Remont miał im pomóc uporać się z żałobą.
Nie byli pewni, czy to dobry pomysł, ale innego nie mieli. Poza takim,
żeby się położyć i usnąć.
Ebba przejechała skrobakiem po fasadzie. Farba schodziła całkiem łatwo.
Właściwie sama odpadała, wystarczyło podrapać. Lipcowe słońce nieźle
przypiekało, grzywka kleiła jej się do spoconego czoła. Bolało ją ramię,
bo już trzeci dzień wykonywała w kółko ten sam ruch: z góry na dół. Ból
w ramieniu przynosił jej ulgę, na chwilę przyćmiewał ból serca.
Odwróciła się i spojrzała na M?rtena. Przycinał deski na trawniku przed
domem. Chyba poczuł, że na niego patrzy, bo podniósł wzrok i pomachał do
niej, jak się macha do znajomej spotkanej na ulicy. Jej ręka
odpowiedziała takim samym, raczej bezsensownym gestem.
Minęło już wprawdzie ponad pół roku od chwili, gdy ich życie rozpadło
się na kawałki, ale nadal nie wiedzieli, jak mają się do siebie odnosić.
Co noc kładli się w łóżku plecami do siebie. Panicznie się bali, że
przypadkowe dotknięcie mogłoby wyzwolić coś, z czym nie potrafiliby
sobie poradzić. Jakby przepełniająca ich żałoba nie zostawiła miejsca na
żadne inne uczucia. Ani na miłość, ani na ciepło, ani na współczucie.
Poczucie winy ciążyło im tym bardziej, że nie zostało nazwane. Może
byłoby im łatwiej, gdyby umieli to zrobić. Ale to się zmieniało, raz
było tak, raz inaczej, zmieniało się natężenie i kształt ich uczuć,
wciąż ich atakowały znienacka.
Ebba wróciła do skrobania. Spod odchodzącej płatami białej farby
wyjrzało drewno. Pogładziła je wolną ręką. Ten dom miał duszę. Nigdy nie
doświadczyła czegoś podobnego. Mały göteborski szeregowiec był prawie
nowy, gdy go kupili. Wtedy się cieszyła, że błyszczy i lśni, że jest
nowy. Teraz tylko jej przypominał o tym, co było. Stary dom ze
wszystkimi usterkami lepiej pasował do obecnego stanu jej ducha. Dobrze
się czuła z tym, że dach przecieka, gdy pada, że zacinający się bojler
co jakiś czas trzeba kopnąć, żeby się włączył, i z tym, że od okien
ciągnie tak, że gaśnie świeca postawiona na parapecie. W jej duszy też
przeciekało i wiało, wiatr gasił wszystkie świeczki.
Może tu, na Valö, uda jej się uleczyć duszę. Nie miała stąd żadnych
wspomnień, a jednak odnosiła wrażenie, jakby ona i wyspa się rozpoznały.
Valö. Dokładnie naprzeciwko Fjällbacki. Wystarczyło zejść na pomost,
żeby zobaczyć po drugiej stronie zatoki osadę. Białe domki u stóp
stromej skały i czerwone szopy na łodzie przypominały sznur korali.
Wyglądało to tak pięknie, że prawie bolało.
Pot zalewał jej oczy, aż szczypało. Wytarła je T-shirtem i mrużąc
powieki, spojrzała w słońce. Mewy kołowały nad jej głową, nawołując się,
ich krzyki mieszały się z głosami łodzi przepływających przez cieśninę.
Zamknęła oczy, dała się ponieść szumowi. Daleko od siebie, daleko od...
- Może zrobimy sobie przerwę i pójdziemy się wykąpać?
Drgnęła, kiedy usłyszała głos M?rtena. Przedarł się przez kurtynę
dźwięków. W pierwszej chwili zdezorientowana pokręciła głową, potem
skinęła.
- Dobrze, chodźmy - powiedziała, schodząc z rusztowania.
Kostiumy kąpielowe schły na sznurze na tyłach domu. Zrzuciła przepocone
ciuchy i włożyła bikini.
M?rten był szybszy, zaczął się niecierpliwić.
- No jak, idziemy? - powiedział i ruszył przodem, w stronę ścieżki
prowadzącej na brzeg. Wyspa była dość duża i nie tak jałowa jak
większość mniejszych w archipelagu Bohuslän. Po obu stronach ścieżki
rosły obficie pokryte liśćmi drzewa i wysokie trawy. Ebba głośno tupała
ze strachu przed żmijami. Przypomniała sobie o nich kilka dni temu, gdy
zobaczyła jedną. Wygrzewała się w słońcu.
Szła opadającą w dół ścieżką i zastanawiała się, ile dziecięcych stópek
biegało tędy nad morze. Nadal nazywano to miejsce ośrodkiem kolonijnym,
chociaż kolonii nie było tu od lat trzydziestych ubiegłego wieku.
- Uważaj - ostrzegł ją M?rten, wskazując na wystające korzenie.
Jego troska powinna ją wzruszać. Tymczasem czuła się nią przytłoczona.
Ostentacyjnie stanęła na korzeniach. Parę metrów dalej miała pod stopami
szorstki piach. Fale biły o długi brzeg. Zrzuciła ręcznik i od razu
weszła do wody. W pierwszej chwili aż straciła dech z zimna, ale już po
chwili delektowała się chłodem. Wokół jej nóg wiły się wodorosty. Zza
pleców słyszała nawoływanie M?rtena, ale nadal szła przed siebie,
udawała, że nie słyszy. Już nie dosięgała dna, zaczęła płynąć. Kilka
ruchów i dopłynęła do małej tratwy zakotwiczonej kawałek od brzegu.
- Ebba! - M?rten wołał z brzegu, ale nie zwracała na niego uwagi.
Chwyciła się drabinki. Chciała pobyć sama. Jeśli się położy i zamknie
oczy, będzie mogła udawać, że jest rozbitkiem na wielkim, bezkresnym
oceanie. Sama. Nie musi zważać na nikogo innego.
Usłyszała plusk. M?rten właśnie dopływał do tratwy. Zakołysała się, gdy
się na nią wdrapywał. Ebba zacisnęła powieki, żeby jeszcze na chwilę się
od niego odciąć. Potrzebowała samotności, ale w pojedynkę, nie takiej
jak ostatnio, gdy byli z M?rtenem samotni we dwoje. Niechętnie otworzyła
oczy.
Erika siedziała przy stole w salonie. Dookoła panował nieopisany
bałagan, jak po wybuchu zabawkowej bomby. Wszędzie walały się
samochodziki, lalki, pluszaki i kostiumy. Przy trójce małych dzieci w wieku poniżej czterech lat salon najczęściej tak wygląda, a Erika jak
zwykle, gdy trafiła jej się wolna chwila, wolała pisać, niż sprzątać.
Usłyszała, że drzwi się otwierają. Podniosła wzrok znad komputera i zobaczyła męża.
- A ty co tu robisz? Chyba miałeś jechać do mamy?
- Nie było jej w domu. Typowe, trzeba było wcześniej zadzwonić - odparł
Patrik, zrzucając z nóg crocsy.
- Musisz w nich chodzić? I w dodatku prowadzić w nich samochód? -
Wskazała na jego obuwie, nie dość, że samo w sobie szkaradne, to na
dodatek neonowozielone. Jej siostra Anna podarowała mu je dla żartu. Od
tej pory nie chciał nosić żadnych innych butów.
Patrik podszedł do żony i pocałował ją.
- Są wygodne - powiedział, idąc do kuchni. - Dodzwonili się do ciebie z wydawnictwa? Musiało im bardzo zależeć, skoro nawet do mnie zadzwonili.
- Chcieli się upewnić, że tak jak obiecałam, przyjadę w tym roku na
targi książki. Ale nie potrafię się zdecydować.
- Oczywiście, że powinnaś jechać. Zajmę się dziećmi w weekend. Już to
załatwiłem, nie będę pracował.
- Dziękuję - odparła, chociaż w duchu była na siebie zła, że jest mu
wdzięczna. Ile razy to ona brała na siebie wszystkie obowiązki rodzinne,
bo jego jako policjanta wezwano w pilnej sprawie. Ile było zepsutych
świąt, uroczystości i wieczorów, bo jego obowiązki nie mogły czekać?
Kochała Patrika ponad wszystko, ale czasem odnosiła wrażenie, że do
niego nie dociera, że odpowiedzialność za dom i dzieci spada głównie na
nią. Przecież ona też pracuje, a w dodatku odnosi spore sukcesy.
Często słyszała, jakie to wspaniałe móc utrzymywać się z pisania. Samemu
dysponować swoim czasem i być swoim własnym szefem. Zawsze się wtedy
złościła, bo chociaż bardzo lubiła swoją pracę i zdawała sobie sprawę,
że dobrze jej się powodzi, to rzeczywistość była nieco inna. Zawód
pisarza nie kojarzył jej się z wolnością. Przeciwnie, bywało, że praca
nad książką zajmowała cały jej czas i wszystkie myśli przez całą dobę,
siedem dni w tygodniu. Chwilami zazdrościła tym, którzy chodzą do pracy,
przez osiem godzin robią, co do nich należy, kończą i idą do domu. Ona
nigdy nie mogła przestać myśleć o pracy. Zresztą sukces niósł wymagania
i oczekiwania, które musiała jakoś pogodzić z obowiązkami matki małych
dzieci.
Poza tym trudno byłoby twierdzić, że jej praca jest ważniejsza od pracy
Patrika, który chroni ludzkie życie i zwalcza przestępczość,
przyczyniając się do lepszego funkcjonowania społeczeństwa, podczas gdy
ona pisze książki, które się czyta dla rozrywki. Rozumiała to i godziła
się z tym, że musi ustąpić, ale chwilami miała ochotę stanąć na środku
pokoju i wrzeszczeć.
Wstała z westchnieniem i poszła do kuchni, do męża.
- Śpią? - spytał Patrik, wyjmując wszystko, czego potrzebował do
zrobienia sobie ulubionej kanapki: chrupki chleb, masło, pastę kawiorową
i ser.
Erika wzdrygnęła się na myśl o tym, że za chwilę będzie ją maczał w gorącej czekoladzie.
- Tak. Wyjątkowo udało mi się położyć ich spać jednocześnie. Tak się
wybawili przed południem, że wszyscy byli wykończeni.
- Jak to dobrze - powiedział Patrik, siadając przy stole.
Erika wróciła do salonu. Chciała trochę popisać, zanim dzieci się
obudzą. Kradzione chwile. Tylko na tyle mogła liczyć.
Śnił jej się pożar. Vincent z przerażeniem w oczach przyciskał nos do
szyby. Widziała, jak płomienie wzbijają się za nim coraz wyżej, zbliżają
się do niego, opalają jego jasne loczki, a on krzyczy bezgłośnie.
Chciała się rzucić, zbić szybę i uratować Vincenta przed płomieniami,
które miały go pochłonąć, ale chociaż starała się ze wszystkich sił,
ciało jej nie słuchało.
Wtedy usłyszała głos M?rtena. Słyszała w nim wyrzut. Nienawidził jej, bo
nie potrafiła uratować Vincenta, stała i przyglądała się, jak pali się
żywcem na ich oczach.
- Ebba! Ebba!
Musi spróbować jeszcze raz. Musi podbiec i zbić szybę. Musi...
- Ebba, obudź się!
Ktoś szarpnął ją za ramiona, zmusił, żeby usiadła. Sen odpływał powoli.
Chciała go zatrzymać, rzucić się w płomienie i na chwilę poczuć w objęciach ciałko Vincenta, zanim oboje zginą.
- Obudź się. Pali się!
Obudziła się w jednej chwili. Dym gryzł ją w nos, rozkaszlała się,
zaczęło ją drapać w gardle. Podniosła wzrok i zobaczyła wpadające przez
otwarte drzwi kłęby dymu.
- Musimy uciekać! - krzyknął M?rten. - Wyczołgaj się pod dymem, ja za
tobą. Jeszcze tylko sprawdzę, może mi się uda ugasić ogień.
Ebba wyczołgała się z łóżka i padła na podłogę. Poczuła na policzku
ciepło desek. Paliło ją w płucach, była niewyobrażalnie zmęczona. Jak ma
zebrać siły, żeby się wydostać? Najchętniej poddałaby się i zasnęła,
zamknęła oczy. Poczuła, jak ją ogarnia ociężałość. Odpocznie tu. Prześpi
się chwilę.
- Wstawaj! Musisz. - Głos M?rtena brzmiał ostro, obudziła się z odrętwienia. On nigdy się nie bał. Złapał ją mocno za ramię i postawił
na czworakach.
Niechętnie zaczęła posuwać się naprzód. Zaczęła się bać. Z każdym
oddechem jej płuca napełniały się dymem, jak działającą powoli trucizną.
Mimo wszystko lepiej zatruć się dymem, niż zginąć w ogniu. Sama myśl o tym, że miałaby się palić, wystarczyła, żeby pośpiesznie, na czworakach
wydostała się z pokoju.
Straciła orientację. Powinna wiedzieć, gdzie są schody, ale zupełnie nie
potrafiła myśleć. Widziała tylko gęstą, szaroczarną mgłę. Z przerażenia
pomknęła przed siebie, żeby przynajmniej nie utknąć w dymie.
Dotarła do schodów i w tym momencie przebiegł obok niej M?rten z gaśnicą
w ręku. Patrzyła, jak w trzech susach pokonuje schody. Ciało jej nie
słuchało, tak jak we śnie. Ręce i nogi nie chciały się ruszać. Bezradnie
zastygła na czworakach, dym gęstniał. Znów zakaszlała, przyszedł kolejny
atak kaszlu. Oczy jej łzawiły, pomyślała o M?rtenie, ale nie miała siły
martwić się o niego.
Znów pomyślała o tym, jak dobrze byłoby się poddać, zniknąć, uwolnić się
od żałoby rwącej na strzępy duszę i ciało. Pociemniało jej w oczach,
powoli opadła na podłogę, oparła głowę na ramionach i zamknęła oczy.
Zrobiło się ciepło i miękko. Znów wpadła w odrętwienie. Nie zrobi jej
nic złego, przyjmie ją i uzdrowi.
- Ebba! - M?rten pociągnął ją za ramię.
Opierała się. Wolała odejść tam, gdzie jest tak rozkosznie i spokojnie,
tam, gdzie zmierzała. Nagle ktoś jej wymierzył siarczysty policzek.
Zapiekło, wstrząsnęło, podniosła się i spojrzała M?rtenowi w oczy.
Zobaczyła niepokój i wściekłość.
- Ugasiłem ogień - powiedział. - Ale nie możemy tu zostać.
Chciał ją wziąć na ręce, ale zaczęła się bronić. Nie zazna wytchnienia.
Odebrał jej tę możliwość, jedyną, jaką miała od dawna. Zaczęła z furią
walić go pięściami w pierś. Poczuła ulgę, furia i rozczarowanie znalazły
ujście. Waliła najmocniej jak mogła, dopóki nie złapał jej za
nadgarstki. Mocno przytulił, przycisnął jej twarz do swojej piersi.
Usłyszała bicie jego serca i rozpłakała się. Pozwoliła się wziąć na
ręce. Wyniósł ją na dwór i gdy chłodne nocne powietrze wypełniło jej
płuca, w końcu mogła poddać się odrętwieniu.
Fjällbacka 1908
Zjawili się wczesnym rankiem. Matka już była na nogach, zajmowała się
maluchami. Dagmar nadal rozkoszowała się błogim ciepłem łóżka. To duża
różnica: być rodzonym dzieckiem swojej matki, a nie wziętym pod opiekę
bękartem. Dagmar zajmowała w domu szczególną pozycję.
- Co się dzieje?! - zawołał ojciec z głębi izby.
I jego, i Dagmar obudziło uporczywe walenie w drzwi.
- Otwierać! Policja!
Najwyraźniej zabrakło im cierpliwości. Nagle drzwi się otworzyły i wpadł człowiek w policyjnym mundurze.
Dagmar ze strachu usiadła na łóżku, zasłoniła się kołdrą.
- Policja? - Ojciec wszedł do kuchni, nieporadnie zapinał spodnie.
Jego zapadniętą pierś pokrywały rzadkie kępki siwych włosów. - Proszę
mi pozwolić włożyć koszulę, zaraz wszystko się wyjaśni. Musiało zajść
jakieś nieporozumienie. Jesteśmy porządnymi ludźmi.
- Tu mieszka Helga Svensson, zgadza się? - upewnił się policjant.
Za nim stało dwóch innych. Musieli stać blisko siebie, bo w kuchni było
ciasno od łóżek. Mieli pod opieką pięcioro maluchów.
- Nazywam się Albert Svensson, Helga to moja żona - powiedział
ojciec. Już zdążył włożyć koszulę, skrzyżował ręce na piersi.
- Gdzie żona? - Zabrzmiało to jak rozkaz.
Dagmar zobaczyła na czole ojca pionową zmarszczkę. Matka zawsze
powtarzała, że on się tak łatwo denerwuje.
- Matka jest w ogrodzie, za domem. Z maluchami - powiedziała Dagmar.
Chyba dopiero wtedy ją zauważyli.
- Dziękuję - odparł policjant i obrócił się na pięcie.
Ojciec szedł za nimi, krok w krok.
- Nie wolno tak wpadać do domu uczciwych ludzi. Śmiertelnie nas
nastraszyliście. Natychmiast mi wyjaśnijcie, o co chodzi.
Dagmar odrzuciła kołdrę, spuściła nogi na zimną podłogę i pobiegła za
nimi w samej koszuli. Za rogiem stanęła jak wryta. Dwóch policjantów
mocno trzymało matkę za ręce. Wyrywała się, aż się zasapali z wysiłku.
Dzieciaki krzyczały. W tym zamęcie spadło pranie, które matka przed
chwilą rozwiesiła.
- Matko! - zawołała Dagmar, biegnąc.
Rzuciła się na policjanta i najmocniej jak mogła ugryzła go w udo.
Policjant krzyknął, puścił matkę, odwrócił się i uderzył ją w twarz. Aż
przysiadła na trawie. Ze zdumieniem przesunęła dłonią po piekącym
policzku. Przez całe jej ośmioletnie życie jeszcze nigdy nikt jej nie
uderzył. Widywała, jak matka spuszcza lanie maluchom, ale nigdy nie
podniosła ręki na nią. Ojciec też się nigdy nie odważył.
- Co wy sobie myślicie?! Że będziecie bić moją córkę? - Matka wpadła
w furię, zaczęła kopać policjantów.
- To nic w porównaniu z tym, co wyście zrobili. - Policjant znów
mocno chwycił ją za ramię. - Jest pani podejrzana o mordowanie dzieci.
Mamy nakaz przeszukania domu. I zrobimy to bardzo, ale to bardzo
dokładnie.
W tym momencie Dagmar zobaczyła, jak matka zapada się w sobie. Policzek
palił ją od uderzenia, serce waliło w piersi. Dzieci krzyczały. Istny
sądny dzień. Dagmar nie rozumiała, co się dzieje, ale patrząc na matkę,
domyśliła się, że właśnie rozpadł się ich świat.
- Patriku, możesz popłynąć na Valö?
Dostaliśmy telefon, że był pożar, może podpalenie.
- Co? Przepraszam, coś ty powiedziała?
Patrik zerwał się z łóżka. Przyciskał głową słuchawkę do ramienia i jednocześnie wciągał dżinsy. Nie do końca rozbudzony zerknął na budzik.
Kwadrans po siódmej. Był zdziwiony. Co Annika robi w komisariacie o tej
porze?
- Powiedziałam, że był pożar na Valö - powtórzyła cierpliwie. - O świcie
była tam straż pożarna, podejrzewają podpalenie.
- W którym miejscu na Valö?
Erika odwróciła się do niego.
- Co się dzieje? - wymamrotała.
- Z pracy. Muszę płynąć na Valö - szepnął, żeby nie obudzić bliźniąt,
skoro choć raz spały dłużej niż do wpół do siódmej.
- W ośrodku kolonijnym - odpowiedziała Annika.
- Okej. Zaraz wskakuję do łódki. Zadzwonię, obudzę Martina. Chyba to on
ma dzisiaj ze mną dyżur, prawda?
- Zgadza się. Do zobaczenia w komisariacie.
Patrik się rozłączył i włożył T-shirt.
- Co się stało? - spytała Erika, siadając na łóżku.
- Straż pożarna podejrzewa, że w dawnym ośrodku kolonijnym ktoś podłożył
ogień.
- W ośrodku kolonijnym? Ktoś chciał go spalić? - Erika spuściła nogi z łóżka.
- Przyrzekam, że potem ci wszystko opowiem - powiedział Patrik z uśmiechem. - Wiem, że bardzo się tym interesujesz.
- Dziwny zbieg okoliczności. Podpalają dom akurat wtedy, gdy wróciła
Ebba.
Patrik pokręcił głową. Wiedział, że jego żona lubi się wtrącać w nie
swoje sprawy, a w dodatku rozpędza się z wyciąganiem daleko idących
wniosków. Inna rzecz, musiał przyznać, że często ma rację. Ale czasem
robi niezły zamęt.
- Annika powiedziała, że podejrzewają podpalenie. To wszystko. Ale to
nie musi znaczyć, że tak jest.
- A jednak - upierała się Erika. - Ciekawe, że zdarzyło się to właśnie
teraz. Nie mogłabym się zabrać z tobą? I tak chciałam tam popłynąć,
pogadać z Ebbą.
- A dziećmi kto się zajmie? Maja raczej nie ugotuje chłopcom kaszki?
Chyba jest jeszcze trochę za mała, prawda?
Pocałował Erikę w policzek i zbiegł ze schodów. Zdążył jeszcze usłyszeć
popiskiwanie bliźniaków, jak na zamówienie.
W drodze na Valö Patrik i Martin nie zamienili zbyt wielu słów. Myśl, że
ktoś z premedytacją podłożył ogień, była przerażająca i trudna do
przyjęcia. Kiedy podpłynęli bliżej i zobaczyli roztaczający się przed
nimi idylliczny krajobraz, wydała im się kompletnie oderwana od
rzeczywistości.
- Jak tu pięknie - powiedział Martin, idąc w górę od pomostu, przy
którym Patrik cumował motorówkę.
- Chyba już tu byłeś? - spytał Patrik, nie odwracając się. - Nie tylko w tamto Boże Narodzenie.
Martin coś mruknął, jakby nie chciał wracać do tamtych fatalnych świąt
na wyspie, gdy stał się uczestnikiem rodzinnego dramatu.
Przystanęli przed rozległym trawnikiem i rozejrzeli się.
- Mam stąd sporo fajnych wspomnień - powiedział Patrik. - W szkole
prawie co roku przyjeżdżaliśmy tu na wycieczki, a któregoś lata byłem tu
na obozie żeglarskim. Na tamtym trawniku graliśmy w nogę. I w palanta.
- Kto tu nie był! Wszyscy. Dziwne, że na to miejsce zawsze mówiło się
ośrodek kolonijny.
Patrik wzruszył ramionami.
- Już tak zostało. Internat był tutaj dość krótko, a ten von
Schlesinger, który tu mieszkał, nie przyjął się. Nie chcieli nazywać
tego miejsca od jego nazwiska.
- Słyszałem co nieco o tym zwariowanym staruchu - powiedział Martin i zaklął, gdy dostał w twarz gałązką. - A kto teraz jest właścicielem?
- Przypuszczam, że małżeństwo, które tam mieszka. Od 1974 roku, o ile
wiem, zarządzała tym gmina. Szkoda, że dom popadł w ruinę, ale wygląda
na to, że właśnie zabrali się do remontu.
Martin spojrzał na dom. Cały front pokrywały rusztowania.
- Może być naprawdę ładny. Miejmy nadzieję, że ogień nie zdążył za dużo
zniszczyć.
Podeszli do kamiennych schodków prowadzących do wejścia. Było spokojnie,
strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej we Fjällbace zbierali sprzęt.
Muszą pod tymi kombinezonami spływać potem, pomyślał Patrik. Mimo
wczesnej pory upał już dawał się we znaki.
- Cześć! - Dowódca strażaków, Östen Ronander, skinął im głową na
powitanie. Dłonie miał czarne od sadzy.
- Cześć, Östen. Co tu się stało? Annika powiedziała, że podejrzewacie
podpalenie.
- Rzeczywiście, na to wygląda, chociaż nie mam kwalifikacji, żeby to
stwierdzić jednoznacznie. Mam nadzieję, że Torbjörn już tu jedzie.
- Dzwoniłem do niego z drogi, powiedział, że będą za... - Patrik
spojrzał na zegarek - jakieś pół godziny.
- Dobrze. Może tymczasem zajrzymy do środka? Staraliśmy się nie zatrzeć
śladów. Kiedy przyjechaliśmy, ogień już ugaszono. Właściciel użył
gaśnicy, więc tylko sprawdziliśmy, czy nie tlą się jakieś resztki. Nic
więcej nie było do zrobienia. O, spójrzcie na to. - Östen pokazał palcem
w głąb przedpokoju. Ślady ognia na podłodze za progiem układały się w dziwny, nieregularny wzór.
- Jakby ktoś rozlał coś łatwopalnego? - Martin spojrzał pytającym
wzrokiem na Östena.
Östen przytaknął.
- Wydaje mi się, że ktoś nalał czegoś pod drzwi i podpalił. Po zapachu
zgaduję, że to była benzyna, ale Torbjörn i jego ludzie na pewno
powiedzą więcej.
- Gdzie właściciele?
- Siedzą za domem, czekają na pogotowie. Spóźniają się, bo pojechali do
wypadku. Nadal są w szoku. Pomyślałem, że przede wszystkim potrzebują
spokoju. Poza tym uważałem, że lepiej za dużo tu nie chodzić, zanim nie
zabezpieczycie śladów.
- Na tobie zawsze można polegać! - Patrik klepnął Östena w ramię.
Odwrócił się do Martina i spytał: - Może spróbujemy z nimi porozmawiać?
Nie czekając na odpowiedź, ruszył za dom. Za węgłem, kawałek dalej,
zobaczyli meble ogrodowe. Po wielu latach wystawiania na niepogodę były
mocno sfatygowane. Przy stole siedzieli kobieta i mężczyzna, mniej
więcej trzydziestopięcioletni. Oboje wydawali się zagubieni. Mężczyzna
wstał, kiedy ich zobaczył, i ruszył im naprzeciw. Podał im obu rękę,
szorstką, z odciskami od narzędzi. Musiał ich używać od dłuższego czasu.
- M?rten Stark.
Patrik i Martin również się przedstawili.
- Nic z tego nie rozumiemy. Strażacy wspomnieli coś o podpaleniu? - Żona
M?rtena podeszła za nim. Drobna, niska, sięgała Patrikowi do ramienia,
chociaż był zaledwie średniego wzrostu. Wydawała się bardzo krucha i mimo upału dygotała.
- Nie musiało tak być. Na razie nic nie wiadomo na pewno - odparł Patrik
uspokajająco.
- Moja żona, Ebba - wyjaśnił M?rten. Przesunął ręką po twarzy. Widać
było, że jest zmęczony.
- Może byśmy usiedli? - zaproponował Martin. - Chcielibyśmy usłyszeć coś
więcej o tym, co się stało.
- Oczywiście, chodźmy tam - powiedział M?rten, wskazując na ogrodowe
fotele.
- Kto z państwa pierwszy zauważył, że się pali? - Patrik spojrzał na
M?rtena. Miał ciemną plamę na czole i, podobnie jak Östen, ręce czarne
od sadzy.
Widząc jego spojrzenie, M?rten popatrzył na swoje ręce, jakby właśnie
teraz zauważył, że są brudne. Powoli wytarł je o dżinsy i dopiero wtedy
odpowiedział:
- Ja. Obudziłem się i poczułem dziwny zapach. Zorientowałem się, że pali
się na parterze, i zacząłem budzić żonę. Trochę to trwało, bo spała
bardzo twardo, ale w końcu mi się udało wygonić ją z łóżka. Pobiegłem po
gaśnicę. Myślałem tylko o tym, że muszę ugasić pożar. - Mówił tak
szybko, że się zasapał i musiał przerwać, żeby złapać oddech.
- Myślałam, że umrę. Byłam przekonana, że tak będzie - powiedziała Ebba,
skubiąc skórki przy paznokciach.
Patrik spojrzał na nią ze współczuciem.
- Złapałem gaśnicę pianową i zacząłem polewać ogień w przedpokoju -
ciągnął M?rten. - Z początku wydawało mi się, że bez efektu, ale
polewałem dalej, i nagle ogień zgasł. Został za to dym, wszędzie bardzo
dużo dymu. - Znów się zasapał.
- Dlaczego ktoś miałby... zupełnie nie rozumiem... - powiedziała Ebba
nieobecnym głosem.
Patrik uznał, że naprawdę musi być w szoku, jak mówił Östen. Pewnie stąd
te dreszcze. Pomyślał, że gdy karetka wreszcie przyjedzie, powinni ją
dokładnie zbadać i upewnić się, czy ona i jej mąż nie zatruli się dymem.
Ludzie często nie wiedzą, że dym jest jeszcze groźniejszy od ognia, a skutki jego oddziaływania na płuca mogą się objawić dopiero po dłuższym
czasie.
- Dlaczego myślicie, że to było podpalenie? - spytał M?rten, pocierając
twarz.
Pewnie niewiele w nocy spał, pomyślał Patrik.
- Na razie niczego nie wiemy na pewno - odparł z wahaniem. - Pewne
rzeczy na to wskazują, ale nie chciałbym mówić za dużo, zanim nie
uzyskam potwierdzenia od ekipy kryminalistycznej. Słyszeliście coś w nocy?
- Nie. Kiedy się obudziłem, już się paliło.
Patrik wskazał głową na sąsiedni dom.
- Sąsiedzi są w domu? Może zauważyli kogoś obcego?
- Wyjechali na urlop, po tej stronie wyspy jesteśmy tylko my.
- Czy jest ktoś, kto wam źle życzy? - wtrącił Martin. Najczęściej
ograniczał się do uważnego śledzenia tego, co mówi Patrik. Obserwował
przesłuchiwanych. Było to co najmniej równie ważne jak zadawanie pytań.
- O ile wiem, nie. - Ebba powoli pokręciła głową.
- Mieszkamy tu od niedawna. Dopiero od dwóch miesięcy - odparł M?rten. -
Dom należał do rodziców Ebby, przez lata był wynajmowany. Żona tu nie
przyjeżdżała. Postanowiliśmy go wyremontować i zrobić z niego coś
fajnego.
Patrik i Martin wymienili spojrzenia. Cała okolica znała historię tego
domu, a więc również Ebby. Ale to nie była odpowiednia chwila, żeby o tym mówić. Patrik cieszył się, że nie przejechała z nim Erika. Ona by
się nie powstrzymała.
- Gdzie przedtem mieszkaliście? - spytał, chociaż wyraźny akcent M?rtena
nie pozostawiał wątpliwości.
- Oczywiście w Göteborgu - odpowiedział M?rten znacząco, ale bez
uśmiechu.
- I z nikim tam nie zadarliście?
- Nigdy z nikim nie zadarliśmy, ani w Göteborgu, ani gdzie indziej -
odparł M?rten szorstko.
- A dlaczego się przeprowadziliście? - spytał Patrik.
Ebba wbiła wzrok w blat stołu i zaczęła majstrować przy naszyjniku.
Srebrnym, z pięknym wisiorkiem w kształcie aniołka.
- Umarł nam synek - odparła. Ciągnęła za aniołka tak mocno, że łańcuszek
odcisnął się na jej szyi.
- Musieliśmy coś zmienić - powiedział M?rten. - Ten dom popadał w ruinę,
nikt się tym jakoś nie przejmował, a my uznaliśmy, że to dla nas szansa,
żeby zacząć wszystko od nowa. Pochodzę z rodziny knajpiarzy, więc rzeczą
naturalną była dla mnie myśl o własnym biznesie. Chcieliśmy zacząć od
pensjonatu bed and breakfast, a z czasem ściągnąć tu również różne
konferencje.
- Chyba jeszcze sporo zostało do zrobienia. - Patrik spojrzał na duży
budynek z białym odrapanym frontem. Nie chciał już pytać o śmierć ich
synka. Ból malował się na ich twarzach aż nadto wyraźnie.
- Nie boimy się pracy i postaramy się jak najdłużej radzić sobie sami.
Jeśli nie damy rady, najmiemy kogoś do pomocy, ale wolelibyśmy nie
wydawać na to pieniędzy. I tak będzie nam ciężko wyjść na swoje.
- Więc nie ma nikogo, kto chciałby wam uniemożliwić podjęcie
działalności? - drążył Martin.
- Działalności? O czym pan mówi? - M?rten zaśmiał się z przekąsem. -
Nie, nie przychodzi mi do głowy nikt, kto mógłby nam zrobić coś takiego.
Żyjemy zupełnie zwyczajnie. Jesteśmy najzwyklejszymi
Svenssonami2.
Patrik pomyślał o przeszłości Ebby. Niewielu Svenssonów ma w historii
rodziny tak mroczną zagadkę. Mieszkańcy Fjällbacki i okolicy od lat
snuli przypuszczenia i najdziwniejsze teorie o tym, co się przydarzyło
jej najbliższym krewnym.
- Chyba że... - M?rten spojrzał pytającym wzrokiem na Ebbę. Najwyraźniej
nie zrozumiała, o co mu chodzi. Nie odrywając od niej wzroku, ciągnął: -
Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to kartki urodzinowe.
- Jakie kartki urodzinowe? - spytał Martin.
- Ebba od dzieciństwa, w każde urodziny, dostaje kartkę z życzeniami, z podpisem "G". I nic więcej. Jej rodzicom adopcyjnym nie udało się
ustalić, kim jest nadawca. Kartki przychodziły nawet po tym, jak Ebba
wyprowadziła się z domu.
- I żona nie wie, kto je przysyła? - spytał Patrik, zanim zdał sobie
sprawę, że zachowuje się tak, jakby Ebby z nimi nie było. Zwracając się
do niej, powtórzył: - Nie domyśla się pani, kto może wysyłać te kartki?
- Nie.
- A pani rodzice adopcyjni? Jest pani pewna, że oni też nie wiedzą?
- Nie mają pojęcia.
- Czy ten G kontaktował się z wami inaczej? Może groził?
- Nie, nigdy. Prawda, Ebbo? - M?rten zrobił ruch, jakby chciał dotknąć
żony, ale opuścił rękę na kolano.
Potrząsnęła głową.
- O, jest już Torbjörn - powiedział Martin, wskazując w stronę ścieżki.
- Na tym na razie skończymy, odpocznijcie trochę. Karetka jest w drodze.
Jeśli będą chcieli was zabrać do szpitala, to uważam, że powinniście
jechać. Takie rzeczy trzeba traktować poważnie.
- Dziękuję - powiedział M?rten, wstając. - Odezwijcie się, jak już
będziecie coś wiedzieć.
- Oczywiście. - Patrik spojrzał z troską na Ebbę. Sprawiała wrażenie,
jakby nadal tkwiła w szklanej bańce. Był ciekaw, jak na nią wpłynęła
tragedia z dzieciństwa, ale zmusił się do porzucenia tych myśli.
Powinien się skupić na tym, co go czeka, na szukaniu domniemanego
podpalacza.
Fjällbacka 1912
Dagmar nadal nie rozumiała, jak to się stało, że wszystko straciła i została zupełnie sama. Gdziekolwiek poszła, ludzie brzydko ją nazywali.
Nienawidzili jej za to, co zrobiła matka3.
Czasem w nocy ogarniała ją taka tęsknota za matką i ojcem, że gryzła
poduszkę, żeby głośno nie płakać, żeby jędza, u której mieszkała, nie
stłukła jej na kwaśne jabłko. Nie zawsze jej się to udawało, zwłaszcza
gdy nachodziły ją koszmary. Budziła się wtedy mokra od potu. We śnie
widziała odcięte głowy rodziców. W końcu oboje zostali ścięci. Nie było
jej przy egzekucji, ale i tak miała ją przed oczami.
Czasem śniło jej się, że gonią ją dzieci. Kiedy policja rozkopała
klepisko w piwnicy, znaleźli zwłoki ośmiorga dzieci. Jędza mówiła:
Ośmioro biednych maleństw! Kręcąc głową, powtarzała to wszystkim
znajomym, które ją odwiedzały, a one patrzyły na nią złym wzrokiem.
Musiała o tym wiedzieć, mówiły. Była mała, ale musiała się domyślać, co
się dzieje.
Nie dała się stłamsić. Nie obchodziło jej, czy to prawda, czy nie.
Rodzice ją kochali, a tych wrzeszczących, brudnych bachorów i tak nikt
nie chciał. Przecież właśnie dlatego trafiły do jej matki. Wiele lat
ciężko harowała i w podzięce za to, że się opiekowała niechcianymi
dzieciakami, została upokorzona, sponiewierana i zabita. To samo zrobili
z ojcem. Pomagał matce grzebać dzieci, więc uznali, że on również
zasłużył na śmierć.
Policja zabrała rodziców, a ona trafiła do jędzy. Nikt nie chciał jej
do siebie wziąć, ani krewni, ani znajomi. Nikt nie chciał mieć do
czynienia z nikim z rodziny. Fabrykantka aniołków z Fjällbacki - tak
zaczęli nazywać matkę w dniu, gdy policja znalazła szkielety dzieci.
Śpiewali nawet o niej piosenki. O morderczyni dzieci, która je topiła w balii, i o jej mężu, który zakopywał ciała w piwnicy. Znała je na
pamięć. Zasmarkane dzieci jędzy, jej przybranej matki, śpiewały je przy
każdej okazji.
Znosiła to wszystko, bo dla swoich rodziców była upragnioną i ukochaną
księżniczką. Tylko w nocy, kiedy słyszała, jak skrada się do niej
przybrany ojciec, trzęsła się ze strachu. Wtedy żałowała, że nie umarła
razem z rodzicami.
Josef nerwowo przesunął kciukiem po
kamieniu, który trzymał w dłoni. Dla niego to było ważne spotkanie i nie
chciał, żeby Sebastian je zepsuł.
- Proszę bardzo. - Sebastian wskazał na leżący na stole projekt
architektoniczny. - Oto nasza wizja. A project for peace in our
time4.
Josef westchnął w duchu. Jakoś nie chciało mu się wierzyć, żeby drętwa
mowa, choćby po angielsku, miała zrobić wrażenie na zarządzie gminy.
- Mój partner chce powiedzieć, że dla gminy Tanum to wspaniała szansa
uczynienia czegoś dla pokoju. Inicjatywa, która przysporzy wam szacunku.
- Właśnie. Pokój na świecie to fajna rzecz, a z ekonomicznego punktu
widzenia to wcale nie głupi pomysł. W perspektywie przyczyni się do
zwiększenia napływu turystów i liczby miejsc pracy. Wiadomo, co to
znaczy. - Sebastian podniósł rękę i potarł palcem wskazującym o kciuk. -
Więcej pieniędzy w kasie gminy.
- Oczywiście, przede wszystkim jednak to ważny projekt pokojowy -
powiedział Josef. Musiał się powstrzymywać, żeby nie kopnąć Sebastiana
pod stołem. Kiedy przyjmował od niego pieniądze, wiedział, że tak
będzie, ale nie miał wyboru.
Erling W. Larson z aprobatą kiwnął głową. Po skandalu z remontem
Badhotellet we Fjällbace przyczaił się na jakiś czas, ale już zdążył
wrócić do polityki. Dzięki temu projektowi mógłby pokazać, że nadal jest
kimś, z kim należy się liczyć. Josef miał nadzieję, że Erling zdaje
sobie z tego sprawę.
- Całkiem interesujące, nie powiem - przyznał Erling. - Proszę
powiedzieć coś więcej o tym, jak sobie to wyobrażacie.
Sebastian zaczerpnął tchu, ale Josef go uprzedził:
- To kawałek historii - powiedział, wyciągając rękę z kamieniem. - W tutejszych kamieniołomach Albert Speer kupował granit dla Trzeciej
Rzeszy. Razem z Hitlerem snuł wielkie plany przekształcenia Berlina w stolicę świata, Germanię. Granit miał być przetransportowany do Niemiec
i użyty do budowy. - Josef wstał i zaczął się przechadzać. Cały czas
opowiadał. W uszach miał stukot butów niemieckich żołnierzy, o którym
rodzice opowiadali mu z przerażeniem. - Potem nastąpił zwrot - ciągnął.
- Germania nie wyszła poza stadium projektu, chociaż Hitler fantazjował
o niej do ostatnich dni. Niezrealizowane marzenie, wizja wspaniałych
pomników i budowli, które miały powstać kosztem milionów żydowskich
ofiar.
- Ojej, co za okropność - powiedział beztrosko Erling.
Josef spojrzał na niego z rezygnacją. Oni tego nie rozumieją, nikt nie
rozumie. Ale nie zamierzał im pozwolić zapomnieć.
- Dużych partii granitu nie zdążyli wywieźć...
- I teraz pojawiamy się my - przerwał mu Sebastian. - Wymyśliliśmy, że z tego granitu można produkować symbole pokoju. Można by je sprzedawać.
Przy odpowiednim marketingu mogłoby to przynieść niezły zarobek.
- A za zarobione pieniądze można zbudować muzeum historii Żydów i postawy Szwecji w kwestii żydowskiej, na przykład rzekomej neutralności
podczas drugiej wojny światowej - dodał Josef.
Usiadł, Sebastian objął go za ramiona i uściskał. Josef powstrzymał się
przed zrzuceniem ręki kolegi. Uśmiechnął się sztucznie. Poczuł się tak
samo jak kiedyś, na Valö. Ani wtedy, ani teraz nie miał nic wspólnego
ani z Sebastianem, ani z resztą tak zwanych przyjaciół. Choćby się nie
wiadomo jak wysilał, nigdy nie zostanie dopuszczony do eleganckiego
świata, z którego pochodzą John, Leon i Percy. Zresztą nawet mu na tym
nie zależało.
Ale teraz potrzebował Sebastiana. To była jedyna szansa, żeby się
spełniło marzenie, które snuł od wielu lat: chciał uratować żydowskie
dziedzictwo i szerzyć wiedzę o zbrodniach popełnionych na narodzie
żydowskim. Gotów był zawrzeć pakt choćby z diabłem, oczywiście w nadziei, że z czasem będzie mógł się go pozbyć.
- Dokładnie tak, jak powiedział mój wspólnik - włączył się znów
Sebastian - powstanie naprawdę dobre muzeum. Będą do niego pielgrzymować
turyści z całego świata. A wy zyskacie na tym projekcie wizerunkowo.
- Całkiem niegłupio - zauważył Erling. - Co o tym sądzisz? - zwrócił się
do Una Brorssona, swojego zastępcy, który mimo upału włożył kraciastą
flanelową koszulę.
- Może warto się temu przyjrzeć - mruknął Uno. - Zależy, ile gmina
musiałaby do tego dołożyć. Czasy są ciężkie.
Sebastian uśmiechnął się szeroko.
- Na pewno dojdziemy do porozumienia. Najważniejsze, że jest
zainteresowanie i chęci. Sam też zainwestuję sporą kwotę.
Ale nie mówisz im, na jakich warunkach, pomyślał Josef. Zagryzł wargi.
Mógł zrobić tylko jedno: z celem przed oczami w milczeniu przyjąć, co
dają. Pochylił się, żeby potrząsnąć wyciągniętą ręką Erlinga. Teraz już
nie ma odwrotu.
Niewielki ślad na czole, blizny na ciele i lekkie utykanie. To jedyne
widoczne ślady po wypadku sprzed półtora roku. Straciła wtedy dziecko,
którego oczekiwali z Danem, i sama o mało nie zginęła.
A w środku... to co innego. Nadal czuła się mocno poturbowana.
Stanęła przed drzwiami i zawahała się. Czasami było jej trudno spotykać
się z siostrą. Jej wszystko się poukładało. Na Erice wypadek nie
zostawił żadnych śladów, nie straciła niczego. Ją bolały i swędziały
rany, ale kiedy była z Eriką, goiły się.
Nigdy by nie przypuszczała, że rekonwalescencja potrwa tak długo. I całe
szczęście, bo gdyby wiedziała, może nie odważyłaby się wyjść z apatii, w której się pogrążyła, gdy jej życie rozpadło się na tysiące kawałków.
Niedawno powiedziała Erice żartem, że jest jak stara waza, z którymi
miała do czynienia, gdy pracowała w domu aukcyjnym. Waza, która rozbiła
się po upadku na podłogę i którą pieczołowicie sklejono. Z daleka
wygląda, jakby była cała, ale kiedy się przyjrzeć bliżej, wyraźnie widać
wszystkie rysy. Właściwie to wcale nie był żart. Zdała sobie z tego
sprawę, gdy nacisnęła dzwonek. Tak właśnie jest. Jest rozbitą wazą.
- Proszę! - zawołała Erika.
Anna weszła i zrzuciła buty.
- Zaraz przyjdę, tylko przebiorę bliźnięta.
Anna weszła do kuchni. Czuła się tam jak u siebie. Dom należał kiedyś do
jej rodziców, znała każdy kąt. Kilka lat temu stał się powodem kłótni,
która omal nie doprowadziła do zerwania stosunków, ale to były inne
czasy i inne realia. Teraz potrafiły nawet żartować na ten temat. Mówiły
o CzL i CzpL, Czasach Lucasa i Czasach po Lucasie. Wzdrygnęła się.
Kiedyś obiecała sobie uroczyście, że postara się nie wracać myślami do
byłego męża i tego, co jej zrobił. Już go nie ma, zostały jej po nim
dzieci, Emma i Adrian, jedyne dobro, jakie jej dał.
- Chcesz coś do kawy? - spytała Erika, wchodząc do kuchni z bliźniakami
na biodrach.
Malcy rozjaśnili się na widok ciotki i gdy Erika postawiła ich na
podłodze, pomknęli do niej i wpakowali jej się na kolana.
- Spokojnie, zmieścicie się obaj. - Anna podniosła najpierw jednego,
potem drugiego. Spojrzała na Erikę. - Zależy, co masz. - Wyciągnęła
szyję, żeby zobaczyć, czym siostra chce ją poczęstować.
- Co powiesz na babciny placek rabarbarowy z masą marcepanową? - Erika
wyciągnęła rękę z ciastem w przezroczystej torebce.
- Chyba żartujesz. W życiu nie odmówię.
Erika ukroiła kilka dużych kawałków. Położyła je na talerzu i postawiła
na stole. Noel natychmiast się na nie rzucił, ale Anna w ostatniej
chwili zdążyła odsunąć talerz. Wzięła kawałek i odłamała trochę dla
Noela i Antona. Noel z zachwyconą miną wpakował do buzi cały kawałek,
podczas gdy Anton delikatnie odgryzł niewielki kęs i uśmiechnął się
szeroko.
- Nie do wiary, jacy oni są różni - powiedziała Anna, czochrając ich
jasne czuprynki.
- Doprawdy? - zdziwiła się Erika z przekąsem.
Nalała kawy i postawiła filiżankę Anny poza zasięgiem bliźniaków.
- Dasz radę czy mam jednego zabrać? - spytała, patrząc, jak Anna próbuje
pogodzić trzymanie na kolanach chłopców, picie kawy i jedzenie placka.
- Będzie dobrze, fajnie mi z nimi. - Anna przytknęła nos do główki
Noela. - A gdzie Maja?
- Przed telewizorem. Siedzi jak przyklejona. Jej nową wielką miłością
jest Mojje5. Właśnie leci program Mimmi i Mojje na Morzu
Karaibskim. Jeśli jeszcze raz będę musiała wysłuchać piosenki Na
słonecznej karaibskiej plaży, chyba zwymiotuję.
- Adrian ma fioła na punkcie Pokemonów. Mnie doprowadzają do szału. -
Anna ostrożnie wypiła łyk kawy. Bała się, że obleje kręcących się na jej
kolanach półtorarocznych chłopców. - Gdzie Patrik?
- W pracy. Podejrzewają, że na Valö ktoś podpalił dom.
- Na Valö? Który dom?
Erika chwilę zwlekała.
- Stary ośrodek kolonijny - powiedziała ze źle ukrywanym podnieceniem.
- Niesamowite. Zimny dreszcz mnie przechodzi na myśl o tym miejscu.
Zniknęli, tak po prostu.
- Wiem. Kilka razy próbowałam udokumentować tę sprawę. Miałam nadzieję,
że coś znajdę i będzie z tego książka, ale do tej pory nie znalazłam
żadnego punktu zaczepienia. Aż do dziś.
- Co masz na myśli? - Anna ugryzła kawałek placka. Ona też miała przepis
babci, ale do pieczenia zabierała się tak jak do maglowania
prześcieradeł: nigdy nic z tego nie wychodziło.
- Że ona wróciła.
- Kto?
- Ebba Elvander. Teraz nazywa się Stark.
- Ta dziewczynka? - Anna zapatrzyła się na Erikę.
- Właśnie. Przyjechała na Valö z mężem i podobno chcą wyremontować ten
dom. A teraz ktoś próbował go podpalić. Człowiek zaczyna się
zastanawiać. - Erika już nawet nie próbowała ukrywać ożywienia.
- A może to przypadek?
- Może, ale to dziwne, bo Ebba wraca i nagle zaczynają się dziać dziwne
rzeczy.
- Na razie tylko jedna rzecz - zauważyła Anna. Wiedziała, jak łatwo
przychodzi Erice snuć najbardziej fantastyczne teorie. To, że napisała
kilka książek opierających się na szczegółowo udokumentowanych faktach,
było cudem, który nie mieścił jej się w głowie.
- Dobrze, niech będzie, że jedna - odparła Erika i lekceważąco machnęła
ręką. - Nie mogę się doczekać powrotu Patrika. Chciałam się z nim
zabrać, ale nie miałam z kim zostawić dzieci.
- Nie uważasz, że trochę dziwnie by wyglądało, gdybyś z nim popłynęła?
Antonowi i Noelowi znudziło się siedzenie na kolanach cioci. Zsunęli się
na podłogę i pomknęli do salonu.
- E tam, i tak mam zamiar się tam wybrać. Chcę pogadać z Ebbą. - Erika
dolała kawy do filiżanek.
- Ciekawa jestem, co się stało z tą rodziną - powiedziała Anna w zamyśleniu.
- Mamaaa! Zabierz ich! - Z salonu dobiegł przeraźliwy krzyk Mai.
Erika westchnęła i wstała.
- Wiedziałam, że długo nie posiedzę. Całymi dniami tak jest. Maja
wścieka się na braciszków. Nie byłabym w stanie zliczyć, ile razy
dziennie muszę interweniować.
- Hm... - mruknęła Anna, patrząc za Eriką idącą do dzieci. Zakłuło ją w sercu. Ona wolałaby nie móc spokojnie posiedzieć.
Fjällbacka pokazała się od najlepszej strony. Z pomostu przed dawną
szopą na łodzie, gdzie John siedział razem z żoną i teściami, roztaczał
się widok na wejście do portu. Wspaniała pogoda przyciągnęła więcej
żeglarzy i turystów niż zwykle. Wzdłuż pomostów pontonowych było gęsto
od łodzi. Dobiegały z nich muzyka i śmiechy. John zmrużył oczy i obserwował ten spektakl.
- Szkoda, że w dzisiejszych czasach w naszym kraju jest tak mało
przestrzeni do dyskusji. - John podniósł do ust kieliszek i wypił łyk
dobrze schłodzonego różowego wina. - Tyle się mówi o demokracji i o tym,
że wszyscy mają prawo się wypowiedzieć. Tylko nie my. Nam nie wolno.
Najlepiej, żeby nas w ogóle nie było. Zapominają, że naród nas wybrał,
że licząca się grupa Szwedów dała wyraz głębokiej nieufności wobec
sposobu zarządzania państwem. Oni chcą zmian, a my im je obiecaliśmy.
Odstawił kieliszek i wrócił do obierania krewetek. Na talerzyku miał już
sporą kupkę skorupek.
- To okropne - powiedział jego teść. Sięgnął do miski z krewetkami i wziął sporą garść. - Skoro już mamy tę demokrację, mogliby w końcu
posłuchać, co naród ma do powiedzenia.
- Przecież wiadomo, że wielu cudzoziemców przyjeżdża wyłącznie po to,
żeby wyłudzać zasiłki - dodała teściowa. - Gdyby przyjeżdżali tylko ci,
którzy chcą pracować i pomnażać dobrobyt społeczeństwa, można by się
jeszcze zgodzić. Ale nie życzę sobie, żeby moje podatki szły na
utrzymywanie tych darmozjadów.
John westchnął. Durnie. Nie mają pojęcia, o czym mówią. Jak większość
wyborczego stada baranów upraszczają problem, nie dostrzegają jego
złożoności. Byli uosobieniem ignorancji, której nienawidził. Tymczasem
od tygodnia był skazany na ich towarzystwo.
Liv uspokajająco pogłaskała go po udzie. Wiedziała, co o nich myśli, i nawet w dużej mierze podzielała tę opinię, ale co mogła poradzić?
Przecież to jej rodzice.
- Najgorsze, jak ci ludzie się ze sobą mieszają - powiedziała Barbro. -
Na nasze osiedle właśnie wprowadziła się rodzina. Ona jest Szwedką, on
Arabem. Można sobie wyobrazić, jak wygląda życie tej biednej kobiety,
zważywszy na to, jak Arabowie traktują swoje żony. Ich dzieciom też
pewnie koledzy nie dają w szkole żyć. Potem wejdą na drogę przestępstwa
i dopiero wtedy przyjdzie pora żałować, że się nie wzięło Szweda za
męża.
- Co prawda, to prawda - zgodził się Kent, próbując odgryźć kęs
olbrzymiej kanapki z krewetkami.
- Może byście dali Johnowi odpocząć od polityki? - powiedziała z wyrzutem Liv. - W Sztokholmie całymi dniami rozmawia o imigrantach i naprawdę ma dość. W każdym razie przydałaby mu się choćby krótka
przerwa.
John rzucił żonie spojrzenie pełne wdzięczności i podziwu. Po prostu
idealna. Jasne, jedwabiste, miękko zaczesane do tyłu włosy. Czyste rysy,
jasne błękitne oczy.
- Przepraszam, kochanie. Nie pomyśleliśmy. Jesteśmy dumni z osiągnięć
Johna i z jego pozycji. Zostawmy to i porozmawiajmy o czymś innym. Na
przykład... jak ci idą interesy?
Liv zaczęła z ożywieniem opowiadać o swoich zmaganiach z Urzędem Celnym:
chodziło o to, żeby nie utrudniał jej pracy. Dostawy wyposażenia wnętrz
z Francji ciągle się opóźniały. Importowane meble i wyposażenie
sprzedawała potem w sklepie internetowym. Ale John wiedział, że jej
zapał wyraźnie osłabł i że coraz bardziej angażuje się w działalność
partyjną. Że w porównaniu z tym wszystko inne wydaje jej się nieistotne.
Wstał, mewy krążyły nad ich głowami coraz niżej.
- Proponuję sprzątnąć ze stołu. Mewy robią się denerwująco nachalne. -
Wziął swój talerz, przeszedł na koniec pomostu i wrzucił skorupki do
morza. Mewy zanurkowały w powietrzu, usiłowały złapać jak najwięcej.
Resztą zajmą się kraby.
Stał jeszcze chwilę, odetchnął głęboko i spojrzał na horyzont. Jak
zwykle zatrzymał się przy Valö i jak zwykle poczuł ćmiącą złość. Na
szczęście z odrętwienia wyrwała go wibracja telefonu. Sięgnął do
kieszeni spodni i zerknął na wyświetlacz. Premier.
- Co myślisz o tych kartkach? - Patrik przytrzymał drzwi Martinowi. Były
tak ciężkie, że musiał się zaprzeć ramieniem. Komisariat gminy Tanum,
zbudowany w latach sześćdziesiątych, przypominał bunkier. Kiedy Patrik
przyszedł tu po raz pierwszy, uderzyła go posępność budynku. Od tamtego
czasu tak się przyzwyczaił do burych pomieszczeń, że w ogóle nie
zauważał, że są nieprzytulne.
- Dziwna sprawa. Kto co roku anonimowo wysyła życzenia urodzinowe?
- Nie całkiem anonimowo. Podpisuje się. G.
- Rzeczywiście, to wiele wyjaśnia - zauważył Martin.
Patrik się roześmiał.
- Co was tak rozśmieszyło? - Annika siedziała za szybą recepcji. Gdy
weszli, podniosła wzrok.
- Nic takiego - odparł Martin.
Annika obróciła się na krześle i stanęła w drzwiach swego pokoiku.
- Jak poszło na wyspie?
- Poczekamy, zobaczymy, co powie Torbjörn. Ale rzeczywiście wygląda na
to, że ktoś chciał podpalić dom.
- Nastawię kawę, pogadamy. - Annika ruszyła naprzód, popychając ich
przed sobą.
- Zgłosiłaś to Mellbergowi? - spytał Martin, gdy weszli do pokoju
socjalnego.
- Nie. Pomyślałam, że jeszcze nie ma potrzeby go informować. Ma wolny
weekend, po co mu przeszkadzać.
- Niewątpliwie masz rację - powiedział Patrik, siadając na krześle
najbliżej okna.
- No wiecie co... siadacie przy kawce i nic nie mówicie? - W drzwiach
stanął Gösta z obrażoną miną.
- To ty jesteś dziś w pracy? Przecież masz wolne. Dlaczego nie poszedłeś
na pole golfowe? - Patrik wysunął dla niego sąsiednie krzesło.
- Za gorąco. Pomyślałem, że przyjdę, napiszę kilka raportów i odbiję to
sobie innego dnia, kiedy nie da się smażyć jajecznicy na asfalcie. Do
jakiego wezwania pojechaliście? Annika wspomniała coś o podpaleniu?
- Na to wygląda. Prawdopodobnie ktoś rozlał pod drzwiami benzynę albo
coś w tym rodzaju. I podpalił.
- Paskudna sprawa. - Gösta sięgnął po markizę i starannie rozdzielił
połówki. - Gdzie?
- Na Valö. W dawnym ośrodku kolonijnym - odparł Martin.
Gösta znieruchomiał.
- W ośrodku kolonijnym?
- Tak, dziwna sprawa. Nie wiem, czy słyszałeś, ale najmłodsza z dzieci,
ta dziewczynka, która została, kiedy zniknęła cała rodzina, wróciła na
wyspę i przejęła dom.
- Słyszałem, ludzie gadają - powiedział Gösta, wpatrując się w stół.
Patrik spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- No właśnie, musiałeś pracować przy tamtej sprawie, prawda?
- Zgadza się. Aż taki stary jestem - stwierdził Gösta. - Ciekawe,
dlaczego wróciła.
- Powiedziała, że umarł im synek - poinformował ich Martin.
- Ebba straciła dziecko? Jak to? Kiedy?
- Nie powiedzieli. - Martin wstał, żeby wziąć mleko z lodówki.
Patrik zmarszczył czoło. To nietypowe dla Gösty tak się przejmować.
Chociaż zdarza się. Każdy policjant z dłuższym stażem ma na koncie jakąś
sprawę przez wielkie S, nad którą rozmyśla całymi latami i do której
ciągle wraca, usiłuje znaleźć rozwiązanie albo odpowiedź, zanim będzie
za późno.
- Dla ciebie to było coś szczególnego, prawda?
- Zgadza się. Dałbym nie wiem co, żeby się dowiedzieć, co się stało w tamtą Wielkanoc.
- Nie ty jeden - wtrąciła Annika.
- A teraz Ebba wróciła. - Gösta potarł podbródek. - I ktoś podpalił dom.
- Spaliłby się nie tylko dom - powiedział Patrik. - Podpalacz musiał się
domyślać, może nawet liczył na to, że Ebba i jej mąż są w środku i że
śpią. Całe szczęście, że M?rten się obudził i ugasił pożar.
- Rzeczywiście, dziwny zbieg okoliczności - powiedział Martin i aż
podskoczył, kiedy Gösta huknął pięścią w stół.
- Żaden zbieg okoliczności, to oczywiste!
Spojrzeli na niego zdziwieni, zapadła cisza.
- Może trzeba wrócić do tej starej sprawy - odezwał się w końcu Patrik.
- Na wszelki wypadek.
- Wyciągnę wszystko, co mamy na ten temat - powiedział Gösta. Na jego
wąskiej charciej twarzy zobaczyli ożywienie. - Czasem zaglądałem do tych
akt i wiem, gdzie co jest.
- Wyciągnij. Potem razem przejrzymy. Spojrzymy świeżym okiem, może
znajdziemy coś nowego. Anniko, mogłabyś wyszukać wszystko co się da na
temat Ebby?
- Załatwione - odparła, sprzątając ze stołu.
- Chyba należałoby również przyjrzeć się sytuacji finansowej państwa
Stark. I sprawdzić, czy dom na Valö jest ubezpieczony - powiedział
Martin, zerkając ostrożnie na Göstę.
- Chcesz przez to powiedzieć, że niby sami mieliby to zrobić? Co za
idiotyzm. Przecież byli w domu, gdy zaczęło się palić, i to mąż Ebby
ugasił pożar.
- I tak warto sprawdzić. Kto wie, może podpalił, a potem się rozmyślił?
Zajmę się tym.
Gösta otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Po chwili je zamknął i ciężkim krokiem wyszedł z pokoju.
Patrik wstał.
- Wydaje mi się, że Erika też wie co nieco.
- Erika? Niby skąd? - Martin zatrzymał się w pół kroku.
- Od dawna interesuje się tą sprawą. W końcu to historia znana wszystkim
w okolicy, a zważywszy na to, czym Erika się zajmuje, nic dziwnego, że
szczególnie ją zaciekawiła.
- No to wypytaj ją. Wszystko się przyda.
Patrik nie był pewien, ale kiwnął głową. Przeczuwał, co będzie, gdy
dopuści Erikę do dochodzenia.
- Oczywiście, porozmawiam z nią - powiedział z nadzieją, że nie będzie
musiał tego żałować.
Percy drżącą ręką nalał do dwóch kieliszków swego najlepszego koniaku.
Jeden podał żonie.
- Nie pojmuję toku ich rozumowania. - Pyttan popijała szybkimi łyczkami.
- Dziadek by się w grobie przewrócił, gdyby się o tym dowiedział.
- Musisz to jakoś załatwić, Percy.
Bez wahania dolał do kieliszka, który mu podstawiła. Wprawdzie to
dopiero wczesne popołudnie, ale gdzieś na świecie jest już po
siedemnastej. Taki dzień, że trzeba się napić czegoś mocniejszego.
- Ja? A co mam zrobić? - Jego głos przeszedł w falset. Był tak
roztrzęsiony, że połowę koniaku wylał jej na rękę.
Cofnęła ją.
- Idiota, co ty wyprawiasz!
- Przepraszam, przepraszam. - Percy opadł na wielki wytarty biblioteczny
fotel. Rozległ się trzask. Domyślił się, że pękło obicie. - Cholera
jasna!
Zerwał się na nogi i z bezsilności kopnął fotel. Rozleciał się na
kawałki. Cały pałac popadał w ruinę. Już dawno nic nie zostało ze
spadku, a teraz jeszcze te dranie z urzędu skarbowego każą mu zapłacić
pokaźną sumę, której nie ma.
- Uspokój się. - Pyttan wytarła dłonie w serwetkę. - To się na pewno da
załatwić. Ale nie rozumiem, jak to możliwe, że pieniądze się skończyły.
Percy spojrzał na nią. Widział, jak ją przeraża sama myśl o tym, ale nie
czuł do niej nic prócz pogardy.
- Jak to się stało, że się skończyły?! - krzyknął. - A masz pojęcie, ile
wydajesz co miesiąc? Nie dociera do ciebie, ile to wszystko kosztuje?
Podróże, obiadki, ubrania, torby, buty, kosztowności i cholera wie co
jeszcze!
Pyttan aż się wzdrygnęła. Ten krzyk był zupełnie do niego niepodobny.
Wbiła w niego wzrok. Znał ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że
rozważa: podnieść rękawicę czy raczej go udobruchać. Twarz jej zmiękła,
domyślił się, że wybrała to drugie.
- Kochanie, przecież nie będziemy się kłócić o taką błahostkę jak
pieniądze. - Poprawiła mu krawat i koszulę, która wyszła zza paska. - No
już. Teraz znów wyglądasz jak na mojego przystojnego pana na zamku
przystało.
Przytuliła się do niego, a on poczuł, że topnieje. Miała na sobie suknię
od Gucciego. Jak zawsze było mu trudno jej się oprzeć.
- Zróbmy tak: zadzwoń do audytora, niech jeszcze raz sprawdzi wszystkie
dokumenty. Nie może być aż tak źle. Rozmowa z nim na pewno cię uspokoi.
- Muszę porozmawiać z Sebastianem - mruknął Percy.
- Z Sebastianem? - powtórzyła z taką miną, jakby połknęła coś
obrzydliwego. - Wiesz, że nie lubię, kiedy się z nim spotykasz. Wtedy ja
muszę się spotykać z tą jego beznadziejną żoną. To ludzie bez klasy.
Sebastian może mieć nie wiem ile pieniędzy, ale zawsze będzie
prymitywem. Słyszałam, że od dawna ma na niego oko wydział
przestępczości gospodarczej. Nie mają przeciwko niemu dowodów, ale to
tylko kwestia czasu. Nie powinniśmy się z nim zadawać.
- Pieniądze nie śmierdzą - odparł Percy.
Wiedział, co powie audytor. Nie zostało już nic. Pieniądze się rozeszły.
Jeśli ma się wykaraskać z tarapatów i uratować Fygelsta, będzie
potrzebował kapitału, co oznacza, że jego jedyną nadzieją jest
Sebastian.
Pojechali do szpitala, do Uddevalli. Okazało się, że wszystko jest w porządku, w płucach nie ma śladu zatrucia dymem. Kiedy Ebba otrząsnęła
się z szoku, miała wrażenie, jakby się obudziła z dziwnego snu.
Zorientowała się, że mruży oczy. W pokoju zrobiło się ciemno, zapaliła
lampę na biurku. Latem zmrok zapadał ukradkiem i zawsze za długo
zwlekała z zapaleniem lampy, za długo wysilała wzrok.
Próbowała przyczepić pętelkę do figurki aniołka, nad którą pracowała.
M?rten nie potrafił zrozumieć, dlaczego robi je ręcznie, zamiast je
zamawiać w Tajlandii albo w Chinach, zwłaszcza teraz, kiedy tyle
zamówień zaczęło przychodzić na adres jej sklepu internetowego. Ale
wtedy nie miałaby takiej satysfakcji. Chciała każdego aniołka zrobić
własnoręcznie, we wszystkie włożyć tyle samo miłości. Wpleść swój smutek
i wspomnienia. Poza tym bardzo ją to uspokajało, zwłaszcza po całym dniu
malowania, wbijania gwoździ i piłowania. Rano, kiedy wstawała, bolały ją
wszystkie mięśnie, ale kiedy robiła wisiorki, rozluźniała się.
- Już wszystko pozamykałem - powiedział M?rten.
Ebba drgnęła. Nie słyszała, jak wszedł.
- Cholera jasna - zaklęła. Pętelka znów odpadła, chociaż już prawie ją
przyczepiła.
- Może zrobisz sobie przerwę? - powiedział ostrożnie M?rten, stając za
jej plecami.
Czuła, że się zastanawia, czy nie położyć rąk na jej ramionach. Dawniej,
zanim się stało to z Vincentem, często masował jej plecy. Wtedy
uwielbiała ten zdecydowany, a jednocześnie miękki ucisk. Teraz ledwie
mogła znieść, gdy jej dotykał. Bała się, że go urazi, jeśli odruchowo
strąci jego ręce, i jeszcze pogłębi przepaść między nimi.
Podjęła jeszcze jedną, tym razem udaną próbę. Przyczepiła pętelkę.
- Jakie to ma znaczenie, że drzwi będą zamknięte? - powiedziała, nie
odwracając się. - Zeszłej nocy nie były dla podpalacza żadną przeszkodą.
- No to co robimy? - spytał M?rten. - Mogłabyś przynajmniej patrzeć na
mnie, kiedy ze mną rozmawiasz. To ważna sprawa. Do cholery, przecież
ktoś chciał nam spalić dom, a my nie wiemy ani kto, ani dlaczego. Nie
masz w związku z tym żadnych obaw? Nie boisz się?
Ebba odwróciła się powoli.
- Czego mam się bać? Najgorsze już się stało. Zamknięte czy nie
zamknięte, wszystko mi jedno.
- Dłużej tak być nie może.
- Dlaczego? Przecież zrobiłam, jak chciałeś. Wróciłam tu, włączyłam się
do twojego wspaniałego planu, żeby odnowić tę ruderę i aż do końca moich
dni żyć szczęśliwie w tym raju, podczas gdy goście będą przyjeżdżać i wyjeżdżać. Zgodziłam się, czego jeszcze chcesz? - Sama słyszała ten
zimny i nieprzejednany ton.
- Niczego, Ebbo. Niczego nie chcę - odparł równie zimno. Obrócił się na
pięcie i wyszedł.
Fjällbacka 1915
Wreszcie będzie wolna. Pójdzie na służbę do gospodarza do Hamburgsund i wyrwie się z domu przybranej matki i jej wstrętnych bachorów. Nie mówiąc
o przybranym ojcu. Od kiedy zaczęła dojrzewać i nabierać kobiecych
kształtów, nachodził ją w nocy coraz częściej. Odkąd zaczęła
miesiączkować, żyła w ciągłym strachu, że w jej brzuchu zacznie rosnąć
dziecko. To ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała. Nie będzie taka jak te
zapłakane, przerażone dziewczyny, które z wrzeszczącym zawiniątkiem na
ręku pukały do drzwi jej matki. Już jako dziecko nimi gardziła, były
słabe i bezwolne.
Spakowała swój skromny dobytek. Z rodzinnego domu nie miała nic, a tutaj nie dostała nic, co warto byłoby zabrać. Ale nie zamierzała odejść
z pustymi rękami. Zakradła się do sypialni przybranych rodziców. Pod
łóżkiem, przy samej ścianie, stało pudełko z biżuterią, którą
odziedziczyła po matce. Położyła się na podłodze i wyciągnęła je. Nikt
jej nie przeszkodzi. Przybrana matka jest we Fjällbace, a dzieci bawią
się na podwórku.
Podniosła wieczko i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Wystarczająco dużo
cennych przedmiotów, żeby się zabezpieczyć na jakiś czas. Cieszyła się,
że zabierając swoje dziedzictwo, sprawi przykrość tej jędzy.
- Co ty robisz? - Drgnęła. Od drzwi dobiegł głos przybranego ojca.
Myślała, że jest w oborze. Serce biło jej jak szalone. Po chwili
poczuła, jak ogarnia ją spokój. Nic nie zniweczy jej planów.
- A jak ci się zdaje? - powiedziała, wkładając pudełko z biżuterią do
kieszeni spódnicy.
- Czyś ty zwariowała, dziewczyno? Kradniesz biżuterię? - Zrobił krok
w jej stronę.
Dagmar powstrzymała go gestem.
- Zgadza się, ale radzę, żebyś mi nie przeszkadzał, bo pójdę prosto na
policję i powiem, coś mi zrobił.
- Nie odważysz się! - Zacisnął pięści, ale po chwili jego spojrzenie
pojaśniało. - Kto by tam wierzył córce fabrykantki aniołków!
- Potrafię być bardzo przekonująca. Po całej okolicy rozejdą się
plotki, i to szybciej, niż myślisz.
Spochmurniał, chyba się wahał. Postanowiła mu pomóc podjąć decyzję.
- Mam propozycję. Gdy moja droga przybrana matka odkryje, że nie ma
biżuterii, postarasz się ją udobruchać i przekonać, żeby sobie dała
spokój. Jeśli mi to obiecasz, dostaniesz dodatkową nagrodę, zanim
odejdę. - Podeszła do przybranego ojca. Położyła mu rękę na przyrodzeniu
i zaczęła pocierać. Gdy jego oczy zrobiły się szkliste, wiedziała, że ma
nad nim władzę. - Zgoda? - spytała, rozpinając mu rozporek.
- Zgoda - odparł, kładąc dłoń na jej głowie i popychając ją w dół.
Wieża do skoków na Badholmen wznosiła się
majestatycznie ku niebu. Erika odepchnęła obraz zwisającego z niej,
kołysanego wiatrem mężczyzny. Wolała nie wracać do tamtego strasznego
wydarzenia. Zresztą Badholmen kojarzyła jej się z czymś zupełnie innym.
Wysepka leżąca bardzo blisko Fjällbacki mieniła się na wodzie jak
klejnot. Znajdujące się na niej schronisko młodzieżowe cieszyło się dużą
popularnością, latem miało pełne obłożenie. Erika uważała, że to
oczywiste. Sprzyjały temu dwie rzeczy: świetna lokalizacja i fakt, że
sam budynek miał mnóstwo staroświeckiego uroku.
- Są wszyscy? - Rozglądała się nerwowo, usiłując policzyć dzieci.
Trójka małych dzikusów w pomarańczowych kapokach rozbiegła się po
pomoście.
- Patriku! Może byś trochę pomógł, co? - powiedziała do męża, łapiąc za
kołnierz przebiegającą niebezpiecznie blisko skraju pomostu Maję.
- A kto uruchomi motorówkę? Jak to sobie wyobrażasz? - Patrik rozłożył
ręce, twarz mu poczerwieniała.
- Jeśli nam się uda wsadzić ich do łódki, zanim wpadną do wody, będziesz
mógł ją spokojnie uruchamiać.
Maja wiła się jak piskorz, ale Erika mocno chwyciła za wieszak przy jej
kołnierzu. Drugą, wolną ręką złapała Noela, który na tłuściutkich
nóżkach gonił Antona. Anton zdążył już odbiec spory kawałek w stronę
kamiennego mostka łączącego Badholmen ze stałym lądem.
- Anton, stój! - krzyknęła, ale nie zatrzymał się. Mknął jak strzała,
lecz i tak szybko go dogoniła i wzięła na ręce. Zaczął się wyrywać,
krzyczał histerycznie. - Boże, jak ja mogłam pomyśleć, że to dobry
pomysł? - powiedziała, gdy już podała mężowi szlochającego synka.
Spływała potem. Odcumowała łódź i wskoczyła do środka.
- Zobaczysz, zaraz będzie dobrze. Tylko wypłyniemy kawałek w morze. -
Patrik przekręcił kluczyk i na szczęście już przy pierwszej próbie udało
mu się uruchomić silnik. Pochylił się, żeby odczepić cumę rufową. Drugą
ręką odpychał się od sąsiedniej łodzi. Niełatwo było wypłynąć. Przy
pomoście było gęsto od łodzi. Gdyby nie miały odbijaczy, żadna nie
uniknęłaby uszkodzeń.
- Przepraszam, że na ciebie burknęłam. - Erika posadziła dzieci na dnie
łódki i usiadła na ławce.
- Już zapomniałem - powiedział, powoli przesuwając rumpel. Łódka
odwróciła się rufą do portu, dziobem do Fjällbacki.
Był przepiękny niedzielny poranek, bezchmurne błękitne niebo, woda
gładka jak lustro. Nad ich głowami z krzykiem krążyły mewy. Erika
rozejrzała się i zobaczyła, że na wielu łodziach cumujących w marinie
ludzie jedzą śniadanie. Wielu pewnie jeszcze odsypiało nocne pijaństwo.
Zwłaszcza młodzi lubili popić w sobotnią noc. Dobrze, że ja mam to już
za sobą, pomyślała, patrząc z większą niż przedtem czułością na dzieci.
Teraz już spokojnie siedziały na dnie łódki.
Podeszła do Patrika i położyła mu głowę na ramieniu. Objął ją i pocałował w policzek.
- Słuchaj - powiedział nagle. - Przypomnij mi, jak już dopłyniemy, żebym
ci zadał kilka pytań o Valö i stary ośrodek kolonijny.
- A co chcesz wiedzieć? - zainteresowała się Erika.
- Potem spokojnie o tym pogadamy - odparł i pocałował ją jeszcze raz.
Wiedziała, że zrobił to, żeby się z nią podrażnić. Ciekawość aż ją
rozsadzała, ale opanowała się. Bez słowa osłoniła oczy dłonią i spojrzała w stronę Valö. Potem, gdy pyrkocząc powoli, mijali wyspę, w przelocie zobaczyła duży biały dom. Czy kiedykolwiek się wyjaśni, co się
tam stało wiele lat temu? Nie cierpiała książek i filmów niedających
odpowiedzi na wszystkie pytania. Wręcz odmawiała czytania o niewyjaśnionych, zagadkowych zbrodniach. Jeśli chodzi o Valö, próbowała
się czegoś dogrzebać, ale jej wysiłki spełzły na niczym. Wszystko
skrywał mrok tajemnicy, tak jak drzewa skrywały dom na wyspie.
Martin stanął z uniesioną dłonią i dopiero po chwili nacisnął dzwonek.
Usłyszał kroki. Przez chwilę chciał obrócić się na pięcie i odejść.
Drzwi się otworzyły, Annika spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- O, to ty? Coś się stało?
Zmusił się do uśmiechu, ale Anniki nie dało się oszukać. Zresztą właśnie
dlatego do niej przyszedł. Jak tylko zaczął pracować w komisariacie,
Annika wzięła go pod swoje skrzydła. Była jak druga matka. Teraz też z nią najchętniej rozmawiał.
- No więc, ja... - wydusił.
- Wejdź - przerwała mu. - Usiądziemy w kuchni, napijemy się kawy,
opowiesz mi, co się dzieje.
Martin zdjął buty i poszedł za nią do kuchni.
- Siadaj. - Wprawnym ruchem nabrała kilka miarek kawy i wsypała do
filtra. - Co zrobiłeś z Pią i Tuvą?
- Zostały w domu. Powiedziałem, że idę się przejść, więc niedługo będę
musiał wracać. Mamy jechać nad wodę.
- Leia też uwielbia się kąpać. Parę dni temu, gdy już mieliśmy wracać do
domu, nie mogliśmy jej wyciągnąć z wody. Prawdziwy z niej stwór wodny.
Dziś Lennart też z nią pojechał, żebym mogła trochę posprzątać.
Promieniała, opowiadając o adoptowanej córeczce. Wkrótce miał minąć rok,
odkąd przywieźli ją z mężem z Chin. Teraz wszystko w ich życiu kręciło
się wokół Lei.
Martin nie potrafiłby sobie wyobrazić lepszej matki. Była taka ciepła i opiekuńcza, że nawet on czuł się przy niej bezpiecznie. Najchętniej
położyłby głowę na jej ramieniu i dał upust łzom, które go paliły pod
powiekami. Powstrzymał się. Jeśli się rozpłacze, nie będzie mógł
przestać.
- Chyba wyjmę kilka drożdżówek. - Sięgnęła do zamrażarki, wyjęła torebkę
z bułkami i włożyła ją do mikrofalówki. - Wczoraj upiekłam, miałam
zamiar wziąć kilka do pracy.
- Ale wiesz, że pieczenie dla nas bułek nie należy do twoich obowiązków
służbowych?
- Nie jestem pewna, czy Mellberg by się z tobą zgodził. Gdybym się
bliżej przyjrzała swojej umowie o pracę, na pewno by się okazało, że
gdzieś stoi drobnym drukiem: pracownica zobowiązuje się również
dostarczać do komisariatu policji w Tanum domowe wypieki.
- Prawda. Bertil nie przeżyłby jednego dnia bez ciebie i twoich
wypieków.
- Zwłaszcza odkąd Rita trzyma go na diecie. Paula mówi, że u Bertila i Rity podaje się teraz wyłącznie chleb pełnoziarnisty i jarzyny.
- Chciałbym to zobaczyć. - Martin wybuchnął śmiechem. Przyjemne uczucie
objęło brzuch, napięcie zaczęło puszczać.
Zabrzmiał dzwonek mikrofalówki. Annika wyłożyła na talerz gorące
bułeczki i postawiła na stole filiżanki z kawą.
- Gotowe. A teraz opowiadaj, co cię gryzie. Od paru dni widzę, że coś ci
jest, ale pomyślałam, że jak zechcesz, to sam powiesz.
- Może to nic takiego, i nie chciałem cię obarczać swoimi problemami,
ale... - Martin się zdenerwował. Czuł, że gardło mu się zaciska.
- Nie mów głupstw, po to tu siedzę. Opowiadaj.
Martin musiał odetchnąć kilka razy.
- Pia jest chora - odezwał się w końcu. Jego słowa odbiły się echem od
ścian kuchni.
Annika zbladła. Nie tego się spodziewała. Martin obracał filiżankę w dłoniach. Znów zaczerpnął tchu i wyrzucił z siebie wszystko:
- Od dawna czuła się zmęczona. Właściwie od urodzenia Tuvy, ale
myśleliśmy, że to nic dziwnego, zwyczajne zmęczenie po połogu. Ale Tuva
ma już prawie dwa lata, a zmęczenie nie ustępowało. Była zmęczona coraz
bardziej. A potem wymacała sobie na szyi jakieś guzki...
Dłoń Anniki powędrowała do ust. Już się domyślała, co będzie dalej.
- Kilka tygodni temu pojechałem z nią do lekarza. Od razu widzieliśmy,
co podejrzewa. Dał jej pilne skierowanie do Uddevalli. Pojechaliśmy na
badania. Jutro przed południem ma wyznaczoną wizytę na onkologii, mają
jej dać wyniki. Ale właściwie już wiadomo, co nam powiedzą. - Łzy
pociekły mu po policzkach, wytarł je ze złością.
Annika podała mu serwetkę.
- Popłacz sobie, ulży ci.
- To okropnie niesprawiedliwe. Pia ma dopiero trzydzieści lat, a Tuva
jest jeszcze taka malutka. Poguglowałem, żeby się zorientować, jakie
statystycznie są szanse na wyleczenie, i okazuje się, że marne. Pia jest
bardzo dzielna, a ja jestem pospolitym tchórzem. Nie potrafię się zdobyć
na to, żeby z nią o tym rozmawiać. Prawie nie mogę patrzeć, jak się
zajmuje Tuvą. Nie mogę nawet spojrzeć jej w oczy. Czuję się jak ostatnia
szmata! - Już nie mógł powstrzymać łez. Oparł głowę na rękach i zatrząsł
się od płaczu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki