Promienie wiosennego słońca wpadały przez
okna komisariatu policji w Tanumshede, bezlitośnie odsłaniając brudne
smugi na szybach. Bura powłoka była pozostałością po zimie. Patrik miał
wrażenie, że i jego pokrywa. Zima była trudna. Posiadanie dziecka
okazało się znacznie przyjemniejsze, ale i uciążliwsze, niż
przypuszczał. Wprawdzie radzili sobie z małą dużo lepiej niż na
początku, ale Erika nadal nie czuła się dobrze w roli gospodyni domowej.
Świadomość tego nie opuszczała Patrika ani na chwilę. Dodatkowym
obciążeniem stało się wszystko, co dotyczyło Anny.
Niewesołe myśli przerwało mu pukanie we framugę.
- Patriku, dostaliśmy zawiadomienie o wypadku samochodowym. Jeden
pojazd, na drodze do Sannäs.
- Okej - odparł Patrik, wstając. - Czy to dziś powinna się pojawić w pracy następczyni Ernsta?
- Zgadza się - odpowiedziała Annika. - Ale nie ma jeszcze ósmej.
- W takim razie wezmę ze sobą Martina. Pomyślałem, że będę ją zabierać
na wezwania, żeby szybciej się wdrożyła.
- Szkoda mi jej - powiedziała Annika.
- Bo będzie musiała jeździć ze mną? - spytał Patrik, udając obrażonego.
- No pewnie, przecież wiem, jak jeździsz... Mówiąc poważnie, nie będzie
miała łatwo z Mellbergiem.
- Czytałem jej CV i przypuszczam, że lepiej poradzi sobie z nim niż
ktokolwiek inny na jej miejscu. Sądząc po jej kwalifikacjach i świadectwach pracy, twarda dziewczyna z tej Hanny Kruse.
- W takim razie dziwię się, że szuka pracy akurat w Tanumshede...
- Chyba coś jest na rzeczy - zauważył Patrik, wkładając kurtkę. - Będę
musiał ją spytać, czemu zniża się do takich amatorów jak my. Bo jeśli
chce robić karierę w policji, to wjechała w ślepą uliczkę. - Mrugnął
porozumiewawczo do Anniki, a ona lekko uderzyła go w ramię.
- E tam, nie to miałam na myśli.
- Wiem, chciałem się tylko podroczyć. Wiesz coś więcej o tym wypadku?
Ranni? Ofiary?
- Według człowieka, który nas o tym zawiadomił, w samochodzie była tylko
jedna osoba. Nie żyje.
- Cholera. Idę po Martina, pojedziemy zobaczyć. Na pewno niedługo
wrócimy. Mogłabyś przez ten czas oprowadzić Hannę po komisariacie.
W tym momencie z recepcji dobiegł kobiecy głos.
- Halo, jest tu kto?
- To pewnie ona. - Annika pośpieszyła w tamtą stronę, a za nią Patrik,
ciekaw nowej koleżanki.
Widok kobiety stojącej w recepcji zaskoczył go. Nie umiałby powiedzieć,
czego się spodziewał, ale chyba osoby... potężniejszej postury, a już z pewnością nie tak ładnej blondynki. Podała rękę Patrikowi, potem Annice.
- Cześć, nazywam się Hanna Kruse. Od dziś u was pracuję.
Jej głos znacznie lepiej odpowiadał jego wyobrażeniom, był głęboki i dźwięczny. Uścisk jej ręki świadczył o tym, że wiele godzin spędziła na
siłowni. Patrik musiał zweryfikować pierwsze wrażenie.
- Patrik Hedström. A to Annika Jansson, podpora naszego komisariatu...
Hanna uśmiechnęła się.
- Czyli, jak się domyślam, kobiecy przyczółek w świecie zdominowanym
przez mężczyzn. Przynajmniej jak dotąd.
- Muszę przyznać, że bardzo się cieszę. Stworzymy przeciwwagę dla
panoszącego się testosteronu - zaśmiała się Annika.
Patrik przerwał im pogaduszki.
- Dziewczyny, później będzie czas poznać się bliżej. Hanno, właśnie
dostaliśmy zawiadomienie o wypadku samochodowym ze skutkiem śmiertelnym.
Pomyślałem, że jeśli się zgodzisz, mogłabyś pojechać ze mną. W ten
sposób weźmiesz się do pracy bez wstępów.
- Jestem za - odparła Hanna. - Muszę tylko gdzieś odstawić walizkę.
- Wstawię ją do twojego pokoju - odezwała się Annika. - Zwiedzanie
komisariatu odłożymy na później.
- Dziękuję - Hanna pośpieszyła za Patrikiem. Już stał w drzwiach.
- No i jak ci się to podoba? - spytał, gdy wsiedli do samochodu i ruszyli w kierunku Sannäs.
- Podoba mi się, chociaż zawsze mam tremę, kiedy zaczynam pracę w nowym
miejscu.
- Sądząc po twoim CV, pracowałaś już w wielu - zauważył Patrik.
- Tak, chciałam zdobyć jak najwięcej doświadczenia - odpowiedziała
Hanna, z zaciekawieniem wyglądając przez okno. - Pracowałam w różnych
miejscach w Szwecji, zarówno w mniejszych, jak i większych
komisariatach. Wszystko po to, by mieć jak najwięcej praktyki.
- Dlaczego? - pytał dalej Patrik. - To znaczy, jaki masz w tym cel?
Hanna uśmiechnęła się. Uśmiech miała miły i jednocześnie wyrażający
pełną determinację.
- Z czasem chciałabym oczywiście objąć stanowisko kierownicze. W jakimś
większym komisariacie. Po to haruję, chodząc na najrozmaitsze kursy i poszerzając doświadczenie zawodowe.
- Wygląda na przepis na sukces - powiedział z uśmiechem Patrik. Poczuł
się jednak trochę nieswojo w zderzeniu z takimi ambicjami. Do czegoś
takiego nie był przyzwyczajony.
- Mam taką nadzieję - odparła Hanna, obserwując okolicę. - A ty? Od
dawna pracujesz w Tanumshede?
- Właściwie od ukończenia Wyższej Szkoły Policyjnej - Patrik powiedział
to z zażenowaniem, które jego samego rozzłościło.
- Ja bym tak nie mogła. Ale to znaczy, że dobrze ci się tutaj pracuje,
prawda? Dla mnie to dobra wiadomość... - zaśmiała się, patrząc na niego.
- Można to tak ująć. Wynika to również z przyzwyczajenia i pewnego
wygodnictwa. Jestem stąd i znam te strony jak własną kieszeń. Chociaż
teraz nie mieszkam już w Tanumshede, tylko we Fjällbace.
- No właśnie, słyszałam, że jesteś mężem Eriki Falck! Uwielbiam jej
książki! Mam na myśli te o tematyce kryminalnej, bo ze wstydem przyznam,
że biografii nie czytałam...
- Nie ma się czego wstydzić. Sądząc po liczbie sprzedanych egzemplarzy,
ostatnią książkę Eriki przeczytało chyba pół Szwecji, natomiast
większość nawet nie słyszała, że Erika jest również autorką pięciu
biografii szwedzkich pisarek. Najlepiej sprzedała się biografia Karin
Boye, dwa tysiące egzemplarzy... A tak w ogóle nie jesteśmy małżeństwem.
Jeszcze. Bierzemy ślub w Zielone Świątki!
- Gratuluję! Świetny termin na ślub.
- Miejmy nadzieję, że tak... Chociaż szczerze mówiąc, najchętniej
zwiałbym do Las Vegas, żeby uniknąć tego całego zamieszania. Nie miałem
pojęcia, że ślub to takie wielkie przedsięwzięcie.
Hanna zaśmiała się serdecznie.
- Wyobrażam sobie...
- Wyczytałem w twoich papierach, że jesteś mężatką. Nie miałaś ślubu
kościelnego i wesela?
Po jej twarzy przemknął cień. Odwróciła wzrok i cicho, niemal
niedosłyszalnie, powiedziała:
- Wzięliśmy tylko cywilny. Opowiem ci innym razem. Chyba jesteśmy na
miejscu.
Ujrzeli leżący w rowie rozbity samochód. Dwaj strażacy rozcinali dach,
ale robili to dość nieśpiesznie. Powód był oczywisty, o czym Patrik
przekonał się, gdy spojrzał na przednie siedzenie.
Nie przypadkiem zebranie odbywało się u niego w domu, a nie w siedzibie
gminy. Po wielomiesięcznym remoncie dom, zwany przez niego perłą, był
wreszcie gotów. Można go było zwiedzać i podziwiać. Był to jeden z najstarszych i największych budynków w Grebbestad. Poprzednich
właścicieli długo musiał przekonywać do sprzedaży. Najpierw lamentowali
nad "rodzinnym gniazdem", które powinni przekazać dzieciom i wnukom.
Lament stopniowo przeszedł w mamrotanie, a potem, w miarę jak oferował
coraz wyższą cenę, w pomruki zadowolenia. Durni prowincjusze. Nie
połapali się, że gotów był zapłacić jeszcze więcej. Pewnie nigdy stąd
nie wyjeżdżali i nie mieli pojęcia, ile co jest warte. Trzeba by
pomieszkać w Sztokholmie, żeby zorientować się w zasadach panujących na
rynku nieruchomości. Po sfinalizowaniu transakcji bez mrugnięcia okiem
wydał kolejne dwa miliony na renowację. Z dumą pokazywał teraz dom
członkom zarządu gminy.
- Schody sprowadziliśmy z Anglii. Harmonizują z pozostałymi detalami
wnętrza. Niemało kosztowały. Firma produkuje tylko pięć takich kompletów
schodów rocznie, ale jakość musi kosztować. Nawiązaliśmy również
współpracę z muzeum regionalnym, żeby nie wprowadzić żadnego dysonansu
stylistycznego. I mnie, i Vivece bardzo na tym zależało. Chodziło o to,
żeby wiernie odtworzyć dawne wnętrza. Zachowaliśmy kilka egzemplarzy
poprzedniego numeru "Rezydencji", pokazali dokumentację naszego remontu.
Ich fotograf powiedział, że tak gustownej renowacji jeszcze nie widział.
Możecie sobie wziąć po egzemplarzu, żeby spokojnie przejrzeć w domu.
Dodam tylko, że w "Rezydencjach" pokazują naprawdę ekskluzywne wnętrza,
nie to co w "Pięknych Mieszkaniach". Tam bryluje pospólstwo. - Zaśmiał
się, aby zaznaczyć, jak absurdalne byłoby pokazywanie jego domu w takim
piśmie. - Ale siadajmy już do stołu, zajmijmy się naszymi sprawami! -
Erling W. Larson wskazał wielki stół. Gdy goście zwiedzali dom, jego
żona nakryła do kawy. Teraz stała w milczeniu, czekając, aż wszyscy
usiądą. Erling skinął jej głową z uznaniem. Prawdziwy skarb, świetna
gospodyni i na dodatek zna swoje miejsce. Może niezbyt elokwentna, ale
lepsza taka, która wie, kiedy milczeć, niż taka, która miele językiem
nie w porę. - A więc jakie wam się nasuwają refleksje w związku z czekającym nas przełomowym wydarzeniem?
Viveka nalewała gościom kawę do delikatnych białych filiżanek.
- Moje stanowisko znasz - odezwał się Uno Brorsson, wrzucając do
filiżanki cztery kostki cukru. Erling spojrzał na niego z niesmakiem.
Nie miał zrozumienia dla mężczyzn, którzy nie dbają o sylwetkę ani o zdrowie. Sam co rano przebiegał dziesięć kilometrów. Zrobił sobie
również kilka niewielkich liftingów, ale o tym wiedziała tylko Viveka.
- Istotnie - Erling powiedział to tonem nieco ostrzejszym, niż
zamierzał. - Wyraziłeś swoje zdanie, ale skoro już wspólnie podjęliśmy
decyzję, myślę, że najmądrzej będzie zjednoczyć siły, żeby wyciągnąć jak
najwięcej korzyści. Nie ma co przedłużać dyskusji. Dziś przyjeżdża ekipa
telewizyjna i uważam - znacie moje zdanie - że to najlepsze, co mogło
spotkać nasz region. Wystarczy sobie przypomnieć, jaki rozkwit przeżyły
miejscowości, z których nadawali poprzednie odcinki. Opinia publiczna
zwróciła uwagę na ?m?l po filmie Moodyssona, ale to nic w porównaniu z rozgłosem, jaki dała miastu produkcja reality show. A Fucking Töreboda
uświadomił ludziom, że na mapie Szwecji istnieje taka miejscowość. A teraz, pomyślcie tylko, spora część Szwecji zasiądzie przed
telewizorami, żeby śledzić Fucking Tanum! To naprawdę wyjątkowa
szansa, żeby pokazać naszą dziurę od najlepszej strony!
- Od najlepszej strony! - prychnął Uno. - Gorzała, seks i głupie dupy.
Tak właśnie chcecie pokazywać Tanumshede?
- Ja uważam, że to bardzo emocjonujące! - odezwała się piskliwym głosem
Gunilla Kjellin. Patrzyła na Erlinga oczami błyszczącymi od
nieskrywanego zachwytu. Była nim wprost oczarowana, wręcz zakochana,
chociaż się do tego nie przyznawała. Erling był tego świadom i umiał
korzystać z jej poparcia w sprawach, na których mu zależało.
- Posłuchajcie Gunilli! Tak powinniśmy podchodzić do tego projektu!
Stoimy w obliczu pasjonującej przygody. To naprawdę wielka okazja.
Powinniśmy być za nią wdzięczni, skorzystać z niej! - Głos Erlinga
kipiał entuzjazmem. Świadomie posługiwał się tym głosem. Robił to już
wtedy, gdy był szefem wielkiej firmy ubezpieczeniowej. Zarówno
pracownicy, jak i zarząd słuchali z największą uwagą, co im miał do
przekazania. Myśl o tamtych czasach budziła w nim nostalgię. Na
szczęście wycofał się w samą porę. Zdążył podziękować i wziąć zasłużoną
odprawę, zanim dziennikarze zwietrzyli krew i rozerwali jego kolegów na
strzępy. Ciężko przeżył decyzję o przejściu na wcześniejszą emeryturę po
zawale serca, ale okazało się, że była to najlepsza decyzja, jaką
podjął. - Proszę się częstować ciastem. Z cukierni Elga. - Wskazał
patery z ciastem drożdżowym i bułeczkami cynamonowymi. Goście sięgnęli
po nie, ale gospodarz nie jadł. Zawał, który mu się przytrafił mimo
diety i dbania o kondycję, jeszcze zwiększył jego motywację.
- A co będzie, jeśli powstaną jakieś szkody? Słyszałem, że w Töreboda
pokryli straty powstałe podczas realizacji programu. Czy telewizja
bierze pod uwagę taką ewentualność?
Erling z niecierpliwością prychnął w kierunku pytającego. Młody skarbnik
gminy miał zwyczaj czepiać się drobiazgów, nie ogarniał natomiast
całości, czyli the big picture, jak mawiał Erling. A w ogóle co on wie
o finansach? Ledwie skończył trzydziestkę i pewnie przez całe życie nie
widział na oczy takich pieniędzy, z jakimi Erling w latach pracy w ubezpieczeniach miał do czynienia na co dzień. Nie miał cierpliwości do
księgowych. Zwracając się do skarbnika, Erika Bohlina, powiedział z naciskiem:
- Nie ma powodu zajmować się tym w tej chwili. Czeka nas wielki najazd
turystów. W tej sytuacji kilka rozbitych szyb to żaden powód do
zmartwienia. Poza tym spodziewam się, że policja utrzyma kontrolę nad
sytuacją i pokaże, na co ją stać.
Spoglądał kolejno na wszystkich członków rady. Odkrył, że to bardzo
skuteczne. Tym razem również się sprawdziło. Wszyscy spuścili wzrok,
rezygnując z protestów. Okej, mieli szansę, decyzja została podjęta
demokratycznie i jeszcze dziś do Tanumshede przyjadą autobusy z uczestnikami programu.
- Na pewno będzie dobrze - odezwał się Jörn Schuster. Jeszcze nie
doszedł do siebie po tym, jak Erling odebrał mu stanowisko
przewodniczącego zarządu gminy. Piastował je piętnaście lat.
Erling z kolei nie potrafił zrozumieć, dlaczego Jörn nadal chce
pozostawać w zarządzie. On na jego miejscu po tak sromotnej porażce w głosowaniu wycofałby się z podkulonym ogonem. Ale skoro Jörnowi ta
upokarzająca sytuacja nie przeszkadza, proszę bardzo. Obecność tego
starego lisa, choćby znużonego i - dosłownie - bezzębnego, ma nawet
pewne zalety: jego wierni zwolennicy zachowują spokój, jak długo Jörn
może działać.
- No to bierzemy się do roboty. O pierwszej osobiście przyjmę ekipę
telewizyjną, oczywiście będziecie mile widziani. Jeśli się nie zjawicie,
widzimy się na czwartkowym zebraniu. - Wstał, dając sygnał, że zebranie
skończone.
Uno, wychodząc, mruczał coś pod nosem, ale Erling był zdania, że udało
mu się doprowadzić do zwarcia szeregów. Czuł, że to będzie sukces.
Zadowolony z siebie wyszedł na werandę i dla uczczenia zwycięstwa
zapalił cygaro. Viveka w milczeniu sprzątała ze stołu.
- Da da da da - gaworzyła Maja, siedząc na krzesełku i zręcznie unikając
łyżki. Erika dłuższą chwilę celowała do jej buzi. W końcu jej się udało,
ale radość nie trwała długo. Maja postanowiła pokazać, że umie warczeć
jak samochód. - Blllll - powiedziała z uczuciem, obryzgując kaszką twarz
Eriki.
- Bachor cholerny - zmęczonej Erice wymknęły się słowa, których
natychmiast pożałowała.
- Blllll - powtórzyła radośnie Maja. Reszta kaszki z jej buzi wylądowała
na stole.
- Bachor olerny - powiedział Adrian, a starsza siostra natychmiast z gniewem go upomniała:
- Nie wolno przeklinać.
- Ale Ika przeklinała.
- Ale i tak nie wolno, prawda, ciociu? Prawda, że nie wolno? - Emma
wzięła się pod boki i wyzywająco spojrzała na Erikę.
- Oczywiście, że nie wolno. Bardzo źle zrobiłam, Adrianku.
Emma, zadowolona z odpowiedzi, jadła dalej. Erika patrzyła na nią z czułością i niepokojem. Musiała szybko dorosnąć. Czasem odnosiła się do
Adriana bardziej jak matka niż starsza siostra. Anna chyba tego nie
widziała, ale dla Eriki było to oczywiste. Dobrze wiedziała, jak to
jest, gdy wchodzi się w tę rolę w zbyt młodym wieku.
Ją samą znów to spotkało. Znowu jest mamą młodszej siostry, nie
przestając być mamą Mai oraz zastępczą mamą Emmy i Adriana. Pozostanie
nią, dopóki Anna nie otrząśnie się z odrętwienia. Sprzątając ze stołu,
rzuciła okiem na piętro. Było cicho. Anna rzadko budziła się przed
jedenastą, a Erika pozwalała jej spać. Nie wiedziała, co innego mogłaby
zrobić.
- Nie chcę dziś iść do przedszkola - oznajmił Adrian, przybierając minę,
która wyraźnie mówiła: "i lepiej nie próbuj mnie zmuszać".
- Właśnie że pójdziesz - odezwała się Emma i znów wzięła się pod boki.
Zajęta wycieraniem ośmiomiesięcznej córeczki Erika postanowiła nie
dopuścić do kłótni.
- Emmo, idź się ubrać. Adrianku, nie mam ochoty na takie rozmowy.
Pójdziesz razem z Emmą do przedszkola, bez dyskusji.
Adrian otworzył buzię, żeby się sprzeciwić, ale ze spojrzenia ciotki
wyczytał, że tego ranka lepiej posłuchać, i bardzo jak na niego potulnie
wyszedł do przedpokoju.
- A teraz włóż tenisówki. - Erika postawiła przed nim tenisówki, ale
Adrian potrząsnął głową.
- Nie umiem, włóż mi.
- Właśnie że umiesz. W przedszkolu sam wkładasz.
- Nie umiem. Jestem mały - dodał na wszelki wypadek.
Erika westchnęła i posadziła Maję, która ledwie dotknęła podłogi,
pomknęła przez przedpokój. Wcześnie zaczęła raczkować. Zdążyła już
osiągnąć mistrzostwo w tej dziedzinie.
- Maju, zatrzymaj się - powiedziała Erika, wkładając Adrianowi but. Maja
postanowiła nie zwracać uwagi na mamę i wesoło ruszyła dalej. Erika
poczuła, jak po krzyżu i spod pach spływają jej strużki potu.
- Mogę iść po Maję - ofiarowała się jak zawsze pomocna Emma. Brak
odpowiedzi uznała za zachętę. Po chwili wróciła, niosąc Maję, która
wyrywała się jak niesforny kociak. Poczerwieniała na buzi, co
zapowiadało wybuch potężnej awantury. Erika pośpiesznie wzięła ją na
ręce i lekko wypchnęła dzieci za drzwi, do samochodu. Nienawidziła
takich poranków.
- No już, do samochodu, pośpieszcie się, bo znów się spóźnimy i pani Eva
powie, co o nas myśli.
- Nie spodoba jej się to. - Emma z troską pokręciła głową.
- Masz rację - odparła Erika, przypinając Maję do fotelika.
- Ja chcę siedzieć z przodu - oznajmił Adrian, krzyżując ręce na piersi
i przygotowując się do wojny. Erika straciła resztki cierpliwości.
- W tej chwili siadaj w foteliku! - wrzasnęła i z satysfakcją
obserwowała, jak mały niemal frunie na fotelik. Emma usiadła na środku
tylnego siedzenia i sama zapięła pasy. Erika gwałtownymi ruchami
przypinała Adriana, gdy nagle poczuła na policzku rączkę.
- Wiesz, Ika, kocham cię - powiedział przymilnie.
Erika nie miała wątpliwości, że chce jej się przypodobać, ale to zawsze
działało. Zrobiło jej się ciepło na sercu. Nachyliła się i dała mu
siarczystego całusa.
Cofając na podjeździe, z niepokojem spojrzała w okno Anny. Roleta wciąż
była opuszczona.
Jonna przyłożyła czoło do chłodnej szyby autobusu i obserwowała
krajobraz. Wszystko było jej obojętne. Jak zwykle. Obciągnęła rękawy
swetra, żeby zakryły dłonie. Jakiś czas temu stało się to jej
natręctwem. Nie mogła zrozumieć, ani jak w to wszystko wdepnęła, ani
dlaczego ludzi tak zafascynowało jej życie, jej codzienność. Tak zawsze
odstaje, taka z niej pocięta, wewnętrznie połamana i samotna dziewczyna.
Może właśnie dlatego przez kolejne tygodnie widzowie głosowali za tym,
żeby pozostała w Domu. Bo w całym kraju jest mnóstwo takich dziewczyn
jak ona. Rozpoznają w niej siebie, gdy wojuje z innymi uczestnikami, gdy
potem płacze w łazience i tnie sobie żyletką ramiona. Gdy bije od niej
bezsilność, a jednocześnie taka desperacja, że pozostali uczestnicy
odsuwają się od niej jak od zadżumionej. Może właśnie dlatego.
- Boże, jak fajnie! Super, że dali nam jeszcze jedną szansę! - Barbie aż
dyszała z przejęcia.
Jonna się nie odezwała. Mdliło ją od samego jej imienia, ale tabloidy
były zachwycone. BBBarbie znakomicie nadawała się na tytuł, chociaż
naprawdę nazywała się Lillemor Persson. Wygrzebała to jedna z gazet.
Znalazła również jej stare zdjęcia, jeszcze z czasów, gdy była chudą,
drobną, ciemnowłosą dziewczynką w za dużych okularach i w niczym nie
przypominała dzisiejszej, napakowanej silikonem blond seksbomby. Jonna
uśmiała się z tych zdjęć. Przynieśli im do Domu egzemplarz tej gazety.
Barbie się popłakała, a potem spaliła gazetę.
- Spójrz, ile ludzi! - Wskazywała na tłum, w którego stronę zmierzali. -
Wyobrażasz sobie? Przyszli dla nas! - Z podniecenia ledwo mogła
usiedzieć.
Jonna rzuciła jej pogardliwe spojrzenie, nałożyła słuchawki empetrójki i zamknęła oczy.
Patrik powoli obchodził dookoła samochód. Stoczył się po stromym zboczu
i w końcu zatrzymał na drzewie. Przód mocno się zgniótł, ale poza tym
auto było nietknięte. Nie mogło jechać z wielką prędkością.
- Kierowca musiał mocno uderzyć o kierownicę. Przypuszczam, że to było
przyczyną jego śmierci. - Hanna przykucnęła po stronie kierowcy.
- Wnioski zostawmy lekarzowi sądowemu - odezwał się Patrik. Zorientował
się, że zabrzmiało to ostrzej, niż zamierzał, więc pośpiesznie dodał: -
Chodzi mi tylko o to, że...
- W porządku - Hanna uspokajająco kiwnęła dłonią. - Niepotrzebnie to
powiedziałam. Ograniczę się do obserwacji, bez wyciągania wniosków. Na
razie - dodała.
Patrik obszedł samochód i przykucnął obok Hanny. Drzwi po stronie
kierowcy były szeroko otwarte. On sam siedział przypięty do fotela, z głową opartą o kierownicę. Na głowie miał krew, spłynęła również na
podłogę.
Z tyłu, za ich plecami, rozległ się trzask migawki. Jeden z członków
ekipy kryminalistycznej robił dokumentację z miejsca wypadku.
- Zasłaniamy? - spytał, odwracając się, Patrik.
- Nie, większość potrzebnych zdjęć już zrobiliśmy, ale chcielibyśmy
podnieść denata i zrobić kilka ujęć twarzy. Można? Zobaczyliście już
wszystko, co trzeba?
- Jak uważasz, zobaczyliśmy? - Patrik podkreślił rolę koleżanki.
Pomyślał, że nowemu jest zawsze trudniej, i postanowił jej pomóc.
- Wydaje mi się, że tak.
Odsunęli się, robiąc miejsce technikowi. Ostrożnie chwycił denata za
ramiona i odchylił, opierając mu głowę o zagłówek. Dopiero teraz
zobaczyli, że to kobieta. Ze względu na krótkie włosy i dość
nieokreślony strój brali ją za mężczyznę, ale teraz było widać, że to
kobieta, czterdziestokilkuletnia.
- To Marit - powiedział Patrik.
- Jaka Marit? - spytała Hanna.
- Prowadziła sklepik przy Affärsvägen, z herbatą, kawą, czekoladą i tak
dalej.
- Miała rodzinę? - Patrik dosłyszał w głosie Hanny dziwny ton. Rzucił
jej szybkie spojrzenie, ale nie dostrzegł nic szczególnego. Musiało mu
się zdawać.
- Nie wiem. Trzeba będzie to ustalić.
Technik skończył i wycofał się. Patrik podszedł, Hanna za nim.
- Tylko ostrożnie, niczego nie ruszaj - powiedział odruchowo i jeszcze
zanim odpowiedziała, zaczął się tłumaczyć. - Przepraszam, ciągle
zapominam, że chociaż u nas jesteś nowa, to w zawodzie nie. Proszę o wyrozumiałość.
- Nie przesadzaj - zaśmiała się. - Nie jestem przewrażliwiona na swoim
punkcie.
Patrik zaśmiał się z ulgą. Dotychczas nie zdawał sobie sprawy, jak
bardzo przyzwyczaił się pracować z osobami, które dobrze zna, wie, jak
się zachowują i myślą. Zastrzyk świeżej krwi bardzo się przyda. Poza tym
każdy będzie lepszy od Ernsta. To istny cud, że w końcu go wylali po tej
samowolce zeszłej jesieni.
- Co tu widzisz? - spytał Patrik, nachylając się nad twarzą Marit.
- Nie tyle widzę, ile czuję. - Hanna wciągnęła powietrze. - Cuchnie
wódą. W chwili wypadku musiała być kompletnie pijana.
- Na to wygląda - odpowiedział Patrik z wahaniem. Marszcząc czoło,
zajrzał do samochodu. Nie zobaczył nic szczególnego. Jakiś papierek po
słodyczach na podłodze, pusta plastikowa butelka po coli, kartka, jakby
wyrwana z książki, a po stronie pasażera pusta butelka po wódce.
- Nie wygląda to na zbyt skomplikowaną sprawę. Jedna ofiara śmiertelna w wypadku spowodowanym po pijanemu. - Hanna cofnęła się, gotowa do
odjazdu.
Obok stała karetka, miała zabrać zwłoki. Nie dało się zrobić nic więcej.
Patrik przyjrzał się z bliska twarzy ofiary, szczególnie ranom. Coś mu
się nie zgadzało.
- Czy mogę jej zetrzeć krew z twarzy? - spytał jednego z techników,
zajętego pakowaniem sprzętu.
- Oczywiście, nie widzę przeszkód, zrobiliśmy już zdjęcia. Proszę, tu
jest szmatka. - Podał mu kawałek białego materiału. Patrik skinął głową.
Delikatnie, niemal czule starł krew, głównie z rany na czole. Palcami
wskazującymi zamknął jej oczy i wycierał dalej. Miała na twarzy sporo
skaleczeń i sińców od uderzenia o kierownicę. Samochód był stary, bez
poduszki powietrznej. - Mógłbyś zrobić jeszcze kilka zdjęć? - zwrócił
się do technika, który dał mu szmatkę. Mężczyzna kiwnął głową i chwycił
aparat. Szybko zrobił kilka dodatkowych ujęć i pytająco spojrzał na
Patrika.
- Wystarczy - powiedział Patrik, podchodząc do Hanny. Wyglądała na
zdziwioną.
- Co tam zobaczyłeś? - spytała.
- Sam nie wiem - odparł szczerze. - Jest coś... nie wiem... - Machnął
ręką. - Na pewno nic takiego. Wracamy, niech tamci skończą.
Wsiedli do samochodu i odjechali w kierunku Tanumshede. Przez całą drogę
w aucie panowała szczególna cisza. Patrik próbował sobie coś
przypomnieć, ale nie potrafił sobie uzmysłowić co.
Bertil Mellberg był w wyjątkowo dobrym nastroju. Tak lekko na sercu było
mu tylko wtedy, gdy spędzał czas z Simonem, synem, o którego istnieniu
przez piętnaście lat nie miał pojęcia. Niestety syn rzadko go odwiedzał.
Dobrze, że w ogóle udało im się nawiązać jaki taki kontakt. Niezbyt
oczywisty ani serdeczny, raczej podskórny, ale jednak.
Ten niewytłumaczalnie dobry nastrój ogarnął go w związku z czymś, co mu
się przydarzyło w ostatnią sobotę. Po wielomiesięcznych namowach Stena -
jedynego przyjaciela, a raczej kolegi - zgodził się towarzyszyć mu na
potańcówce w Munkedal. Wprawdzie uważał się za dobrego tancerza, ale od
dawna nie chodził na tańce. Zwłaszcza na tego rodzaju zabawy. Kojarzyły
mu się ze strojami ludowymi i przytupami. Sten, stały bywalec takich
imprez, przekonał go w końcu, że grają tam muzykę, którą ich pokolenie
ceni. A w dodatku to świetna okazja do podrywu.
- Siedzą jak na grzędzie i tylko na to czekają - przekonywał.
Nie dało się zaprzeczyć, brzmiało to zachęcająco. Zwłaszcza że w ostatnich latach wokół Mellberga kobiet było jakby mniej. Przydałoby się
sprawdzić swoją męskość. Jego wątpliwości wynikały raczej z tego, że
domyślał się, jaki typ kobiet tam przychodzi. Zdesperowane babsztyle,
szukające nie tyle przygodnego partnera do łóżka, ile kandydata na męża
- z dobrą emeryturą. W końcu przypomniał sobie, że świetnie sobie radzi
z babami prącymi do ołtarza, i uznał, że spokojnie może wyruszyć na łów.
Na wszelki wypadek włożył najlepszy garnitur i wypachnił się tu i ówdzie. Sten wpadł po niego i razem wypili po łyku na wzmocnienie. Nie
musieli się pilnować, Sten załatwił podwózkę. Mellberg i tak nie miał
zwyczaju się pilnować, ale byłoby niedobrze, gdyby go zatrzymali za
jazdę po pijaku. Po incydencie z Ernstem kierownictwo uważnie mu się
przygląda, trzeba się pilnować. A w każdym razie stwarzać pozory. Czego
oczy nie widzą, tego sercu nie żal...
Przygotował się dobrze. Ale wchodząc do sali, nie miał wielkich
oczekiwań. Zabawa trwała w najlepsze. Jego przewidywania spełniły się o tyle, że wszystkie kobiety były w jego wieku. Całkowicie zgadzał się w tej sprawie z Uffem Lundellem: kto by chciał iść do łóżka z kobietą w średnim wieku, z pomarszczonym, zwiotczałym ciałem, kiedy dookoła tyle
młodego towaru. Z drugiej strony Mellberg musiał przyznać, że na tym
froncie Uffe ma nad nim przewagę, wynikającą oczywiście wyłącznie z tego, że jest gwiazdą rocka. Cholerna niesprawiedliwość.
Już miał wyjść, żeby się pokrzepić, gdy ktoś się do niego odezwał.
- Co za miejsce! A już się martwiłam, że jestem stara.
- No właśnie, wcale nie miałem ochoty tu przychodzić - odparł, zerkając
na stojącą obok kobietę.
- To tak jak ja. Bodil mnie tu zaciągnęła - wskazała koleżankę. Uwijała
się na parkiecie, aż pot z niej spływał.
- A mnie Sten - odparł Mellberg, również wskazując palcem na parkiet.
- Mam na imię Rose-Marie - powiedziała, wyciągając dłoń.
- Bertil - odpowiedział Mellberg.
Ich dłonie zetknęły się i w tej samej chwili w jego
sześćdziesięciotrzyletnim życiu nastąpiła zasadnicza zmiana. Niektóre
kobiety budziły w nim pociąg fizyczny, żądzę, ale w żadnej nie był
zakochany. Teraz spadło to na niego z tym większą siłą. Przyglądał jej
się z zadziwieniem. Stała przed nim pogodnie uśmiechnięta kobieta w okolicach sześćdziesiątki, dość pulchna, o krótko ostrzyżonych włosach
ufarbowanych na żywy, rudy odcień. Ale tak naprawdę widział tylko jej
błękitne oczy. Patrzyły na niego z ciekawością. Czuł, że zaraz utonie w tych oczach, zupełnie tak, jak piszą w kioskowych romansach.
Wieczór minął aż nazbyt szybko. Tańczyli ze sobą, rozmawiali, przynosił
jej coś do picia, podstawiał krzesło, czyli robił to, co nie należało do
jego zwyczajowego repertuaru. Cały wieczór był niezwykły.
Po rozstaniu poczuł pustkę. Musi się z nią spotkać. Siedząc w swoim
gabinecie w poniedziałkowy poranek, czuł się jak uczniak. Trzymał przed
sobą jej wizytówkę z dopisanym numerem telefonu.
Zaczerpnął tchu i wybrał numer.
Znowu się pokłóciły, kolejny raz. Nie wiadomo który. Ich kłótnie zbyt
często przeradzały się w wymianę słownych ciosów. Każda broniła własnego
stanowiska. Kerstin chciała się ujawnić, a Marit zachować wszystko w tajemnicy.
- Wstydzisz się mnie? Naszego związku? - krzyczała Kerstin. Marit, jak
wiele razy wcześniej, odwróciła wzrok, żeby nie patrzeć jej w oczy. Na
tym właśnie polegał problem. Kochały się, a Marit się tego wstydziła.
Początkowo Kerstin wmawiała sobie, że to nie ma znaczenia.
Najważniejsze, że się spotkały. Że choć obie zostały mocno poturbowane
przez życie i ludzi, którzy ranili je do żywego, spotkały się i zeszły.
Co za różnica, jakiej płci jest człowiek, którego się kocha? Albo co
ludzie o tym myślą i mówią? Marit miała na ten temat inne zdanie. Nie
była gotowa zmierzyć się z osądem czy też przesądami otoczenia. Wolała
ciągnąć to, co trwało od czterech lat, czyli żyć pod jednym dachem jak
kochająca się para i udawać, że są tylko koleżankami, które z oszczędności i wygody dzielą się kosztami mieszkania.
- Dlaczego tak się przejmujesz, co ludzie powiedzą? - pytała Kerstin
podczas wczorajszej kłótni. Marit płakała, jak zawsze, gdy się
poróżniły. Kerstin jak zwykle jeszcze bardziej to rozzłościło.
Otaczający je mur tajemnicy budził w niej furię, którą dodatkowo
wzmagały łzy Marit. Była na siebie wściekła, że doprowadziła Marit do
łez, wściekła również na świat i okoliczności, które ją pchały do
ranienia ukochanej osoby.
- Pomyśl, jak by się czuła Sofie, gdyby się wydało!
- Sofie jest dużo twardsza, niż ci się zdaje! Przestań się nią
zasłaniać, to zwykłe tchórzostwo!
- Akurat. Twarda piętnastolatka, która nic sobie nie robi z tego, że się
z nią drażnią, mówiąc, że jej matka to lesba. Nie rozumiesz, jakie by
jej urządzili piekło w szkole? Nie mogę jej tego zrobić! - mówiła Marit.
Twarz wykrzywiał jej płacz.
- Naprawdę wierzysz, że Sofie się nie domyśla? Myślisz, że daje się
nabrać, kiedy jest u nas, a ty wprowadzasz się do pokoju gościnnego i odgrywamy przed nią dziwaczne przedstawienie? Już dawno się połapała, o co chodzi! Na jej miejscu wstydziłabym się raczej za matkę, która woli
żyć w kłamstwie, byle ludzie nic nie powiedzieli! To dopiero wstyd!
Od krzyku głos jej się załamał. Marit spojrzała na nią tym swoim
wzrokiem zranionego zwierzęcia. Kerstin tego nienawidziła. Wiedziała, co
teraz będzie. I rzeczywiście: Marit zerwała się i z płaczem włożyła
kurtkę.
- A uciekaj sobie! Zawsze tak robisz! Zjeżdżaj, tylko więcej nie wracaj!
Trzasnęły drzwi. Kerstin usiadła przy kuchennym stole. Oddychała szybko,
jak po biegu. W pewnym sensie naprawdę biegła. Biegła, chcąc dogonić
życie, którego pragnęła dla nich obu, a przeszkodą był strach Marit. Po
raz pierwszy rzeczywiście myślała to, co powiedziała w gniewie. Czuła,
że dłużej nie da rady.
Następnego ranka poczuła jednak głęboki, szarpiący niepokój. Całą noc
przesiedziała, czekając, aż drzwi się otworzą i usłyszy znajome kroki.
Uściska ją, pocieszy i poprosi o wybaczenie. Ale Marit nie wróciła. Nie
było kluczyków od jej samochodu, sprawdziła to jeszcze w nocy. Gdzie ona
może być? Czy coś się stało? Może pojechała do byłego męża, ojca Sofie?
A może do matki, do Oslo?
Trzęsącymi się rękami chwyciła słuchawkę, żeby dzwonić do wszystkich.
- Jaki wpływ na turystykę w gminie Tanum będą miały te transmisje? Jak
pan sądzi? - Reporter z gazety "Bohusläningen" trzymał notes i długopis,
gotów do notowania.
- Ogromny. Przez pięć tygodni będą nadawać codziennie po pół godziny.
Takiej promocji ten region jeszcze nigdy nie miał! - Erling promieniał.
Przed gminnym domem ludowym zebrała się spora gromadka gapiów. Czekali
na autobus z uczestnikami programu. W większości młodzież. Ledwo mogli
ustać w miejscu z podniecenia - zaraz na żywo zobaczą swoich idoli.
- A jeśli skutek będzie odwrotny? Chodzi mi o to, że poprzednie edycje
programu kojarzyły się raczej z awanturami, seksem i pijaństwem. Chyba
nie w ten sposób chcecie przyciągnąć turystów?
Erling spojrzał na reportera z irytacją. Dlaczego ludzie muszą z góry
odnosić się do wszystkiego tak niechętnie! Najpierw dopiekł mu zarząd
gminy, teraz jeszcze miejscowa prasa zacznie szukać dziury w całym.
- Zna pan powiedzenie: nieważne, jak mówią, byle po nazwisku? Mówiąc
otwarcie, na tle całej Szwecji w Tanumshede pędzimy dość nędzny żywot. W związku z programem Fucking Tanum to się zmieni.
- Może i tak... - zaczął reporter, ale zniecierpliwiony Erling mu
przerwał.
- Przepraszam, ale nie mam więcej czasu. Muszę wystąpić w roli komitetu
powitalnego. - Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę parkującego
autobusu. Tłoczyła się już przy nim młodzież, czekając na otwarcie
drzwi. Ten widok upewnił go, że tego właśnie im trzeba. Wreszcie
Tanumshede znajdzie się na ustach całej Szwecji.
Drzwi się otworzyły. Jako pierwszy wysiadł mężczyzna, około
czterdziestoletni. Sądząc po zawiedzionych spojrzeniach nastolatków, na
pewno nie był uczestnikiem programu. Erling nie oglądał żadnego z wcześniejszych odcinków i zupełnie nie wiedział, ani kogo, ani czego się
spodziewać.
- Erling W. Larson - wyciągnął dłoń i uśmiechnął się ujmująco. Trzask
migawek.
- Fredrik Rehn - odpowiedział mężczyzna, chwytając wyciągniętą dłoń. -
Rozmawialiśmy przez telefon, jestem producentem tego cyrku.
Teraz już obaj się uśmiechali.
- Witam serdecznie w Tanumshede. W imieniu naszej miejscowości chcę
podkreślić, że cieszymy się i jesteśmy dumni, że możemy was gościć. Mamy
nadzieję, że wasz pobyt u nas okaże się prawdziwie ekscytujący.
- Pięknie dziękujemy. Wiążemy duże oczekiwania z nową edycją naszego
programu. Dwie poprzednie pokazały, że ten format cieszy się
powodzeniem. Spodziewamy się owocnej współpracy. Nie będziemy już
przedłużać napięcia - powiedział Fredrik i wyszczerzył do oczekującej
publiczności zdumiewająco białe zęby. - Oto oni. Uczestnicy Fucking
Tanum: Barbie i Jonna z Big Brothera, Calle z Robinsona, Tina z Baru, Uffe z Robinsona i wreszcie Mehmet z Farmy.
Wyszli kolejno z autobusu. Zrobił się zupełny kociokwik. Ludzie
krzyczeli, machali rękami i tłoczyli się, próbując ich dotykać albo
prosząc o autograf. Kamerzyści uwijali się, filmując wszystko. Erling z zadowoleniem, ale i zdumieniem obserwował entuzjazm, z jakim tłum
zareagował na przyjazd uczestników programu. Nasunęła mu się
nieunikniona refleksja: co się dzieje z tą młodzieżą? Dlaczego gromada
szczeniaków i obdartusów wywołuje tak histeryczną reakcję? Ale to
nieważne, nie musi tego rozumieć. Najważniejsze, żeby jak najlepiej
wykorzystać to, że dzięki programowi Tanumshede znajdzie się w centrum
uwagi. Jeśli wszystko zakończy się sukcesem, zostanie obwołany
dobroczyńcą swojej miejscowości. Będzie to efekt uboczny, skądinąd
bardzo przyjemny.
- Już wystarczy, na razie kończymy. Będziecie mieli jeszcze niejedną
okazję spotkać się z uczestnikami. W końcu będą tu mieszkać całe pięć
tygodni. - Fredrik odpędzał gromadę tłoczącą się przy autobusie. -
Powinni się teraz rozgościć i odpocząć. A w przyszłym tygodniu
pamiętajcie o włączeniu telewizorów. Start w poniedziałek o dziewiętnastej! - Podniósł do góry oba kciuki i znów wyszczerzył zęby w nienaturalnym uśmiechu.
Ludzie zaczęli się powoli rozchodzić. Większość skierowała się do
budynku szkoły średniej, ale nieduża grupka najwyraźniej uznała, że
trafiła się znakomita okazja, żeby się zerwać z lekcji, i ruszyła w kierunku domu towarowego Hedemyrs.
- Dobrze się zapowiada, bez dwóch zdań - powiedział Fredrik, obejmując
Barbie i Jonnę. - Co wy na to, dziewczyny? Będzie jazda? Jesteście
gotowe?
- Jasne - powiedziała Barbie. Oczy jej błyszczały. Atmosfera powitania
sprawiła, że zalała ją adrenalina. Z podniecenia aż podskakiwała.
- A ty, Jonna? Jak się czujesz?
- Dobrze - mruknęła. - Chciałabym się rozpakować i tak dalej.
- Zaraz to załatwimy, skarbie - Fredrik uścisnął ją mocniej. -
Najważniejsze, żebyście były zadowolone.
- Kwatery przygotowane? - spytał Erlinga.
- A jakże. - Erling wskazał palcem na starawy czerwony budynek stojący
zaledwie pięćdziesiąt metrów dalej. - Zamieszkacie w domu kultury.
Wstawiliśmy łóżka i tak dalej, na pewno wam się spodoba.
- Whatever, mogę spać gdziekolwiek, byle była gorzała - powiedział
Mehmet z Farmy. Pozostali zaśmiali się i pokiwali głowami. Zgodzili
się wziąć udział w programie ze względu na darmowy alkohol i okazję do
częstych kontaktów seksualnych, jaką stwarzała telewizyjna sława.
- Możesz być o to spokojny, Mehmet - z uśmiechem powiedział Fredrik. -
Będzie dobrze zaopatrzony bar. I kilka skrzynek piwa. Zapasy będziemy
uzupełniać na bieżąco. Wiesz, jak o was dbamy. - Zrobił ruch, jakby tym
razem chciał objąć Mehmeta i Uffego, ale zręcznie się wywinęli. Już
dawno uznali go za pospolitego pedzia, a przecież nie będą się czulić do
cioty. Niech wie. Z drugiej strony nie wolno przesadzić, trzeba dobrze
żyć z producentem. Tak im poradzili uczestnicy poprzednich edycji.
Producent decyduje, kto dostanie więcej czasu antenowego, kto mniej, a liczy się tylko ten czas. Bez znaczenia jest, czy się potem rzyga, sika
na podłogę, czy ogólnie daje plamę.
Erling nie miał o tym bladego pojęcia. Nigdy nie słyszał o barmanach
celebrytach ani o tym, jak trzeba się ześwinić, żeby utrzymać się w reality show i pozostać w świetle kamer. Interesował go tylko rozwój
gminy Tanum i sława, którą sam jako sprawca tego rozkwitu zdobędzie.
Anna wyszła ze swego pokoju, gdy Erika była już po lunchu. Było po
pierwszej, ale Anna wyglądała, jakby nie zmrużyła oka. Zawsze była
szczupła, ostatnio jednak schudła tak bardzo, że Erika na jej widok
musiała się opanować, by nie okazać przerażenia.
- Która godzina? - spytała drżącym głosem Anna. Opadła na stojące przy
stole krzesło i wzięła z ręki Eriki filiżankę kawy.
- Kwadrans po pierwszej.
- Da da - odezwała się zachwycona Maja, wymachując rączkami, aby zwrócić
na siebie uwagę. Anna nawet tego nie zauważyła.
- Spałam do pierwszej! Dlaczego mnie nie obudziłaś? - zapytała,
popijając gorącą kawę.
- Nie wiedziałam, czybyś chciała. Chyba potrzebujesz snu - ostrożnie
odparła Erika, siadając przy stole.
Ich wzajemne relacje wyglądały tak, że Erika zawsze musiała uważać, co
mówi. Wszystko to, co miało związek z Lucasem, nie zmieniło sytuacji na
lepsze, a fakt, że znów mieszkały pod jednym dachem, sprawił, że obie
wpadły w dawne koleiny, z których tak bardzo chciały się wydostać. Erika
automatycznie przyjęła rolę matki, podczas gdy Anna była rozdarta między
potrzebą zdania się na siostrę a chęcią zbuntowania się. Od kilku
miesięcy panowało między nimi napięcie. W powietrzu wisiały
niewypowiedziane słowa, które kiedyś, w odpowiedniej chwili, wreszcie
padną. Na razie Anna nie umiała się otrząsnąć z szoku, a Erika chodziła
koło niej na palcach, w obawie, że zrobi lub powie coś niestosownego.
- Co z dziećmi? Bez problemu pojechały do przedszkola?
- Tak, wszystko w porządku. - Erika celowo pominęła scenę, jaką zrobił
jej Adrian. Anna nie miała teraz cierpliwości do dzieci. Większość
obowiązków domowych spadała na Erikę, a gdy dzieci zaczynały się kłócić,
Anna po prostu wychodziła, zostawiając załatwienie sprawy Erice. Kręciła
się po domu, bez powodzenia próbując odzyskać energię, która wcześniej
utrzymywała ją w pionie. Erika obserwowała ją z głębokim niepokojem.
-Anno, tylko się nie denerwuj, ale może byś z kimś porozmawiała?
Przecież dostałyśmy namiar na znakomitego psychologa. Sądzę, że...
Anna przerwała jej szorstko:
- Nie. Już mówiłam. Sama muszę sobie z tym poradzić. To moja wina,
zamordowałam człowieka. Nie mogę się żalić przed zupełnie obcą osobą,
sama muszę sobie z tym dać radę. - Palce zbielały jej od ściskania
filiżanki.
- Anno, wiem, rozmawiałyśmy o tym tysiące razy, ale powtórzę: nie
zamordowałaś Lucasa. Zabiłaś go we własnej obronie, a broniłaś nie tylko
siebie, także dzieci. Nikt w to nie wątpi. Przecież zostałaś całkowicie
uniewinniona. Anno, on by cię zabił, nie miałaś wyboru.
Po twarzy Anny przeszedł skurcz. Maja zaczęła popiskiwać, wyczuwała
napięcie.
- Nie - mam - już - siły - o - tym - rozmawiać - powiedziała Anna przez
zęby. - Idę na górę, położę się. Odbierzesz dzieci? - Wstała,
zostawiając Erikę w kuchni.
- Odbiorę - odpowiedziała. Łzy paliły ją pod powiekami. Dłużej tego nie
wytrzyma. Trzeba wreszcie coś z tym zrobić.
Przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Podniosła słuchawkę i wybrała
numer. Przynajmniej spróbuje.
Hanna poszła zainstalować się w swoim pokoju, Patrik do Martina Molina.
Delikatnie zapukał do drzwi jego niewielkiego pokoju.
- Proszę.
Wszedł i jak zwykle usiadł na krześle przed biurkiem. Często ze sobą
pracowali.
- Słyszałem, że pojechaliście do wypadku samochodowego. Jakieś ofiary?
- Tak, zginęła kobieta, która prowadziła. Tylko jeden samochód.
Rozpoznałem ją. To Marit, właścicielka sklepiku przy Affärsvägen.
- Kurczę. Jaka niepotrzebna śmierć. Co się stało? Chciała wyminąć sarnę,
czy co?
Patrik zawahał się.
- Na miejscu była ekipa kryminalistyczna. Ostateczną odpowiedź
przyniesie raport plus protokół z sekcji zwłok. Ale w samochodzie
cuchnęło wódką.
- Kurczę - powtórzył Martin. - Innymi słowy, prowadziła po pijanemu. Nie
przypominam sobie, żebyśmy ją kiedykolwiek zatrzymali za jazdę w stanie
nietrzeźwym. Może to był pierwszy raz, a może nigdy nie wpadła.
- Mogło tak być - powiedział z wahaniem Patrik.
- Ale? - Martin splótł ręce na karku. Rude włosy odcinały się ostro od
białych dłoni. - Słyszę, że coś cię trapi. Znam cię na tyle, że wiem,
kiedy coś jest nie tak.
- Sam nie wiem - odparł Patrik. - Nic konkretnego. Miałem wrażenie, że
coś się... nie zgadza, chociaż nie potrafię powiedzieć co.
- Twoje wrażenia zazwyczaj się sprawdzają. - Martin w zamyśleniu bujał
się na krześle. - Musimy poczekać na ekspertyzę. Będziemy wiedzieli
więcej po sekcji zwłok i po raporcie techników. Może się wyjaśni, co cię
niepokoi.
- Masz rację. - Patrik podrapał się w głowę. - Tylko... nie, masz rację,
nie ma co się wdawać w domysły. Trzeba się skupić na tym, co można
zrobić teraz. Niestety oznacza to, że trzeba jechać i zawiadomić
najbliższych. Nie wiesz, czy Marit miała jakąś rodzinę?
Martin zmarszczył czoło.
- Wiem, że ma nastoletnią córkę i mieszka z przyjaciółką. Coś tam ludzie
o tym gadali, ale sam nie wiem...
Patrik westchnął.
- Trzeba tam pojechać i się rozejrzeć.
Już po kilku minutach zapukali do drzwi mieszkania Marit. Sprawdzili w książce telefonicznej i okazało się, że mieszkała w bloku stojącym
kilkaset metrów od komisariatu. Obaj ciężko oddychali. Takich zadań
nienawidzili najbardziej. Usłyszeli kroki i wtedy dotarło do nich, że o tej porze zastanie kogoś w domu wcale nie jest takie oczywiste.
Otworzyła im kobieta. Od razu się domyśliła, o co chodzi. Dało się to
wyczytać z bladości jej twarzy i postawy: biła od niej rezygnacja.
- Mamy niestety niedobre wiadomości. Marit Kaspersen miała wypadek...
zginęła - powiedział cicho Patrik.
Kobieta nie poruszyła się, jakby skamieniała w jednej pozycji, jakby
mózg nie przekazywał żadnych sygnałów do mięśni. Musiała przetrawić tę
informację.
- Napijecie się kawy? - powiedziała w końcu i nie czekając na odpowiedź,
sztywnym krokiem poszła do kuchni.
- Może chciałaby pani, żeby przyjechał ktoś z rodziny? - spytał Martin.
Sprawiała wrażenie, jakby była w szoku. Cały czas odgarniała za uszy
ciemne, ostrzyżone na pazia włosy. Była bardzo szczupła, miała na sobie
dżinsy i charakterystyczny norweski sweter w piękny skomplikowany wzór,
z ozdobnymi srebrnymi zapinkami.
Potrząsnęła głową.
- Nie mam nikogo. Nikogo poza... Marit. I Sofie. Ale ona jest u ojca.
- Sofie to córka Marit, tak? - spytał Patrik. Potrząsnął głową w odpowiedzi na pytający gest Kerstin: podniosła do góry karton mleka,
wcześniej nalawszy kawy do filiżanek.
- Tak, ma piętnaście lat. W tym tygodniu jest u ojca. Jeden tydzień
spędza u nas, jeden u niego, we Fjällbace.
- Byłyście bliskimi przyjaciółkami, prawda? - Patrik czuł się
niezręcznie, formułując pytanie w ten sposób, ale nie wiedział, jak
podejść do tego tematu. Czekając na odpowiedź, wypił łyk kawy. Dobra.
Mocna, taka, jaką lubi.
Krzywy uśmieszek Kerstin wskazywał na to, że rozumie, o co mu chodzi.
Oczy zaszły jej łzami.
- Byłyśmy przyjaciółkami, gdy Sofie mieszkała u nas, a kochankami, gdy
mieszkała u ojca. O to właśnie... - Głos jej się załamał, łzy spłynęły
po policzkach. Przez chwilę płakała. Wreszcie zapanowała nad głosem i mówiła dalej: - O to właśnie pokłóciłyśmy się wczoraj wieczorem. Marit
chciała nadal tkwić w tej szafie, a ja się dusiłam i chciałam wyjść.
Zasłaniała się dobrem Sofie, ale to była zwykła wymówka. Bała się, że
będą nas obgadywać, wytykać palcami. Tłumaczyłam jej, że i tak to robią,
a gdybyśmy się ujawniły, z czasem gadanie by się skończyło. Marit nie
chciała słuchać. Tyle lat wiodła żywot przeciętnej pani Svensson,
zamężnej, dzieciatej, z własnym domem, urlopem w przyczepie i tak dalej.
Spychała w podświadomość myśl, że odczuwa pociąg do kobiet. Ale gdy się
poznałyśmy, nagle wszystkie kawałki układanki znalazły się na swoim
miejscu. W każdym razie tak to ujęła. Wyciągnęła wnioski, odeszła od
męża i wprowadziła się do mnie. Ale nie miała odwagi pójść dalej i właśnie o to się pokłóciłyśmy. - Sięgnęła po serwetkę i głośno wytarła
nos.
- O której wyszła? - spytał Patrik.
- Po ósmej. Jakiś kwadrans po. Domyśliłam się, że coś się musiało stać,
bo nie wyszłaby na całą noc. Ale człowiek wzdraga się przed dzwonieniem
na policję. Łudziłam się, że może do kogoś pojechała albo po prostu
spaceruje. Sama nie wiem, co myślałam. Zanim przyszliście, chciałam
dzwonić po szpitalach, a gdyby jej tam nie było, zadzwoniłabym do was.
Znów wytarła nos. Widać było, że targa nią żal i ból i że robi sobie
wyrzuty. Patrik chciał powiedzieć coś, co mogłoby je złagodzić, a tymczasem musiał jeszcze pogorszyć sytuację.
Odchrząknął. Chwilę się wahał, a potem powiedział:
- Podejrzewamy, że w chwili wypadku była pod wpływem alkoholu. Czy miała
z tym jakiś problem?
Wypił łyk kawy. Wolałby być gdzie indziej, daleko od tej kuchni, od tych
pytań i tego żalu. Kerstin spojrzała na niego zdziwiona.
- Marit w ogóle nie brała do ust alkoholu. W każdym razie od kiedy ją
znam, czyli od przeszło czterech lat. Mówiła, że nie lubi smaku wódki.
Nawet cydru nie piła.
Patrik znacząco spojrzał na Martina. Kolejny dziwny szczegół, kolejny po
nieuchwytnym uczuciu, jakie miał od chwili, kiedy obejrzał miejsce
wypadku.
- Jest pani pewna?
Głupie pytanie, przecież już odpowiedziała, ale nie może być żadnych
niejasności.
- Absolutnie! Nigdy nie widziałam, żeby piła wódkę, wino czy piwo albo
coś w tym rodzaju. A żeby miała się upić i potem siąść za kierownicę? To
niemożliwe. Nie rozumiem... - Była wyraźnie speszona, wodziła wzrokiem
od Patrika do Martina. To się nie trzyma kupy, Marit nie piła, i tyle.
- Gdzie możemy znaleźć jej córkę? Ma pani adres jej byłego męża? -
Martin wyjął notes i długopis.
- Mieszka we Fjällbace, gdzieś w Kullen. Tu jest dokładny adres. -
Sięgnęła po karteczkę przyczepioną do wiszącej na ścianie tablicy i podała Martinowi. Była tak zbita z tropu, że na chwilę przestała płakać.
- Na pewno pani nie chce, żebyśmy kogoś do pani ściągnęli? - spytał
Patrik, wstając.
- Nie. Wolę zostać sama.
- Dobrze, ale w razie czego proszę dzwonić. - Patrik zostawił jej
wizytówkę. Za drzwiami, zanim się zatrzasnęły, obejrzał się za siebie.
Kerstin nadal siedziała nieruchomo przy kuchennym stole.
- Annika! Przyjechała już ta nowa? - Mellberg wrzeszczał na cały
korytarz.
- Tak! - zawołała Annika, nie wychodząc z recepcji.
- A gdzie jest? - wrzeszczał dalej Mellberg.
- Tu jestem - usłyszał kobiecy głos. Hanna wyszła na korytarz.
- Aha. Jeśli nie jest pani zbyt zajęta, może pani przyjdzie się
przedstawić - powiedział kwaśno. - Jest taki zwyczaj, że w nowym miejscu
pracy najpierw idzie się przywitać z szefem.
- Bardzo przepraszam - odpowiedziała Hanna, podchodząc do Mellberga z wyciągniętą dłonią. - Rano, zaraz jak przyszłam, Patrik Hedström zabrał
mnie na wezwanie do wypadku. Dopiero co wróciłam. Właśnie miałam do pana
iść. Przede wszystkim chcę powiedzieć, że słyszałam wiele dobrego o tym
komisariacie. Należy wam się wielkie uznanie za dochodzenia w sprawie
morderstw. Mówią, że skoro niewielki komisariat poradził sobie tak
znakomicie, musi mieć fantastyczne kierownictwo.
Uścisnęła mu dłoń. Mellberg spojrzał na nią podejrzliwie. Może się
zgrywa. Patrzyła na niego z powagą, więc postanowił łyknąć pochwałę.
Może nie będzie źle i dziewczyna w mundurze też się nada. Poza tym jest
na co popatrzeć. Jak dla niego trochę za chuda, ale całkiem niezła.
Chociaż po porannej rozmowie telefonicznej, bardzo miłej, musiał
przyznać, że widok ładnej kobiety już tak na niego nie działa. Sam się
zdziwił. Myślami pomknął do Rose-Marie i jej miłego głosu, gdy z radością
przyjęła jego zaproszenie na obiad.
- Nie będziemy sterczeć na korytarzu - powiedział, niechętnie porzucając
myśl o Rose-Marie. - Chodźmy porozmawiać do mojego gabinetu.
Hanna poszła za nim.
- Widzę, że już pani zdążyła zabrać się do roboty.
- Tak. Jak już powiedziałam, pojechałam z komisarzem Hedströmem do
wypadku samochodowego. Jeden samochód, niestety ofiara śmiertelna.
- Cóż, zdarza się.
- Wstępnie oceniamy, że piła alkohol. Aż biła od niej woń wódki.
- Czy Patrik wspominał, że już zatrzymywał tę osobę po spożyciu
alkoholu?
- Nie. Nawiasem mówiąc, znał tę kobietę. To właścicielka sklepiku przy
Affärsvägen. Marit, zdaje się.
- A to dopiero... - powiedział Mellberg i w zamyśleniu podrapał się w "pożyczkę" na czubku głowy. - Marit? Nigdy bym nie pomyślał. -
Odchrząknął. - Mam nadzieję, że nie musiała pani zacząć pracy w nowym
miejscu od zawiadamiania jej najbliższych.
- Nie. - Hanna wbiła wzrok we własne buty. - Patrik pojechał z trochę
młodszym, rudym facetem.
- Z Martinem Molinem - wyjaśnił Mellberg. - Czy Patrik was sobie nie
przedstawił?
- Nie, pewnie zapomniał. Podejrzewam, że myślał tylko o tym, co go
czeka.
- Hmm... - mruknął Mellberg. Milczeli dłuższą chwilę. Znów odchrząknął.
- No cóż, w takim razie witamy w komisariacie policji w Tanumshede. Mam
nadzieję, że dobrze się pani będzie u nas czuła. Ma pani gdzie mieszkać?
- Wynajęliśmy z Larsem, moim mężem, dom na wprost kościoła.
Wprowadziliśmy się tydzień temu. Jest umeblowany, ale chcielibyśmy go
urządzić po swojemu, żeby było przytulnie.
- A mąż? Czym się zajmuje? Też znalazł tu pracę?
- Jeszcze nie - Hanna odwróciła wzrok, niespokojnie przebierając
złożonymi na kolanach rękami.
Mellberg prychnął w myślach. Takie buty. Fajny mąż. Bezrobotny palant,
pozwala się utrzymywać żonie.
- Lars jest psychologiem - powiedziała Hanna, jakby odgadując jego
myśli. - Szuka pracy, ale okazuje się, że na tutejszym rynku nie ma zbyt
wielkiego zapotrzebowania na psychologów. Na razie, dopóki czegoś nie
znajdzie, pisze pracę naukową. Kilka godzin tygodniowo ma też być do
dyspozycji uczestników programu Fucking Tanum.
- Ach tak? - powiedział Mellberg tonem wskazującym na to, że zajęcie jej
męża już go nie interesuje. - A więc jeszcze raz serdecznie witamy. -
Wstał na znak, że wymiana uprzejmości skończona, może już iść.
- Dziękuję - odpowiedziała.
- Proszę zamknąć za sobą drzwi - powiedział Mellberg. Przez chwilę
wydawało mu się, że uśmiechnęła się z rozbawieniem. E, nie, na pewno mu
się zdawało. Wyrażała się z takim szacunkiem i o nim, i jego pracy.
Jakoś tak ładnie to wyraziła. A on zna się na ludziach i potrafi ocenić,
czy są szczerzy, czy nie. Hanna jest zdecydowanie szczera.
- Jak poszło? - chwilę później szeptem spytała Annika, wchodząc do
pokoju Hanny.
- I owszem - odparła Hanna, uśmiechając się z rozbawieniem, czyli robiąc
to, czego wolał nie widzieć Mellberg. - Ale ma... charakterek - dodała,
potrząsając głową.
- Charakterek. Można i tak to nazwać - powiedziała ze śmiechem Annika. -
Chyba sobie z nim poradzisz. Tylko nie daj sobą pomiatać, bo zginiesz.
- Miałam już w życiu do czynienia z niejednym Mellbergiem. Wiem, jak
postępować z takimi typami - odrzekła tonem niepozostawiającym
wątpliwości. - Trochę pochlebstw, udajemy, że postępujemy dokładnie tak,
jak powiedział, a potem działamy zgodnie z własnym przekonaniem. Jeśli
osiągniemy pożądany skutek, będzie udawał, że od początku był to jego
pomysł. Mam rację?
- Trafiłaś w sedno. Właśnie tak wygląda praca pod kierownictwem Bertila
Mellberga - zaśmiała się Annika i wróciła do swojego biurka w recepcji.
Nie musi się martwić o tę dziewczynę. Twardzielka, nie da sobie w kaszę
dmuchać. W dodatku sprytna. Przyjemnie będzie patrzeć, jak radzi sobie z Mellbergiem.
Dan sprzątał po dziewczynkach. Był przygnębiony. Jak zwykle ich pokoje
wyglądały, jakby przeszedł przez nie huragan. Wiedział, że powinien
pilnować, aby same po sobie sprzątały, ale czas, który z nimi spędzał,
był tak cenny. Przyjeżdżały co drugi weekend. Starał się wykorzystywać
ich pobyt co do minuty, nie marnować go na zrzędzenie i awantury. Zdawał
sobie sprawę, że to błąd. Powinien podejść do obowiązków wychowawczych
odpowiedzialnie i nie zrzucać ich na Pernillę, ale weekendy były takie
krótkie, a lata mijały w zatrważającym tempie. Belinda skończyła już
szesnaście lat, była prawie dorosła. Dziesięcioletnia Malin i siedmioletnia Lisen rosły tak szybko, że chwilami za tym nie nadążał. Od
rozwodu minęły trzy lata, ale poczucie winy nadal leżało mu kamieniem na
piersi. Gdyby nie jego fatalny błąd, dom, w którym teraz sprząta po
dzieciach, nie musiałby być tak pusty. Może błędem było również
zachowanie domu w Falkeliden. Pernilla przeprowadziła się z córkami do
Munkedal, żeby mieszkać blisko swojej rodziny. Dan nie chciał, żeby
dziewczynki odczuły, że straciły rodzinny dom. Dlatego tyrał i oszczędzał, żeby córki miały do czego wracać, gdy przyjeżdżały do niego
co drugi weekend. W końcu zrozumiał, że dłużej nie da rady. Koszty
utrzymania domu zaczęły go przerastać. Najdalej za pół roku trzeba
będzie podjąć decyzję. Ciężko usiadł na łóżku Malin i oparł głowę na
dłoniach.
Rozmyślania przerwał mu dzwonek telefonu. Sięgnął po leżącą na łóżku
słuchawkę.
- Słucham...
...A, cześć Erika...
...No tak, ciężko mi trochę. Dziewczynki wyjechały wczoraj wieczorem...
...Tak, wiem, że za tydzień znów przyjadą, ale wydaje mi się, że to tak
długo... A u ciebie? Co cię gnębi?
Słuchał uważnie. Zmarszczka na jego czole się pogłębiała.
- Aż tak źle? Mogę ci jakoś pomóc?
Słuchał jeszcze chwilę, a potem powiedział z wahaniem:
- Może i mógłbym. Oczywiście. Jeśli sądzisz, że to coś pomoże.
...Okej, już jadę.
Rozłączył się i siedział jeszcze chwilę, myśląc o tym, co usłyszał. Nie
miał pewności, czy będzie umiał, ale skoro Erika prosi o pomoc, to nie
ma się nad czym zastanawiać. Kiedyś, dawno temu, byli parą, a od wielu
lat bliskimi przyjaciółmi. Erika bardzo mu pomogła, kiedy rozwodził się
z Pernillą. Byłby gotów zrobić dla niej wszystko. Zaprzyjaźnił się
również z Patrikiem i często u nich bywał.
Narzucił kurtkę i wsiadł do samochodu. Potrzebował zaledwie kilku minut.
Otworzyła, gdy tylko zapukał.
- Cześć, wchodź - powiedziała i uściskała go.
- Cześć, gdzie Maja? - Szukał wzrokiem ulubienicy. Z przyjemnością
wyobrażał sobie, że odwzajemnia jego uczucie.
- Śpi. Sorry. - Erika zaśmiała się. Wiedziała, że w wyścigu o względy
Dana córeczka wyprzedziła ją o kilka długości.
- Trudno, muszę sobie poradzić bez słodkiego zapachu jej szyjki.
- Nie martw się, niedługo się obudzi. Chodźmy do salonu. Anna jest na
górze.
- Myślisz, że to dobry pomysł? - zaniepokoił się Dan. - Może nie będzie
miała ochoty, rozzłości się?
- Tylko mi nie mów, że wielki facet trzęsie się ze strachu przed drobną
kobietką - zaśmiała się Erika. Dan istotnie miał imponującą posturę. -
Co bynajmniej nie znaczy, że chciałabym znów usłyszeć od Marii, że
według niej jesteś bardzo podobny do Dolpha Lundgrena. Na twoim miejscu
nie powoływałabym się na jej opinię, zważywszy na to, że myślała, że
EType to imię i nazwisko.
- Ale ja naprawdę jestem do niego podobny, zobacz! - Dan przybrał dość
nienaturalną pozę, potem się zaśmiał. - Pewnie masz rację. Zresztą czas
wyrywania panienek mam już za sobą. Musiałem odreagować...
- Oboje z Patrikiem marzymy o chwili, gdy przyprowadzisz dziewczynę, z którą da się porozmawiać.
- Chodzi ci o to, żeby poziomem intelektualnym dorównywała lokatorom
tego domostwa... A propos, co słychać w Paradise Hotel? Czy twoi
ulubieni uczestnicy utrzymali się w programie, czy odpadli? Kto będzie w finale? Jako wierny widz mogłabyś uaktualnić moje informacje o tym nader
kulturalnym programie, stanowiącym prawdziwe wyzwanie dla spragnionych
wiedzy umysłów. A Patrik mógłby mi opowiedzieć o sytuacji w szwedzkiej
lidze piłkarskiej. To przecież wyższa matematyka.
- Ha, ha, ha... Trafiony, zatopiony. - Erika uderzyła go lekko po ręku.
- Idź na górę, pomóż trochę. Może wreszcie będę miała z ciebie jakiś
pożytek.
- Pewna jesteś, że Patrik wie, co robi? Chyba powinienem z nim pogadać o tym, czy ślub z tobą to mądry pomysł. - Dan był już w połowie schodów.
- Bardzo śmieszne... No już, zasuwaj.
Gdy dotarł na górę, śmiech uwiązł mu w gardle. Nie widział Anny, odkąd
zamieszkała z dziećmi u Eriki i Patrika. Śledził w gazetach jej
tragedię, jak cała Szwecja, ale za każdym razem, gdy odwiedzał Erikę,
Anna gdzieś się zaszywała, najczęściej w sypialni. Siedziała tam niemal
bez przerwy.
Delikatnie zapukał do drzwi. Cisza. Zapukał jeszcze raz.
- Halo, Anno? To ja, Dan. Mogę wejść?
Nadal cisza. Stał niezdecydowany. Czuł się niezręcznie, ale przecież
obiecał Erice, że spróbuje pomóc. Zaczerpnął powietrza do płuc i otworzył drzwi. Anna leżała na łóżku. Widział, że nie śpi. Wpatrywała
się w sufit niewidzącym wzrokiem, ręce splotła na brzuchu. Nawet nie
spojrzała w jego kierunku. Przysiadł na brzegu łóżka. Nadal żadnej
reakcji.
- Co u ciebie? Jak się czujesz?
- A jak ci się zdaje? - Anna nie odrywała wzroku od sufitu.
- Że marnie. Erika się o ciebie martwi.
- Erika zawsze się o mnie martwi - powiedziała Anna.
Dan uśmiechnął się.
- To prawda. Trochę nadopiekuńcza, co?
- Co najmniej - odparła Anna i spojrzała na niego.
- Ale chce dobrze. Teraz martwi się bardziej niż zazwyczaj.
- Rozumiem to. - Anna westchnęła ciężko. - Nie umiem sobie z tym
poradzić. Zeszła ze mnie cała energia. Nic nie czuję, kompletnie. Nie
jest mi smutno. Ani wesoło. Nic nie czuję.
- Rozmawiałaś z kimś?
- Chodzi ci o psychologa albo kogoś w tym rodzaju? Erika stale mnie o to
zamęcza. Nie mogę się zdobyć, żeby porozmawiać z obcym człowiekiem. O Lucasie, o sobie. Po prostu nie dam rady.
- A może - powiedział z wahaniem Dan i poruszył się - może chciałabyś ze
mną porozmawiać? Nie znamy się za dobrze, ale nie jestem całkiem obcy. -
Umilkł, czekając na odpowiedź. Patrząc na jej wychudzoną postać i zaszczuty wzrok, poczuł, że budzi się w nim instynkt opiekuńczy. Taka
była podobna i jednocześnie taka niepodobna do Eriki. Przepełniona
lękiem, delikatniejsza wersja siostry.
- Sama nie wiem - odparła. - Nie wiedziałabym, od czego zacząć...
- To może zacznijmy od spaceru. Jeśli będziesz chciała rozmawiać, to
porozmawiamy, a jeśli nie - tylko się przejdziemy. Może być? - słychać
było, że mu zależy.
Anna podniosła się powoli, usiadła. Siedziała dłuższą chwilę, odwrócona
do niego tyłem. Potem wstała. - Dobrze, chodźmy na spacer. Tylko spacer.
- Dobrze. - Dan kiwnął głową i wyszedł pierwszy na schody. Rzucił okiem
w kierunku kuchni. Erika tłukła garnkami. - Idziemy się przejść -
zawołał i kątem oka dostrzegł, że Erika stara się nie pokazać po sobie,
jakie to wydarzenie. - Na dworze jest chłodno, lepiej włóż kurtkę -
zwrócił się do Anny.
Posłuchała go i narzuciła beżową budrysówkę, a wokół szyi owinęła wielki
kremowy szal.
- Gotowa? - spytał, zdając sobie sprawę, że jego pytanie ma drugie dno.
- Chyba tak - odparła cicho Anna i wyszła za nim na wiosenne słońce.
- Uważasz, że można się do tego przyzwyczaić? - odezwał się Martin,
kiedy jechali do Fjällbacki.
- Nie - krótko odparł Patrik. - Przynajmniej mam nadzieję. Gdybym się
przyzwyczaił, to musiałbym zmienić zawód.
Zakręt w L?ngsjö pokonał ze zdecydowanie za dużą prędkością. Martin jak
zwykle kurczowo trzymał się uchwytu nad drzwiami. Zanotował, że musi
uprzedzić tę nową, żeby unikała jeżdżenia z Patrikiem. Chociaż może już
jest za późno, przecież rano pojechała z nim do wypadku. Już
doświadczyła ryzyka na granicy śmierci.
- Jaka ona jest? - spytał Martin.
- Kto? - Patrik był rozkojarzony bardziej niż zwykle.
- Ta nowa, Hanna Kruse.
- Chyba w porządku - odpowiedział Patrik.
- Ale?
- Co ale? - Patrik spojrzał na Martina, a on jeszcze mocniej ścisnął
uchwyt.
- Cholera, patrz na drogę. Miałem wrażenie, że chciałeś powiedzieć coś
więcej.
- Czy ja wiem - odparł z ociąganiem Patrik, ale już nie odrywał oczu od
drogi. Martinowi ulżyło. - Nie jestem przyzwyczajony do tak cholernie
ambitnych ludzi.
- Co masz na myśli? - zaśmiał się Martin, starając się ukryć, że poczuł
się nieco dotknięty.
- Nie obrażaj się. Nie sugeruję, że nie masz ambicji. Ale Hanna jest,
jak by to określić, nadambitna!
- Nadambitna - powtórzył z powątpiewaniem Martin. - Masz wątpliwości, bo
wydaje ci się nadambitna... A dokładniej? Co w tym złego, że dziewczyna
jest nadambitna? Chyba nie jesteś z tych, co uważają, że dziewczyny nie
nadają się do policji?
Patrik znów odwrócił wzrok od drogi i z największym zdziwieniem spojrzał
na Martina.
- Co ty? Nie znasz mnie? Masz mnie za męskiego szowinistę? Ja
szowinistą. A moja kobieta zarabia dwa razy tyle co ja... Chodzi mi
tylko o to... daj spokój, sam się przekonasz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki