, że
jej mąż ma już gotowy plan.
- Twoja matka potrzebuje towarzystwa - rzekł stanowczo Metcalf, a ona
tym razem nie zdołała opanować emocji.
- Nie! - zawołała, przyciskając dłonie do policzków. - Dlaczego akurat
moja mama? To bardzo daleko.
- Zasługuje na wszystko, co najlepsze - rzekł lord i nawet doskonałe
wychowanie nie zdołało zatuszować obłudy dźwięczącej w jego głosie. - A Emilia nabierze ogłady, przebywając trochę z babką - zakończył
stanowczo.
- Jak długo? - zapytała cicho.
- Pół roku - zawahał się. - Może więcej. Czas pokaże. Nie martw się, to
tylko kilka miesięcy, szybko minie. Właściwie to nawet nie musisz budzić
naszej córki. Niech wypocznie przed podróżą. Ja wszystko zorganizuję.
Machinalnie pocałował żonę w policzek, choć w jego przypadku nie był to
gest wynikający z uczucia, a jedynie ze stałych rytuałów, nad którymi
się nie zastanawiał. Uznał sprawę za załatwioną. Wyszedł do biblioteki,
wezwał lokaja, po czym zabrał się do pisania uprzejmego listu do
teściowej. Nie przepadał za nią, ale dzisiaj potrzebował jej pomocy. Był
pewien, że ją otrzyma. Dobro rodziny stanowiło dla wszystkich wartość
nadrzędną, a ono wymagało, by Emilia jak najszybciej opuściła ten dom.
Nikt nie mógł sobie pozwolić na to, by wejść w konflikt z hrabią
Cantendorfem.
Zawahał się tylko przez chwilę. Spojrzał w okno na widoczne w oddali
urokliwe wzgórza. Posiadłości majętnego sąsiada nie było stąd widać. Ale
lord dobrze ją znał w każdym szczególe. Lasy i łąki, liczne wsie,
potężny wiekowy zamek oraz domy w Londynie. O sumach zgromadzonych w banku wolał już nie myśleć, bo i bez tego zaczynało mu się kręcić w głowie, a coraz bardziej natrętna myśl nieprzyjemnie świdrowała jego
mózg...
A gdyby tak zaryzykować? Przecież nie zostawiliby Emilii samej... Mogliby
nawet codziennie ją odwiedzać. Pilnować jej bezpieczeństwa. Wysłać do
zamku ze sztabem zaufanych służących i dam do towarzystwa, by chroniły
swoją panią we dnie i w nocy. Z plotek wynikało, że ochrona jest
potrzebna zwłaszcza w nocy.
Taki majątek - rzecz nie do pogardzenia. A sam hrabia przecież też jest
mężczyzną przystojnym, można podejrzewać, że doskonale radzącym sobie w kontaktach z kobietami.
W męskim gronie zachowywał się jak człowiek rozsądny, o dużej ogładzie i szerokich horyzontach myślowych. Sprawić, by młodziutka płocha Emilia
zakochała się w nim do utraty tchu, wydawało się najprostszą rzeczą na
świecie. Wystarczyłby niewielki wysiłek.
Co się dzieje z jego żonami? - Lord wstał i zaczął się przechadzać po
pokoju. - Dlaczego umierają?
To była zupełnie nieprawdopodobna historia. Nie wierzył w opowieści o morderstwach - aż tak bezkarny nie był nawet hrabia Cantendorf. Ani tak
głupi. Wiele razy odwiedzał go szef policji, rzekomo z uprzejmą wizytą.
Sprawdził dokładnie okoliczności każdej śmierci. Zawsze istniało
niepodważalne wyjaśnienie. Dwa razy panie Cantendorf przenosiły się na
tamten świat z powodu komplikacji okołoporodowych, raz przyczyną śmierci
było zapalenie płuc, a w ostatnim przypadku ponoć suchoty. Poza tym
żadna z rodzin nie złożyła formalnej skargi na hrabiego. Wszyscy
milczeli. Liczba plotek była wprost proporcjonalna do zaciętości, z jaką
zainteresowani zaciskali usta, kiedy słyszeli jakiekolwiek pytania.
Ale może Emilia da sobie radę? - Gwałtownie potarł czoło zroszone
maleńkimi kropelkami potu. - Może przegoni lady Adler? Urodzi
wymarzonego dziedzica? Stanie się pierwszą damą w całej okolicy? Wniesie
do rodziny splendor i bogactwo, jakich nigdy dotąd jej bliskim nie udało
się osiągnąć?
Rozmarzył się na moment, ale szybko przypomniał sobie blade oblicza
poprzednich pań na zamku Cantendorf. Od razu można było zauważyć, że coś
jest nie tak. Żadna z nich nie utrzymywała rozległych kontaktów
towarzyskich. Nie bawiły się, nie korzystały ze swojej pozycji
społecznej. Ich śluby, poza pierwszym, były skromne, a balów w zamku nie
organizowano, bo gospodarz właściwie stale był w żałobie.
Na samą myśl, że Emilia siądzie zasmucona na końcu długiego stołu w zamku, lord Metcalf zadrżał.
Kochał swoją córkę; skrycie marzył o kolejnym potomku, ale na to chyba
nie było już szans. W małżeńskiej sypialni właściwie od początku czuł
się jak podczas wizyty u lekarza. Zimno, biało, trzeba się rozebrać i człowiek przez cały czas czuje się skrępowany. Unikał tych spotkań, jak
tylko mógł. To i tak cud, że udało im się począć jedno dziecko.
Nie miał zamiaru narażać ukochanej córki na najmniejsze choćby
niebezpieczeństwo. Szybko, choć nie bez trudu, odpędził od siebie
marzenia o awansie społecznym kosztem Emilii. Była dla niego zbyt cenna.
Złożył list i zaplombował. Córka spała i nie zamierzał jej budzić, by
się z nią konsultować w tej sprawie. Jej opinia nie miała żadnego
znaczenia - nie był taki nowoczesny, aby wspólnie z dzieckiem, nawet już
dorosłym, omawiać swoje decyzje. Nawet by mu to nie przyszło do głowy,
tym bardziej że liczył się czas. Dziewczyna musiała wyjechać jak
najszybciej.
Lord Metcalf nie miał złudzeń. Wiedział, co teraz się stanie. Hrabia nie
lubił być wdowcem, ten stan nigdy nie trwał u niego zbyt długo.
Zachowywanie pozorów również nie zajmowało wysokiej pozycji na liście
jego priorytetów. Przedłużająca się ponad wszelką przyzwoitość wizyta
lady Isabelle Adler, żony zasłużonego na dworze arystokraty, była tego
najlepszym dowodem.
Oboje małżonkowie przybyli na zamek Cantendorf kilka lat temu. Lady
Adler w nieskończoność pakowała walizki, oficjalnie wciąż przygotowując
się do wyjazdu. Nie bacząc na niechęć otoczenia ani na protesty męża,
który musiał ją opuścić i wrócić do stolicy, wciąż mieszkała na zamku,
czasem nawet pełniąc honory pani domu ku oburzeniu całego środowiska.
Kto wie, co się tam jeszcze działo i w jaki sposób wpływało to na młode
żony hrabiego, którym nie udawało się w tych warunkach przetrwać. Ludzie
snuli różne przypuszczenia.
Hrabia Aleksander jawnie popierał ten stan rzeczy. Huczało od plotek,
czas płynął, kolejne żony przestępowały próg jego domostwa, a on nie
zmieniał swojego postępowania. Gdyby nie fakt, że w hrabstwie
Cantendorf, urokliwej krainie na północy Anglii, był on najbogatszym i niezmiernie wpływowym człowiekiem, a od dobrych stosunków z nim zależały
interesy większości rodzin, już dawno zostałby wykluczony z towarzystwa.
Zasady są jednak dla równych, równiejsi mogą z nich kpić do woli. Hrabia
czerpał z tego prawa pełnymi garściami.
***
Kate Milton rozcinała nożyczkami szwy na sukience uszytej przez jedyną
pokojówkę, jaka się jeszcze ostała w domu.
- Co za partactwo! - narzekała, pomagając sobie w trudniejszych
momentach zębami. - Dlaczego ojciec zostawił w domu najmniej rozgarniętą
spośród wszystkich dziewcząt, a zwolnił wszystkie pracowite i mądre?
- Bo ta jest najtańsza - spokojnie odpowiedziała Amelia, starsza siostra
Kate. Ona również oglądała swoją suknię, sprawdzając materiał dokładnie,
kawałek po kawałku. Ubrania były nie pierwszej nowości. Już dwa razy
przerabiane i dopasowywane do zmieniających się figur dziewcząt. Kolejna
przeróbka stanowiłaby spore wyzwanie nawet dla fachowca. Ostatnia
pokojówka w tym domu w sposób ewidentny sobie z nim nie poradziła.
- Boję się - powiedziała nagle Kate i spojrzała na siostrę. Ale Amelia,
choć starsza, nie mogła stać się dla niej oparciem. Na dźwięk tych słów
w jej oczach pojawiło się jeszcze większe przerażenie.
- Nie jest tak źle. - Kate momentalnie zmieniła kierunek rozmowy.
Zrobiło jej się żal siostry. - Ciotka Matylda jeszcze nie odpisała. Na
pewno lada dzień przyjdą dobre wieści - powiedziała szybko.
- Nie wiem. - Amelia, raz przypomniawszy sobie rodzinne troski, niełatwo
dawała się pocieszyć. - Tak długo już czekamy na list - powiedziała. -
To zły znak. Minęło wiele miesięcy. Gdyby ciotka chciała nam coś
zaproponować, dawno by to zrobiła, a nawet nie wysłała odpowiedzi.
- Może się zastanawia? - Kate próbowała się złapać jakiejkolwiek
nadziei. Poprawiła niesforne rude loki i, jak zwykle w takich momentach,
spojrzała z podziwem na piękne jasne włosy siostry. Układały się
elegancko nawet po spacerze w wietrzny dzień. Kate nie zdołała dowieźć
schludnej fryzury powozem na swój pierwszy bal.
- Nie sądzę - westchnęła Amelia. - Ciotka jest zdecydowaną kobietą,
szybko podejmuje decyzje. Obawiam się, że będziemy musieli poradzić
sobie sami. Mam tylko nadzieję, że tata coś wymyśli - dodała, ale w jej
głosie nie było zwykłej pewności.
- Na to jest już za późno. - Kate porzuciła starania, by poszukiwać w ich sytuacji dobrych stron. Szkoda jej było czasu na próby znalezienia
czegoś, co nie istnieje. - Długi są zbyt wielkie - powiedziała poważnym
tonem. - Jeszcze rok temu, gdyby ojciec opamiętał się w porę, była
szansa na ratunek. Teraz nic nie można zrobić. Pieniędzy już wcale nie
mamy, a co gorsza, słyszałam, jak służba plotkowała, że umowa dzierżawna
też jest zastawiona. Z czego oddamy długi?
To pytanie, powtarzane w tym domu od kilku miesięcy, znów pozostało bez
odpowiedzi.
- Myślisz, że hrabia Cantendorf wie o wszystkim? - zapytała Amelia, a jej szare oczy rozszerzyły się ze strachu na samo wspomnienie
właściciela dworu. Dzierżawili od hrabiego posiadłość, las, łąki, pola i obszerny dom. Od jego decyzji zależał los rodziny. A nie było powodu, by
przypuszczać, że Aleksander Cantendorf wykaże się zrozumieniem wobec
zaległości finansowych pana Miltona. Miał opinię sprawiedliwego, ale
surowego człowieka.
Amelia widywała go rzadko i zawsze potem długo opanowywała drżenie
kolan. Hrabia najczęściej pędził przez pola na swoim ciemnym rumaku
pochylony, skupiony, mroczny. I wielki - jak wszystko, co go dotyczyło.
Wielkie nazwisko, ogromny zamek, rozległe posiadłości, wysokie dochody,
bardzo zła sława.
Amelia wcale się nie dziwiła, że jego żony tak krótko żyją. Ona umarłaby
chyba na samą myśl o choćby jednej spędzonej z nim nocy.
Na dodatek ta skórzana rękawica wiecznie skrywająca dłoń. Kto wie, co
się pod nią znajduje?...
- Sądzę, że tak. - Głos Kate wyrwał ją z zamyślenia. - Tutaj nic się
przed nim nie ukryje. Podejrzewam, iż tylko przygotowaniom do pogrzebu
zawdzięczamy fakt, że jeszcze mamy dach nad głową.
Amelia odłożyła cerowaną sukienkę. Usiadła na szerokim parapecie okna i przytuliła twarz do szyby. Była bardzo blada. W zimie kilka razy
chorowała. Oszczędności na ogrzewaniu powodowały nawroty ciężkiego
przeziębienia. Teraz pogoda była znacznie łaskawsza, ale zmartwienie,
jakie ciążyło nad całą rodziną, nie pozwalało Amelii całkowicie wrócić
do sił. Mimo wyczerpania chorobą wciąż była piękna. Delikatna, urocza
blondynka. Z cieniutką talią, zgrabnymi stopami i miłą twarzą otoczoną
kaskadą prostych, jasnych włosów.
- Powiedziałam o wszystkim Alfredowi - zwierzyła się siostrze.
- Dobrze zrobiłaś - odparła Kate. - Zresztą jego rodzice na pewno od
dawna są zorientowani w sytuacji. To, że wciąż nas odwiedza, doskonale o nim świadczy. Widać kocha cię bez względu na wszystko.
- Tak - rozpromieniła się Amelia, a na jej bladej twarzy pojawił się
rumieniec. - On jest bardzo dobry. Chciałby, żebyśmy się pobrali już
tego lata. Ja go powstrzymuję, ponieważ boję się iść z taką nowiną do
naszych rodziców. Skąd wezmą pieniądze na przyjęcie weselne, wyprawę czy
choćby tylko odpowiednie ubranie? O posagu nawet już nie marzę. Och,
Kate, na wszystko jest już za późno... A jeśli jego ojciec się nie zgodzi...
Ostatnio zachowuje się w stosunku do mnie z coraz większym dystansem.
- Uspokój się. - Kate podeszła do siostry i przytuliła ją mocno. -
Sprawy się jakoś ułożą. Zrobimy skromniejszy poczęstunek...
- Za co? Przecież my nie mamy już nic! - przerwała jej gwałtownie
Amelia. - Nie mogę żądać od Alfreda, żeby brał wszystkie wydatki na
siebie. Jak potem spojrzałabym jego rodzinie w oczy? Jeszcze dwa lata
temu nasza sytuacja była podobna, teraz wszystko się zmieniło. Ja jestem
nędzarką, a on wciąż synem szanowanego, zamożnego obywatela. Dlaczego
ojciec zajął się interesami? - zakończyła z żalem.
To pytanie również często gościło w domu Miltonów. Wypowiadane było
jednak znacznie ciszej i wyłącznie pod nieobecność pana domu.
- Dopóki tylko administrował dworem i gospodarstwem, sprawy szły bardzo
dobrze. Na tym się przynajmniej zna - ciągnęła Amelia.
- Chciał więcej - odparła Kate. - Tak mówi mama. Podobno wszyscy
mężczyźni są tacy. Niczego nie potrafią docenić i zawsze chcą więcej.
- Dlaczego nikt go nie powstrzymał? - Broda Amelii zaczęła się trząść.
Kate przygarnęła siostrę do siebie. - Interesy w mieście to za trudna
sprawa dla takiego prostolinijnego człowieka jak nasz tata. Każdemu ufa,
wszędzie widzi dobre okazje i wciąż żyje mrzonkami, że jeszcze jedna
próba i odbije się od dna. Teraz jest już za późno na odwrót.
- Tylko jeden człowiek mógłby nam pomóc - westchnęła Kate. - Dla niego
to takie proste. Nawet by nie zauważył różnicy w finansach, gdyby nam
darował dług. Hrabia jest przecież tak bardzo bogaty...
Amelia tylko westchnęła. Miała dopiero dziewiętnaście lat, ale już
wiedziała, że życie w ten sposób nie działa. Hrabia nie sprawiał
wrażenia dobrodusznego wujaszka, który lubi robić miłe niespodzianki.
Wyglądał raczej na groźnego mężczyznę, z tych, co bez oporów biorą
wszystko, czego zapragną, i nigdy się nie litują.
- Może mogłybyśmy wcale nie iść na ten pogrzeb? - Amelia odrzuciła
reperowaną sukienkę. - Ta szmatka i tak do niczego się nie nadaje.
Narobimy sobie tylko wstydu.
- Ojciec nie pozwoli nam zostać w domu - odparła Kate łagodnie. - Musi
teraz dbać o dobre stosunki z hrabią.
- Ach! Co za bzdura! Cantendorf nas przecież nawet nie zauważy. Kim są
dla niego dwie biedne panny w starych ubraniach i z własnoręcznie
ułożonymi fryzurami? Szarą masą.
Kate przytuliła ją jeszcze raz. Siostra nie zasługiwała na taki los.
Była pogodną, pracowitą dziewczyną, która każdemu starała się pomóc.
Wychowana w miłości oddawała innym dobre emocje z nawiązką. Zakochała
się szczerze i całym sercem. Wzajemne uczucie łączyło ich z Alfredem już
długo. W normalnej sytuacji byliby już pewnie po ślubie. Ale Kate nie
miała dobrych przeczuć. Cokolwiek mówił Alfred na temat ich wspólnych
planów, to jednak jego wizyty były ostatnio coraz rzadsze i krótsze.
Bieda ma moc lodowatej wody. Studzi największy nawet żar, niestety.
- Nie płaczmy już. - Amelia się ocknęła. - Skoro nie ma wyjścia,
skończmy te nieszczęsne sukienki i zabierajmy się do pracy. Jeszcze
sporo rzeczy dzisiaj do zrobienia. Przed domem posiały się pierwiosnki.
Trzeba je przesadzić bliżej, tuż pod okna. Niech będzie przynajmniej
pięknie, skoro nie może być spokojnie i szczęśliwie.
- Jeszcze ktoś zobaczy, że pracujemy jak chłopki, i mama będzie zła -
powiedziała Kate.
- Włożymy fartuchy. Z daleka można nas będzie wziąć za pokojówki, a zanim ktoś podjedzie bliżej, uciekniemy. Chodź. Trzeba sobie radzić, w przeciwnym razie to my uschniemy jak żona hrabiego.
- Wierzysz w te suchoty? - Kate spojrzała na siostrę.
- Nie wiem, może to prawda. Ludzie różnie mówią.
- Ja stawiam na wiedźmę Alice. Była przy każdej śmierci. Jest zielarką.
Dobrze wiesz, że każdego potrafi uleczyć. Nawet pastor, choć oficjalnie
ją wyklął, ponoć kazał ją sprowadzić tej nocy, kiedy go ciężka niemoc
zdjęła. Wiedźma mu pomogła. A żonom hrabiego nigdy.
- Ona nie jest prawdziwą wiedźmą - poprawiła ją siostra. - Ludzie tylko
ją tak nazywają ze strachu. I lepiej o niej nie wspominaj. - Amelia
chyba też się bała. - To sprowadza nieszczęście.
- Musiałaby mieć w tym jakiś interes. - Kate nie przejmowała się
ostrzeżeniami siostry. - Głowię się nad tą zagadką już od dawna i nic
nie rozumiem.
- Mądrzejsi od ciebie też nie dają rady. Lepiej daj sobie spokój i chodź
ze mną uporządkować salon. Jutro pogrzeb, zjedzie się mnóstwo ludzi. Nie
wiadomo, kto nas odwiedzi. Nie musi cały świat od razu wiedzieć, że nie
mamy służby.
Kate kiwnęła głową. Pochyliły się nad szyciem, a potem pobiegły do
kolejnej pracy. Amelia skrupulatnie przykładała się do swoich zajęć, ale
jej siostra myślami była gdzie indziej. W smaganym wiatrem starym zamku.
Rozdział 2
Następnego dnia słońce grzało łagodnie, a znad okolicznych wzgórz wiatr
niósł ożywczy zapach wiosny. Wszystko wokół budziło się do życia. Trawa
z szaleńczym pośpiechem zajmowała kolejne połacie pól, liście pchały się
na zewnątrz, a pierwsze kwiaty zakwitły tak szybko, jakby uczestniczyły
w ważnym wyścigu, łapiąc cenne promienie słoneczne, zanim poszycie znów
pogrąży się w cieniu nowo ulistnionych drzew.
Tylko w jednym miejscu ten festiwal życia zdawał się nie istnieć. Na
pięknym półkolistym zamkowym podwórzu stał zaprzęg sześciu koni. Były
czarne niczym myśli znajdującego się obok hrabiego, który w idealnie
skrojonym surducie pilnował, by wszystko przebiegało zgodnie z planem i tradycją, jaka wytworzyła się w ciągu ostatnich lat. Organizacja
pogrzebu pani domu powoli stawała się rutyną i obrastała w rodzinne
zwyczaje.
Uroczystości pogrzebowe miały się odbyć w kaplicy położonej po drugiej
stronie zamkowego wzgórza, niedaleko miejscowego cmentarza. Tam też
znajdował się rodowy grobowiec Cantendorfów.
Przybyło mnóstwo osób. Okoliczna śmietanka towarzyska, krewni z dalekich
stron, sąsiedzi, mieszkańcy wiosek i wielu gapiów. Chłopi w najlepszych
niedzielnych ubraniach, tłum żebraków z sąsiednich wiosek. Brakowało
tylko wiedźmy, jak nazywano tę wiecznie młodą, bardzo groźną i tajemniczą istotę żyjącą poza społeczeństwem. Wyklętą, ale jednocześnie
szanowaną niemal jak hrabia Cantendorf. Szeptano czasem, że chyba ona
jedyna zdołałaby przetrwać jako jego żona. Taki związek byłby oczywiście
niemożliwy. Dzieliła ich przepaść. Nikt nie wiedział, ile wiedźma ma
lat. Przybyła do swojej opiekunki jako dziewczynka, wychowała się u niej
i stała młodą kobietą. Czas w tej sprawie niczego nie zmieniał, jakby
nie miał do niej dostępu. Szeptano, że Alice utrzymuje konszachty z nieczystymi mocami.
Pastor wielokrotnie ją potępiał, groził karą boską za najmniejszy z nią
kontakt, ludzie spluwali za siebie, kiedy się odwracała. Jednak gdy
chorowało dziecko, jakaś kobieta bardzo pragnęła ciąży albo wręcz
przeciwnie, potrzebowała szybko się jej pozbyć, ktoś poważnie zaniemógł
lub miał inny życiowy problem, to wszyscy ukradkiem wędrowali do
kamiennego domu na zboczu wzgórza. Wyklęta znała tajemne sposoby na
życiowe kłopoty.
Nikt nie chciał być z nią w konflikcie. Była silna.
Mężczyźni jej nie lubili, choć ich fascynowała. Zwłaszcza ci wpływowi
bali się jej mocy.
Pastor rozpowiadał, że wiedźma musiała być zamieszana w sprawy hrabiego
i śmierć jego żon, bez względu na to, czy ktoś chciał słuchać, czy też
nie. Ta sprawa była dla niego sprzyjającą okolicznością - dzięki
pomówieniom podkopywał wizerunek konkurencji. Wiedza i doświadczenie tej
kobiety źle wpływały na jego interesy.
***
Już czwarty raz w ciągu ostatnich lat towarzyszono pani na zamku
Cantendorf w ostatniej drodze. Orszak szumiał wymienianymi szeptem
uwagami, a ukradkowe spojrzenia kierowane na hrabiego fruwały ponad
głowami zebranych niczym szybkie, celne strzały.
W czasie nabożeństwa siedział tuż za trumną. Krzesło o niskim oparciu
nie było w stanie zasłonić jego szerokich ramion i pleców. Ciemne włosy
połyskiwały złowrogo. Mocne dłonie o długich palcach były zaciśnięte na
brzegach krzesła, uwagę zwracała zwłaszcza prawa, obleczona w ciemną
skórzaną rękawicę.
Mężczyzna nie patrzył na stojącą przed nim misternie rzeźbioną trumnę z wielkim herbem. Spojrzenie miał nieprzeniknione, wzrok kierował ku
znajdującemu się wysoko oknu. Ukazywało ono kawałek błękitnego nieba i wolno przepływającą puchatą chmurkę. Widok w swej lekkości i sielankowych skojarzeniach zupełnie niestosowny w tej sytuacji.
Modlitwy dobiegały końca.
Uczestnicy wstali i powoli formowali tradycyjny orszak, w którym nie
było miejsca na przypadkowość ani niespodzianki. Decydowały jak zawsze
stopień pokrewieństwa z hrabią Cantendorfem oraz posiadane tytuły i majętności.
Kiedy wydawało się, że wszyscy już się ustawili, niespodziewanie doszło
do skandalu. Lady Isabelle Adler, zamiast zająć miejsce obok męża, który
specjalnie przybył na uroczystość, jako pierwsza podeszła do hrabiego,
by mu powiedzieć kilka słów. Istota łączących ich stosunków nie
stanowiła dla nikogo tajemnicy, ale taka publiczna demonstracja była
zdecydowanie nie na miejscu.
- Ta kobieta na zna żadnych granic - oburzała się szeptem Caroline
Milton. - To najbardziej niestosowne zachowanie, jakie kiedykolwiek
widziałam. Poza tym zobacz, jak ona wygląda. Suknia wprawdzie czarna,
ale z najdroższego jedwabiu, uszyta z przepychem, jak na dworskie
przyjęcie. A ten dekolt...
- Nic tutaj nie jest tak, jak być powinno - odparł jej mąż stanowczo i pociągnął małżonkę w bezpieczniejsze rejony, jakby się bał, że duch
odwagi oraz braku skrupułów unoszący się nad lady Adler niczym zapach
drogich perfum przeniesie się także, nie daj Boże, na jego żonę. I tak
już nie mógł z nią znaleźć wspólnego języka.
Zanim się odwrócił, zdążył jednak zerknąć na ów wspomniany dekolt. Wart
był grzechu. Szybko pociągnął małżonkę dalej i poprawił kapelusz.
Pokiwał głową nad niesprawiedliwością losu, który jednym sypie dary
hojnie, a innym odbiera nawet dach nad głową, po czym mocniej przycisnął
do boku chude ramię żony. Kilka głębokich wdechów pozwoliło mu nieco
uspokoić emocje.
Kiedy wszyscy wyszli na dziedziniec przed kaplicą, znów powitało ich
słońce. Wiosna nadeszła na dobre. Cały świat tętnił życiem. Bujnym,
dorodnym, rwącym się ku górze. Strasznie było myśleć, że tuż obok w drewnianej trumnie leży młodziutka kobieta, która jeszcze nie tak dawno
przekraczała progi tej samej kaplicy jako pełna wdzięku, drżąca i delikatna przyszła żona hrabiego.
Co on jej zrobił? - to pytanie wisiało nad orszakiem niczym całun
pogrzebowy. Tylko w pierwszych rzędach, uformowanych przez
przedstawicieli najbardziej szanowanych rodzin w hrabstwie, panowała
cisza przerywana z rzadka dyskretnymi, uprzejmymi uwagami. Środek
orszaku, wypełniony zamożnymi rodzinami szlacheckimi, oraz koniec,
złożony z okolicznych mieszkańców, a także zwykłych gapiów, szumiały
niczym wiosenny sad pełen pszczół.
Wyraźnie dał się zauważyć brak młodych dziewcząt. Tylko w ostatnich
rzędach pojawiały się jasne głowy panien zbyt ubogich, by się obawiać
jakichkolwiek zakusów ze strony możnego pana.
Kate i jej siostra, jako jedne z nielicznych wyjątków, znajdowały się w środku orszaku. Ich ojciec dzierżawił od hrabiego Cantendorfa dwór i największy folwark. Z tego względu rodzina lokowała się na dobrej
pozycji społecznej, choć zmiana tego stanu rzeczy była kwestią dni.
- Podczas pogrzebu kolejnej hrabiny będziemy szły na samym końcu -
wyszeptała Kate, pochylając głowę w stronę siostry. Nie było to
odkrywcze spostrzeżenie. Wypowiedziała głośno obawę, która nieustannie
zaprzątała głowy wszystkich członków rodziny.
- Skąd wiesz? Może następna żona hrabiego dożyje setki, a w tym czasie
tata spłaci długi i wyprostuje swoje interesy? - zapytała Amelia z nadzieją.
- Nikt nie daje przyszłej pani na zamku więcej niż rok - powiedziała
twardo Kate, znacznie ciszej, bo matka odwróciła głowę i znaczącym
syknięciem skarciła córki.
Spojrzenie Amelii było przepełnione lękiem. Nawet ona, urodzona
optymistka, która wszędzie starała się dostrzegać dobre strony, musiała
przyznać, że sytuacja jest bardzo poważna.
Kate wzięła siostrę pod ramię i przytuliła się do niej.
- Wiesz, że tata chce wykorzystać okazję i porozmawiać dzisiaj z hrabią
na temat kolejnego przedłużenia terminu zapłaty czynszu? - zapytała
Amelia.
- O Boże! - zawołała Kate. - Chyba oszalał. Na pogrzebie o interesach?
Tym razem ojciec obejrzał się z surową miną i dziewczyny zamilkły
posłusznie.
Szły, a wokół nich robiła się dziwna pustka. Jakby złe wieści już się
rozeszły i zmroziły atmosferę. Młodzi mężczyźni nie podchodzili, by
zamienić choćby kilka uprzejmych słów. Dziewcząt prawie nie było.
Starsze kobiety trzymały się w zwartych grupkach.
Tylko matka plotkowała półgłosem z najbliższą sąsiadką na temat
możliwych przyczyn śmierci młodej pani na zamku Cantendorf. Kate z drżeniem wsłuchiwała się w słowa: "Zamęczył ją, zniszczył, po prostu
zamordował...".
Hrabia, niewidoczny z tego miejsca, szedł na czele orszaku. Co myślał?
Tego Kate nie potrafiła sobie wyobrazić. Bała się go z wielu powodów.
Wzbudzał respekt wyniosłym stylem bycia oraz ponurym spojrzeniem, a jego
burzliwe życie małżeńskie stanowiło niewyczerpane źródło rozmaitych
domysłów. Kate obawiała się go także z tego powodu, że trzymał w dłoniach los całej jej rodziny. W każdej chwili mógł im wypowiedzieć
umowę dzierżawy i zażądać zaległych należności.
Gdzie się wtedy podzieją? Co się z nimi stanie? Ani ojciec, ani matka
nie potrafili znaleźć odpowiedzi na te pytania. Dziesiątki listów
płynęły do bliższej i dalszej rodziny, lecz żadne dobre wieści nie
nadchodziły. Brak pomocy krewnych oznaczał degradację społeczną i przekreślenie jakichkolwiek szans dziewcząt na dobre zamążpójście.
Kate nie martwiła się tym aż tak bardzo. Małżeństwo postrzegała trochę
inaczej niż jej romantyczna siostra. Amelia, jeszcze zanim poznała
swojego narzeczonego, długo skrycie marzyła o tajemniczych brunetach,
bogatych dziedzicach i odmianie losu. Kate raczej trzeźwo patrzyła na
świat.
Widziała, jak wiele kobiet zaciska usta i uśmiecha się uprzejmie, kiedy
ich mężowie plotą niewiarygodne bzdury. Udaje, że nie widzi zdrad,
oszustw, nieumiejętnego gospodarowania pieniędzmi, a czasem także
zwykłej głupoty. A historia czterech pań na zamku Cantendorf, choć
wyjątkowa, potwierdzała tylko tezę, że małżeństwo nie zawsze jest dla
kobiety najlepszym wyjściem.
Jeszcze nie tak dawno wszyscy okoliczni mieszkańcy stali przed
kościołem, by chociaż przez chwilę zerknąć na uroczą pannę młodą. Świat
zdawał się leżeć u stóp. Piękna, z dobrej rodziny, wychodziła za mąż za
przystojnego majętnego mężczyznę - właściciela niezwykłego zamku.
Wszyscy mieli nadzieję, że tym razem się uda. Szczęśliwe małżeństwo
przetrwa.
Tymczasem dzisiaj odbywał się jej pogrzeb. Jakie tajemnice zabrała ze
sobą?
Rodzina młodej hrabiny szła razem, tworząc zwarty szyk i zdecydowanie
dystansując się do osoby zięcia. Mieli do niego żal. Nawet dbałość o pozory, wspólne interesy czy dobre imię rodziny nie były w stanie
skłonić ich do okazania niczego prócz podszytej arktycznym lodem
uprzejmości. Nikt im się nie dziwił. Ich cierpienie było wyraźnie
widoczne.
Ale żadne słowo skargi publicznie nie padło z ich ust.
Hrabiemu nie można było niczego zarzucić. Wiosna to czas chorób. Suchoty
o tej porze roku często zbierały krwawe żniwo. Nie chroniły przed nimi
ani pozycja społeczna, ani grube mury zamku. Czasem nawet zwykłe
przeziębienie zamieniało się podstępnie w zapalenie płuc i kończyło
tragicznie. Nikt nie mógł mieć pretensji, hrabia zrobił ponoć wszystko,
co trzeba było, by ratować zdrowie i życie żony.
Bliscy mieli żal. Coś przeczuwali, podejrzewali, próbowali zestawić
strzępki informacji i zbudować z nich całą historię. Nie umieli jednak.
Zaciskali więc tylko usta, ocierali mokre oczy i odwracali głowy. Ból
zdawał się nie do ukojenia.
Kiedy po zamknięciu rodzinnego grobowca jako jedna z pierwszych z kondolencjami do hrabiego podeszła lady Adler, wokół zapanowała pełna
napięcia cisza. Zaraz potem tłum zakołysał się jak czesana wiatrem trawa
i zaszumiał oburzeniem.
- Jak mogła? - To pytanie, powtarzane wiele razy, sypało się niczym grad
kamieni. Trzeba było wielkiej siły, by pod tym ostrzałem dumnie podnieść
głowę i spokojnie odejść w swoją stronę. Siły lady Adler miała pod
dostatkiem.
***
Isabelle odeszła, szeleszcząc taftowymi halkami podtrzymującymi piękną
jedwabną suknię, po czym wsiadła do rodowej karocy Cantendorfów, tej
samej, którą bez skrupułów, nie bacząc na pozory, przyjechała do
kaplicy. Ruszyła w drogę, nie oglądając się na męża. Został wraz z pozostałymi uczestnikami uroczystości, zmuszony tym samym do wymyślania
wytłumaczeń, w które i tak nikt nie wierzył.
- Dobrze mu tak - wyszeptała, stawiając smukłą nogę w butach z najlepszej skóry na stopniach karocy. - Gdyby miał choć trochę
przyzwoitości, też by się dał pochować w rodzinnym grobowcu. Już
najwyższy czas na to. Żyje dłużej, niż pozwala na to podstawowa choćby
przyzwoitość.
Westchnęła głęboko. Poczucie bezsilności doprowadzało ją do szału.
Mężczyźni umierali na wojnach, spadali z koni, bywali ranieni w pojedynkach, dopadały ich starcze choroby. A lord Adler, mimo iż
prowadził bardzo aktywne życie i nie stronił od wypełniania
obywatelskich obowiązków, wciąż cieszył się doskonałym zdrowiem. Chyba
tylko chęć zrobienia żonie na złość trzymała go przy życiu.
Ledwo zatrzasnęły się drzwiczki, stangret wskoczył na kozioł i ruszył z kopyta. Dobrze znał żonę lorda Adlera. Lubiła szybkość, silne emocje
oraz posłuszne wykonywanie jej rozkazów. Nie znosiła sprzeciwu i nikomu
nie dawała drugiej szansy.
Droga nie była daleka. Cmentarz z rodową kaplicą znajdował się z drugiej
strony wzgórza, na którym wznosił się zamek. Minęli sosnowy zagajnik i wjechali na szeroką drogę porośniętą przy brzegach wiekowymi dębami.
Zamek ukazał się w całej swojej krasie. Jego wielkość nigdy nie robiła
na Isabelle specjalnego wrażenia. Posiadłość Adlerów, którą miała
odziedziczyć, kiedy jej o trzydzieści lat starszy mąż zrobi wreszcie, co
do niego należy, czyli umrze, była równie imponujących rozmiarów. Zamek
Cantendorf roztaczał jednak niepowtarzalny urok. Zupełnie niepodobny do
prostych brył angielskich rezydencji miał mnóstwo wież i piękne,
zakończone ostrym łukiem okna. Fasada zbudowana była z brązowego
kamienia, zdobiła ją szeroka brama wjazdowa. Po dwóch stronach
znajdowały się boczne skrzydła, w jednym z nich mieszkała Isabelle.
Szerokie korytarze, przestronne pokoje, obrazy i cenne meble nie robiły
na niej żadnego wrażenia. Lubiła tylko widok z okna.
Isabelle mieszkała tutaj przede wszystkim ze względu na Aleksandra. Był
najbardziej niezwykłym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek w życiu spotkała,
a widziała ich naprawdę wielu.
Karoca zatrzymała się na podjeździe. Isabelle wysiadła i pewnym krokiem
ruszyła w stronę głównego wejścia. Długa czarna suknia układała się na
schodach w idealne fale, zdradzając wprawną dłoń najlepszej krawcowej.
Lokaj otworzył drzwi i skłonił się grzecznie. Jeśli zdumiał się wczesnym
przybyciem przyjaciółki hrabiego, nie dał tego po sobie poznać.
Lady Adler zdjęła rękawiczki i odłożyła je na stolik tuż przy wejściu.
Spojrzała na nie z zadowoleniem, po chwili jednak westchnęła i zabrała
je z powrotem. Nie chciała wszczynać dzisiaj otwartej wojny -
przynajmniej póki cała rodzina jest na miejscu. Nie mogła sobie pozwolić
na to, by mieć aż tylu wrogów. Moment na demonstrację nie był stosowny,
doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Tylko że jej cierpliwość była na
wyczerpaniu.
Młoda uzurpatorka, która śmiała się nazywać żoną hrabiego Cantendorfa,
jak każda z poprzedniczek wykazała się słabością ducha i ciała. Wybrała
tchórzliwe wyjście i zachorowała. Lady Adler nie współczuła jej ani
trochę. Takie cechy charakteru jak słabość, niezdolność do podjęcia
walki, delikatność według niej zasługiwały wyłącznie na lekceważenie.
- Sama jest sobie winna - wyszeptała, stając przed lustrem. Delikatnie
wyciągnęła szpilki z kapelusza, zdjęła go, po czym z przyjemnością
obejrzała swoje pięknie ułożone błyszczące włosy i regularne rysy
twarzy.
Czuła lekkie wyrzuty sumienia, ale szybko je stłumiła. Każdy ma swoje
problemy i musi je rozwiązywać sam. Nie miała ochoty pozwalać sobie na
sentymenty ani udawać, że śmierć młodziutkiej hrabiny napełnia ją
smutkiem.
Wręcz przeciwnie. Nowa sytuacja miała według niej same pozytywne strony.
Isabelle weszła po schodach i skierowała się do swoich pokoi. Były one
bardzo okazałe, urządzone z wielkim przepychem i gustem, ale znajdowały
się w bocznym skrzydle zamku, w sporym oddaleniu od pomieszczeń
należących do członków rodziny.
- Jeszcze tydzień - westchnęła kobieta - najwyżej dwa. Wszystko się
zmieni. Leciwe ciotki Aleksandra wyjadą i od tej pory wreszcie będzie
można zaprowadzić swoje porządki. Żadnych więcej żon. Dość ukrywania się
i zachowywania pozorów. I tak wszyscy znają prawdę. Aleksander jest
dostatecznie wpływowym i zamożnym człowiekiem, by wymusić na miejscowym
towarzystwie akceptację Isabelle jako oficjalnej partnerki.
***
Ledwo lady Adler zniknęła za zakrętem szerokiego korytarza, służba
zaczęła formować uroczysty szyk przed wejściem. Wszyscy ubrani bez
zarzutu, w odświętne stroje służbowe, sztywno wykrochmalone białe
kołnierze i równo zapięte guziki. Tuż przy wejściu stała pani Hammond i przeszywała wzrokiem liczny personel zamku. Piastowała stanowisko
gospodyni, ale jej rzeczywista władza była o wiele większa niż zwykle w takich przypadkach. Hrabia bardzo często liczył się z jej zdaniem i to
dawało jej wielką pewność siebie. Żadne, nawet najmniejsze
niedociągnięcie się przed nią nie ukryło. Nad wszystkim miała kontrolę.
Wydawało się, że nic w tych wiekowych, pięknych murach nie dzieje się
bez jej woli. A jednak...
- Ta latawica Isabelle weszła głównym wejściem, przez nikogo
nieanonsowana, jak do swojego domu - wyszeptała przez zaciśnięte zęby,
tak że słowa wydostawały się na zewnątrz ze złowieszczym sykiem.
Kamerdyner, do którego była skierowana ta wypowiedź, tylko lekko skinął
głową.
- Trzeba będzie z tym zrobić porządek.
- Tylko jak?
- Sposób się znajdzie. Dobrze wiesz, że sposoby zawsze się znajdują.
- Nie na wszystko - odparła gospodyni i spojrzała na wysypaną jasnym
żwirkiem szeroką drogę, na której już za moment miał się pojawić hrabia
Cantendorf, jej zdaniem najwspanialszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek
nosiła ziemia.
Znów jako wdowiec.
Samotny, pozbawiony następcy. Zacisnęła usta w wąską linię i objęła
spojrzeniem ustawione w równiuteńkim szyku pokojówki. Wyglądały jak
posągi, żadna nawet nie drgnęła. Pani Hammond ze złością odwróciła
głowę. Nie miała za co ich skarcić. Złość musiała nadal buzować w jej
wnętrzu, osiągając niebezpieczne stężenie.
Stanowczo należało w tym domu zaprowadzić wreszcie jakiś ład i porządek.
Jak najszybciej skierować myśli hrabiego ku nowemu małżeństwu,
oczywiście z odpowiednio wybraną kobietą. Osłabić pozycję okropnej
Isabelle. Nie może przecież tak być, że kolejne żony umierają, nie
wydawszy na świat oczekiwanego potomka i narażając na szwank dobre imię
rodziny.
Gospodyni westchnęła, aż zachrzęścił sztywno wykrochmalony kołnierzyk.
Tajemnica, którą samotnie dźwigała, ciążyła jej coraz bardziej. Chciała
podzielić się swoimi przemyśleniami z Henrym, najważniejszym, tuż po
niej samej oczywiście, człowiekiem w tym domu. Był kamerdynerem i bardzo
poczciwym mężczyzną. Wspierał ją, jak umiał, we wszystkich działaniach i spełniał jej zachcianki, ale ona nigdy nie mówiła mu całej prawdy - na
to wydawał się zbyt słaby.
Pani Hammond wyprostowała się jeszcze bardziej. Przed zamek zajechały
właśnie dwa okazałe powozy. Hrabia miał się spotkać z najbliższą
rodziną, aby omówić sytuację. Członków klanu nie było wielu: trzy
niezamężne ciotki. Brak dziedzica stawał się problemem coraz bardziej
palącym. Pani Hammond najlepiej wiedziała, do czego może pchnąć
człowieka takie długo niespełnione pragnienie.
Rodzice Aleksandra Cantendorfa doczekali się dziecka bardzo późno i nie
zdołali go wychować. Odrzuciła szybko wspomnienie tamtej dramatycznej
nocy, kiedy miał miejsce trudny poród.
Cieszyła się, że ciotki hrabiego zapowiedziały dłuższą wizytę. Była
pewna, że Isabelle nie pojawi się dzisiaj na uroczystym obiedzie. Bo
choć krewne nie dysponowały żadną prawną możliwością, by wpływać na
bratanka, to jednak czasem Aleksander liczył się z ich zdaniem. Nie
lubił udawać przed najbliższymi, a nie mógł przedstawić kochanki zgodnie
z rzeczywistością i posadzić na zaszczytnym miejscu przy stole, choć
zwykle je zajmowała, uparcie walcząc o nie z kolejnymi żonami. Nie
rozumiał tej gry, dla niego takie drobiazgi nie miały znaczenia, ale nie
chciał sprawiać przykrości ciotkom. Wszystkie były bezdzietne, dość
majętne i szczerze kochały jedynego bratanka. Aleksander też je lubił.
Nie był zupełnie pozbawiony tej stałej pokusy ludzi zamożnych, by
nieustająco pomnażać swój stan posiadania. Poza tym nie miał nikogo
więcej na świecie, a podejmowane do tej pory próby, by zmienić ten stan,
kończyły się fatalnie.
Służba dygnęła jak na komendę. Z powozu najpierw wysiadła pulchniutka
Anna, otulona w szerokie zwoje ciepłego płaszcza. Tuż za nią podążała
szczupła, wyniosła Adelina oraz jedyna z sióstr, która potrafiła
uśmiechać się do służby - najmłodsza Edith, ubrana jak na piknik. Jej
okazały kapelusz był skandalem towarzyskim, suknia też pozostawiała
wiele do życzenia. Była stanowczo zbyt strojna. Za dużo falban, haftu i koronek. Coś takiego przystoi młodej dziewczynie na pierwszym balu, a nie szanowanej kobiecie z okazji pogrzebu.
Gospodyni westchnęła. Ciotki hrabiego nie miały łatwo, należało wykazać
się zrozumieniem.
Wiele dobrego można było powiedzieć o krewnych lorda Cantendorfa,
wymieniając ich dobre urodzenie, staranne wykształcenie i rozległe
posiadłości, jednak nawet przy użyciu całego zapasu dobrej woli trudno
byłoby dopatrzyć się w ich wyglądzie choćby śladu kobiecej urody.
Weszły do środka, a gospodyni odprowadziła je wzrokiem pełnym nadziei.
Oby czas rządów Isabelle wreszcie się skończył - pomyślała i spojrzała w niebo, jakby chciała dokładnie wycelować swoją prośbę. Pani Hammond
bardzo sobie ceniła skuteczność, ale nie modliła się często. Jej
sumienie obciążała wina zbyt poważna, by kobieta mogła mieć nadzieję, że
kiedykolwiek zostanie zmyta. Nigdy jednak swojego czynu nie żałowała.
Dobro Cantendorfów, a zwłaszcza Aleksandra, było dla niej najważniejsze.
***
Kate Milton w milczeniu przyglądała się swojej porcji obiadu. Płaty
wołowiny były tak cienkie, że prawie można było przez nie zobaczyć dno
talerza. Matka próbowała wprowadzić w domu program oszczędnościowy.
Zwolniono pomoc kuchenną i jej brak dawał się wyraźnie odczuć. Wysokie
kieliszki do wody nie były wypolerowane jak zwykle, a ziemniaki nieco
zbyt twarde. Kucharka wciąż nie mogła się przyzwyczaić do konieczności
samodzielnego wykonywania wszystkich czynności.
Amelia cierpliwie gryzła ziemniaki i z uśmiechem kroiła plasterki mięsa,
delektując się każdym kęsem. Ale Kate była zła.
- Musieliśmy wprowadzić parę zmian w gospodarstwie... - powiedział ojciec,
widząc jej minę. Czuł, że za chwilę padną słowa, których nie miał ochoty
usłyszeć.
- To widać - rzuciła natychmiast Kate, nie czekając na reakcję matki,
której z racji wieku należało się pierwszeństwo w rozmowie.
- ...mama wykazuje się wielką zręcznością i talentem do oszczędzania -
dokończył ojciec z rozpędu i dopiero wtedy nabrał w usta powietrza, by
wyrazić swoje oburzenie postawą młodszej córki. - Uważam, że powinnaś
staranniej dobierać słowa. Naprawdę nie rozumiesz naszej sytuacji? -
zapytał.
- Sądzisz, że uda się ją zmienić, oszczędzając na wołowinie czy też tej
marnej zapłacie, jaką dawaliśmy pomocy kuchennej? - Kate jak zwykle
natychmiast znalazła kontrargument i jak na razie nie zamierzała się
zastosować do sugestii ojca. Była zbyt wzburzona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki