Kiedyś to się łowiło homary, nie to co
dziś. Dawniej to była harówka dla zawodowych rybaków. Teraz letnicy
przyjeżdżają, żeby przez tydzień połowić dla przyjemności. A w dodatku
nic sobie nie robią z okresów ochronnych. Oj, napatrzył się przez lata,
na przykład na wyciągane ukradkiem szczoteczki do usuwania jajeczek z odwłoków samic, żeby połów wyglądał na legalny. Okradali cudze
więcierze. Niektórzy nawet nurkowali i wyciągali z nich homary gołymi
rękami. Do czego to jeszcze dojdzie! Czyżby koniec z poczuciem
przyzwoitości? Pewnego razu wyciągnął z więcierza butelkę koniaku. Ktoś
ją podłożył w zamian za nieznaną liczbę homarów. W tym przypadku
złodziej miał swój honor, a przynajmniej poczucie humoru.
Wyciągając więcierze, Frans Bengtsson westchnął głęboko, ale już przy
pierwszym rozjaśnił się na widok dwóch dorodnych homarów. Wiedział,
gdzie szukać, i miał kilka stałych miejsc, gdzie połów zawsze się
udawał.
Po opróżnieniu trzech więcierzy miał przed sobą sporą kupkę skorupiaków.
Nie rozumiał, dlaczego osiągają tak niebotyczne ceny. Choć nie budziły w nim obrzydzenia, na obiad wolałby zjeść na przykład śledzia, bo i smaczniejszy, i cena odpowiedniejsza. Ale o tej porze roku dochody z połowu homarów były pożądanym dodatkiem do emerytury.
Ostatni więcierz się zaciął. Żeby go wyciągnąć, musiał dla równowagi
zaprzeć się nogą o reling. Więcierz w końcu puścił i Bengtsson spojrzał
ponad burtą, by sprawdzić, czy go nie uszkodził. Pokazał się jednak nie
więcierz: niespokojną powierzchnię wody przecięła skierowana ku niebu
biała dłoń.
W pierwszym odruchu Bengtsson puścił linkę i to, co zobaczył, opadło na
dno razem z więcierzem. Zwyciężyło jednak wieloletnie doświadczenie i znów pociągnął linę. Miał jeszcze sporo sił i teraz były mu naprawdę
potrzebne. Musiał się mocno zaprzeć, żeby przeciągnąć makabryczne
znalezisko przez burtę. Ale naprawdę się przeraził dopiero wtedy, gdy
blade, ociekające wodą zwłoki głucho uderzyły o dno łodzi. Zobaczył
bowiem, że wyciągnął dziecko, dziewczynkę. Długie włosy oblepiły jej
twarz, wargi miała tego samego koloru co skierowane ku niebu niebieskie,
niewidzące oczy.
Frans Bengtsson rzucił się do burty i zwymiotował.
Patrik nigdy by nie przypuszczał, że można być aż tak zmęczonym.
Wyobrażenia, że w pierwszym okresie życia niemowlęta głównie śpią, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy rozpadły się w proch. Przeczesał palcami
krótkie, kasztanowe włosy, ale tylko jeszcze bardziej je rozczochrał.
Jego zmęczenia i tak nie dało się porównać z wyczerpaniem Eriki.
Oszczędzone mu były chociażby częste nocne karmienia. Martwił się o nią.
Nie mógł sobie przypomnieć, żeby od powrotu z porodówki choć raz się
uśmiechnęła. Obwódki wokół jej oczu ciemniały i robiły się coraz
głębsze. Co rano widział w jej oczach desperację i było mu przykro, że
zostawia ją w domu samą z dzieckiem. Z drugiej strony musiał przyznać,
że z ulgą wraca do znajomego świata dorosłych. Kochał Maję ponad
wszystko, ale pojawienie się dziecka okazało się równoznaczne z wkroczeniem na nowy, nieznany teren, gdzie za każdym rogiem czaiły się
nowe napięcia. Dlaczego nie śpi? Dlaczego płacze? Może jej za ciepło? Za
zimno? Co znaczy ta wysypka? Z dorosłym łobuzem wiedziałby, jak się
obchodzić.
Patrzył tępo na leżące przed nim papiery. Miał wrażenie, jakby mózg
oplatała mu pajęczyna. Żeby móc pracować, powinien ją najpierw usunąć.
Na dźwięk telefonu aż podskoczył. Zanim w końcu podniósł słuchawkę,
rozległy się trzy sygnały.
- Słucham, Patrik Hedström.
Dziesięć minut później chwycił wiszącą na wieszaku koło drzwi kurtkę i pośpieszył do pokoju Martina Malina.
- Słuchaj, jakiś gość łowił homary i wyciągnął trupa.
- Gdzie? - zapytał zaskoczony Martin. Dramatyczna wiadomość zakłóciła
spokojny poniedziałkowy poranek w komisariacie policji w Tanumshede.
- Na wysokości Fjällbacki. Przycumował przy pomoście przy Ingrid
Bergmans torg. Jedziemy tam. Karetka jest już w drodze.
Martinowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. On również chwycił kurtkę,
niezbędną na tę ponurą październikową pogodę, i ruszył za Patrikiem do
samochodu. Do Fjällbacki jechali bardzo szybko. Martin kurczowo trzymał
się uchwytu nad drzwiami, bo na ostrych zakrętach samochód
niebezpiecznie zbliżał się do pobocza.
- Co to jest? Utonięcie, wypadek? - spytał Martin.
- A skąd mam wiedzieć? - odparł Patrik i od razu pożałował opryskliwego
tonu. - Przepraszam, jestem niewyspany.
- Nie szkodzi. - Wybaczenie przyszło Martinowi tym łatwiej, że Patrik
już od kilku tygodni źle wyglądał.
- Wiem tylko tyle, że znaleziono ją godzinę temu. Według tego gościa nie
leżała w wodzie długo. Zresztą zaraz się przekonamy - powiedział Patrik.
Zjechał z Galärbacken w kierunku pomostu, przy którym cumowała drewniana
łódź.
- Ona?
- Tak, dziewczynka, dziecko.
- O cholera - powiedział Martin. W tym momencie pożałował, że nie
poszedł za pierwszym odruchem i zamiast jechać do pracy, nie został w domu, w łóżku, z Pią.
Zaparkowali przed kafejką przy pomoście i ruszyli w kierunku łodzi. O dziwo, nikt jeszcze nie spostrzegł, co się stało, i nie trzeba było
rozganiać gapiów.
- Leży w łodzi - powiedział Bengtsson, wychodząc im naprzeciw. - Nie
chciałem jej niepotrzebnie ruszać.
Na twarzy starego Patrik dostrzegł dobrze znaną mu bladość. On zawsze
tak wyglądał, kiedy musiał patrzeć na zwłoki.
- Gdzie ją pan znalazł? - zapytał Patrik, aby jeszcze na chwilę odwlec
moment, gdy będzie musiał spojrzeć na zwłoki dziecka. Mocno ściskało go
w dołku.
- Koło Porsholmen. Od południa. Zaczepiła o linę mojego piątego
więcierza. Gdyby nie to, pewnie długo byśmy jej jeszcze nie zobaczyli,
zwłaszcza gdyby prąd porwał ją w morze.
Patrika nie zdziwiło, że stary wie, jak zachowuje się w morzu martwe
ciało. Starsi ludzie wiedzieli, że najpierw tonie, a potem, w miarę jak
wypełniają je gazy, stopniowo wypływa na powierzchnię. Dopiero po jakimś
czasie znów opada w głąb. W dawnych czasach utonięcia były dla rybaków
czymś zwyczajnym i Frans zapewne wiele razy uczestniczył w poszukiwaniu
kolegów.
Jakby na potwierdzenie rybak powiedział:
- Nie mogła leżeć w wodzie długo. Jeszcze nie zaczęła wypływać.
Patrik kiwnął głową.
- Tak, mówił mi pan przez telefon. Obejrzyjmy ją.
Martin i Patrik powoli przeszli na koniec pomostu, gdzie cumowała łódź.
Dopiero gdy dochodzili, mogli zobaczyć, co leży za burtą, na dnie łodzi.
Wciągnięte przez starego ciało dziewczynki leżało na brzuchu. Twarzy nie
było widać, tylko splątane, mokre włosy.
- Jest karetka, niech oni ją odwrócą.
Martin przytaknął niewyraźnie. Był bardzo blady, przez co piegi i rudawe
włosy wydawały się jeszcze ciemniejsze. Widać było, że ma mdłości.
Patrik kiwnął ręką na sanitariuszy. Nieśpiesznie wyciągnęli nosze z karetki i ruszyli w ich kierunku.
- Utonięcie? - Jeden z sanitariuszy pytająco kiwnął głową w kierunku
łodzi.
- Na to wygląda - odpowiedział Patrik. - Zobaczymy, co powie patolog.
Tak czy inaczej, już nie możecie jej pomóc. Trzeba ją zabrać.
- Tak, wiemy - odparł mężczyzna. - Najpierw ją przeniesiemy na nosze.
Patrik skinął głową. Zawsze był zdania, że w tej służbie najprzykrzejsze
są wypadki, w których giną dzieci, a od kiedy sam miał dziecko, znosił
to jeszcze gorzej. Serce mu się ścisnęło na samą myśl, że po ustaleniu
tożsamości dziewczynki trzeba będzie zawiadomić jej rodziców i przewrócić im życie do góry nogami.
Sanitariusze wskoczyli do łodzi, przygotowując się do przeniesienia
ciała na pomost. Jeden z nich obrócił je ostrożnie na plecy. Rozrzucone
mokre włosy okalały twarz dziewczynki jak wachlarz. Szklane oczy
wpatrywały się w pędzące po niebie ołowiane chmury.
Patrik najpierw odwrócił się, by nie patrzeć. Po chwili jednak
niechętnie spojrzał. Jakby mu ktoś ścisnął serce.
- Nie, tylko nie to!
Martin spojrzał ze zdziwieniem, i wreszcie do niego dotarło.
- Znasz ją?
Patrik w milczeniu skinął głową.
Strömstad 1923
Nie odważyłaby się powiedzieć tego głośno, ale czasem myślała, że
dobrze się stało, że matka zmarła przy porodzie. Miała bowiem ojca tylko
dla siebie. Tymczasem matki, z tego, co słyszała, nie mogłaby tak łatwo
owinąć sobie wokół palca. Ojciec natomiast nie potrafił jej niczego
odmówić i Agnes wykorzystywała to z całą premedytacją. Życzliwi - część
krewnych i przyjaciół - zwracali mu na to uwagę. Wtedy ojciec próbował
opierać się jej prośbom, ale w końcu, prędzej czy później, ulegał.
Wystarczył widok ślicznej buzi, wielkich oczu i łez spływających po
policzkach. Kiedy sprawy zaszły tak daleko, topniało mu serce i córka
dostawała, co chciała.
Doprowadziło to do tego, że w wieku dziewiętnastu lat Agnes była
bezprzykładnie rozpuszczona. Wielu spośród jej znajomych dodałoby, że
jest w niej również coś złego. Głównie dziewczęta poważały się na to
stwierdzenie. Chłopcy, jak odkryła Agnes, rzadko zwracali uwagę na
cokolwiek innego poza jej piękną buzią, wielkimi oczami i długimi
gęstymi włosami. Ojciec dawał jej wszystko, czego zapragnęła.
Ich willa, stojąca na szczycie wzgórza z widokiem na morze, należała do
najokazalszych w Strömstad. Została kupiona za pieniądze pochodzące ze
spadku odziedziczonego przez matkę, a częściowo z majątku, który ojciec
zbił na przemyśle kamieniarskim. Raz niewiele brakowało, a straciłby
wszystko. Było to podczas strajku w 1914 roku, gdy kamieniarze wystąpili
przeciw wielkim kamieniołomom i firmom kamieniarskim. Przywrócono jednak
porządek i po wojnie interes rozkwitł na nowo; także kamieniołom w Krokstrand na przedmieściach Strömstad pracował pełną parą, kierując
dostawy do Francji. Agnes nie interesowało, skąd pochodzą pieniądze.
Urodziła się majętna, żyła dostatnio. Czy pieniądze pochodzą ze spadku,
czy zostały zarobione - nie miało żadnego znaczenia, dopóki mogła
kupować sobie biżuterię i piękne suknie. Wiedziała jednak, że nie
wszyscy tak myślą. Jej dziadkowie byli wręcz zgorszeni małżeństwem
córki. Majątek ojca Agnes był całkiem świeży. Sam musiał do niego dojść,
jego rodzice byli wręcz biedni. Nie pasowali do gości zapraszanych na
wielkie przyjęcia. Zapraszano ich tylko na skromne spotkania w wąskim
kręgu rodzinnym. Ale i te spotkania były krępujące. Biedacy nie umieli
się zachować na salonach. Nie było o czym z nimi rozmawiać. Dziadkowie
Agnes nigdy nie zdołali pojąć, czym też urzekł ich córkę August
Stjernkvist, a raczej Person, bo pod tym nazwiskiem przyszedł na świat.
Zmiana nazwiska, jako próba społecznego awansu, nie zwiodła ich.
Cieszyli się za to wnuczką. Kiedy córka zmarła w połogu, wręcz ścigali
się z zięciem o pierwszeństwo w jej rozpieszczaniu.
- Serce moje, jadę do biura.
Do pokoju wszedł ojciec i Agnes odwróciła się w jego stronę. Od
dłuższej chwili grała na stojącym przy oknie fortepianie. Wiedziała, że
ładnie wtedy wygląda. Nie była zbyt muzykalna i mimo pobieranych od
dzieciństwa kosztownych lekcji z trudem czytała nuty stojące przed nią
na pulpicie.
- Ojcze, czy postanowiłeś, co będzie z tą suknią, którą ci pokazałam
parę dni temu? - Spojrzała na niego prosząco. Widziała, że ojciec jak
zwykle walczy ze sobą, że chce odmówić, ale nie potrafi.
- Kochanie, przecież dopiero niedawno kupiłem ci suknię w Oslo...
- Ale ona jest na podszewce, chyba rozumiesz, że nie włożę jej na
zabawę w sobotę, w taki upał.
Czekając na odpowiedź, gniewnie zmarszczyła brwi. Gdyby, czego się
jednak nie spodziewała, miał się opierać, zademonstruje drżące usta. W razie czego może jeszcze zacząć płakać. Chyba jednak nie będzie to
konieczne. Ojciec wyglądał na zmęczonego. Jak zwykle nie pomyliła się.
- No dobrze, biegnij jutro do sklepu i zamów ją sobie. Pewnego dnia
twój stary ojciec przez ciebie osiwieje. - Potrząsnął głową, ale
uśmiechnął się, gdy podbiegła do niego i pocałowała w policzek. - Już
dobrze, poćwicz gamy. Mogą cię poprosić w sobotę, żebyś coś zagrała.
Trzeba się przygotować.
Zadowolona Agnes posłusznie siadła do ćwiczeń. Już widziała te
spojrzenia, gdy w blasku świec siądzie przy fortepianie ubrana w nową
czerwoną suknię.
Migrena zaczęła z wolna ustępować. Żelazna
obręcz wokół czoła nie zaciskała się już tak mocno. Charlotte mogła
ostrożnie otworzyć oczy. Piętro wyżej panowała cisza. Jak dobrze.
Obróciła się na łóżku i znów zamknęła oczy. Rozkoszowała się tym, że ból
ustaje i zastępuje go rozluźnienie, stopniowo ogarniające całe ciało.
Ostrożnie usiadła na brzegu łóżka i rozmasowała skronie. Po ataku
migreny były jeszcze nieco obolałe. Wiedziała z doświadczenia, że ten
stan potrwa parę godzin.
Na piętrze Albin pewnie jeszcze śpi po obiedzie. Charlotte może z czystym sumieniem poczekać ze wstawaniem. Bóg świadkiem, że potrzebna
jej każda chwila odpoczynku. Kilkumiesięczny narastający stres
spowodował nasilenie się napadów migreny. Wysysały z niej resztki
energii.
Postanowiła zadzwonić do towarzyszki niedoli i zapytać, jak się czuje.
Choć jej samej nie było łatwo, martwił ją stan Eriki. Znały się
właściwie od niedawna, zaczęły ze sobą rozmawiać, gdy kilkakrotnie
wpadły na siebie na spacerach, pchając wózki. Erika z Mają, a Charlotte
z ośmiomiesięcznym synkiem Albinem. Gdy odkryły, że mieszkają o rzut
kamieniem od siebie, zaczęły się spotykać prawie codziennie. Charlotte
coraz bardziej martwiła się o nową przyjaciółkę. Wprawdzie nie znała jej
z czasów przed urodzeniem dziecka, ale intuicja podpowiadała jej, że
Erika nie powinna być aż tak apatyczna i przygnębiona. Rozmawiała nawet
z Patrikiem i wspomniała mu o depresji poporodowej, ale odrzucił tę
sugestię. Według niego cały problem sprowadza się do konieczności
przestawienia się i nabrania wprawy. Wtedy wszystko się ułoży.
Sięgnęła po leżącą na nocnym stoliku słuchawkę i wystukała numer Eriki.
- Cześć, mówi Charlotte.
Erika mówiła zaspanym, stłumionym głosem. Charlotte zaniepokoiła się.
Po paru minutach głos Eriki zabrzmiał weselej. Rozmowa sprawiła
przyjemność również Charlotte. Odsuwała bowiem konieczność pójścia na
piętro i zmierzenia się z rzeczywistością.
Jakby czytając w myślach Charlotte, Erika spytała, jak posuwają się
poszukiwania domu.
- Bardzo wolno. Za wolno. Niclas jest bez przerwy w pracy, nigdy nie ma
czasu pojeździć, żeby coś obejrzeć. Zresztą nie ma w tej chwili zbyt
dużego wyboru. Chyba utknęliśmy tu na dłużej. - Wymknęło jej się
westchnienie.
- Zobaczysz, wszystko się ułoży. - W uszach Charlotte słowa pocieszenia
nie zabrzmiały zbyt przekonująco. Od pół roku wraz z Niclasem i dziećmi
mieszkali u jej matki i Stiga. Wyglądało na to, że potrwa to jeszcze
drugie tyle. Wątpiła, czy to wytrzyma. Niclasowi było łatwiej - od rana
do nocy siedział w przychodni - ale dla Charlotte, zamkniętej w domu z dziećmi, sytuacja była nie do zniesienia.
W teorii pomysł Niclasa był dobry. We Fjällbace zwolniła się posada
lekarza rejonowego, a oni, po pięciu latach w Uddevalli, dojrzeli do
zmiany miejsca zamieszkania. W dodatku w drodze był Albin, poczęty w ramach ratowania małżeństwa. Postanowili zatem zmienić całe swoje życie
i zacząć wszystko od nowa. Im dłużej ją przekonywał, tym ten pomysł
wydawał jej się lepszy. Cieszyło ją, że ktoś jej pomoże przy dziecku,
zwłaszcza że wkrótce miało ich być dwoje. Bardzo szybko jednak zderzyli
się z rzeczywistością. Już po kilku dniach Charlotte przypomniała sobie
dokładnie, dlaczego kiedyś tak bardzo chciała się wyprowadzić z domu. Z drugiej strony były i zmiany na lepsze. Nie mogła jednak o tym rozmawiać
z Eriką, choćby nawet chciała, bo wyjawienie tajemnicy groziłoby
rozbiciem rodziny.
Rozmyślania przerwał jej głos Eriki:
- Jak tam mamuśka? Nadal doprowadza cię do szału?
- Jeszcze jak. Wszystko robię źle. Raz jestem dla dzieci za surowa,
innym razem zbyt pobłażliwa, za lekko je ubieram, za ciepło je ubieram,
daję za mało jeść, przekarmiam, jestem za gruba, niechlujna... I tak bez
końca. Niedobrze się robi.
- A Niclas?
- W oczach mojej mamy Niclas jest chodzącą doskonałością. Skacze koło
niego, zagaduje i jeszcze współczuje mu, że ma taką niedobrą żonę. Dla
niej jest bez wad.
- Niclas nie widzi, jak ona cię traktuje?
- Mówiłam ci, nigdy nie ma go w domu. Zresztą gdy jest, mama bardziej
się stara... Wiesz, co mi wczoraj powiedział, kiedy mu się wyżaliłam?
"Moja kochana, nie mogłabyś okazać więcej wyrozumiałości?". Więcej
wyrozumiałości? Wtedy już całkiem bym przepadła. Tak się wściekłam, że
od tej pory z nim nie rozmawiam. Pewnie teraz siedzi w pracy i użala się
nad sobą, że ma upartą żonę. Nic dziwnego, że rano dostałam koszmarnego
ataku migreny.
Słysząc dochodzący z góry odgłos, Charlotte niechętnie wstała.
- Słuchaj, muszę iść na górę zająć się Albinem, bo inaczej mama znowu
zacznie odstawiać męczennicę... Ale wiesz co, wpadnę po południu,
przyniosę coś słodkiego do kawy. Gadam i gadam, a nawet nie zapytałam,
jak się czujesz. Wpadnę później.
Odłożyła słuchawkę, uczesała się, odetchnęła głębiej i poszła na górę.
Nie tak to miało wyglądać. Z całą pewnością nie tak. Erika przeczytała
mnóstwo książek o macierzyństwie i wychowaniu dzieci, ale żadna nie
przygotowała jej na to, co przechodziła. Miała wrażenie, że wszystko, co
na ten temat napisano, było elementem wielkiego spisku. Autorzy
rozwodzili się o hormonach szczęścia, o błogostanie ogarniającym
kobietę, gdy bierze na ręce swoje dziecko, i o nieprzebranym morzu
miłości od pierwszego wejrzenia. Dopiero gdzieś dalej mimochodem
wspominali, że można odczuwać zmęczenie, może nawet większe niż
kiedykolwiek, a przecież cudowne, bo nieodłącznie towarzyszące
macierzyństwu.
Gówno prawda! Taki pogląd Erika wyrobiła sobie już po dwóch miesiącach
macierzyństwa. Propagandówka, a mówiąc wprost, stek bzdur! Jeszcze nigdy
nie czuła się tak nędznie, nie była tak zmęczona, wściekła, sfrustrowana
i wyczerpana jak po urodzeniu Mai. Bynajmniej nie poczuła wielkiej
miłości do czerwonego, krzyczącego i, szczerze mówiąc, brzydkiego
maleństwa, które przystawiono jej do piersi. Miłość przychodziła
stopniowo, ale i tak miała czasem wrażenie, jakby do domu wtargnął ktoś
obcy, i prawie żałowała, że zdecydowali się na dziecko. Tak dobrze im
było we dwoje, a mimo to, kierując się egoistycznym pragnieniem
zreprodukowania swoich wspaniałych genów, jedną decyzją zmienili swoje
życie, a ona sama została przez to zredukowana do roli maszyny przez
dwadzieścia cztery godziny na dobę produkującej mleko.
Nie pojmowała, jak niemowlę może być aż tak żarłoczne. Mała stale
wisiała u jej nabrzmiałych mlekiem ogromnych piersi. Erika czuła się,
jakby składała się wyłącznie z tych piersi. W ogóle była w nie
najlepszym stanie. Po powrocie z porodówki nadal wyglądała jak w zaawansowanej ciąży. Waga nie spadała tak szybko, jak by sobie życzyła.
Pocieszała się, że Patrik również przytył, kiedy była w ciąży. Miał
iście wilczy apetyt, więc i jemu przybyło w pasie.
Na szczęście bóle prawie ustąpiły, ale wiecznie czuła się spocona,
sflaczała i zapuszczona. Jej nogi nie widziały golarki od co najmniej
kilku miesięcy. Marzyła o podcięciu włosów, które sięgały jej do ramion,
i zrobieniu pasemek, żeby rozjaśnić mysi odcień. Rozmarzyła się, ale
natychmiast wróciła do rzeczywistości. Niby jak miałaby wyjść do
fryzjera? Bardzo zazdrościła Patrikowi, że wychodzi z domu, by przez
osiem godzin przebywać w normalnym świecie dorosłych ludzi. Tymczasem
ona musiała się zadowolić towarzystwem gospodyń telewizyjnych talkshow
Ricki Lake i Opry Winfrey oraz skakaniem pilotem po kanałach, gdy Maja
bez końca ssała pierś.
Patrik zapewniał ją, że z przyjemnością zostałby w domu razem z nią i Mają, zamiast chodzić do pracy, ale widziała, że czuje ulgę na samą
myśl, że za chwilę wymknie się z ich małego świata. Rozumiała go, ale z drugiej strony była coraz bardziej rozgoryczona. Dlaczego tylko ona ma
dźwigać ten ciężar? Skoro była to ich wspólna decyzja, to i następstwa
powinny być wspólne. Patrik powinien chyba ponosić konsekwencje w tym
samym stopniu co ona.
Co dzień pytała go, o której wróci do domu. Kiedy się spóźniał, choćby o pięć minut, aż się trzęsła, a jeśli o więcej, dostawał porządną burę.
Gdy tylko po powrocie z pracy zamknął za sobą drzwi, wciskała mu dziecko
- pod warunkiem że wrócił podczas którejś z nieczęstych przerw w karmieniu - wkładała do uszu stopery, żeby choć przez chwilę nie słyszeć
płaczu dziecka, i rzucała się na łóżko.
Siedząc ze słuchawką w ręku, Erika westchnęła głęboko. Wszystko było
takie beznadziejne. Ale rozmowy z Charlotte stanowiły miłą odmianę w nużącej codzienności. Charlotte potrafiła ją uspokoić. Jako doświadczona
matka dwójki dzieci była dla Eriki prawdziwą opoką. Prawdę mówiąc, z ulgą słuchała o cudzych kłopotach. Nie musiała myśleć o własnych.
Miała jeszcze jeden powód do niepokoju: Annę. Od urodzenia Mai zaledwie
parę razy rozmawiała z siostrą, ale czuła, że coś jest u niej nie tak.
Anna odpowiadała zdawkowo, z rezerwą, zapewniając, że wszystko jest w porządku. A Erika, pochłonięta własnymi sprawami, nie miała siły
naciskać na siostrę, choć była przekonana, że jest źle.
Odsunęła męczące myśli i zmieniła pierś. Maja wydała pomruk
niezadowolenia. Erika leniwym ruchem chwyciła pilota i włączyła kanał,
na którym za chwilę miał się rozpocząć kolejny odcinek Mody na sukces.
Cieszyła się tylko na popołudniową kawę z Charlotte.
Lilian energicznie zamieszała w garnku z zupą. W tym domu wszystko jest
na jej głowie. Gotowanie, sprzątanie, i jeszcze trzeba wszystkich
obsłużyć. Albin w końcu usnął. Na myśl o wnuczku twarz jej złagodniała.
Prawdziwy aniołek. Nawet nie pisnął, jakby go nie było. Nie to co tamta.
Czoło przecięła jej zmarszczka, ruchy stały się gwałtowniejsze. Trochę
zupy wylało się z garnka i przywarło do płyty.
Wcześniej przygotowała tacę, postawiła na niej szklankę, głęboki talerz
i łyżkę. Teraz ostrożnie zdjęła garnek z kuchenki i nalała do wazy
gorącej zupy. Wciągnęła zapach i uśmiechnęła się zadowolona. Rosół z kurczaka - ulubiona zupa Stiga. Miała nadzieję, że zje z przyjemnością.
Balansując ostrożnie tacą, łokciem otworzyła drzwi na piętro. Ciągle to
bieganie po schodach, pomyślała ze złością. W końcu złamie nogę. Dopiero
zobaczą, jak to jest, gdy się nie ma niewolnicy. Choćby teraz: Charlotte
wyleguje się w suterenie i tłumaczy się, że ma migrenę. Też coś! Jeśli
już ktoś ma migrenę, to ona. Nie mogła zrozumieć, jak Niclas może to
wytrzymać. Haruje cały dzień w przychodni, zarabiając na utrzymanie
rodziny, a potem wraca do domu, który wygląda jak po przejściu huraganu.
Nawet w tymczasowym domu można przecież zadbać o trochę ładu i porządku.
A Charlotte jeszcze się domaga, żeby mąż po powrocie z pracy pomagał jej
zajmować się dziećmi. Zamiast zabrać dzieci i pozwolić mu odpocząć przed
telewizorem po ciężkim dniu. Nic dziwnego, że dziewczynka jest
nieznośna, skoro matka odnosi się do ojca bez szacunku. Nie może być
inaczej.
Zdecydowanym krokiem pokonała ostatni stopień i z tacą w ręku skierowała
się do pokoju gościnnego. Przeniosła tam Stiga, gdy zachorował, bo we
wspólnej sypialni nie dało się wytrzymać jego stękania i jęków. Musiała
się wysypiać, żeby móc się nim jak najlepiej opiekować.
- Kochanie? - Ostrożnie otworzyła drzwi. - Nie śpij, przyniosłam twoją
ulubioną zupę. Rosół z kurczaka.
Stig uśmiechnął się blado.
- Nie jestem głodny, może później - odparł słabym głosem.
- Nie mów głupstw. Nigdy nie wyzdrowiejesz, jeśli nie będziesz porządnie
jadł. No już, podnieś się trochę, to cię nakarmię.
Pomogła mu się podnieść i oprzeć wyżej na poduszce. Sama usiadła na
brzegu łóżka. Karmiła go jak dziecko, wycierając mu co chwila kąciki
ust, z których ulewała się zupa.
- No widzisz, smaczna, co? Już ja wiem, czego trzeba mojemu kochanemu
mężowi. Jedz porządnie, a niedługo staniesz na nogi.
Odpowiedział tym samym bladym uśmiechem. Lilian pomogła mu się ułożyć i poprawiła koc w nogach.
- Doktor będzie?
- Kochanie, już zapomniałeś? Przecież Niclas jest lekarzem, mamy w domu
własnego doktora. Wieczorem do ciebie zajrzy. Powiedział, że musi się
jeszcze zastanowić nad diagnozą i skonsultować z kolegą z Uddevalli.
Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.
Lilian jeszcze raz poprawiła posłanie męża, chwyciła tacę z pustą wazą i wyszła na schody. Potrząsnęła głową. Jakby mało miała spraw na głowie,
musi być jeszcze pielęgniarką.
Rozległo się pukanie do drzwi. Lilian pośpieszyła na dół.
Ciężko uderzył ręką w drzwi. Wicher się wzmógł, miał siłę sztormu.
Padały na nich drobne kropelki wody, ale nie z góry - nie był to deszcz
- lecz z boku, od morza, wzbite przez wiatr. Świat poszarzał. Po
jasnoszarym niebie ciągnęły się pasma ołowianych chmur. Morze nabrało
burego koloru, w niczym nieprzypominającego letniego błękitu. Wzburzone
fale pieniły się. Matka Patrika mawiała, że na morzu pasą się gęsi.
Drzwi się otworzyły. Patrik i Martin głęboko nabrali powietrza, jakby
nabierając sił. Kobieta, która stała przed nimi, była o głowę niższa od
Patrika, wyjątkowo szczupła. Miała krótko obcięte włosy z wyraźną
trwałą, równo ufarbowane na trudny do określenia odcień brązu, i wyskubane brwi, które podkreśliła ołówkiem, co nadawało jej dość
komiczny wygląd. W samej sytuacji nie było jednak nic komicznego.
- Dzień dobry, jesteśmy z policji. Poszukujemy pani Charlotte Klingi.
- To moja córka. O co chodzi?
Miała nieprzyjemny, ostry głos. Dzięki Erice Patrik wiedział co nieco o matce Charlotte i domyślał się, że słuchanie jej przez cały dzień musi
być naprawdę męczące. Ale to drobiazg. Wkrótce przestanie mieć
jakiekolwiek znaczenie.
- Proszę ją zawołać.
- Ale o co chodzi?
Patrik nalegał.
- Najpierw chcielibyśmy porozmawiać z pani córką. Może będzie pani tak
uprzejma... - Przerwał, słysząc kroki na schodach. Za chwilę w drzwiach
ukazała się znajoma twarz Charlotte.
- Cześć, Patriku, miło cię widzieć. Co tu porabiasz?
Nagle na jej twarzy pojawił się niepokój.
- Coś się stało Erice? Dopiero co z nią rozmawiałam, wydawało mi się, że
wszystko w porządku...
Patrik podniósł rękę w geście zaprzeczenia. Martin stał obok. Milczał.
Wbił wzrok w sęk w podłodze. Lubił swój zawód, ale w tym momencie
przeklinał swój wybór.
- Możemy wejść?
- Przestraszyłeś mnie. Patriku, co się stało? - Przez głowę przemknęła
jej pewna myśl. - Chodzi o Niclasa? Miał wypadek, tak?
- Może najpierw wejdźmy.
Ani Charlotte, ani jej matka nie drgnęły, więc Patrik zdecydowanym
krokiem ruszył do kuchni. Za nim Martin. W tym momencie przypomniał
sobie, że nie zdjęli butów. Na podłodze zostaną mokre, brudne ślady. Za
chwilę będzie to zupełnie nieważne.
Gestem pokazał Charlotte i Lilian, by usiadły przy stole. Usłuchały go w milczeniu.
- Strasznie mi przykro, Charlotte, ale mam... - zawahał się - straszną
wiadomość. - Język sztywniał mu w ustach. Zabrzmiało to fałszywie, ale
czy są słowa, które mogą dobrze oddać to, co miał do przekazania? -
Godzinę temu rybak wyłowił z morza dziewczynkę. Utonęła. Tak mi przykro,
Charlotte... - Nie potrafił wykrzesać z siebie nic więcej. W głowie
dźwięczały mu następne słowa, tak straszne, że nie zdołał ich wymówić.
Nie były zresztą potrzebne.
Charlotte ochryple wciągnęła powietrze. Chwyciła obiema rękami za brzeg
stołu, jakby po to, żeby utrzymać się w pionie, i pustymi, szeroko
otwartymi oczyma wpatrzyła się w Patrika. W panującej w kuchni ciszy jej
chrapliwy oddech był głośniejszy od krzyku. Patrik przełknął ślinę,
powstrzymując łzy.
- To na pewno pomyłka. To nie Sara! - Lilian wodziła nieprzytomnym
wzrokiem od Patrika do Martina.
Patrik tylko potrząsnął głową.
- Przykro mi - powtórzył. - Widziałem ją dopiero co i nie mam
wątpliwości, że to Sara.
- Przecież miała iść się pobawić do Fridy - powiedziała. - Widziałam,
jak tam szła. To musi być pomyłka. Ona na pewno tam jest. - Lilian jak w transie wstała z krzesła i podeszła do wiszącego na ścianie telefonu.
Wystukała numer, który znalazła w wiszącej obok podręcznej książce
telefonicznej.
- Dzień dobry, Veroniko, mówi Lilian. Czy jest u was Sara? - Przez
chwilę słuchała. Potem wypuściła słuchawkę, która zawisła na sznurze i bujała się w tę i z powrotem.
- Nie było jej u nich. - Lilian ciężko usiadła przy stole i bezradnie
spojrzała na policjantów.
Nagle rozległ się przeraźliwy krzyk. Patrik i Martin aż podskoczyli.
Charlotte krzyczała wprost przed siebie, siedząc bez ruchu, z kompletnie
pustym spojrzeniem. Pierwotny, wstrząsający krzyk potwornego bólu.
Przeszedł ich dreszcz.
Lilian rzuciła się do córki. Chciała ją objąć, ale Charlotte szorstko ją
odepchnęła.
Patrik starał się ją przekrzyczeć.
- Próbowaliśmy złapać Niclasa. Nie było go w przychodni, więc
zostawiliśmy wiadomość, żeby jak najszybciej wrócił do domu. Jedzie tu
również pastor.
Mówił raczej do Lilian niż do Charlotte, do której nic nie docierało.
Wiedział już, że źle to rozegrał. Powinien tu być lekarz. Mógłby jej
podać środek uspokajający. Problem polegał jednak na tym, że miejscowym
lekarzem był ojciec dziewczynki i nie udało mu się z nim skontaktować.
- Zadzwoń do przychodni, może uda się ściągnąć pielęgniarkę - zwrócił
się do Martina. - Powiedz, żeby wzięła ze sobą coś na uspokojenie.
Martin z ulgą wyszedł z kuchni. Dziesięć minut później bez pukania
wkroczyła Aina Lundby. Dała Charlotte tabletkę, a potem razem z Patrikiem zaprowadziła ją do salonu i ułożyła ją na kanapie.
- A ja nie mogłabym dostać czegoś na uspokojenie? - zapytała Lilian. -
Mam całkiem zszarpane nerwy, a tu jeszcze coś takiego...
Pielęgniarka, na oko w tym samym wieku co Lilian, tylko prychnęła. Z matczyną troskliwością przykryła Charlotte kocem - szczękała zębami,
jakby jej było zimno.
- Pani poradzi sobie i bez tabletki - powiedziała, zbierając się do
wyjścia.
Patrik zwrócił się do Lilian:
- Musimy porozmawiać z mamą koleżanki, do której miała pójść Sara. Który
to dom?
- Ten niebieski, zaraz obok - odpowiedziała Lilian, nie patrząc mu w oczy.
Kiedy po kilku minutach do drzwi zapukał pastor, Patrik i Martin uznali,
że nie mają tu już nic do roboty. Wyszli z domu, do którego wraz z przyniesioną przez nich wiadomością wtargnęła rozpacz. Wsiedli do
samochodu, ale przez chwilę nie ruszali.
- Koszmar - powiedział Martin.
- Makabra - powiedział Patrik.
Kaj Wiberg wyjrzał przez wychodzące na podjazd Florinów kuchenne okno.
- Co ta baba znowu wymyśliła? - zastanawiał się z wyraźną irytacją.
- Co się dzieje? - zapytała z salonu Monika.
Odwrócił się w jej stronę, mówiąc głośniej:
- Przed domem Florinów stoi radiowóz. Założę się, że znowu będzie się z nami handryczyć. Ta baba to kara za wszystkie moje grzechy.
Monika zaniepokoiła się i weszła do kuchni.
- Naprawdę myślisz, że to ma związek z nami? Przecież nic jej nie
zrobiliśmy. - Wyjrzała przez okno. Ręka ze szczotką, którą czesała
obcięte na pazia blond włosy, zawisła w powietrzu.
Kaj prychnął.
- Jej to powiedz. Poczekajmy tylko na wyrok sądu administracyjnego.
Głupio jej będzie, kiedy wygram sprawę tego balkonu. Mam nadzieję, że
rozbiórka będzie ją słono kosztować.
- Kaj, czy to warto? Przecież ten balkon wystaje tylko kilka centymetrów
ponad granicę naszej działki i szczerze mówiąc, wcale nam nie
przeszkadza. I jeszcze ten biedny, chory Stig.
- Pewnie, że chory. Też byłbym chory, gdybym musiał mieszkać z taką
jędzą. Ale sprawiedliwość musi być. Skoro zbudowali balkon, który
wystaje nad naszą działkę, to mają albo nam zapłacić, albo rozebrać to
cholerstwo. Nas zmusili do ścięcia drzewa, może nie? Piękna stara brzoza
został pocięta na drwa tylko dlatego, że według Lilian Florin zasłaniała
jej widok na morze. Nie tak było? Może coś przekręciłem? - powiedział ze
złością, przypominając sobie wszystkie krzywdy doznane w ciągu
dziesięciu lat sąsiedztwa.
- Oczywiście, Kaj, masz rację. - Monika spuściła wzrok. Dobrze
wiedziała, że jedyny sposób na humory męża to całkowity odwrót. Lilian
Florin działała na niego jak czerwona płachta na byka. O niej nie dało
się z nim rozsądnie rozmawiać. Monika musiała przyznać, że nie tylko Kaj
ponosił winę za awantury. Lilian rzeczywiście nie była łatwa we
współżyciu i nie doszłoby do tego wszystkiego, gdyby ich zostawiła w spokoju. Tymczasem stale ciągała ich po sądach. A to za źle wytyczone
granice działki, a to za ścieżkę przechodzącą przez jej posesję na
tyłach domu, a to za szopę, która według niej stała zbyt blisko jej
działki, no i jeszcze za tę okazałą brzozę, którą kilka lat temu
zmuszeni byli ściąć. Wszystko zaczęło się wraz z budową domu, w którym
teraz mieszkali. Kaj sprzedał swoją firmę handlującą materiałami
biurowymi za ileś milionów koron i postanowili przejść na wcześniejszą
emeryturę, sprzedać dom w Göteborgu i osiąść we Fjällbace, gdzie
zazwyczaj spędzali lato. Nie zaznali jednak spokoju. Lilian zgłaszała
tysiące zastrzeżeń, składała skargi w urzędach i zbierała podpisy pod
listami protestacyjnymi. Nie udało jej się jednak wstrzymać budowy - i wtedy zaczęła się awanturować o wszystko. W połączeniu z wybuchowym
usposobieniem Kaja doprowadziło to do tego, że sąsiedzki spór
przekroczył wszelkie granice rozsądku. Najnowszym orężem w tej wojnie
stał się dobudowany przez Florinów balkon. Perspektywa wygranej w sądzie
dawała Kajowi przewagę, którą miał zamiar wykorzystać.
Wyglądał zza firanki, szepcząc w podnieceniu:
- Z domu wyszło dwóch facetów. Wsiedli do samochodu. Zobaczysz, zaraz do
nas zapukają. No to zaraz się dowiedzą, jak się sprawy mają. Nie ona
jedna może składać doniesienia na policji. A jeszcze parę dni temu mnie
obrażała. Wykrzykiwała przez żywopłot, że postara się, żebym dostał za
swoje. To się chyba nazywa groźba karalna. Za to można iść do więzienia...
- Kaj oblizał wargi, podniecony zbliżającą się walką.
Monika z westchnieniem wycofała się do salonu, usiadła w fotelu i pogrążyła się w lekturze kolorowego czasopisma. Już nie miała siły się
tym wszystkim przejmować.
- Może byśmy podjechali porozmawiać z tą koleżanką i jej mamą, skoro już
tu jesteśmy?
- Oczywiście - odpowiedział Patrik, wrzucając wsteczny. Właściwie nie
musieli jechać. Dom stał zaledwie kawałek dalej w prawo. Nie chciał
jednak blokować wjazdu do garażu Florinów. Ojciec Sary mógł w każdej
chwili wrócić do domu.
Zaparkowali trzy domy dalej. Otworzyła dziewczynka, na oko w tym samym
wieku co Sara.
- Cześć, ty jesteś Frida? - zapytał przyjaźnie Martin. Bez słowa kiwnęła
głową i odsunęła się, wpuszczając ich do środka. Przystanęli w przedpokoju. Frida przyglądała im się spod grzywki. W końcu zakłopotany
Patrik zapytał:
- Jest mama?
Dziewczynka znów nic nie odpowiedziała. Pobiegła w głąb przedpokoju, a potem w lewo, zapewne, domyślał się Patrik, do kuchni. Usłyszeli cichą
rozmowę, po chwili wyszła do nich ciemnowłosa kobieta w wieku
trzydziestu paru lat. Niespokojnie, pytająco spojrzała na mężczyzn
stojących w przedpokoju. Patrik domyślił się, że nie wie, kim są.
- Jesteśmy z policji - odezwał się Martin. Widocznie pomyślał o tym
samym. - Moglibyśmy wejść na chwilę? Chcielibyśmy porozmawiać. - Wskazał
wzrokiem na Fridę.
Matka pobladła. O czym mogą chcieć rozmawiać? Czego nie powinna słuchać
jej córka?
- Frido, idź, pobaw się w swoim pokoju.
- Mamo, nie... - odparła dziewczynka.
- Bardzo proszę, nie upieraj się. Zostań w swoim pokoju, dopóki nie
zawołam.
Dziewczynka wyraźnie miała ochotę protestować, ale słysząc stalowy ton w głosie matki, domyśliła się, że tej bitwy nie wygra. Z markotną miną
zaczęła wchodzić po schodach, raz po raz spoglądając na dorosłych z nadzieją, że zmienią zdanie. Nikt się nie poruszył, dopóki nie dotarła
do ostatniego stopnia i nie zamknęła za sobą drzwi.
- Przejdźmy do kuchni.
Kobieta poszła przodem, prowadząc ich do przestronnej i przyjemnej
kuchni. Zaczęła już przygotowywać obiad.
Podali sobie ręce na powitanie, przedstawili się i usiedli przy stole.
Mama Fridy wyjęła z szafki filiżanki, nalała kawy i położyła na
talerzykach ciasteczka. Widząc, jak jej drżą ręce, Patrik domyślił się,
że próbuje odwlec moment, gdy dowie się, z czym przyszli. W końcu, gdy
nie dało się tego dłużej odwlekać, ciężko usiadła po drugiej stronie
stołu.
- Coś się stało Sarze, prawda? Domyślam się, bo Lilian najpierw
zadzwoniła, a potem bez słowa odwiesiła słuchawkę.
Patrik i Martin milczeli odrobinę za długo. Każdy z nich liczył, że
zacznie mówić ten drugi. Veronice łzy zakręciły się w oczach.
Patrik chrząknął.
- Niestety. Muszę poinformować, że Sara utonęła. Przed południem
znaleziono jej ciało.
Veronika nic nie powiedziała. Wzięła głęboki wdech.
- Wygląda to na wypadek - mówił dalej Patrik. - Ale musimy sprawdzić
kilka rzeczy, żeby uzyskać jasność, jak do tego doszło. - Spojrzał na
Martina, który wyciągnął notes i pióro.
- Według Lilian Florin Sara poszła się bawić z Fridą. Dziewczynki były
umówione, tak? Ale przecież dziś poniedziałek, dlaczego nie były w szkole?
Veronika wpatrywała się w stół.
- Obie ostatnio trochę chorowały. Dlatego postanowiłyśmy z Charlotte, że
zatrzymamy je w domu, ale pozwolimy im się razem bawić. Sara miała
przyjść do nas przed południem.
- Ale nie przyszła?
- Nie, nie przyszła. - Veronika zamilkła. Patrik musiał pytać dalej, by
uzyskać bardziej wyczerpującą odpowiedź.
- Nie zdziwiłyście się, że się nie zjawiła? Dlaczego na przykład nie
zadzwoniłyście, żeby zapytać?
Veronika zawahała się.
- Sara była.... jak by to powiedzieć... dość szczególnym dzieckiem.
Robiła, co jej przyszło do głowy. Zdarzało się, że nie przychodziła,
chociaż była umówiona, bo nagle wpadło jej do głowy coś innego.
Dziewczynki trochę się czasem gniewały z tego powodu, ale nie chciałam
się wtrącać. O ile mi wiadomo, Sara ma problem, taki zespół, zwykle
określany skrótem literowym. Trzeba uważać z takimi dziećmi, żeby
dodatkowo nie pogarszać sytuacji... - Siedziała i darła papierową
serwetkę. Na stole wyrosła już biała kupka podartych papierków.
Martin spojrzał znad notesu i pytająco zmarszczył brwi.
- O co chodzi z tym skrótem?
- No wie pan, w dzisiejszych czasach dotyczy to niemal co drugiego
dziecka: ADHD, DAMP, MBD1, czy jak to się tam nazywa.
- Dlaczego pani uważa, że Sara miała coś takiego?
Wzruszyła ramionami.
- Ludzie mówili. To by się zresztą zgadzało. Czasem była niemożliwa,
więc albo to był ten syndrom, albo po prostu była niewychowana. -
Drgnęła, zdając sobie sprawę, że mówi o zmarłym dziecku. Wbiła wzrok w podłogę, jeszcze wścieklej rwąc serwetkę, z której już i tak niewiele
zostało.
- Więc w ogóle nie widziałyście Sary przed południem? I nie dzwoniła?
Veronika przecząco potrząsnęła głową.
- A Frida?
- Cały czas była ze mną w domu. Wiedziałabym, gdyby rozmawiały. Nawet
się dąsała, że Sara nie przychodzi, więc jestem pewna, że się nie
komunikowały.
- Cóż, na dzisiaj nie mamy więcej pytań.
Veronika zapytała drżącym głosem:
- Jak się czuje Charlotte?
- Tak jak się można spodziewać w tych okolicznościach. - Tylko tak mógł
jej odpowiedzieć Patrik.
W oczach Veroniki ujrzał otwierającą się otchłań: jak u matki, której
dziecko spotkało nieszczęście. Po chwili pojawiła się w nich ulga, że to
nie jej dziecko. Nie miał jej tego za złe. W ciągu ostatniej godziny
ciągle wracał myślą do Mai. Wyobrażał sobie wiotkie, pozbawione życia
ciałko i za każdym razem serce mu się ściskało. On również poczuł ulgę,
że nieszczęście nie spotkało jego dziecka. Z pewnością nie był to
szlachetny odruch, ale bardzo ludzki.
Strömstad 1923
Anders spojrzał na kamień. Oceniał, w którym miejscu najłatwiej go
rozłupać. Wreszcie uderzył młotem w klin. Granit rozpadł się dokładnie
tak, jak chciał. To sprawa wieloletniego doświadczenia i smykałki. Jeden
ją ma, inny nie.
Anders Andersson kochał swoją pracę - z wzajemnością - od kiedy po raz
pierwszy, jeszcze jako chłopiec, przyszedł do kamieniołomu. Była to
jednak praca wyniszczająca. Kamienny pył uszkadzał płuca, z każdym
rokiem coraz bardziej. W jeden dzień mógł człowieka oślepić albo po
latach doprowadzić do zmącenia wzroku. Zimą, na mrozie, palce niemal
odpadały, bo nie dało się pracować w rękawiczkach. Latem z kolei
człowiek spływał potem w piekącym upale. A jednak nie zamieniłby tej
pracy na żadną inną. Miał poczucie, że jest do niej stworzony. Kochał
ten znój, zarówno gdy przyszło mu ciąć małe kamienie na drobną kostkę do
budowy dróg, jak i wtedy, gdy powierzano mu trudniejsze prace. Choć miał
dopiero dwadzieścia osiem lat, już dokuczały mu bóle w krzyżu, a gdy w powietrzu była choć odrobina wilgoci, zanosił się od kaszlu. Wystarczyło
jednak, że skupił się na pracy, by zapomniał o dolegliwościach. Pod
palcami czuł tylko kanciastą twardość kamienia.
Anders uważał, że granit jest najpiękniejszą ze skał. Jak wielu
kamieniarzy pochodził z Blekinge. Granit był tam twardszy i dużo
trudniejszy w obróbce niż w Bohuslän, pod norweską granicą. Dzięki
biegłości w obróbce tego opornego materiału kamieniarze z Blekinge
cieszyli się szczególnie dobrą opinią. Andersowi, który mieszkał tu od
trzech lat, od początku podobała się barwa kamienia, róż złamany
szarością, i to, że w tej pracy niezbędna jest pewna zmyślność. Czasem,
gdy trafił na trudny kamień, mówił do niego, jakby chciał go przekonać.
Innym razem, jeśli był miękki i łatwy w obróbce, gładził pieszczotliwie
jak kobietę.
Nie mógł narzekać na brak powodzenia u kobiet i zdarzało mu się z tego
korzystać, podobnie jak nieżonatym kolegom, ale nie spotkał jeszcze
takiej, przy której serce zabiłoby mu szybciej. Dlatego dał sobie spokój
z kobietami. Radził sobie sam. Koledzy z brygady go lubili i często
zapraszali do domu na posiłki przygotowane kobiecą ręką. Kamień był
piękniejszy i wierniejszy od większości znanych mu kobiet.
- Andersson, możesz przyjść na chwilkę?
Anders odwrócił się, przerywając obrabianie kamiennego bloku. Wołanie
majstra jak zwykle wzbudziło w nim mieszane uczucia: oczekiwania i obawy. Jeśli czegoś od niego chce, to albo ma dobre, albo złe nowiny.
Albo więcej roboty, albo pożegnanie się z robotą i z kamieniołomem.
Anders przypuszczał, że chodzi raczej o to pierwsze. Wiedział, że jest
dobry w swoim fachu i gdyby już miało dojść do zwolnień, to przed nim
poleciałoby kilku innych. Z drugiej strony w takich razach nie zawsze
decyduje logika. Przez politykę i władzę niejeden dobry kamieniarz
poszedł na zieloną trawkę. Nigdy nie można być zbyt pewnym swego. Gdyby
pracodawca chciał zwalniać ludzi, w przypadku Andersa okolicznością
obciążającą była jego działalność związkowa. Aktywni politycznie
kamieniarze nie byli dobrze widziani.
Zanim poszedł do majstra, jeszcze raz rzucił okiem na kamienny blok.
Przy pracy na akord każda przerwa oznaczała utratę zarobku. Za taki blok
jak ten płacili dwa öre. Jeśli majster zacznie się zanadto rozwodzić,
trzeba będzie się dobrze napocić, żeby nadrobić stracony czas.
- Dzień dobry, panie Larsson - powiedział Anders, kłaniając się z czapką w ręku. Majster pilnował przestrzegania zasad. Wystarczyło nie
okazać mu należnego szacunku, żeby się pożegnać z pracą.
- Dzień dobry - mruknął w odpowiedzi grubas, kręcąc wąsa.
Anders w napięciu czekał na dalszy ciąg.
- A więc tak. Dostaliśmy z Francji zamówienie na blok. Ma być z tego
pomnik. No i pomyśleliśmy, że tobie powierzymy zadanie wyciosania
bloku.
Serce zabiło mu z radości. A jednocześnie ogarnął go lęk. Przygotowanie
materiału na pomnik to wielka szansa, lepszy zarobek i znacznie
ciekawsza praca, ale i wielkie ryzyko. Będzie odpowiadać za całość aż do
wysyłki, a gdyby coś poszło nie tak, nie zapłacą mu. Wśród kamieniarzy
krążyła opowieść o takim, który miał wyciosać bloki na dwa pomniki i pod
sam koniec pracy obydwa uszkodził. Podobno z rozpaczy odebrał sobie
życie, zostawiając żonę i siedmioro dzieci. Trudno, tak to jest. Nic na
to nie poradzi. Dostał szansę i nie wolno mu jej zmarnować.
Anders chuchnął w dłoń i wyciągnął ją do majstra. Majster zrobił to
samo. Uścisnęli sobie ręce. Umowa stoi. Anders będzie nadzorować
wyciosywanie bloku. Zaniepokoił się, co powiedzą koledzy z kamieniołomu.
Wielu z nich pracowało w zawodzie znacznie dłużej od niego. Na pewno
niektórzy będą mruczeć pod nosem, że im się to zadanie należy, zwłaszcza
że w odróżnieniu od niego mieli rodziny na utrzymaniu i na zimę
przydałyby się pieniądze z takiego zamówienia. Z drugiej strony wszyscy
wiedzieli, że Anders mimo młodego wieku jest najzręczniejszy. Gadanie
szybko się skończy. W dodatku będzie mógł dobrać kilku współpracowników,
a już wcześniej pokazał, że potrafi wybrać dobrych fachowców i takich,
którzy są w największej potrzebie.
- Przyjdź jutro rano do biura, pogadamy o szczegółach - powiedział
majster, znowu kręcąc wąsa. - Architekt przyjedzie nie wcześniej jak na
wiosnę, ale mamy już projekt i można się zabrać do planowania.
Anders się skrzywił. Przeglądanie projektu potrwa pewnie parę godzin,
co jeszcze wydłuży przerwę. Potrzebny mu teraz będzie każdy grosz, bo
zgodnie z umową wynagrodzenie za blok dostanie, kiedy skończy. Będzie
musiał wziąć dodatkową pracę i robić kostkę. Perspektywa pójścia do
biura nie cieszyła go również dlatego, że nieswojo się tam czuł.
Urzędnicy byli tacy wytworni, mieli miękkie, białe dłonie, ruszali się
tak elegancko. Czuł się przy nich jak grubo ciosany olbrzym. Wprawdzie
dbał o czystość, ale nic nie poradzi, że brud wżarł mu się w skórę. Ale
jak trzeba, to trzeba. Będzie musiał się pofatygować do biura, a potem
wróci do siebie, do kamieniołomu.
- No to do jutra - powiedział majster. Stał w rozkroku, kołysząc się na
piętach. - Koło siódmej. Nie spóźnij się - dodał ostrzegawczo.
Anders skinął głową. Nie ma obaw. Taka okazja nie trafia się często.
Sprężystym krokiem wrócił do swego kamienia. Rozpierała go taka radość,
że kamień poddawał się jak masło. Życie jest piękne.
Charlotte krążyła w przestrzeni, swobodnym
lotem omijając gwiazdy i planety świecące bladym światłem. Sceny ze snów
mieszały się z migawkami z rzeczywistości. W snach widziała uśmiechniętą
Sarę. Niemowlęce ciałko, kiedyś takie doskonałe. Alabastrowa biel,
rączki o długich, wrażliwych paluszkach. Już w pierwszych godzinach
życia chwyciła palec wskazujący Charlotte, jakby tylko ten palec mógł ją
przytrzymać w nowym, przerażającym świecie. Może właśnie tak było. Silny
chwyt za palec był jak przedłużenie chwytu za serce, który - już wtedy
to wiedziała - będzie trwać do końca życia.
Minęła przesuwające się po nieboskłonie słońce. Jego silny blask
przywiódł jej na myśl kolor włosów Sary. Rude jak płomień. Ktoś kiedyś
zażartował, że są piekielnie rude, i nawet we śnie Charlotte pamiętała,
że ten żart wcale jej się nie podobał. W dziecku, które trzymała w ramionach, nie było nic diabelskiego. Nie było nic takiego również w jej
rudych włoskach, które początkowo sterczały jak u punka, a z czasem
zgęstniały i urosły do ramion.
Wspomnienie dziecięcej rączki i obraz rudych włosów powiewających nad
ramionkami podskakującej Sary przerwał senny koszmar. Ujrzała
pociemniałe od wilgoci włosy Sary unoszące się na wodzie jak
niekształtna aureola. Zielone wodorosty próbowały je chwytać spod wody.
Również morze znalazło w nich upodobanie i sięgało po nie jak po swoje.
Zobaczyła, jak alabastrowa biel ciemnieje, błękitnieje. Zobaczyła
zamknięte, martwe oczy. Dziecko leży na wodzie ze skierowanymi do góry
stopami i rękoma splecionymi na brzuszku. W pewnej chwili zaczyna
wirować - najpierw powoli, potem coraz szybciej. Na szarej wodzie
pojawiają się fale, zielone ramiona wodorostów odpadają. Dziecko otwiera
oczy. Są całkiem białe.
Obudził ją krzyk, dochodzący jak z przepaści. Niclas potrząsnął nią i wtedy zdała sobie sprawę, że to ona krzyczy. Poczuła ulgę. To tylko zły
sen. Trapią ją koszmary, a przecież Sara jest cała i zdrowa. Spojrzała
na Niclasa, zrozumiała i krzyk znów zaczął w niej narastać. Mocno ją
przytulił, a krzyk przeszedł w skowyt. Koszulka Niclasa była mokra na
piersi, pachniała jego łzami.
- Sara, Sara - jęczała Charlotte. Była przytomna, a przecież czuła się,
jakby wciąż spadała swobodnym lotem, przytrzymywana tylko przez Niclasa.
- Wiem, kochanie, wiem - powiedział drżącym głosem, kołysząc ją w ramionach.
- Gdzie byłeś? - zaszlochała. Wciąż ją kołysał, gładząc po głowie drżącą
dłonią.
- Ciiicho, jestem przecież. Pośpij jeszcze chwilkę.
- Nie mogę...
- Możesz, możesz. Cii... - Kołysał ją, dopóki znów nie zapadła w ciemność snu.
Wiadomość dotarła do komisariatu, jeszcze zanim wrócili. Wszystkim było
tym ciężej, że śmierć dziecka nie zdarzała się często, raz na wiele lat,
i najczęściej chodziło o wypadek samochodowy.
Gdy Patrik i Martin mijali dyżurkę, Annika spojrzała na nich pytająco.
Patrik nie czuł się na siłach rozmawiać. Chciał zostać sam. W korytarzu
natknęli się na Ernsta Lundgrena, który też nic nie powiedział. Patrik
wślizgnął się do swojego pokoju. Martin również. W szkole policyjnej nie
uczyli, jak się zachować w takiej sytuacji. Informowanie o śmierci
bliskiej osoby było dla funkcjonariuszy zadaniem wystarczająco
nieprzyjemnym, natomiast powiadamianie rodziców o śmierci dziecka było
czymś zdecydowanie najgorszym, wręcz przechodzącym ludzkie pojęcie i poczucie przyzwoitości. Nikt nie powinien być stawiany przed takim
wyzwaniem.
Patrik usiadł za biurkiem, oparł głowę na rękach i zamknął oczy. Ale
natychmiast je otworzył, bo pod powiekami wciąż miał bladobłękitną buzię
Sary i jej niewidzące oczy wzniesione ku niebu. Przysunął stojącą na
biurku fotografię. Pierwsze zdjęcie Mai ze szpitala. Wymęczone porodem
maleństwo w ramionach Eriki. Brzydactwo, a przecież takie piękne, co
jest oczywiste tylko dla tego, kto po raz pierwszy patrzy na własne
dziecko. Erika uśmiechnięta - a w tym uśmiechu i zmęczenie, i duma, że
jest sprawczynią cudu, bo przecież nie da się tego nazwać inaczej.
Patrik zdawał sobie sprawę, że jest żałośnie sentymentalny. Dopiero tego
przedpołudnia zrozumiał, jaki ogrom odpowiedzialności spoczywa na nim od
chwili narodzin córeczki, ile obaw będzie mu towarzyszyć. Jednocześnie
uświadomił sobie, jak wielka miłość go przepełnia. Patrząc na zwłoki
dziewczynki leżące na dnie łodzi nieruchomo jak posąg, pomyślał przez
chwilę, że wolałby, żeby Maja się nie urodziła. Jak ma żyć ze
świadomością, że mógłby ją utracić?
Ostrożnie odstawił zdjęcie, odchylił się na krześle i splótł dłonie na
karku. Zajmowanie się sprawami rozpoczętymi przed telefonem z Fjällbacki
wydało mu się teraz kompletnie bez sensu. Najchętniej wróciłby do domu,
położył się do łóżka i naciągnął kołdrę na głowę. Ponure myśli przerwało
pukanie do drzwi. Zajrzała Annika.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Chciałam ci tylko powiedzieć, że
dzwonili z sądówki. Przyjęli ciało. Protokół z sekcji będzie gotowy
pojutrze.
Patrik skinął głową.
- Dziękuję.
Zawahała się.
- Znałeś ją?
- Tak, widywałem ją z mamą. Od czasu, jak się urodziła Maja, Charlotte
spotykała się często z Eriką.
- Jak myślisz, jak to się stało?
Westchnął, grzebiąc bez celu w papierach na biurku i nie patrząc na
Annikę.
- Pewnie słyszałaś, że utonęła. Najprawdopodobniej poszła na pomost,
żeby się pobawić, wpadła do wody i nie umiała się wydostać. Woda jest
zimna, więc pewnie szybko doszło do wyziębienia. Zawiadomienie
Charlotte, to było najkoszmarniejsze... - Głos mu się załamał. Odwrócił
się, żeby Annika nie zobaczyła łez, które napłynęły mu do oczu.
Zamknęła za sobą drzwi, zostawiając go samego. W takim dniu jak ten ona
również do niczego się nie nadawała.
Erika znów spojrzała na zegar. Charlotte powinna przyjść już pół godziny
temu. Sięgnęła po telefon, delikatnie odsuwając śpiącą przy piersi Maję.
Czekała dłuższą chwilę, ale nikt nie odbierał. Dziwne. Widocznie wyszła
i zapomniała, że miały się spotkać. Choć to do niej raczej niepodobne.
Szybko stały się sobie bardzo bliskie. Może dlatego, że obie przeżywały
właśnie trudne chwile, a może po prostu były do siebie podobne. Dziwne,
ale Charlotte jest dla niej jak siostra, bliższa jeszcze niż Anna. Erika
widziała, że Charlotte się o nią martwi, i w całym tym chaosie dawało
jej to poczucie bezpieczeństwa. Erika przez całe życie martwiła się o innych, zwłaszcza o Annę, więc przyjemnie jej było pomyśleć, że ma prawo
czuć się mała i słaba. Jednocześnie rozumiała, że Charlotte ma własne
problemy. Nie tylko dlatego, że razem z mężem i dziećmi musi mieszkać u Lilian, która jest osobą trudną we współżyciu. Było jeszcze jakieś
napięcie i to, że gdy mówiła o mężu, na jej twarzy malowało się coś
nieokreślonego. Erika kilka razy przelotnie widziała Niclasa i zrobił na
niej wrażenie w jakiś sposób niesolidnego. Może to zbyt mocne
określenie. Ujęłaby to tak, że Niclas ma dobre chęci, ale jego własne
potrzeby i życzenia zawsze biorą górę nad potrzebami innych. Ten obraz
częściowo znajdował potwierdzenie w opowieściach Charlotte, ale tylko
między wierszami, bo zazwyczaj mówiła o nim z uwielbieniem. Podziwiała
męża. Mawiała, że jest szczęściarą, bo wyszła za mąż za kogoś takiego
jak on. Obiektywnie patrząc, za urodę Niclas otrzymałby więcej punktów
od Charlotte. Pacjentki podkreślały, że nowy pan doktor, wysoki blondyn,
jest bardzo przystojny. W odróżnieniu od żony miał wyższe wykształcenie.
Erika uważała jednak, że jeśli chodzi o charakter, jest dokładnie
odwrotnie. To Niclas jest dzieckiem szczęścia, mając taką żonę: czułą,
mądrą i uroczą. Erika jej to uświadomi, tylko najpierw sama musi się
pozbierać. Na razie nie ma siły. Może najwyżej porozmyślać o swojej
przyjaciółce.
Minęło parę godzin. Zrobiło się ciemno, za oknem szalał wicher. Erika
spojrzała na zegarek i uprzytomniła sobie, że na godzinę lub dwie
musiała przysnąć z Mają przy piersi, służąc córeczce za smoczek. Już
miała sięgnąć po słuchawkę, żeby zadzwonić do Charlotte, gdy usłyszała,
że otwierają się drzwi.
- Kto tam? - Patrika spodziewała się najwcześniej za godzinę albo dwie.
Może to Charlotte raczyła w końcu się zjawić.
- To ja. - W jego głosie zabrzmiał głuchy ton. Erika zaniepokoiła się.
Patrik wszedł do pokoju i wtedy zaniepokoiła się na dobre. Miał szarą
twarz i nieruchomy wzrok. Ożywił się dopiero na widok śpiącej w ramionach Eriki Mai. Ruszył w ich stronę i zanim Erika zdążyła
zaprotestować, chwycił śpiącą córeczkę i mocno przytulił do piersi.
Trzymał ją tak, choć gwałtowny ruch ją obudził. Zaniosła się krzykiem.
- Co ty wyprawiasz! Przestraszyłeś ją!
Erika usiłowała mu odebrać płaczące dziecko, żeby je uspokoić, ale nie
pozwalał. Tulił małą jeszcze mocniej. Maja histerycznie krzyczała. Erika
z braku lepszego pomysłu trzepnęła go w ramię.
- Weź się w garść! Co się z tobą dzieje? Nie widzisz, że ją
przestraszyłeś?
Patrik jakby się przebudził. Zmieszany spojrzał na zaczerwienioną ze
strachu i złości buzię córeczki.
- Przepraszam.
Oddał Maję Erice. Erika zaczęła ją tulić i uspokajać. Po kilku minutach
krzyk Mai przeszedł w ciche popłakiwanie. Erika spojrzała na siedzącego
na kanapie Patrika. Patrzył w okno, za którym szalał sztorm.
- Patriku, co się dzieje? - spytała łagodniejszym tonem. W jej głosie
brzmiał nieskrywany niepokój.
- Dostaliśmy zawiadomienie o utonięciu dziecka. Stąd, z Fjällbacki.
Pojechaliśmy na miejsce razem z Martinem. - Umilkł. Nie mógł mówić
dalej.
- Boże, co się stało? Kto to był?
Nagle skojarzyła. Wcześniejsze obawy złożyły się w logiczną całość.
- Boże - powtórzyła. - To Sara, prawda? Charlotte miała po południu
wpaść do mnie na kawę, ale nie przyszła i nikt u nich nie odbierał
telefonu. Mam rację? Chodzi o Sarę?
Patrik tylko kiwnął głową. Pod Eriką ugięły się nogi. Osunęła się na
fotel. Przed oczami stanął jej obraz Sary sprzed kilku dni. Była tu,
podskakiwała na kanapie, zanosząc się od śmiechu. Długie rude włosy
fruwały jej wokół głowy.
- O Boże - powiedziała raz jeszcze Erika, kładąc rękę na ustach. Miała
wrażenie, jakby kamień zaległ jej na żołądku. Patrik nadal patrzył w okno. Widziała jego profil i poruszające się szczęki.
- To było straszne. W sumie widziałem ją kilka razy, ale kiedy
zobaczyłem ją martwą na dnie łodzi... Cały czas miałem przed oczami
Maję. Nie daje mi spokoju myśl, że coś takiego mogłoby przytrafić się
naszej Mai. Na dodatek musiałem zawiadomić Charlotte, co się stało...
Erika jęknęła. Nie znajdowała słów, nie umiałaby wyrazić, jak bardzo
współczuje Charlotte i Niclasowi. Rozumiała Patrika. Sama złapała się na
tym, że coraz mocniej tuli małą. Nigdy nie wypuści jej z ramion, tylko z nią będzie bezpieczna. Maja poruszyła się niespokojnie, wyczuwając, że
coś jest nie tak, jak powinno.
Siedzieli tak jeszcze długo, patrząc na szalejący za oknem żywioł, nie
mogąc przestać myśleć o zabranym przez morze dziecku.
Lekarz sądowy Tord Pedersen z zaciętą miną przystąpił do pracy. Po wielu
latach wykonywania zawodu osiągnął ten pożądany lub godny pożałowania,
zależnie od punktu widzenia, stan: pod koniec dnia pracy nawet
najstraszniejszy przypadek nie wywoływał w nim emocji. Tym razem
odczuwał opór przed nacięciem ciała dziecka; jakiś pierwotny instynkt
brał górę nad rutyną lekarza sądowego. Niewinność dziecka burzyła
wszelkie psychiczne bariery obronne. Ręka mu zadrżała, gdy uniósł
skalpel nad klatką piersiową dziewczynki.
Wraz z ciałem przekazano mu informację, że utonęła. Miał to potwierdzić
albo wykluczyć. Na pierwszy rzut oka nic nie przemawiało przeciw tej
wersji.
Jasne, bezlitosne światło zalewające prosektorium podkreślało błękitną
bladość dziewczynki. Wyglądała, jakby jej było zimno. Wrażenie potęgował
obity aluminiową blachą stół. Pedersena przeszył dreszcz. Wyginając i nacinając nagie zwłoki dziewczynki, miał wrażenie, że dopuszcza się
przemocy. Zmusił się do odrzucenia tych myśli. Rozumiał, że to, co robi,
jest ważne dla jej rodziców, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy.
Ustalenie przyczyny śmierci jest niezbędne. Tylko wtedy będą mogli
uporać się z żałobą. W tym przypadku chyba nie może być wątpliwości, ale
nie bez powodu ustanowiono takie, a nie inne procedury. Z zawodowego
punktu widzenia było to dla niego w pełni zrozumiałe, ale ponieważ sam
był ojcem dwóch synów, przy takich okazjach zawsze zastanawiał się, co
ludzkiego jest w jego pracy.
Strömstad 1923
- Agnes, to będą same nieciekawe spotkania. Naprawdę nie ma sensu,
żebyś ze mną szła.
- Ale ja chcę z tobą iść. Nudno mi samej. Nie mam co robić.
- Jak to, a twoje koleżanki?
- Wszystkie są zajęte - przerwała mu naburmuszona Agnes. - Britta
przygotowuje się do ślubu, Laila jedzie z rodzicami do brata w Halden, a Sonja musi pomóc mamie. - Ze smutkiem dodała: - Gdybym miała mamę,
której mogłabym pomagać... - Rzuciła ojcu spojrzenie spod grzywki.
Podziałało jak zwykle.
Westchnął.
- No już dobrze. Pójdziemy razem, ale musisz mi obiecać, że usiądziesz
sobie cichutko i nie będziesz biegać i gadać z pracownikami. Ostatnio
tak im zawróciłaś w głowach, że doszli do siebie dopiero po kilku
dniach.
Uśmiechnął się. Niesforna ta jego córka, ale ładniejszej od niej
dziewczyny nie znajdziesz po szwedzkiej stronie granicy.
Agnes aż się roześmiała. Wygrała kolejną potyczkę z ojcem. Wynagrodziła
mu to, przytulając się do niego i poklepując po brzuchu.
- Nie ma drugiego takiego ojca - zagruchała przymilnie, a twarz Augusta
rozjaśniła radość.
- Co ja bym bez ciebie zrobił - powiedział pół żartem, pół serio, tuląc
ją do siebie.
- Nie martw się. Nigdzie się nie wybieram.
- Tak, na razie się nie wybierasz - odrzekł smutno, gładząc ją po
ciemnej główce. - Ale niedługo pojawi się mężczyzna, który mi ciebie
zabierze. Jeśli oczywiście znajdzie się taki, który ci się spodoba. -
Roześmiał się. - A dotąd różnie z tym bywało.
- Przecież nie wezmę byle kogo - zaśmiała się Agnes. - Zwłaszcza że mam
przykład w domu. Nie ma się co dziwić, że przebieram.
- Dobrze, dziecko, dość tych pochlebstw - krygował się August. -
Pośpiesz się, skoro masz mi towarzyszyć do biura. Nie wypada, żeby
dyrektor się spóźniał.
Minęła jeszcze godzina, zanim wreszcie wyjechali z domu. Tyle było
zabiegów z czesaniem i ubieraniem się, ale gdy córka była gotowa, musiał
przyznać, że efekt jest naprawdę wspaniały. W biurze zjawili się z półgodzinnym opóźnieniem.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedział August, wkraczając do pokoju,
w którym czekało na niego trzech mężczyzn. - Mam nadzieję, że panowie
wybaczą, kiedy ujrzą przyczynę.
Wskazał na idącą za nim Agnes w dopasowanym czerwonym kostiumie,
podkreślającym jej wąską talię. Wiele dziewcząt w jej wieku uległo
modzie lat dwudziestych, obcinając włosy, ale Agnes była na tyle
rozsądna, żeby się temu oprzeć. Gęste czarne włosy nosiła upięte w siatkę na karku. I świetnie zdawała sobie sprawę z wrażenia, jakie
wywiera. Mówiło jej o tym lustro. Powoli ściągnęła rękawiczki i po kolei
przywitała się ze wszystkimi.
Z zadowoleniem stwierdziła, że udało jej się osiągnąć zamierzony efekt.
Wszyscy trzej z otwartymi ustami łapali powietrze jak ryby. Dwaj pierwsi
przytrzymali nawet jej rękę nieco dłużej. Trzeci był inny. Zaskoczona
Agnes poczuła, że serce bije jej szybciej. Wysoki, zwalisty mężczyzna
ledwie na nią spojrzał i chwycił jej rękę tylko na moment. Ręce dwóch
pierwszych były miękkie, niemal kobiece. Ręka tego trzeciego była inna,
z szorstkimi zgrubieniami, długimi, mocnymi palcami. Przez moment
chciała nawet przytrzymać tę rękę, ale oprzytomniała i tylko szybko
skinęła głową. Spojrzał na nią brązowymi oczyma. Widząc je, pomyślała,
że pewnie jest Walonem.
Usiadła w kącie, składając ręce na kolanach. Widziała, że ojciec się
waha. Domyślała się, że najchętniej by się jej pozbył, więc zrobiła
uległą minę i spojrzała błagalnie. Jak zwykle zrobił to, co chciała.
Kiwnął głową na znak, że może zostać. Postanowiła siedzieć cicho jak
mysz pod miotłą, byle jej nie wyprosił. Nie chciała, żeby w obecności
tego mężczyzny potraktował ją jak dziecko.
Normalnie umierałaby z nudów już po godzinie. Ale nie tym razem.
Godzina szybko zleciała. Spotkanie się skończyło i Agnes już wiedziała,
że pragnie tego mężczyzny bardziej niż czegokolwiek.
Zazwyczaj dostawała, czego chciała.
- Może powinniśmy pójść do Niclasa? -
powiedziała prosząco Asta. Na kamiennej twarzy męża nie dostrzegła
jednak oznak współczucia.
- Powiedziałem, że w moim domu nie wolno wymieniać jego imienia! - Arne
wpatrywał się w kuchenne okno.
- Ale po tym, co się stało z ich małą...
- To kara boska. Mówiłem, że tak będzie. To jego wina. Nigdy by do tego
nie doszło, gdyby mnie słuchał. Ludzi bogobojnych nie spotyka nic złego.
Dość o tym! - Grzmotnął pięścią w stół.
Asta westchnęła, ale tylko w myślach. Oczywiście szanowała męża. Zawsze
wszystko wiedział najlepiej, ale tym razem mógł się mylić. Wola boska
nie może im nakazywać nie pójść do syna, którego spotkało takie
nieszczęście. Wprawdzie nie znała wnuczki, ale to przecież krew z ich
krwi, kość z ich kości. Zresztą w Biblii napisano, że do dzieci należy
królestwo Boże. Asta jest tylko skromną kobietą, a Arne mężczyzną, więc
wie lepiej. Zawsze tak było. Jak zwykle zachowała swoje myśli dla
siebie. Wstała, by sprzątnąć ze stołu.
Tyle lat minęło od ostatniego spotkania z synem. Wpadali na siebie od
czasu do czasu - odkąd wrócił z rodziną do Fjällbacki, nie dało się tego
uniknąć - lecz pamiętała, że nie wolno jej z nim rozmawiać. Niclas nawet
kiedyś próbował, ale odwróciła głowę i przyśpieszyła kroku, tak jak
nakazał jej mąż. Zanim odwróciła wzrok, zobaczyła ból w jego oczach.
Przecież w Biblii napisano, że należy czcić ojca swego i matkę swoją. A zatem to, co się stało przed laty, jakkolwiek to oceniać, było
pogwałceniem Bożego nakazu. Dlatego nie wolno jej z powrotem wpuścić
syna do serca.
Spojrzała na siedzącego przy stole męża, wciąż strzelistego jak sosna.
Oboje przekroczyli siedemdziesiątkę, a mimo to jego ciemne włosy się nie
przerzedziły, tylko tu i ówdzie posiwiały. Pamiętała, jak zalecały się
do niego dziewczyny, kiedy był młody, ale Arne nic sobie z tego nie
robił. Miała zaledwie osiemnaście lat, gdy się z nią ożenił. O ile jej
było wiadomo, nigdy nie spojrzał na inną. Po ślubie nie wykazywał
większego zainteresowania sprawami cielesnymi. Matka zawsze jej
powtarzała, że ta strona małżeństwa to dla kobiety obowiązek, nie
radość; w rezultacie Asta uznała, że jej się udało. Nie miała większych
oczekiwań w tej dziedzinie.
Urodził im się syn. Duży, silny, jasnowłosy, bardzo podobny do matki.
Niewiele miał z ojca. Może dlatego wszystko tak źle się ułożyło. Może
gdyby był podobny do ojca, Arne bardziej by się do niego przywiązał. Tak
się jednak nie stało. Od samego początku należał tylko do niej. Kochała
go ze wszystkich sił. A jednak nie dość mocno. Tego decydującego dnia,
gdy była zmuszona wybierać między nim a jego ojcem, zawiodła go. Jakże
mogłaby postąpić inaczej? Żona powinna wspierać męża, wbijano jej to do
głowy od dzieciństwa. Ale w trudnych chwilach, kiedy już zgasiła lampę,
leżała w łóżku i wpatrywała się w sufit, nachodziły ją różne myśli.
Dlaczego to, co rzekomo słuszne, wydaje jej się fałszywe? Arne zawsze
wszystko wie. No i dobrze. Tyle razy powtarzał, że nie można się zdawać
na kobiecy rozum, że zadaniem mężczyzny jest przewodzić kobiecie. Czuła
się z tym bezpieczna. Pod wieloma względami Arne przypominał jej ojca.
Świat rządzony przez mężczyzn był jedynym, jaki znała. Arne jest mądry.
Wszyscy tak mówią, ostatnio nawet nowy pastor. Powiedział, że Arne to
najporządniejszy kościelny, z jakim przyszło mu współpracować, i że Pan
Bóg musi być rad z takiego sługi. Arne nie posiadał się z dumy, gdy jej
to powtarzał. W końcu od dwudziestu lat jest kościelnym we Fjällbace,
choć powinno się pewnie odliczyć te nieszczęsne lata, gdy pastorem była
kobieta. Asta za nic w świecie nie chciałaby, żeby wróciły tamte czasy.
Dzięki Bogu w końcu do tej kobiety dotarło, że jej tu nie chcą, i ustąpiła prawdziwemu pastorowi. Biedny Arne, ależ się wtedy nacierpiał.
Po raz pierwszy w ciągu pięćdziesięciu lat małżeństwa widziała łzy w jego oczach. Nie do zniesienia była dla niego myśl, że w jego ukochanym
kościele na ambonie staje kobieta. Powiedział, że wierzy, że Bóg w końcu
przepędzi ze świątyni przekupniów. I znowu miał rację.
Asta pragnęłaby tylko jednego: żeby otworzył serce przed synem i przebaczył mu. Dopóki tego nie zrobi, nie będzie szczęśliwa. Zdawała
sobie jednak sprawę, że jeśli Arne nie potrafi wybaczyć nawet po tym, co
się teraz stało, nie ma nadziei na pojednanie.
Gdyby choć zdążyła poznać wnuczkę. Teraz było już na to za późno.
Od znalezienia Sary minęły dwa dni. Siłą rzeczy Patrik nie był już tak
przygnębiony. Musiał się przecież zająć innymi sprawami. Nie zniknęły
tylko dlatego, że śmierć zabrała dziecko.
Siedział przy biurku i kończył pisać meldunek z wyjazdu do pobicia, gdy
zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz i z westchnieniem sięgnął po
słuchawkę. Lepiej mieć to za sobą. Usłyszał znajomy głos lekarza
sądowego Torda Pedersena. Wymienili uprzejmości i przeszli do rzeczy.
Pionowa zmarszczka na czole Patrika była pierwszą oznaką, że usłyszał
nie to, czego się spodziewał. W miarę jak słuchał, zmarszczka się
pogłębiała. W końcu z trzaskiem rzucił słuchawkę na widełki. Przez
chwilę zbierał myśli. Wstał, wziął notes i poszedł do Martina. W zasadzie najpierw powinien pójść do szefa komisariatu, Bertila
Mellberga, ale chciał porozmawiać z kimś, do kogo miał zaufanie, a szef
niestety nie należał do takich osób. Spośród wszystkich kolegów jedynie
Martin spełniał to kryterium.
- Martin?
Gdy Patrik stanął w drzwiach, Martin rozmawiał przez telefon. Pokazał mu
gestem, by usiadł. Już chyba miał kończyć, bo poczerwieniał jak burak i tajemniczo powiedział:
- Eee... ja też, eeeee... nawzajem.
Patrik nie odmówił sobie przyjemności podrażnienia się z młodszym
kolegą.
- Z kim rozmawiałeś?
W odpowiedzi usłyszał mruknięcie i Martin poczerwieniał jeszcze
bardziej.
- Pewnie doniesienie o popełnieniu przestępstwa, zgadłem? A może kolega
ze Strömstad? Albo z Uddevalli? A może Leif G.W., który chce pisać twoją
biografię?
Martin kręcił się na krześle. Wreszcie wymamrotał:
- Dzwoniła Pia.
- Ach, Pia! Popatrz, nigdy bym na to nie wpadł. Zaraz, ile to minęło...
ze trzy miesiące, co? Jak na ciebie to rzeczywiście rekord - drażnił się
z nim Patrik. Dotychczas Martin znany był z krótkich i nieudanych
romansów. Z reguły zakochiwał się w kobietach zajętych, które chciały
się zabawić na boku. Tymczasem Pia była wolna i w dodatku bardzo miła i poważna.
- W sobotę miną trzy miesiące naszej znajomości. - Oczy Martina
zabłysły. - Postanowiliśmy razem zamieszkać. Dzwoniła, żeby mi
powiedzieć, że znalazła świetne mieszkanie w Grebbestad. Chcemy je
obejrzeć wieczorem. - Już się nie czerwienił i nie ukrywał, że jest
zakochany po uszy.
Patrik przypomniał sobie siebie i Erikę z początków znajomości. SD,
czyli sprzed dziecka. Był obłędnie zakochany, ale teraz ten burzliwy
stan wydawał się równie odległy jak sen erotyczny. To wpływ
nieprzespanych nocy i brudnych pieluch.
- A kiedy ty pojmiesz Erikę za małżonkę i uczynisz z niej przyzwoitą
niewiastę? Chyba nie chcesz, żeby twoje dziecko pozostało nieślubne...
- Chciałbyś wiedzieć, co? - Patrik się roześmiał.
- Przyszedłeś, żeby rozmawiać o moim życiu prywatnym czy masz do mnie
jakąś sprawę? - buńczucznie zapytał Martin.
Patrik spoważniał. Z tego, z czym przyszedł, nie należało żartować.
- Dzwonił Pedersen. Przekazał mi wstępne ustalenia protokołu z sekcji.
Przyjdzie faksem. Otóż to nie był wypadek. Sara została zamordowana.
- Co ty mówisz? - Martin był tak zaskoczony, że machnął ręką i przewrócił kubek z długopisami. Potoczyły się po całym biurku. Nie
zaprzątał sobie nimi głowy, całą uwagę skupił na Patriku.
- Na początku, podobnie jak my, założył, że to był wypadek. Nie miała na
ciele żadnych śladów przemocy, była ubrana stosownie do pory roku,
chociaż bez kurtki, ale mogła jej się przecież zsunąć w wodzie i odpłynąć. Ale najważniejsze, że miała w płucach wodę. - Patrik umilkł.
Martin rozłożył ręce i zmarszczył brwi.
- To niby ma dowodzić, że to nie był wypadek?
- To była słodka woda.
- Jak to słodka?
- Właśnie. Nie miała w płucach morskiej wody, jak można by przypuszczać,
skoro utonęła w morzu, lecz słodką. Prawdopodobnie z wanny. Pedersen
znalazł też resztki mydła i szamponu.
- To znaczy, że została utopiona w wannie - powiedział Martin z powątpiewaniem. Trudno mu się było przestawić. Do tej pory byli pewni,
że chodzi o tragiczny, lecz jednak zwykły wypadek.
- Na to wygląda. Potwierdzają to również sińce, które Pedersen znalazł
na jej ciele.
- A mówiłeś, że ciało nie nosiło śladów przemocy.
- To były wstępne oględziny. Pedersen powiedział, że po odgarnięciu
włosów z karku wyraźnie widać było sińce w kształcie dłoni. Ktoś siłą
przytrzymał jej głowę pod wodą.
- Fuj! - Martinowi wyraźnie zrobiło się niedobrze.
Patrik zareagował podobnie, kiedy się o tym dowiedział.
- A więc mamy do czynienia z morderstwem - powiedział Martin, jakby sam
siebie chciał przekonać, że należy spojrzeć prawdzie w oczy.
- Tak, a w dodatku straciliśmy dwa dni. Trzeba pochodzić po ludziach,
wypytać krewnych i znajomych, dowiedzieć się, czego tylko się da, o tej
małej i jej rodzinie.
Martin się skrzywił. Patrik to rozumiał. To nie było przyjemne zadanie.
Najbliżsi krewni dziewczynki są zdruzgotani, a tu jeszcze trzeba
rozdrapywać rany. W przypadku zabójstwa dziecka aż nadto często sprawcą
jest ktoś z najbliższego otoczenia. Dlatego nie wolno okazywać
współczucia, które w normalnych okolicznościach byłoby oczywiste.
- Rozmawiałeś już z Mellbergiem?
- Nie - odpowiedział z westchnieniem Patrik. - Dopiero się do niego
wybieram. Razem pojechaliśmy na to wezwanie, więc pomyślałem, że razem
poprowadzimy śledztwo. Chyba nie masz nic przeciwko temu?
Wiedział, że to pytanie retoryczne. Zgadzali się, że koledzy Ernst
Lundgren i Gösta Flygare nie powinni się zajmować sprawami bardziej
skomplikowanymi niż kradzież roweru. Martin kiwnął głową.
- Okej - powiedział Patrik. - No to do dzieła.
Komisarz Mellberg patrzył na leżący przed nim list jak na jadowitego
węża. Nic gorszego nie mogło go spotkać. W porównaniu z tym nawet
zeszłoroczny nieprzyjemny incydent z Iriną był niczym.
Choć w pokoju było chłodno, na czoło wystąpiły mu kropelki potu. Z roztargnieniem je potarł. Przy okazji zsunęła się pożyczka zakrywająca
łysinę. Właśnie ze złością układał ją na miejscu, gdy usłyszał pukanie
do drzwi. Przyklepał włosy i burknął:
- Proszę!
Hedström wydawał się niezrażony tonem Mellberga. Wyglądał za to
niezwykle jak na niego poważnie. Komisarz zawsze uważał Patrika za
narwańca. Wolałby współpracować z kimś takim jak na przykład Ernst
Lundgren, który zwierzchników zawsze traktował z należnym szacunkiem. Co
do Hedströma miał uczucie, że gdy tylko się odwróci, tamten pokazuje mu
język. Z ponurą miną pomyślał, że z czasem oddzieli ziarna od plew.
Wieloletnie doświadczenie zawodowe podpowiadało mu, że pierwsi odpadają
wesołkowie i mięczaki.
Na chwilę zapomniał o leżącym na wierzchu liście, ale gdy Hedström
usiadł po drugiej stronie biurka, szybko wsunął go do szuflady. Zajmie
się tym w odpowiedniej chwili.
- O co chodzi? - zapytał drżącym głosem. To szok, trzeba się opanować.
Nie okazywać słabości, to jego życiowe motto. Wystarczy raz się
odsłonić, a podwładni skoczą człowiekowi do gardła.
- Mamy morderstwo - odpowiedział krótko Patrik.
- Co to za sprawa? - westchnął Mellberg. - Czyżby któryś z naszych
starych znajomych z ciężką ręką za mocno przyłożył swojej babie?
Hedström miał wyjątkowo zaciętą minę.
- Nie, chodzi o utonięcie sprzed dwóch dni. Okazało się, że to nie był
wypadek. Dziewczynka została utopiona.
Mellberg cicho gwizdnął.
- Coś takiego - powiedział półgłosem. Różne myśli krążyły mu po głowie.
Z jednej strony był naprawdę poruszony zbrodnią popełnioną na dziecku, z drugiej zaś zastanawiał się, jak nieoczekiwany rozwój wydarzeń może
wpłynąć na jego pozycję szefa komisariatu policji w Tanumshede. Oznacza
to albo cholernie dużo roboty, między innymi papierkowej, albo szansę na
awans i powrót do Göteborga, czyli do centrali. Wprawdzie dotychczasowe
dwa śledztwa w sprawie zabójstw, choć zakończone pomyślnie, nie
przyniosły oczekiwanego skutku, ale liczył, że wcześniej czy później
ktoś przekona szefostwo, że jego miejsce jest w centrali. Może przesądzi
o tym nowe śledztwo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki