Saga portowa (#1). Światła nad portem. Saga portowa Tom. 1 - Miriam Georg

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Motto Część pierwsza. Hamburg 1886 Prolog 1 Przypisy

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

4 5 6 9 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 22 23 24 25 26 27 28 29

PROLOG

Oczy kobiety lśniły gorączkowym blaskiem. Łokciami przeciskała się przez tłum. Pot spływał jej po twarzy, suknia była podarta i ubrudzona sadzą. Jedną ręką ciągnęła za sobą dziewczynkę z zaczerwienionym noskiem, drugą podtrzymywała niemowlę spoczywające na jej biodrze.

Alfred Karsten dostrzegł ją pierwszy. Szukając córki, omiatał wzrokiem tłum, wypatrując rudych włosów Lily pośród falujących kapeluszy dam i cylindrów panów. Wzdrygnął się, napotkawszy wzrok tej kobiety. Wpatrywała się w niego płonącymi oczami. Od razu zrozumiał, że jej gniew skierowany był przeciwko niemu.

Znieruchomiał na chwilę i zmarszczył brwi, próbując odgadnąć, czego ona może od niego chcieć. Było oczywiste, że nie należała do gości. Musiała przyjść prosto z dzielnicy nędzy; niemal czuł bijące od niej ubóstwo. Ci, którzy ją zauważyli, śledzili ją wzrokiem i odsuwali się na bok.

Karsten chciał się odwrócić i wydać polecenie, by dyskretnie ją usunięto. Był przekonany, że znalazła się tu przypadkiem, wśród eleganckiego towarzystwa.

Nagle kobieta odepchnęła damę w fioletowej sukni z turniurą, która stała jej na drodze. Dama gwałtownie sapnęła i omal nie wypuściła z dłoni parasolki przeciwsłonecznej. Karsten otrząsnął się z odrętwienia - ta nędznie wyglądająca nieznajoma właśnie publicznie napadła na żonę jednego z najbardziej znanych radców handlowych Hamburga. Samo zgłoszenie tego incydentu mogłoby bez procesu zaprowadzić ją do więzienia. To, że zaryzykowała, najwyraźniej nie zdając sobie nawet sprawy z grożących jej za to konsekwencji, utwierdziło go w przekonaniu, że coś jest z nią nie w porządku. Sprawiała wrażenie chorej, ogarniętej amokiem. Ani na chwilę nie spuszczała z niego wzroku.

Dreszcz przebiegł mu po plecach, jakby poraził go prąd; na ramionach wystąpiła gęsia skórka. Instynktownie zasłonił własnym ciałem żonę, Syltę, lekko odsuwając ją przy tym do tyłu. Spojrzała na niego zdezorientowana, a on skinął głową Franzowi.

Syn potrzebował zaledwie kilku sekund, by pojąć sytuację. Nie zmieniając spokojnego wyrazu twarzy, wydał krótki rozkaz robotnikom portowym, zatrudnionym tego dnia jako ochrona. Mężczyźni stali w szeregu za sceną, ręce trzymali za plecami i patrzyli sztywno przed siebie. Trzech natychmiast wystąpiło z szeregu i ruszyło w stronę kobiety.

Zanim jednak zdążyli ją pochwycić, zaczęła krzyczeć:

- Karsten! Mój mąż zszedł z twojego statku jako kaleka. Jak teraz wyżywimy siedmioro dzieci? Wszyscy pomrzemy w nędzy. Pracował dla ciebie przez dziesięć lat, a potem wyrzuciłeś go jak parszywego psa!

Jeden z mężczyzn chwycił wrzeszczącą kobietę w pasie i próbował ją odciągnąć, podczas gdy pozostali odgradzali ją od tłumu. Puściła dziewczynkę, drapała, krzyczała, próbowała go ugryźć. Omal nie wypuściła z rąk niemowlęcia. Mężczyzna brutalnie chwycił ją za włosy i wykręcił jej wolną rękę do tyłu.

Kiedy zrozumiała, że nie ma szans, nagle zmieniła ton - krzyk przeszedł w rozpaczliwe błaganie:

- Proszę! Jak mamy przeżyć?! - wołała. - Mój mąż potrzebuje pracy! Nasze dzieci umrą.

Jakby na potwierdzenie jej słów, oba maluchy zaczęły głośno płakać.

- Zabierzcie ją stąd! - warknął Franz, uspokajająco uśmiechając się do tłumu, po czym skinął głową kolejnemu robotnikowi, który natychmiast podbiegł, by pomóc.

Mężczyzna bez wahania chwycił dziewczynkę, przerzucił ją przez ramię i odszedł. Pozostali złapali kobietę za ramiona i pociągnęli za nim. Wkrótce jej rozpaczliwe wołania i płacz dzieci ucichły, zagłuszone podekscytowanymi szeptami tłumu.

Alfred ukradkiem otarł czoło chusteczką. To mogło skończyć się inaczej. W takich sytuacjach dobrze było mieć u boku Franza, który nigdy nie miał skrupułów, gdy trzeba było działać zdecydowanie.

Stojący wokół ludzie wydawali się poruszeni, lecz nieszczególnie wstrząśnięci. Każdy z nich zetknął się już z podobną sytuacją. Wiedzieli, że Karstenowie nie ponoszą winy za ten incydent.

Alfred uśmiechnął się do nich uspokajająco. Przez chwilę przemknęła mu przez głowę myśl, że kobieta ma rację. Ona i jej dzieci prawdopodobnie umrą z głodu. Niemowlę już wyglądało bardziej na martwe niż żywe. Skoro ojciec, jedyny żywiciel rodziny, został kaleką, nie pozostało jej nic innego, jak wysyłać starsze dzieci na żebry, a to raczej nie wystarczy, by wyżywić dziewięcioosobową rodzinę.

Żyli w okrutnym świecie, w bezwzględnym systemie, lecz to nie on go stworzył. Czy miałby wypłacać zasiłek chorobowy każdemu robotnikowi? Westchnął cicho na tę absurdalną myśl. To doprowadziłoby go do ruiny. Dla takich niesprawiedliwości nie było prostych rozwiązań. Kobieta, jak wiele innych w podobnym położeniu, musi pogodzić się ze swym losem.

A jednak... Coś w tej małej dziewczynce, która trzymała się matczynej spódnicy, nie dawało mu spokoju. W dziwny sposób przypominała mu Lily... To samo nieśmiałe, a zarazem ciekawskie spojrzenie i delikatne piegi na nosie. Pokręcił głową, jakby chciał przegnać tę myśl, i sam się zdziwił, gdy odwrócił się do syna i szepnął mu do ucha:

- Każ przekazać tej kobiecie pięćdziesiąt marek odszkodowania.

Franz nie zmienił wyrazu twarzy, lecz spojrzenie, którym zareagował, było pełne niedowierzania.

- Oszalałeś? - syknął.

- Po prostu to zrób!

Alfred nie miał ochoty na dyskusję. Odwrócił się, lecz Franz chwycił go za rękaw.

- Jeśli damy jej pieniądze, wkrótce wszyscy zaczną się ich od nas domagać.

Alfred zawahał się przez moment. Sprzeciw syna był uzasadniony.

- Dobrze. Dostanie pieniądze tylko pod warunkiem, że nikomu nie powie, skąd pochodzą. Jeśli ktoś zgłosi się do nas i powoła na nią, zażądam natychmiastowego zwrotu całej sumy. To powinno ją uciszyć!

Franz nadal nie wyglądał na przekonanego.

- Ojcze, to kompletna bzdura...

- Zrób, co mówię!

Ostry głos Alfreda nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. Jego syn miał wkrótce przejąć interesy, a tym samym całe jego życiowe dzieło. Ale to Alfred nadal podejmował decyzje.

Franz rzucił mu jeszcze jedno niedowierzające spojrzenie, po czym odwrócił się z zaciśniętymi zębami, by wykonać polecenie.

Alfred westchnął cicho i skierował wzrok na Titanię. Nie mógł być bardziej dumny: statek był prawdziwą ucztą dla oczu. Zbudowany w tradycyjnym stylu, a jednocześnie wyposażony w najnowocześniejszą niemiecką technologię. Wodowanie odbyło się w Liverpoolu, gdzie został zbudowany, lecz chrzest miał się odbyć tutaj, na wodach Hamburga, zgodnie z miejscową tradycją.

Żagle były oflagowane aż po topy masztów, na rufie powiewała niebiesko-biała bandera Karstena, a na dziobie zawieszono okazały wieniec z kwiatów. Wszystko było gotowe. Pozostał tylko jeden problem - brakowało matki chrzestnej. Bez niej ceremonia nie mogła się rozpocząć.

Wyjął zegarek kieszonkowy i spojrzał na niego z niepokojem. Powinna już dawno tu być.

Gdzie jest Lily?