Koń zwietrzył woń strachu, zanim jeszcze
dziewczynka wyłoniła się z lasu. Amazonka niepotrzebnie szturchnęła go
piętami, żeby przyśpieszył. Byli tak zgrani, że i tak odczytał jej
życzenie.
Stłumiony rytmiczny stukot kopyt rozdzierał ciszę. W nocy spadła cienka
warstwa śniegu. Koń zostawiał na nim nowe ślady. Wokół jego kopyt
unosiły się obłoczki białego puchu.
Dziewczynka szła wolno i niepewnie, obejmowała się rękami.
Kobieta krzyknęła głośno. Koń wyczuł, że dzieje się coś dziwnego.
Dziewczynka nie odpowiadała, szła przed siebie, potykając się.
Zbliżali się do siebie, koń jeszcze przyśpieszył. Ostra, cierpka woń
strachu zmieszała się z czymś nieokreślonym i tak przerażającym, że
położył uszy po sobie. Wolałby się zatrzymać, zawrócić i pogalopować do
boksu. Nie było bezpiecznie.
Dzieliła ich droga. Była pusta, nad asfaltem unosiła się cicha mgiełka
śniegu wzbijanego przez wiatr.
Dziewczynka szła w ich stronę. Boso. Zaczerwienienia na jej nagich
ramionach i nogach odcinały się od bieli. Pokryte śniegiem świerki
wyglądały jak teatralna dekoracja. Byli już blisko, rozdzieleni jedynie
drogą, kiedy koń znów usłyszał głos kobiety. Dobrze go znał, ale brzmiał
jakoś obco.
Nagle dziewczynka się zatrzymała. Stała na środku drogi, wokół jej nóg
unosiły się obłoczki śniegu. Miała dziwne oczy. Na tle białej twarzy
wyglądały jak czarne dziury.
Ni stąd, ni zowąd na drodze pojawił się samochód. Ciszę rozdarł zgrzyt
hamulców. Potem rozległ się głuchy odgłos padającego na ziemię ciała.
Amazonka ściągnęła cugle tak mocno, że wędzidło wżarło się w pysk konia.
Stanął jak wryty. Stanowili jedną całość. Tego się nauczył.
Dziewczynka leżała bez ruchu na ziemi. Jej dziwne oczy wpatrywały się w niebo.
Erika Falck przystanęła przed więzieniem i zaczęła mu się po raz
pierwszy dokładnie przyglądać. Podczas poprzednich wizyt była tak
przejęta, że nie zwracała uwagi ani na budynek, ani na otoczenie. Ale te
wrażenia będą istotne, kiedy zasiądzie do pisania książki o Laili
Kowalskiej, która wiele lat temu brutalnie zamordowała swego męża
Vladka.
Zastanawiała się, jak oddać nastrój unoszący się nad tym podobnym do
bunkra gmaszyskiem, jak oddać poczucie zamknięcia i beznadziei. Zakład
karny znajdował się przeszło pół godziny jazdy od Fjällbacki, na
odludziu. Był otoczony murem i drutem kolczastym, ale bez wieżyczek z uzbrojonymi strażnikami jak na amerykańskich filmach. Zbudowano go tak,
żeby spełniał swoje zadanie: nie wypuszczał tych, którzy są w środku.
Z zewnątrz więzienie wyglądało na puste, ale ona wiedziała, że jest
wprost przeciwnie. Pęd do oszczędzania i skąpy budżet sprawiły, że
musiało się w nim zmieścić jak najwięcej ludzi. Żaden z miejscowych
polityków nie miał zamiaru wydawać pieniędzy na nowe więzienie i narażać
się na utratę głosów wyborców. Woleli się zadowolić tym, co jest.
Chłód zaczął przenikać przez ubranie. Ruszyła do wejścia. Strażnik
spojrzał obojętnie na jej dowód osobisty i nie podnosząc wzroku, kiwnął
głową. Wstał. Szła za nim korytarzem i rozmyślała o tym piekielnym
poranku. Takim samym jak większość poranków. Powiedzieć, że bliźnięta
przechodzą okres buntu dwulatka, to mało. Nie przypominała sobie, żeby
Maja była w tym wieku aż tak niemożliwa. Zresztą nigdy taka nie była.
Najgorszy był Noel. Zawsze bardzo żywy. Ale Anton ochoczo do niego
dołączał. Jeśli Noel zaczynał wrzeszczeć, on również krzyczał. Zważywszy
na hałas w domu, zakrawało na cud, że oboje z Patrikiem mieli jeszcze
całe bębenki.
A już ubieranie ich w zimowe ciuchy było istnym dopustem bożym.
Dyskretnie powąchała się pod pachą. Poczuła zapach potu. Kiedy już
ubrała całą trójkę do przedszkola, nie miała czasu, żeby się przebrać.
No cóż, nie wybierała się na przyjęcie.
Zadzwoniły klucze. Strażnik otworzył drzwi i wpuścił ją do pokoju
widzeń. Jakie to staroświeckie: jeszcze mają zamki na klucz, pomyślała.
Z drugiej strony pewnie łatwiej zdobyć kombinację cyfr do zamka na kod,
niż ukraść klucz, więc może nie ma się co dziwić, że stare, sprawdzone
rozwiązania wygrywają z nowymi.
Laila siedziała przy stole, twarzą do okna. Promienie zimowego słońca
utworzyły wokół jej jasnej głowy aureolę. Krata w oknie odbijała się na
podłodze w postaci jasnych kwadratów. Unoszący się w powietrzu kurz
zdradzał, że nie posprzątano zbyt dokładnie.
- Cześć - powiedziała Erika i usiadła.
Zastanawiała się, dlaczego Laila zgodziła się jeszcze raz z nią
zobaczyć. To spotkanie było ich trzecim, ale do tej pory nic nie
wskórała. Początkowo Laila w ogóle nie chciała się z nią widzieć,
chociaż wiele razy do niej pisała, a nawet dzwoniła. I oto kilka
miesięcy temu nagle powiedziała: dobrze. Prawdopodobnie dlatego, że
odwiedziny były jakąś odmianą w więziennej monotonii. Erika postanowiła,
że dopóki Laila będzie się zgadzać na jej wizyty, będzie przyjeżdżać.
Bardzo chciała opowiedzieć tę historię, a bez pomocy Laili było to
niemożliwe.
- Cześć, Erika. - Laila wpatrywała się w nią dziwnie jasnoniebieskimi
oczami. Podczas pierwszego spotkania jej oczy przywiodły Erice na myśl
psy zaprzęgowe. Potem sprawdziła, co to za rasa. Husky. Laila miała oczy
jak syberyjski husky.
- Dlaczego się ze mną spotykasz, skoro nie chcesz rozmawiać o sprawie? -
spytała Erika prosto z mostu. Natychmiast pożałowała, że tak się
wyraziła. Przecież dla Laili to nie była sprawa, tylko tragedia, w dodatku wciąż żywa.
Laila wzruszyła ramionami.
- Nikt inny mnie nie odwiedza - odparła, potwierdzając podejrzenia.
Erika wyjęła z torby teczkę z wycinkami, zdjęciami i notatkami.
- Jeszcze nie dałam za wygraną - powiedziała, pukając w nią palcem.
- To pewnie cena, którą muszę zapłacić za towarzystwo - zauważyła Laila.
Od czasu do czasu nieoczekiwanie miewała takie przebłyski humoru. Blady
uśmiech zmienił jej twarz. Erika widziała jej zdjęcia z czasów, zanim to
wszystko się stało. Nie była piękna, ale na pewno ładna: w specyficzny,
fascynujący sposób. Miała wtedy długie włosy, na większości zdjęć
rozpuszczone i lśniące od szczotkowania. Teraz były krótko, równo
ostrzyżone, a raczej ciachnięte na znak, że od dawna nie przejmuje się
tym, jak wygląda. Zresztą dlaczego miałaby się przejmować? Od lat żyła
poza prawdziwym światem. Dla kogo miałaby się starać ładnie wyglądać?
Dla gości, którzy i tak nie przychodzili? Dla innych osadzonych? Dla
strażników?
- Wyglądasz na zmęczoną. - Przyglądała się Erice uważnie. - Ciężki
poranek?
- Ciężki poranek, wczoraj ciężki wieczór, popołudnie pewnie też będzie
ciężkie. Widocznie tak już jest, kiedy się ma małe dzieci... - Erika
zrobiła długi wydech. Próbowała się odprężyć. Wciąż była spięta.
- Peter zawsze był taki grzeczny - powiedziała Laila. Jej jasne oczy się
zamgliły. - Nie przypominam sobie, żeby choć raz był nieznośny.
- Zeszłym razem mówiłaś, że był milczący.
- Tak. Myśleliśmy nawet, że coś z nim jest nie tak. Do trzech lat w ogóle nie mówił. Chciałam go zabrać do specjalisty, ale Vladek się nie
zgadzał. - Żachnęła się i bezwiednie zacisnęła palce na stole.
- I co się stało, kiedy miał trzy lata?
- Pewnego dnia po prostu przemówił. Całymi zdaniami. Miał duży zasób
słów. Trochę seplenił, ale mówił tak, jakby nie milczał przez całe lata.
- Nigdy tego nie wyjaśniliście?
- Nie, niby jak? Vladek nie chciał nikogo prosić o pomoc. Obcy mają się
nie wtrącać w rodzinne sprawy. Tak uważał.
- A jak myślisz, dlaczego tak długo nie mówił?
Laila odwróciła się do okna. Znów wyglądała tak, jakby ją otaczała
aureola. Bezlitosne światło ukazało bruzdy na jej twarzy, mapę jej
cierpienia.
- Chyba rozumiał, że najlepiej się nie wychylać, nie zwracać na siebie
uwagi. Był mądrym dzieckiem.
- A Louise? Zaczęła mówić wcześnie? - Erika wstrzymała oddech. Do tej
pory Laila zawsze udawała, że nie słyszy pytań o córkę.
Tym razem również.
- Peter uwielbiał segregować zabawki. Lubił porządek. Kiedy był bardzo
malutki i bawił się klockami, zawsze budował równiuteńkie wieże i bardzo
płakał, jeśli... - Nagle przerwała.
Erika widziała, jak zaciska zęby. Próbowała ją w myślach zachęcić, żeby
mówiła dalej, żeby się otworzyła i powiedziała to, co tak starannie w sobie zamknęła. Ale chwila minęła. Tak samo było podczas wcześniejszych
wizyt. Chwilami miała wrażenie, jakby Laila stała na brzegu przepaści i chciała skoczyć na łeb na szyję, ale powstrzymywała ją potężna siła,
zmuszała, żeby wróciła w bezpieczny cień.
Skojarzenie było nieprzypadkowe. Już podczas pierwszego spotkania
odniosła wrażenie, że Laila żyje na niby. To niby-życie toczy się
równolegle do tego, które powinno być jej udziałem i które znikło w otchłani tamtego dnia.
- Zdarza się, że czujesz, że zaraz stracisz cierpliwość do swoich
chłopców? Że jesteś bliska przekroczenia niewidzialnej granicy? - Laila
wydawała się szczerze zaciekawiona, ale jednocześnie jakby o coś do
Eriki apelowała.
Niełatwo na takie pytanie odpowiedzieć. Większość rodziców pewnie zna to
uczucie, kiedy się jest na granicy między tym, co dopuszczalne, a tym,
co zabronione, kiedy w myślach liczy się do dziesięciu, mając
świadomość, do czego byłoby się zdolnym, żeby zakończyć awanturę albo
żeby dziecko przestało grymasić. Ale jest wielka różnica między emocjami
a działaniem. Erika pokręciła głową.
- Nie mogłabym im zrobić krzywdy.
Laila nie odpowiedziała od razu. Patrzyła tylko na Erikę tymi swoimi
błękitnymi błyszczącymi oczami. Dopiero kiedy zapukał strażnik i oznajmił, że czas minął, powiedziała cicho, ze wzrokiem nadal wbitym w Erikę:
- Tak ci się tylko zdaje.
Erika przypomniała sobie zdjęcia z teczki i wzdrygnęła się.
Tyra miarowymi ruchami czyściła Fantę. Przy koniach jak zwykle poczuła
się lepiej. Wolałaby się zajmować ogierem Scirocco, ale Molly nikogo do
niego nie dopuszczała. To niesprawiedliwe. Zawsze stawiała na swoim, bo
jej rodzice byli właścicielami stajni.
Tyra ubóstwiała Scirocco. Była to miłość od pierwszego wejrzenia.
Spojrzał na nią tak, jakby ją rozumiał. Porozumienie bez słów. Jeszcze
nigdy nie doświadczyła czegoś takiego. Z nikim: ani z człowiekiem, ani
ze zwierzęciem. No bo z kim? Z matką? A może z Lassem? Na samą myśl o nim mocniej docisnęła zgrzebło, ale wielka biała klacz najwyraźniej nie
miała nic przeciwko temu. Wprost przeciwnie - było jej dobrze. Parsknęła
i rzuciła łbem w górę i w dół, jakby się kłaniała. Tyra pomyślała, że
wygląda to tak, jakby ją prosiła do tańca. Uśmiechnęła się i pogłaskała
ją po siwym pysku.
- Ty też jesteś fajna - powiedziała, jakby klacz mogła wiedzieć, co
pomyślała o Scirocco.
Zrobiło jej się głupio. Spojrzała na swoją dłoń na pysku Fanty i zdała
sobie sprawę, jak bardzo niegodna jest ta zazdrość.
- Tęsknisz za Victorią, co? - wyszeptała, przytulając głowę do jej szyi.
Za Victorią, która się nią opiekowała. Która zaginęła wiele miesięcy
temu. Która była - jest - jej najlepszą przyjaciółką.
- Ja też za nią tęsknię. - Poczuła pod policzkiem miękką sierść, ale nie
pocieszyło jej to.
Powinna teraz być na lekcji matematyki, ale rano pomyślała, że nie ma
siły udawać. Wolała się poddać tęsknocie. Udała, że idzie do szkolnego
autobusu, ale poszła szukać pocieszenia w stajni, jedynym miejscu, gdzie
mogłaby je znaleźć. Dorośli nic nie rozumieją. Dla nich liczy się tylko
ich strach i rozpacz.
Victoria była kimś więcej niż przyjaciółką. Była jak siostra.
Przyjaźniły się od pierwszego dnia w przedszkolu. Od tej pory były
nierozłączne. Wszystkim się dzieliły. A może nie? Tyra już niczego nie
była pewna. W ciągu kilku miesięcy przed zniknięciem Victorii coś się
zmieniło. Jakby wyrósł między nimi mur. Nie chciała się naprzykrzać.
Pomyślała, że z czasem Victoria na pewno jej powie, o co chodzi. Ale
czas mijał, a potem Victoria zniknęła.
- Ona na pewno wróci - powiedziała do Fanty, ale w głębi duszy miała
wątpliwości. Nikt o tym nie mówił, ale wszyscy wiedzieli, że musiało się
stać coś poważnego. Victoria nie była z tych, które nagle znikają, jeśli
w ogóle są takie dziewczyny. Cieszyła się tym, co miała, i nie szukała
przygód. Najchętniej siedziała w domu albo w stajni, nie miała nawet
ochoty wyjeżdżać w weekendy do Strömstad. A jej rodzina w ogóle nie
przypominała rodziny Tyry. Wszyscy byli bardzo mili, również starszy
brat. Często ją podwoził do stajni, nawet wcześnie rano. Tyra zawsze
lubiła do nich chodzić. Czuła się tam tak, jakby była częścią ich
rodziny. Czasem nawet marzyła o tym, żeby tak było. Żeby miała
zwyczajną, normalną rodzinę.
Poczuła, że Fanta miękko ją szturcha. Na jej pysk spadło kilka łez. Tyra
szybko wytarła oczy.
Nagle z podwórza dobiegły jakieś odgłosy. Nawet Fanta zastrzygła uszami
i podniosła łeb tak gwałtownie, że uderzyła Tyrę w podbródek. Poczuła
smak krwi w ustach. Zaklęła i przyciskając rękę do ust, wyszła zobaczyć,
co się dzieje.
Otworzyła wrota. Oślepiło ją słońce, ale jej oczy szybko przyzwyczaiły
się do światła. Zobaczyła Valianta: przygalopował na podwórko z Martą na
grzbiecie. Marta zatrzymała go tak gwałtownie, że o mało nie stanął
dęba. Krzyknęła coś. W pierwszej chwili Tyra nie zrozumiała, o co
chodzi, ale Marta wciąż krzyczała. W końcu to do niej dotarło:
- Znaleźliśmy Victorię!
Patrik Hedström siedział przy biurku w komisariacie w Tanumshede.
Rozkoszował się tym, że nic się nie dzieje. Wcześnie przyszedł, więc
ominęło go ubieranie dzieci i prowadzenie ich do przedszkola. Stało się
to męką, odkąd bliźnięta z rozkosznych bobasów zamieniły się w Damiena z filmu Omen. Nie rozumiał, jak to możliwe, że dwóch małych ludzików
kosztuje go tyle wysiłku. Najbardziej lubił te wieczory, kiedy siadał
przy ich łóżeczkach i patrzył, jak śpią. Wtedy przepełniała go czysta,
wielka miłość, nieskalana rozpaczą, którą odczuwał, kiedy wrzeszczeli: -
Nie! Nie cem!
Z Mają wszystko było dużo prostsze. Czasem gryzło go poczucie winy, że
oboje z Eriką poświęcają tyle uwagi im, a o niej zapominają. Była taka
grzeczna i umiała się sama sobą zająć, więc przyjęli, że ma wszystko,
czego potrzebuje. W dodatku, choć taka mała, potrafiła w magiczny wręcz
sposób uspokoić braciszków, nawet podczas najgorszych awantur. To
niesprawiedliwe, pomyślał. Postanowił, że wieczorem posiedzi z Mają i poczyta jej bajki.
W tym momencie zadzwonił telefon. Odebrał bez zastanowienia. Wciąż
myślał o córeczce, ale natychmiast oprzytomniał i wyprostował się na
krześle.
- Co ty mówisz?! - Słuchał chwilę. - Dobrze, już jedziemy.
W biegu narzucił kurtkę i już na korytarzu krzyknął:
- Gösta! Mellberg! Martin!
- Co jest, pali się? - Pierwszy, o dziwo, wyszedł ze swojego gabinetu
Bertil Mellberg. Potem Martin Molin, potem Gösta Flygare i urzędująca w recepcji, najdalej od pokoju Patrika, Annika.
- Znaleźli Victorię Hallberg. Potrącił ją samochód w pobliżu wschodniego
wjazdu do Fjällbacki. Pogotowie wiezie ją do Uddevalli. Gösta, jedziemy
tam.
- O cholera. - Gösta wbiegł do pokoju po kurtkę. Tej zimy nikt nie
wyszedłby na dwór bez ciepłego ubrania. Nawet w najbardziej naglącej
sytuacji.
- Martin, pojedziesz z Bertilem na miejsce wypadku i przesłuchasz
kierowcę - ciągnął Patrik. - Zadzwoń po techników, spotkacie się na
miejscu.
- Co ty tak rozkazujesz? - burknął Mellberg. - Ale oczywiście, skoro
jestem szefem komisariatu, naturalną koleją rzeczy to ja powinienem
pojechać na miejsce wypadku. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Patrik westchnął w duchu, ale nic nie powiedział. Razem z Göstą szybko
wsiadł do jednego z dwóch radiowozów.
Co za paskudna nawierzchnia, pomyślał, kiedy ich zarzuciło na pierwszym
zakręcie. Nie miał odwagi jechać tak szybko, jak by chciał. Znów zaczął
padać śnieg, więc wolał nie ryzykować, że wyląduje w rowie.
Niecierpliwie uderzył pięścią w kierownicę. Pomyślał, że to dopiero
styczeń, ale zima w Szwecji bywa długa i paskudna aura może się utrzymać
jeszcze co najmniej dwa miesiące.
- Spokojnie! - powiedział Gösta, łapiąc za uchwyt nad drzwiami. - Co ci
powiedzieli przez telefon? - Samochodem znów zarzuciło i gwałtownie
nabrał tchu.
- Niewiele. Że doszło do wypadku i że poszkodowana jest Victoria. Wynika
z tego, że musiał tam być ktoś, kto ją rozpoznał. Chyba jest w złym
stanie. Ma również urazy, których doznała przed wypadkiem.
- Jakie urazy?
- Nie wiem, zobaczymy, jak dojedziemy.
W niecałą godzinę dojechali do Uddevalli. Zaparkowali przed wejściem do
szpitala i wbiegli na ostry dyżur. Od razu złapali jakiegoś lekarza. Na
identyfikatorze widniało nazwisko Strandberg.
- Dobrze, że jesteście. Właśnie ją wiozą na operację, ale nie wiadomo,
czy uda się ją uratować. Słyszeliśmy, że zaginęła, i z uwagi na to
uznaliśmy, że to wy powinniście zawiadomić rodzinę. Domyślam się, że
musieliście się często kontaktować.
Gösta kiwnął głową.
- Zadzwonię do nich.
- Wie pan o tym wypadku coś więcej? - spytał Patrik.
- Tylko tyle, że została potrącona. Ma rozległe krwawienia wewnętrzne i uraz czaszki, ale jeszcze nie wiemy, jak poważny. Po operacji będziemy
ją utrzymywać w śpiączce farmakologicznej, żeby zminimalizować skutki
urazu mózgu. Jeśli przeżyje.
- Słyszałem, że już wcześniej, przed wypadkiem, miała jakieś urazy. To
prawda?
- Tak... - Strandberg przeciągał słowa. - Nie potrafimy powiedzieć
dokładnie, co jest następstwem wypadku, a co stało się wcześniej. Ale...
- Zbierał myśli, jakby szukał słów. - Nie ma oczu. I języka.
- Jak to nie ma? - Patrik patrzył na niego z niedowierzaniem. Kątem oka
zauważył, że Gösta również jest zdumiony.
- Tak, język został odcięty, a oczy... usunięte.
Gösta położył dłoń na ustach, jego twarz nabrała zielonkawego odcienia.
Patrik przełknął ślinę. Przez chwilę myślał, że to jakiś koszmar i że
zaraz się obudzi i z ulgą stwierdzi, że to tylko sen. Odwróci się na
drugi bok i znów zaśnie. Ale to nie był sen, tylko straszna
rzeczywistość.
- Jak długo potrwa operacja?
Lekarz pokręcił głową.
- Trudno powiedzieć. Jak już mówiłem, ma rozległe krwawienia wewnętrzne.
Co najmniej trzy godziny. Możecie poczekać tutaj. - Wskazał dużą
poczekalnię.
- To ja pójdę zadzwonić do rodziny - powiedział Gösta i wyszedł na
korytarz.
Patrik pomyślał, że mu nie zazdrości. Po krótkiej chwili radości i ulgi,
że Victoria się znalazła, szybko wrócą rozpacz i ból, które dręczyły
Hallbergów od czterech miesięcy.
Usiadł w poczekalni. Wyobrażał sobie, jak wygląda Victoria. Przerwała mu
zdenerwowana pielęgniarka. Zajrzała do środka, wołała doktora
Strandberga. Nie zdążył sobie uświadomić, co powiedziała, kiedy lekarz
wybiegł z poczekalni. Słyszał, że Gösta rozmawia na korytarzu przez
komórkę z kimś z rodziny. Pytanie, co im teraz powie.
Ricky w napięciu obserwował rozmawiającą przez telefon matkę. Starał się
czytać z jej twarzy, chciał wyłapać każde słowo. Serce mu waliło, ledwo
mógł oddychać. Domyślał się, że to samo dzieje się z siedzącym obok
ojcem. Miał wrażenie, że czas stanął. Jego zmysły wyostrzyły się w szczególny sposób. Skupił się na rozmowie, a jednocześnie ze szczegółami
rejestrował wszystkie inne odgłosy i wrażenia: dłonie splecione na
ceracie, włos uwierający go pod kołnierzykiem, linoleum pod stopami.
Policja znalazła Victorię. Tyle zrozumieli, kiedy zadzwonił telefon.
Mama rozpoznała numer i rzuciła się, żeby odebrać. On i ojciec przestali
jeść w chwili, kiedy powiedziała do słuchawki:
- Co się stało?
Żadnych grzecznościowych formułek, żadnego dzień dobry, żadnego
przedstawiania się imieniem, jak zazwyczaj robiła. Wszystko to -
formułki, zasady towarzyskie, konwenanse - stało się kompletnie
nieistotne. Należało do czasów sprzed zaginięcia Victorii.
Sąsiedzi i przyjaciele przychodzili niekończącym się strumieniem.
Przynosili coś do zjedzenia albo dobre słowo. Nie zostawali długo.
Rodzice nie byli w stanie znieść pytań, uprzejmości, niepokoju i troski,
które widzieli w ich spojrzeniach. Albo ulgi, zawsze tej ulgi, że nie
ich to spotkało. Że ich dzieci są w domu, bezpieczne.
- Jedziemy.
Mama się rozłączyła i powoli odłożyła komórkę na zlew. Taki
staroświecki, ze stali nierdzewnej. Od lat prosiła tatę, żeby go
wymienił na coś nowocześniejszego, ale tata odpowiadał, że nie wyrzuca
się czegoś, co jest całe, czyste i działa. I mama przestała nalegać,
chociaż od czasu do czasu wracała do tematu. Miała nadzieję, że tata
nagle zmieni zdanie.
Ricky nie przypuszczał, żeby mamę nadal obchodził ten zlew. Dziwne, jak
szybko wszystko staje się nieważne. Wszystko poza odnalezieniem
Victorii.
- Co powiedzieli? - spytał tata.
Wstał. Ricky nadal siedział i patrzył na swoje zaciśnięte pięści. Mina
mamy zdradzała, że woleliby nie usłyszeć tego, co ma do powiedzenia.
- Że ją znaleźli, ale jest ciężko ranna i leży w szpitalu w Uddevalli.
Gösta powiedział, żebyśmy się pośpieszyli. Nic więcej nie wiem.
Rozpłakała się i osunęła na podłogę, jakby ugięły się pod nią nogi. Tata
zdążył ją złapać. Zaczął ją gładzić po głowie i pocieszać. Jemu również
łzy płynęły po policzkach.
- Kochanie, trzeba jechać. Włóż kurtkę i ruszamy. Ricky, pomóż mamie. Ja
idę odpalić samochód.
Ricky kiwnął głową. Podszedł do matki, delikatnie wziął ją pod ramię i ruszyli do przedpokoju. Podał jej czerwoną puchówkę i pomógł się ubrać,
jak dziecku. Jeden rękaw, drugi, potem ostrożnie zasunął zamek.
- Dobrze - powiedział, stawiając przed nią botki. Kucnął, włożył jej
jeden but, potem drugi. Następnie sam się szybko ubrał i otworzył drzwi.
Słyszeli, że tata uruchomił silnik. Wściekłymi ruchami skrobał szyby.
Wokół unosiła się chmura szronu. Mieszała się z powietrzem, które
wydychał.
- Co za cholerna zima! - krzyknął. Skrobał tak mocno, że wyglądało na
to, że porysuje szyby. - Cholerna, pierdolona zima!
- Tato, wsiadaj. Ja to zrobię - powiedział Ricky. Posadził matkę na
tylnym siedzeniu i zabrał ojcu skrobaczkę. Posłuchał bez sprzeciwu.
Zawsze pozwalali mu myśleć, że to on ma ostatnie słowo. Wszyscy troje -
on, mama i Victoria - zawarli w tej sprawie milczące porozumienie.
Udawali, że głową rodziny jest tata, chociaż było wiadomo, że jest na to
zbyt łagodny. W rzeczywistości to mama dbała o to, żeby wszystko było
jak należy. Ale kiedy zniknęła Victoria, powietrze zeszło z niej tak
szybko, że Ricky się zastanawiał, czy to możliwe, że kiedyś była taka
zdecydowana, czy może zawsze była tą załamaną, upadłą na duchu kobietą,
która teraz siedziała na tylnym siedzeniu samochodu i patrzyła przed
siebie pustym wzrokiem. Ale po raz pierwszy od dawna dostrzegł w jej
oczach coś jeszcze: nerwowe podniecenie i jednocześnie paniczny strach.
Usiadł za kierownicą. Ciekawe, że kiedy w rodzinie powstaje wyrwa,
zawsze coś ją wypełnia. On też całkiem odruchowo usiadł na miejscu mamy.
Jakby miał moc, której istnienia nawet nie podejrzewał.
Victoria zawsze mu mówiła, że jest jak byczek Fernando: na pozór
prostoduszny i leniwy, ale kiedy trzeba, staje na wysokości zadania.
Udawał wtedy, że ją szturcha za prostodusznego i leniwego, ale w gruncie
rzeczy podobało mu się to. Chętnie by został byczkiem Fernando, chociaż
teraz nie umiałby znaleźć radości w wąchaniu kwiatków. Dopiero jak
Victoria wróci.
Łzy poleciały mu z oczu, wytarł je rękawem kurtki. Nie dopuszczał myśli,
że jego siostra nie wróci do domu. Wtedy wszystko by się zawaliło.
Teraz okazuje się, że Victoria się odnalazła. Ale nie wiedzieli, co
zastaną w szpitalu. Przeczuwał, że może lepiej nie wiedzieć.
Helga Persson wyjrzała przez kuchenne okno. Widziała, jak Marta wjechała
galopem na podwórze. Teraz było spokojnie i cicho. Mieszkała tam od
dawna i dobrze znała ten widok, chociaż z upływem lat zaszły pewne
zmiany. Stodoła nadal stała, ale obora dla krów, którymi się zajmowała,
została rozebrana. Na jej miejscu stanęła stajnia. Zbudowali ją Jonas i Marta na potrzeby szkółki jeździeckiej.
Cieszyła się, że jej syn postanowił osiąść tak blisko, że zostali
sąsiadami. Ich domy dzieliło zaledwie sto metrów, więc często do niej
wpadał, zwłaszcza że również przychodnię weterynaryjną miał na miejscu,
w domu. Za każdym razem wnosił do jej codzienności trochę światła.
Potrzebowała go.
- Helga! Heeelgaaa!
Stała przy zlewie. Zamknęła oczy. Głos Einara docierał do najdalszego
kąta domu. Zacisnęła pięści, ale już nie czuła, że chciałaby uciec.
Wybił jej to z głowy wiele lat temu. I mimo że teraz był bezbronny i całkowicie od niej zależny, nie potrafiła odejść. Nawet o tym nie
myślała. Dokąd by poszła?
- Heeelgaaa!
Silny pozostał jedynie głos. Choroby, amputacja nóg wskutek zaniedbanej
cukrzycy pozbawiły go sił. Ale głos pozostał mocny i srogi jak dawniej.
Zmuszał ją do posłuchu i był równie skuteczny jak dawniej pięści. Pamięć
o pobiciach, złamanym żebrze i sińcach była tak żywa, że wystarczył
głos, żeby się zaczęła bać, że następnego razu już nie przeżyje.
Wyprostowała się, odetchnęła i krzyknęła:
- Już idę!
Szybko weszła na górę. Einar nie lubił czekać, nigdy nie lubił. Nie
rozumiała, dlaczego wszystko musi się odbywać tak szybko. Przecież i tak
nic nie robił, tylko siedział i narzekał, a to na pogodę, a to na rząd.
- Przecieka - powiedział, kiedy weszła.
Nie odpowiedziała. Zawinęła rękawy i podeszła, żeby ocenić spustoszenia.
Wiedziała, że lubi te chwile. Już nie trzymał jej przemocą, tylko
wymuszał opiekę, którą powinna otoczyć ich nigdy nienarodzone dzieci.
Bił tak, że roniła. Tylko jedno przeżyło, a były chwile, kiedy myślała,
że może byłoby lepiej, gdyby i ono wyleciało razem z krwią spomiędzy jej
nóg. A przecież bez Jonasa nie dałaby rady. Jonas był dla niej
wszystkim, był jej życiem.
Miał rację. Worek stomijny przeciekał. Mocno. Pół koszuli było mokre i zabrudzone.
- Dlaczego od razu nie przyszłaś? - spytał. - Nie słyszałaś, jak
wołałem? Przecież nie masz nic do roboty. - Wpatrywał się w nią
wodnistymi oczami.
- Byłam w ubikacji. Śpieszyłam się, jak mogłam - powiedziała, rozpinając
mu koszulę. Ostrożnie pociągnęła za rękawy, żeby ją ściągnąć i nie
pobrudzić jeszcze bardziej.
- Zimno mi.
- Zaraz ci dam czystą koszulę, ale najpierw muszę cię umyć - odparła.
Próbowała uzbroić się w cierpliwość.
- Dostanę zapalenia płuc.
- Pośpieszę się, nie zdążysz się przeziębić.
- Od kiedy jesteś pielęgniarką? To może jeszcze jesteś mądrzejsza od
lekarzy?
Nie odpowiedziała. Wiedziała, że chce ją zdenerwować. Najbardziej był
zadowolony, kiedy płakała i błagała, żeby przestał. Wtedy odczuwał
satysfakcję, aż mu oczy błyszczały. Teraz nie zamierzała mu robić tej
przyjemności. Teraz już jej się udawało. Może dlatego, że większość łez
już wypłakała.
Poszła do łazienki po miskę z wodą. Odruchowo robiła, co trzeba. Nalać
do miski wody i mydła, zmoczyć szmatkę, wytrzeć brudne ciało, włożyć
czystą koszulę. Podejrzewała, że sam psuje worek, żeby przeciekał.
Rozmawiała o tym z lekarzem. Powiedział, że to niemożliwe, żeby worki
przeciekały tak często. Ale nadal przeciekały. A ona nadal go myła.
- Za zimna! - Wzdrygnął się, kiedy mokrą szmatką dotknęła jego brzucha.
- Doleję ciepłej. - Wstała, poszła do łazienki, podstawiła miskę i odkręciła ciepłą wodę.
- Aua! Przecież to ukrop! Ty krowo jedna, oparzysz mnie! - wrzasnął.
Aż podskoczyła, ale znów bez słowa zaniosła miskę do łazienki. Dolała
zimnej wody, żeby była tylko trochę cieplejsza od ciała, i wróciła. Tym
razem nic nie powiedział, kiedy go dotknęła.
- Kiedy przyjdzie Jonas? - spytał, kiedy wykręcała szmatkę. Ściekała z niej brudna woda.
- Nie wiem. Pracuje. Jest u Anderssonów. Ich krowa się cieli, cielę jest
źle ułożone.
- Przyślij go do mnie, jak przyjdzie - powiedział, zamykając oczy.
- Dobrze - odparła cicho, wykręcając szmatkę.
Gösta zobaczył ich na korytarzu. Szli szybko, niemal biegli. Musiał się
przemóc, żeby nie uciec. Zdawał sobie sprawę, że wszystko ma wypisane na
twarzy. I rzeczywiście: Helena spojrzała na niego, zaczęła po omacku
szukać ręki męża i osunęła się na podłogę. Jej krzyk odbijał się echem
po korytarzu. Zagłuszył wszystkie inne odgłosy.
Ricky zmartwiał. Blady jak ściana stał obok matki. Markus poszedł dalej.
Gösta przełknął ślinę i ruszył do nich. Markus go minął. Patrzył przed
siebie niewidzącym wzrokiem, jakby nie zrozumiał i jakby nie zobaczył na
twarzy Gösty tego co jego żona. Szedł nie wiadomo dokąd.
Gösta go nie zatrzymał. Podszedł do Heleny i delikatnie postawił ją na
nogi. A potem objął, choć nie miał tego w zwyczaju. Pozwolił się do
siebie zbliżyć jedynie dwóm osobom: żonie i dziewczynce, która mieszkała
u nich jakiś czas, a potem na skutek niezbadanych kolei losu znów
pojawiła się w jego życiu. Obejmowanie kobiety, którą znał od niedawna,
nie było dla niego naturalne. Ale od zniknięcia Victorii jej matka
codziennie do niego dzwoniła, raz pełna nadziei, innym razem załamana,
zła albo rozżalona. Wypytywała o córkę. A on mógł tylko mnożyć znaki
zapytania i niepokoić ją jeszcze bardziej. W końcu pozbawił ją nadziei.
Więc teraz mógł zrobić chociaż tyle: przytulić ją i pozwolić, żeby się
wypłakała na jego piersi.
Jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Ricky'ego. Nadzwyczajny
chłopak. Przez tych kilka miesięcy, które upłynęły od zniknięcia
Victorii, podtrzymywał na duchu całą rodzinę. Był blady, miał puste
spojrzenie. Gösta zobaczył w nim młodego chłopca, zrozumiał, że na
zawsze utracił niewinność, dziecinną wiarę, że wszystko się ułoży.
- Możemy ją zobaczyć? - spytał chrapliwym głosem.
Gösta poczuł, że Helena sztywnieje. Uwolniła się z jego objęć, wytarła
rękawem oczy i nos i spojrzała błagalnie.
Gösta wpatrzył się w jakiś odległy punkt. Jak im powiedzieć, że nie
powinni oglądać Victorii? I dlaczego?
Cały gabinet był zarzucony papierami. Notatkami przepisanymi na czysto,
karteczkami post-it, artykułami, wydrukowanymi zdjęciami. Na pozór
absolutny chaos, ale Erika lubiła tak pracować. Kiedy pisała książkę,
chciała mieć pod ręką wszystkie informacje i wszystkie zanotowane
przemyślenia.
Ale ta sprawa chyba ją przerosła. Dysponowała obszerną dokumentacją, ale
opartą na źródłach z drugiej ręki. Jej książki dlatego były dobre i ciekawe, dlatego sugestywnie oddawały okoliczności zbrodni i udzielały
odpowiedzi na wszystkie pytania, że zawsze znała fakty z pierwszej ręki.
Czasem bohaterowie łatwo dawali się przekonać do współpracy: chcieli
zaznać sławy w blasku reflektorów. A czasem musiała ich długo
przekonywać i tłumaczyć, dlaczego chce wrócić do przeszłości i jak
zamierza przedstawić ich historię. W końcu się udawało. Aż do teraz. Z Lailą nie potrafiła nic wskórać. Kiedy ją odwiedzała, starała się ją
skłonić, żeby jej wreszcie opowiedziała, co się stało. Daremnie. Laila
chętnie z nią rozmawiała, ale nie o tym.
Strasznie ją to frustrowało. Oparła nogi na biurku i odpłynęła. A może
zadzwonić do Anny? Jej siostra miewa dobre pomysły i ciekawe
spostrzeżenia. Ale Anna jest ostatnio niepodobna do siebie. W ostatnich
latach wiele przeszła, ale nieszczęścia nadal jej nie opuszczają.
Niektóre sama ściągnęła sobie na głowę, ale Erika nie chciała jej
osądzać. Wiedziała, dlaczego stało się to, co się stało. Pytanie, czy
Dan kiedykolwiek zrozumie i wybaczy. Musiała przyznać, że wątpi. Znała
Dana od zawsze. Kiedy byli nastolatkami, byli nawet parą. Wiedziała,
jaki jest uparty. Jego upór i duma miały się teraz obrócić przeciwko
niemu. Skutek był taki, że wszyscy byli nieszczęśliwi: Anna, Dan,
dzieci, nawet ona. Pragnęła, żeby jej siostra zaznała trochę szczęścia
po piekle, które jej zgotował Lucas, ojciec jej dzieci.
Myślała o tym, jakie to niesprawiedliwe, że życie ułożyło im się tak
różnie. Jej udało się stworzyć z Patrikiem udane, kochające się
małżeństwo. Miała troje zdrowych dzieci i odnosiła coraz większe sukcesy
jako pisarka. A Annę ciągle spotykały jakieś nieszczęścia. Nie miała
pojęcia, jak jej pomóc. A na tym polegała jej rola: miała ją chronić,
wspierać, opiekować się nią. Anna była szalona, pełna radości życia.
Ciosy, które na nią spadły, odebrały jej tę radość, zrobiła się cicha i zagubiona. Erice bardzo brakowało tamtej dawnej Anny.
Zadzwonię do niej wieczorem, pomyślała. Wzięła stertę wycinków i zaczęła
przeglądać. W domu panowała cudowna cisza. Poczuła się wdzięczna losowi
za to, że może pracować w domu. Nigdy nie myślała o tym, że chciałaby
chodzić do biura i mieć kolegów. Świetnie się czuła we własnym
towarzystwie.
O dziwo poczuła, że już nie może się doczekać, kiedy odbierze bliźnięta
i Maję z przedszkola. Jak można być aż tak rozdartym w stosunku do
swoich dzieci? Nieustanna huśtawka nastrojów wysysała z niej wszystkie
siły. W jednej chwili zaciskała pięści w kieszeniach, żeby w następnej
tulić ich i całować, aż zaczynali się wyrywać. Wiedziała, że Patrik
przeżywa to samo.
Patrik i dzieci w naturalny sposób doprowadzili ją z powrotem do rozmowy
z Lailą. Nie mieściło jej się w głowie, że można przekroczyć tę
niewidzialną, a przecież wyraźną granicę. Czyż nie na tym polega bycie
człowiekiem, że się powściąga najprymitywniejsze instynkty i postępuje
właściwie, w sposób akceptowany przez ogół? Że się przestrzega praw i zasad, dzięki którym społeczeństwo może funkcjonować?
Nadal wertowała wycinki. Powiedziała Laili prawdę. Nie mogłaby zrobić
dziecku krzywdy. Nawet w najmroczniejszych chwilach, kiedy po urodzeniu
Mai cierpiała na depresję, nawet w chaosie po urodzeniu bliźniąt, nawet
w bezsenne noce i podczas napadów furii, które wydawały się trwać
godzinami, nawet kiedy dzieci na każdym oddechu mówiły nie. Ale papiery,
które miała na kolanach, leżące na biurku zdjęcia i notatki dowodziły,
że można tę granicę przekroczyć.
Wiedziała, że dom na zdjęciu mieszkańcy Fjällbacki nazywali Strasznym
Domem. Niezbyt oryginalnie, ale trafnie. Nikt nie chciał go po tej
tragedii kupić, więc stał i niszczał. Sięgnęła po zdjęcie z tamtych
czasów. Nic nie zdradzało, co się tam stało. Wyglądał całkiem
zwyczajnie: biały dom z szarymi narożnikami, stojący samotnie na górce,
otoczony kilkoma drzewami. Ciekawe, jak dziś wygląda, czy jest bardzo
zniszczony.
Nagle wyprostowała się na krześle i odłożyła zdjęcia. Dlaczego jeszcze
tam nie była? Przecież zawsze odwiedzała miejsce zbrodni. Nie tym razem.
Coś ją powstrzymywało. Nie zdecydowała, że tam nie pojedzie: po prostu
nie pojechała.
Poczeka z tym do jutra. Teraz pora jechać po dzikusy. Ścisnęło ją w dołku z tęsknoty i ze zmęczenia.
Krowa dzielnie walczyła. Po kilku godzinach daremnych prób odwrócenia
cielęcia Jonas był mokry od potu. Krowa stawiała opór, nie rozumiała, że
chcą jej pomóc.
- Bella to nasza najmilsza krowa - powiedziała Britt Andersson.
Razem z mężem, Ottonem, prowadzili gospodarstwo, kilka kilometrów od
domu Jonasa. Nieduże, ale prężne. Główny dochód zapewniały krowy. Britt
była przedsiębiorcza i do zysku ze sprzedaży mleka do Arli1
dodawała dochód ze sklepiku, w którym sprzedawała sery własnego wyrobu.
Wyraźnie zmartwiona stała obok krowy.
- Tak, Bella to dobra krowa - potwierdził Otto, drapiąc się po potylicy.
To był jej czwarty cielak. Trzy poprzednie urodziły się normalnie. Ten
ułożył się w poprzek i nie mógł wyjść, a Bella wyraźnie opadała z sił.
Jonas wytarł pot z czoła i przygotował się do jeszcze jednej próby. Nie
mógł dać za wygraną. Wtedy zginęliby i cielak, i krowa. Pogłaskał Bellę
po miękkiej sierści, żeby ją uspokoić. Oddychała urywanie, nierówno,
wytrzeszczała oczy.
- No już, kochana. Zobaczymy, może się uda wydostać twojego cielaczka -
powiedział i znów włożył długie foliowe rękawice. Powoli, ale
zdecydowanie wsunął rękę do ciasnego kanału rodnego i wymacał cielę.
Teraz powinien mocno złapać za nogę, żeby je odwrócić. Ostrożnie, żeby
mu niczego nie złamać.
- Mam jedną raciczkę - powiedział. Kątem oka zobaczył, że Britt i Otto
wyciągają szyje, żeby lepiej widzieć. - Teraz spokojnie, kochana.
Mówił niskim, łagodnym głosem i zaczął ciągnąć. Nic się nie zmieniło.
Pociągnął mocniej, ale nadal nie potrafił ruszyć cielaka z miejsca.
- Jak idzie, odwraca się? - spytał Otto.
Ze zdenerwowania strasznie się drapał. Zaraz będzie tam miał łysinę,
pomyślał Jonas.
- Jeszcze nie - odparł przez zęby. Spływał potem, w dodatku do oka wpadł
mu jakiś włos i musiał ciągle mrugać. Ale nie potrafił już myśleć o niczym innym. Bella oddychała coraz płycej. Położyła łeb na słomie,
jakby była gotowa się poddać.
- Boję się, że mu coś złamię - powiedział i pociągnął najmocniej, jak
się odważył. Pociągnął jeszcze trochę i wstrzymał oddech. Oby nie
usłyszał trzasku łamanej kości. Poczuł, że w końcu cielę się odkleiło.
Jeszcze kilka delikatnych pociągnięć i leżało na słomie. Wycieńczone,
ale żywe. Britt rzuciła się, żeby je natrzeć słomą. Zdecydowanymi
czułymi ruchami wytarła je i wymasowała. Cielę wyraźnie odzyskiwało
siły.
Bella leżała bez ruchu na boku. Jakby nie zauważyła, że cielątko z niej
wyszło, życie, które w niej rosło dziewięć miesięcy. Jonas obszedł ją,
usiadł przy jej łbie i zdjął kilka źdźbeł, które miała w pobliżu oka.
- Już po wszystkim. Byłaś bardzo dzielna.
Pogłaskał ją po gładkiej czarnej sierści i wciąż do niej mówił, jak
wtedy, kiedy się cieliła. Z początku nie reagowała. Potem z trudem
podniosła łeb i spojrzała na cielątko.
- Spójrz, Bella, masz śliczną córkę - powiedział, nie przestając jej
głaskać. Poczuł, że jej tętno się uspokaja. Cielę będzie żyło, ona chyba
też. Wstał, zdjął włos, który mu drażnił oko, i kiwnął głową.
- Całkiem dorodne cielątko.
- Dziękuję. - Britt podeszła i uściskała go.
Otto zmieszany podał mu wielkie łapsko.
- Dziękuję, ładnie to zrobiłeś - powiedział, pompując ręką w górę i w dół.
- To moja praca - odparł Jonas z szerokim uśmiechem. Pomyślał, że zawsze
go cieszy, kiedy wszystko się dobrze kończy. Nie lubił, kiedy czegoś nie
udawało się załatwić: i w pracy, i w życiu prywatnym.
Sięgnął do kieszeni kurtki, żeby wyjąć komórkę. Wpatrzył się w wyświetlacz, a potem rzucił się do samochodu.
Wczesny poranek w komisariacie. W zimowej
mgle unoszącej się nad Tanumshede żółte ściany wydawały się niemal
szare. Nikt się nie odzywał. Niewiele spali tej nocy. Zmęczenie ułożyło
się na ich twarzach jak maska. Lekarze stoczyli heroiczną walkę, żeby
ratować Victorię, ale przegrali. O dwudziestej trzeciej czternaście
stwierdzili zgon.
Martin nalał wszystkim kawy. Patrik spojrzał na niego. Od śmierci Pii
Martin się nie uśmiechał. Wszelkie ich wysiłki, żeby wskrzesić dawnego
Martina, spełzały na niczym. Najwidoczniej Pia zabrała ze sobą kawałek
niego. Lekarze dawali jej najwyżej rok, ale umarła jeszcze szybciej, już
trzy miesiące po diagnozie. Martin został sam z małą córeczką. Pieprzony
rak, pomyślał Patrik.
- Victoria Hallberg, jak już wiecie, umarła wskutek urazów, które były
następstwem potrącenia przez samochód, ale kierowca nie jest podejrzany
o popełnienie przestępstwa.
- Wczoraj go przesłuchałem - wtrącił Martin. - Niejaki David Jansson.
Zeznał, że wyszła na drogę tak nagle, że nie miał szans zahamować.
Próbował ją ominąć, ale było bardzo ślisko i stracił panowanie nad
autem.
Patrik kiwnął głową.
- Jest świadek wypadku, Marta Persson. Była na konnej przejażdżce, kiedy
zobaczyła, że ktoś wybiega z lasu pod samochód. Wezwała policję i karetkę. I to ona rozpoznała Victorię. Wczoraj, o ile dobrze
zrozumiałem, była w szoku, ale dziś należałoby ją przesłuchać. Martin,
zrobisz to?
- Oczywiście, zajmę się tym.
- Poza tym powinniśmy szybko popchnąć dochodzenie w sprawie jej
zaginięcia. A właściwie znaleźć tego albo tych, którzy ją uprowadzili i brutalnie okaleczyli.
Przeciągnął ręką po twarzy. Wciąż miał w oczach obraz martwej Victorii
na szpitalnym łóżku. Ze szpitala pojechał prosto do komisariatu i przez
kilka godzin przeglądał wszystkie akta: protokoły z przesłuchań rodziny,
kolegów i koleżanek ze szkoły i ze stajni, listę wszystkich ludzi,
którzy ją znali, zapis ostatnich godzin przed jej zniknięciem w drodze
do domu ze szkółki jeździeckiej Perssonów. I dane innych dziewczyn,
które zaginęły w ciągu dwóch ostatnich lat. Pewności nie mieli, ale
uważali, że zaginięcie na względnie ograniczonym obszarze pięciu
podobnie wyglądających dziewcząt w podobnym wieku nie może być zbiegiem
okoliczności. Poprzedniego dnia Patrik rozesłał nowe informacje do
tamtych dystryktów policji. Poprosił, żeby zrobiły to samo, gdyby też
ustaliły coś nowego. Nigdy nic nie wiadomo, może coś przeoczyli.
- Nadal będziemy współpracować z innymi dystryktami. Na ile to możliwe,
połączymy siły. Victoria odnalazła się jako pierwsza. Może ta tragedia
przyczyni się do znalezienia pozostałych. I uniemożliwi następne
porwania. Człowiek, który jest zdolny do takich potworności, jakie
wyrządzono Victorii, nie powinien chodzić wolno.
- Zboczony skurwiel - mruknął Mellberg. Zaniepokojony Ernst podniósł
łeb. Jak zwykle drzemał z łbem na butach pana i wyczuwał nawet
najmniejszą zmianę jego nastroju.
- Nie rozumiem tych urazów - powiedział Martin, pochylając się do
przodu. - Co go mogło skłonić do czegoś takiego?
- Kto to może wiedzieć. Zastanawiałem się, czy nie powinniśmy się
skontaktować z kimś, kto by opracował profil sprawcy. Tropów jest
wprawdzie niewiele, ale może jest w tym jakiś schemat, związek
przyczynowo-skutkowy, którego nie dostrzegamy.
- Profil sprawcy? Przemądrzały psycholog, który nigdy nie miał do
czynienia z prawdziwymi zbrodniarzami, miałby nas uczyć, jak mamy
wykonywać swoją robotę? - Mellberg potrząsnął głową i w tym momencie
zsunęła mu się na ucho zasłaniająca łysinę pożyczka. Wprawnym ruchem
zarzucił ją do góry, na miejsce.
- Warto spróbować - powiedział Patrik. Wiedział, że Mellberg z niechęcią
odnosi się do nowoczesnych metod pracy. Teoretycznie był szefem
komisariatu w Tanumshede, ale wszyscy wiedzieli, że w praktyce jest nim
Patrik. To dzięki niemu udawało im się wyjaśniać popełniane w regionie
przestępstwa.
- Dobrze, ale pamiętaj, że ty odpowiesz przed górą, jak nic z tego nie
wyniknie poza niepotrzebnymi wydatkami. Ja umywam ręce. - Mellberg
odchylił się na krześle i splótł palce na brzuchu.
- Sprawdzę, z kim można by porozmawiać - powiedziała Annika. - Może
byłoby dobrze skontaktować się z tamtymi dystryktami, zapytać, czy nie
zrobili czegoś takiego, tylko zapomnieli nas zawiadomić. Po co się
dublować, tracić czas i pieniądze.
- Masz rację, dziękuję. - Patrik odwrócił się do tablicy ze zdjęciem
Victorii i najważniejszymi informacjami o niej.
Z radia stojącego w głębi korytarza leciał jakiś wesoły przebój.
Wyraźnie kontrastował z ciężkim nastrojem panującym w kuchni. Mogliby
siedzieć w salce konferencyjnej, ale była zimna i bezosobowa. Woleli
znacznie przytulniejszą kuchnię. W dodatku mieli bliżej do maszynki z kawą. Pewnie wypiją kilka litrów, zanim skończą.
Patrik pomyślał chwilę, wyprostował się i zaczął przydzielać zadania.
- Anniko, skompletuj teczkę ze wszystkimi materiałami dotyczącymi sprawy
Victorii. Również z danymi, które nam przysłali z innych dystryktów.
Prześlesz to wszystko temu komuś, kto ewentualnie pomoże nam opracować
profil sprawcy. I aktualizuj to na bieżąco.
- Dobrze, będę notować wszystko - odparła Annika. Siedziała przy stole z notesem i długopisem w pogotowiu. Nie chciała używać laptopa, choć
Patrik próbował ją do tego przekonać. A jeśli Annika czegoś nie chciała,
nie było na nią mocnych.
- Okej. Zwołaj konferencję prasową na szesnastą, bo żyć nam nie dadzą. -
Kątem oka zauważył, że Mellberg z zadowoloną miną przygładził włosy. Nic
go nie powstrzyma przed wystąpieniem na konferencji.
- Gösta, spytaj Pedersena, kiedy możemy liczyć na wyniki sekcji.
Potrzebujemy konkretów, i to jak najszybciej. Mógłbyś również
porozmawiać z jej rodziną. Może im się przypomniało coś ważnego.
- Tyle razy z nimi rozmawialiśmy. Może przynajmniej dziś moglibyśmy im
dać spokój. - W jego spojrzeniu widać było rezygnację. W szpitalu musiał
to wziąć na siebie. Musiał się nimi zaopiekować. Był wyczerpany.
- Ale na pewno zależy im na tym, żebyśmy złapali sprawcę. Rozmawiaj z nimi delikatnie. Trzeba będzie jeszcze raz przesłuchać wiele osób. Może
po śmierci Victorii ktoś powie coś, czego wcześniej nie chciał ujawnić.
Chodzi mi o jej najbliższych. O koleżanki, ludzi ze stajni, którzy mogli
coś zauważyć. Należałoby na przykład znów porozmawiać z Tyrą Hansson,
jej najbliższą przyjaciółką. Martin, możesz się tym zająć?
Martin mruknął i kiwnął głową.
Mellberg chrząknął. Właśnie. Jemu też trzeba przydzielić jakieś
bezsensowne zadanie, żeby się poczuł ważny, ale nie narobił szkody.
Patrik się namyślał. Najlepiej gdzieś w pobliżu, żeby mieć na niego oko.
- Wczoraj wieczorem rozmawiałem z Torbjörnem. Technicy nic nie znaleźli.
Śnieg zasypał ślady, więc nie wiemy, skąd przybiegła. Oni już nie mogą
dalej szukać, więc może my zbierzemy ochotników, żeby nam pomogli
przeszukać większy obszar. Mogli ją przetrzymywać w jakimś opuszczonym
gospodarstwie albo w letnim domku w lesie. Znalazła się całkiem
niedaleko miejsca, gdzie ją ostatnio widziano. Może cały czas była w pobliżu.
- Myślałem o tym - powiedział Martin. - Czy to przypadkiem nie świadczy
o tym, że sprawca jest z Fjällbacki?
- Niewykluczone - odparł Patrik. - Ale nie musi, jeśli sprawa Victorii
ma związek z wcześniejszymi zaginięciami. Nie znaleźliśmy nic, co by
łączyło tamte miejscowości z Fjällbacką.
Mellberg znów chrząknął i Patrik odwrócił się do niego.
- Pomyślałem, że mi pomożesz, Bertilu. Trzeba będzie wejść do lasu. Przy
odrobinie szczęścia może znajdziemy miejsce, gdzie ją przetrzymywano.
- Bardzo dobrze - stwierdził Mellberg. - Ale nie będzie to przyjemne na
tym cholernym mrozie.
Patrik nie odpowiedział. Pogoda była najmniejszym z jego zmartwień.
Anna niemrawo sortowała pranie. Była bardzo zmęczona. Od wypadku
przebywała na zwolnieniu. Blizny na ciele zdążyły zblednąć, ale
psychicznie wciąż nie doszła do siebie. To była żałoba nie tylko po
utraconym dziecku. Był to również ból, który sama sobie zadała. Wyrzuty
sumienia męczyły ją jak nieustające mdłości. Nie spała. Całymi nocami
roztrząsała, dlaczego to zrobiła. Ale nawet kiedy już chciała sama sobie
wybaczyć, nie potrafiła zrozumieć, co ją pchnęło do tego, żeby pójść do
łóżka z innym mężczyzną. Przecież kochała Dana, a mimo to całowała
tamtego, pozwoliła mu dotykać swojego ciała.
Czyżby miała tak niską samoocenę i tak silną potrzebę aprobaty, że
musiała jej szukać u innego mężczyzny? Wierzyła, że jego usta i ręce
dadzą jej coś, czego nie dałby Dan? Jeśli sama tego nie rozumiała, to
jak miał zrozumieć Dan? On, chodząca prawość i lojalność? Mówi się, że
nigdy nie można być pewnym drugiego człowieka, ale ona wiedziała, że Dan
nie zdradziłby jej nawet myślą. Nie dotknąłby innej kobiety. Chciał
tylko jednego, kochać ją.
Najpierw była złość. Potem zaczęło się coś znacznie gorszego: ciche dni,
duszne i ciężkie. Krążyli wokół siebie jak ranne zwierzęta, a dzieci -
Emma, Adrian i córki Dana - czuły się jak zakładnicy we własnym domu.
Jej marzenie, żeby rozkręcić firmę wnętrzarską, rozwiało się w tej samej
chwili, kiedy jej spojrzenie spotkało się ze zranionym spojrzeniem Dana.
Wtedy po raz ostatni spojrzał jej w oczy. Teraz nawet nie patrzył na
nią, nie potrafił się zmusić. Jeśli zwracał się do niej w sprawie dzieci
albo z czymś tak banalnym jak prośba o podanie soli, cedził słowa,
patrząc w dół. Chciałaby krzyczeć, potrząsnąć nim, zmusić, żeby na nią
spojrzał, ale nie miała odwagi. Więc i ona chodziła ze spuszczoną głową,
nie tyle z bólu, ile ze wstydu.
Dzieci oczywiście nie rozumiały, co się stało. Nie rozumiały, ale
cierpiały. Żyły w tej ciszy i próbowały udawać, że wszystko jest jak
zwykle. Ale od dawna nie słyszała, żeby się śmiały.
Przepełnił ją straszny żal. Pomyślała, że serce jej pęknie, i rozpłakała
się. Schowała twarz w jakiejś koszulce.
A więc to tu to wszystko się stało. Erika chodziła ostrożnie po domu,
który wyglądał tak, jakby w każdej chwili mógł się zawalić. Tak długo
stał opuszczony, narażony na niepogodę, że już niewiele rzeczy
przypominało o rodzinie, która kiedyś tu mieszkała.
Schyliła się, żeby przejść pod zwisającą z sufitu deską. Pod jej butami
zazgrzytało szkło. W oknach nie było ani jednej całej szyby. Podłogi i ściany nosiły wyraźne ślady po nieproszonych gościach. Imiona i słowa,
które znaczyły coś tylko dla tego, kto je zapisał, obsceniczne i obraźliwe, często z błędami. Ludzie bazgrzący sprayem po ścianach raczej
nie popisują się talentem literackim. Po całym domu walały się puszki po
piwie. Obok koca, który wyglądał tak obrzydliwie, że Erikę zemdliło,
rzucono puste pudełko po prezerwatywach. Tu i ówdzie leżały kupki
śniegu. Wiatr nawiał go do środka.
Obraz nędzy i zniszczenia. Ze skoroszytu, który miała w torbie, wyjęła
zdjęcia. Chciała, żeby jej pomogły zobaczyć tamten normalny, umeblowany
dom, w którym mieszkali ludzie. Wzdrygnęła się, bo nadal widać było
ślady po tym, co się stało. Rozejrzała się. Tak, wciąż widać plamę krwi
na drewnianej podłodze. I cztery ślady po kanapie, która kiedyś tam
stała. Jeszcze raz spojrzała na zdjęcia. Usiłowała się zorientować, co
gdzie było. Teraz miała przed sobą tamten obraz: widziała kanapę i stolik, telewizor na ławie, fotel w rogu pokoju, na lewo od niego
stojącą na podłodze lampę. Jakby cały pokój zmaterializował się przed
jej oczami.
Potrafiła również wyobrazić sobie poharatane ciało Vladka. Wielkie,
umięśnione ciało półsiedzące na kanapie. Głęboką dziurę w szyi i rany od
pchnięć w tors, martwe spojrzenie wbite w sufit. I kałużę krwi na
podłodze.
Na zdjęciach zrobionych przez policję zaraz po zatrzymaniu Laila miała
puste spojrzenie. Przód koszulki był zakrwawiony, na twarzy też widniały
ślady krwi. Jej twarz okalały długie jasne włosy. Wyglądała tak młodo,
zupełnie inaczej niż kobieta odsiadująca dziś dożywocie.
W tej sprawie nigdy nie było wątpliwości. Policja, a potem sąd uznali,
że mają do czynienia z logicznym ciągiem zdarzeń, ale według Eriki coś
się nie zgadzało. Pół roku temu postanowiła napisać o tej sprawie
książkę. Już w dzieciństwie słyszała o zamordowaniu Vladka i o straszliwej rodzinnej tajemnicy. Historia Strasznego Domu weszła do
kanonu opowieści z Fjällbacki. Z biegiem lat urosła do rozmiarów
legendy. Dom jak magnes przyciągał miejscową dzieciarnię. Można się w nim było bawić w duchy, błysnąć odwagą, nie okazując strachu przed złem,
które wgryzło się w ściany.
Odwróciła się, żeby wyjść z dawnego salonu i pójść na piętro.
Zesztywniała z zimna i musiała podskoczyć kilka razy, żeby się trochę
rozgrzać. Czujnie sprawdzała każdy stopień. Nie mówiła nikomu, że się
tam wybiera, a wolałaby nie trafić na przegniłą deskę i wylądować na
dole ze złamanym kręgosłupem.
Schody wytrzymały, ale szła ostrożnie. Podłoga na piętrze zatrzeszczała
niepokojąco, ale powinna wytrzymać. Ruszyła już bardziej zdecydowanie.
Dom był nieduży. Na piętrze były tylko trzy pokoje i malusieńki
przedpokój. Dokładnie nad schodami znajdowała się duża sypialnia Vladka
i Laili. Meble zostały zabrane albo rozkradzione, zachowały się tylko
brudne podarte zasłony. Także tam walały się puszki po piwie. Brudny
materac świadczył o tym, że ktoś tam nocował albo wykorzystywał go do
miłosnych igraszek z dala od czujnych spojrzeń rodziców.
Zmrużyła oczy. Próbowała na podstawie zdjęć wyobrazić sobie ten pokój.
Pomarańczowy dywan na podłodze, podwójne łóżko z sosnowym wezgłowiem i pościel w duże zielone kwiaty. Typowe lata siedemdziesiąte. Na zdjęciach
zrobionych przez policję po morderstwie widać było, że panował tam
wzorowy porządek, było schludnie i czysto. Nawet się zdziwiła, gdy
oglądała je po raz pierwszy, bo po tym, co się tutaj rozegrało,
oczekiwałaby raczej bałaganu, brudu i zaniedbania.
Wyszła z sypialni, żeby przejść do mniejszego pokoju, pokoju Petera.
Poszukała właściwego zdjęcia. Tam również panował porządek, ale łóżko
nie było posłane. Pokój był urządzony tradycyjnie: na ścianach błękitna
tapeta z postaciami z cyrku, weseli klauni, słonie z kolorowymi
pióropuszami i foka z czerwoną piłką na nosie. Bardzo ładna tapeta.
Wiedziała, dlaczego ją wybrali. Potem spojrzała na pokój. Tu i ówdzie
zostały resztki tapety, ale większość odpadła albo została zamalowana.
Po grubej wykładzinie nie został nawet ślad - poza klejem na brudnej
drewnianej podłodze. Nie było regału, niegdyś pełnego książek i zabawek,
ani żadnego z krzesełek przy małym stoliku, idealnym dla dziecka. Nie
było łóżeczka, które kiedyś stało w rogu, na lewo od okna. Zatrzęsła się
z zimna. W tym pokoju również szyby zostały wybite. Nad podłogą
zawirowała odrobina nawianego śniegu.
Trzeci pokój świadomie zostawiła sobie na koniec. Pokój Louise. Obok
pokoju Petera. Wyjęła zdjęcie i naprawdę musiała wziąć się w garść.
Kontrast był uderzający. Pokój Petera był zadbany i przytulny. Pokój
Louise przypominał celę więzienną - i był nią w pewnym sensie.
Przesunęła palcem po wielkiej zasuwie. Wisiała już tylko na kilku
śrubach. Chodziło o to, żeby porządnie zamknąć drzwi od zewnątrz.
Zamknąć dziecko.
Weszła ze zdjęciem w ręce. Poczuła, jak jeżą jej się włoski na karku.
Nastrój był upiorny. Zdawała sobie sprawę, że to gra jej wyobraźni, bo
ani domy, ani pokoje nie mogą pamiętać przeszłości. Tylko dlatego, że
wiedziała, co się w tym domu stało, czuła się w pokoju Louise nieswojo.
Nie było w nim nic oprócz leżącego wprost na podłodze materaca. Żadnej
zabawki ani prawdziwego łóżka. Podeszła do okna. Zabite deskami. Gdyby
nie wiedziała, jak było, pomyślałaby, że deski przybito, kiedy dom był
już opuszczony. Zerknęła na zdjęcie. Wtedy też tam były. Dziecko
zamknięte na klucz w swoim pokoju. A to jeszcze nie było najgorsze z tego, co odkryła policja, kiedy się zjawiła po śmierci Vladka. Erikę
przeszył dreszcz. Nie dlatego, że szyba była rozbita, tylko dlatego, że
atmosfera była lodowata.
Musiała się zmusić, żeby zostać jeszcze chwilę i nie poddać się dziwnemu
nastrojowi. A potem z westchnieniem ulgi wyszła. Schodziła po schodach
tak samo ostrożnie, jak wchodziła. Zostało jej jeszcze jedno miejsce.
Weszła do kuchni. Ziały puste szafki bez drzwiczek. Nie było kuchenki
ani lodówki. Tam, gdzie kiedyś stały, leżały odchody. Najwyraźniej myszy
znalazły wygodne wejście.
Lekko trzęsącą się ręką nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi do piwnicy.
Powiało takim samym szczególnym chłodem jak z pokoju Louise. Spojrzała w czarną czeluść i zaklęła. Uprzytomniła sobie, że nie wzięła latarki.
Pomyślała, że trzeba będzie to odłożyć na później, ale pomacała ścianę i trafiła na stary wyłącznik. Przekręciła i niespodziewanie, jakby za
sprawą cudownego zrządzenia losu, światło się zapaliło. Niemożliwe, żeby
jeszcze działały żarówki z lat siedemdziesiątych. Zanotowała w pamięci,
że ktoś musiał wkręcić nowe.
Schodziła na dół z walącym sercem. Musiała się schylać pod pajęczynami.
Starała się nie myśleć o tym, że od wyobrażania sobie pająków pod
ubraniem swędzi ją całe ciało.
Zeszła na dół. Musiała kilka razy odetchnąć, żeby się uspokoić. Przecież
to tylko pusta piwnica w opuszczonym domu. Zresztą wygląda zupełnie
zwyczajnie. Zostało kilka półek i stary warsztat Vladka, tyle że bez
narzędzi. Obok stała pusta bańka, w kącie leżało kilka zgniecionych
gazet. Nic niezwykłego. Tylko ten jeden szczegół: przytwierdzony do
ściany trzymetrowy łańcuch.
Trzęsącymi się rękami wertowała zdjęcia. Łańcuch ten sam co wtedy, tylko
zardzewiały. Nie było kajdanek. Policja je zabrała. W raporcie
przeczytała, że musieli je odpiłować, bo nie znaleźli klucza.
Przykucnęła, żeby dotknąć łańcucha, poczuć jego ciężar. Ciężki i solidny, na tyle mocny, że nie dałby mu rady nawet ktoś znacznie większy
niż chuda i niedożywiona siedmiolatka. Jak można zrobić coś takiego?
Zemdliło ją. Będzie musiała sobie zrobić dłuższą przerwę. Nie będzie
odwiedzać Laili. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby z nią rozmawiać teraz,
kiedy na własne oczy zobaczyła dowody. Zdjęcia to jedno. Ale kiedy
trzymała w rękach ciężki, zimny łańcuch, stanął jej przed oczami obraz,
który tamtego marcowego dnia w 1975 roku zobaczyli policjanci.
Wyobraziła sobie, jak się przerazili, kiedy w piwnicy znaleźli przykute
łańcuchem do ściany dziecko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki