Saga o jarlu Broniszu. Tom III. Rok Tysiączny - Władysław Jan Grabski


Reflow text when sidebars are open.
Saga o Jarlu Broniszu powstała w szczególnym czasie. Jak w przedmowie przyznaje sam Władysław Jan Grabski, czas hitlerowskiej okupacji nie pozwolił mu pogodzić się z opinią zasłyszaną wówczas od pewnego niemieckiego księgarza, że Polacy nie muszą zajmować się swoimi dziejami. Sprzeciw mieszał się ze zdziwieniem, że my sami, mieniący się potomkami wspaniałych Wendów, nie potrafiliśmy dotąd utrwalić ich wspaniałych dziejów i dokonań.
Wydana w 1946 roku Saga dobrze wpisała się w potrzeby tamtych czasów. Opowieść wyciągnęła na powierzchnię ludzkiej świadomości polską obecność u ujścia Odry u zarania naszej państwowości. Symbolizowała ją potęga Bolesława Chrobrego, który na dodatek wyróżnia się szlachetnością charakteru oraz mądrością w działaniu. Taki sam jest tytułowy Bronisz, pierwszy poddany polskiego króla. Najbardziej wojowniczy i nieokrzesani Skandynawowie boją się go i szanują. Kilka kart pierwszego tomu, opisujących przybycie jarla do Wolina, przekonuje czytelnika, że ma do czynienia z nietuzinkowym bohaterem, którego osobowość w pełni zasługuje na osobną opowieść.
Swoistym paradoksem pozostaje fakt, że opowieść Władysława Grabskiego to rezultat zachłyśnięcia się wspaniałą i bogatą tradycją skandynawskich sag, którą polscy uczeni i intelektualiści poznawali od przełomu XIX i XX wieku za pośrednictwem niemieckim. W tym tkwi zresztą duża zaleta opowieści oraz zasługa jej autora. Historia Bronisza to w istocie wspaniała panorama słowiańsko-sasko-skandynawskich dziejów w jednym z najbardziej newralgicznych miejsc Europy, jakim było ujście Odry. Dzieło Grabskiego, tak jak jego skandynawskie pierwowzory doby średniowiecza, pełne jest bohaterskich dokonań, politycznych intryg, szczypty romansu i magii. Można je polecić każdemu miłośnikowi przeszłości i to nie tylko czasów średniowiecza. Nie sposób nie wyrazić wdzięczności wydawnictwu Replika za to, że postanowiło przypomnieć polskiemu czytelnikowi tę wspaniałą, tak umiejętnie mieszającą legendę z historią, epicką opowieść.
dr Jakub Morawiec
Copyright ? Wydawnictwo Replika, 2015
Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt okładki
Mikołaj Piotrowicz
Zdjęcie na okładce
Copyright ? depositphotos.com/ paulfleet
Copyright ? depositphotos.com/ rimglow
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-7674-346-2
Wydawnictwo Replika
ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo
tel./faks 61 868 25 37
replika@replika.eu
www.replika.eu
I
Począwszy od Wielkiej Nocy, cały lipiański dwór pracował usilnie nad przygotowaniem zamorskiej wyprawy Bronisza.
Gniewomir został wysłany do przyjaznych domów kujawskich, Nałęczów, Grzymalitów i Leszczyców, z powołaniem do świty poselskiej po trzech z każdego rodu młodzieńców, odpowiednich postawą, wiekiem i ochotą. Mieli oni, prócz zaszczytu uczestnictwa w królewskim poselstwie, otrzymać jako nagrodę za dobre sprawowanie podarki, które drużyna spodziewała się zdobyć w zapraszanych dworach. Pani Matylda Przecławowa, zjednana cennym upominkiem ze stamfordzkiej skrzyni, zobowiązała się dopilnować w Cisowie zszycia dla jedenastu wojów na dobrą miarę skrojonych szat spodnich i płaszczy z przedniego sukna, dostarczonego jej z Poznania. Sporządzeniem jednolitego przyodziewku dla wiosłowych zajęły się białki lipiańskie.
Gdy tylko stajał lód na Tążynie, Bronisz, naładowawszy na czółna, co mu trzeba było, ruszył w towarzystwie Chociana i trzech rzemieślników pod Słońsk do miejsca, gdzie na brzegu, pod szopą dobrze ogaconą sitowiem, spoczywał żaglowiec. Widok statku osobliwie go wzruszył. Bez płócien, masztu, bez wioseł, a przede wszystkim bez wody i załogi, Mewa przedstawiała się srodze opuszczona, martwa, bezwstydna prawie. Na burtach tu i ówdzie zieleniał już mech, a we wręgach jakieś nieopatrzne stwory nagromadziły ściółkę na gniazda. Kadłub, wzdęty niby brzuch zdechłego konia, kosmacił się resztkami zeschniętych wodorostów. Trzeba było dobrze wysilić wyobraźnię, by w tym niekształtnym budulcu domyślić się łodzi, na której jarl Bronro budził podziw i zazdrość wśród Normanów.
Na ogół Mewa dobrze przezimowała. Przecież, by doprowadzić ją do doskonałości przystojnej poselskiemu statkowi, wypadało niejedno odnowić i dodać. Uradzono zmianę kilku dyli; dziób i kil wymagały wygładzenia i osztukowania, szpary prosiły się o uszczelnienie smołowanym konopaczem, wreszcie całość należało oskrobać do żywego drewna i pomalować: na biało z zewnątrz, a na popielato od środka.
Karp, z niewolników duńskich, którego pieczy zlecono na jesieni Mewę, a teraz jako najbieglejszemu w orylce powierzono naprawianie kadłuba, podjął się pracy z przykładną gorliwością. Nie odstępował statku na krok, przy nim jadł, na nim spał, a każdy cal drewna tak zmacał i oprawił, że po jego przejrzeniu pewniejsze było od nowego.
Bez koniecznej potrzeby, ale dla dorównania wspaniałości purpurowemu żaglowi, zmieniono wszystkie liny i płótna namiotu. Ten jeden żagiel zszyty z najtęższych jedwabi bizantyjskich więcej kosztował niż reszta razem wziętych odnowień. Kupiec poznański przysięgał, że jedwab przeznaczony był dla szatni królewskiej, nie wstyd mu przeto, by zdobił okręt królewskiego posła... Sam Bronisz, dozorując całości, ile mógł, pracował z innymi. Sprawdzał nawet drobiazgowego Karpa. Ostukiwał poszczególne deseczki, dobijał zluzowane diunale, wybłyszczał mosiężne knagi, pomagał Wromotowi dorabiać uszkodzenia rzeźby na dziobie.
Gdy pomalowana sterburta podeschła nieco, przystąpiono do próby nowych wioseł i tarczy. Wiosła wycięte wedle miary Chociana, dłuższe, o szerszych niż zwyczajne piórach, zmocowane były w krąg gryfu blaszanym okuciem. Tarcze obmyślił dla wiosłowych sam Bronisz. Po prostu obciął węższy brzeg obłych szczytów, tak że przyciętą równią wspierały się wprost o nadburtnicę, wklęśnięciami okrywały wiosła, a półokrągłą górą osłaniały głowy i barki wioślarzy. Wprawdzie wojowie przyganiali temu, jako że takie tarcze słabo nadawały się do potrzeby lądowej, jednak Bronisz postawił na swoim, dowodząc, że nie ma zamiaru używać wioślarzy do walki, a stać go na to, by własny statek ozdobić osobliwością naprawdę wygodną do podróży, a niezłą i do koniecznej obrony na morzu.
Bronisz przynaglał do pracy, by móc stawić się przed Zielonymi Świątkami w Cisowie na zjazd weselny, jako że król Bolesław przyobiecał patronować zaślubinom Sobiebora Sławnikowicza z Dalechną. Szczęśliwie zyskał tyle czasu, że zdążył nawet wpaść przedtem do Kruszwicy na sądy królewskie. Miano na nich rozstrzygać roszczenia dalszych spadkobierców Zbyluta łekneńskiego, więc bodaj całych Pałuków, które przez Dalechnę przechodziły we władanie Sobiebora. Obecność Ganowiczów była tam konieczna, gdyż sprawa obudziła wielu przeciwników, na sądach królewskich zaś nigdy - i do ostatka - nie można było być pewnym swej wygranej. Bolesław rzadko sprawował sądy osobiście, ale gdy już raz zasiadł pod wiecowym dębem, sądził tak, jak pragnął, by sądzono w jego imieniu, tak, jak pragnął, by lud rozumiał sprawiedliwość swego króla. Ani zamożność, ani dawne, choćby największe zasługi nie miały wtedy wpływu na sumienie władcy. Szeptano sobie, że jedynie królowa Emnilda umie, i to nie zawsze, uśmierzać gniew sędziego-małżonka. Wszakże i łaska królowej nic nie wskórała, gdy na rozprawie przytomny był ktoś z cudzoziemców albo dostojnik kościelny. Wtedy Bolesław jako judex stawał się uosobieniem nieubłaganej sprawiedliwości. Takim właśnie okazał się w Kruszwicy.
Do dnia przybycia Bronisza obcięto już paru złodziejaszkom ręce, setnika z drużyny gnieźnieńskiej okastrowano za gwałt dokonany na córce wędrownego kupca, a teściowej łowczego kujawskiego wybito dwa przednie zęby za to, że gorszyła swych domowników, obżerając się mięsem w czasie Wielkiego Postu. W rozprawie o dziedzictwo po wojewodzie Zbylucie wyszły na jaw niecne sprawki starszego z zarządców, który na skutek fałszywego oskarżenia, przez zemstę wysłał jednego z łekneńskich kmieci do prac w kamieniołomach. Bolesław zobowiązał starostę do natychmiastowego zwolnienia nieszczęśnika i osadzenia na jego miejscu fałszywego oskarżyciela. Resztę załatwiono na ogół w myśl życzeń rodu Ganowiczów. Ci, wywdzięczając się za doznane łaski, hojnością rozdanych podarków i zapewnionych przywilejów przewyższyli oczekiwanie ludu, dążącego - zgodnie z naturą biedniejszych - do poprawiania swej doli przy każdej zmianie.
Wprost z Kruszwicy, towarzysząc orszakowi Bolesława i księcia biskupa Ungera, Ganowicze ruszyli ku Cisowowi, gdzie bawiła już od kilku dni królowa Emnilda.
Przecław, zasilony Broniszowym srebrem, dzielnie się wysilił, aby siedziba potomków książąt kujawskich nie powstydziła się gości z Poznania. Dwór strojny całym bogactwem dziedzictwa ustąpiono rodzinie królewskiej; domek księdza Mojżesza oddano biskupowi i jego świcie, zaś gospodarze i mniej ważna drużba upchali się jak bądź w przyozdobionych zielenią i sprzętem chatach kmieci i namiotach myśliwskich.
Korzystając z dwudniowego wczasu przed rozpoczęciem obrzędu zaślubin, król wybrał się na zwiady do Lipia. Bronisz przywitał go tam na czele swej poselskiej drużyny. Postawa i wspaniały jednolity strój dwunastu towarzyszy zachwycił Bolesława. Każdy z osobna mógł uchodzić za dostojnego posła, a przecież Bronisz wyróżniał się wśród nich niby jeleń pomiędzy łaniami. O głowę przewyższał najroślejszego. Zgrabnie dopasowana kolczuga lśniła złotą łuską, zwiększającą się ku dołowi, a przy kolanach, na brzegu zielonego kaftana, kończyła się półkolistymi zębami. Nogi oblegała drobna a giętka siatka, ginąca przy kostkach w obcisku wytłaczanej skóry obuwia. Spiczasty hełm bez nosala, obity złotą blachą, pysznił się kitą barwnych piór. Na szerokich ramionach wisiało sobolowe futro, spięte na prawym barku bezcenną broszą. Piersi zdobił rycerski krzyż na złotym łańcuchu - odznaka rajców królewskich. Tylko miecz i tarcza nie były nowe, ale jakże wymowne swym zużyciem, daleko słynne: Ścinacz Łbów i tarcza Eryka Zwycięzcy...
Towarzysze jarla, zgodnie jak jeden, kolczugi mieli srebrzyste, kaftany spodnie barwy popiołu, hełmy srebrne, niższe nieco, bez piór, z kolcem chroniącym nos i z siatką na karku; miecze bez pochwy, różnej długości, zaś tarcze jednakowiusieńkie, z rysunkiem ptaka Bolesławowego pośrodku. Z wyjątkiem mieczów wszystko było tak równe i podobne, że pod osłoną hełmu obcy nie odróżniłby młodzika Gniewomira od bezuchego łyska Chociana.
Warto było ich widzieć razem zgromadzonych, ale niemniej przyjemnie oglądać radość, jaką sprawili Bolesławowi. Cieszył się ich widokiem niczym dziecko ulubioną zabawką. Obiecał szczególne wyróżnienia, jeżeli po szczęśliwym powrocie zechcą mu służyć w tym samym zespole. Że miecze ich warte były stroju, nie wątpił, polegając na doświadczeniu Bronisza.
Podobało się księciu biskupowi Ungerowi ochrzcić i do społeczności chrześcijańskiej włączyć obie poganki chycińskie po to, by te dwie rańskie księżniczki, Miłka i Wanda, mogły jako druhny zdobić orszak panny młodej z rodu Ganowiczów.
Zastrzeżenia księdza Mojżesza, czy aby dusza Miłki dojrzała na pewno do przyjęcia sakramentu, rozstrzygnął sam król, chętnie godząc się być jej ojcem chrzestnym. O Wandę nikt się nie trapił, gdyż na wszystko, co jej mówili starsi, zgadzała się, nie podnosząc żadnych wątpliwości. Miłka natomiast zbyt często niepokoiła innych i siebie zbędną dociekliwością. Alboż można ludzkim, tym bardziej niewieścim rozumem zgłębić lub uzgodnić z przejawami pospolitego życia tajemnice świętej wiary? Biskup Unger, gdy mu na Miłkę naskarżono, uśmierzył jej niepokój zapewnieniem, że wszystko, co potrzebne do zbawienia duszy, pozna w swoim czasie, pod warunkiem, że będzie modlić się o to, więc prosić pokornie Boga o światło wiary. Przeciwnie, gdyby się z niezaspokojonej ciekawości buntowała, nigdy nie dociecze prawdy, ponieważ taka ciekawość to pokusa diabelska.
Zapytana wprost przez biskupa o to, co ją gnębi, Miłka nie dała odpowiedzi. Już tyle razy ofuknięto ją za zuchwalstwo myślenia. A przestać myśleć nie umiała, nie mogła, gdyż musiałaby przestać być sobą. Jeden Bossuta nie gorszył się jej rozmyślaniami, wierząc, że pragnie więcej wiedzieć o Zbawicielu po to, by Go bardziej miłować. I jego zaciekawiało, choć nie niepokoiło, dlaczego na przykład poganin, choćby był najlepszym człowiekiem, nie może dostać się po śmierci do nieba. To zagadnienie męczyło Miłkę najpoważniej. Dlaczego? A dlaczego z powodu jednego jabłka, które Adam wraz z Ewą skradli w raju, wszyscy ludzie na świecie muszą cierpieć? Gdyby nie to jabłko, nie byłoby przecież grzechu i pogan, a Jezus Chrystus nie potrzebowałby umierać za nas na krzyżu. Bossuta odpowiadał, że taka była wola Boga. Dlaczego? Stwórca mógłli chcieć tego, aby z powodu grzechu jednego Adama tylu ludzi cierpiało? Bóg wszystko może chcieć - bronił się Bossuta, lecz już nie był taki pewny siebie, gdy obiecywał Miłce, że gdy zostanie księdzem, wymyśli jej mądrzejszą odpowiedź i objaśni to, co na pewno jest jasne, choć im się teraz wydaje zaćmione.
O wiele łatwiej żyło się takiej Wandzie. Gdy miała obok siebie Gniewomira, nic jej do szczęścia nie brakowało. Na pytanie, czemu Bóg stworzył pogan, umiała odpowiedzieć beztrosko, że po to właśnie, by chrześcijanie cieszyli się, iż nie są poganami. Nikt też nie żywił wątpliwości, że Wanda już najzupełniej dojrzała do chrztu. Sama sobie uprosiła Przecława na ojca chrzestnego. A Przecław uważał, że zbyt długie i wnikliwe przygotowanie pogan do sakramentu jest całkiem zbędne. Głosił, że można ich chrzcić nieświadomych, choćby przymusowo, gdyż reszty dokona w nich Łaska Boża. Podobny pogląd wyznawało wielu świeckich panów, a i Bolesław nie był od niego daleki, chociażby na złość Niemcom, których pomawiał o to, że nie ochrzczą Słowianina, póki nie nauczą go "Kyrie elejson" po niemiecku.
II
Bronisz opuścił Cisów wnet po ostatnich gościach. W trzy dni później ruszył z Lipia czółnem pod Słońsk, gdzie go oczekiwali towarzysze i załoga gotowej do podróży Mewy. Do wieczora zszedł im czas na układaniu w szczelnych skrzyniach pod namiotem ozdobnych strojów i zabezpieczaniu zapasów jadła. Po krótkim śnie, przed świtem wpłynęli na Wisłę. Ranek był chłodny i mglisty. Tylko wioślarze pracowali w roboczych kaftanach bez okryć. Nowicjusze, a było ich aż dziewięciu, tuląc się pod opończami, dygotali z wrażenia, że oto rozpoczęła się ich wielka przygoda: pierwsza podróż ku bezbrzeżnemu morzu. Jeszcze go nie widzieli, jeszcze go nie poznali. Jedni pocieszali się myślą, że chyba żywioł słonych wód nie jest wiele groźniejszy od fal wzburzonego jeziora Gopła, z którymi walczyli nieraz od dzieciństwa na czółnach. A przecież Mewa na Wiśle, tak wielkiej rzece, zdawała się niezagrożona. I na Wiśle w porannej mgle nie widać było brzegów. Gniewomir naopowiadał im tyle okropności... Sam przeżył je przecież i tęskni do nich, dlaczego by więc oni mieli gorzej od niego wytrzymać morską próbę?
Pierwsze promienie słońca zbudziły wiatr południowy. Statek z prądem i wiatrem pomknął tak szybko, że załoga odłożyła wiosła. Mgły zeszły, rozwidniając daleki horyzont. Ociepliło się. Ciężkie okrycia powędrowały na stos pod masztem. Wromot poddał wioślarzom słowa tęsknej pieśni rybaków. Za Gniewomirem przyłączyli się do niej i młodzi rycerze. Chór męskich głosów zgłuszył pluskot fal i ponad szumem wiatru daleko a szeroko wieścił ziemi i wodzie o jedności ducha poselskiej drużyny.
Bronisz, udając, że ma jakieś zajęcie przy namiocie, skrył się przed podglądaniem, i spokojny, że podróż rozpoczęła się tak pomyślnie, poddał się tłumionym dotychczas marzeniom. Po Wiśle ku morzu dąży jego statek. Na Wiśle grzmi śpiew jego dobrych chłopców. Już nieraz płynął podobnie. Nie bez celu pływał, ważnie pływał. I z biskupem Wojciechem, i z Helgą... Gdyby nie biskup Wojciech, kto wie, czyby płynął dzisiaj tak radosny ku Heldze? Niby własnym męstwem i wytrwałością doszedł do niej, uwolnił z więzów nieprawego małżeństwa, zabezpieczył pod skrzydłem królowej Sigrydy, ale czuł to i pamiętał, że tyle razy mógł był ją stracić, nie dojść, przegrać, że gdyby nie szczególna łaska, wyjednana zapewne onym błogosławieństwem Świętego, nie byłby dzisiaj taki szczęśliwy... Aż dziw, że Helga jeszcze Wisły nie poznała. A tyle łączy się z nią tu wspominków. Ten sam statek, po tych deskach stąpała nieraz... tyle ludzi znajomych, bliskich jej; tu blisko: Wromot, Chocian, Gniewomir, większość wioślarzy widziała ją, rozmawiała z nią. Okręt to przecież dom. Przebywała w tym domu z tymi ludźmi, ale w tym miejscu na Wiśle nie bywała nigdy. Przybędzie, nabędzie się i tutaj. Pod purpurowym żaglem, otoczona królewską świtą, zawita Helga na Wisłę, Bóg da, zawita...
W Gdańsku zatrzymali się na pół dnia i noc, tyle, by zawiadomić miejscowego księcia, żeby stawił się natychmiast w Poznaniu przed królem dla ustalenia zobowiązań na rok przyszły. Mimo że książę był ogromnie zaciekawiony posłannictwem Bronisza, jarl nie chciał go wtajemniczać w cel swej wyprawy. Jeśli ciekaw, niech śpieszy, a dowie się wszystkiego od samego Bolesława.
W Zatoce Gdańskiej po raz pierwszy rozwinęli purpurowy żagiel. Książę, żegnając ich, z zawiścią spoglądał na okręt, który i jemu służył ongiś do morskich wycieczek.
Okrążywszy mierzeje, pożeglowali wzdłuż lądu na Kołobrzeg. Tam następnego dnia przed zmrokiem zakotwowali w nowym porcie rybackim. Bronisz z radością stwierdził, jak znacznie rozwinął się gród od czasu otrzymania przywilejów królewskich na handel zamorski z Polską. Dokoła Mewy kołysały się na spokojnej fali kupieckie okręty nie tylko Normanów, ale i fryzyjskie, niemieckie, jeden frankoński nawet. Roiło się od łodzi i czółen słowiańskich z Prośnicy, Noteci i Gopła. Cieszył się tym Bronisz, boć przecież niemało jego rad i pomysłów przyczyniło się do tego, że pod bokiem olbrzymich miast pogańskich powstała ta polska przystań, niezależna od pułapek cieśnin, utrudniających bezpieczną żeglugę z Odry na pełne morze. Pewnie, że Kołobrzeg nie mógł Szczecina czy Wołynia zastąpić, ale dla kupców pogańskich był nieustanną groźbą pomniejszenia się ich zysków w razie narażenia się na gniew króla polskiego.
Starosta kołobrzeski, dowiedziawszy się, że pod jego barwami staną na zjeździe gnieźnieńskim załogi z Kamienia, Białogardu, Sławna i Słupska, wzrósł tym ogromnie w dumę. Obiecał dołożyć wszystkich starań i znaleźć środki na to, by król nie powstydził się i nie żałował takiego wyróżnienia najmłodszego ze swych nadmorskich miast. Pragnąc okazać, iż stać go będzie na wiele, opatrzył przy pożegnaniu Mewę tak hojnie zapasami, a jej załogę obdarował tak pięknymi podarkami, że lepiej by nie potrafił i konung normański.
Po jednodniowym postoju w Kamieniu i wydaniu odpowiednich rozkazów, Bronisz skierował się wprost do Wołynia. Pewny był, że zastanie tam Sigvaldiego. Niestety, jarl przed miesiącem opuścił wyspę, i nawet małżonka jego, Astryda, nie wiedziała ponoć, dokąd popłynął na wojennym statku w towarzystwie swego brata Thorkilla. Broniszowi wydało się to nieco podejrzane. Dowiedziawszy się, że zastępstwo złożył jarl na barki Gudmunda, wrócił na Mewę i w pełni krasy poselskiej wpłynął do portu jomsborskiego. Gudmund, chwilowy pan i władca jaskini zbójeckiej, przyjął Bronisza z oznakami najwyższej czci i przyjaźni. Na widok jarla Bronro, jego pięknego statku i świty, wikingowie ryczeli z zachwytu, a hucznym: "Heil" i "Sława" końca nie było.
Bronisz, nie wspominając o Sigvaldim, powitał Gudmunda w imieniu Bolesława tak, jak na to zasługiwał prawy jarl. Radość, jaką okazali rozumiejący to starsi wikingowie, świadczyła, że obrał właściwą drogę. Gudmund, chociaż z postaci i obyczajów mało nadawał się na jarla potężnej warowni, przecież do nowej roli dostosował się chętnie. Wdzięczny za okazane wyróżnienie, na początku uczty w prostych słowach dał wyraz życzeniom całego bractwa, by Bronisz nie tylko jako poseł zaglądał do Jomsborga, ale ostał się tu wreszcie jako namiestnik królewski i brat, który by każdej wiosny i jesieni wiódł jomskie statki na wyprawę przynajmniej tak szczęśliwą, jak ostatnie jego fara i viking na Anglię. Ryk stu gardzieli potwierdził szczerość tego oświadczenia. Nie pragnęliby lepszego wodza. Toć to najpierwszy konung-wiking, o jakim dziś jeno w pieśniach opowiada się młodym. Silny jak tur, a śmielszy od sokoła, mądry jak bóbr, a chytrzejszy od lisa, nade wszystko zaś sprawiedliwy i hojny niby sam Burisleif. Nawet Olaf Tryggvason nie mógł się mierzyć ze szczęściem jego gwiazdy. Śmieli się, poszeptując o przygodach Olafa w Uppsali i wyrwaniu z jego rąk Helgi Jarandówny.
Imię Sigvaldiego nie padło głośno ni razu. Gudmund przyznał się pokornie, że gdyby słuchano do końca jarla Bronro, Jomsborg nie straciłby tych trzydziestu wikingów, którzy padli ofiarą zarazy przeszłej jesieni, opuszczając Mewę, by na własną rękę próbować szczęścia u fryzyjskich brzegów. Bronisz po raz dziesiąty musiał wysłuchać opowieści o przygodach jomskich towarzyszy, gdy odłączyli się od niego za Anglią. W Egmond coś niecoś zarobili, ale już dalej bogatsza ludność uciekła z miast w lasy przed powietrzem. Przez to i obrona była słaba, można było wpływać głęboko w ląd, ale znikomość łupów nie opłacała trudu. Ranowie mało im pomagali, gdyż Dzik jako chrześcijanin nie pozwolił swoim dobywać kościołów i klasztorów, a tam przecież najwięcej czekało zdobyczy. Szczęśliwiej się wiodło, gdy wpłynęli na niemieckie rzeki i Ranowie popuścili wodze swej ochocie. Na Łabie tak się umówiono, że wszystko, co zdobędą do rzeki Ossy, więc na Ben Azie, miało należeć do Dzika, a co dalej w górę Łaby - do jomsborczyków. Dzik, przebiegły, najlepsze wybrał sobie. Ben Azę przyłapano w ciepłej pościeli. Statki rańskie zanurzyły się pod ciężarem łupów do granic możliwości, ale to nie wszystko, gdyż Dzik zażądał za Ben Azę i jego syna okupu siedem tysięcy grzywien, tyle więc, ile przed pięciu laty pragnął otrzymać Gudmund za trzech grafów stadeńskich, krewniaków cesarskich, i nie zdołał od nich tego wydusić. Tymczasem za Ben Azę jego krewniacy wnet przywieźli z Hamburga trzy czwarte okupu w srebrze, a resztę dopożyczył im sam książę saski i biskup hamburski. Dzik więc swoje wziął, lecz niestety zwłoka i układy z Izraelitami całą Łabę postawiły na nogi i trza było dalszego poniechać. "Nie z lęku przed Niemcami - dodał pogardliwie Gudmund - oni nawet swojej rzeki nie umieją obronić przed wikingami, ale dla próżności dalszych wysiłków. Jastrząb zlatuje znad pola, nad którym dostrzegły go kury i zające." W drodze powrotnej zaczęło się prawdziwe udręczenie. Pierwsza zmieniona woda do picia przyniosła zachorzenie czterech jomsborczyków z Wendów Thorkilla. Porty były zamknięte, brzegi duńskie opustoszałe, przeprawa przez Sund pod wiatry okropna. Nim dobili do Wołynia, na statkach zmarło dwudziestu, a reszta, dziesięciu, po wylądowaniu na Srebrnym Wzgórzu. U Ranów straty były jeszcze większe. A to wszystko dlatego, że nie trzymali się Mewy. Szczęśliwa gwiazda jarla Bronro nie dopuściłaby do tego, by trzydziestu walecznych braci jomskich zginęło nędznie w szponach czarnej śmierci, bez nadziei na ucztę Odyna...
Po skończonej biesiadzie, w ściślejszym gronie starszyzny, Bronisz zaczął się dopytywać o Sigvaldiego. Właściwie nie wiedzieli o nim nic pewnego, chociaż się godziło, by wódz wtajemniczył swego zastępcę, gdzie i na jak długo wyrusza. Gudmund z rozmów z Thorkillem wywnioskował, że popłynęli do Szwecji, na ślub króla Olafa Skottkonunga. Byli tu bowiem posłowie nie posłowie, kupcy raczej z Sigtuny, na statku z załogą norweską i opowiadali, że królowa Arngierda, pierwsza żona władcy szwedzkiego, zmarła na samym początku zarazy. Młodemu królowi dobrze widać smakowało małżeństwo, skoro już zechciał żenić się powtórnie. Podobno upodobał sobie którąś z dawnych dworek swej matki, córkę jakiegoś księcia Obodrytów. Sigvaldi, gdy go o to pytano, nie zapierał się, ale też i nie potwierdzał wyraźnie, że do Szwecji zmierza.
Wikingowie, przywykli do częstej nieobecności jarla w warowni, nie zastanawiali się wiele nad jego ostatnią wyprawą i dopiero ciekawość Bronisza wzbudziła w nich pewne wątpliwości. Posłuch dla władzy i prawość braterstwa związkowego powstrzymywała ich od tego, by wyznać szczerze, czego sobie naprawdę życzyli: by Sigvaldi z tej czy innej samodzielnej wycieczki nie powrócił do nich w ogóle.
Po obgadaniu powszednich spraw, po najmniej ważnym, jak kazał dobry obyczaj, Bronisz przystąpił do najważniejszego, objawiając gospodarzom cel swego przybycia. Wyjaśnił, że Bolesławowi szczególnie na tym zależy, by jomsborczycy przy jego boku wystąpili jak najokazalej wobec przedstawicieli całej potęgi Rzymu i cesarstwa.
- Czy może na tym zjeździe dojść do walki? - spytał Gudmund z zaczajonym uśmiechem.
- Do walki prawdziwej chyba nie. - Bronisz udawał, że się waha. - Ale z Bolesławem, jak wiecie, nigdy nic nie wiadomo. - Wikingowie spojrzeli po sobie porozumiewawczo. - Może uzna za konieczne uwięzić wszystkich lub kogoś wybranego i zażąda okupu, ot, po księstwie lub wyspie od królewskiej czy książęcej głowy. Naturalnie, że wtedy jego wierni sojusznicy mieliby potężny udział w łupach. Ale to nic pewnego.
To pewna natomiast, że ci, którzy nie okażą przyjaźni Bolesławowi albo, co gorsza, zamącą spokój zjazdu, napadając na przykład na ziemie zaproszonych do Gniezna gości, tacy padną niechybnie ofiarą straszliwej zemsty władcy polskiego. Przyjaznym zaś z góry obiecuje nagrodę. Polecił nawet wypytać jomsborczyków, czego by sobie życzyli na przyszłość do pomyślnego rozwoju swego bractwa. Mogą o tym rozprawiać całkiem otwarcie. Bronisz, jako najwyższy poseł z pierścieniem Piastów, ma prawo nie tylko zmieniać jarlów na grodach, ale i grody wydzielać, i nowe bractwa w rodzaju jomskiego zakładać. Co obieca, święte będzie i dla króla.
Wikingowie długo pochrząkiwali, rozglądali się, drapali po głowach i brodach, nim wreszcie Gudmund ośmielił się wytoczyć skargę przeciwko Sigvaldiemu. Zawiła to sprawa, gdyż o kobietę chodzi, a tą kobietą jest właśnie polska księżniczka Astryda. Przed ożenkiem Sigvaldi był innym człowiekiem. Żeniąc się i zakładając dom poza obrębem warowni, on, pierwszy jako wódz wśród bractwa, pierwszy złamał prawa tego bractwa. Wciąż przebywa w Wołyniu w swym dworze, gdzie rojno od niewiast i plotek. Buduje, upiększa miasto, o nim tylko myśli, a z warowni wyciąga jeno złoto na własne potrzeby. Nie wystarcza mu, że jest jarlem i zięciem królewskim, gdyż ostatnio kazał mieszczanom tytułować siebie księciem Wołynia. Chytry on i zamknięty człowiek, ale ma brata, który po pijanemu nie pilnuje języka i pamięci. Thorkill wygadał się kiedyś przed towarzyszem biesiady, że Sigvaldi chętnie by chciał, naturalnie jako wierny sługa Bolesława, wyzuć księcia gdańskiego z jego dziedziny i opanować całe wendyjskie Pomorze od Gdańska do Szczecina. Sam byłby księciem tego obszaru, a Thorkilla zrobiłby jarlem Jomsborga.
Bronisz kiwał potakująco głową, udając, że go te zdumiewające wieści nie zaskoczyły bynajmniej. Gudmund zapalał się w szczerej wymowie.
Jomsborczykom wielkość Sigvaldiego nie tylko nie jest potrzebna, ale wręcz niemiła. Oni pragną takimi pozostać, jakimi ich zjednoczył Palnatoke. Nie po to rzucili swe kraje i domy, nie po to wyrzekli się niewiast i potomstwa, w wolnym bractwie wikingów znajdując szczęśliwość, by służyć jednemu spośród siebie wywyższonemu przez małżeństwo z księżniczką, by zdobyć dlań nowe królestwo, w którym chciałby i nad nimi rządzić jak nad niewolnikami. Dość mają doświadczenia ze Styrbiornem i Olafem Tryggvasonem. Najgorszy wróg nie wykrwawił tak jomskiego związku jak ci jego jarlowie-królowie. Owszem, wiking dla sławnej śmierci żyje, ale zginąć chce jako wiking, najwolniejszy z ludzi, a nie jako poddany fałszywych braci, szukających królestwa i władzy dla siebie. Zapytani wielkodusznie przez Bronisza o szczerość, jomsborczycy wyznają, że pragnęliby więcej wolności. Nazbyt są skrępowani dobrym sąsiedztwem sojuszników Bolesława. Nie mają gdzie i z kim próbować szczęścia w walce. Do Finów nie warto się zapuszczać, bo to dzicz i bieda, nie posiadają grodów ani skarbów. Wschód opanowali Waregowie dla siebie i dobrze pilnują swych twierdz. W Szwecji siostrzeniec Bolesława, w Danii siostra Bolesława, w Norwegii dawny brat-jarl Tryggvason, na Ranie przyjaciele z Dzikiem na czele, a na każdą wyprawę przeciwko Wilkom czy Obodrytom trzeba uzyskać zgodę Poznania. O wyprawach na Anglię Sigvaldi, odkąd przyjął chrześcijaństwo, nie chce gadać nawet. Więc co robić? Puszczać się na wody saraceńskie? Lecz na to nie trzeba mieszkać tu, w Jomsborgu.
Wysłuchawszy cierpliwie wszystkich żalów, Bronisz pocieszył starszyznę zapewnieniem, że pokój Bolesława jest tylko czasowy. Dość chyba znają życie i świat, by wiedzieli, że kto się zbroi od lat, nie czyni tego bez celu. Mogą być pewni, że gdy już Bolesław wojnę zacznie, to i nie skończy jej rychło, a wtedy nie zabraknie im przygód i wypraw. Pod jego władzą zdobędą tyle sławy i łupów, że powetują sobie z nawiązką cierpliwość obecnego wyczekiwania.
Najlepszym dowodem tego, że Bolesław potrzebuje ich do przyszłej wojny, jest zaproszenie ich na zjazd.
Z końcem zimy mają stawić się w Gnieźnie w szyku zbrojnym z taką odmianą, by strój ich był, o ile to możliwe, jednaki w barwie dowolnie obranej. Ilu mężów mogą wystawić przed królem?
Po namyśle i rachubie orzekli, iż zimą stać ich będzie na wyruszenie do Gniezna jak na największą wyprawę wraz z uzbrojoną czeladzią - w pięćset mieczy. Byłoby to możliwe oczywiście pod warunkiem, że warownia na czas potrzeby będzie miała zapewniony pokój.
- A któż by śmiał zaniepokoić was w owym czasie? - zaśmiał się Polak. - Przecież to od was właśnie mam ubezpieczyć sąsiadów, byście ich nie ograbili, gdy będą świętowali w Gnieźnie.
Po dokładnym omówieniu wzajemnych praw i obowiązków, Bronisz rozstał się z jomsborczykami w najlepszej przyjaźni i spokojny o nich zawrócił do Wołynia. Tam, po naradzie z rajcami miejskimi, obradującymi pod przewodem bogacza Mazona, uzyskał w zamian za obietnicę pewnych ulg w daninach zobowiązania Wołynian pokrycia wszelkich wydatków Jomsborga, związanych z wyprawą do Gniezna; a nadto przysłania na zjazd przez samo miasto stu dobrze uzbrojonych i odpowiednio przyodzianych strażników. Dla bogatego grodu nie było to zbyt wiele, kupcy jednak umieli się dobrze prawować, narzekając na ciężkie czasy, wielkie koszty utrzymania dworu Sigvaldiego i współzawodnictwo Kołobrzegu.
Po Wołyniu przyszła kolej na Szczecin. Wielkie miasto, by zdobyć przewagę w łaskach królewskich nad Wołyniem, podjęło się wysłać do Gniezna legię czterystu najemników, a nadto dać srebra na utrzymanie przez trzy miesiące tysiąca wojów. Wzajemnie Bronisz obiecał w imieniu królewskim, że w ciągu najbliższych pięciu lat nie będzie się prowadzić żadnych robót nad budową zamierzonego portu u ujścia Iny do Jeziora Babskiego, czego szczecinianie obawiali się nie mniej jak wołynianie Kołobrzegu.