Dłonie przylepiły jej się do kierownicy.
Dopiero wtedy zauważyła, że są zakrwawione. Nie zważając na to, wrzuciła
wsteczny bieg i wyjechała z podjazdu tak ostro, że żwir trysnął spod
kół.
Mieli przed sobą długą drogę. Rzuciła okiem na tylne siedzenie. Sam
spał, zawinięty w kołdrę. Właściwie powinien siedzieć, przypięty pasami,
ale nie miała serca go budzić. Trzeba jechać ostrożnie. Odruchowo zdjęła
nogę z gazu.
Zaczęło się przejaśniać. W letnią noc ciemność zaczyna rzednąć niemal
natychmiast po tym, jak zapadnie. Mimo to wydawało jej się, że noc nie
ma końca. Wszystko się zmieniło. Widziała ciemne oczy Fredrika patrzące
nieruchomo w sufit i wiedziała, że nic na to nie poradzi. Musi ratować
siebie i Sama, nie może myśleć ani o krwi, ani o Fredriku.
Jest tylko jedno miejsce, w którym mogą się schronić.
Sześć godzin później byli na miejscu. Fjällbacka budziła się ze snu. Na
chwilę przystanęła koło stacji ratownictwa morskiego. Zastanawiała się,
jak to wszystko przewieźć. Sam spał głębokim snem. Sięgnęła do schowka
po chusteczki do nosa. Chciała zetrzeć krew z dłoni, ale nie bardzo jej
to szło. Potem wyjęła z bagażnika walizki i szybko pociągnęła je w stronę Badholmen, gdzie cumowała motorówka. Bała się. Bała się, że Sam
się obudzi, więc na wszelki wypadek, żeby się nie wydostał i nie wpadł
do wody, zamknęła samochód. Z wysiłkiem wstawiła walizki do łodzi i zdjęła łańcuch zabezpieczający przed kradzieżą. Pobiegła z powrotem do
samochodu i z ulgą stwierdziła, że Sam spokojnie śpi. Wzięła go na ręce
razem z kołdrą i zaniosła do łódki, zerkając pod nogi, żeby się nie
poślizgnąć. Ostrożnie ułożyła synka na dnie i zapuściła silnik. Zakasłał
przy pierwszej próbie. Dawno nie pływała, ale powinno się udać. Powoli
wycofała i wypłynęła z portu.
Słońce już wzeszło, ale jeszcze nie grzało. Czuła, jak powoli uchodzi z niej napięcie, zwalnia uścisk po koszmarze ostatniej nocy. Spojrzała na
Sama. A jeśli po tym, co się stało, będzie miał uraz do końca życia?
Pięcioletnie dziecko jest bardzo kruche, mogło w nim coś pęknąć. Gotowa
była zrobić wszystko, żeby go posklejać. Pocałunkami odegnać zło, jak
wtedy, gdy się przewrócił na rowerze i rozbił kolana.
Dobrze znała drogę, każdą wyspę, każdy najmniejszy szkier. Odpływała
coraz dalej od brzegu, kierowała się na Väderöbod. Fale stawały się
coraz wyższe, dziób opadał i mocno uderzał o powierzchnię wody, słone
krople pryskały jej na twarz. Przymknęła oczy z rozkoszy. Kiedy je
otworzyła, ujrzała w oddali Gr?skär. Serce zabiło jej szybciej, jak
zawsze, kiedy widziała wysepkę, mały domek i białą latarnię dumnie
wznoszącą się ku niebu. Wciąż byli za daleko, żeby dostrzec dom, ale
miała w pamięci jasnoszary kolor ścian i białe węgły. I różowe malwy
rosnące pod ścianą osłoniętą od wiatru. Tam był jej azyl, jej raj. Jej
Gr?skär.
Kościół był wypełniony do ostatniego miejsca, całe prezbiterium usłane
kwiatami, wieńcami i wiązankami z jedwabnymi wstążkami ze słowami
pożegnania.
Patrik nie chciał patrzeć na białą trumnę stojącą w powodzi kwiatów. W wielkim kamiennym kościele panowała niesamowita cisza. Na pogrzebach
starych ludzi słyszy się szmer rozmów i uwagi w rodzaju: Tyle się
nacierpiała, śmierć to dla niej prawdziwa łaska, a żałobnicy już myślą o konsolacji. Tym razem tak nie było. Ludzie w milczeniu siedzieli w ławkach, rozmyślając o tym, jaka to straszna niesprawiedliwość. Nie
powinno tak być.
Patrik chrząknął i spojrzał w górę. Mrugał, żeby odpędzić napływające mu
do oczu łzy. Ścisnął Erikę za rękę. Garnitur go uwierał, w ogóle czuł,
że się dusi. Musiał poluzować kołnierzyk, żeby odetchnąć głębiej.
Z kościelnej wieży odezwały się dzwony, ich bicie odbijało się echem od
ścian. Wszyscy drgnęli, spojrzeli na trumnę. Pani pastor wyszła z zakrystii i podeszła do ołtarza, przed którym kiedyś brali ślub. Wtedy
panował nastrój radosnego podniecenia. Teraz - głębokiej powagi. Patrik
próbował wyczytać z jej twarzy, czy ona również uważa, że tak być nie
powinno. Czy przepełnia ją niewzruszona wiara w boski zamysł i sens tego
wszystkiego.
Wierzchem dłoni wytarł łzy. Erika dyskretnie podała mu chusteczkę.
Dzwony ucichły, zapadła cisza, pani pastor rozpoczęła nabożeństwo. Głos
jej zadrżał, ale już po chwili dźwięczał donośnie.
- Wszystko może się zmienić w jednej chwili. Ale Bóg zawsze jest przy
nas. Dzisiaj także.
Patrik patrzył na jej poruszające się wargi, ale przestał słuchać. Nie
chciał. Wiara, która towarzyszyła mu od dzieciństwa, znikła. W tym, co
się stało, nie ma żadnego sensu. Znów uścisnął dłoń Eriki.
- Z prawdziwą dumą informuję państwa, że prace postępują zgodnie z harmonogramem. Za mniej więcej dwa tygodnie nastąpi uroczyste otwarcie
Badhotellet we Fjällbace.
Erling W. Larson wyprostował się i potoczył wzrokiem po sali, jakby się
spodziewał oklasków. Radni ograniczyli się do kiwania głowami.
- To wielka sprawa dla mieszkańców całej okolicy - dodał. - Kończymy
generalny remont skarbu, jakim jest ten budynek, a jednocześnie
otwieramy nowoczesne centrum odnowy biologicznej. Czy też, jak to dziś
elegancko mówią, spa. - Palcami zrobił w powietrzu znak cudzysłowu. -
Zostały ostatnie prace wykończeniowe, próbny rozruch z udziałem
zaproszonych gości i oczywiście przygotowanie wspaniałego przyjęcia
inauguracyjnego.
- Bardzo ładnie, ale mam kilka pytań. - Mats Sverin, od niedawna szef
wydziału finansów gminy, machnął piórem, żeby zwrócić uwagę Erlinga.
Erling udawał, że nie słyszy. Nie znosił zajmować się administracją i finansami. Szybko oznajmił, że zamyka obrady, i zaszył się w swoim
przestronnym gabinecie.
Nikt nie wierzył, że Erling mógłby się podnieść po fiasku, jakim się
zakończył reality show Fucking Tanum1, a jednak mu się udało.
Porwał się nawet na jeszcze większy projekt. Nawet gdy zalała go fala
krytyki, ani na chwilę w siebie nie zwątpił. Był urodzonym zwycięzcą.
Cała ta historia mocno go jednak wyczerpała. Pojechał odpocząć do
centrum odnowy biologicznej do Ljuset do Dalarny. Okazało się to
szczęśliwym zrządzeniem losu. Gdyby nie to, nie poznałby Vivianne.
Spotkanie z nią wywołało przełom w jego życiu, zarówno zawodowym, jak i prywatnym. Nigdy żadna kobieta nie pociągała go tak mocno. Właśnie
realizował jej wizję.
Nie mógł się powstrzymać, żeby do niej nie zadzwonić - po raz czwarty
tego dnia - ale sam jej głos przyprawił go o miłe łaskotanie w żołądku.
Aż wstrzymał oddech.
- Witaj, kochanie - powiedział, gdy podniosła słuchawkę. - Chciałem się
tylko dowiedzieć, co u ciebie.
- Erling - powiedziała takim tonem, że poczuł się jak usychający z miłości sztubak. - To samo, co przed godziną, gdy ostatnio dzwoniłeś.
- To świetnie - zaśmiał się z cielęcym zachwytem. - Chciałem się tylko
upewnić, że u ciebie wszystko w porządku.
- Wiem i kocham cię za to. Ale zostało nam jeszcze dużo do zrobienia, a chyba nie chcesz, żebym musiała pracować do późnego wieczoru.
- Oczywiście, kochanie.
Postanowił więcej nie dzwonić, żeby jej nie przeszkadzać. Wieczory są
święte i tak ma zostać.
- No to pracuj, ja też popracuję. - Zanim się rozłączył, cmoknął kilka
razy w słuchawkę. Potem rozparł się w fotelu, splótł ręce na karku i pozwolił sobie na chwilę marzeń o wieczornych uciechach.
W całym domu unosił się zapach stęchlizny. Annie pootwierała drzwi i okna, żeby przewietrzyć. Rodzice zawsze spali na pięterku. Zajrzała
jeszcze do synka, potem zarzuciła na ramiona szal i z gwoździa przy
drzwiach zdjęła wielki zardzewiały klucz. Poszła na skały, wiatr
przewiewał ją na wskroś. Przystanęła i patrzyła przed siebie. Dom miała
za plecami. Oprócz niego na wyspie stał jeszcze tylko jeden budynek,
latarnia morska. Szopa przy pomoście była tak mała, że się nie liczyła.
Podeszła do latarni. Gunnar widocznie naoliwił zamek, bo klucz obrócił
się zaskakująco łatwo. Drzwi skrzypnęły, gdy je otwierała. Zaraz za nimi
wznosiły się wąskie, strome schody. Trzymając się poręczy, weszła na
górę.
Widok zapierał dech w piersi. Zawsze tak na nią działał. Patrząc w jedną
stronę, miało się przed sobą morze, aż po horyzont. Z drugiej rozciągał
się archipelag większych wysp, skalistych wysepek i szkierów. Latarnia,
od wielu lat nieczynna, była pomnikiem minionych czasów. Jej lampa
zgasła, niesiona wiatrem słona woda pokryła rdzą metalową obudowę i okucia.
W dzieciństwie uwielbiała się bawić w tym malutkim pomieszczeniu.
Przypominało wiszący wysoko nad ziemią domek do zabawy. Mieściło się w nim tylko łóżko, służące latarnikom podczas długich zmian, i krzesło, na
którym siedzieli, patrząc na morze.
Położyła się na łóżku. Narzuta pachniała stęchlizną. Słyszała to samo co
w dzieciństwie: krzyk mew, chlupot fal tłukących o skały, trzaski i stęknięcia wieży. Kiedyś wszystko było proste. Rodzice martwili się, że
wyspa sprzykrzy się jedynaczce. Niepotrzebnie, kochała to miejsce.
Zresztą nie była sama, choć akurat tego nie potrafiła im wytłumaczyć.
Mats Sverin przerzucał papiery na biurku i wzdychał. Nie przestawał o niej myśleć. Cały dzień. Nic mu nie wychodziło, ale takie dni zdarzały
się coraz rzadziej. Dał sobie spokój, a przynajmniej chciał w to
wierzyć. Ale prawda była taka, że wiedział, że nigdy mu się do końca nie
uda. Wciąż wyraźnie widział jej twarz i w pewnym sensie był za to
wdzięczny. A jednocześnie wolałby, żeby ten obraz się zatarł.
Próbował skupić się na pracy. Czasem nawet go bawiła. Zagłębianie się w finanse gminy było prawdziwym wyzwaniem. Zwłaszcza ciągłe balansowanie
między względami politycznymi a gospodarczymi. Odkąd tu pracował, ze
zrozumiałych względów poświęcał Projektowi Badis sporo czasu. Cieszył
się, że budynek został w końcu wyremontowany. Jak większość mieszkańców
Fjällbacki, zarówno tych, którzy zostali na miejscu, jak i tych, którzy
wyjechali, żałował pięknego niegdyś hotelu, ilekroć zdarzyło mu się koło
niego przechodzić. Teraz budynek odzyskał dawny blask.
Erling. Oby tylko jego składane na wyrost zapewnienia o przyszłym
powodzeniu tej inwestycji okazały się słuszne. On sam miał co do tego
pewne wątpliwości. Przebudowa okazała się niezwykle kosztowna, natomiast
założenia zapisane w biznesplanie przyszłego centrum - aż nadto
optymistyczne. W dodatku miał niejasne przeczucie, że coś się nie
zgadza, chociaż po wielokrotnym przejrzeniu całej dokumentacji udało mu
się tylko stwierdzić, że koszty urosły do ogromnych rozmiarów.
Spojrzał na zegarek, była już pora lunchu. Apetyt od dawna mu nie
dopisywał, ale wiedział, że musi jeść. Dziś czwartek. To znaczy, że w restauracji Källaren podają grochówkę i naleśniki2. Może mu
się uda trochę w siebie wcisnąć.
Złożenie do grobu odbyło się w obecności najbliższych. Pozostali
uczestnicy pogrzebu w milczeniu zeszli do miasteczka. Erika szła za
trumną i mocno ściskała Patrika za rękę. Każdy krok był jak cios w serce. Próbowała przekonać Annę, żeby się nie narażała na tak ciężkie
przeżycie, ale siostra nalegała na prawdziwy pogrzeb. Do pewnego stopnia
otrząsnęła się nawet z apatii, więc Erika przestała się odzywać i włączyła się do przygotowań. Pomagała Annie i Danowi pochować synka.
Nie uległa tylko w jednym punkcie: Anna chciała, żeby dzieci
uczestniczyły w pogrzebie, ale ona zdecydowała, że maluchy zostaną w domu. Przyszły tylko dwie najstarsze córki Dana, Belinda i Malin. Reszta
dzieci, Lisen, Adrian, Emma i Maja, zostały z matką Patrika. Bliźnięta,
rzecz jasna, też. Erika obawiała się, że to jak dla niej za dużo, ale
teściowa spokojnie odpowiedziała, że dzieci jakoś przeżyją z nią tych
parę godzin.
Erika patrzyła na niemal łysą głowę Anny i bolało ją serce. Żeby zrobić
trepanację, która była konieczna, bo obrzęk mózgu mógł grozić trwałym
urazem, musieli jej zgolić włosy. Już zaczęły odrastać, głowę Anny
pokrywał puszek, ciemniejszy niż jej dawne włosy.
W odróżnieniu od Anny i kobiety z drugiego samochodu, która zginęła na
miejscu, Erika wyszła z wypadku właściwie bez szwanku. Doznała
wstrząśnienia mózgu i miała połamane żebra, ale bliźnięta, choć małe,
były silne i zdrowe. Urodziły się przez cesarskie cięcie. Po dwóch
miesiącach mogli je zabrać do domu.
Przeniosła wzrok na białą trumienkę. Chciało jej się płakać. Anna
doznała nie tylko obrażeń czaszki. Złamała także miednicę. Jej również
zrobiono cesarskie cięcie, ale dziecko było poszkodowane tak bardzo, że
lekarze od początku nie dawali nadziei. Po tygodniu chłopczyk przestał
oddychać.
Musieli odłożyć pogrzeb, bo Anna nie mogła opuścić szpitala. Dopiero
wczoraj wróciła do domu. A dziś pochowała synka, który powinien żyć,
otoczony miłością rodziny. Erika widziała, jak Dan pcha Annę na wózku w stronę grobu i kładzie jej rękę na ramieniu. Anna ją odtrąciła. Od
wypadku tak właśnie było. Jakby nie umiała z nikim dzielić bólu, a Dan
bardzo tego potrzebował. Patrik i Erika próbowali z nim rozmawiać,
wszyscy starali się jak mogli, ale on chciał dzielić ból tylko z Anną. A ona nie była w stanie.
Erika to rozumiała. Znała Annę, wiedziała, ile przeszła, wiedziała, że
życie obeszło się z nią bardzo okrutnie. Teraz wydawało się, że wszystko
ma się ostatecznie zawalić. Erika rozumiała, choć wolałaby, żeby było
inaczej. Dan i Anna byli sobie potrzebni bardziej niż kiedykolwiek, ale
stali obok siebie jak dwoje obcych ludzi. Trumnę ich synka spuszczano do
grobu.
Erika położyła rękę na ramieniu Anny. Siostra jej nie strąciła.
Annie z werwą zabrała się do sprzątania i prania. Wietrzenie pomogło,
ale firanki i pościel i tak przesiąkły zapachem stęchlizny. Wrzuciła
wszystko do kosza na bieliznę i zaniosła na pomost. Uzbrojona w szare
mydło i tarę, która była w domu, odkąd pamiętała, podwinęła rękawy i zabrała się do prania. Od czasu do czasu rzucała okiem na dom,
upewniając się, czy Sam nie wstał i nie wybiegł na dwór. Ale on spał.
Może tak reaguje na szok. Niech się wyśpi. Postanowiła, że za godzinę go
obudzi i nakarmi.
W tej samej chwili dotarło do niej, że chyba niewiele jest do jedzenia.
Rozwiesiła pranie przed domem, a potem weszła do środka, żeby sprawdzić,
co jest w szafkach. Puszka zupy pomidorowej Campbella i jeszcze jedna, z parówkami do piwa. Tylko tyle znalazła. Na termin przydatności do
spożycia wolała nie patrzeć. Przecież to trwałe produkty. Dziś musi im
to wystarczyć.
Nie miała ochoty płynąć do miasteczka. Tu czuła się bezpiecznie. Nie
miała ochoty się z nikim spotykać, chciała mieć spokój. Chwilę się
zastanawiała z puszką zupy w dłoni. Doszła do wniosku, że jest tylko
jedno rozwiązanie. Musi zadzwonić do Gunnara. Po śmierci rodziców
opiekował się domem, na pewno pomoże. Telefon stacjonarny już nie
działał, ale nie było problemu z zasięgiem. Sięgnęła po komórkę i szybko
wybrała numer.
- Sverin. Słucham.
Drgnęła, słysząc to nazwisko. Tyle wspomnień obudziło. Minęło kilka
sekund, zanim się pozbierała na tyle, żeby móc mówić.
- Halo! Halo!
- Dzień dobry, mówi Annie.
- Annie! - wykrzyknęła Signe Sverin.
Annie uśmiechnęła się. Przepadała za Signe i Gunnarem, a oni za nią.
- To naprawdę ty, kochana? Dzwonisz ze Sztokholmu?
- Nie, jestem na wyspie. - Zdziwiła się, ale głos uwiązł jej w gardle.
Niewiele spała, pewnie dlatego jest taka przeczulona. Chrząknęła. -
Przyjechałam wczoraj.
- Ojej, szkoda, że nas nie uprzedziłaś. Pojechalibyśmy posprzątać. Dom
musi być strasznie zapuszczony...
- Sprzątanie to nie problem - wtrąciła Annie, przerywając jej. Zdążyła
już zapomnieć, jak dużo i jak szybko Signe potrafi mówić. - Bardzo
dobrze dbaliście o dom, a trochę sprzątania i prania mi nie zaszkodzi.
Signe prychnęła.
- Mimo to uważam, że mogłaś poprosić o pomoc. Przecież nie mamy wiele do
roboty. Nawet wnuków do niańczenia. Za to Matte wrócił z Göteborga.
Dostał pracę w urzędzie gminy w Tanum.
- Pewnie się cieszycie. Co się stało, że się zdecydował? - Miała go
przed oczami. Jasne włosy, opalony, pogodny.
- Właściwie nie wiem. Jakoś nagle mu to przyszło do głowy. Miał jakiś
wypadek, potem, zdaje się... Zresztą nic takiego. Nie przejmuj się
ględzeniem starej baby. Powiedz lepiej, w czym ci pomóc. Wzięłaś ze sobą
małego? Chciałabym go zobaczyć.
- Sam jest ze mną, ale trochę choruje. - Umilkła. Z radością
przedstawiłaby synka Sverinom, ale dopiero za jakiś czas, gdy wszystko
się uspokoi i okaże się, jak na niego wpłynęły ostatnie wydarzenia. -
Właśnie dlatego chciałabym was prosić o pomoc. Krucho tu z jedzeniem, a nie chciałabym wsadzać go do łodzi i płynąć... - Nie zdążyła dokończyć,
Signe jej przerwała.
- Ależ oczywiście, że ci pomożemy. Gunnar i tak miał po południu
wypłynąć łódką, więc mogę ci zrobić zakupy. Powiedz tylko, czego
potrzebujecie.
- Mam pieniądze, oddam Gunnarowi, jeśli możecie wyłożyć.
- No pewnie, kochanie. Podyktuj mi, co kupić.
Annie wyobraziła sobie, jak Signe zakłada okulary i jak je zsuwa na
czubek nosa, sięgając jednocześnie po kartkę i długopis. Zaczęła
wyliczać, co by im się przydało na wyspie. Nie zapomniała o torebce
słodyczy na sobotę dla Sama. Inaczej byłby zawiedziony. Świetnie się
znał na dniach tygodnia i już w niedzielę zaczynał odliczać dni do
kolejnej sobotniej torebki.
Rozłączyła się i chciała wejść do domu, żeby obudzić Sama, ale zmieniła
zdanie. Pozwoli mu jeszcze pospać.
W komisariacie panował spokój. Bertil Mellberg niezwykle delikatnie
zapytał Patrika, czy chce, żeby koledzy przyszli na pogrzeb, ale Patrik
potrząsnął głową. Kilka dni wcześniej wrócił do pracy i wszyscy chodzili
koło niego na palcach. Nawet Mellberg.
Paula i Mellberg jako pierwsi dotarli na miejsce wypadku. Zobaczyli
zgniecione samochody, zmienione wprost nie do poznania. Nie wierzyli,
żeby ktoś mógł ujść z życiem. Zajrzeli do jednego z nich i natychmiast
rozpoznali Erikę. Minęło dopiero pół godziny, odkąd karetka zabrała
Patrika, a tu jego żona albo nie żyje, albo jest ciężko ranna. Załoga
karetki nie potrafiła powiedzieć, na ile poważne są urazy. Strażacy
cięli karoserie w nieskończoność.
Martin i Gösta pojechali z interwencją, więc dopiero po kilku godzinach
dowiedzieli się o wypadku i zapaści Patrika. Pojechali do szpitala do
Uddevalli. Cały wieczór chodzili po korytarzu, tam i z powrotem. Patrik
leżał na OIOMie. Erika i Anna, która jechała z nią, trafiły prosto na
salę operacyjną.
Patrik zdążył już wrócić do pracy. Na szczęście to nie był zawał, jak
się obawiali, tylko ostra niewydolność wieńcowa. Po trzech miesiącach
zwolnienia lekarze pozwolili mu wrócić do pracy. Zalecili, żeby unikał
stresów. Ciekawe jak, pomyślał Gösta. Przy dwóch niemowlakach w domu i nieszczęściu, które spotkało siostrę Eriki. Sam diabeł by tego nie
wytrzymał.
- Może jednak trzeba było iść na pogrzeb? - Martin zamieszał łyżeczką w filiżance. - Może w gruncie rzeczy Patrik wolałby, żebyśmy przyszli?
- Nie, myślę, że mówił szczerze. - Gösta podrapał Ernsta za uchem. -
Pewnie i tak było dużo ludzi. Bardziej się przydamy w komisariacie.
- Niby jak? Od rana nic się nie dzieje.
- Cisza przed burzą. Im bliżej lipca, tym częściej będziesz marzył o choćby jednym dniu bez pijackich awantur, bójek i włamań.
- To prawda - przyznał Martin. Był w komisariacie najmłodszy, ale już
nie taki zielony. Miał kilkuletnie doświadczenie, brał udział w kilku
naprawdę trudnych śledztwach. W dodatku został ojcem. Gdy Pia urodziła
córeczkę, poczuł się, jakby urósł o kilkadziesiąt centymetrów.
- Widziałeś zaproszenia? - Gösta sięgnął po markizę i jak zwykle zabrał
się do oddzielania jasnego krążka od ciemnego.
- Jakie zaproszenia?
- Będziemy mieli zaszczyt posłużyć za króliki doświadczalne w ośrodku,
który powstaje we Fjällbace.
- Tym w Badis? - Martin się ożywił.
- Właśnie, nowy projekt Erlinga. Miejmy nadzieję, że pójdzie mu lepiej
niż z tym obłędnym Fucking Tanum.
- Mnie się to podoba. Wielu facetów pęka ze śmiechu na samą myśl o tym,
że mieliby sobie zrobić maseczkę. Ja kiedyś sobie pozwoliłem na coś
takiego, w Göteborgu, i było naprawdę bardzo przyjemnie. Przez kilka
tygodni miałem cerę jak pupa niemowlaka.
Gösta z niesmakiem spojrzał na młodszego kolegę. Maseczka? Po moim
trupie! W życiu by nie pozwolił, żeby mu rozsmarowywano na twarzy jakieś
mazidło.
- Okej, sprawdzimy ofertę. Liczę na jakieś pyszne jedzonko, na przykład
bufet deserów.
- Akurat! - zaśmiał się Martin. - W takich miejscach chodzi o dbanie o sylwetkę, nie o napełnianie kałduna.
Gösta zrobił obrażoną minę. Ważył tyle samo co w dniu, kiedy zdawał
maturę. Co do grama. Prychnął i sięgnął po jeszcze jedną markizę.
W domu zastali totalny zamęt. Maja i Lisen skakały po kanapie, Emma i Adrian bili się o płytę DVD, bliźnięta darły się na cały głos. Mama
Patrika wyglądała, jakby chciała wyskoczyć przez okno.
- Dzięki Bogu, że już jesteście - wymknęło jej się i natychmiast
wręczyła synowi i synowej po wrzeszczącym dziecku. - Nie rozumiem, co
ich napadło. Zupełnie powariowali. Próbowałam nakarmić maluchy, ale gdy
karmię jednego, drugi wrzeszczy, a wtedy ten pierwszy się rozprasza, nie
może jeść i też wrzeszczy i... - Zaparło jej dech, umilkła.
- Siadaj, mamo - powiedział Patrik. Z Antonem na ręku poszedł po
butelkę. Synek aż poczerwieniał od krzyku.
- Weź też dla Noela. - Erika próbowała pocieszyć drugiego synka. On
również krzyczał ile sił.
Obaj byli jeszcze bardzo mali. Nie to co Maja. Ona od początku była duża
i krzepka. A i tak wydawali się ogromni w porównaniu z tym, jacy byli,
kiedy się urodzili. Leżeli w inkubatorach, podłączeni do różnych rurek,
i przypominali dwa ptaszki. W szpitalu mówili, że mają naturę
wojowników. Szybko doszli do siebie, zwykle mieli apetyt i szybko
przybierali na wadze. Mimo to Erika i Patrik od czasu do czasu się
niepokoili.
- Dziękuję. - Erika wzięła od Patrika butelkę i usiadła w fotelu z Noelem. Zaczął łapczywie pić. Patrik usiadł w drugim fotelu, z Antonem.
Ucichł równie szybko jak braciszek. Erika nie mogła karmić piersią i pomyślała, że ma to nawet pewne zalety. Mogli się podzielić obowiązkami.
Przy Mai było to znacznie trudniejsze. Wtedy miała wrażenie, że córeczka
jest na stałe przyklejona do jej piersi.
- Jak było? - spytała Kristina. Zdjęła z kanapy Maję i Lisen i kazała im
iść na górę, pobawić się w pokoju Mai. Nie dały się długo prosić, bo
Emma i Adrian już tam byli.
- Czy ja wiem? Martwię się o Annę - odparła Erika.
- Ja też. - Patrik ostrożnie usadowił się wygodniej. - Mam wrażenie, że
zupełnie odsunęła Dana.
- Wiem. Próbowałam z nią o tym rozmawiać. Ale po tym, co przeszła... -
Erika potrząsnęła głową na myśl o tej niesprawiedliwości. Anna miała za
sobą małżeństwo, które było piekłem. Ostatnio wydawało się, że wreszcie
osiągnęła spokój. Bardzo się cieszyła, że będzie miała dziecko z Danem.
To, co się stało, jest tak okrutne, że aż niepojęte.
- Wydaje się, że Emma i Adrian jakoś sobie z tym wszystkim radzą. -
Kristina spojrzała w górę. Dochodził stamtąd śmiech dzieci.
- Może - odparła Erika. - Chyba po prostu się cieszą, że mama wróciła do
domu. Nie jestem pewna, czy już wszystko odreagowali.
- Pewnie masz rację - przyznała Kristina i zerknęła na syna. - A ty? Nie
powinieneś przypadkiem posiedzieć jeszcze w domu, żeby porządnie
odpocząć? Zarzynasz się w pracy i nikt ci za to nawet nie podziękuje.
Powinieneś potraktować to, co się stało, jako sygnał ostrzegawczy.
- W komisariacie jest teraz spokojniej niż tu. - Erika kiwnęła głową,
wskazując na bliźniaki. - Ale zgadzam się, mówię mu to samo.
- Praca mi służy, ale wiesz, że zostałbym w domu dłużej, gdybyś
poprosiła. - Patrik odstawił pustą butelkę i trzymał Antona pionowo,
żeby mu się odbiło.
- Poradzimy sobie.
Mówiła szczerze. Kiedy urodziła Maję, miała wrażenie, że żyje we mgle.
Teraz było zupełnie inaczej. Może okoliczności przyjścia na świat
bliźniaków nie zostawiły miejsca na depresję. Pomogło również to, że
chłopcy już w szpitalu przyzwyczaili się do stałego rytmu snu i karmienia. Jedli o stałych porach, w dodatku jednocześnie. Erika nie
obawiała się, że nie poradzi sobie z opieką nad nimi. Wiedziała, jak
niewiele brakowało, żeby je straciła, więc cieszyła się z każdej chwili
spędzonej z dziećmi.
Przymknęła oczy, pochyliła się i przytknęła nos do puszystej główki
Noela. Pomyślała o Annie. Zacisnęła powieki. Musi wymyślić, jak pomóc
siostrze. Na razie czuła się bezradna. Odetchnęła głęboko, szukała
pocieszenia w zapachu synka.
- Moje kochanie - szepnęła. - Moje kochanie.
- Jak ci idzie w pracy? - powiedziała lekkim tonem Signe, nakładając na
talerz solidną porcję purée z ziemniaków, zielonego groszku i klopsa z sosem.
Matte od powrotu do Fjällbacki tylko dłubał widelcem w talerzu, chociaż
zawsze gdy przychodził do nich na obiad, gotowała mu ulubione dania. Nie
wierzyła, że w domu je cokolwiek. Był chudy jak szczapa. Na szczęście
odkąd zniknęły ślady pobicia, wyglądał trochę lepiej. Aż krzyknęła,
kiedy go zobaczyła w szpitalu Sahlgrenska3, taki był
skatowany. Miał bardzo spuchniętą twarz, ledwo go poznali.
- Dobrze.
Drgnęła. Zwlekał z odpowiedzią tak długo, że zdążyła zapomnieć, że o coś
pytała. Nabrał na widelec trochę purée i kawałeczek klopsa. Signe
złapała się na tym, że wstrzymuje oddech i podąża wzrokiem za widelcem
zmierzającym do ust syna.
- Przestań się na niego gapić, jak je - mruknął Gunnar, biorąc dokładkę.
- Przepraszam - odpowiedziała. - Po prostu... tak się cieszę, kiedy
jesz.
- Mamo, ja się naprawdę nie głodzę. Zobacz. Jem. - Ostentacyjnie nabrał
na widelec sporą porcję i szybko wsunął do ust, żeby nic nie spadło.
- A nie wykorzystują cię za bardzo?
Gunnar rzucił jej kolejne gniewne spojrzenie. Uważał, że jest
nadopiekuńcza i powinna dać synowi spokój, ale ona nie mogła się
powstrzymać. Matte był jej jedynym dzieckiem i od czasu, kiedy przyszedł
na świat, owego grudniowego dnia prawie czterdzieści lat temu, co chwilę
budziła się w nocy zlana potem. Śniło jej się, że przytrafiają mu się
makabryczne rzeczy. Nic nie było dla niej ważniejsze niż to, żeby mu się
dobrze wiodło. Zawsze tak było. Wiedziała, że Gunnar czuje to samo. On
też uwielbiał syna, ale robił wszystko, żeby odpędzić od siebie te
mroczne obawy.
Nie opuszczała jej myśl, że w jednej chwili mogłaby go stracić. Kiedy
był niemowlęciem, śniło jej się, że ma niewykrytą wadę serca. Zmusiła
lekarzy do przeprowadzenia gruntownych badań. Wykazały, że jest zdrów
jak ryba. Przez pierwszy rok nigdy nie spała dłużej niż godzinę, ciągle
się upewniała, że oddycha. Kiedy podrósł, a nawet później, kiedy poszedł
do szkoły, kroiła mu jedzenie na małe kawałeczki, żeby się nie udławił.
Ciągle śniły jej się samochody miażdżące jego miękkie ciałko.
Gdy dorastał, miewała jeszcze gorsze sny: że się upił do
nieprzytomności, że prowadził samochód po pijanemu albo się bił. Czasem
rzucała się we śnie tak strasznie, że budziła Gunnara. Po jednym
koszmarze przychodził następny. W końcu wstawała i czekała na powrót
syna, wodząc wzrokiem od okna do telefonu i z powrotem. Kiedy w końcu
słyszała kroki przed domem, jej serce zaczynało bić szybciej.
Kiedy się wyprowadził, trochę się uspokoiła. Uważała nawet, że to
dziwne, że kiedy już nie może nad nim czuwać, powinna się bać jeszcze
bardziej. Wiedziała, że nie będzie się niepotrzebnie narażał. Był
ostrożny. Udało jej się mu to wpoić. Był również wrażliwy i nigdy by
nikogo nie skrzywdził. W związku z tym założyła, że również jemu nikt
nie zrobi krzywdy.
Uśmiechnęła się. Przypomniała sobie, ile zwierzaków przyprowadzał do
domu. Ranne, porzucone albo po prostu zaniedbane. Trzy koty, dwa jeże
potrącone przez samochód i wróbel ze złamanym skrzydłem. I wąż, którego
znalazła w szufladzie, wkładając do niej uprane kalesony. Potem musiał
jej dać słowo honoru, że zostawi gady ich losowi, niezależnie od tego,
czy będą ranne, czy porzucone. Zgodził się, choć niechętnie.
Dziwiła się, że nie został weterynarzem albo lekarzem. Ale wyglądało na
to, że podobały mu się studia w Wyższej Szkole Handlowej. Miał głowę do
liczb. Praca w gminie też mu chyba odpowiadała. Mimo to coś nie dawało
jej spokoju. Nie umiałaby powiedzieć co, ale nocne koszmary wróciły. Co
noc budziła się spocona. To te obrazy, które stawały jej przed oczyma.
Coś było nie w porządku, ale jej ostrożne pytania zderzały się z murem
milczenia. Skupiła się więc na dokarmianiu go. Niechby utył kilka
kilogramów, a będzie dobrze.
- Może byś jeszcze trochę zjadł? - spytała, bo Matte odłożył widelec,
zostawiając na talerzu połowę ogromnej porcji.
- Przestań, Signe - powiedział Gunnar. - Daj mu spokój.
- Nie szkodzi - zapewnił Matte z bladym uśmiechem.
Synuś mamusi. Nie chce, żeby z jego powodu miała przykrości, chociaż po
przeszło czterdziestu latach małżeństwa wiedziała, że mąż sobie pogada,
i tyle. Lepszego chłopa ze świecą szukać. Zrobiło jej się głupio, jak
wiele razy przedtem. To jej wina, za bardzo się o wszystko trzęsie.
- Przepraszam, Matte. Oczywiście nie musisz jeść.
Użyła zdrobnienia z czasów dzieciństwa, gdy jeszcze nie umiał dobrze
wymówić własnego imienia. Sam nazwał siebie Matte i tak już zostało.
- Wiesz, kto przyjechał w odwiedziny? - spytała lekkim tonem, zbierając
ze stołu talerze.
- Nie mam pojęcia.
- Annie.
Matte drgnął i spojrzał na matkę.
- Moja Annie?
Gunnar zarechotał.
- Wiedziałem, że cię to zainteresuje. Nadal masz do niej słabość.
- Daj spokój, tato.
Signe przypomniał się Matte jako nastolatek. Jak z opadającą na oczy
grzywką oświadczył, że ma dziewczynę.
- Zawiozłem jej dziś trochę jedzenia - powiedział Gunnar. - Jest na
Wyspie Duchów4.
- Fuj, nie mów tak. - Signe się wzdrygnęła. - Nazywa się Gr?skär.
- Kiedy przyjechała? - spytał Matte.
- Chyba wczoraj. Z synem.
- Długo zostanie?
- Powiedziała, że jeszcze nie wie. - Gunnar włożył prymkę tytoniu pod
górną wargę i rozparł się wygodnie na krześle.
- Jak wygląda... nie zmieniła się?
Gunnar skinął głową.
- Nie, skąd. Ładna jak dawniej. Tylko w oczach ma jakiś smutek, ale może
mi się zdawało. Może jakieś nieporozumienia małżeńskie. Czy ja wiem?
- Nie wiesz, to nie mów - upomniała go Signe. - Widziałeś chłopca?
- Nie. Annie wyszła do mnie na pomost, nie miałem czasu zostać dłużej.
Ale mógłbyś popłynąć, zobaczyć się z nią. - Gunnar odwrócił się do
Mattego. - Na pewno się ucieszy, że ktoś ją odwiedzi na Wyspie Duchów.
To znaczy na Gr?skär - dodał z wyraźną kpiną, zerkając na żonę.
- To zwykłe brednie i zabobony. Uważam, że nie ma co powtarzać. - Signe
zmarszczyła czoło.
- Annie w to wierzy - powiedział cicho Matte. - Zawsze mówiła, że oni
tam są.
- Jacy oni? - Signe wolałaby zmienić temat, ale była ciekawa.
- Zmarli. Mówiła, że czasem ich słyszy, a nawet widuje. Nie robią nikomu
nic złego, po prostu zostali na wyspie.
- Coś okropnego. Lepiej zjedzmy deser. Ugotowałam kisiel rabarbarowy. -
Signe zerwała się od stołu. - Tata gada głupstwa, ale w jednym ma rację.
Annie na pewno by się ucieszyła z odwiedzin.
Matte nie odpowiedział. Myślami błądził gdzieś daleko.
Fjällbacka 1870
Emelie była przerażona. Nigdy nawet nie widziała morza, a teraz płynęła
łodzią, która wydawała jej się wyjątkowo chybotliwa. Mocno chwyciła za
reling, by nie dać się falom, które rzucały nią po pokładzie. Szukała
wzroku Karla, ale on uparcie patrzył przed siebie, w punkt, który był
celem ich podróży.
Ciągle miała w uszach tamte słowa. Pomyślała, że to tylko głupie
gadanie przesądnej starej baby. Ale i tak nie mogła się od nich uwolnić.
Rano, gdy ładowali bagaże na niewielką żaglówkę cumującą w porcie we
Fjällbace, stara spytała, dokąd płyną.
- Na Gr?skär - odparła wesoło. - Mój mąż, Karl, jest nowym
latarnikiem.
Na babie nie zrobiło to wrażenia. Przeciwnie. Prychnęła i z dziwnym
uśmieszkiem powiedziała:
- Gr?skär? No, no! W całej okolicy nikt tak nie mówi na tę wyspę.
Emelie czuła, że lepiej nie pytać, ale ciekawość zwyciężyła.
- A jak mówicie?
Baba milczała chwilę, potem zniżyła głos.
- U nas mówią Wyspa Duchów.
- Wyspa Duchów? - Zaśmiała się nerwowym śmiechem. Poniósł się po
wodzie. - A to dopiero. Skąd ta nazwa?
W oczach baby pojawił się błysk.
- Mówią, że kto tu umrze, zostaje na wyspie. - Odwróciła się na pięcie
i poszła. Emelie została wśród tobołków i kufrów, z uczuciem dziwnego
ściskania w brzuchu. Wyparło wcześniejsze radosne oczekiwanie.
Teraz miała wrażenie, jakby lada chwila miała umrzeć. Morze było takie
ogromne, nieokiełznane. Wydawało jej się, że ją wessie. Nie umiała
pływać, była przekonana, że jeśli te ogromne fale przewrócą łódź,
wciągną ją odmęty. Choć Karl mówił, że to nie fale, tylko zmarszczki na
wodzie. Mocno trzymała się relingu, ze wzrokiem wbitym w podłogę, którą
Karl nazywał pokładem.
- Spójrz przed siebie, to Gr?skär - powiedział. Nabrała powietrza i spojrzała. Uderzyła ją uroda tego miejsca, małej wysepki. Dom lśnił w słońcu, od szarych skał odbijały się błyski. Przy jednym z narożników
domu zobaczyła malwy i zdziwiła się, że rosną tak bujnie w tak jałowym
miejscu. Na zachodzie wyspa kończyła się stromym urwiskiem, jakby skała
została przecięta na pół. Z innych stron schodziła łagodnie ku morzu.
Nagle morze przestało jej się wydawać dzikie, ale bardzo pragnęła
poczuć stały ląd pod stopami. Gr?skär już ją oczarowała. Odsunęła od
siebie słowa staruchy. Wyspa Duchów. W tak pięknym miejscu nie może się
czaić zło.
W nocy Annie znów je słyszała. Te same
szepty i głosy co w dzieciństwie. Gdy się obudziła, zegar wskazywał
trzecią. W pierwszej chwili nie wiedziała, co ją zbudziło. Po chwili
usłyszała z dołu rozmowę, szuranie krzesłem. O czym rozmawiają zmarli? O tym, co się działo, zanim umarli, czy o tym, co się dzieje teraz, wiele
lat później?
Czuła ich obecność zawsze, jak daleko sięgała pamięcią. Mama mówiła, że
już w niemowlęctwie nagle zaczynała się śmiać i machać rączkami, jakby
zobaczyła kogoś, kto dla innych był niewidzialny. W miarę jak dorastała,
była coraz bardziej świadoma ich obecności. Jakiś głos, przemykający
cień albo poczucie, że w pokoju ktoś jest. Ale i wtedy, i teraz
wiedziała, że nie chcą jej zrobić nic złego. Długo leżała, nasłuchując
głosów, w końcu ukołysały ją do snu.
Rano pamiętała to tak, jak się pamięta sen. Przygotowała śniadanie dla
siebie i Sama, ale nie chciał jeść, choć dała mu jego ulubione płatki.
- Kochanie, proszę, chociaż łyżkę. Łyżeczkę - namawiała, ale nie
przełknął ani jednej. Z westchnieniem odłożyła łyżkę. - Zrozum, musisz
jeść. - Pogłaskała go po policzku.
Od tamtego czasu nie odezwał się nawet słowem, ale Annie odsuwała
wszelkie obawy. Powinna mu dać czas, nie naciskać, być z nim. Z czasem
wspomnienia się otorbią i wyprą je inne, nowe. Najlepiej zrobi mu pobyt
na Gr?skär, z dala od wszystkiego, bliskość skał, słońca i słonego
morza.
- Wiesz co? Dajmy sobie spokój z jedzeniem i chodźmy się kąpać.
Nie odpowiadał, więc po prostu wzięła go na ręce i wyniosła na słońce.
Potem go delikatnie rozebrała i zaniosła do wody, jakby był rocznym
niemowlęciem, a nie dużym pięciolatkiem. Woda nie była zbyt ciepła, ale
nie protestował. Przytuliła jego głowę do piersi. To dla niego najlepsze
lekarstwo. Zostaną tu, dopóki burza nie ucichnie. Potem wszystko będzie
jak dawniej.
- Myślałam, że wracasz dopiero w poniedziałek. - Annika zsunęła okulary
na czubek nosa i patrzyła badawczo na Patrika. Przystanął w drzwiach jej
pokoju, który był jednocześnie dyżurką.
- Erika mnie wygoniła. Powiedziała, że już nie może na mnie patrzeć. -
Próbował się uśmiechnąć, ale tkwiło w nim jeszcze wspomnienie
poprzedniego dnia i uśmiech nie objął oczu.
- Świetnie ją rozumiem - powiedziała Annika. W oczach miała ten sam
smutek. Śmierć dziecka nie pozostawia nikogo obojętnym. Jej wrażliwość
na dziecięcą krzywdę wzrosła jeszcze bardziej, odkąd się dowiedziała, że
wkrótce przyleci do nich z Chin wytęskniona adoptowana córeczka.
- Dzieje się coś?
- Nie powiedziałabym. To co zwykle. Trzeci w tym tygodniu telefon od
pani Strömberg. Zięć ją morduje. Złapaliśmy kilku małolatów na kradzieży
w domu towarowym Hedemyrs.
- Innymi słowy jazda na całego.
- Tematem dnia jest zaproszenie. Mamy spróbować wspaniałości, jakie
oferuje nowy ośrodek w Badis.
- Nie mam nic przeciwko temu. Mogę się poświęcić i pójść.
- Tak czy inaczej, cieszę się, że zrobiło się tam tak ładnie -
powiedziała Annika. - Przedtem to była rudera. W każdej chwili mogła się
zawalić.
- Tak, fajna sprawa, chociaż nie jestem pewien, czy interes się opłaci.
Remont musiał kosztować majątek, ale czy ludzie będą tu przyjeżdżać do
spa?
- Jeśli się okaże, że nie, to Erling będzie miał przechlapane. Według
mojej koleżanki, która pracuje w gminie, poszło na to sporo kasy z gminnego budżetu.
- Wyobrażam sobie. A ile gadania o tym przyjęciu! Na to też pójdzie
sporo kasy.
- Cały komisariat jest zaproszony, gdybyś nie wiedział. Trzeba się
przygotować, pełna gala.
- Wszyscy wyszli? - Patrik zmienił temat. Nie bawiły go ani wieczorowe
stroje, ani imprezy.
- Tak, oprócz Mellberga. Pewnie jak zwykle siedzi u siebie. Nic się nie
zmieniło, ale on opowiada, że musiał wrócić do pracy wcześniej, ponieważ
w komisariacie mogło dojść do katastrofy. Ale z tego, co mi mówiła
Paula, wynika, że musiały poszukać innego rozwiązania, bo zanosiło się
na to, że Leo już jako dziecko zostanie zawodnikiem sumo. Kroplą, która
przelała czarę, było to, że pewnego dnia Rita wróciła do domu wcześniej
i zastała Bertila przy miksowaniu na papkę hamburgera. Poszła do pracy i złożyła podanie o czasowe przejście na pół etatu.
- Żartujesz.
- Słowo daję. Dlatego my będziemy się z nim męczyć na cały etat. Chociaż
Ernst się cieszy. Mellberg zostawiał go w komisariacie, gdy się zajmował
małym, i psisko usychało z tęsknoty. Cały czas leżał na posłaniu i piszczał.
- To nawet dobrze, że wszystko jest jak zwykle - zauważył Patrik. Zanim
wszedł do swojego pokoju, zaczerpnął tchu. Może praca pomoże mu
zapomnieć o wydarzeniach poprzedniego dnia.
Chciałaby już nigdy nie wstawać. Chciałaby zostać w łóżku i przez okno
patrzeć na niebo, raz błękitne, raz szare. Przez chwilę myślała, że
wolałaby nawet znów być w szpitalu. Tam było jakoś łatwiej. Cicho i spokojnie. Wszyscy zachowywali się taktownie i delikatnie, mówili cicho,
karmili i pomagali się umyć. W domu przeszkadzało jej wiele rzeczy.
Odgłosy zabawy, krzyki dzieci odbijające się echem od ścian. Od czasu do
czasu któreś z nich zaglądało do pokoju i patrzyło na nią wielkimi
oczami. Miała wrażenie, że czegoś chcą, czegoś, czego nie mogła im dać.
- Anno, śpisz?
Dan. Wolałaby udawać, że śpi, ale wiedziała, że nie da się nabrać.
- Nie.
- Zrobiłem coś do jedzenia. Zupę pomidorową i grzanki z twarożkiem.
Pomyślałem, że może zejdziesz i zjesz z nami. Dzieci się o ciebie
dopytują.
- Nie.
- Nie... znaczy, że nie zejdziesz czy że nie będziesz jadła?
W jego głosie słyszała desperację, ale była nieporuszona. Nic już nie
było w stanie jej poruszyć. W środku była zupełnie pusta. Niezdolna ani
do płaczu, ani do złości.
- Nie.
- Musisz jeść. Musisz... - Głos mu się załamał. Z głośnym stuknięciem
odstawił tacę na nocny stolik, zupa chlupnęła.
- Nie.
- Anno, ja też straciłem dziecko. A dzieci braciszka. Jesteś nam
potrzebna. My też...
Szukał słowa. Anna miała w głowie tylko jedną odpowiedź. Odwróciła
wzrok.
- Nie.
Po chwili usłyszała, jak Dan wychodzi. Znów spojrzała w okno.
Niepokoiła się, bo Sam sprawiał wrażenie nieobecnego.
- Kochanie moje. - Kołysała go w ramionach i głaskała po głowie. Do tej
pory nie wymówił nawet jednego słowa. Uderzyła ją myśl, że powinna go
zabrać do lekarza, ale natychmiast ją odrzuciła. Nie chciała wpuszczać
do ich świata nikogo obcego. Syn dojdzie do siebie, trzeba go zostawić w spokoju.
- Pośpisz trochę po obiedzie, tak?
Nie odpowiedział, zaniosła go do łóżeczka i przykryła. Zaparzyła kawę w dzbanku, nalała do filiżanki, dolała mleka i poszła na pomost. Dzień
nadal był bardzo piękny, słońce przyjemnie grzało w twarz. Fredrik
kochał, wręcz uwielbiał słońce. Ciągle narzekał, że w Szwecji jest zimno
i słońce świeci tak rzadko.
Skąd się nagle wzięły myśli o Fredriku? Przecież odepchnęła je daleko. W ich życiu już nie ma miejsca ani dla Fredrika, ani dla jego bezustannych
wymagań i potrzeby sprawowania kontroli nad wszystkim i wszystkimi
wokół, zwłaszcza nad nią i Samem.
Na Gr?skär nie ma śladu Fredrika. Nigdy go nie było, wyspa jest jej
wyłączną własnością. Nie chciał tu przyjeżdżać. Po cholerę siedzieć na
jakiejś skalistej wyspie, odpowiedział, gdy go parę razy poprosiła.
Teraz była nawet zadowolona. Nie zbrukał wyspy swoją obecnością.
Pozostała czysta, należy tylko do niej i do Sama.
Mocno zacisnęła dłoń na filiżance. Jak szybko minęły te lata. Staczała
się po równi pochyłej, w końcu utknęła. Nie miała wyjścia, żadnej
możliwości ucieczki. Nie miała nikogo poza Fredrikiem i Samem. Gdzie
miała się podziać?
Teraz wreszcie są wolni. Na twarzy czuła słoną morską bryzę. Udało się.
Niech tylko Sam wyzdrowieje, wtedy będą mogli żyć swoim życiem.
Annie wróciła do domu. Przyszedł od rodziców i myślał o niej cały
wieczór. Annie z długimi jasnymi włosami i piegami na nosku i ramionach,
pachnąca morzem i latem. Wciąż czuł jej ciepło w ramionach. To prawda,
co mówią: stara miłość nie rdzewieje. A lato spędzone na Gr?skär było po
prostu magiczne, inaczej nie da się tego nazwać. Przez trzy kolejne lata
pływał do niej łódką, jak najczęściej, i razem brali wyspę w posiadanie.
Ale czasem budziła w nim lęk. Wtedy, gdy nagle przestawała się śmiać i miał wrażenie, jakby się zapadała w ciemność, do której nie miał
dostępu. Nie potrafiła nazwać uczuć, które ją ogarniały, a on nauczył
się, że trzeba ją zostawić w spokoju. Ostatniego lata tych ciemnych
chwil było coraz więcej. Annie powoli się od niego oddalała. W sierpniu,
gdy odprowadzał ją na pociąg do Sztokholmu, wiedział, że to już koniec.
Od tamtej pory nie mieli ze sobą kontaktu. Próbował jeszcze do niej
dzwonić, gdy rok później jej rodzice umarli, jedno po drugim, ale
usłyszał tylko jej głos nagrany na automatyczną sekretarkę. Nie
oddzwoniła. Dom na Gr?skär stał pusty. Wiedział, że jego rodzice go
doglądają i że Annie raz na jakiś czas przysyła im jakieś pieniądze. Ale
już nie przyjeżdżała i z upływem lat wspomnienia wyblakły.
Teraz znów tu była. Siedział przy biurku i patrzył przed siebie. Był
coraz bardziej pewien, że powinien się zająć pewnymi sprawami. Ale jego
myśli ciągle zaprzątała Annie. Gdy słońce zaczęło zachodzić nad
budynkiem urzędu gminy Tanumshede, zebrał leżące przed nim papiery. Musi
się z nią spotkać. Zdecydowanym krokiem wyszedł z pokoju. Przystanął,
żeby zamienić kilka słów z Erlingiem, i ruszył do samochodu. Ręka mu
drżała, gdy przekręcał kluczyk w stacyjce.
- Wcześnie dziś wróciłeś, kochanie!
Vivianne wyszła mu na spotkanie i złożyła chłodny pocałunek na jego
policzku. Nie mógł się powstrzymać, objął ją wpół i przyciągnął do
siebie.
- Uspokój się. To zostawimy sobie na później. - Zatrzymała go, położyła
mu rękę na piersi.
- Jesteś pewna? Ostatnio wieczorami jestem jakiś zmęczony. - Znów ją
przyciągnął. Ku jego rozczarowaniu znów się uwolniła z objęć i poszła do
swojego pokoju.
- Trochę cierpliwości. Mam tyle do zrobienia, że w ogóle nie mogłabym
się odprężyć, a wiesz, co się wtedy ze mną dzieje.
- No tak.
Erling patrzył na nią z nosem spuszczonym na kwintę. Pewnie, że może
poczekać, ale od przeszło tygodnia zasypiał wieczorami na kanapie. Co
rano budził się z poduchą wsuniętą pod głowę, czule okryty kocem.
Zupełnie tego nie rozumiał. To na pewno z przemęczenia. Powinien więcej
zadań zlecać podwładnym.
- Kupiłem trochę pyszności - zawołał.
- Kochany jesteś. A co takiego?
- Krewetki od Braci Olssonów i butelkę dobrego chablis.
- Pycha. Skończę koło ósmej. Byłoby wspaniale, gdybyś się do tej pory ze
wszystkim uwinął.
- Oczywiście, kochanie - mruknął w odpowiedzi.
Chwycił torby z zakupami i zaniósł je do kuchni. Musiał przyznać, że
dziwnie się z tym czuł. Kiedy był mężem Viveki, to ona zajmowała się
domem. A potem wprowadziła się Vivianne i jakoś jej się udało przerzucić
to na niego. Ciągle zachodził w głowę, jak to się stało.
Westchnął głośno i zaczął wstawiać zakupy do lodówki. Potem pomyślał o czekających go wieczornych atrakcjach i trochę się rozchmurzył.
Dopilnuje, żeby się odprężyła. Warto odsłużyć swoje w kuchni.
Erika szła przez Fjällbackę. Sapała. Ciąża bliźniacza, potem jeszcze
cesarskie cięcie. Niezbyt to korzystne dla figury, dla kondycji też nie.
Teraz jednak ten problem wydawał jej się wręcz trywialny. Jej chłopcy
przeżyli i są zdrowi. Co rano budzili się około wpół do siódmej.
Słyszała ich krzyki i oczy wilgotniały jej z wdzięczności.
Cios, który spadł na Annę, wydawał się tym boleśniejszy. Erika po raz
pierwszy zupełnie nie wiedziała, jak rozmawiać z siostrą. Ich relacje
nie zawsze były łatwe, ale opiekowała się nią już od wczesnego
dzieciństwa, opatrywała jej skaleczenia i wycierała łzy. Teraz było
inaczej. Już nie chodziło o zwykłe skaleczenie, tylko o głęboką ranę
duszy. Erika miała wrażenie, że się przygląda, jak z Anny uchodzi wola
życia. Co zrobić, żeby zaleczyć tę straszną ranę? Erika bolała nad tym,
że synek Anny umarł, a jednocześnie nie potrafiła ukryć radości, że jej
dzieci żyją. Po wypadku Anna nie chciała na nią spojrzeć. Erika często
przychodziła do szpitala i siadała przy jej łóżku, ale Anna ani razu nie
spojrzała jej w oczy.
Odkąd Anna wróciła ze szpitala, Erika nie mogła się zebrać, żeby ją
odwiedzić. Kilka razy dzwoniła do Dana. Był wyraźnie przybity i załamany. Ale nie mogła dłużej zwlekać. Poprosiła Kristinę, żeby
posiedziała z Mają i bliźniętami. Przecież to jej siostra. Czuła się za
nią odpowiedzialna.
Mocno zapukała w drzwi. Słyszała krzyki bawiących się dzieci. Otworzyła
Emma.
- Ciocia Erika! - zawołała radośnie. - A gdzie dzidziusie?
- Zostały w domu, z Mają i z babcią. - Erika pogłaskała siostrzenicę po
policzku. Emma była taka podobna do małej Anny.
- Mama jest - powiedziała Emma, podnosząc wzrok. - Nic tylko śpi i śpi,
a tata mówi, że to dlatego. Smutno jej, że dzidziuś z jej brzuszka
poszedł do nieba, zamiast zamieszkać z nami. Ja go nawet rozumiem, bo
Adrian strasznie psoci, a Lisen ciągle się drażni. Ale ja byłabym dla
niego miła. Naprawdę.
- Kochanie, jestem tego najzupełniej pewna. Ale pomyśl, jak mu fajnie
tak sobie skakać z chmurki na chmurkę.
- Tak jak na trampolinie? - Emma aż się rozpromieniła.
- Żebyś wiedziała. Tam jest mnóstwo trampolin.
- Ojej, ja też bym chciała mieć mnóstwo trampolin - powiedziała Emma. -
U nas w ogrodzie jest tylko jedna, mała, jednoosobowa, a Lisen zawsze
chce być pierwsza i nigdy nie mogę się doczekać swojej kolejki. -
Obróciła się na pięcie i mrucząc pod nosem, poszła do salonu.
Do Eriki dopiero teraz dotarło, co Emma powiedziała. Nazwała Dana tatą.
Erika się uśmiechnęła. Nawet się nie zdziwiła, bo Dan pokochał dzieci
Anny, a one od początku pokochały jego. Ich wspólne dziecko zespoliłoby
rodzinę jeszcze mocniej. Erika przełknęła ślinę i poszła za Emmą do
pokoju. Wyglądał jak po wybuchu bomby.
- Przepraszam za bałagan. - Dan był zmieszany. - Nie nadążam ze
wszystkim i cały czas mam wrażenie, że doba jest za krótka.
- Doskonale cię rozumiem. Zobaczyłbyś, jak wygląda nasz dom. - Erika
zatrzymała się w drzwiach i zerknęła na piętro. - Mogę iść?
- Tak, zrób to. - Dan przesunął dłonią po twarzy. Widać było, że jest
bardzo zmęczony i przybity.
- Ja chcę z tobą - powiedziała Emma.
Dan kucnął przy niej i spokojnie przekonał, żeby pozwoliła cioci pójść
samej.
Sypialnia Dana i Anny znajdowała się na prawo od schodów. Erika już
miała zapukać, ale zatrzymała rękę i ostrożnie otworzyła drzwi. Anna
leżała twarzą do okna, promienie zachodzącego słońca prześwietlały jej
króciutkie włosy. Prześwitywała spod nich skóra. Erikę zabolało serce.
Przez długie lata była dla Anny raczej mamą niż starszą siostrą i dopiero ostatnio stały się prawdziwymi siostrami. Teraz w jednej chwili
wróciły do dawnego układu: malutka i bezbronna Anna i nadopiekuńcza i pełna obaw Erika.
Anna oddychała równo, spokojnie. W pewnej chwili jęknęła żałośnie. Erika
domyśliła się, że siostra śpi. Podeszła na palcach i ostrożnie usiadła
na brzegu łóżka, żeby jej nie obudzić. Z czułością dotknęła jej biodra.
Będzie przy niej bez względu na to, czy Anna tego chce, czy nie. Są
siostrami. I przyjaciółkami.
- Tata przyszedł! - zawołał głośno Patrik, czekając na ten sam co zawsze
odzew. I rzeczywiście. Najpierw rozległ się tupot nóżek, potem zza rogu
wypadła Maja. Pędziła wprost na niego.
- Tataaa! - Obcałowała go po twarzy, jakby wracał z dalekiej podróży, a nie z pracy.
- Cześć, kochanie moje. - Uściskał ją mocno i wtulił nos w jej szyjkę.
Wdychał ten szczególny Majowy zapach. Zawsze go przyprawiał o szybsze
bicie serca.
- Myślałam, że będziesz pracował tylko pół dnia. - Matka wycierała ręce
w kuchenną ścierkę. Rzuciła mu takie samo spojrzenie jak wtedy, gdy był
nastolatkiem i wracał później, niż obiecał.
- Tak miało być, ale było mi tak dobrze, że znów jestem w pracy, że
zostałem trochę dłużej. Ale bez nerwów. Nic się nie dzieje.
- Sam wiesz najlepiej. Ale trzeba słuchać własnego organizmu. To poważne
sprawy.
- Tak, tak. - Patrik wolałby, żeby przestała o tym mówić. Niepotrzebnie
się niepokoi. Nadal siedział w nim strach, który czuł w karetce, gdy
jechał do Uddevalli. Myślał wtedy, że umiera, był nawet o tym święcie
przekonany. Przed oczami stawała mu Maja z Eriką i nawet bliźnięta,
których już nie pozna. Te obrazy mieszały się z bólem w piersi.
Przytomność odzyskał na OIOMie. Dopiero wtedy do niego dotarło, że żyje,
ale jego organizm dał mu sygnał, że powinien zwolnić. Potem dowiedział
się o wypadku i przyszedł nowy ból. Gdy go zawieźli do bliźniąt, w pierwszym odruchu chciał zawrócić. Byli tacy mali i bezbronni. Ich
drobniutkie ciałka z trudem się unosiły i opadały wraz z oddechem, od
czasu do czasu przeszywał je skurcz. Nie wierzył, że coś tak małego może
przeżyć. Dlatego nie chciał się nawet zbliżać, nie chciał ich dotykać.
Nie miał pewności, czy potem potrafiłby się z nimi pożegnać.
- Gdzie braciszkowie? - spytał Maję. Trzymał ją na rękach, a ona mocno
obejmowała go za szyję.
- Śpią. Zrobili kupę. Okropnie wielką. Babcia ich wycierała. Fu, jak
śmierdziało! - Skrzywiła się.
- Prawdziwe aniołki. - Kristina aż pojaśniała. - Wypili prawie po dwie
butelki, a potem usnęli bez najmniejszego kłopotu. No tak, najpierw, jak
mówiła Maja, zrobili kupę.
- Zajrzę do nich - powiedział Patrik. Od kiedy przyjechali ze szpitala,
zawsze starał się być blisko. A dziś zdążył się za nimi porządnie
stęsknić.
Poszedł na górę, do sypialni. Postanowili nie rozdzielać chłopców, spali
w jednym łóżku. Leżeli przytuleni, nos w nos. Noel położył rączkę na
Antonie, jakby go osłaniał. Patrik był ciekaw, jak to będzie w przyszłości. Noel wydawał się bardziej energiczny i głośniejszy od
Antona. Jego można było określić jako zadowolonego z życia. Gaworzył
radośnie i były to jedyne dźwięki, jakie wydawał, pod warunkiem że mógł
zjeść i pospać, ile i kiedy chciał. Natomiast Noel bywał niezadowolony i wyrażał to w sposób bardzo zdecydowany. Nie lubił być ubierany ani
przewijany, a najbardziej nie lubił kąpieli. Sądząc po wrzaskach, jakie
wtedy urządzał, woda jawiła mu się jako śmiertelne zagrożenie.
Patrik długo stał nad łóżeczkiem. Obserwował, jak oczy chłopców
poruszają się pod powiekami. Był ciekaw, czy śni im się to samo.
Annie siedziała na schodkach przed domem. Słońce zachodziło. Zauważyła
zbliżającą się łódź. Sam poszedł już spać. Powoli wstała i zeszła na
pomost.
- Mogę się tu zdesantować?
Jego głos brzmiał znajomo jak dawniej, a jednak zmienił się. Słychać
było, że wiele przeżył. W pierwszej chwili chciała krzyknąć: Nie
wysiadaj! Już nie przynależysz do tego miejsca! Ale złapała koniec liny,
wprawnym ruchem zawiązała półsztyk i przycumowała łódkę. W następnej
chwili stał przed nią na pomoście. Już zapomniała, jaki jest wysoki.
Zawsze mogła oprzeć głowę o jego pierś, chociaż dorównywała wzrostem
większości mężczyzn. Od Fredrika była nawet kilka centymetrów wyższa, co
go okropnie złościło. To i wiele innych rzeczy. Jeśli wychodzili gdzieś
razem, nie pozwalał jej wkładać wysokich obcasów.
Nie wolno myśleć o Fredriku. Nie wolno myśleć...
Nagle znalazła się w jego objęciach. Sama nie wiedziała ani jak, ani kto
zrobił pierwszy krok. Po prostu się stało, jej policzek ocierał się o szorstki sweter. Poczuła się bezpieczna. Wciągała w nozdrza znajomy
zapach, którego nie czuła od tylu lat. Zapach Mattego.
- Witaj. - Uścisnął ją jeszcze mocniej, jakby chciał przytrzymać, żeby
nie upadła. Tak było. Chciałaby na zawsze zostać w tych objęciach,
przypomnieć sobie wszystko, co kiedyś było nią, ale przepadło w mrokach
rozpaczy. W końcu ją wypuścił z objęć i trzymając przed sobą, przyglądał
się, jakby ją widział po raz pierwszy.
- Nie zmieniłaś się - powiedział. Ale w jego oczach widziała, że to
nieprawda. Zmieniła się, stała się kimś innym. Widziała, że czytał to z jej twarzy, z bruzd wokół oczu i ust. Mimo to gotów był udawać, że jest
inaczej. Kochała go za to. Zawsze dobrze mu szło udawanie, że wystarczy
mocno zacisnąć powieki, a zło samo zniknie.
- Chodź - powiedziała, wyciągając rękę.
Chwycił ją i poszli do domu.
- Wyspa wygląda tak jak zawsze. - Wiatr poniósł jego słowa na skały.
- Tak, nic się nie zmieniło. - Chciała coś dodać, ale Matte już wszedł
do środka. Musiał się pochylić w drzwiach. Chwila przeminęła. Z nim
zawsze tak się działo. Przypomniała sobie, jak to było, kiedy chciała mu
wyjawić to, co w sobie nosiła, ale w końcu wszystko zostawało w niej,
nie potrafiła mu powiedzieć. Było mu wtedy przykro. Wiedziała o tym.
Było mu przykro, że się przed nim zamyka, gdy nadchodzą te mroczne
chwile.
Teraz też nie chciała go do siebie dopuścić, ale mogła przynajmniej
pozwolić, żeby z nią posiedział w domu. Chociaż chwilkę. Potrzebowała
go. Jego ciepła. Tak długo żyła w chłodzie.
- Napijesz się herbaty? - Nie czekając na odpowiedź, wstawiła garnek
wody. Musiała się czymś zająć, żeby nie dostrzegł, że cała drży.
- Z przyjemnością. A gdzie mały? Ile ma lat?
Spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
- Rodzice zadbali, żebym był informowany na bieżąco - odparł z uśmiechem.
- Ma pięć lat. Już śpi.
- Ach tak. - Był wyraźnie zawiedziony.
Wzruszyło ją to. To coś znaczy. Często się zastanawiała, jak by to było,
gdyby miała dziecko z Mattem, a nie z Fredrikiem. Ale wtedy nie byłby to
Sam, tylko zupełnie inne dziecko, i tej myśli nie chciała do siebie
dopuścić.
Cieszyła się, że Sam śpi. Nie chciała, żeby Matte zobaczył go w tym
stanie. Jeszcze zdążą się poznać. Niech tylko Sam wyzdrowieje, wróci to
szelmowskie spojrzenie, wtedy się spotkają. Już się na to cieszyła.
Przez chwilę w milczeniu popijali gorącą herbatę, minęło dużo czasu,
czuli się sobie obcy. Ale po chwili zaczęli mówić, choć nie bardzo im to
szło. Już nie byli tymi samymi ludźmi co kiedyś. Stopniowo odnajdywali
znajomy rytm i ton, w końcu mogli odrzucić to, co narosło przez lata.
Kiedy go wzięła za rękę i zaprowadziła na piętro, czuł, że wszystko jest
tak, jak być powinno. Potem zasnęła w jego ramionach, z jego oddechem
przy uchu. Słyszała, jak fale biją o skały.
Vivianne przykryła Erlinga kocem. Środek nasenny jak zwykle go
znokautował. Zaczął się nawet zastanawiać, dlaczego co wieczór nagle
zasypia na kanapie. Wiedziała, że musi być ostrożna, ale już nie
potrafiła się przemóc, nie chciała czuć na sobie jego ciała. Nie mogła,
i już.
Poszła do kuchni, wyrzuciła do kosza skorupki krewetek, opłukała talerze
i wstawiła je do zmywarki. Resztkę wina, która została w butelce, wlała
do czystego kieliszka i poszła z nim do pokoju z telewizorem.
Byli już blisko i zaczęła się denerwować. W ostatnich dniach miała
wrażenie, że pieczołowicie budowana konstrukcja zawali się lada chwila.
Wystarczy wyjąć jeden element, żeby wszystko runęło. Wiedziała o tym
bardzo dobrze. Kiedy była młodsza, znajdowała perwersyjną przyjemność w podejmowaniu ryzyka. Uwielbiała to poczucie, że balansuje nad
przepaścią. Teraz już nie. Jakby wiek obudził w niej tęsknotę za
poczuciem bezpieczeństwa, jakby się chciała rozsiąść wygodnie i przestać
myśleć. Anders na pewno też tak czuje. Są do siebie tacy podobni. Znają
swoje myśli i nie muszą o nich mówić. Zawsze tak było.
Podniosła kieliszek do ust, ale gdy poczuła zapach wina, powstrzymała
się. Przywołał wspomnienie, o którym przysięgła sobie nigdy nie myśleć.
To było tak dawno. Była wtedy kimś zupełnie innym. Już nigdy, pod żadnym
pozorem taka nie będzie. Teraz jest Vivianne.
Zdawała sobie sprawę, że potrzebuje Andersa, żeby nie wpaść w czarną
dziurę wspomnień, które ją plamią i umniejszają.
Rzuciła jeszcze okiem na leżącego na kanapie Erlinga, narzuciła kurtkę i wyszła. Spał głęboko. Nie zauważy, że jej nie ma.
Fjällbacka 1870
Gdy Karl poprosił Emelie o rękę, nie posiadała się z radości. Nigdy by
nie pomyślała, że to możliwe. Pewnie, że marzyła. Pięć lat służyła w gospodarstwie jego rodziców. Zasypiając, często miała pod powiekami jego
twarz. Zdawała sobie jednak sprawę, że jest dla niej nieosiągalny, a ostre uwagi Edith pozbawiły ją resztki złudzeń. Gospodarski syn nie
ożeni się z dziewką służebną, nawet po wpadce.
Karl jej nie tknął. Służył na latarniowcu. Kiedy odwiedzał rodzinny dom
podczas urlopu, ledwie mówił do niej kilka słów. Odsuwał się z uprzejmym
uśmiechem, gdy przechodziła, w najlepszym razie pytał, co u niej
słychać. Absolutnie nie dawał do zrozumienia, że odwzajemnia jej
uczucia. Edith nazwała ją wariatką, kazała wybić sobie z głowy takie
pomysły i przestać bujać w obłokach.
Ale marzenia mogą się spełniać, a modlitwy bywają wysłuchiwane. Pewnego
dnia podszedł i poprosił o chwilę rozmowy. Przestraszyła się, że zrobiła
coś głupiego i że każe jej pakować manatki. Tymczasem on stał i wpatrywał się w podłogę. Ciemna grzywka opadła mu na oczy. Musiała się
powstrzymać, żeby jej nie odgarnąć. Jąkając się, spytał, czy wyobraża
sobie, że mogłaby za niego wyjść. Nie wierzyła własnym uszom. Omiotła go
spojrzeniem od stóp do głów, upewniając się, czy nie stroi sobie z niej
żartów. Mówił dalej. Powiedział, że chciałby ją pojąć za żonę, i to już
jutro. Uprzedził rodziców i pastora, więc jeśli się zgodzi, wszystko
zostanie załatwione natychmiast.
Chwilę się zastanawiała, w końcu wyszeptała: tak. Karl pochylił się w ukłonie, podziękował i tyłem wyszedł z pokoju. Dłuższą chwilę stała bez
ruchu. Czuła błogie ciepło w piersi i dziękowała Bogu, że wysłuchał
cichych modlitw, które zanosiła co wieczór. Potem pobiegła rzucić się w objęcia Edith.
Ale wbrew jej przewidywaniom Edith nie okazała ani zdziwienia, ani
zazdrości. Ściągnęła tylko czarne brwi i potrząsając głową, powiedziała,
że powinna uważać. Zza zamkniętych drzwi słyszała dziwne rozmowy, głosy
raz się podnosiły, raz cichły. Tak było, odkąd Karl wrócił z latarniowca. Był to powrót niespodziewany. W każdym razie nikt spośród
zatrudnionych w gospodarstwie nie słyszał, żeby najmłodszy syn
gospodarzy miał wracać do domu. Edith przekonywała, że to dziwne. Emelie
jej nie słuchała, a jej słowa uznała za znak, że jej zazdrości, że ją
spotkało takie szczęście. Odwróciła się do niej plecami i więcej z nią
nie rozmawiała. Nie będzie słuchać głupich plotek. Wyjdzie za Karla.
Od ślubu minął tydzień, od dwudziestu czterech godzin mieszkali w nowym
domu. Emelie złapała się na tym, że nuci pod nosem. Jakie to wspaniałe
zajmować się własnym domem, nawet tak małym i zwyczajnym. Od chwili
kiedy przyjechali, bez przerwy sprzątała albo pucowała, wszystko aż
lśniło, wszędzie pachniało szarym mydłem. Nie mieli jeszcze zbyt wielu
okazji być we dwoje, ale wszystko przed nimi. Najpierw musiał wszystko
urządzić. Przyjechał również pomocnik, Julian. Od pierwszej nocy
pracowali na zmianę w latarni.
Nie wiedziała, co myśleć o człowieku, który miał z nimi mieszkać na
Gr?skär. Od chwili gdy przypłynął i wysiadł z łodzi, prawie się nie
odzywał. Patrzył tylko na nią. Patrzył tak, że zaczynała się czuć
nieswojo. Może jest nieśmiały. Trudno nie być, gdy człowiek nagle się
znajdzie w towarzystwie zupełnie obcej osoby. Z Karlem znali się z czasów służby na latarniowcu, tyle się domyśliła, ale będzie potrzebował
trochę czasu, żeby się oswoić z nią. A czego jak czego, ale czasu na tej
wyspie nie zabraknie. Emelie krzątała się po kuchni. Karl nie będzie
żałował, że pojął ją za żonę.
Wyciągnęła rękę, szukała go obok siebie.
Jak dawniej. Wydawało jej się, że od chwili gdy ostatni raz leżeli w tym
łóżku, minął zaledwie dzień, może dwa. Dziś są dojrzałymi ludźmi. On
bardziej kościsty i owłosiony, z bliznami na ciele, i chyba też na
duszy. Leżąc z głową na jego piersi, długo wodziła palcem po bliznach.
Chciała go zapytać, ale czuła, że jeszcze za wcześnie na rozmowy o minionych latach.
Miejsce obok było puste. Zaschło jej w ustach. Była wyczerpana i poczuła
się samotna. Szukała jeszcze, przesuwając dłoń po prześcieradle i poduszce, ale Mattego nie było. Czuła się tak, jakby w nocy straciła
kawałek ciała. Nagle pomyślała z nadzieją, że może jest na dole.
Wstrzymała oddech i nasłuchiwała, ale nic nie było słychać. Owinęła się
kołdrą i spuściła nogi na stare, wytarte deski. Ostrożnie podeszła do
okna wychodzącego na pomost. Łódki nie było. Odpłynął bez pożegnania.
Osunęła się po ścianie, poczuła, że głowa jej pęka. Chciało jej się pić.
Ubierała się z wysiłkiem. Miała wrażenie, jakby przez całą noc nie
zmrużyła oka, a przecież spała. Zasnęła w jego objęciach i dawno nie
spała tak dobrze. Mimo to ból rozsadzał jej czaszkę.
Na parterze było cicho. Weszła do pokoju Sama. Już nie spał, ale leżał
cichutko. Bez słowa wzięła go na ręce, zaniosła do kuchni i posadziła
przy stole. Pogłaskała go po głowie, nastawiła kawę i poszła po wodę.
Musiała wypić duszkiem dwie duże szklanki, zanim suchość w ustach
ustąpiła. Otarła usta wierzchem dłoni. Gdy zaspokoiła pragnienie,
zmęczenie stało się jeszcze dotkliwsze. Sam powinien coś zjeść, ona
również. Poruszała się mechanicznie. Ugotowała jajka, zrobiła sobie
kanapkę i ugotowała zupę mleczną dla Sama. Rzuciła okiem na pudło
stojące w przedpokoju. Niewiele. Trzeba będzie wydzielać. Spojrzała na
łódkę przycumowaną do pomostu. Pobiegła do przedpokoju i wyciągnęła
dolną szufladę komody. Wsunęła rękę pod ubrania, ale nic nie znalazła.
Jeszcze raz przeszukała szufladę, w końcu ją opróżniła, wyrzucając
ubrania, ale nie znalazła. A może to nie ta szuflada? Wyciągnęła dwie
pozostałe i wyrzuciła ich zawartość na podłogę, ale też nie znalazła.
Wpadła w panikę. Zrozumiała, dlaczego gdy się obudziła, Mattego nie było
i dlaczego się nie pożegnał.
Padła na podłogę i skuliła się, obejmowała własne kolana. Słyszała, jak
w kuchni kipi woda.
- Zostaw go w spokoju. - Gunnar powiedział to kolejny raz, nawet nie
podniósł wzroku znad "Bohusläningen".
- Może by przyszedł do nas na kolację? Jutro. Albo w niedzielę, na
obiad? Jak myślisz? - nalegała Signe.
Gunnar westchnął zza gazety.
- W weekend na pewno ma co innego do roboty. Jest dorosły. Jak będzie
chciał przyjść, to nas uprzedzi telefonicznie albo po prostu wpadnie.
Przestań go zamęczać. Przecież dopiero co u nas był.
- Jednak zadzwonię. Tylko się dowiem, co u niego. - Sięgnęła po telefon,
ale Gunnar pochylił się, żeby jej przeszkodzić.
- Zostaw go w spokoju - powiedział z naciskiem.
Signe cofnęła rękę, ale aż ją skręcało. Chciała zadzwonić do niego na
komórkę, usłyszeć jego głos i upewnić się, że wszystko w porządku. Od
czasu gdy został pobity, niepokoiła się jeszcze bardziej. Zawsze
wiedziała, że świat jest dla jej syna miejscem niebezpiecznym.
Niby wiedziała, że nie powinna się narzucać. Ale co mogła poradzić na
to, że wszystko w niej aż krzyczało, że powinna go chronić? Wiedziała,
że jest dorosły, ale nie potrafiła przestać się o niego niepokoić.
Cichutko wyszła do przedpokoju i zadzwoniła. Odezwała się poczta
głosowa. Rozłączyła się. Dlaczego nie odbiera?
- Nie mam pojęcia, co robić.
Erika zwiesiła głowę. Rzadko mieli chwilę dla siebie wśród tego chaosu.
Dzieci już spały, cała trójka. Mogli posiedzieć w kuchni, jeść
zapiekanki i spokojnie porozmawiać. A jednak nie potrafiła się cieszyć.
Wciąż myślała o Annie. Nie dawało jej to spokoju.
- Jedyne, co możesz zrobić, to być pod ręką, jeśli będzie cię
potrzebować. Zresztą ma Dana. - Patrik sięgnął przez stół i położył rękę
na jej dłoni.
- A jeśli ona mnie nienawidzi? - powiedziała Erika piskliwym głosem, na
granicy płaczu.
- Dlaczego miałaby cię nienawidzić?
- Bo moje maleństwa żyją, a jej nie.
- Ale na to nic nie poradzisz. Nie wiem, jak to powiedzieć... Może los
tak chciał... - Pogłaskał ją po ręce.
- Los? - Spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Anna doświadczyła od
losu tyle, że naprawdę wystarczy. Wreszcie była szczęśliwa, udało nam
się zbliżyć. A teraz... znienawidzi mnie, jestem pewna.
- A jak było wczoraj?
Dopiero teraz mogli o tym porozmawiać. Patrik zapalił świecę. Płomień
migotał, to rozświetlając twarz Eriki, to pogrążając ją w cieniu.
- Spała. Posiedziałam u niej chwilę. Wydawała się taka drobna i krucha.
- Co Dan na to wszystko?
- Jest załamany. Widać, że mu strasznie ciężko, chociaż udaje, że daje
radę. Emma i Adrian bez przerwy pytają, gdzie się podział dzidziuś z brzuszka i dlaczego mama bez przerwy śpi. Dan nie wie, co odpowiadać.
- Zobaczysz, wyjdzie z tego. Nie raz dowiodła, że jest silna.
- Nie jestem pewna. Ile można znieść, zanim się człowiek w końcu
rozleci? Boję się, że tak będzie z Anną. - Gardło jej się ścisnęło.
- Możemy tylko być w pogotowiu. - Patrik zdawał sobie sprawę, że to
niewiele znaczy, ale nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Jak można
się uchronić przed wyrokiem losu? Jak przeżyć stratę dziecka?
Drgnęli, na górze rozległ się podwójny krzyk. Ruszyli oboje. Oto ich
los. Radość zmieszana z poczuciem winy.