W pokoju panowała cisza, słychać było
tylko brzęczenie wściekle trzepoczących skrzydłami much. Mężczyzna od
dłuższego czasu tkwił nieruchomo w fotelu. W zasadzie nie był już istotą
ludzką, jeśli rozumieć przez to kogoś, kto żyje, oddycha i czuje. Został
zredukowany do roli pokarmu dla owadów i schronienia dla larw.
Wokół nieruchomej postaci krążyły roje much. Co chwila siadały,
pożywiały się i odlatywały. Potem znów krążyły, szukając nowego miejsca
i zderzając się ze sobą. Najbardziej pociągająca wydawała się okolica
rany na głowie. Metaliczny zapach krwi już dawno się ulotnił, zastąpiła
go słodkawa woń rozkładu.
Krew zakrzepła. Spłynęła w dół po karku, potem po oparciu, tworząc na
podłodze kałużę, początkowo czerwoną, pełną żywych czerwonych krwinek.
Potem kałuża sczerniała i w niczym już nie przypominała gęstego płynu
ustrojowego wypełniającego ludzkie żyły. Była tylko lepką czarną masą.
Część much próbowała się wydostać z pokoju. Najadły się, złożyły jaja,
dzięki ssawkom zaspokoiły głód. I chciały już wylecieć. Biły skrzydłami
o szybę, usiłując się przedostać przez niewidzialną barierę. Po pewnym
czasie dawały za wygraną. Znów czuły głód i ciągnęły do góry mięsa,
która kiedyś była ludzkim ciałem.
Erika przez całe lato krążyła wokół tego tematu. Nie-ustannie zajmował
jej myśli. Rozważała wszystkie za i przeciw. Wiele razy już miała iść na
górę, ale dochodziła tylko do schodów na strych. Mogłaby się oczywiście
tłumaczyć natłokiem pracy w ostatnich miesiącach, przy organizacji
wesela, albo zamieszaniem w domu, ponieważ nadal mieszkała z nimi Anna z dziećmi. Nie była to jednak cała prawda. Erika się bała. Bała się tego,
na co mogłaby się natknąć. Bała się, że jeśli zacznie szperać, wyjdą na
jaw rzeczy, o których wolałaby nie wiedzieć.
Zdawała sobie sprawę, że Patrik już kilka razy miał ją o to zapytać.
Widziała po jego minie, że się dziwi, że jeszcze nie zaczęła czytać
znalezionych na strychu pamiętników. Ale nie spytał. Zresztą i tak nie
wiedziałaby, co odpowiedzieć. Chyba najbardziej bała się tego, że będzie
musiała zrewidować swój pogląd na rzeczywistość. Wprawdzie jej
wyobrażenie o matce, o tym, jakim była człowiekiem i jak się odnosiła do
córek, nie było zbyt pochlebne, ale traktowała je jak niepodważalną
prawdę. Może jej przekonania się potwierdzą, a może nie. A co, jeśli
będzie się musiała skonfrontować z inną prawdą? Do tej pory nie miała
odwagi zrobić tego kroku.
Postawiła nogę na pierwszym stopniu. Z dołu dochodził radosny śmiech
Mai. Patrik bawił się z nią w salonie. Te odgłosy ją uspokoiły, mogła
wejść na następny stopień. Potem jeszcze pięć. Pchnęła do góry klapę i znalazła się na strychu. W powietrze uniósł się tuman kurzu. Rozmawiali
z Patrikiem o tym, żeby w przyszłości, gdy Maja będzie starsza, urządzić
sobie tutaj prywatny kącik. Ale na razie był to najzwyklejszy strych z podłogą z desek i spadzistym dachem z odsłoniętym belkowaniem. I z mnóstwem rozmaitych rupieci, zabawek na choinkę i ubranek, z których
wyrosła Maja, pudeł z przedmiotami nie dość ładnymi, żeby je trzymać w domu, lecz na tyle cennymi jako pamiątki, żeby ich nie wyrzucać.
W głębi, przy krótszej ścianie, stała stara drewniana skrzynia,
wzmocniona blachą. Erika pomyślała, że takie skrzynie nazywano chyba
kuframi amerykańskimi1. Podeszła i usiadła obok na
podłodze. Przesunęła dłonią po skrzyni, zaczerpnęła tchu i podniosła
wieko. Zmarszczyła się, gdy buchnął zapach stęchlizny. Co wywołuje ten
wyraźny, duszący odór starzyzny? Pewnie pleśń, pomyślała, i od razu
zaczęła ją swędzieć skóra na głowie.
Miała jeszcze w pamięci, jak to było, gdy znaleźli skrzynię i przejrzeli
jej zawartość, wyjmując sztuka po sztuce. Rysunki jej i Anny, przedmioty
wykonane na pracach ręcznych w szkole. Wszystko zachowała matka, Elsy,
chociaż wydawała się taka obojętna, gdy jako dzieci wręczały jej to
wszystko, zrobione z takim trudem. Erika znów wszystko wyjęła,
odkładając po kolei na podłogę. To, co ją interesowało najbardziej,
leżało na samym dnie. Wymacała palcami i ostrożnie wyjęła. Kaftanik,
niegdyś biały, teraz pożółkły ze starości. W świetle dnia było to widać
wyraźnie. Erika nie mogła oderwać wzroku od brązowych plam. Początkowo
wzięła je za rdzę, ale potem uświadomiła sobie, że to zaschnięta krew.
Przejmujący był zwłaszcza kontrast między rozmiarami kaftanika a plamami
krwi. Skąd się tu wziął? Do kogo należał i dlaczego matka go zachowała?
Erika delikatnie odłożyła kaftanik. Kiedy go z Patrikiem znaleźli, był w nim schowany pewien przedmiot. Teraz już go nie było. Zabrała tylko tę
jedną rzecz. W poplamioną koszulkę zawinięty był hitlerowski medal. Sama
się zdziwiła, że ten widok wzbudził w niej takie silne emocje. Serce
zabiło jej szybciej, w ustach zaschło, przed oczyma przesunęły się sceny
z kronik filmowych i dokumentów z czasów drugiej wojny światowej. Jak
hitlerowski medal trafił do Fjällbacki? Do jej domu? Jak się znalazł
wśród rzeczy jej matki? Wydawało się to zupełnie nieprawdopodobne.
Najchętniej włożyłaby go z powrotem do skrzyni i zamknęła wieko, ale
Patrik nalegał, żeby go zanieść komuś, kto się na tym zna, i dowiedzieć
się czegoś więcej. Zgodziła się, choć niechętnie, jakby jakiś wewnętrzny
głos ją ostrzegał, kazał schować medal i zapomnieć o nim. W końcu
zwyciężyła ciekawość i na początku czerwca Erika poszła z medalem do
specjalis-ty od drugiej wojny światowej. Przy odrobinie szczęścia
wkrótce dowiedzą się o jego pochodzeniu czegoś więcej.
Najbardziej jednak zainteresowało Erikę coś, co leżało na samym dnie
skrzyni: cztery niebieskie zeszyty. Spojrzała na jedną z okładek i rozpoznała pismo matki. Eleganckie, pochyłe, w starej, okrąglejszej
wersji. Erika wyjęła zeszyty i przesunęła palcem wskazującym po okładce
leżącego na wierzchu. Na wszystkich widniał napis "Pamiętnik". Słowo to
wzbudziło w niej mieszane uczucia. Ciekawość, podniecenie, a zarazem lęk
i wahanie: miała wtargnąć w czyjąś prywatność. Czy wolno jej czytać
pamiętniki matki, poznać jej najtajniejsze myśli i uczucia? Z natury
rzeczy pamiętnik nie jest przeznaczony dla cudzych oczu. Może Elsy nie
życzyłaby sobie, żeby go czytała jej córka. Ale matka już nie żyła,
Erika nie mogła jej zapytać. Sama musiała zdecydować, co zrobić.
- Erika! - przerwał jej głos Patrika.
- Co takiego?
- Goście idą!
Spojrzała na zegarek. Ojej, już trzecia! Pierwsze urodziny Mai, przyszli
najbliżsi krewni i przyjaciele. Patrik pewnie pomyślał, że zasnęła na
strychu.
- Już idę!
Otrzepała się z kurzu, chwilę się zastanowiła, a potem wzięła pamiętniki
i kaftanik i ruszyła stromymi schodami na dół. Słyszała gwar głosów.
- Witamy serdecznie! - Patrik stał w drzwiach i wpuszczał pierwszych
gości, Johana i Elisabeth. Poznali ich, bo mieli synka w wieku Mai. Mały
William darzył Maję rzadko spotykanym uwielbieniem, chwilami aż nazbyt
namacalnym. Teraz na jej widok ruszył do przodu jak czołg i zbodiczkował
ją ze zręcznością ligowego hokeisty. Maja, o dziwo, nie doceniła tego
manewru. Williama, choć promieniał radością, trzeba było szybko usunąć z zajętej pozycji, to znaczy zdjąć z leżącej na podłodze i wrzeszczącej
wniebogłosy Mai.
- Słuchaj, stary, tak nie można. Z dziewczynkami trzeba delikatnie! -
upomniał synka Johan, powstrzymując zakochaną latorośl przed kolejnym
natarciem.
- Zdaje mi się, że on stosuje tę samą technikę podrywu co ty kiedyś -
zaśmiała się Elisabeth, a mąż rzucił jej pełne urazy spojrzenie.
- No już, maleńka, nie było aż tak źle! Chodź na ręce. - Patrik podniósł
zapłakaną córeczkę i tulił, dopóki wrzask nie przeszedł w łkanie, a potem postawił na podłodze i lekko popchnął w stronę Williama. - Zobacz,
co ci przyniósł William. Jaka piękna paczka!
To magiczne słowo przyniosło zamierzony skutek. William uroczyście i z wielką powagą wyciągnął obwiązaną ozdobnymi sznurkami paczkę. Żadne z nich nie opanowało jeszcze w stopniu dostatecznym techniki chodzenia.
Jednoczesne chodzenie i wręczanie prezentu okazało się dla Williama na
tyle trudne, że upadł na pupę. Zobaczył, że Maja aż się rozpromieniła na
widok paczki, i zapomniał o bólu. Przyczyniła się do tego również gruba
pielucha.
- Iiii! - zapiszczała podniecona Maja i zaczęła szarpać za sznurki. Już
po sekundzie na jej buzi pojawił się wyraz rozdrażnienia, więc Patrik
rzucił się z pomocą. Wspólnie uporali się z opakowaniem i Maja
wyciągnęła szarego pluszowego słonia. Z miejsca zdobył jej serce. Mocno
go przytuliła, przestępując z nogi na nogę. Skutek był taki, że i ona
wylądowała na pupie. William chciał pogłaskać słonia. Nadąsana mina Mai
i mowa jej ciała nie pozostawiały wątpliwości. Mały wielbiciel uznał to
chyba za zachętę do dalszych wysiłków, ale rodzice domyślili się, że
szykuje się kolejny konflikt.
- Pora na kawę - powiedział Patrik. Wziął Maję na ręce i ruszył do
salonu. Za nim William z rodzicami. Chłopiec stanął przed wielkim pudłem
z zabawkami i nagle zapanował spokój. Przynajmniej na jakiś czas.
- Cześć! - Erika zeszła ze schodów i uściskała goś-ci. Williama
pogłaskała po główce.
- Kto pije kawę? - rozległ się z kuchni głos Patrika. W odpowiedzi
usłyszał trzykrotne: "Ja!".
- Jak się czujesz w małżeńskim stanie? - spytał z uśmiechem Johan,
obejmując żonę.
- Dziękuję, nie widzę większej różnicy. Poza tym że Patrik ciagle mówi
do mnie "ślubna". Może mi podpowiesz, jak go tego oduczyć? - Erika
mrugnęła do Elisabeth.
- E, nie zwracaj uwagi. Potem ze ślubnej zrobi kierowniczkę, więc nie
narzekaj. A w ogóle gdzie jest Anna?
- U Dana. Zamieszkali razem... - Erika znacząco uniosła brwi.
- Coś takiego... szybko się uwinęli. - Elisabeth zrobiła taką samą minę.
Rozległ się dzwonek, Erika się zerwała.
- To na pewno oni. Albo Kristina.
Imię teściowej wypowiedziała tonem, w którym pobrzękiwały kostki lodu.
Od wesela ich wzajemne stosunki jeszcze się ochłodziły. Głównie dlatego,
że Kristina z wręcz obsesyjnym uporem powtarzała, że mężczyzna dbający o karierę zawodową nie powinien brać czteromiesięcznego urlopu
opiekuńczego na dziecko. Ku jej zgorszeniu Patrik nie ustąpił ani na
krok. Przeciwnie - to on się upierał, że jesienią zajmie się Mają.
- Halo... Zastaliśmy małą jubilatkę? - Z przedpokoju dobiegł głos Anny.
Erikę przeszedł dreszcz: od tylu lat nie słyszała w głosie młodszej
siostry takiej radości. Słychać było, że Anna jest silna, szczęśliwa i zakochana.
Z początku Anna bała się, że Erice może przeszkadzać, że związała się z Danem. Ale Erika wyśmiała jej obawy. Nawet gdyby poczuła się trochę
nieswojo, to od czasu, gdy była z Danem, minęło tyle lat, że prędko
przeszłaby nad tym do porządku dziennego. Cieszyła się, że Anna wreszcie
jest szczęśliwa.
- Gdzie moja ulubienica? - Dan, jasnowłosy i postawny, rozglądał się za
Mają, z którą łączyła go szczególnie serdeczna więź.
Na dźwięk jego tubalnego głosu natychmiast przydreptała z wyciągniętymi
rączkami.
- Paćka? - zapytała. Już się zorientowała, o co chodzi z tymi
urodzinami.
- Oczywiście, że mam dla ciebie paczkę. - Dan skinął na Annę, a ona
podała Mai dużą różową paczkę obwiązaną srebrnym sznurkiem. Maja
wydostała się z objęć Dana i z niecierpliwością zaczęła się dobierać do
zawartości. Tym razem pomagała jej Erika. Razem wydobyły dużą lalkę z zamykanymi oczami.
- Lala - powiedziała radośnie Maja i przytuliła ją mocno do piersi.
Potem ruszyła do Williama, żeby mu pokazać swój najnowszy skarb, i na
wszelki wypadek powtórzyła: - Lala.
Znów rozległ się dzwonek. Drzwi się otworzyły i weszła Kristina. Erika
zacisnęła zęby. Nie znosiła tego nawyku teściowej, tego wchodzenia zaraz
po dzwonku. Nigdy nie czekała, aż jej ktoś otworzy.
Maja znów zabrała się do otwierania paczki, ale tym razem nie okazała
entuzjazmu. Ze zdziwieniem wyjęła kaftaniki. Jeszcze raz zajrzała do
środka, sprawdziła, czy na pewno nie ma żadnej zabawki, i spojrzała
wielkimi oczami na babcię.
- Ostatnio widziałam, że miała na sobie za mały kaftanik, więc gdy się
zorientowałam, że w Lindeksie można kupić trzy w cenie dwóch, od razu
kilka kupiłam. Na pewno się przydadzą. - Uśmiechnęła się z zadowoleniem,
nie zwracając uwagi na zawiedzioną minę Mai.
Erika już chciała powiedzieć, że dawanie rocznemu dziecku w prezencie
kaftanika to idiotyzm. Miała to na końcu języka. Nie dość, że Maja była
rozczarowana, to Kristinie udało się jak zwykle wbić szpilę jej. Okazuje
się, że nie potrafi nawet dziecka porządnie ubrać.
- Idzie tort! - zawołał Patrik. Włączył się w odpowiednim momencie,
odwracając uwagę wszystkich. Erika przełknęła złość i wszyscy razem
przeszli do salonu.
Nadszedł czas na uroczyste zdmuchnięcie świeczki. Maja skupiła się na
dmuchaniu tak bardzo, że aż opryskała tort śliną. Patrik dyskretnie
pomógł jej zgasić świeczkę, a goście odśpiewali Sto lat. Erika nad
jasną główką Mai spojrzała mężowi w oczy i poczuła, że ją ściska w gardle. Widziała, że Patrik też się wzruszył. Rok. Ich maleństwo ma rok.
Ta mała dziewczynka umie już się samodzielnie przemieszczać, klaszcze w rączki, gdy słyszy sygnał Bolibompy, telewizyjnego programu dla
dzieci, sama je, rozdaje najwilgotniejsze całusy w tej części Europy i darzy miłością cały świat. Erika uśmiechnęła się do Patrika,
odpowiedział uśmiechem. Życie było wyjątkowo piękne.
Mellberg westchnął ciężko. Ostatnio często mu się to zdarzało. Nadal
psuła mu humor porażka poniesiona ostatniej wiosny, ale nawet specjalnie
się nie dziwił. Pozwolił sobie na swobodny lot: po prostu być, czuć. To
nie uchodzi bezkarnie. Powinien był o tym wiedzieć. Można powiedzieć, że
zasłużył na to, co go spotkało, i uznać to za nauczkę. Trudno, odrobił
lekcje i jedno jest pewne: na pewno nie należy do ludzi, którzy dwa razy
popełniają ten sam błąd.
- Bertil! - dobiegł go rozkazujący głos Anniki.
Zręcznym ruchem odgarnął pożyczkę, która mu się zsunęła z czubka głowy,
i wstał z ociąganiem. Nie miał zwyczaju słuchać rozkazów kobiet, ale
Annika Jansson należała do wyjątków. Z biegiem lat, niechętnie, ale
nabrał dla niej pewnego szacunku. Nie mógłby tego powiedzieć o żadnej
innej kobiecie. Westchnął jeszcze raz. Dlaczego tak trudno o facetów w tej pracy? Na miejs-ce Ernsta Lundgrena ciągle mu przysyłają dziewczyny.
Zupełna rozpacz.
Zmarszczył się, bo w recepcji rozległo się szczeknięcie. Czyżby Annika
przyprowadziła do pracy któregoś ze swoich czworonogów? Przecież
doskonale wie, co on sądzi o psach. Chyba będzie musiał z nią
porozmawiać.
Okazało się jednak, że to nie żaden z labradorów Anniki, tylko psiak
nieokreślonej rasy i barwy, ciągnący smycz, którą trzymała drobna
ciemnowłosa kobieta.
- Znalazłam go na dworze, przed komisariatem - powiedziała z wyraźnym
sztokholmskim akcentem.
- A jak wszedł do środka? - rzucił opryskliwie Mellberg, odwracając się
na pięcie. Chciał wrócić do gabinetu.
- To jest Paula Morales - pośpiesznie wtrąciła Annika.
Mellberg przystanął. Prawda, ta dziunia, którą mu mieli przysłać, nosiła
jakieś z hiszpańska brzmiące nazwisko. Kurde, ale mała. Niska, drobna.
Za to spojrzenie bynajmniej nie łagodne. Podała mu rękę.
- Miło mi. Pies biegał przed budynkiem. Sądząc po wyglądzie, jest
bezpański. A już z pewnością nie jest własnością nikogo, kto by potrafił
się nim opiekować.
Wyrażała się w sposób kategoryczny. Mellberg był ciekaw, do czego
zmierza. Pytającym tonem powiedział:
- To może proszę go gdzieś oddać?
- Tutaj nie ma schroniska dla psów. Annika zdążyła mnie już
poinformować.
- Nie ma? - zdziwił się Mellberg.
Annika potrząsnęła głową.
- W takim razie... Będzie pani musiała go zabrać do domu - powiedział
Mellberg, usiłując odgonić łaszącego mu się do nóg psa. Nie zważając na
to, pies usiadł mu na prawej stopie.
- To niemożliwe. My już mamy psa. Sukę. Nie lubi towarzystwa - spokojnie
odparła Paula, nadal patrząc na niego przeszywającym wzrokiem.
- A ty, Annika? Nie mógłby... zostać z twoimi psami? - spytał coraz
bardziej strapiony Mellberg. Z jakiej racji ma się zajmować takimi
drobiazgami? W końcu jest tu szefem!
Annika zdecydowanie potrząsnęła głową.
- Moje psy akceptują tylko siebie. Nigdy by się nie pogodziły z obecnością innego psa.
- Musi pan go wziąć - powiedziała Paula i podała mu smycz.
Mellberg był tak zdumiony jej bezczelnością, że wziął smycz. Pies
zaskomlał i jeszcze mocniej przywarł do jego nóg.
- Widzi pan, że on pana lubi.
- Ale ja nie mogę... ja nie mam... - jąkał się Mellberg. Pierwszy raz
nie wiedział, co powiedzieć.
- Nie masz w domu żadnych zwierząt - powiedziała Annika. - Obiecuję, że
popytam, może ktoś go szuka. W przeciwnym razie trzeba będzie mu znaleźć
dom. Nie można go puścić samopas, bo go rozjedzie samochód.
Mellberg wbrew sobie poczuł, że mięknie. Spojrzał na psa, a on
odpowiedział błagalnym spojrzeniem wilgotnych oczu.
- Kurde, no dobrze. Wezmę tego kundla, skoro wam tak zależy. Ale tylko
na kilka dni. I żebyś mi go wykąpała, zanim go zabiorę do domu.
Pogroził palcem Annice, a jej wyraźnie ulżyło.
- Wykąpię go w komisariacie. Nie ma problemu - odparła z zapałem. A potem dodała: - Wielkie dzięki, Bertil.
- Ma być wypucowany! Bo go nie wpuszczę za próg! - burknął Mellberg.
Wyszedł na korytarz. Widać było, że jest zły. Trzasnął drzwiami
gabinetu.
Annika i Paula wymieniły uśmiechy. Kundel zaskomlał i radośnie zamerdał
ogonem.
- Miłego dnia. - Erika pomachała Mai, ale Maja to zignorowała. Siedząc
na podłodze, wpatrywała się w podskakujące na ekranie telewizora
Teletubisie.
- Będzie bardzo fajnie. - Patrik pocałował Erikę w policzek. - Będziemy
sobie świetnie radzić przez parę najbliższych miesięcy.
- Można by pomyśleć, że wyjeżdżam za morze - zaśmiała się Erika. - Zejdę
do was na lunch.
- Jak myślisz, uda ci się pracować w domu?
- Spróbuję. A ty spróbuj udawać, że mnie nie ma.
- Nie ma problemu. Dla mnie przestaniesz istnieć z chwilą, gdy zamkniesz
drzwi gabinetu. - Patrik mrugnął do niej.
- To się jeszcze zobaczy. - Erika weszła na schody. - W każdym razie
warto spróbować. Może nie będę musiała wynajmować biura.
Weszła do gabinetu i z mieszanymi uczuciami zamknęła za sobą drzwi. Po
roku, który spędziła w domu, opiekując się Mają, bardzo czekała na tę
chwilę. Marzyła o tym, żeby przekazać pałeczkę Patrikowi i zająć się
zwyczajnymi dorosłymi sprawami. Znudziły ją śmiertelnie place zabaw,
piaskownice i telewizyjne programy dla dzieci. Trzeba to wyraźnie
stwierdzić: perfekcyjne wykonanie babki z piasku nie było dla niej
wystarczającym wyzwaniem intelektualnym. Czuła, że choćby nie wiem jak
kochała swoją córeczkę, wkrótce zacznie rwać sobie włosy z głowy, jeśli
kolejny raz będzie musiała śpiewać piosenkę o pajączku. Kolej na
Patrika.
Uroczyście zasiadła przed komputerem i włączyła go. Rozkoszowała się
znajomym szumem. Termin złożenia w wydawnictwie nowej książki o autentycznej zbrodni upływał dopiero w lutym, ale już mogła zacząć
pisać. Latem zdążyła zgromadzić część materiału. Kliknęła w Worda i otworzyła dokument zatytułowany "Eliasz". Tak miała na imię pierwsza
ofiara mordercy. Położyła palce na klawiaturze i nagle przerwało jej
ciche pukanie.
- Przepraszam, że ci przeszkadzam. - Patrik nieśmiało wsunął głowę. -
Chciałem tylko spytać, gdzie powiesiłaś kombinezon Mai.
- Jest w suszarce.
Patrik kiwnął głową i zamknął drzwi.
Erika znów położyła palce na klawiaturze i zaczerpnęła tchu. Znów
pukanie.
- Jeszcze raz przepraszam. Zaraz dam ci spokój, tylko musisz mi coś
powiedzieć: jak mam ją dzisiaj ubrać? Jest dość chłodno. Z drugiej
strony, Maja łatwo się poci, a wtedy jeszcze łatwiej o przeziębienie...
- Patrik uśmiechał się z głupią miną.
- Pod kombinezon włóż jej tylko cienki sweterek i spodenki. Na główkę
wkładam jej bawełnianą czapeczkę. Inaczej się zgrzeje.
- Dziękuję.
Patrik znów zamknął drzwi. Erika już miała zacząć pisać pierwszy wiersz,
gdy z dołu zaczął dobiegać coraz głośniejszy wrzask. Po dwóch minutach
nasłuchiwania westchnęła, odsunęła się na krześle od biurka i zeszła na
dół.
- Pomogę ci. Ubieranie jej to koszmar.
- Dzięki, właśnie widzę. - Patrik aż się spocił, zmagając się ze
złoszczącą się i coraz silniejszą Mają.
Pięć minut później Maja była markotna, ale ubrana. Erika dała obojgu
buziaka i lekko wypchnęła za drzwi.
- Idźcie na długi spacer, żeby mama mogła spokojnie popracować -
powiedziała.
Patrik się zawstydził.
- Przepraszam... pewnie będę potrzebował paru dni, żeby się wdrożyć, ale
obiecuję, że potem będziesz miała spokój.
- W porządku - odparła i zdecydowanym ruchem zamknęła za nimi drzwi.
Nalała sobie spory kubek kawy i wróciła do gabinetu. Wreszcie będzie
mogła przystąpić do pisania.
- Ćśśś... Nie hałasuj tak!
- E, matka mówi, że chyba obaj wyjechali. Przez całe lato nikt nie
odbierał poczty. Nie dopilnowali tego, więc matka już od czerwca
opróżnia ich skrzynkę. Spoko, możemy hałasować do woli.
Mattias zaśmiał się, ale Adam był nieufny. Stary dom budził w nim grozę.
Ci starzy faceci też. Mattias może sobie mówić, co chce. On zamierza się
zachowywać jak najciszej.
- Jak się dostaniemy do środka? - spytał z niepokojem. Wiedział, że to
zabrzmiało płaczliwie. Trudno. Często myślał, że chciałby być taki jak
Mattias. Odważny, wręcz zuchwały. Nic dziwnego, że lecą na niego
wszystkie dziewczyny.
- To się okaże. Zwykle którędyś daje się wejść.
- Wiesz to z własnego doświadczenia, co? Często się włamujesz? - Adam
zaśmiał się, ale nie za głośno.
- Robiłem mnóstwo rzeczy, o których nie masz bladego pojęcia - odparł
wyniośle Mattias.
A jakże, pomyślał Adam, ale nie odważył się zaprzeczyć. Mattias czasem
lubił zgrywać twardziela, niech mu będzie. W każdym razie nie ma co się
wdawać w dyskusję.
- Jak myślisz, co on tam trzyma?
Mattiasowi zaświeciły się oczy. Skradali się wokół domu w poszukiwaniu
okna czy klapy, przez którą można by wejść.
- Nie wiem.
Adam rozglądał się niespokojnie. Coraz mniej mu się to podobało.
- Może jakieś zajebiste rzeczy naziolskie. Mundury i tak dalej - mówił w podnieceniu Mattias.
Zupełnie go opętało, od kiedy kazano mu napisać wypracowanie o SS.
Czytał wszystko, co mu wpadło w ręce, na temat drugiej wojny światowej i Trzeciej Rzeszy. I coraz bardziej intrygował go sąsiad, o którym wszyscy
wiedzieli, że jest znawcą Niemiec i nazizmu.
- Może on wcale nie ma nic takiego - przekonywał Adam, chociaż z góry
wiedział, że nie powstrzyma Mattiasa. - Tata mówił, że przed emeryturą
był nauczycielem historii. Pewnie ma tylko mnóstwo książek.
Niekoniecznie coolerskie rzeczy z tamtych czasów.
- Zaraz się przekonamy. - Mattiasowi oczy zalśniły i z triumfem wskazał
palcem okno w krótszej ścianie domu. - Patrz. Tamto okno jest trochę
uchylone.
Adam musiał z żalem stwierdzić, że Mattias ma rację, chociaż w duchu
miał nadzieję, że nie uda im się dostać do środka.
- Potrzebujemy czegoś, żeby poszerzyć szparę.
Mattias rozejrzał się. Znalazł rozwiązanie: na ziemi leżał haczyk.
Widocznie odpadł z okna.
- Dobra, zaraz zobaczymy. - Mattias z niemal chirurgiczną precyzją
wcisnął koniec haczyka w róg okna. Nic z tego. Okno ani drgnęło. -
Kurde, musi się otworzyć!
Spróbował jeszcze raz. Trzymanie haczyka nad głową i jednoczesne
podważanie okna kosztowało sporo wysiłku. Mattias sapał, wysunął koniec
języka. W końcu udało mu się wcisnąć haczyk nieco głębiej.
- Będzie widać, że ktoś się włamał! - cicho perswadował Adam, ale
Mattias jakby nie słyszał.
- Zaraz otworzę to cholerstwo!
Na czoło wystąpiły mu kropelki potu. Pchnął jeszcze mocniej i okno się
otworzyło.
- Yes! - Zacisnął pięść w geście zwycięstwa i odwrócił się do Adama. -
Pomóż mi wejść.
- Może znajdziemy jakąś drabinę albo co...
- A po co? Podsadź mnie, a potem cię wciągnę.
Adam posłusznie stanął pod ścianą i splótł ręce. Mattias stanął na nich
jedną stopą. Adam skrzywił się, gdy but ucisnął mu rękę, ale nie
zważając na ból, podniósł kolegę. Mattias chwycił się parapetu.
Podciągnął się, postawił na parapecie jedną nogę, potem drugą.
Zmarszczył nos. Fuj, ale smród. Okropny. Odsunął roletę i zajrzał do
pokoju. To chyba biblioteka, ale rolety są spuszczone, całe wnętrze
spowija mrok.
- Ty, strasznie tu śmierdzi.
Odwrócił się do Adama, zaciskając nos.
- No to daj sobie spokój - odpowiedział z dołu Adam. Zaświtała mu
nadzieja.
- Mowy nie ma. Teraz, jak już się dostaliśmy do środka? Teraz dopiero
będzie się działo! Dawaj rękę.
Puścił nos i przytrzymując się lewą ręką ramy okna, prawą wyciągnął do
Adama.
- Dasz radę?
- No pewnie. Chodź.
Adam chwycił jego rękę, Mattias pociągnął z całej siły. Już się
wydawało, że nic z tego nie będzie, kiedy Adam dosięgnął parapetu,
chwycił się, a Mattias zrobił mu miejsce, zeskakując na podłogę.
Zatrzeszczało mu pod stopami. Spojrzał. Coś tam leżało, ale w ciemnościach nie widział co. Pewnie suche liście.
- Kurde, co to jest? - powiedział Adam, kiedy i on zeskoczył na podłogę.
On też się nie domyślał, co tak trzeszczy. - Ja pierdolę, ale smród -
dodał. Wyglądał, jakby mu się zrobiło niedobrze.
- Przecież mówiłem - odparł pogodnie Mattias. Już zaczął się
przyzwyczajać. - Zaraz sprawdzimy, co ten dziad tu ma. Podciągnij
roletę.
- A jak nas ktoś zobaczy?
- Kto ma nas zobaczyć?! Podciągnij wreszcie tę roletę.
Adam zrobił, jak mu Mattias kazał. Roleta ze świstem podjechała do góry,
wpuszczając do pokoju ostre światło.
- Ale superowy pokój - z podziwem powiedział Mattias, rozglądając się po
wnętrzu, od podłogi po sufit zastawionym regałami z książkami.
W rogu pokoju obok okrągłego stolika stały dwa skórzane fotele. W drugim, dalszym rogu królowało olbrzymie biurko, a przed nim odwrócony
do nich tyłem staroświecki fotel biurowy z wysokim oparciem. Adam zrobił
krok w tym kierunku, ale trzask pod stopami skłonił go do spojrzenia pod
nogi. Obydwaj zobaczyli, po czym chodzą.
- Co jest...
Podłogę pokrywały muchy. Czarne, obrzydliwe, martwe. Również na
parapecie leżały całe sterty much. Obaj odruchowo wytarli ręce o spodnie.
- Kurde, ale obrzydlistwo. - Mattias się skrzywił.
- Skąd tu tyle much?
Adam ze zdumieniem patrzył na podłogę i nagle w jego umyśle,
wytrenowanym na serialach CSI, coś się nieprzyjemnie skojarzyło.
Martwe muchy. Smród. Odsunął od siebie tę myśl, ale jego wzrok
nieubłaganie wędrował do stojącego tyłem fotela.
- Mattias?
- Co? - powiedział Mattias z rozdrażnieniem, usiłując stanąć tak, żeby
nie deptać po martwych muchach.
Adam nie odpowiedział. Powoli, z wahaniem, ruszył w kierunku fotela. Coś
mu mówiło, żeby zawrócić, wyjść tak, jak weszli, uciekać jak najdalej.
Zwyciężyła ciekawość. Nogi same go poniosły.
- O co chodzi? - spytał Mattias, ale umilkł, widząc napięcie w ruchach
Adama.
W odległości pół metra od fotela Adam wyciągnął przed siebie rękę.
Drżała, sam to widział. Bardzo powoli wyciągał ją w stronę oparcia.
Słychać było tylko trzeszczenie much pod jego stopami. Pod palcami
poczuł chłodne oparcie. Napiął mięśnie i przesuwając oparcie w lewo,
obrócił fotel. Cofnął się o krok. Fotel obracał się powoli, stopniowo
ukazując drugą stronę. Stojący za Adamem Mattias zwymiotował.
Wodził za każdym, najmniejszym jego ruchem wielkimi wilgotnymi oczami.
Mellberg starał się go ignorować, ale bez powodzenia. Pies kleił się do
niego, wpatrywał się w niego z uwielbieniem. W końcu Mellberg zmiękł. Z najniższej szuflady wyjął kokosową kulkę i rzucił na podłogę, pod nos
psa. W ułamku sekundy było po kulce. Mellberg odniósł wrażenie, że
kundel się do niego uśmiechnął. Na pewno mu się przywidziało. W każdym
razie pies był już czysty. Annika go wykąpała. Naprawdę dobrze się
spisała. Mimo to Mellberg poczuł niesmak, gdy obudził się rano i odkrył,
że w nocy pies wskoczył mu do łóżka. Szampon chyba nie zabija pcheł i innych takich. A jeśli jego sierść roi się od małych pełzających bestii,
które tylko czekają, żeby przeskoczyć na jego obfite ciało? Drobiazgowa
inspekcja sierści nie ujawniła żywych organizmów, a Annika zaklinała
się, że kiedy go kąpała, nie widziała żadnych pcheł. Ale, do cholery, to
jeszcze nie znaczy, że pies ma spać w jego łóżku! Są granice.
- Jak my cię nazwiemy, co? - odezwał się Mellberg i natychmiast zrobiło
mu się głupio, że rozmawia z czworonogiem.
Ale kundlisko musi się jakoś wabić. Mellberg zaczął się zastanawiać i rozglądać za jakąś podpowiedzią. Do głowy przychodziły mu same głupie
psie imiona: Fido, Ludde... Nie, to do niczego. Nagle zachichotał.
Przyszedł mu do głowy fantastyczny pomysł. Musiał przyznać, że brakuje
mu Lundgrena. Ale przecież musiał go wyrzucić. Nie odczuwał dotkliwego
braku, ale zawsze. A może nazwać psa Ernst? Niezły dowcip. Zachichotał
jeszcze raz.
- Ernst. Co ty na to, stary? Może być, co?
Znów sięgnął do szuflady po kokosową kulkę. Należy się Ernstowi. Nie
jego problem, jeśli pies się roztyje. Za kilka dni Annika na pewno
znajdzie mu jakiś dom, więc nie szkodzi, jeśli przedtem zeżre jedną czy
dwie kokosowe kulki.
Obaj z Ernstem drgnęli, słysząc przenikliwy dzwonek telefonu.
- Bertil Mellberg, słucham. - W pierwszej chwili nie zrozumiał głośnego
histerycznego trajkotania. - Mów wolniej. Coś ty powiedział?
Słuchał w skupieniu i aż uniósł brwi, gdy do niego dotarło, o co chodzi.
- Zwłoki, mówisz? Gdzie?
Wyprostował się na krześle. Kundel nazwany Ernstem również usiadł i zastrzygł uszami. Mellberg zapisał ad-res w notesie i zakończył rozmowę
poleceniem: - Proszę się stamtąd nie ruszać. - Zerwał się z krzesła, a Ernst ruszył za nim jak cień.
- Zostań - powiedział Mellberg władczym tonem i ze zdziwieniem
stwierdził, że pies stanął w miejscu, jakby czekał na dalsze rozkazy. -
Na miejsce. - Wskazał mu kosz, który Annika postawiła w rogu gabinetu.
Ernst niechętnie posłuchał. Powlókł się na legowisko, położył łeb na
łapach i obrażony spojrzał na swego tymczasowego pana. Bertil Mellberg
był nadzwyczaj zadowolony, że wreszcie ktoś go słucha. Poczuł się tak
umocniony w roli władcy, że wybiegł na korytarz, oznajmiając wszem
wobec: - Dostaliśmy zgłoszenie o znalezieniu zwłok.
Z trzech pokoi wysunęły się trzy głowy: ruda, należąca do Martina
Molina, siwa Gösty Flygarego i czarna Pauli Morales.
- Zwłoki? - odezwał się Martin i jako pierwszy wyszedł na korytarz.
Od strony recepcji nadeszła Annika.
- Dzwonił przed chwilą chłopak, nastolatek. Dla zabawy włamali się do
jakiejś willi, gdzieś między Fjällbacką i Hamburgsund. W środku znaleźli
trupa.
- Właściciela willi? - spytał Gösta.
Mellberg wzruszył ramionami.
- Nie wiem nic więcej. Kazałem chłopakom zostać na miejscu, zaraz tam
jedziemy. Martin, ty z Paulą jednym samochodem, ja z Göstą drugim.
- Może zadzwonić po Patrika... - ostrożnie powiedział Gösta.
- Kto to jest Patrik? - spytała Paula, patrząc to na Göstę, to na
Mellberga.
- Patrik Hedström - odezwał się Martin. - Pracuje u nas, ale od dziś
jest na urlopie ojcowskim.
- Do cholery, do czego nam Hedström? - prychnął z oburzeniem Mellberg. -
Przecież ja tu jestem. - Nadął się i pognał do garażu.
- Hura! - mruknął Martin, gdy Mellberg już nie mógł go usłyszeć. Paula
pytająco uniosła brew. - Nie przejmuj się - zaczął się tłumaczyć Martin.
I dodał: - Z czasem zrozumiesz.
Paula była wyraźnie zdezorientowana, ale postanowiła nie drążyć.
Niedługo na pewno się zorientuje, jak się sprawy mają w nowym miejscu
pracy.
Erika westchnęła. W domu zrobiło się cicho. Aż za bardzo. Przez ostatni
rok przyzwyczaiła się nasłuchiwać najmniejszego mruknięcia, nie mówiąc o płaczu. Teraz było cicho jak na pustkowiu. Kursor mrugał do niej z pierwszego wiersza dokumentu Worda. Od pół godziny nie napisała ani
jednej litery. W głowie miała całkowitą pustkę. Przejrzała notatki i artykuły, które skopiowała latem. Po wielu listach z prośbą o spotkanie
w końcu udało jej się umówić z główną postacią dramatu, morderczynią,
ale spotkanie miało nastąpić dopiero za trzy tygodnie. Na razie to, co
zgromadziła, musi wystarczyć, posłużyć za punkt wyjścia. Problem polegał
na tym, że nie mogła ruszyć z tego punktu, nie przychodziło jej do głowy
ani jedno słowo. Ogarnęły ją wątpliwości, jak każdego autora. Że już nie
potrafi znaleźć odpowiednich słów i ułożyć z nich zdania, że wyczerpała
swoją pulę i już nie ma w głowie materiału na żadną książkę. Tłumaczyła
sobie, że tak samo jest na początku pracy nad każdą nową książką, ale
logika nie miała tu nic do rzeczy. Za każdym razem przeżywała tę samą
udrękę. Przypominało to poród. Ale dziś wyjątkowo jej nie szło. Z roztargnieniem włożyła do ust irysa, na pocieszenie. Zerknęła na
niebieskie zeszyty leżące przy komputerze. Pochyłe pismo matki jakby
domagało się jej uwagi. Była rozdarta między pytaniem, czy wolno jej
poznać zapiski matki, a ciekawością, co w nich jest. Z wahaniem sięgnęła
po pierwszy zeszyt i przez chwilę trzymała go w ręce. Cienki, taki jak
te, w których pisali w podstawówce. Przesunęła palcami po okładce.
Podpisano go atramentem, ale z biegiem lat atrament zblakł. Elsy
Moström, tak brzmiało nazwisko panieńskie matki. Nazwisko Falck
przybrała po ślubie. Erika ostrożnie otworzyła zeszyt. Kartki w cienkie
niebieskie linie. U góry widniała data: 3 września 1943 roku.
Przeczytała pierwszy wiersz:
"Czy ta wojna nigdy się nie skończy?".
Fjällbacka 1943
"Czy ta wojna nigdy się nie skończy?".
Elsy gryzła ołówek, zastanawiając się, co jeszcze napisać. Jak ująć
myśli o wojnie, której tu nie było, choć była stale obecna? Nigdy dotąd
nie prowadziła pamiętnika i nie wiedziała, skąd jej przyszedł do głowy
ten pomysł. Ale poczuła potrzebę zapisania swoich przemyśleń na temat
tej niby normalnej, a mimo to dziwnej rzeczywistości. Prawie nie
pamiętała czasów sprzed wojny. Miała dziewięć lat, gdy wojna wybuchła,
teraz ma trzynaście, wkrótce skończy czternaście.
Z początku wojny nie było widać, można ją było wyczuć tylko w zachowaniu dorosłych. Podniecenie, z jakim śledzili wiadomości w gazetach i w radiu. Napięta sylwetka, uszy przy radiu w salonie, lęk, a jednocześnie ożywienie. Bo na świecie działy się bardzo ciekawe rzeczy,
niebezpieczne, a zarazem podniecające. Poza tym życie toczyło się po
staremu. Łodzie wypływały i wracały. Raz połów był dobry, raz zły. Na
lądzie kobiety robiły to co zawsze, jak kiedyś ich matki i babki.
Rodziły dzieci, robiły pranie i sprzątały domy. Naturalny, niekończący
się bieg rzeczy. Wojna mogła zachwiać tym wszystkim, co tak dobrze
znane. Towarzyszące jej napięcie wyczuwała już wcześniej. Teraz wojna
była tuż-tuż.
- Elsy! - dobiegł z dołu głos matki.
Szybko zamknęła zeszyt i włożyła go do górnej szuflady stojącego pod
oknem biureczka. Przesiedziała przy nim wiele godzin nad lekcjami, ale
szkolne lata miała za sobą i biurko właściwie nie było już potrzebne.
Wstała, wygładziła sukienkę i zeszła na dół.
- Elsy, mogłabyś mi pomóc przynieść wodę?
Twarz matki była szara ze zmęczenia. Całe lato przemieszkali w małym
pomieszczeniu w suterenie, bo wszystkie pokoje wynajęli letnikom. Opłata
za wynajem obejmowała również sprzątanie w pokojach, gotowanie i usługiwanie gościom, a tegoroczni byli szczególnie wymagający. Adwokat z Göteborga z żoną i trójką rozbry-kanych dzieciaków. Matka Elsy, Hilma,
była na nogach od świtu do zmierzchu. Prała im, szykowała kanapki na
wycieczki łodzią i sprzątała po nich. A przecież miała jeszcze własne
gospodarstwo.
- Mama usiądzie na chwilę - powiedziała miękko Elsy, z wahaniem kładąc
rękę na jej ramieniu.
Matka drgnęła. Nie miały w zwyczaju się dotykać. Ale po chwili położyła
rękę na dłoni córki i pozwoliła się posadzić na krześle.
- W samą porę wyjechali. Co za wymagający ludzie. Może Hilma zechce...
Czy Hilma mogłaby... Może by Hilma... - przedrzeźniała uprzejmy sposób
wyrażania się gości, ale nagle zakryła usta ręką. Kto to widział
okazywać państwu taki brak szacunku! Trzeba znać swoje miejsce.
- Musi mama być zmęczona. Trudno im dogodzić.
Elsy wlała resztkę wody do rondla i postawiła go na płycie. Do
zagotowanej wody wsypała coś, co miało udawać kawę. Jedną filiżankę
postawiła przed matką, drugą przed sobą.
- Zaraz pójdę po wodę, ale przedtem napijmy się kawy.
- Dobre z ciebie dziecko.
Hilma wypiła łyk lury. Przy uroczystych okazjach piła kawę ze spodka,
trzymając w zębach kostkę cukru. Teraz trzeba było oszczędzać cukier.
Zresztą substytut to nie to samo.
- Czy ojciec mówił, kiedy wróci do domu?
Elsy spuściła wzrok. W tych wojennych czasach to pytanie miało zupełnie
inną wagę niż dawniej. Nie tak dawno storpedowano kuter "Öckerö". Cała
załoga zginęła2. Od tamtej pory każde pożegnanie przed
wypłynięciem na morze mogło być ostatnim. Ale trzeba było pracować. Nie
było wyboru. Ładunek musiał być dostarczony, a połów przywieziony na
ląd. Taka była rzeczywistość, i w czasie wojny, i w czasie pokoju.
Należało się cieszyć, że w ogóle zezwolono na utrzymanie lokalnych
połączeń handlowych z Norwegią. Uchodziły za bezpieczniejsze od tak
zwanych połączeń gwarantowanych poza blokadą3. Łodzie z Fjällbacki mogły nadal wypływać na połowy, choć ryb było mniej niż
dawniej. Dało się to uzupełnić frachtem do portów Norwegii i z powrotem.
Ojciec Elsy najczęściej przywoził z Norwegii lód, a przy odrobinie
szczęścia miał ładunek również, kiedy płynął w tamtą stronę.
- Wolałabym jednak... - Hilma umilkła, a potem podjęła na nowo: -
...wolałabym tylko, żeby był trochę ostrożniejszy.
- Kto? Ojciec? - spytała Elsy, chociaż dobrze wiedziała, kogo matka ma
na myśli.
- Tak... - Hilma wypiła łyk i skrzywiła się. - Tym razem zabrał ze sobą
chłopaka od doktora... To się nie może dobrze skończyć, tyle ci powiem.
- Axel jest odważny, a ojciec chce pomóc, na ile potrafi.
- Ale to niebezpieczne. - Hilma potrząsnęła głową. - Ten chłopak na
pokładzie i ci jego przyjaciele... Boję się, że ściągnie nieszczęście na
ojca i na tamtych.
- Musimy robić, co się da, żeby pomóc Norwegom - cicho powiedziała
Elsy. - A gdyby nas to spotkało? Też oczekiwalibyśmy od nich pomocy.
Axel i jego przyjaciele robią wiele dobrego.
- Dość tego. Idziesz wreszcie po tę wodę? - burknęła Hilma, wstając,
aby przy zlewie przetrzeć filiżankę.
Elsy nie czuła się urażona. Rozumiała, że matka burczy, bo się
niepokoi. Rzuciła okiem na jej przedwcześnie zgarbione plecy, wzięła
wiadro i poszła do studni.
Spacer sprawił Patrikowi przyjemność.
Nawet go to zdziwiło. Od ładnych paru lat nie ćwiczył regularnie, ale
gdyby teraz, podczas urlopu, codziennie chodził na długi spacer, może
udałoby mu się pozbyć początków brzuszka. Erika pilnowała, żeby w domu
nie było słodyczy. Dzięki temu on też zgubił parę kilogramów.
Minął stację benzynową OK/Q8 i szybkim krokiem szedł na południe.
Zamierzał dojść do młyna i tam zawrócić. Maja wesoło paplała, siedząc
przodem do kierunku jazdy. Uwielbiała spacery i witała się ze
wszystkimi, wołając "hej" i uśmiechając się szeroko. Istne słoneczko,
chociaż potrafiła być niezłym ziółkiem. To na pewno po Erice, pomyślał
Patrik.
Szedł przed siebie, coraz bardziej zadowolony z życia. Wszystko zaczęło
się świetnie układać. Nareszcie są z Eriką u siebie, sami. Nie miał nic
przeciwko Annie i jej dzieciom, ale wielomiesięczne życie pod jednym
dachem było trochę męczące. I jeszcze ta historia z matką. Martwił się
tym. Czuł się, jakby tkwił między młotem a kowadłem. Rozumiał Erikę.
Złościło ją, że matka wpada bez uprzedzenia i z miejsca zaczyna
wygłaszać uwagi na temat ich sposobu prowadzenia domu i opieki nad Mają.
Wolałby jednak, żeby Erika reagowała tak jak on, żeby udawała, że nie
słyszy. Zresztą mogłaby okazać jego matce trochę więcej zrozumienia.
Mieszkała sama, poza synem i jego rodziną nie ma tu nikogo. Siostra
Patrika, Lotta, mieszkała w Göteborgu, i chociaż to nie drugi koniec
świata, matka miała bliżej do nich. Poza tym bardzo im pomagała. Kilka
razy została z Mają, dzięki czemu mógł pójść z Eriką do restauracji...
Erika mogłaby częściej dostrzegać plusy.
- Patś, patś!
Maja z podnieceniem wskazała paluszkiem pasące się na łące koniki
Rimfaxe. Patrik nie przepadał za tą rasą, ale gotów był przyznać, że
konie fiordzkie są rzeczywiście bardzo ładne. A do tego wyglądają
niegroźnie. Przystanęli na chwilę, żeby popatrzeć, i Patrik zanotował w pamięci, by następnym razem zabrać trochę jabłek albo marchewek. Gdy
Maja napatrzyła się do syta, znów ruszył przed siebie. Pokonał ostatni
odcinek drogi do młyna, a potem zawrócił do Fjällbacki.
Patrzył, jak zwykle z fascynacją, na wieżę kościoła wznoszącą się
wyniośle nad szczytem wzgórza. I wtedy ujrzał znajomy samochód. Jechał
bez koguta, nie na sygnale, więc sprawa chyba nie była pilna. A mimo to
Patrik poczuł, że tętno mu przyśpiesza. Samochód zjeżdżał już ze
szczytu, gdy Patrik dostrzegł za nim drugi. Zmarszczył czoło. Obydwa
radiowozy, naraz. To musi być coś ważnego. Pomachał, gdy od samochodu
dzieliło go tylko sto metrów. Samochód zwolnił i Patrik podszedł do
siedzącego za kierownicą Martina. Maja z zachwytem machała rączkami. W jej świecie każde wydarzenie zapowiadało coś fajnego.
- Cześć, Hedström. Na spacerku z córeczką? - odezwał się Martin, kiwając
ręką do Mai.
- Tak, trzeba dbać o formę... Co się stało, że jedziecie dwoma wozami?
Za nim zatrzymał się drugi samochód. Patrik kiwnął ręką Bertilowi i Göście.
- Cześć, jestem Paula Morales.
Patrik dopiero teraz dostrzegł, że obok Martina siedzi nieznajoma
kobieta w policyjnym mundurze. Chwycił jej wyciągniętą rękę i przedstawił się.
- Dostaliśmy zgłoszenie o znalezieniu zwłok. Tu, niedaleko - odparł
Martin.
- Podejrzewacie zabójstwo? - Patrik zmarszczył czoło.
Martin rozłożył ręce.
- Nic więcej nie wiemy. Dzwoniło dwóch chłopaków, że znaleźli
nieboszczyka.
Stojący z tyłu samochód zatrąbił, Maja aż podskoczyła w wózku.
- Wiesz co - szybko powiedział Martin - nie mógłbyś wskoczyć do
samochodu i jechać z nami? Jakoś nie za dobrze się czuję z... no wiesz,
z kim... - Wskazał głową drugi samochód.
- Niby jak? - powiedział Patrik. - Jestem z małą... i formalnie rzecz
biorąc, jestem na urlopie.
- Proszę. - Martin przekrzywił głowę. - Jedź z nami. Rzucisz tylko
okiem, a potem was podwiozę do domu. Wózek zmieści się w bagażniku.
- A fotelik dla dziecka?
- Racja. No to przyjdź do nas. To niedaleko, zaraz za rogiem. Pierwsza
przecznica w prawo, drugi dom po lewej stronie. Na skrzynce jest
nazwisko Frankel.
Patrik wahał się chwilę. Po następnym klaksonie z drugiego samochodu
podjął decyzję.
- Dobrze, przyjdę i rzucę okiem. Będziesz musiał się zająć Mają, gdy
będę w środku. I ani słowa Erice. Dostanie szału, jeśli się dowie, że
zabrałem Maję na akcję.
- Przyrzekam. - Martin mrugnął do niego. Machnął ręką Bertilowi i Göście, a potem wrzucił jedynkę. - Do zobaczenia.
- Okej - odparł Patrik, chociaż czuł, że będzie tego żałował.
Ciekawość wzięła jednak górę nad instynktem samozachowawczym. Odwrócił
wózek i szybkim krokiem poszedł w kierunku Hamburgsund.
- Wszystkie sosnowe meble mają stąd wyjechać! - Anna wzięła się pod boki
i zrobiła groźną minę.
- Ale co w nich złego? - spytał Dan, drapiąc się w głowę.
- Są brzydkie! Jeszcze jakieś pytania? - Anna nie mogła się powstrzymać
od śmiechu. - Nie bądź taki przerażony, kochanie... Będę się jednak
upierać, że nie ma nic brzydszego od tych mebli. A najgorsze jest łóżko.
Poza tym nie chcę spać w łóżku, w którym spałeś z Pernillą. Ten sam dom
od biedy może być, ale to samo łóżko... o nie!
- To potrafię jeszcze zrozumieć. Ale tyle nowych mebli naraz będzie dużo
kosztować... - powiedział ze zmartwioną miną Dan.
Kiedy zostali parą, postanowił mimo wszystko zatrzymać dom, choć
niełatwo było mu wiązać koniec z końcem.
- Mam jeszcze pieniądze od Eriki, ze spłaty domu po rodzicach. Lucas się
do nich nie dobrał. Weźmiemy część i jeśli zechcesz, pojedziemy razem
kupić trochę nowych rzeczy. Chyba że się nie boisz dać mi wolną rękę.
- Wierz mi, chętnie sobie daruję decydowanie, jakie meble kupić - odparł
Dan. - Kupuj, co chcesz, byle to jakoś wyglądało. Ale dość już gadania.
Chodź lepiej się całować.
Przyciągnął ją do siebie. Całowali się długo, mocno i jak zwykle dali
się ponieść. Dan zaczął rozpinać Annie biustonosz, gdy ktoś wszedł do
domu. Z przedpokoju było widać kuchnię, więc ten ktoś nie mógł mieć
wątpliwości, co się tam odbywa.
- Kurde, migdalicie się w kuchni? Fuj, obrzydliwi jesteście! - Belinda
przeleciała obok nich jak burza i pomknęła po schodach do swojego
pokoju. Na ostatnim stopniu przystanęła i czerwona ze złości krzyknęła:
- Wracam do mamy, jak najszybciej! Rozumiecie? Przynajmniej nie będę
musiała bez przerwy patrzeć, jak sobie wpychacie języki do gardeł. Po
prostu żenada! Obrzydliwość! Nie dociera do was?!
Buch! Drzwi pokoju Belindy trzasnęły. Usłyszeli, jak przekręca klucz w zamku. Chwilę później zaczęła grać muzyka, na cały regulator. Stojące
przy zlewie talerze zadzwoniły do taktu.
- Ups - powiedział Dan i skrzywił się, patrząc w górę schodów.
- Właśnie, ups - powiedziała Anna, wydostając się z jego objęć. -
Rozumiem, że niełatwo jej z tym wszystkim. - Chwyciła dzwoniące talerze
i wstawiła je do zlewu.
- Niestety musi się pogodzić z tym, że w moim życiu pojawiła się kobieta
- powiedział Dan ze złością.
- Ale spróbuj się postawić w jej sytuacji. Najpierw rozwodzicie się z Pernillą, potem przewija się przez ten dom - Anna ważyła słowa - pewna
liczba dziewczyn, w końcu wprowadzam się ja z dwójką dzieci. Belinda ma
dopiero siedemnaście lat. Samo to jest dla niej wystarczająco trudne. W dodatku musi się dostosować do trzech obcych osób w domu...
- Wiem, że masz rację... - Dan westchnął. - Ale nie mam pojęcia, jak
postępować z nastolatką. Odpuścić? Nie poczuje się wtedy pozostawiona
sama sobie? Czy upierać się przy swoim? Czy wtedy nie uzna, że się
wcinam? Co mówi instrukcja obsługi?
Anna się roześmiała.
- Według mnie zaginęła już na porodówce. Postaraj się z nią porozmawiać.
Jeśli ci zatrzaśnie drzwi przed nosem, przynajmniej będziesz wiedział,
że próbowałeś. A potem spróbujesz jeszcze raz. I jeszcze raz. Ona się
boi, że cię straci. Ciebie i prawo do bycia małą dziewczynką. Boi się,
że skoro już się wprowadziliśmy, to zabierzemy jej wszystko. To wcale
nie jest takie dziwne.
- Czym ja sobie zasłużyłem na taką mądrą kobietę? - spytał Dan, znów
przytulając Annę.
- Nie wiem - odparła, przyciskając twarz do jego piersi. - Chyba ci się
tylko wydaje, że jestem taka mąd-ra, bo porównujesz mnie ze swoimi
poprzednimi podbojami...
- Słuchaj. - Dan zaśmiał się i mocno uścisnął Annę. - Nie bądź taka, bo
zostawię to sosnowe łóżko.
- A chcesz, żebym została w tym domu?
- Okej. Wygrałaś. Umawiamy się, że łóżko już wyleciało.
Oboje się roześmiali. Potem zaczęli się całować. Na górze muzyka dudniła
na cały regulator.
Martin podjechał pod dom i od razu zobaczył chłopców. Stali na uboczu ze
skrzyżowanymi ramionami. Trzęśli się ze zdenerwowania. Martin spojrzał
na ich pobladłe twarze i zobaczył, że im ulżyło, że wreszcie
przyjechali.
- Jestem Martin Molin. - Wyciągnął rękę do chłopaka stojącego bliżej.
Przedstawił się, mamrocząc pod nosem: - Adam Andersson. - Drugi, stojący
nieco z tyłu, machnął ręką i wyjaśnił z zawstydzeniem:
- Nie witam się. Wymiotowałem i wytarłem ręką...
Martin ze zrozumieniem kiwnął głową. Nie ma się czego wstydzić, on też
tak reaguje na widok trupa.
- No jak, co się tu stało? - zwrócił się do Adama, który wydawał się
bardziej opanowany. Był niższy od kolegi, na policzkach miał ostre
wykwity trądziku, jasne, przydługie włosy.
- To było tak, że my... - Adam obejrzał się na Mattiasa. Mattias
wzruszył ramionami, więc ciągnął dalej: - Pomyśleliśmy, że wejdziemy do
środka się rozejrzeć. Wyglądało na to, że obaj wyjechali.
- Obaj? - spytał Martin. - Dwóch ich tutaj mieszka?
- Bracia - wtrącił Mattias. - Nie wiem, jak się nazywają, ale moja matka
wie na pewno. Od początku czerwca opróżnia ich skrzynkę na listy. Jeden
z nich zawsze wyjeżdża na lato, ale drugi zostaje. W tym roku nikt nie
odbierał poczty, więc myśleliśmy, że... - Nie dokończył. Wpatrywał się w swoje buty. Na jednym z nich spostrzegł martwą muchę. Z obrzydzeniem
potrząsnął nogą, żeby ją zrzucić. - Czy to on tam siedzi nieżywy? -
spytał, podnosząc wzrok.
- W tej chwili wiemy mniej od was - odparł Martin. - Mówcie dalej.
Postanowiliście się dostać do środka. I co dalej?
- Mattias odkrył, że jedno okno da się otworzyć, i wszedł pierwszy -
powiedział Adam. - Potem wciąg-nął mnie. Kiedy zeskoczyliśmy na podłogę,
coś nam zatrzeszczało pod butami, ale nie widzieliśmy co, bo było
ciemno.
- Ciemno? - przerwał Martin. - Dlaczego ciemno?
Kątem oka zobaczył, że Gösta, Paula i Bertil przy-stanęli z tyłu i nasłuchują.
- Wszystkie rolety były spuszczone - cierpliwie wyjaśnił Adam. -
Podciągnęliśmy roletę w tym oknie, przez które weszliśmy, i wtedy
zobaczyliśmy, że na podłodze jest pełno martwych much. W dodatku
strasznie śmierdziało.
- Koszmarnie - powtórzył Mattias. Znów zaczęło go mdlić.
- I co dalej? - ponaglał Martin.
- Weszliśmy do pokoju. Fotel przy biurku stał tyłem, nie widzieliśmy,
czy ktoś tam siedzi. Tknęło mnie przeczucie... oglądało się CSI,
prawda, więc ten smród i martwe muchy, i tak dalej... Nie trzeba być
Einsteinem, żeby wydedukować, że ktoś tu umarł. Podszedłem do fotela,
obróciłem... siedział w nim!
Mattias przypomniał sobie ten widok. Odwrócił się i zwymiotował na
trawę. Otarł usta ręką i wyszeptał:
- Przepraszam.
- W porządku - powiedział Martin. - Każdemu się zdarza na widok trupa.
- Mnie nie - powiedział z wyższością Mellberg.
- Mnie też nie - lakonicznie stwierdził Gösta.
- Mnie też nigdy się nie przytrafiło - oświadczyła Paula.
Martin odwrócił się i rzucił im ostrzegawcze spoj-rzenie.
- Obrzydliwie wyglądał - skwapliwie dopowiedział Adam.
Mimo początkowego szoku wszystko to zaczęło mu chyba sprawiać pewną
przyjemność. Mattiasem, który stał zgięty wpół za jego plecami,
wstrząsały torsje. Wymiotował już samą żółcią.
- Czy ktoś mógłby odwieźć chłopaków do domu? - Martin zwrócił się do
kolegów, ale do nikogo konkretnie. Zapadło milczenie, po chwili zgłosił
się Gösta.
- Ja ich wezmę. Chodźcie, chłopcy, zawiozę was do domu.
- Mieszkamy tylko paręset metrów stąd - słabym głosem powiedział
Mattias.
- No to was odprowadzę - powiedział Gösta i kiwnął na nich ręką.
Poszli za nim, powłócząc nogami w sposób charakterystyczny dla
nastolatków. Na twarzy Mattiasa malował się wyraz ulgi, natomiast Adam
był zawiedziony, że go ominą ciekawe wydarzenia.
Martin odprowadził ich wzrokiem aż do rogu, a potem powiedział tonem
zdradzającym, że nie oczekuje zbyt wiele:
- Zobaczmy, co tu mamy.
Mellberg odchrząknął.
- Nie mam wprawdzie problemu z patrzeniem na trupy i tak dalej...
naprawdę... tyle lat służby, więc niejedno widziałem, ale ktoś tu
powinien zostać... na straży. Najlepiej będzie, jeśli wezmę na siebie
ten obowiązek, jako szef, jako ten z największym doświadczeniem. - Znów
odchrząknął.
Martin i Paula spojrzeli na siebie z rozbawieniem, ale Martin
natychmiast zrobił poważną minę.
- Racja. Lepiej, żeby ktoś z twoim doświadczeniem miał oko na teren
wokół domu, a my z Paulą wejdziemy do środka i się rozejrzymy.
- Właśnie... Pomyślałem, że tak będzie najlepiej. - Mellberg przez
moment kołysał się na piętach, potem ociężale ruszył przez trawnik.
- To co, wchodzimy? - powiedział Martin. Paula kiwnęła głową.
- Ostrożnie - ostrzegł Martin przed drzwiami. - Nie wolno nam zatrzeć
żadnych śladów, na wypadek gdyby się okazało, że śmierć nie nastąpiła z przyczyn naturalnych. Tylko się rozejrzymy, zanim przyjedzie ekipa
techniczna.
- Pięć lat pracowałam w wydziale kryminalnym komendy okręgowej w Sztokholmie. Wiem, jak należy się zachowywać na domniemanym miejscu
przestępstwa - powiedziała Paula bez złości.
- Przepraszam, nie wiedziałem - zawstydził się Martin, ale natychmiast
skupił się na czekającym go zadaniu.
W domu panowała niesamowita cisza. Zakłócał ją tylko stukot butów o podłogę. Martin stał w przedpokoju i zastanawiał się, czy wydawałaby mu
się równie upiorna, gdyby nie wiedział, że w domu jest trup. I doszedł
do wniosku, że chyba nie.
- Tam - szepnął. Natychmiast sobie uprzytomnił, że przecież nie musi
szeptać. Normalnym głosem, który odbił się echem od ścian, powtórzył: -
Tam.
Paula szła zaraz za nim. Martin zrobił kilka kroków i otworzył drzwi
pokoju, jak się domyślał, biblioteki. Dziwna woń, którą czuli już od
progu, stała się jeszcze silniejsza. Chłopcy mówili prawdę. Na podłodze
leżało mnóstwo much. Trzeszczały pod stopami, gdy wchodzili, najpierw
on, potem Paula. Zapach był duszący, słodkawy, ale już nie tak
nieznośny, jak zapewne był na początku.
- Nie ma wątpliwości, że ktoś tu umarł, i to dość dawno temu -
powiedziała Paula. Oboje z Martinem wpatrywali się w przeciwległy róg
pokoju.
- Rzeczywiście - powiedział Martin.
W ustach czuł ohydny posmak. Postanowił, że się nie da, i ostrożnie
przeszedł środkiem, aż do siedzącego na fotelu trupa.
- Zostań tam. - Gestem nakazał Pauli, aby się zatrzymała przy drzwiach.
Nie poczuła się urażona. Im mniej osób zostawi ślady, tym lepiej.
- Wiesz, nie wygląda to na śmierć z przyczyn naturalnych - stwierdził.
Żółć podeszła mu do gardła. Starał się zwalczyć odruch wymiotny,
przełykając ślinę i skupiając się na oględzinach. Sporych rozmiarów rana
tłuczona po prawej stronie głowy nie pozostawiała wątpliwości, mimo
ogólnie złego stanu zwłok. Człowiek siedzący na fotelu został brutalnie
pozbawiony życia.
Martin odwrócił się powoli i wyszedł z pokoju. Paula za nim. Na dworze
wziął kilka głębokich oddechów i w końcu przestało go mdlić. Wtedy
zobaczył, że zza rogu wychodzi Patrik. Szedł żwirową ścieżką w ich
kierunku.
- To morderstwo - powiedział Martin, gdy Patrik znalazł się w zasięgu
jego głosu. - Trzeba ściągnąć Torbjörna z ekipą techniczną. W tej chwili
nie mamy tu nic więcej do roboty.
- Okej - powiedział z posępną miną Patrik. - Może mógłbym... - Przerwał
i spojrzał na siedzącą w wózku Maję.
- Wejdź sobie do środka, przypatrz się, ja przez ten czas popilnuję Mai
- powiedział z zapałem Martin. Podszedł do Mai i wziął ją na ręce. -
Chodź, malutka, pooglądamy kwiatki.
- Fiatki - powtórzyła radośnie Maja i pokazała palcem rabatkę.
- Byłaś z nim w środku? - spytał Patrik.
Paula skinęła głową.
- Niezbyt atrakcyjny widok. Chyba siedzi tak od późnej wiosny. W każdym
razie tak mi się zdaje.
- Pracując w Sztokholmie, na pewno niejedno widziałaś.
- Trupów leżących równie długo nie tak znowu dużo.
- Wejdę i rzucę okiem. Właściwie to jestem na urlopie ojcowskim, ale...
Paula się uśmiechnęła.
- Domyślam się, że trudno ci wytrzymać bez pracy. Ale Martin nieźle
sobie radzi, strzeże pozycji...
Z uśmiechem spojrzała w stronę rabatki: Martin przykucnął obok Mai i razem podziwiali kwitnące jeszcze kwiaty.
- On jest jak opoka. Pod każdym względem - powiedział Patrik i ruszył do
domu.
Wrócił po kilku minutach.
- Jestem tego samego zdania co Martin. Raczej nie ma wątpliwości,
pokaźna rana tłuczona na głowie.
- Żadnych podejrzanych śladów. - Mellberg, sapiąc, wyszedł zza rogu. - I jak to wygląda? Hedström, byłeś w środku? Przyjrzałeś się?
Wyczekująco patrzył na Patrika, a Patrik kiwnął głową.
- Nie ma wątpliwości, że to morderstwo. Zadzwo-nisz po ekipę
kryminalistyczną?
- Oczywiście - nadął się Mellberg. - W końcu jestem szefem tego domu
wariatów. A ty co tu robisz? - spytał. - Najpierw się upierałeś przy
urlopie ojcowskim, a teraz, jak go masz, wyskakujesz jak diabeł z pudełka. - Zwrócił się do Pauli: - Nie rozumiem tych nowomodnych
wymysłów. Faceci siedzą w domach i zmieniają pieluchy, a baby wkładają
mundury.
Raptownie zawrócił i sadząc wielkimi krokami, podążył do samochodu, by
przez telefon wezwać techników.
- Witamy w komisariacie w Tanumshede - sucho skomentował Patrik.
Paula uśmiechnęła się z rozbawieniem.
- To nic nowego. W policji jest pełno takich dinozaurów jak on. Gdybym
miała się nimi przejmować, już dawno musiałabym się poddać.
- Dobrze, że tak do tego podchodzisz - zauważył Patrik. - Mellberg ma tę
zaletę, że jest konsekwentny. Dyskryminuje wszystko i wszystkich.
- Bardzo pocieszające - zaśmiała się Paula.
- Z czego się śmiejecie? - spytał Martin. Nadal trzymał na ręku Maję.
- Z Mellberga - odparli jednocześnie.
- Co znowu?
- To samo co zawsze - Patrik wyciągnął ręce do Mai. - Ale będzie dobrze,
bo Paula się nie przejmuje. Idziemy z małą do domu. Maja, zrób pa, pa.
Maja pomachała rączką i uśmiechnęła się, zwłaszcza do Martina. Martin aż
się rozpromienił.
- Zabierasz mi dziewczynę? Hej, maleńka, miałem nadzieję, że coś będzie
między nami... - Wysunął dolną wargę, robiąc zawiedzioną minę.
- Maja nie potrzebuje żadnych facetów poza swoim tatą, prawda, kochanie?
- Patrik wtulił nos w szyjkę córeczki, a ona zapiszczała ze śmiechu.
Posadził ją w wózku i pomachał kolegom. Czuł ulgę, że może ich zostawić
i iść do domu, ale z drugiej strony wolałby zostać.
Zupełnie się pogubiła. Jaki dziś dzień, poniedziałek? Czy już wtorek?
Britta chodziła tam i z powrotem po pokoju. Jakie to... denerwujące. Im
bardziej próbowała się skupić, tym bardziej jej to umykało. W chwilach
większej jasności wewnętrzny głos podpowiadał jej, że siłą woli mogłaby
zmusić swój mózg do posłuchu. Jednocześnie miała świadomość, że jej mózg
coraz bardziej się zmienia, rozpada się, traci zdolność pamiętania,
zatrzymywania w pamięci chwil, wydarzeń, informacji i twarzy.
Poniedziałek. Tak, dziś jest poniedziałek. Wczoraj córki były u nich na
niedzielnym obiedzie. To było wczoraj. Więc dziś jest poniedziałek. Na
pewno. Zatrzymała się w pół kroku. Poczuła ulgę, odniosła małe
zwycięstwo. Wie, jaki dzień był wczoraj.
Łzy cisnęły jej się do oczu. Przysiadła w rogu kanapy. Znajome obicie ze
wzorem Josefa Franka sprawiało, że czuła się bezpieczna. Kupili tę
kanapę razem z Hermanem. To znaczy ona wybierała, a on pomrukiwał z aprobatą. Z radością zgodziłby się na wszystko, byleby była szczęśliwa.
Nawet gdyby zapragnęła pomarańczowej kanapy w zielone kropki. Herman, no
właśnie... Gdzie on jest? Z niepokojem przebierała palcami po kwiatkach
na obiciu. Przecież wie. To znaczy: w gruncie rzeczy wie. Miała przed
oczami jego twarz i poruszające się usta, gdy wyraźnie mówił, dokąd
idzie. Pamiętała nawet, że powtórzył to kilka razy. Ale sama informacja
jej umknęła, tak jak przedtem dzień tygodnia, jakby z niej drwiła.
Zdenerwowała się, chwyciła za oparcie. Musi sobie przypomnieć, tylko
najpierw się skupi. Wpadła w panikę. Gdzie ten Herman? Długo go nie
będzie? Chyba nie wyjechał, nie zostawił jej samej? A może ją porzucił?
Co mówiły jego usta, które miała przed oczami? Musi się upewnić i sprawdzić, czy jego rzeczy są na miejscu. Raptownie wstała z kanapy i pobiegła na piętro. Paniczny strach pulsował i dzwonił jej w uszach. Co
on mówił? Rzuciła okiem do szafy i uspokoiła się. Wszystkie rzeczy wiszą
na swoim miejscu. Marynarki, swetry, koszule. Wszystko jest. Ale nadal
nie wiedziała, gdzie jest Herman.
Rzuciła się na łóżko, skuliła jak małe dziecko i rozpłakała. Z każdą
chwilą jej mózg ogarniała coraz większa pustka, twardy dysk życia się
wymazywał. Nic nie mogła na to poradzić.
- Cześć. To był naprawdę długi spacer. Długo was nie było!
Erika wyszła im na spotkanie i dostała od Mai mokrego całusa.
- Tak... Zdaje się, że miałaś popracować? - Patrik nie patrzył jej w oczy.
- Miałam... - westchnęła. - Ale jakoś nie mogę ruszyć z miejsca. Gapię
się tylko w ekran i wcinam irysy. Jak tak dalej pójdzie, zanim skończę
książkę, dojdę do stu kilo. - Pomogła Patrikowi rozebrać Maję. - Nie
mogłam już wytrzymać i trochę poczytałam pamiętniki mamy.
- Znalazłaś coś ciekawego? - spytał Patrik. Ulżyło mu, że nie musi
odpowiadać na dalsze pytania o spacer.
- Czy ja wiem... to zwykłe zapiski z codziennego życia. Przeczytałam
tylko kilka stron. Będę czytać etapami. - Erika weszła do kuchni i zmieniając temat, spytała: - Napijemy się herbaty?
- Z przyjemnością - odparł Patrik.
Rozwiesił ubrania, a potem poszedł za nią do kuchni i przyglądał się,
jak nalewa wody i wyciąga torebki herbaty i filiżanki. Słychać było, jak
Maja buszuje w zabawkach w salonie. Po kilku minutach Erika nalała do
filiżanek gorącej herbaty i zasiedli przy kuchennym stole.
- No, wykrztuś to wreszcie - powiedziała, obserwując Patrika. Tak dobrze
go znała. To umykające spojrzenie, nerwowe bębnienie palcami. Nie chciał
albo nie miał odwagi jej o czymś powiedzieć.
- Ale co? - Zrobił niewinną minę.
- Nie rób wielkich oczu. O czym mi nie powiedziałeś?
Wypiła łyk herbaty i z rozbawieniem czekała, aż przestanie się wić i przejdzie do rzeczy.
- Taak...
- A dalej? - Erika nie mogłaby zaprzeczyć, że odczuwa niemal sadystyczną
przyjemność, przyglądając się, jak się męczy.
- Coś się stało.
- Wróciliście oboje cali i zdrowi, więc co takiego się stało?
- No więc... - Patrik wypił łyk herbaty, by zyskać na czasie i wymyślić,
jak to najlepiej przedstawić. - Szliśmy w stronę młyna Lerstena i akurat
moi koledzy jechali na wezwanie. - Ostrożnie podniósł na nią wzrok.
Erika uniosła brew. Czekała na ciąg dalszy. - Dostali meldunek o znalezieniu zwłok w domu gdzieś przy drodze na Hamburgsund i właśnie tam
jechali.
- Ale jesteś na urlopie i ciebie to nie dotyczy. - Filiżanka Eriki
zatrzymała się w połowie drogi do ust. - Chyba nie chcesz powiedzieć...
- Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Właśnie - odparł nieco piskliwie Patrik, nie podnosząc wzroku znad
stołu.
- Zabrałeś Maję tam, gdzie znaleziono trupa! - Przyszpiliła go wzrokiem.
- Tak. Ale gdy wszedłem do środka, żeby się rozejrzeć, zajmował się nią
Martin. Oglądali kwiatki.
Uśmiechnął się pojednawczo, ale odpowiedziało mu lodowate spojrzenie.
- Wszedłem do środka, żeby się rozejrzeć. - Głos również miała lodowaty.
- Masz urlop ojcowski. Podkreślam: urlop. I podkreślam: ojcowski! Tak
trudno powiedzieć: ja teraz nie pracuję?
- Ale ja tylko rzuciłem okiem - tłumaczył się bezradnie, bo wiedział, że
Erika ma rację. Istotnie, jest na urlopie. Ojcowskim. Niech koledzy
prowadzą ten interes. Poza tym nie powinien zabierać Mai na miejsce
zbrodni.
W tym momencie uzmysłowił sobie, że Erika nie wie. Twarz przeszył mu
mimowolny skurcz. Przełknął ślinę i dodał:
- To morderstwo.
- Morderstwo! - Jej głos przeszedł w falset. - Więc nie dość, że wziąłeś
Maję tam, gdzie znaleziono zwłoki, to jeszcze były to zwłoki
zamordowanego człowieka! - Potrząsnęła głową, jakby słowa, które
próbowała wypowiedzieć, uwięzły jej w gardle.
- Ale nigdy więcej tego nie zrobię. - Patrik rozłożył ręce. - Niech oni
to wyjaśniają. Ja mam wolne do stycznia i w tym czasie poświęcę się
wyłącznie Mai, w stu procentach. Masz moje słowo.
- I lepiej, żeby tak było - odwarknęła Erika. Była taka zła, że
najchętniej by nim potrząsnęła. Po chwili uspokoiła się, ciekawość
zwyciężyła. - Gdzie to było? Wiadomo już, kim jest ofiara?
- Nie mam pojęcia. Duży biały dom, po lewej stronie, sto metrów od
pierwszej przecznicy w prawo, za młynem.
Erika spojrzała na niego dziwnie.
- Duży biały dom z szarymi narożnikami?
Patrik pomyślał chwilę, a potem kiwnął głową.
- Tak, zgadza się. Na skrzynce na listy było nazwisko Frankel.
- Wiem, kto tam mieszka. Axel i Erik Franklowie. Erik Frankel to ten,
któremu dałam do obejrzenia ten nazistowski medal.
Patrik oniemiał. Jak mógł o tym zapomnieć? W końcu nazwisko Frankel nie
należy do najczęściej spotykanych.
Z salonu dobiegało wesołe trajkotanie Mai.
- Co za beznadziejny poniedziałek - westchnął Mell-berg, gdy Gösta
wjechał do garażu i zaparkował.
- No - odparł Gösta, jak zawsze bardzo oszczędny w słowach.
Mellberg wszedł do budynku i zdążył tylko zarejestrować, że coś
kudłatego zbliża się w szalonym tempie. Potem to coś rzuciło się na
niego i próbowało lizać po twarzy.
- Zaraz, zaraz! Dość tego!
Z obrzydzeniem machnął rękami. Pies stulił uszy i poczłapał do Anniki.
Przynajmniej tam był mile widziany. Mellberg, mamrocząc pod nosem,
wierzchem dłoni starł psią ślinę. Gösta zmuszał się do zachowania
powagi. Cała ta scena była tym zabawniejsza, że Mellbergowi przy okazji
zsunęła się na bok pożyczka, uwita misternie jak gniazdo na czubku
głowy. Ze złością poprawił fryzurę i nadal mrucząc do siebie, poszedł do
swojego gabinetu.
Gösta, chichocząc cicho, także poszedł do swojego pokoju. Podskoczył ze
zdumienia, gdy nagle usłyszał znajomy ryk:
- Ernst! Do mnie!
Rozejrzał się zaskoczony. Minął już jakiś czas, odkąd jego kolega Ernst
Lundgren wyleciał z pracy, i nic mu nie było wiadomo, żeby mieli go
przyjąć z powrotem.
Mellberg wrzasnął jeszcze raz:
- Ernst! Chodź tu natychmiast!
Gösta wyszedł na korytarz, żeby wyjaśnić tę zagadkę, i zobaczył, jak
Mellberg, czerwony ze złości, pokazuje na coś leżącego na podłodze. W umyśle Gösty zrodziło się podejrzenie. Rzeczywiście, kundel przytelepał
się jak na zamówienie. Ze wstydem zwiesił łeb.
- Ernst, co to jest?
Psisko próbowało udawać, że nie rozumie, ale kupa na środku gabinetu
mówiła sama za siebie.
- Annika! - wrzasnął Mellberg.
Sekretarka przybiegła błyskawicznie.
- Ojej, widzę, że zdarzył się mały wypadek.
Rzuciła psu współczujące spojrzenie, a on z wdzięcznością podszedł
bliżej.
- Ładny mi wypadek! Ernst narobił mi na podłogę.
Gösta nie mógł się już powstrzymać. Zaczął chichotać. Próbował przestać,
ale śmiał się coraz głośniej. Udzieliło się to również Annice. W końcu
oboje ryczeli ze śmiechu, aż im łzy ciekły po policzkach.
- Co się dzieje? - z zaciekawieniem spytał Martin. Za nim stała Paula.
- Ernst... - Gösta nie mógł złapać tchu. - Ernst... narobił na podłogę.
Martin nie od razu zrozumiał. Patrzył to na leżącą na środku gabinetu
kupę, to na psa tulącego się do nóg Anniki. W końcu coś mu zaświtało.
- Dałeś... psu na imię Ernst? - spytał i również zaczął się śmiać.
Tylko Mellbergowi i Pauli nie udzielił się ten histeryczny napad.
Mellberg wyglądał, jakby zaraz miało go rozsadzić od środka, natomiast
Paula nie rozumiała, o co chodzi.
- Później ci wytłumaczę - powiedział do niej Martin, ocierając oczy. -
Kurde, ale dowcip. Bertil, niezły z ciebie kawalarz - dodał.
- Ta... może i tak - odparł Bertil, uśmiechając się niechętnie. - Dość
tego, Annika. Trzeba posprzątać i wracamy do pracy.
Chrząknął i usiadł za biurkiem. Pies wahał się chwilę, nie wiedząc, kogo
wybrać: Annikę czy Bertila. W końcu uznał, że najgorsze minęło, i merdając ogonem, podążył za nowym panem.
Wszyscy spojrzeli na tę niezwykłą parę. Zastanawiali się, co też pies
mógł zobaczyć w Bertilu Mellbergu. Im to coś umknęło.
Przez cały wieczór Eriki nie opuszczała myśl o Eriku Franklu. Nie znała
go bliżej, ale obaj z bratem Axelem byli częścią Fjällbacki. Mówiło się
o nich "synowie doktora", chociaż od czasu, gdy ich ojciec był lekarzem
we Fjällbace, minęło pięćdziesiąt lat, a czterdzieści, odkąd odszedł z tego świata.
Erika wróciła myślami do swojej wizyty w domu braci. Była tam tylko raz.
Bracia, obaj kawalerowie, mieszkali razem w domu po rodzicach. Obaj
pasjonowali się historią Niemiec i nazizmu, chociaż każdy na swój
sposób. Erik uczył historii w gimnazjum. W wolnych chwilach
kolekcjonował przedmioty z czasów Trzeciej Rzeszy. Nimi interesował się
szczególnie. Axel, starszy z nich, o ile dobrze pamiętała, utrzymywał
jakieś kontakty z Centrum Szymona Wiesenthala. Przypominała sobie
również, że podczas wojny przytrafiło mu się coś złego.
Zadzwoniła wtedy do Erika Frankla, opowiedziała mu o swoim znalezisku i opisała medal, a potem spytała, czy mógłby jej pomóc zbadać jego
pochodzenie, dowiedzieć się, jak trafił w ręce jej matki. Długo nie
odpowiadał. Pomyślała nawet, że może się rozłączył. Kilka razy zawołała
do słuchawki: halo. A potem dziwnym tonem powiedział, żeby przyniosła
medal, to go obejrzy. Jej uwagę zwróciło najpierw to milczenie, a potem
ton jego głosu. Nie wspomniała o tym Patrikowi. Pomyślała, że może się
przesłyszała. Gdy do niego pojechała, nie zauważyła w jego zachowaniu
niczego dziwnego. Był uprzejmy, zaprosił ją do biblioteki, i tam
pokazała mu medal. Wziął go z dość obojętną miną i przyjrzał się
dokładnie. Potem spytał, czy mógłby go zatrzymać na jakiś czas, żeby
przeprowadzić badania. Erika kiwnęła głową. Ucieszyła się, że ktoś chce
się tym zająć.
Pokazał jej również swoje zbiory. Z podziwem, a jednocześnie z przerażeniem oglądała przedmioty pochodzące z mrocznego, złego okresu w historii. Nie wytrzymała. Musiała spytać, jak ktoś, kto jest
przeciwnikiem nazizmu i wszystkiego, co ten system uosabiał, może
zbierać i otaczać się przedmiotami, które o nim przypominają. Zwlekał z odpowiedzią. W zamyśleniu chwycił czapkę z emblematem SS i obracając ją
w rękach, wyraźnie zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Nie mam zaufania do ludzkiej pamięci - odezwał się w końcu. - Bez
takich przedmiotów, które można obejrzeć i dotknąć, bardzo łatwo
zapominamy o tym, czego nie chcemy pamiętać. Zbieram to, co przypomina o przeszłości. Przy okazji nie dopuszczam, by te przedmioty dostawały się
w ręce ludzi, którzy patrzą na nie inaczej, wzrokiem pełnym podziwu.
Erika skinęła głową. Rozumiała, a jednocześnie nie rozumiała. Na
pożegnanie podali sobie ręce.
A teraz Erik Frankel nie żyje. Został zamordowany. Możliwe, że wkrótce
po jej wizycie. Z tego, co niechętnie opowiedział Patrik, wynikało, że
całe lato przesiedział martwy na fotelu.
Przypomniała sobie o szczególnej reakcji Erika, gdy mu opowiadała o medalu. Zwróciła się do siedzącego obok i skaczącego pilotem po kanałach
Patrika:
- Nie wiesz, czy medal jeszcze tam jest?
Patrik się zdziwił.
- Nie pomyślałem o tym. Nie mam pojęcia. Ale nie zauważyłem żadnych
śladów wskazujących na morderstwo na tle rabunkowym. Zresztą kogo by
miał interesować stary nazistowski medal? Nie był to żaden unikat.
Chodzi mi o to, że jest ich jeszcze sporo na świecie...
- No tak... - powiedziała Erika z ociąganiem. Nadal czuła się nieswojo.
- A mógłbyś jutro zadzwonić do kolegów i poprosić, żeby się za nim
rozejrzeli?
- No wiesz... - odparł. - Podejrzewam, że mają co innego do roboty.
Spytamy jego brata. Poprosimy, żeby poszukał. Na pewno gdzieś u nich
jest.
- A właśnie. Gdzie jest Axel Frankel? Dlaczego przez całe lato nie
odkrył, że jego brat nie żyje?
Patrik wzruszył ramionami.
- Mam urlop ojcowski, nie pamiętasz? Zadzwoń, spytaj Mellberga.
- Cha, cha, bardzo śmieszne - odparła Erika z uśmiechem. Ale niepokój
jej nie opuszczał. - Czy to nie dziwne, że Axel nie znalazł jego zwłok?
- Nie mówiłaś przypadkiem, że się dowiedziałaś, że wyjechał, kiedy u nich byłaś?
- Tak, Erik powiedział, że brat jest za granicą. Ale przecież to było w czerwcu.
- Dlaczego tak cię to dziwi? - Patrik znów spojrzał na telewizor.
Właśnie miał się zacząć program Naresz-cie w domu4.
Erika sama nie wiedziała, co ją tak niepokoi, ale ciągle miała w uszach
jego milczenie w słuchawce, a potem ten dziwny ton, gdy powiedział, żeby
przyniosła medal. To na pewno miało jakiś związek z medalem. Próbowa-ła
się skupić na umiejętnościach stolarskich Martina Timella, ale nie
bardzo jej to wychodziło.
- Dziadku, szkoda, że tego nie widziałeś. Cholerny czarnuch próbował
wepchnąć się do kolejki jakby nigdy nic. Już po pierwszym kopie padł jak
kłoda. Potem, jak mu jeszcze skopałem jaja, to przez kwadrans jęczał i wił się na ziemi.
- Per, co chcesz osiągnąć w ten sposób? Pomijając to, że możesz zostać
oskarżony o pobicie i skazany na poprawczak, dajesz przeciwnikom
dodatkowy powód do mobilizacji przeciwko nam. Zamiast pomóc naszej
sprawie, jeszcze umacniasz wrogów.
Frans z rezerwą spoglądał na wnuka. Chwilami nie miał pojęcia, co
zrobić, żeby okiełznać tę burzę hormonów. Co taki piętnastolatek może
wiedzieć? Chodzi w glanach, goli głowę na łyso i udaje twardziela, ale w gruncie rzeczy to strachliwe dziecko. Nie ma pojęcia ani o sprawie, ani
o zasadach, jakie rządzą światem. Nie wie, jak pokierować swoimi
niszczycielskimi odruchami, aby używając ich niczym grota włóczni,
przebić strukturę społeczną.
Siedzieli obok siebie na schodach. Chłopak ze wstydem zwiesił głowę.
Frans zdawał sobie sprawę, że utarł mu nosa. Wnuk chciał mu zaimponować.
Ale on wyświadczyłby chłopakowi niedźwiedzią przysługę, gdyby mu nie
uzmysłowił, jak działa zimny, twardy i nieprzejednany świat. W tej walce
zwyciężają tylko najsilniejsi.
A przecież kochał tego chłopca i chciał go chronić przed złem. Objął
wnuka. Uderzyło go, jaki jest drobny. Odziedziczył budowę po nim. Wysoki
i chudy, wąski w ramionach. Żadne ćwiczenia tego nie zmienią.
- Najpierw zawsze powinieneś się zastanowić - powiedział Frans
łagodniejszym tonem. - Pomyśleć, zanim coś zrobisz. Używać słów zamiast
pięści. Do przemocy uciekać się tylko w ostateczności. - Mocniej ścisnął
chłopaka za ramiona.
Per na moment przytulił się do niego, jak kiedyś, w dzieciństwie. Ale
zaraz przypomniał sobie, że nie jest już dzieckiem i powinien się
zachowywać jak mężczyzna. Najważniejsze dla niego, i dawniej, i teraz,
było to, żeby dziadek był z niego dumny. Wyprostował się.
- Wiem, dziadku, ale wściekłem się, że się wpycha. Właśnie tacy są.
Wszędzie się rozpychają. Myślą, że cały świat do nich należy, cała
Szwecja. Tak mnie to... wkurzyło!
- Rozumiem. - Frans zabrał rękę z ramion wnuka i poklepał go po kolanie.
- Ale proszę cię, żebyś się zawsze zastanowił, zanim coś zrobisz. Nie
będę miał z ciebie żadnego pożytku, jeśli wylądujesz w więzieniu.
Kristiansand 1943
Przez całą drogę do Norwegii męczyła go choroba morska. Innym jakoś nie
dokuczała. Przyzwyczaili się. Dorastali na morzu. Ojciec mawiał, że
czują morze w nogach. Poruszali się pewnie po pokładzie, amortyzując
huśtanie, i nigdy nie cierpieli na mdłości podchodzące z żołądka do
gardła. Axel ciężko oparł się o reling. Najchętniej wychyliłby się i zwymiotował, ale uważał, że to poniżające, i nie chciał się narażać na
docinki. Wiedział, że nie byłyby złośliwe, ale duma nie pozwalała mu
znosić kpin rybaków. Wkrótce dopłyną na miejsce. Wystarczy, że znajdzie
się na lądzie, a mdłości miną jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki. Wiedział o tym z doświadczenia. Nieraz pływał już na tej
trasie.
- Widać ląd! - zawołał szyper Elof. - Za dziesięć minut będziemy na
miejscu. - Stojąc przy sterze, rzucił Axelowi długie spojrzenie.
Axel podszedł do niego. Stary był ogorzały od słońca i wiatru, skórę
miał pomarszczoną od wystawiania się na pogodę i niepogodę.
- Wszystko u ciebie w porządku? - spytał cicho, rozglądając się dokoła.
Niemieckie jednostki zacumowane jedna przy drugiej w porcie Kristiansand
przypominały o rzeczywistości. Niemcy podbili Norwegię. Szwecja na razie
uniknęła tego losu, ale nikt nie wiedział, jak długo to potrwa. Na razie
Szwedzi bacznie obserwowali, co się dzieje u sąsiadów z zachodu.
Przyglądali się również poczynaniom Niemców w innych częściach Europy.
- Pilnujcie swoich spraw, ja przypilnuję swoich - odparł Axel.
Zabrzmiało to bardziej szorstko, niż zamierzał, ale miał wyrzuty
sumienia, że naraża załogę na ryzyko, które wolałby ponosić sam. Musiał
sobie przypomnieć, że przecież nikogo do niczego nie zmusza. Gdy spytał,
czy mógłby czasem popłynąć z nimi z... towarem, Elof z miejsca się
zgodził. Nigdy nie musiał się tłumaczyć, co przewozi, a Elof nigdy nie
pytał. Reszta załogi "Elfridy" też nie.
Zacumowali w porcie i przygotowali papiery do kontroli. Niemcy niczego
nie zostawiali przypadkowi. Przed przystąpieniem do rozładunku musieli
załatwić formalności. Kiedy to zrobili, zaczęli wyładowywać części
maszyn. Oficjalnie to był ich ładunek. Norwegowie odbierali towar pod
okiem Niemców stojących z bronią gotową do strzału. Axel czekał, aż
zapadnie zmrok. Dopiero wtedy mógł wyładować swój towar. Najczęściej
była to żywność. Żywność i informacje. Tym razem też tak było.
W pełnej napięcia ciszy zjedli obiad. Axel niecierpliwie wyczekiwał
umówionej godziny. Wszyscy aż podskoczyli, gdy rozległo się ostrożne
pukanie w szybę. Axel schylił się, wyjął deski z podłogi i zaczął
wyładowywać drewniane paki. Ostrożnie, w milczeniu wynosili je na
nabrzeże. Z pobliskiego baraku słyszeli głośną rozmowę Niemców. O tej
porze sięgali już po mocniejsze trunki, więc okoliczności sprzyjały.
Pijanych Niemców łatwiej było oszukać niż trzeźwych.
Krótkie "dziękuję" po norwesku i ładunek znikł w ciemnościach. Kolejny
raz poszło gładko. Wszedł do nadbudówki z uczuciem ogromnej ulgi.
Spojrzały na niego trzy pary oczu, ale nikt się nie odezwał. Elof tylko
skinął głową, a potem odwrócił się, żeby nabić fajkę. Axel poczuł
ogromną wdzięczność dla tych ludzi. Z takim samym spokojem stawiali
czoło burzom i Niemcom. Już dawno zrozumieli, że nie da się zmienić
kolei losu i życia. Człowiek robi, co może, i żyje, jak się da, a reszta
jest w ręku Boga.
Axel poszedł się położyć. Był tak wyczerpany, że od razu zasnął,
kołysany do snu lekkim bujaniem łodzi i plus-kaniem wody o kadłub. W baraku stojącym na nabrzeżu głosy Niemców wznosiły się i opadały. Po
jakimś czasie zaczęli śpiewać, ale wtedy Axel już spał.