Część pierwsza. Rok 1816, koniec świata
Europa próbuje lizać rany po wojnach napoleońskich, kongres wiedeński właśnie ustalił nowy porządek świata, ale nie bacząc na porządki dokonane przez polityków, świat nadal próbuje się skończyć. W północnej Europie słońce niemal na dobre znika za chmurami pyłu, zamiast błękitu nad głowami ludzi wiszą ochra i ugier, co w Londynie na kolejnych obrazach uwiecznia William Turner. W czerwcu nad Europę nadciągają burze śnieżne, z tym że na Węgrzech pada czerwony śnieg, a we Włoszech - brunatny. Potem zaczyna lać deszcz i nie przestaje, więc to, co mimo braku słońca jednak wyrosło, gnije na polach. Ceny żywności rosną, głodni ludzie się burzą, co i rusz wybuchają zamieszki. Powietrze nabrzmiewa apokalipsą, więc niejaka Mary Shelley z przyjaciółmi chroni się w Szwajcarii, ale nadal sypia tam niespokojnie. Podczas bezsennych nocy wymyśla stworzenie zwane "potworem Frankensteina", a jeden z jej towarzyszy, John William Polidori - postać wampira, który nie ma zamiaru umierać. Już w sierpniu Europę dotykają przymrozki, a przerażeni ludzie modlą się, żeby świat jeszcze się jednak nie kończył. Mało kto podejrzewa, że wszystkie te niepokoje spowodował zeszłoroczny wybuch wulkanu w dalekiej Indonezji, który wysłał w atmosferę tysiące ton pyłu.
Kujawy trwają daleko od tego zamieszania, może słońca i ciepła sporo mniej, ale kto by się tym przejmował, skoro wkraczające wojska rosyjskie poza nowym językiem urzędowym przynoszą także epidemię. Z powodu zarazy umiera mnóstwo ludzi, w niektórych wsiach nie zostaje nikt
żywy, nie ma więc komu zbierać plonów z pańskich pól. Ten trudny rok zmierza ku końcowi, ale to wcale nie kres niespodzianek, bo tymczasem w listopadzie w okolicach Izbicy Kujawskiej...
Hanka Józwiakowa
Chwilę po południu, akurat gdy myłam statki po obiedzie, w izbie nagle zrobiło się ciemniej. Odwróciłam się, spojrzałam w okno. W listopadzie niewiele jest słonecznych dni, niebo raczej woli mieć kolor niedawno ostrzonego noża, ale tu, w środku dnia, z tej szarości krok po kroku zrobiło się mroczno jak w nocy i wtedy zrozumiałam, że świat się kończy. Nie ja jedna. Od Jamiołów z naprzeciwka, od Golców zza płota zaczęły się nieść lamenty, zawodzenia i krzyki, dołączały kolejne chałupy. Chciałabym ciszy, pomyślałam. Teraz, u kresu, chciałabym ciszy. Zanim trąby anielskie się odezwą. Wyszłam z domu, ocierając dłonie w fartuch. Kolebiąc się ciężko z wielkim brzuchem, dotknęłam ramienia mojego męża. Stał, wpatrując się w niebo z przerażeniem.
- Co to się dzieje, Antoś?!
- Pan Bóg nam wszystkim światło w biały dzień zabrał.
- Cóżeśmy zrobili, że tak się na nas zagniewał?
- Nie tylko na nas, Hanka, całej wsi słońce schował.
- Chyba się modlić powinniśmy, czy jak? Może trzeba na kolana paść do tego końca świata?
- Umrzemy na stojąco - postanowił. - To nasza śmierć i możemy sobie wybrać, jak będzie wyglądać. Więc będziemy do niej stali, godnie jak w kościele. Klękniemy, głowy pochylimy, jak na podniesienie, dopiero gdy się Pan Nasz Jezus Chrystus pokaże.
Głowę pochylać? A jeśli na Jezusa popatrzę, to będzie grzech? Nie byłam pewna. Ale bardzo chciałam Jezusa zobaczyć, sprawdzić, do którego obrazka jest bardziej podobny - do tego w kościelnym ołtarzu czy do tego na drodze krzyżowej na ścianie z boku. Czy ciekawość jest grzechem głównym? Proboszcz w dawnej naszej parafii z wiary nas przed ślubem egzaminował, ale tego akurat nijak nie pamiętałam.
- Przynajmniej przed końcem jeszcze coś innego zobaczyliśmy poza tamtymi czworakami, parafią i polem dziedzica - pocieszałam Antosia, prostującego się obok mnie do tej śmierci. - Przynajmniej tyleśmy z życia skorzystali, żeśmy w nowym miejscu, w nowym domu zamieszkali, i wolności więcej przez parę miesięcy mieliśmy. Pożyliśmy, mniej kark zginając. Przynajmniej spróbowaliśmy innego losu, choć trochę.
Czułam, że powinnam płakać, ale jakoś mi nie szło. Stałam tylko, czując ciepło mężowskiego ramienia, rozglądając się po świecie, który żegnaliśmy w ciemnościach i wśród utyskiwań Jamiołowej, wrzasku Golcowej. Może ten następny świat będzie lepszy. Ten jednak wcale nie zdawał się taki zły i szkoda mi go trochę było.
Gdyby choć jeszcze chwilkę dłużej potrwał, zdążyłabym spojrzeć w oczy swojemu dziecku, ciekawe - chłopiec to czy dziewczynka, rodzić się przecież miało lada chwila. A potem świat mógłby potrwać choć jeszcze kilka niedziel do Godów, gdy śnieg pokryje wszystko na bialutko, przez co wioska schludna się wyda, jak świeże, wyschłe na słońcu pranie. A potem świat mógłby jeszcze trwać kilka miesięcy do wiosny, gdy wszystko się zazieleni, rozbuja, rozkwitnie! Gdyby choć jeszcze kilka miesiączków, Panienko Najświętsza, gdyby to wszystko mogło jeszcze trochę potrwać, żebym temu dzieciakowi, co się rozpycha w moim brzuchu, mogła pokazać, jak dokoła potrafi być pięknie, biało, zielono i słońcem spalone na przemian, gdyby choć jeszcze kilka miesiączków!
I gdy tak się gorączkowo modliłam, chyba jednak Mateczka Najświętsza się za nami do Pana Boga wstawiła, bo w tej dookolnej ciemności ujrzałam znienacka niteczkę światła. Ejże, pomyślałam, nie ma już światła, skończyło się, jak wszystko, jak i my zaraz się skończymy. Nitka jednak trwała, by powoli zmienić się w smużkę, a smużka w płonącą wstążeczkę, grubiała jak nadzieja w moim sercu. Już była świetlistym kręgiem wokół czarnego koła.
Może jeszcze będzie dobrze, pomyślał wtedy mój mąż.
- Może jeszcze będzie dobrze - powiedziałam i chwyciłam Antosia za rękę, teraz dopiero, bo gdy czekaliśmy na anielskie trąby, to jakoś nie wypadało. I staliśmy tak, i patrzyli, jak słońce znowu przyrasta po tych strasznych chwilach ciemności.
Wracało.
Golcowa dalej zawodziła, tylko że teraz na nieco weselszą nutę.
- A już bierzmy się żyć, skoro na zachętę światło nam Pan Bóg przywrócił - powiedziałam, bo pomyślałam, że czasu szkoda na rozpamiętywanie tego, co się nie stało.
Że w ogóle czasu szkoda, bo kto wie, ile jeszcze nam pisane.
Wraz z powrotem światła pospieszyliśmy na drogę i dalejże rozprawiać o końcu świata z sąsiadami. Wszyscy wylegli, chłopy, baby, poruszeni, pomieszani.
Jamiołowa ciągle krzyczała:
- Jamiołowie Pańscy!
Wtórowała jej Golcowa:
- O Jezu, o Jezu!
Kowalowa wzdychała jak miech w kuźni jej męża:
- O Matko Przenajświętsza!
A inni się przekrzykiwali:
- Ciemno było jak w nocy!
- Jużem myślał, że trąby anielskie usłyszę!
- Jużem myślała, że po nas, jamiołowie Pańscy!
- A ja od razu wiedziałem, że światło wróci, bo jak inaczej?
- Może wiedźma jakaś słońce złośliwie przesłoniła?
- Może burza miała być, a przeszła bokiem?
- Jaka burza, noc w środku dnia nadeszła, sąsiedzie, takiej burzy nikt nigdy nie widział!
- Ale to nie wróci, sąsiedzi, prawda? Nie wróci ta ciemność przecież?
- O Jezu, Jezu!
- O Matko Przenajświętsza!
- Jamiołowie Pańscy!
- Ale po co to wszystko? - spytałam. Nikt mnie w zamieszaniu nie usłyszał, więc krzyknęłam na cały głos:
- Po co to wszystko?!
Antoś mnie za rękę złapał. Zamilkli.
- Ale co, sąsiadko?
Tyle się we mnie kłębiło, ale nie wiedziałam, jak rzecz wypowiedzieć. No bo jak to, Pan Bóg w swej nieskończonej mądrości postanowił zakończyć świat, a nagle, w pół kroku, się rozmyślił i pozwolił wszystkiemu trwać dalej?
- Po co ten koniec świata, skoro go nie było? - zachrypiałam, takem się przejęła.
Wszystkich jakby zatchnęło, umilkli.
- Jeden Pan Bóg wie - odezwał się wreszcie kowal.
Jeszcze chwilę wszyscy pomilczeli, ale zaraz zaczęło się znowu:
- O Jezu, o Jezu!
- O Matko Przenajświętsza!
- Ciemno było jak w nocy!
Tak mędrkowali i lamentowali, głośno i bez sensu, a ja patrzyłam na niebo z powrotem szare, bo i co z tego, że końca świata jeszcze nie będzie, gdy pytania mną szarpały. Antoś wziął mnie za rękę.
- Chodź, Hanka. Trzeba o to wszystko kogoś mądrzejszego spytać.
I ruszyliśmy, skrajem lasu, do plebanii - znajdującej się w miejscu zwanym "Pustynią".
Wielebny chyba właśnie od obiadu wstał, gdy zaniepokojony waleniem w drzwi, usta ocierając, przyszedł nam otworzyć.
- A, to wyyy... - szukał w pamięci.
- Józwiakowie. Z Naczachowa.
- Miałem na końcu języka. Z czym przychodzicie? - Na ręce mi spojrzał, czy nie przyniosłam jajek, kurki czy choćby kobiałki ziemniaków. Wstyd mi się zrobiło, iść z pustymi rękami do plebana przecież nie wypada, ale zaraz znowu się wyprostowałam. Czymże jest bowiem koszyk jajek wobec końca świata?
- Świat się dziś kończył, dobrodzieju - zagaił Antoś.
- Tak?
- Ciemności okryły ziemię, widzieliście? - dołączyłam.
- O zaćmieniu Słońca mówicie?
- Tak się głowię, co Pan Bóg chciał nam w ten sposób powiedzieć? - odezwał się Antoś, bo zawsze poważniej, gdy chłop plebana pyta, nie baba.
Wielebny się zacukał, zamyślił, w sobie pogrążył. Wreszcie rzekł:
- Pan Bóg nas ostrzega. Was wszystkich. Byście nie grzeszyli. Dał znak, że się na ludzi gniewa.
- Ale za co?
- Już wy wiecie za co. Za grzechy wasze.
- Jakie grzechy? - Nigdy nie śmiałam tak mówić do plebana, ale też nigdy w takim niepokoju, w takim uniesieniu z nim nie rozmawiałam, nigdy o tak ważnych rzeczach, które wydarzyły się przed chwilą, a nie przed wiekami. To przecież dzisiaj właśnie Pan Bóg dał nam znak swojej obecności tuż nad naszą wioską. Znak, którego nijak zrozumieć nie potrafiłam.
- Jakie grzechy, pytacie? Wszyscyśmy grzesznikami. Zróbcie rachunek sumienia, w piersi się uderzcie.
- Ale z tych starych grzechów jużem się wyspowiadał, a nowych nijak jeszcze nie popełniłem - zbuntował się Antoś.
- No, gospodarzu, teraz grzeszycie pychą. Wszyscyśmy grzeszni. Żałujcie za to, żałujcie.
Antoś uderzył się w piersi, raz i drugi, zrobiłam to samo, skoro dobrodziej kazał, nic mi to jednak w głowie nie rozjaśniło. Mojemu mężowi chyba też nie, bo pytał dalej:
- A będzie jeszcze koniec świata?
- Będzie, tak mówi Pismo.
- A kiedy, dobrodzieju? Bo pewnie trzeba by się przygotować. - Ach, jak go kochałam, tego mojego męża, który lubił być gotowy na wszystko. Pleban zerknął za siebie, do wnętrza plebanii, gdzie pewnie jakieś pieczone gołąbki mu stygły, i powiedział szybko:
- To jeden Pan Bóg wie. Zawsze musicie być gotowi. Módlcie się i za grzechy żałujcie!
Znowuśmy się w piersi uderzyli, tak wypadało. Wielebny odwrócił się, żeby wrócić do obiadu, a ja pociągnęłam Antosia za rękę.
Już prawie byliśmy przy furtce, gdy pleban zawołał z progu:
- Gospodarzu?
- Tak, dobrodzieju?
- Z was jest taki chłop pytający. To niedobrze, bardzo niedobrze. Pokorę w sobie mieć musicie.
Antoś skłonił głowę, ja nie, skoro nie do mnie mówiono. Pochwaliliśmy Pana Boga i ruszyliśmy z powrotem do Naczachowa.
Pokora? Pierwsza rzecz, której się człowiek rodząc w wiejskiej chałupie uczy, to pokora. Grzechy? Modlimy się z Antosiem rano, z wieczora, w południe na Anioł Pański, pracujemy uczciwie, kłótni unikamy, pomagamy sąsiadom, spory rozstrzygać spieszymy, świętych szanujemy i co niedzielę chodzimy do kościoła, bośmy sobie postanowili, że chcemy żyć godnie i porządnie.
- Trzeba iść szybciej, bo ciemno nas tutaj złapie. - Antoś miał rację, już szarzało, tyle że nie z powodu końca świata, lecz dlatego, że dzień się kończył. Chwyciliśmy się za ręce i mocno przyspieszyliśmy kroku.
- Antoś, a jak ty myślisz? Ten koniec świata był tylko u nas, w Naczachowie?
- Na plebanii też przecież.
- Ale myślisz, że tylko u nas w parafii czy jeszcze gdzieś dalej? W naszej dawnej wsi? Na... Na świecie całym?
- Nie wiem, Hanuś. Może zawrócimy wielebnego spytać?
Ale mocniej mu rękę ścisnęłam i pociągnęłam za sobą. Po co zawracać? Pleban znowu każe w piersi się walić, z czego nic, poza głuchym dudnieniem, nie przyjdzie.
- A czy to nie znaczy, że i pleban grzeszy? - spytałam. - Skoro i jemu ten znak się pokazał?
Antoś aż się przeżegnał na tę bezbożną myśl. Ja, po namyśle też. Lepiej Panu Bogu się nie narażać, gdy drzewa jawią się już mocno czarniawe na tle ołowianego nieba, a las tylko czyha, aż będziemy bezbronni. Ruszyliśmy szybciej.
Kilka lat wcześniej. Hanka od komornicy Jagnieszki
Z Antosia od Józwiaków zawsze był chłopak powolny. Zanim cokolwiek powiedział, dumał długo, bardzo długo, marszcząc czoło między odstającymi uszami.
- A Antoś myśli i myśli, i myśli! - śmiały się dzieciaki. Potrafiły to powtarzać przez kilka pacierzy, bo też i nikt nie myślał tak długo jak Antoś.
Nigdy się nie żalił, że mu dokuczają.
Nigdy się nie odszczekiwał.
Sam nikomu nie dokuczał. Myślał wolno, ale biegał szybko. Więc odbiegł czasem, żeby mieć spokój, i nikt go wtedy nie dogonił.
Wracał, kiedy chciał, wymyśliwszy.
I wtedy się okazywało, że co Antoś wymyślił, głupie nigdy nie było. A to zabawkę dziwną zrobił, z patyków i ze szmatki, inne nie latały na wietrze, a jego tak, wysoko. A to świstawkę ustrugał, inne piszczały i skrzeczały, a jego fiukała całkiem udatnie. A to wpadł na pomysł, gdzie kamulec wielki podeprzeć, by go podnieść i przetoczyć z pola, gdzie zawadzał, na miedzę, gdzie się przydawał do oznaczania granicy między łanami. Albo wymyślił, gdzie tamę na strumieniu z kamieni postawić, żeby się głębiej zrobiło i żebyśmy mogli w południe podczas żniw popływać.
- A Antoś myśli i myśli, i myśli! - krzyczały nadal dzieciaki, ale już nie złośliwie, tylko czekając, co z tego myślenia wyjdzie.
Ja też byłam ciekawa, bardzo, najbardziej, dlatego krzyczałam najgłośniej. Ale dzieła Antosia podziwiałam z daleka, nie zagadywałam do niego, nie klepałam w plecy jak inni, bo mnie onieśmielał. I wcale nie dlatego, że był przyszłym parobkiem dworskim, najstarszym synem rataja, a ja tylko córką komornicy. Takimi różnicami akurat dzieciaki przejmowały się najmniej, gdy letnimi wieczorami wylegały na łąkę gromadzką bawić się i wrzeszczeć, z dużo większym zapałem niż podczas całodniowej harówki na pańskim albo swoim polu. Antoś onieśmielał mnie, bo taki był zmyślny. Tak się wtedy na wsi mawiało, bo "mądry" to o starym można powiedzieć, nie o dzieciaku przecież ledwie od ziemi odrosłym. A on był zmyślny, najzmyślniejszy ze wszystkich. To mnie najbardziej na świecie interesowało, co się tam u niego pod tym czołem wysokim między uszami odstającymi dzieje, że co i rusz na jakiś sprytny pomysł wpada, ale im bardziej mnie ciekawiło, tym mniej do niego miałam śmiałości zagadać, więc tylko z daleka popatrywałam.
Do czasu.
Zdarzyło się to tego wieczoru, gdy na gromadzkiej łące wśród kopek siana bawiliśmy się w chowanego, bo jak stały kopki, zawsze było chowanego. Szukać miał właśnie rudy Wicek, czekał z zamkniętymi oczami, aż się wszyscy pochowają, odmawiając jedno Ojcze nasz i jedno Zdrowaś, bo tak żeśmy czas odliczali przy tej zabawie. Każdy dzieciak już się ukryć zdążył, ja najbliżej Wicka, bo wiedziałam, że poszukiwania zaczyna zawsze od najdalszych kopek, a gdy tam pójdzie, ja zaraz się zaklepię i wygram. Choć kryłam się blisko, biegłam jednak zawsze naokoło, żeby nikt mojego sposobu nie podpatrzył. "Szybka Hanka" - mówiły o mnie dzieciaki. Wszyscy już schować się zdążyli, tylko jeden Antoś od Józwiaków stał na środku, głowę przechylał i pewnie ciągle się zastanawiał, za którą kopką się ukryć. Wicek krzyknął, że zaraz oczy otwiera, a Antoś nadal stał. Wypadłam zza swojej kopki, za rękę go chwyciłam, pociągnęłam. W ostatniej chwili, akurat gdy Wicek krzyknął: "Szukam!", Antoś wpadł w siano obok mnie i zamarł.
- Wymyśliłeś? - spytałam po dłuższej chwili.
- Chyba tak. Miałaś rację.
- Z czym?
- Że już się należało schować.
Wicek właśnie odszedł, żeby odnaleźć ukrytych najdalej, teraz właśnie miałam dobiec do wierzby i się zaklepać, że "raz, dwa, trzy, Hanka!", i jak zwykle wygrać. Już się gramoliłam w górę, gdy zrozumiałam, że nie powinnam Antosia zostawiać w kopce, bo tak długo będzie rozważał, kiedy biec się zaklepać, że z kretesem przegra. Chwyciłam więc go od razu za rękę, żeby do wierzby za sobą pociągnąć, on też za rękę mnie ścisnął, ale wcale się nie podnosił. Z powrotem więc opadłam w kopkę i tak siedzieliśmy w przemożnym zapachu siana, a między naszymi dłońmi jakby ciepła rzeka przepływała, i nagle czemuś wydało mi się to ważniejsze niż wygrana.
- Wszyscy znalezieni prócz Antka i Hanki! - wrzasnął Wicek.
- Hanki? - dziwili się wszyscy. - Hanka przecież zawsze pierwsza była.
- A Antoś od Józwiaków pewnie myśli.
- I myśli, i myśli, i myśli! - podchwyciły, zaśmiewając się, dzieciaki.
Wtedy Antoś, jakby się ze snu jakiego obudził, drgnął, spojrzał na mnie, potem na nasze dłonie splecione, ogrzane sobą wzajemnie. Puścił moją rękę, wygramolił się z kopki, stanął prosto obok, doskonale widoczny na tle ciemniejącego nieba.
- Raz, dwa, trzy, Antoś! - zaklepał go od razu Wicek.
Teraz już nie miałam szans wygrać, więc i ja wynurzyłam się z siana.
- Razem żeście siedzieli? Nic dziwnego, że tak cicho i tak długo. - Dzieciaki zaraz podchwyciły i zaczęły się prześmiewki. Na szczęście ciemno już się prawie zrobiło, więc na mojej twarzy nie było widać rumieńca, który właśnie grzał mi policzki. Miałam sto pomysłów, jak Wickowi odpyskować, ale co usta otworzyłam, to przypominała mi się ciepła rzeka między dłońmi i nie mówiłam nic, żeby tego wspomnienia prędkimi słowami nie przykryć.
Następnego wieczoru znowu poszłam na łąkę gromadzką, od razu za Antosiem się rozglądając, ale nigdzie go nie widziałam. Zabawa trwała, ale ani mi się wymyślać schowanek nie chciało, ani gonić, żeby się zaklepać jako pierwsza.
- Coś szybka Hanka dziś mało szybka - dogadał ktoś. Już się miałam odszczeknąć, gdy na tle ciągle jeszcze jasnego nieba zobaczyłam zbliżającą się chudą postać z dużymi uszami. Zaraz się odwróciłam, w drugą stronę spojrzałam, żeby nie wyszło, że to na niego czekałam przez cały wieczór.
- Antek ostatni przyszedł, to kryje! - krzyknęli wszyscy.
Twarz do wierzby przytulił, zaczął mamrotać pacierz, a mnie wmurowało w pół kroku, bo właśnie zrozumiałam, że Antoś już poznał mój sposób na chowanie się.
Ktoś syknął: "Hanka! Rusz się!". Ktoś zachichotał, ktoś go uciszył. A ja stałam.
Antoś już do ostatniego "Amen" się zbliżał, a odmawiał pacierz powoli, solennie, nie jak inni, język z pośpiechu połykając, kiedy kucnęłam za pierwszą z brzegu kopką. I dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że to ta sama, gdzieśmy się wczorajszego wieczoru za ręce trzymali. Co on sobie pomyśli? Że schowanka znaleźć nie umiem? Czy że wspomnień szukam?
Kiedy więc Antoś odwrócił się od wierzby, by zacząć się rozglądać, wstałam nagle zza kopki. I takeśmy na siebie patrzyli, zatopiliśmy się w patrzeniu na siebie, a słońce czerwieniło niebo, które pałało jak moje policzki.
- Te, Antek, zaklepujesz? - wrzasnął ktoś, chyba rudy Wicek.
- Raz, dwa, trzy, Wicek, za trzecią kopką z prawej! - Antoś zaraz popisał się zmyślnością, i znowu od wierzby się odwrócił, żeby spojrzeć na mnie, a ja, zamiast biec, szłam ku niemu, nie spuszczając z niego wzroku.
- A w co wy się bawicie? - zakrzyknęła któraś dziewczynka. - Zwariowaliście?
Antoś odwrócił się więc do wierzby.
- Raz, dwa... - zaczął.
- Trzy! - Doskoczyłam do pnia. - Hanka! Zaklepuję się!
Dopiero wtedy zobaczyłam, że zaklepując, dłoń Antosia przycisnęłam, a wtedy znowu pojawiła się między nami ta ciepła rzeka.
- Myślę, że... - zaczął Antoś, zagapił się na mnie, a wtedy ktoś inny się zaklepał, i kolejny, i kolejny.
Teraz Wicek krył, a myśmy, nie myśląc wiele, nie czekając do ostatniego "Amen", zapadli w "naszą" kopkę. Niedługośmy się nią nacieszyli, bo Wicek poszedł do niej jak po sznurku i od razu nas znalazł.
Następnego dnia siano z gromadzkiej łąki zwieźliśmy, potem padać zaczęło, potem już ku żniwom się miało, więc skończyły się nasze zabawy w chowanego, ale przy różnych okazjach, na drodze, w kościele, przy rzece, często łapałam poważne i zamyślone spojrzenie Antosia. Dziwne to było dla mnie i niespotykane, dotychczas przecież szłam przez życie mało zauważana, bo kto by się przyglądał szybkiej Hance, córce komornicy Jagnieszki? Wiadomo, we wsi są ważni, ważniejsi i najmniej ważni, a już komornice ważne nie są wcale. A bo co taka komornica? Wiadomo, najgorsza biedota, ani chaty, ani ziemi, kątem u kogoś mieszka, w komorze albo i w sieni, a za kąt do spania i strawę ciężką pracą płaci, odrabiając za gospodarzy na pańskim, a potem i na ich polu, póki zdrowia starczy. Nam na razie starczało, tylko zdrowia nam starczało, tak po prawdzie. Poza gospodarzami niewiele kto uwagę na nas zwracał, na mnie, chudą dziewczyninę, która usiłowała zadbać o matulę, zgarbioną od pracy, z błękitnymi sznurami żył na łydkach, wiecznie zabieganą.
Tego jednak lata wszystko się nagle zmieniło, bo co prawda matula nadal przemykała po wiosce niewidzialna, ale na mnie, w tym moim szesnastym lecie życia, Antoś Józwiaków patrzeć zaczął, a zaraz po nim poczęli na mnie patrzeć wszyscy. Kobiety spoglądały na mnie zaskoczone, jakby mnie pierwszy raz widziały, odwracały się potem smutne lub czemuś niezadowolone. Natomiast chłopcy, mężczyźni wcale się odwracać ode mnie nie chcieli, spojrzawszy raz, wzrok mocniej skupiali, żeby oczami wpijać się w moje ciało, w usta czy wycięcie koszuli, patrzyli na mnie z przodu, a i z tyłu, bo mnie to ich patrzenie mocno w szyję, w tyłek, w łydki łaskotało, w tyłek najmocniej. Jeszcze niedawno przemykałam się przez wieś niezauważona, a teraz wszyscy wiedzieli, że idę, i wcale nie byłam pewna, czy mi się to podoba. Karbowy nagle zapamiętał, jak mam na imię i mnie pierwszej grabie dawał, a długo ich nie chciał z ręki wypuścić, i to nie podobało mi się w ogóle, ekonom wstrzymywał konia przy polu, ku mnie zerkał.
Niektórzy nie tylko patrzyli, bo na przykład syn naszych gospodarzy, siedemnastoletni Pietrek, osiłek już pod wąsem, zawsze pierś czy plecy musnął mi niecierpliwą ręką, czasem na ścianę pchnął i przycisnął całym ciałem. Najpierw się przy tym śmiałam i otrząsałam, wystarczyło, lecz na krótko, potem się śmiałam i odpychałam go, śmiałam się, bo chciałam, żeby to były wygłupy podrostka, dlatego też matuli ani słowa o tym nie wspomniałam, bo od razu zaczęłaby się tym zamartwiać i nagle niecierpliwa ręka Pietrka pod moją koszulą stałaby się sprawą bardzo poważną. Gdy raz mnie, idącą za potrzebą, do ściany stodoły przyparł i mało się nie posikałam, próbując mu się wyrwać, poszłam do naszej komory zmienić spódnicę, dobrze, że drugą miałam, a tamtą w wodzie namaczałam. Matula spytała, co się stało, skoro zaraz rano strój jak jakaś dziedziczka zmieniam. Schlapałam się, powiedziałam, gnojówką. Pociągnęła nosem i chyba uwierzyła, ale zaczęła mi się bardziej przyglądać, rzadziej samą puszczać z komory, i w końcu zauważyła to, czym tak bardzo nie chciałam jej martwić: Pietrek przyparł mnie do drzwi i ręką pod spódnicą czegoś mi zaczął szukać, i znalazł, choć nogi zaciskałam. Gdy matula spojrzała, wycofał rękę, lecz dużo wolniej, niż bym chciała. Gdyśmy znalazły się z matulą same i ciągle otrząsałam się z obrzydzenia, matula stwierdziła:
- Mamy kłopot.
I dodała to, co sama wiedziałam: nie wolno mi syna gospodarzy zrazić, bo wtedy zaraz gospodarze każą nam się wynosić z komory. Dokąd wtedy pójdziemy? Wszyscy bogatsi we wsi mają już przecież swoje komornice, trzeba będzie za kij żebraczy chwycić.
- Miła mam być dla tego Pietrka? Naprawdę?
- Na tyle miła, żeby się nie obraził. Ale i nie za bardzo, żeby cię nie ukrzywdził, dzieciaka ci nie zrobił. Z tym trzeba bardzo uważać.
- To co mam robić?
- Trzeba będzie wydać cię za mąż - zadecydowała matula. - Im prędzej znikniesz stąd, tym lepiej. Czy jest we wsi ktoś, kogo sobie ulubiłaś, a i on ci wzajemny? Bo i zmuszać bym cię za bardzo nie chciała, w życiu i tak niewiele radości mamy.
Wstyd mi było jakoś dziwnie, ale w końcu powiedziałam o Antosiu.
- Syn rataja? Parobczak z folwarku? - zdziwiła się matula. - Za wysokie progi na nasze nogi.
Bo rataje to zupełnie inna sprawa niż komornice! Wszystkie parobki dworskie miały przecież zawsze mieszkanie w czworakach, za pracę na pańskim dostawali mleko i zboże, czasem nawet groszy parę, gdy pan postanowił być łaskawszy. Mogli zbierać chrust w pańskim lesie, mogli sobie warzywo hodować przy czworakach i zwierzęta trzymać, dzięki temu nosili się godnie i nie głodowali, a w gorsze lata zawsze pan ich wspomógł, żeby sług nie tracić. A poza tym rataje nie byli takimi sobie zwykłymi parobkami, co to do najbrudniejszych robót są brani, oni powozili wolim zaprzęgiem, a to już nie byle co! Więc dlatego matula dodała:
- Niżej się, córuś, rozejrzyj.
Kucnęłam.
- Co robisz?
- Niżej się rozglądam.
- Nie pyskuj, córuś. I nie żartuj z poważnych rzeczy. Ja życie znam, za wysoko nie ma co mierzyć, bo ból i zgryzota z tego tylko.
Ja jednak ciągle miałam przed oczami zamyślone spojrzenie Antosia i jego uszy śmieszne na tle ciemniejącego nieba, a w prawej dłoni ciągle jeszcze trwało wspomnienie ciepłej rzeki. Poza tym, i tego byłam pewna, z Antosia najzmyślniejszy chłopak we wsi jest, a ze mnie dziewczyna najbystrzejsza. Co też moglibyśmy razem wymyślić, gdybyśmy mieli okazję! A gdybyśmy mieli dużo tych okazji...
I dlatego właśnie stałam teraz po sumie pod kościołem i mówiłam do Antosia:
- Jeśli swatów do mnie nie poślesz, głupi jednak będziesz. A jak się z tym spóźnisz, za innego pójdę.
Antoś nic nie odrzekł, zadumał się tylko, czoło zmarszczył, głowę przekrzywił, wpatrzył się we mnie, aż mi się nieswojo zrobiło, zaczerwienił się i odszedł. Zostałam jak ten dudek, co rzucił się na lisa. Może źle to powiedziałam? - zastanawiałam się. Może trzeba było innych słów użyć? Ale przecież miałam rację. Miałam rację, co on musiał w końcu zrozumieć. Tyle że u niego zawsze długo to trwało.
Matula z daleka tylko głową pokiwała i zaraz udała, że przykuca. Zrozumiałam. Ale usta zacisnęłam, bo się uparłam.
Tydzień trwało, bity tydzień, podczas którego Antosia nie oglądałam, bo nasze drogi się niechcący nie krzyżowały, sam do mnie nie przyszedł, a ja na chodzenie za nim miałam za dużo godności. Tydzień pracy, męskich spojrzeń, opędzania się od łap Pietrka i westchnień matuli. Aż nadeszła kolejna niedziela, kiedy weszłyśmy z matulą do kościoła, nieco później niż reszta, dopiero po pieśni na rozpoczęcie, bo po śniadaniu naszych gospodarzy należało posprzątać, statki pomyć, brudną wodę wylać, świeżej nanieść, co swoje potrwać musiało. Ksiądz od ołtarza krzywe spojrzenie nam posłał, ale my po niedzielnemu przystrojone, tylko się wyprostowałyśmy i poszłyśmy tam, skąd wiejska biedota mszy słuchała. Spojrzałam na ławki, gdzie siedzieli parobki z rodzinami, rataje także, wiadomo, i kiedy te uszy zobaczyłam, te ramiona jeszcze niedawno szczupłe, a teraz rozrośnięte, te włosy niesforne, aż mi się słabo z przejęcia zrobiło. A Antoś, dziwnym uczuciem jakimś wiedziony, odwrócił się i zaraz mnie wzrokiem wyłuskał z tłumu. I znowu ciepła rzeka między nami przepłynęła, z oczu do oczu.
- Nie gap się. - Stuknęła mnie matulka.
Po mszy czekał na mnie, wiedziałam, że na mnie, bo stał trochę z boku i wpatrywał się w tłum wychodzących. Podeszłam. Zaczerwienił się.
- A dlaczego? - spytał tylko, jakby od mojego pytania nie minęło siedem dni, tylko kilka chwil.
- Nie widzisz, że oboje najbystrzejsi we wsi jesteśmy? Nie widzisz tego? Wiesz, ile moglibyśmy razem zdziałać? Dwie takie mądrale?
- Wiem, że jesteś bystrą dziewczyną - powiedział cicho.
- A skąd wiesz? - ucieszyłam się.
- Patrzę przecież na ciebie.
Teraz jednak w ziemię się wpatrywał, na twarzy mocno czerwony.
Postałam z nim jeszcze chwilę, czekając, żeby coś jeszcze powiedział, ale zamilkł, zatem do matuli odeszłam.
- I co? O rękę cię chyba nie poprosił?
Wzruszyłam ramionami. Nadzieja, z którą całą sumę przemodliłam, z którą z pochwały się ucieszyłam, gdzieś umknęła i zostawiła mnie pustą i smutną. Spojrzałam ku Antosiowi, czy jeszcze w ziemię się gapi, ale już go tam nie było.
I tak minął następny tydzień, matula coraz bardziej napierała, żebym coś postanowiła, ja coraz bardziej upierałam się, że jeśli nie ten rataja syn, to nikt, Antoś jednak milczał, a prędkie łapy Pietrka coraz częściej drogi do mnie szukały. Natarczywy się taki stał, że gdy któregoś ranka rękę mi pod koszulę wsadził, walnęłam go w gębę na odlew. Aż jęknął, ale paluchy zabrał, bo musiał się za twarz złapać. Zamarłam, że się gnojek obrazi, a my nie będziemy miały gdzie spać, ale tylko się roześmiał i powiedział, że jestem dzika jak ich kotka, przez co mu jeszcze przyjemniej, i rechocząc odszedł. Wiedziałam, że następnym razem będzie gorzej.
Znowu nadeszła niedziela, ale tym razem wlokłam się do kościoła zupełnie jak na pole, bez radości. Gdy wychodziłyśmy z naszej komory, matula jeszcze mnie w drzwiach zatrzymała.
- Warkocze popraw - rzuciła.
Nie miałam ochoty, sama więc powsadzała mi wypadające kosmyki, warkocze upięła i kwiatów w nie nawtykała.
- Im gorzej w sercu, tym godniej trzeba wyglądać. Wyprostuj się!
Ani myślałam. Co za znaczenie mają warkocze, kwiatki, plecy proste, gdy życie mi się w gruzy wali?
W kościele widok Antosia z rodziną na ławce dla ratajów żałość taką we mnie wzbudził, że aż nosem pociągnęłam. Matula mnie za rękę złapała, głową pokręciła. Antoś nawet się na mnie nie obejrzał. I tyle zostało z ciepłej rzeki między naszymi dłońmi.
Po sumie zostałam w kościele i modliłam się długo, żeby mi Mateńka Najświętsza jakąś dobrą radę podsunęła albo przynajmniej tęsknotę z serca odjęła, a łzy z oczu płynęły same. Wreszcie otarłam twarz, wyprostowałam się, jak matula kazała, i wyszłam z kościoła, jako ostatnia chyba. I nagle zobaczyłam, że Antoś stoi tam, gdzie tydzień temu. Na mój widok drgnął, zaczerwienił się. Skręcić chciałam, żeby już obok niego nie przechodzić, niech sobie chłopak nie wyobraża, że córce komornicy brakuje godności, ale Antoś, nie myśląc długo, przyskoczył i drogę mi zastąpił.
- Przemyślałeś? - Nie odmówiłam sobie złośliwości.
- Tak. I masz rację.
- Z czym?
- Że najbystrzejsi we wsi jesteśmy. I z tym drugim też masz rację.
- Z czym?
- Że głupi bym był, gdybym nie chciał swatów do ciebie słać.
Widziałam, że o parę kroków od nas matula zgaduje się z innymi komornicami, dziwnym trafem z tymi, które mają synów w odpowiednim wieku. Widziałam też, jak Pietrek, syn naszych gospodarzy, stoi u boku swojego ojca i jak rozmawiają obaj z innymi bogatszymi gospodarzami, widziałam, jak dzieci biegają, jak pleban z dziedziczką rozmawiają, wszystko widziałam, tylko na Antosia nie patrzyłam. Drżałam.
- A nie jestem głupi, przecież wiesz, Hanka.
Dopiero teraz spojrzałam na niego.
- Mam nadzieję.
A i on teraz podniósł wzrok na mnie. I znowu zatopiłam się w tych oczach i tacyśmy stali, całkiem czerwoni, aż w końcu przerwałam ciszę.
- Ale czy twoi się zgodzą?
- Też się tego boję.
- I nic jeszcze z tym nie zrobiłeś?!
Już na mnie nie patrzył.
Matula dawała mi znaki, żebym do niej podeszła, ale ja nic, czekałam, aż Antoś odpowie.
- Będę myślał - rzucił w końcu, co wcale mi się nie spodobało, i każde z nas poszło w swoją stronę.
Matula przez resztę niedzieli marudziła.
- Po co sobie głowę ratajczykiem zawracasz? Jego ojciec z matką na córkę komornicy się nie zgodzą. A ja wam nie pozwolę bez błogosławieństwa jego rodziców się pobierać. Bo wtedy i mojego nie dostaniecie.
Cóż, od zawsze wiedziałam, że ślub to sprawa dużo poważniejsza niż ciepła rzeka płynąca między dłońmi. Poważniejsza, bo na całe życie.
- Syn Henrykowej w tym roku osiemnaście wiosen skończył - dopowiedziała matula. - Pewnie nawet dostanie od dziedzica kawałek gruntu, jeśli szybko się ze zdrową dziewczyną ożeni i będzie miał dzieci. Raz-dwa sobie jako taką chatkę postawicie, z pańszczyzną we dwoje uradzicie, zaraz dzieci przyjdą, to was w pracy wspomogą. Chłopak postawny, pracowity, niepijący. Czego chcieć więcej?
W poniedziałek zeszłam więc na chwilę z pańskiego pastwiska, zostawiając krowiny na łasce boskiej i innych pastuchów, żeby na pańskim polu przyjrzeć się lepiej temu synowi Henrykowej. Postawny, istotnie. Pracowity, zapewne. Niepijący, być może. Spostrzegawczy - na pewno, bo gdy mnie zauważył, rękę podniósł, zamachał. Uśmiechnęłam się krzywo, odwróciłam na pięcie i poszłam.
Ale daleko nie uszłam, bo mnie dognał.
- Witaj, Hanka.
Powiódł spojrzeniem po moim ciele, zatrzymując wzrok dłużej w wycięciu koszuli. Zebrałam ją palcami, odgrodziłam się przedramieniem od jego spojrzenia. Twarz miał okrągłą i gładką, oczka nieduże, czuprynę gęstą, dłonie wielkie i spracowane, młody był, ale zgarbiony od ciężkiej pracy, matula by pewnie powiedziała, że to dobrze wróży na przyszłość, pachniał ziemią i potem, co czułam aż za dobrze, bo stał blisko. Za blisko.
- Matula mówi, że szkoda pieniędzy na swatów, sami się zmówić i dogadać możemy.
Milczałam.
- A pieniądz przyda się przecież potem - dorzucił. Niby brzmiało rozsądnie, ale ciągle mi się gadać z nim nie chciało. Patrzeć na niego też nie.
- Nasze matule już wszystko dogadały, ja po ślubie dostanę od pana ziemię w użytkowanie, może i dziesięć mórg, starczy na nas i na dzieci. - Teraz mi na biodra spojrzał, ale już nie miałam wolnej ręki, żeby się osłonić. - Pańszczyzny na początek mniej nam do odrabiania dadzą. Twoja matula mówi, że pracowita jesteś, silna. Dobrze nam będzie razem. A teraz odprowadzę cię do domu.
Nawet nie spytał, czybym chciała. Nie chciałam. Ale nic nie mówiłam, przecież niedługo będę z nim mieszkać, żur mu gotować, spać na jednym sienniku. I nijak już się przed nim nie odgrodzę.
Pożegnał mnie na skraju wioski, przy Bożej Męce, dalej iść nie chciał, żeby mnie ludzie na języki nie wzięli.
No i nie było ratunku, nadziei też nie. Matule się zgadały, ja już nie protestowałam, choć cierpiałam. W sobotę mieliśmy iść z synem Henrykowej do ekonoma po pozwolenie na ślub. Kiedyś pozwolenia dawał dziedzic, ale teraz niedomagał i głowy do tego nie miał. Od niedzieli miały iść zapowiedzi, bo i na co tu czekać, gdy łapy Pietrka coraz bardziej się ku mnie wyciągają. Jak usłyszy zapowiedzi z ambony, może się powstrzyma, a potem już mnie tu nie będzie. W nocy z piątku na sobotę nie spałam, rano płakałam, po pracy się modliłam, nawet, żeby było uroczyściej, z tą modlitwą do kościoła pobiegłam. Tam z godzinę klęczałam, błagałam, najdłużej Najświętszą Panienkę, już ona coś o mężach wiedziała, ale nie ulżyła mi w troskach.
No a potem trzeba było warkocze poprawić i iść do ekonoma, gdziem się miała spotkać z synem Henrykowej (Wojtek, Wojtek mu jest, nie powinnam zapominać). Ekonom będzie nas o różne rzeczy pytał, a potem zgody udzieli, bo dlaczego miałby nie udzielić, tyle wiedziałam. Co tu robić, co tu robić, ciągle się zastanawiałam. A może iść przedtem, do nóg mu się rzucić, żeby potem, przy Wojtku, odmówił? To był dobry zamysł, najlepszy. Spróbuję czegokolwiek, żeby nie iść jak ta owieczka na rzeź. Lecę, pędzę. Pod nogi ekonoma podjąć? Chyba tak. Popłakać się? Już teraz mi się płakać chciało. Już prawie dochodziłam do bramy czeladnej dworu, gdy pod murem ujrzałam sylwetkę mężczyzny. On mnie nie widział, bo w niebo się gapił, na jego odstających uszach zachód wygrywał różne kolory, makowy, nagietkowy, i po tych uszach poznałam, że to nie Wojtek. Podeszłam, dotknęłam jego ramienia. Patrzyła na mnie szczera, opalona twarz między odstającymi uszami.
- Wymyśliłem - powiedział Antoś.
- Co?
- Wszyscy wierzą w znaki, prawda? Damy im znak.
- Ale jaki?
- Nie ma czasu na gadanie. Kiedy ten twój Wojtek ma tu być?
- To nie jest żaden mój Wojtek!
- Wchodzimy. I to ja będę mówił.
Nie chciałam na to pozwalać, przecież nie zdążę się już ekonomowi do stóp rzucić. Ale gdy Antoś złapał mnie za rękę i opłynęła mnie ciepła rzeka, zmiękłam od razu, zaufałam. Weszliśmy.
- Witajcie, panie ekonomie, my po pozwolenie na ślub - odezwał się Antoś od razu. Możliwe, że wtedy rozwarłam usta i możliwe, że tak stałam przez dłuższy czas, z zadziwienia.
- Jak cię zwą? - spytał ekonom.
- A Antoni Józwiak, syn rataja.
- A twoją dziewuchę? - I przeniósł spojrzenie na mnie. Zacisnęłam usta.
- Hanka. Hanka od komornicy Jagnieszki.
- Taką biedę bierzesz, ty, ratajów syn?
- Miłujemy się, wielmożny panie - odpowiedział Antoś.
I tak, przed okrągłą, czerwoną gębą ekonoma, w jego śmierdzącym fajką kantorku, usłyszałam to słowo od Antosia po raz pierwszy. Miłujemy się. Tak, to była prawda, którą chciałam żyć. I zaraz do tego życia nabrałam odwagi.
Ekonom na Antosia spojrzał, głową kiwnął, że zdatny do żeniaczki, potem wstał zza stołu, do mnie podszedł. Spuściłam wzrok, ale wziął mnie pod brodę, w oczy zajrzał, szczękę w dół ściągnął, na zęby spojrzał, kibici, biodrom się przypatrzył, choć dałabym głowę, że ostatnimi czasy już je dobrze zapamiętać zdołał, gdy na nas przy pracy patrzył. Nic jednak nie mówiłam, pozwolenie na ślub normalna sprawa, więc trzeba wytrzymać oglądanie. Nie puszczając mojej brody, ekonom spytał:
- A krwawisz regularnie?
Zmieszałam się, ale co miałam zrobić, jak pan pytał?
- Tak, panie.
- Nie kaszlesz?
- Nie, panie.
- Biedna, ale zdrowa jesteś.
- Tak, panie.
- Czyli rychło zdrowe dzieci porodzisz i będzie miał kto pracować na pańskim. I dobrze, że młodo za chłopa idziesz, lepiej młodo, niż dopiero jak cię ktoś popsuje. No, idźcie sobie, mam robotę. - W tyłek mnie klepnął jak swoją kobyłę. - Poślę kartkę do parafii, od jutra czekajcie zapowiedzi.
Wyszliśmy, Pana Boga pochwaliwszy jak należy, ale gdy tylko odeszliśmy na przyzwoitą odległość, napadłam na Antosia.
- Co myśmy właśnie zrobili?! Przecież zaraz się wszystko wyda.
- Jutro się wyda, gdy ksiądz w kościele zapowiedzi przeczyta. Wszyscy pomyślą, że to znak. Znak od Pana Boga, bo z ambony wygłoszony. Moi wierzą w znaki.
- Ale co ja teraz synowi Henrykowej powiem?
- Coś wymyślisz, wiem o tym. I nikomu ani słowa aż do zapowiedzi.
I poszedł, chuda sylwetka z wielkimi uszami na tle czerwieniejącego pod zachód nieba, a ja patrzyłam za nim.
W niedzielę na sumie wysiedzieć nie mogłam. Zapowiedzi pleban czytał zawsze na koniec, po tym całym długim łacińskim gadaniu i śpiewaniu, z tego gadania prawie nic dzisiaj nie słyszałam, bo w środku drżałam cała. Henrykowa ku matuli popatrywała, matula na nią, uradowane uśmiechały się do siebie, Wojtek ślepił na mnie z męskiego końca kościoła, tam, gdzie wiejska biedota stała. Wczoraj poczekałam na niego pod folwarczną bramą. Kiedy się zjawił z włosami na mokro przylizanymi, odezwałam się od razu.
- Za tydzień pójdźmy po pozwolenie, dzisiaj źle się czuję.
- Chora jesteś?
- Takie tam babskie sprawy, wiesz.
Nie wiedział, ale i nie dopytywał, babskie sprawy chłopów onieśmielają. Spytał tylko o jedno:
- Co ja matuli powiem?
- Bystry jesteś, coś wymyślisz.
Ucieszył się, że go nazwałam bystrym, i poszedł do domu, pogwizdując, bo powiedziałam, że przy tych babskich dolegliwościach to lepiej, żeby mnie do domu nie odprowadzał. Głupio mi trochę było, bo chłopak był z niego dobry, starał się, włosy na mokro uczesał, do ekonoma się nie spóźnił, no i szanował babskie dolegliwości. Głupio mi było, ale nie chciałam z tego powodu przeżyć z nim życia.
No i już nadszedł koniec łacińskiego gadania tyłem do nas, przodem do ołtarza. Teraz ksiądz na ambonę się wdrapał, księgę jakąś przytachał, spojrzał na wiernych, księgę otworzył. Trzęsłam się. Palcem po stronicy powiódł, głową kiwnął, wyczytał:
- Antoni Józwiaków i Hanna od komornicy Jagnieszki: zapowiedzi pierwsze. - W kościele naraz cisza zapadła, a potem szum się podniósł, wielu od nas z wioski i z wioski Henrykowej już bowiem słyszało, że za Wojtka mam iść.
Matulka spojrzała na mnie zła i zadziwiona. Wzruszyłam ramionami. Henrykowa na nas popatrywała z daleka, Wojtek czoło zmarszczył. Jeszcześmy głowy pochylili na spirytus sanktus, jeszcześmy pieśń na pożegnanie zagrzmieli, śpiewałam długo, żeby odwlec trudne chwile, ale matulka już mnie do wyjścia ciągnęła.
- Hanka, masz z tym coś wspólnego? - spytała.
- Możliwe, że to znak od Pana Boga. - Jeszcze nie skończyłam tego mówić, a już wiedziałam, że nie brzmi to dobrze.
- Nawet mi takich rzeczy nie gadaj.
- Ekonom się pomylił.
- Ale dlaczego?!
- Bo tak Antoś wymyślił. A ja się zgodziłam. - Rzuciłam się na głęboką wodę. - Miłujemy się, matulku.
Matula usta zacisnęła, potem rozwarła, coś chciała powiedzieć, ale zaraz ciżba wychodząca z kościoła wyrzuciła z siebie Henrykową. Matulka kazała mi odejść, pewnie bała się mojej niewyparzonej gęby. Poszłam więc i już z daleka dostrzegłam, że będę musiała stawić czoła większej groźbie, bo tuż za rzędem dziadów proszalnych stali: Antoś, jego matka z ojcem i jego dwóch młodszych braci. Wszyscy wpatrywali się we mnie, jakbym była krową, co weszła w szkodę. Odwzajemniłam im spojrzenie, głowy nie spuszczałam, choć drżałam cała. Stanęłam przed nimi i dopiero wtedy głowę skłoniłam.
- Pochwalony - powiedziałam do Antosia i do całej jego rodziny. Obiecałam sobie, że strachu ni konfuzji po mnie nie zobaczą.
- Pochwalony. Wiesz coś, Hanka, o tych zapowiedziach? Bo niektórzy mówią, że to znak - spytał od razu ojciec Antosia. - Znak od Pana Boga, że powinniście być razem.
Mów prawdę, pomyślał wtedy Antoś. Hanka, mów prawdę.
- Wiem. Byliśmy z Antosiem u ekonoma razem.
Ojciec Józwiak spojrzał na Antosia, pokiwał głową.
- Nie zełgałaś.
Spojrzał mi w oczy.
- Tak, prawdę mówię. - Wytrzymałam jego spojrzenie. Potem spojrzałam na matkę Antosia, patrzyła na mnie, jakbym była postawem podartego sukna na sprzedaż, jakbym była jałową niwą do obsiania. - Widzę, że niezbyt mi jesteście łaskawi, Józwiakowie. Wasze prawo. Ale ja na was patrzę z szacunkiem, bo Antosia miłuję, a on miłuje mnie. Przyszłam wam powiedzieć, że wbrew waszej woli nic robić nie będę, bo tak się nie godzi, a ja swój honor mam. Żegnaj, Antosiu.
Pocałowałam go w policzek, pierwszy raz w życiu go pocałowałam, skórę miał szorstką i chłodną, głowę przed Józwiakami skłoniłam i odeszłam do kościelnej bramy. Głowę miałam spuszczoną, ale zaraz uniosłam ją, wyprostowałam się i szłam dumna jak dziedziczka.
Płakać zaczęłam dopiero potem.
- Ratajczyk, co? - powiedział Pietrek gospodarzów, który przyłapał mnie w furtce. Dobrze, że zdążyłam oczy osuszyć. - Już cię swędzi, że się za mąż będziesz wydawać?
Ale z jakąś mniejszą śmiałością mnie podchodził, raczej dotykał mnie w ramiona i plecy, niż pod spódnicą szukał, nie pchał się za mną do komory. Schroniłam się więc tam i płakałam w siennik, aż matula wróciła.
- I co ja mam z tobą teraz począć? Powiedziałam Henrykowej i Wojtkowi, że ksiądz się musiał pomylić.
- Uwierzyli?
- Nie. Raczej nie, ale udają, że wierzą. Oni już wszystko zaplanowali, chcą cię, Hanuś.
- Matulko, nie pójdę za Wojtka.
- Dlaczego? Dobry, pracowity, uszanuje cię. I chce. Oboje dzieci komornic, będziecie sobie równi, nikt ci niczego nie wypomni, razem zapracujecie na dobro dla swoich dzieci.
Aż się wzdrygnęłam na te dzieci z Wojtkiem.
- Ale ja Antosia miłuję.
- Miłowanie odchodzi, mąż zostanie.
- Nie wiesz tego przecież, matulko.
I płakać zaczęła. Jak mogłam być tak okrutna? Czy to jej wina, że ojciec mój zaraz po ożenku życie stracił? Że go drzewo na dziedzicowej porębie przygniotło? Matula starała się mnie wyżywić, wychować najlepiej, jak potrafiła, choć całe życie do obcych na posługi chodziła, robiła wszystko, żeby mnie było lepiej na świecie, a ja jej mówię takie rzeczy. Przytuliłam ją, po plecach gładziłam, no ćśśśś, no ćśśśś, jak ona kiedyś w płaczu mnie uspokajała.
Wypłakała się, oczy, nos otarła.
- Dziecko, dziecko! Józwiakowie za nic się na taką synową nie zgodzą, Wojtka sobie zrazisz, a jak będziesz bez opieki, w łapy Pietrka wpadniesz i zaraz podzielisz mój los - komornica z dzieckiem. Nie chcę tego dla ciebie, córuś! Nie daj sobie tego zrobić! Posłuchaj matki!
Kogo słuchać? Matulki czy serca? Do tej pory jednym głosem mówiły.