Ta chwila zbliżała się nieubłaganie od lat. Teraz wydawało się, że nadeszła znikąd. John stał przed ołtarzem. Witraże przepuszczały do wnętrza światło, które spowijało wszystko w delikatnej mgiełce. Jego matka, siostra i brat siedzieli w pierwszym rzędzie. Słyszał cichy kaszel, stłumiony szelest ubrań. Napięcie było wręcz namacalne. Wszystkie oczy w pomieszczeniu skierowane były na niego, skóra piekła go od tych spojrzeń. A oni o tym wiedzieli. Potrafili czytać w jego myślach.
Zabrzmiała muzyka i drzwi się otworzyły. Wujek wprowadził do środka Evelyn. Miała na sobie welon, więc John nie widział wyrazu jej twarzy. Skupił się całkowicie na własnym bolesnym uśmiechu. Pachniało kadzidłem, woskiem ze świec, kwiatowymi dekoracjami na ołtarzu i starym drewnem, z którego zrobione były ławki. Kręciło mu się w głowie.
Naraz stanęła przed nim, a pastor zaczął przemawiać:
- Zebraliśmy się tu dzisiaj, aby połączyć tych dwoje ludzi świętym węzłem małżeńskim. - Spojrzał najpierw na Johna, a potem na Evelyn; na jego twarzy pojawił się wyraz namaszczenia. - Jak wszyscy wiemy, wśród nas brakuje dziś osób, które powinny z nami uczestniczyć w tej godzinie szczęścia. Nosimy je w naszych sercach. Z tej okazji zacytuję fragment Hymnu o miłości z Pierwszego Listu do Koryntian. - Pastor podniósł ręce w geście błogosławieństwa. - "Miłość jest cierpliwa, miłość jest dobrotliwa, nie zazdrości, miłość nie jest chełpliwa"1.
John nie usłyszał nic więcej. W jego głowie był tylko szum.
- "Wszystko zakrywa, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko znosi. Miłość nigdy nie ustaje"2.
Jak to się stało, że stoję tutaj? - pomyślał z niedowierzaniem, a jednocześnie sam siebie przywołał do porządku. Nie był ofiarą, którą przemocą zaciągnięto przed ołtarz. Sam zdecydował się tu stanąć. Ponieważ czuł się odpowiedzialny. Ponieważ tak należało postąpić.
Z bliska dostrzegł pod welonem twarz Evelyn - bardzo bladą i bardzo piękną. Jej kremowa sukienka ledwo odróżniała się od białej skóry. Patrzyła na niego niepewnie, a on chwycił jej dłonie.
Wtedy usłyszał znajome słowa, które brzmiały tak samo na każdym ślubie, ale nigdy dotąd nie były zaadresowane do niego.
- Teraz pan młody może pocałować pannę młodą.
Pastor skinął do niego zachęcająco głową. John uniósł welon Evelyn. Uśmiechnął się i pocałował jej usta, były ciepłe i znajome. W jej oczach malowało się pytanie, a jednocześnie radość. Trwało to tylko kilka sekund, a on miał wrażenie, że ta chwila ciągnie się niemożebnie długo. Dzwony zaczęły bić.
"Mimo to pan jej nie kocha".