Po powrocie do komisariatu w Tanumshede
Mellberg pogrążył się w myślach. Co w jego przypadku było niezwykłe.
Patrik siedział naprzeciw niego w pokoju socjalnym i również milczał,
rozważając wydarzenia poranka. Na kawę było za gorąco. Potrzebował
czegoś na wzmocnienie, ale alkohol nie wchodził w grę. Rozpięli koszule
i próbowali wachlować się nimi dla ochłody. Klimatyzacja była zepsuta od
dwóch tygodni, nie udało się ściągnąć konserwatora. Przed południem
dawało się jakoś wytrzymać, ale potem upał stawał się bardzo dokuczliwy.
- O co tu chodzi? - Mellberg w zamyśleniu podrapał się w głowę, w sam
środek zakrywającej łysinę pożyczki.
- Nie mam pojęcia, szczerze mówiąc. Zwłoki kobiety ułożone na dwóch
szkieletach. Gdyby nie to, że została zabita, pomyślałbym, że to jakiś
wygłup. Szkielety skradzione z pracowni biologicznej czy coś takiego.
Ale faktem jest, że została zamordowana. Słyszałem, jak któryś z techników mówił, że kości wyglądają dość staro. Oczywiście wszystko
zależy od warunków. Czy były narażone na upał albo deszcz, czy
osłonięte. Może medykowi sądowemu uda się ocenić ich wiek, choćby w przybliżeniu.
- No właśnie. Jak sądzisz, kiedy można się spodziewać raportu? -
Mellberg zmarszczył spocone czoło.
- Wstępnego chyba już dziś, potem pewnie będzie potrzebował jeszcze
kilku dni na dokładniejsze badania. Na razie trzeba robić, co się da.
Gdzie są wszyscy?
Mellberg westchnął.
- Gösta wziął wolne. Jakiś cholerny turniej golfowy czy coś takiego.
Ernst i Martin wyjechali do wezwania. Annika jest na Teneryfie.
Widocznie myślała, że lato znów będzie deszczowe. Biedna. W taką pogodę
aż szkoda wyjeżdżać ze Szwecji.
Patrik znów ze zdumieniem spojrzał na Mellberga. Skąd ta nagła
życzliwość? Dziwna sprawa, ale szkoda czasu na rozmyślania, są
ważniejsze sprawy.
- Wiem, że masz w tym tygodniu urlop, ale może mógłbyś nam pomóc? Ernst
ma za mało wyobraźni, a Martin za mało doświadczenia, żeby samodzielnie
prowadzić śledztwo. Bardzo byś się przydał.
Jego prośba tak połechtała próżność Patrika, że zgodził się od razu.
Spodziewał się wprawdzie ostrych wymówek w domu, ale zaraz sobie
wytłumaczył, że gdyby Erika nagle go potrzebowała, w ciągu piętnastu
minut będzie w domu. Poza tym ostatnio w tym upale zaczęli działać sobie
na nerwy, więc może i lepiej, że będzie poza domem.
- Najpierw sprawdzę, czy nie było zgłoszenia o zaginięciu kobiety.
Trzeba szukać trochę dalej, powiedzmy od Strömstad w dół, aż do
Göteborga. Poproszę Martina albo Ernsta. Zdaje się, że właśnie wrócili.
- Bardzo dobrze. Tak trzymać. Byle tak dalej!
Mellberg wstał i poklepał Patrika po ramieniu. W tym momencie Patrik
zrozumiał, że jak zwykle jemu przypadnie robota, a Mellbergowi
zaszczyty, ale nie warto było się złościć z tego powodu.
Westchnął i wstawił do zmywarki filiżanki - swoją i Mellberga. Nie
będzie mu dziś potrzebny krem z filtrem.
- Wstawać, ruszcie tyłki! Tu nie pensjonat, żeby się wylegiwać po całych
dniach!
Głos przeciął grubą warstwę mgły, odbijając się boleśnie od jego czoła.
Johan ostrożnie otworzył jedno oko, ale zaraz je zamknął, oślepiony
blaskiem letniego słońca.
- Kurde, co jest... - Robert, jego starszy o rok brat, obrócił się na
łóżku i przykrył głowę poduszką, którą mu zaraz brutalnie wyrwano.
Usiadł, mamrocząc pod nosem.
- Że też nigdy nie dadzą się człowiekowi wyspać.
- Codziennie się wysypiacie, wałkonie jedne. Już prawie dwunasta.
Gdybyście co noc nie latali Bóg wie gdzie i po co, nie musielibyście
odsypiać po całych dniach. Potrzebuję pomocy. Mieszkacie i jecie za
darmo, chociaż z was stare konie, więc moglibyście chociaż pomóc matce.
Chyba nie za dużo żądam, co?
Solveig Hult stała z rękoma skrzyżowanymi na wielkiej piersi. Była
chorobliwie gruba i blada bladością osoby, która nigdy nie wychodzi za
próg domu. Wokół twarzy wiły się ciemne strąki niemytych włosów.
- Prawie trzydziestka i żyją na koszt matki. Ale z was mężczyźni.
Ciekawe, skąd macie na te conocne zabawy. Nie pracujecie, nie dokładacie
się do gospodarstwa. Powiem tylko, że gdyby tu był wasz ojciec,
skończyłby z tym bardzo szybko. Jest jakaś wiadomość z pośredniaka?
Przecież mieliście tam być dwa tygodnie temu!
Teraz Johan nakrył głowę poduszką. Nie chciał słyszeć tego ciągłego
jazgotu jak ze zdartej płyty, ale i jemu wyrwała poduszkę. Musiał
usiąść. W skacowanej głowie dudniło mu, jakby grała orkiestra wojskowa.
- Sprzątnęłam już po śniadaniu. Musicie sobie sami wziąć jedzenie z lodówki.
Solveig wytoczyła się z pokoiku synów, kołysząc wielkim zadem, i trzasnęła drzwiami. Nie odważyli się położyć jeszcze na chwilę. Sięgnęli
po papierosy i zapalili. Śniadanie można sobie darować, a papieros
stawia na nogi i przyjemnie drażni gardło.
- Ale był wczoraj włam... - Robert roześmiał się, wydmuchując kółka dymu.
- Mówiłem przecież, że będą mieli w porzo sprzęt. Dyrektor firmy w Sztokholmie, ma wszystko, co najlepsze.
Johan nie odpowiedział. W przeciwieństwie do starszego brata podczas
włamań nie czuł przypływu adrenaliny. Za to zarówno przed włamaniem, jak
i długo po nim odczuwał lęk. Ciążył mu na żołądku. Ale zawsze robił, co
mu kazał Robert, i nawet nie przyszło mu do głowy, że mogłoby być
inaczej.
Już od dawna żadne włamanie nie opłaciło im się tak jak wczorajsze.
Ludzie zrobili się ostrożni. Nie trzymają na daczach drogiego sprzętu.
Już prędzej stare graty, z którymi nie wiadomo co robić, albo kupione na
licytacji w złudzeniu, że trafiła się okazja, choć w rzeczywistości były
gówno warte. Ale wczoraj był i nowy telewizor, i odtwarzacz DVD, gra
Nintendo i jeszcze sporo biżuterii. Powinno im to przynieść ładną sumkę,
gdy Robert sprzeda łup tymi samymi kanałami co zwykle. Chociaż na długo
nie wystarczy. Kradzione pieniądze palą kieszeń, za parę tygodni nie
będzie po nich śladu. Wydadzą na hazard, knajpy i może jakiś gadżet.
Johan spojrzał na swój drogi zegarek. Matka na szczęście nie znała się
na takich rzeczach. Gdyby wiedziała, ile jest wart, zrzędzeniu nie
byłoby końca.
Czasami miał wrażenie, że lata mijają, a on tkwi w kołowrocie. Nic się
nie zmieniło, odkąd mieli po kilkanaście lat, i nie widział szans, by
miało się zmienić teraz. Jedyna rzecz, która nadawała sens jego obecnemu
życiu, była jedyną tajemnicą, jaką miał przed Robertem. Instynkt
podpowiadał mu jednak, że jeśli mu się zwierzy, nic dobrego z tego nie
wyniknie. Robert zbruka to jakąś wulgarną uwagą.
Przez moment pomyślał o jej miękkich włosach dotykających jego
szorstkiego policzka, o maleńkiej dłoni, którą trzymał w rękach.
- Hej, ty, nie filozofuj. Mamy sprawy do załatwienia.
Robert wstał z papierosem w ustach i wyszedł pierwszy. Johan jak zwykle
za nim. Nie umiał inaczej.
Matka siedziała na swoim miejscu w kuchni. Odkąd pamiętał, od tej
historii ze starym, zawsze przesiadywała na tym krześle przy oknie,
robiąc coś przy stole. W pierwszym wspomnieniu była piękna, ale z wiekiem robiła się coraz tłuściejsza.
Wyglądała, jakby była w transie. Jej palce żyły własnym życiem,
nieustannie coś skubały albo gładziły. Od dwudziestu lat bez przerwy
zajmowała się tymi cholernymi albumami: wybierała, porządkowała, i tak w kółko. Kupowała nowy i znów wkładała zdjęcia i wycinki. Coraz
ładniejsze, coraz lepsze. Miał dość rozumu, by pojąć, że to jej sposób
na zatrzymanie chwil szczęścia, choć kiedyś przecież zda sobie sprawę,
że minęły dawno temu.
Zdjęcia pochodziły z czasów, gdy Solveig była piękna. Szczytowym okresem
w jej życiu było małżeństwo z Johannesem Hultem, młodszym synem Ephraima
Hulta, sławnego niezależnego kaznodziei i najbogatszego gospodarza w okolicy. Johannes był przystojny i bogaty, Solveig wprawdzie biedna, ale
za to najpiękniejsza w całej prowincji Bohus. Widać to choćby na
zdjęciach z gazet z czasów, kiedy dwa lata z rzędu koronowano ją na
królową nocy świętojańskiej. Właśnie te wycinki i liczne czarnobiałe
zdjęcia z młodości sortowała i przeglądała codziennie od przeszło
dwudziestu lat. Gdzieś pod zwałami tłuszczu tkwi jeszcze ta dziewczyna,
którą dzięki zdjęciom można zatrzymać, chociaż z każdym rokiem jakby
coraz bardziej wymykała się z rąk.
Johan rzucił okiem na siedzącą w kuchni matkę, a potem wyszedł za
Robertem.
Erika zastanawiała się, czy pójść na spacer, ale doszła do wniosku, że
byłoby to niemądre, skoro słońce stoi w zenicie i upał jest największy.
Świetnie znosiła ciążę do chwili, kiedy zaczęły się upały. Potem czuła
się jak spocony wieloryb i tylko krążyła w poszukiwaniu ochłody. Patrik,
niech go Bóg błogosławi, wpadł na pomysł, żeby jej kupić mały
wentylator. Nosiła go ze sobą po całym domu. Miał jedną wadę. Tę
mianowicie, że nie można było siedzieć zbyt daleko od kontaktu, co
ograniczało swobodę ruchu.
Ale na werandzie kontakt był w doskonałym miejscu. Erika ułożyła się na
kanapie. Wentylator postawiła obok, na stoliku. Niestety już po pięciu
minutach każda pozycja okazywała się niewygodna. Kręciła się, żeby
znaleźć lepszą. W niektórych pozycjach czuła stópkę wbijającą się między
żebra albo boksującą piąstkę. Wtedy znów musiała się ułożyć inaczej. Nie
potrafiła sobie wyobrazić, jak to wytrzyma jeszcze ponad miesiąc.
Kiedy zaszła w ciążę, byli ze sobą dopiero od pół roku, ale nie był to
żaden powód do niepokoju. Oboje uznali, że nie ma na co czekać, skoro są
dorośli i wiedzą, czego chcą od życia. Dopiero teraz co jakiś czas
ogarniał ją strach. Może jednak byli ze sobą za krótko? Jak na ich
związek wpłynie pojawienie się nowej osóbki, domagającej się całej
uwagi, którą dotąd poświęcali sobie nawzajem?
Wprawdzie minął już pierwszy, burzliwy okres ślepego zakochania,
przyszła codzienność, realistyczna ocena wad i zalet, ale co będzie,
jeśli kiedy dziecko się pojawi, okaże się, że wady przeważają? Ileż to
nasłuchała się o związkach, które rozpadły się w pierwszym roku życia
dziecka. Nie warto się tym teraz martwić. Co się stało, to się nie
odstanie, a poza tym oboje z Patrikiem z całej duszy pragnęli dziecka.
Trzeba mieć nadzieję, że to pragnienie pomoże im przetrwać wstrząs,
jakim będzie radykalna zmiana w ich życiu.
Erika drgnęła na dźwięk telefonu. Z trudem wstała z kanapy. Oby ten, kto
dzwoni, nie zrezygnował i nie odłożył słuchawki, zanim dotrze do
telefonu.
- Halo? A, cześć, Conny... Dzięki, całkiem dobrze, ale dla takiego
grubasa trochę za gorąco... Chcecie wpaść? Oczywiście... zapraszam na
kawę... Przenocować? No taak. - Erika westchnęła w duchu. - Ależ
oczywiście. Kiedy przyjedziecie? Wieczorem? Nie, żaden kłopot. Pościelę
wam w gościnnym.
Odłożyła słuchawkę. Latem okazywało się, że posiadanie domu we Fjällbace
ma tę wadę, że nagle przyjeżdżają krewni i znajomi, którzy w chłodniejszych porach roku nawet by się nie odezwali. W listopadzie nie
miewali ochoty na spotkania, w lipcu natomiast lubili pomieszkać za
darmo w domu z widokiem na morze. Erika już myślała, że tego lata jej
się upiecze, bo minęła połowa lipca i jeszcze nikt się nie odezwał. A jednak zadzwonił kuzyn Conny i oznajmił, że właśnie wyjechał z Trollhättan wraz z żoną i dwójką dzieci. Dobrze, że tylko na jedną noc,
może da się wytrzymać. Nie przepadała za dwójką swoich kuzynów, ale
dobre wychowanie nie pozwalało jej odmawiać, chociaż właściwie powinna,
bo uważała ich za pasożytów.
Z drugiej strony cieszyła się, że mają z Patrikiem dom we Fjällbace, w którym mogą przyjmować gości, choćby nieproszonych. Po nagłej śmierci
rodziców szwagier Eriki chciał doprowadzić do sprzedaży domu. Ale Anna,
jej siostra, rozwiodła się z nim, nie chcąc dłużej znosić psychicznego i fizycznego znęcania się nad nią i dziećmi. Dom był teraz własnością
sióstr. Anna z dwójką dzieci pozostała jednak w Sztokholmie, więc Patrik
z Eriką mogli zamieszkać razem, ponosząc w zamian wszystkie koszty
utrzymania domu. Z czasem trzeba będzie znaleźć jakieś rozwiązanie tego
problemu, ale na razie Erika cieszyła się, że tu jest i może mieszkać na
stałe.
Rozejrzała się i zdała sobie sprawę, że musi się pośpieszyć, jeśli dom
ma jako tako wyglądać, kiedy przyjadą goście. Ciekawa była, co Patrik
powie na tę inwazję, ale zaraz się obruszyła: skoro zostawia ją samą i mimo urlopu pracuje, to jej wolno przyjmować gości, jeśli jej się tak
podoba. Zapomniała już, jaka była zadowolona, że pozbędzie się go z domu.
Ernst i Martin właśnie wrócili. Patrik poprosił ich do swojego pokoju i wprowadził w sprawę. Zasiedli na krzesłach stojących przed biurkiem. Nie
dało się nie zauważyć, że Ernst aż poczerwieniał ze złości, że nie on,
lecz Patrik ma prowadzić śledztwo. Patrik postanowił nie zwracać na to
uwagi. Niech Mellberg się tym zajmie, a w najgorszym razie, gdyby Ernst
odmówił współpracy, poradzi sobie bez niego.
- Przypuszczam, że już wiecie, co się stało.
- Tak, słyszeliśmy przez radio policyjne. - Martin, człowiek młody,
pełen entuzjazmu, w odróżnieniu od Ernsta, siedział na krześle w gotowości, wyprostowany, z notesem i piórem w ręku.
- A zatem w Wąwozie Królewskim we Fjällbace znaleziono nagie zwłoki
kobiety. Sądząc z wyglądu, miała dwadzieścia pięć, trzydzieści lat. Pod
zwłokami znajdowały się dwa ludzkie szkielety. Ich pochodzenie i wiek
nie są znane, ale Karström z ekipy technicznej nieoficjalnie powiedział,
że nie są świeże. Wygląda na to, że będziemy mieć sporo pracy, nie
licząc interwencji w sprawie pijackich awantur i jeżdżenia po pijanemu.
Annika i Gösta są na urlopie, więc musimy zakasać rękawy. Ja wprawdzie
też mam urlop w tym tygodniu, ale zgodziłem się wrócić do pracy i na
polecenie Mellberga poprowadzę śledztwo. Jakieś pytania?
Zwracał się głównie do Ernsta. Ten wolał uniknąć konfrontacji i potem
gadać za plecami.
- Czego ode mnie oczekujesz? - Martin niecierpliwie wymachiwał piórem
nad notesem. Przypominał spienionego konia przed wyścigiem.
- Chciałbym, żebyś zaczął od sprawdzenia urzędowego spisu osób
zaginionych. Dowiedz się, czy są jakieś zgłoszenia dotyczące kobiet
zaginionych w ciągu, powiedzmy, ostatnich dwóch lat. Lepiej szukać
trochę na wyrost, zanim zakład medycyny sądowej powie coś więcej. Ale
mam przeczucie, że ta śmierć nastąpiła niedawno, może kilka dni temu.
- Co ty, nie słyszałeś? - zapytał Martin.
- O czym?
- Jest awaria komputerowej bazy danych. Nie ma dostępu do urzędowego
spisu i trzeba to załatwiać na piechotę.
- Jasny gwint! Akurat teraz. No cóż, z tego, co mówił Mellberg i co
pamiętam sprzed urlopu, my nie mamy żadnego zgłoszenia. Proponuję, żebyś
obdzwonił wszystkie rejony po sąsiedzku. Dzwoń dookoła i rozszerzaj
krąg, rozumiesz?
- No pewnie. Jak daleko mam dzwonić?
- Aż na coś trafisz. Najpierw zadzwoń do Uddevalli, niech ci podadzą
rysopis.
- A ja co mam robić? - W głosie Ernsta trudno byłoby doszukać się
entuzjazmu.
Patrik zajrzał do notatek, które zrobił po rozmowie z Mellbergiem.
- Chciałbym, żebyś na początek porozmawiał z ludźmi, którzy mieszkają w pobliżu Wąwozu Królewskiego. Może coś widzieli albo słyszeli ostatniej
nocy albo wczesnym rankiem. Za dnia jest tam pełno ludzi, co oznacza, że
zwłoki, a także szkielety, musiały zostać przywiezione w nocy albo o świcie. Należy przyjąć, że wniesiono je przez szeroki wylot, nikt by ich
raczej nie targał po schodach z Ingrid Bergmans torg. Mały znalazł ciało
o szóstej rano, więc skupiłbym się na godzinach między dziewiątą
wieczorem a szóstą rano. Ja tymczasem zajrzę do archiwum. Coś mi
przypominają te dwa szkielety i wydaje mi się, że powinienem wiedzieć, o co chodzi, ale... Przychodzi wam coś do głowy? Nic wam się nie
przypomina...?
Machnął rękami i uniósł brwi w oczekiwaniu na odpowiedź, ale Martin i Ernst potrząsnęli przecząco głowami. Patrik z westchnieniem stwierdził,
że w takim razie schodzi do katakumb...
Siedział w czeluściach komisariatu i grzebał w starych papierach. Nie
miał pojęcia, że popadł w niełaskę. Może by się domyślił, gdyby miał
czas się zastanowić. Na teczkach zebrał się kurz, ale na szczęście w środku panował porządek. Większość materiału zarchiwizowano
chronologicznie. Patrik wprawdzie sam nie wiedział, czego szuka, ale
miał przeczucie, że znajdzie to coś właśnie tu.
Siedząc po turecku na kamiennej podłodze, metodycznie przeglądał pudła
pełne teczek z dokumentami. Przez jego ręce przechodziły całe
dziesięciolecia ludzkich losów. Uderzające, ile osób i całych rodzin
wielokrotnie trafiało do policyjnych wykazów. Mogłoby się wręcz wydawać,
że przestępstwa są dziedziczne. Przechodziły z rodziców na dzieci, a nawet na wnuki, pomyślał Patrik, gdy kolejny raz natknął się na to samo
nazwisko.
Zadzwoniła komórka. Spojrzał na wyświetlacz - Erika.
- Cześć, kochanie, wszystko dobrze? - Patrik wiedział, co mu odpowie. -
Tak, wiem, że jest gorąco. Po prostu usiądź koło wentylatora, nic więcej
nie da się zrobić... Wiesz, musimy się zająć tym morderstwem. Mellberg
chce, żebym poprowadził śledztwo. Bardzo się będziesz gniewać, jeśli na
kilka dni wrócę do pracy?
Wstrzymał oddech. Wiedział, że powinien był sam zadzwonić i powiedzieć,
że będzie musiał wrócić do pracy, ale w typowo męski sposób zostawił to
na później. Z drugiej strony Erika dobrze wie, jaką ma pracę. Dla
komisariatu w Tanumshede lato było szczególnie gorącym okresem. Krótkie
urlopy musieli brać po kolei, a i tak nie mieli gwarancji, że je
wykorzystają w całości. Wszystko zależało od tego, ile komisariat będzie
miał takich spraw, jak pijaństwo, pobicia i inne wydarzenia towarzyszące
turystyce. Nie mówiąc już o morderstwie, bo to osobna kategoria.
Erika powiedziała coś, co mu umknęło.
- Powiedziałaś: odwiedziny? Kto? Twój kuzyn? - Patrik westchnął. - Nie,
a co mam powiedzieć? Pewnie, że byłoby przyjemniej, gdybyśmy mogli być
wieczorem sami, ale skoro już jadą... Zostają tylko na tę jedną noc?...
Okej, kupię krewetki na kolację. Tak będzie prościej. Nie będziesz
musiała stać przy kuchni. Będę w domu koło siódmej. Całuję.
Włożył telefon do kieszeni i wrócił do przeglądania zawartości pudeł.
Zainteresowała go teczka z napisem "Zaginieni". Ktoś bardzo sumienny
zebrał kiedyś wszystkie zgłoszenia o zaginięciach, którymi zajmowała się
policja. Patrik pomyślał, że właśnie tego szukał. Najpierw wytarł
pobrudzone kurzem palce o własne szorty i otworzył cienką teczkę. Po
kilku minutach przewracania kartek wiedział, że znalazł to, o co mu
chodziło. Powinien od początku pamiętać o tej sprawie, zważywszy na to,
że niewiele zaginięć pozostało niewyjaśnionych. Cóż, wiek robi swoje.
Czuł, że nie ma mowy o zbiegu okoliczności. Miał przed sobą dwa
zgłoszenia z 1979 roku - oba dotyczyły kobiet. Nigdy ich nie znaleziono.
Dwa szkielety znalezione w Wąwozie Królewskim.
Wracając do swego pokoju, Patrik zabrał ze sobą całą teczkę. Położył ją
na biurku.
Tylko konie mogły ją tu zatrzymać. Zdecydowanymi ruchami umiejętnie
czyściła kasztanowatego wałacha. Praca fizyczna była dla niej swoistym
wentylem. Dzięki niej mogła dać upust frustracji. Do dupy z tym
wszystkim! Mieć siedemnaście lat i nie móc o sobie decydować! Niech
tylko osiągnie pełnoletność, zaraz zwieje z tej cholernej dziury. Od
razu przyjmie ofertę fotografa, który ją zaczepił na ulicy w Göteborgu.
Kiedy już zostanie modelką w Paryżu i będzie zarabiać furę pieniędzy,
powie im, gdzie sobie mogą wsadzić to swoje zasrane wykształcenie.
Fotograf powiedział jej, że wartość modelki zmniejsza się z każdym
rokiem. To znaczy, że traci szansę na cały rok takiego życia tylko
dlatego, że staremu odbiło z wykształceniem. Przecież do chodzenia po
wybiegu nie trzeba wykształcenia, a jak już będzie miała dwadzieścia
pięć lat i będzie za stara, to wyjdzie za jakiegoś milionera i będzie
mogła się śmiać z gróźb starego, że ją wydziedziczy. Stać ją będzie,
żeby w jeden dzień wydać na zakupy tyle, ile jest wart cały ten jego
majątek.
Fantastyczny braciszek też nie ułatwia sprawy. Lepiej wprawdzie mieszkać
u niego i u Marity niż w domu, ale tylko niewiele lepiej. Taki jest do
wyrzygania solidny. Nigdy nie zrobi błędu, za to ona jest zawsze
wszystkiemu winna.
- Linda?
Boże, nawet w stajni nie zostawią jej w spokoju.
- Linda? - W jego głosie słychać było ponaglenie. Wiedział, że siostra
jest w stajni, nie miała szans umknąć.
- Ojejej, znowu. Co jest?
- Niepotrzebnie odpowiadasz takim tonem. Nie wymagam wiele, ale mogłabyś
być grzeczniejsza.
W odpowiedzi zaklęła pod nosem. Jacob postanowił nie zwracać na to
uwagi.
- Pomyślałeś o tym, że jesteś moim bratem, a nie ojcem?
- Wiem o tym bardzo dobrze, ale jak długo mieszkasz pod moim dachem,
ponoszę za ciebie odpowiedzialność.
Jacob myśli, że zjadł wszystkie rozumy, bo jest piętnaście lat starszy.
Łatwo strugać ważniaka, kiedy się ma zapewnioną przyszłość. Ile razy
stary mówił, że jest dumny z takiego syna, że Jacob z pewnością będzie
dobrze zarządzać rodzinnym majątkiem. Dlatego Linda przypuszczała, że
właśnie on pewnego dnia przejmie cały ten kram. Na razie może sobie
udawać, że mu nie zależy na pieniądzach, ale ona swoje wie. Ludzie
podziwiają Jacoba za to, że pomaga młodym, którzy zeszli na manowce, ale
wiadomo, że z czasem odziedziczy i dwór, i majątek - ciekawe, co wtedy
zostanie z jego społecznictwa.
Zachichotała. Jacob wściekłby się, gdyby wiedział, że siostra co wieczór
wymyka się z domu. A gdyby jeszcze wiedział, z kim się spotyka,
wygłosiłby niezłe kazanie. Łatwo gadać o solidarności z biednymi, dopóki
nie przekraczają progu naszego domu. Gdyby Jacob wiedział, że Linda
umawia się z Johanem, wściekłby się z jeszcze jednego, poważniejszego
powodu. Otóż Johan był ich kuzynem, a waśń między rodzinami trwała już
od bardzo dawna. Zaczęło się jeszcze przed jej urodzeniem, ba, jeszcze
przed urodzeniem Jacoba. Od czego się zaczęło, nie wiedziała. Wiedziała
tylko, że rodziny się nie lubią, co zresztą przydawało pikanterii
randkom z Johanem. Dobrze się czuła w jego towarzystwie. Był wprawdzie
nieśmiały, ale o całe dziesięć lat starszy, co dodawało mu pewności
siebie, o jakiej chłopcy w jej wieku mogliby tylko marzyć. Nie
przeszkadzało jej, że są kuzynami. W dzisiejszych czasach kuzyni mogą
się nawet ze sobą żenić. Linda nie miała tego w planach, ale też nie
miała nic przeciwko, żeby razem z Johanem spróbować tego czy tamtego,
byle w tajemnicy.
- Masz coś do mnie czy tylko sprawdzasz?
Jacob westchnął głęboko i położył jej rękę na ramieniu. Próbowała się
cofnąć, ale przytrzymał ją.
- Nie rozumiem, skąd ta złość. Młodzi ludzie, którymi się zajmuję,
daliby wszystko, żeby mieć taki dom i takie życie jak ty. Mogłabyś się
zachowywać dojrzalej, okazać choć trochę wdzięczności. Tak, chciałem coś
powiedzieć, mianowicie że Marita nakryła do stołu, więc przebierz się i chodź jeść.
Puścił jej ramię, wyszedł ze stajni i ruszył w kierunku domu. Linda
odłożyła zgrzebło, mrucząc pod nosem, a potem poszła się przebrać.
Jednak zgłodniała.
Martin miał złamane serce. Kolejny raz. Nie umiałby nawet powiedzieć
który. I wcale przez to nie bolało mniej. Myślał, tak jak poprzednio, że
dziewczyna, która złożyła głowę na poduszce obok, jest tą jedyną, tą na
zawsze. Wiedział, że jest już zajęta, a mimo to naiwnie wierzył, że jest
dla niej czymś więcej niż rozrywką i dni jej dotychczasowego partnera są
policzone. Nie domyślał się, że niewinny wyraz jego ładnej twarzy jak
muchy do miodu przyciąga kobiety starsze, ustatkowane i już znudzone
swoimi partnerami. Nie znaczyło to jednak wcale, że zamierzają ich
porzucić dla miłego dwudziestopięcioletniego policjanta, choć nie miały
nic przeciwko temu, żeby figlować z nim w łóżku, by zaspokoić zmysły i utwierdzić się w swojej kobiecości. Oczywiście Martin nie miał nic
przeciwko fizycznej stronie romansu, miał zresztą duży talent w tej
dziedzinie. Problem polegał na tym, że był niezwykle uczuciowy. Martin
Molin był tak podatny na miłość, że musiało się to kończyć płaczem i zgrzytaniem zębów. Kolejne kobiety wycofywały się, wracając do nudnego,
ale statecznego i dobrze znanego życia.
Martin siedział za biurkiem. Westchnął głęboko i całym wysiłkiem woli
skupił się na swoim zadaniu. Żaden z dotychczasowych telefonów nic nie
dał, ale została mu jeszcze długa lista komend rejonowych. Awarię tak
bardzo potrzebnej mu elektronicznej bazy danych przypisał
prześladującemu go pechowi. Tylko dlatego musi tkwić przy telefonie,
wybierając kolejne numery i szukając osoby pasującej do rysopisu
denatki.
Po dwóch godzinach dzwonienia rozsiadł się na krześle i rzucił długopis.
Żadnego ze zgłoszeń o zaginięciach nie dało się połączyć z rysopisem
ofiary. Co dalej?
Cholerna niesprawiedliwość. Jest przecież starszy od tego smarkacza i to
on powinien prowadzić śledztwo. Wiadomo, świat jest niewdzięczny. Tyle
lat płaszczył się przed Mellbergiem i proszę, co z tego ma. Jadąc do
Fjällbacki, brał zakręty z taką prędkością, że gdyby nie policyjne
oznakowanie na samochodzie, zobaczyłby w lusterku niejeden uniesiony do
góry środkowy palec. Niechby spróbowali, pieprzeni turyści, już on im
pokaże.
Rozpytać się wśród sąsiadów! To zadanie dla praktykanta, nie dla
policjanta z dwudziestopięcioletnim stażem. W sam raz dla tego smarkacza
Martina. Ernst chętnie podzwoniłby sobie i pogadał z kolegami z sąsiednich rejonów.
Gotował się w środku, ale w jego przypadku był to stan naturalny. Trwał
od wczesnego dzieciństwa. Ernst miał choleryczne usposobienie, przez co
niezbyt nadawał się do pracy wymagającej kontaktu z ludźmi. Z drugiej
strony cieszył się szacunkiem wśród chuliganerii. Wiedziały łobuzy, że
dla własnego dobra nie ma co podskakiwać Lundgrenowi.
Jechał przez Fjällbackę. Na widok policyjnego samochodu wyciągały się
szyje i ręce. Domyślił się, że wiadomość już się rozeszła po całej
miejscowości. Ingrid Bergmans torg był zastawiony samochodami
parkującymi niezgodnie z przepisami. Ernst musiał jechać w żółwim tempie
i z zadowoleniem obserwował, jak ludzie wybiegają z kawiarnianego
ogródka. Bardzo dobrze. Jeśli wracając, zastanie tu jeszcze jakieś
samochody, z przyjemnością poświęci chwilę, żeby zepsuć humor ich
właścicielom. Na przykład każe dmuchać w balonik. Widział przecież, że
wielu z nich siedziało nad kuflem zimnego piwa. Jak dobrze pójdzie,
zabierze niejedno prawko.
W uliczce u wylotu Wąwozu Królewskiego było ciasno, ale jakoś mu się
udało wcisnąć samochód. Mógł przystąpić do chodzenia od drzwi do drzwi.
Zgodnie z przewidywaniami nikt nic nie widział. Ludzie, którzy zwykle
wiedzą nawet to, że sąsiad zza ściany puścił bąka, okazywali się ślepi i głusi, gdy pytała policja. Chociaż - musiał przyznać - może naprawdę nic
nie słyszeli. Latem pijacy wracający nad ranem do domu robią tyle
hałasu, że żeby spać, trzeba się nauczyć nie zwracać uwagi na dźwięki
dochodzące z ulicy. Wściec się można.
Dopiero w ostatnim domu, najdalej od wylotu wąwozu, trafił na coś
ciekawego. Niby nic wielkiego, ale zawsze coś. Dziadek wstał na sikanie
koło trzeciej i słyszał podjeżdżający samochód. Powiedział nawet, że
była dokładnie za kwadrans trzecia, ale nie zawracał sobie głowy
wyglądaniem przez okno, więc nie umiał nic powiedzieć o kierowcy ani o samochodzie. Tyle tylko, że nie był to nowy samochód, miał swoje lata.
Był kiedyś instruktorem jazdy i jeździł w życiu tyloma samochodami, że
był pewien: to był grat.
Super: dwie godziny chodzenia po domach, żeby się dowiedzieć, że
morderca prawdopodobnie przywiózł szczątki koło trzeciej, a samochód to
jakiś starszy model. Niewiele.
Trochę mu się humor poprawił, gdy wracając do komisariatu, przejeżdżał
przez plac i zobaczył, że pojawiły się kolejne nieprawidłowo parkujące
samochody. No to teraz sobie podmuchamy, aż będzie furczeć w płucach.
Długi dzwonek do drzwi przerwał Erice mozolną wędrówkę z odkurzaczem po
domu. Pot lał się z niej strumieniami. Zanim otworzyła drzwi, odgarnęła
z czoła mokre kosmyki. Musieli naprawdę gnać, żeby dojechać tak szybko.
- Cześć, grubasku!
Natychmiast znalazła się w mocnych objęciach, przekonując się przy
okazji, że nie tylko ona się poci. Nos tkwiący pod pachą Conny'ego
podpowiadał, że w porównaniu z nim pachnie jak róża.
Wydostała się z objęć Conny'ego, żeby przywitać się z jego żoną Brittą,
z którą dotąd spotkała się zaledwie parę razy. Podały sobie ręce. Dłoń
Britty była wiotka i wilgotna jak śnięta ryba. Erika wzdrygnęła się.
Musiała się zmusić, by nie wytrzeć ręki o spodnie.
- Ale brzuszysko! Masz tam bliźniaki, czy co?
Erika bardzo nie lubiła takich komentarzy, ale zdążyła już pogodzić się
z tym, że ludzie czują się upoważnieni nie tylko do komentowania, ale
nawet do poufałego dotykania jej brzucha. Zdarzało się, że macali ją po
brzuchu zupełnie obcy ludzie, którzy specjalnie w tym celu do niej
podeszli. Domyślała się, że zaraz się zacznie, i rzeczywiście - już po
chwili poczuła na brzuchu dłonie kuzyna.
- Będzie z niego piłkarz! Z takim kopem musi być chłopak. Dzieciaki,
chodźcie dotknąć!
Erika nie miała siły protestować i po chwili została zaatakowana przez
cztery rączki lepiące się od lodów. Zostawiały ślady na jej białej
koszulce. Na szczęście Lisa i Victor - lat sześć i osiem - szybko
stracili zainteresowanie.
- A co na to dumny ojciec? Pewnie liczy dni, co? - Conny nie czekał na
odpowiedź, a Erika przypomniała sobie, że umiejętność prowadzenia
rozmowy nie należy do jego mocnych stron. - Pamiętam, jak nasze
smarkacze przyszły na świat. Niesamowite przeżycie. Ale przekaż mu, żeby
ci tam nie zaglądał, bo na długo straci całą ochotę.
Zarechotał i szturchnął łokciem Brittę, która odpowiedziała niechętnym
spojrzeniem. Erika zdała sobie sprawę, że czeka ją bardzo długi dzień.
Oby Patrik wrócił do domu na czas.
Patrik delikatnie zapukał do pokoju Martina. Pozazdrościł mu porządku.
Biurko było tak czyste, że mogłoby służyć za stół operacyjny.
- Jak ci idzie? Znalazłeś coś?
Za odpowiedź wystarczył mu wyraz zniechęcenia malujący się na twarzy
Martina i potrząśnięcie głową. Szkoda. Na tym etapie śledztwa
najważniejsze jest ustalenie tożsamości kobiety. Przecież ktoś musi jej
szukać!
- A ty? - Martin kiwnął głową, wskazując na teczkę w ręku Patrika. -
Znalazłeś, czego szukałeś?
- Zdaje się, że tak.
Patrik wziął krzesło stojące pod ścianą i postawił obok Martina.
- Zobacz. Pod koniec lat siedemdziesiątych we Fjällbace zaginęły dwie
kobiety. Aż się dziwię, że zapomniałem. Przecież wtedy to była wiadomość
z pierwszych stron gazet. W każdym razie mam materiały zebrane w śledztwie.
Teczka, którą położył na biurku, była mocno zakurzona. Martina aż
swędziały ręce, żeby ją wytrzeć. Powstrzymało go ostrzegawcze spojrzenie
Patrika, który otworzył teczkę i pokazał mu znajdujące się z wierzchu
zdjęcia.
- To Siv Lantin, zaginęła w noc świętojańską 1979 roku. Miała
dziewiętnaście lat. - Patrik wyciągnął kolejne zdjęcie. - A to Mona
Thernblad, zaginęła dwa tygodnie później, miała osiemnaście lat. Nie
odnaleźli ich mimo bardzo rozległych poszukiwań, także w wodach
przybrzeżnych i tak dalej - wszędzie, gdzie można sobie wyobrazić. W jakimś rowie znaleziono rower należący do Siv, i to wszystko. W przypadku Mony nie znaleziono żadnego śladu poza jednym sportowym butem.
- Teraz i mnie się przypomniało. Był jakiś podejrzany, prawda?
Patrik przerzucił pożółkłe dokumenty i wskazał palcem nazwisko.
- Johannes Hult. A co najciekawsze, jego brat, Gabriel Hult, zadzwonił
na policję z informacją, że widział Johannesa, gdy w noc zaginięcia Siv
jechał z nią samochodem w kierunku swojego gospodarstwa w Bräcke.
- I jak policja potraktowała to doniesienie? Przecież jeśli się donosi
na własnego brata jako podejrzanego o morderstwo, to musi się za tym
kryć coś jeszcze.
- Hultowie są skłóceni od lat, wszyscy o tym wiedzieli. W związku z tym,
jak się zdaje, policja podeszła do tej informacji nieufnie, ale trzeba
było to sprawdzić, więc Johannes został kilkakrotnie przesłuchany. Ale
poza zeznaniem brata nie znaleziono przeciwko niemu żadnych dowodów.
Było tylko słowo przeciw słowu, więc go puścili.
- I co się z nim stało?
- Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że wkrótce potem odebrał sobie
życie. Szkoda, że nie ma Anniki. W mgnieniu oka mielibyśmy aktualne
dane. W teczce jest tego niewiele.
- I jesteś pewien, że te dwa szkielety to szczątki tych kobiet?
- Pewności nie mam, ale jest duże prawdopodobieństwo. Mamy do czynienia
z dwoma zaginięciami kobiet z końca lat siedemdziesiątych i z dwoma
szkieletami, dosyć starymi. Jakie jest prawdopodobieństwo, że to zbieg
okoliczności? Ale oczywiście dopóki nie zobaczę protokołu lekarza
sądowego, nie będę miał pewności. Postaram się, żeby jak najprędzej
dostał te dokumenty.
Patrik rzucił okiem na zegarek.
- O cholera, muszę przyśpieszyć. Obiecałem, że wrócę do domu wcześniej.
Przyjechał kuzyn Eriki. Muszę na wieczór przygotować krewetki i tak
dalej. Mógłbyś dopilnować, żeby patolog to dostał? I wymieńcie się
informacjami z Ernstem, może dowiedział się czegoś ciekawego.
Gdy wyszedł z komisariatu, odniósł wrażenie, jakby się zderzył ze
ścianą, taki był upał. Podszedł szybko do samochodu, żeby znaleźć się w klimatyzowanym wnętrzu. Jeżeli jego ten upał zwala z nóg, może sobie
tylko wyobrażać, jak się czuje Erika. Biedactwo.
Pech, że akurat dziś wypadły te odwiedziny. Domyślał się jednak, że
trudno jej było odmówić. Ale skoro Floodowie jutro mają jechać dalej,
zmarnują im tylko jeden wieczór. Włączył klimę i ruszył do Fjällbacki.
- Rozmawiałeś z Lindą? - Laine nerwowo zaciskała dłonie. Nie znosił tego
jej nawyku.
- Nie ma o czym. Ma robić, co jej każę, i tyle.
Gabriel nawet nie spojrzał na żonę i nie przerwał pisania. Odpowiadał
zdawkowo, ale Laine nie dawała się zbyć tak łatwo. Niestety. Pragnąłby -
już od wielu lat - aby jego żona częściej przedkładała milczenie nad
mowę. Bardzo by na tym zyskała.
Gabriel Hult miał osobowość księgowego. Uwielbiał zestawiać przychody i rozchody i na koniec robić bilans. Z całego serca nie znosił zaś
wszystkiego, co wiązało się z uczuciami i nie miało nic wspólnego z logiką. Mawiał, że człowiek powinien być zawsze schludny i dlatego mimo
letniego upału miał na sobie koszulę i nienagannie odprasowany garnitur,
chociaż z cieńszego materiału. Ciemne włosy, z wiekiem przerzedzone,
zaczesywał do góry, nie próbując ukrywać łysiny na środku głowy. Całości
dopełniały okrągłe okulary, zawsze na czubku nosa. Spoglądał znad nich
protekcjonalnie. Najważniejsza jest sprawiedliwość - to była jego
życiowa dewiza. Życzyłby sobie, aby kierowały się nią również osoby z najbliższego otoczenia, zamiast całą energię i siły poświęcać na
wytrącanie go ze stanu doskonałej równowagi, a tym samym obrzydzać mu
życie. Wszystko byłoby prostsze, gdyby go słuchały, zamiast wymyślać
jakieś głupstwa.
Jego największym zmartwieniem była Linda. Jacob w okresie dojrzewania
nie przysparzał mu tylu kłopotów. Wyobrażał sobie, że dziewczynki są
spokojniejsze i bardziej uległe od chłopców. Tymczasem na głowę spadło
mu nastoletnie monstrum, które zawsze ma inne zdanie i robi wszystko,
aby spaskudzić sobie życie. Nie podobał mu się głupi pomysł zostania
modelką. Wprawdzie ładna z niej dziewczyna, ale rozum niestety
odziedziczyła po matce i w twardym świecie mody nie miałaby
najmniejszych szans.
- Laine, rozmawialiśmy już o tym, nie zmieniłem zdania. Nie ma mowy,
żeby Linda jechała na sesję zdjęciową do jakiegoś podejrzanego
fotografa, który po prostu chce ją rozebrać. Linda ma się uczyć i już,
nie ma o czym dyskutować.
- Ale ona za rok skończy osiemnaście lat, a wtedy i tak zrobi, co będzie
chciała. Nie lepiej ją teraz wspierać, niż ryzykować, że za rok odejdzie
od nas na zawsze?
- Linda wie, kto jej daje pieniądze, i zdziwiłbym się bardzo, gdyby
zniknęła, nie zapewniając sobie stałego dopływu gotówki. Zapewni go
sobie, jeśli będzie się uczyć. Obiecałem jej comiesięczną sumę w zamian
za kontynuowanie nauki i obietnicy tej zamierzam dotrzymać. I nie życzę
sobie więcej o tym rozmawiać.
Laine nadal splatała i rozplatała dłonie. Zrozumiała, że przegrała, i ze
zwieszonymi ramionami wyszła z pokoju. Zamknęła delikatnie drzwi.
Gabriel westchnął z ulgą. Denerwowało go jej gadanie. Po tylu latach
małżeństwa powinna wiedzieć, że raz podjętej decyzji nie zmieni.
Zadowolenie i spokój wróciły dopiero, gdy znów zabrał się do pisania.
Komputerowe programy do księgowania nie zdobyły jego uznania. Uwielbiał
mieć przed sobą wielką księgę rachunkową z wypisanymi porządnie
szeregami cyfr, sumowanymi na każdej stronie. Skończył i zadowolony
rozparł się na krześle. Oto świat, nad którym sprawuje kontrolę.
Przez chwilę Patrik pomyślał, że chyba się pomylił. Czy to możliwe, żeby
to był ten sam cichy, spokojny dom, z którego wyjechał dziś rano? Poziom
hałasu przekraczał wszelkie dopuszczalne normy. Dom wyglądał, jakby ktoś
wrzucił do środka granat. Wszędzie walały się nieznane mu sprzęty, inne
leżały nie tam, gdzie powinny. Wyraz twarzy Eriki powiedział mu, że
powinien był zjawić się już godzinę, a jeszcze lepiej dwie godziny temu.
Ze zdumieniem doliczył się zaledwie dwójki dzieci i dwojga dorosłych.
Zdziwił się, bo robili zamieszanie jak całe przedszkole. Telewizor był
nastawiony bardzo głośno, na kanał z kreskówkami Disneya. Nieduży
chłopczyk biegał za jeszcze mniejszą dziewczynką z plastikowym
pistoletem w dłoni. Rodzice rozsiedli się wygodnie na werandzie. Wielki,
fajtłapowaty z wyglądu facet radośnie machnął Patrikowi na powitanie,
ale nie zawracał sobie głowy wstawaniem z kanapy. Nie chciał się odrywać
od półmiska z ciastkami.
Patrik poszedł do kuchni, do Eriki. Rzuciła mu się w ramiona.
- Kochany, zabierz mnie stąd. Musiałam ciężko zgrzeszyć w poprzednim
wcieleniu, że mnie to spotkało. Te dzieci to wcielone diabły, a Conny to
- Conny. Jego żona się prawie nie odzywa, kwaśna jak cytryna. Ratunku!
Niech się stąd wyniosą jak najprędzej.
- Idź, spokojnie weź prysznic, a ja się zajmę gośćmi. Przecież jesteś
cała mokra.
- Dziękuję, prawdziwy anioł z ciebie. Przygotowałam kawę. Piją już po
trzeciej filiżance, ale Conny zaczął dawać do zrozumienia, że ma ochotę
na coś mocniejszego. Sprawdź, co mamy.
- Załatwię to. Kochanie, już cię tu nie ma, bo jeszcze się rozmyślę.
Dostał całusa, a potem Erika z trudem zaczęła wdrapywać się po schodach
do łazienki.
- Ja chcę lody!
Victor zaczaił się za Patrikiem, celując do niego z pistoletu.
- Niestety, nie mamy w domu lodów.
- To idź kupić.
Patrik czuł, jak go ogarnia wściekłość na to bezczelne dziecko, ale
postarał się mówić uprzejmie i spokojnie.
- Nie mam zamiaru. Na werandzie są ciastka, możesz sobie wziąć.
- Ja chcę lody!!! - dzieciak wrzeszczał, podskakując. Ze złości aż
poczerwieniał na buzi.
- Powiedziałem, nie ma lodów! - Patrik tracił cierpliwość.
- LODY, LODY, LODY...
Victor nie dawał za wygraną, ale z oczu Patrika prawdopodobnie wyczytał,
że przebrał miarę. Umilkł i wycofał się z kuchni. Pobiegł z płaczem do
rodziców, którzy siedzieli na werandzie, zupełnie nie zwracając uwagi na
hałasy dobiegające z kuchni.
- TAATAA, ten wujek jest niedobry! Ja chcę LODY! LODY!
Patrik udawał, że nie słyszy, i z dzbankiem z kawą w dłoni poszedł się
przywitać. Conny wstał i wyciągnął rękę. Następnie Patrik miał wątpliwą
przyjemność uścisnąć rybią dłoń Britty.
- Victor jest na etapie sprawdzania, jak daleko może się posunąć. Nie
chcielibyśmy ograniczać rozwoju jego osobowości. Chodzi o to, by sam się
zorientował, gdzie przebiega granica między jego życzeniami a życzeniami
otoczenia.
Britta z czułością spojrzała na syna. Patrik przypomniał sobie, że jest
psychologiem. Cóż, jeśli ma takie poglądy na wychowanie, zapewne Victor,
gdy podrośnie, będzie miał częsty kontakt z przedstawicielami tego
zawodu. Conny zdawał się nie zwracać na nic uwagi. Uciszył syna,
wkładając mu do buzi spory kawałek ciastka. Sądząc po pulchnych
kształtach dziecka, była to sprawdzona metoda. Patrik musiał przyznać,
że rzeczywiście jest skuteczna i w swej prostocie bardzo pociągająca.
Erika wróciła spod prysznica ze znacznie weselszą miną. Patrik właśnie
stawiał na stole krewetki z dodatkami. Zdążył też przywieźć pizzę dla
dzieci, domyślając się, że tylko to zapobiegnie całkowitej katastrofie.
Zasiedli do stołu. Erika już otwierała usta, by zachęcić do jedzenia,
kiedy Conny zanurzył obie ręce w krewetkach i nałożył sobie jedną garść,
potem drugą, wreszcie trzecią. W misce zostało mniej niż połowa.
- Mmm, pycha. Macie przed sobą człowieka, który zna się na krewetkach. -
Conny poklepał się po brzuchu i rzucił się do jedzenia.
Patrik pomyślał o dwóch kilogramach nieprzyzwoicie drogich krewetek.
Westchnął w duchu i nałożył sobie garstkę. Nie zajęła wiele miejsca na
talerzu. Erika w milczeniu zrobiła to samo i podała miskę Britcie, która
z ponurą miną nałożyła sobie resztę.
Po nieudanej kolacji przygotowali gościom spanie w pokoju gościnnym i poszli do siebie, wymawiając się tym, że Erika musi odpocząć. Patrik
pokazał Conny'emu, gdzie trzyma whisky, po czym z ulgą poszedł na górę.
Tam był spokój.
Położyli się do łóżka i Patrik zaczął opowiadać, co się wydarzyło w ciągu dnia. Już dawno przestał przed nią ukrywać, co się dzieje w pracy.
Wiedział, że nikomu tego nie powtarza. Gdy doszedł do dwóch zaginionych
kobiet, nadstawiła ucha.
- Pamiętam, czytałam o tym. Myślicie, że to ich kości?
- Jestem tego prawie pewien. W przeciwnym razie byłby to wręcz
niewyobrażalny zbieg okoliczności. Gdy tylko dostaniemy protokół lekarza
sądowego, ruszymy ze śledztwem na poważnie. Na razie trzeba brać pod
uwagę najróżniejsze możliwości.
- Nie przydałaby ci się pomoc przy wyszukiwaniu materiałów z tamtego
okresu?
- Nie, nie, powinnaś odpoczywać. Nie zapominaj, że jesteś na zwolnieniu.
- Tak, ale ostatnio ciśnienie miałam w normie. Poza tym zaczynam
wariować od siedzenia w domu. Nawet nie zaczęłam nowej książki.
Książka o Alexandrze Wijkner i jej tragicznej śmierci odniosła wielki
sukces. Erika dostała umowę na następną książkę o zbrodni, która
wydarzyła się w rzeczywistości. Ciężko się nad nią napracowała,
kosztowała ją również wiele pod względem emocjonalnym, i po złożeniu jej
w wydawnictwie nie miała siły pisać kolejnej. Sprawę rozstrzygnęło
nadciśnienie, a w konsekwencji zwolnienie lekarskie. Z pewną niechęcią
odłożyła pracę nad nową książką do czasu, aż urodzi się dziecko. Ale
bezczynność ją męczyła.
- Przecież Annika jest na urlopie, więc tego nie zrobi. Poza tym to
wcale nie łatwa praca. Trzeba wiedzieć, gdzie szukać, a ja wiem.
Mogłabym zajrzeć tu i ówdzie...
- Nawet mowy nie ma. Jak dobrze pójdzie, Conny i jego dzika zgraja
wyjadą jutro rano, a ty masz potem odpoczywać, słyszysz? Teraz siedź
cicho, bo chcę pogadać z dzidziusiem. Trzeba zaplanować jego karierę
piłkarską.
- Albo jej.
- Albo jej. Chociaż w takim przypadku niech raczej gra w golfa. Damska
piłka nożna nie jest jeszcze zbyt dochodowa.
Erika westchnęła, ale posłusznie ułożyła się na wznak, by im ułatwić
rozmowę.
- Nie zorientowali się, że się wymykasz z domu? - Johan leżał na boku
obok Lindy, łaskocząc ją słomką.
- Nie, Jacob mi ufa. - Linda zmarszczyła czoło i zaczęła przedrzeźniać
poważny głos brata. - Słyszał o tym na kursie "nawiązywania dobrego
kontaktu z młodzieżą". Najgorsze, że większość to kupuje. Niektórzy
traktują to jak wyrocznię. Może jak człowiek dorasta bez ojca, to gotów
jest wszystko kupić. - Ze złością odepchnęła słomkę. - Przestań,
słyszysz?
- Bo co, pożartować nie można?
Zrobiło mu się przykro. Aby to załagodzić, Linda nachyliła się i pocałowała go. Ma dziś zły dzień i tyle. Rano dostała okres, czyli przez
tydzień nie będzie się kochać z Johanem. W dodatku na nerwy działał jej
wspaniały braciszek i jego równie wspaniała małżonka.
- Niech ten rok minie jak najprędzej, żebym mogła zwiać z tej cholernej
dziury!
Rozmawiali szeptem, żeby nikt nie odkrył ich kryjówki, ale dla
podkreślenia swoich słów Linda uderzyła w ścianę stodoły.
- Tak bardzo chcesz stąd uciec? Ode mnie też?
Johanowi robiło się coraz bardziej przykro. Linda musiała się ugryźć w język. Kiedy już znajdzie się w wielkim świecie, nawet nie spojrzy na
kogoś takiego jak Johan, ale dopóki musi tu być, Johan starczy za
rozrywkę. Ale nie dłużej. Oczywiście on nie musi o tym wiedzieć.
Przytuliła się do niego, zwinięta w kłębek jak mały kotek. Nie reagował,
więc chwyciła jego ramię i otoczyła nim swoje ciało. Palce Johana jakby
same z siebie zaczęły po nim wędrować. Linda uśmiechnęła się do siebie.
Mężczyźni tak łatwo dają sobą manipulować.
- A nie możesz jechać ze mną?
Spytała, wiedząc doskonale, że Johan nigdy w życiu nie zdoła się wyrwać
z Fjällbacki, a zwłaszcza oderwać się od brata. Czasem zastanawiała się,
czy jak idzie do ubikacji, też pyta o zgodę Roberta.
Nie odpowiedział.
- Rozmawiałaś ze swoim starym? Co mówi na to, że chcesz stąd wiać?
- A co ma mówić? Przez ten rok może mi jeszcze zabraniać, ale jak tylko
skończę osiemnaście lat, nie będzie miał nic do gadania. Co go zresztą
doprowadza do szału. Czasem myślę, że najchętniej wpisałby nas do tych
swoich ksiąg. Jacob - debet, Linda - kredyt.
- Jaki znowu debet?
Linda zaśmiała się.
- To pojęcia z dziedziny księgowości, nie przejmuj się.
- Ciekaw jestem, co by było, gdybym... - Johan utkwił spojrzenie gdzieś za
nią i gryzł słomkę.
- Gdybyś co?
- Gdyby mój stary nie stracił wszystkich pieniędzy. Może wtedy my
mieszkalibyśmy we dworze, a ty w domku z wujkiem Gabrielem i ciocią
Laine.
- Ale by było. Mama na dożywociu w domku. Biedna jak mysz kościelna.
Linda odchyliła głowę i roześmiała się tak serdecznie, że Johan musiał
ją uciszać, żeby jej nie usłyszeli w domu Jacoba i Marity, o rzut
kamieniem od stodoły.
- Może ojciec by żył. Matka nie siedziałaby całymi dniami nad tymi
albumami.
- Przecież to nie z powodu pieniędzy...
- A skąd wiesz? Skąd możesz wiedzieć, dlaczego to zrobił! - Jego głos
stał się donośny, krzykliwy.
- Wszyscy wiedzą.
Lindzie nie podobało się, że rozmowa zeszła na ten temat. Nie miała
odwagi spojrzeć Johanowi w oczy. Za milczącym porozumieniem rodzinna
waśń i wszystko, co się z nią łączyło, były tematem zakazanym.
- Wszyscy tak myślą, ale gówno wiedzą. I jeszcze ten twój brat. Mieszka
w naszym domu. Co za świństwo.
- To nie jego wina. - Linda czuła się dziwnie, broniąc brata, na którego
zwykle tak psioczyła, ale rodzina to rodzina. - Dostał gospodarstwo od
dziadka. Zresztą zawsze był gotów pierwszy stanąć w obronie Johannesa.
Johan wiedział, że Linda ma rację. Złość mu przeszła. Faktem jest, że
strasznie go bolało, gdy Linda czasem mówiła o swojej rodzinie.
Przypominała mu, co stracił. Nie miał wprawdzie odwagi jej tego
powiedzieć, ale uważał, że Linda jest niewdzięczna. Ona i jej rodzina
mają wszystko, podczas gdy jego rodzina nie ma nic. I gdzie tu
sprawiedliwość?
Jednocześnie gotów był wszystko jej wybaczyć. Nigdy nie kochał nikogo
tak gorąco. Płonął na sam widok jej leżącego obok smukłego ciała.
Chwilami nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, nie mógł pojąć, dlaczego
ta cudowna istota marnuje czas, aby się z nim spotykać. Teraz jednak nie
zamierzał się tym zajmować. Przyciągnął ją do siebie, zamknął oczy i wdychał zapach jej włosów. Odpiął guzik jej spodni, ale złapała go za
rękę.
- Nie mogę, mam okres. Daj, ja to zrobię.
Rozpięła mu spodnie. Johan położył się na wznak. Pod zamkniętymi
powiekami ujrzał migoczące niebo.
Minął zaledwie jeden dzień od znalezienia zwłok kobiety, a Patrika już
zaczęła dręczyć niecierpliwość. Przecież gdzieś ktoś się dziwi, że jej
nie ma. Zastanawia się, niepokoi, jest pełen coraz gorszych przeczuć. I te przeczucia miały się sprawdzić. Najbardziej zależało mu na ustaleniu
tożsamości kobiety. Chciał powiadomić tych, którzy ją kochali. Nie
śmierć jest najgorsza, lecz niepewność. Nie można przeżyć żałoby, dopóki
się nie wie, kogo lub co się opłakuje. Niełatwo przekazać taką
wiadomość, ale Patrik umiał już brać na siebie ten obowiązek. Wiedział,
że jest nieodłączną częścią jego pracy. Pomagać i wspierać. Ale przede
wszystkim trzeba ustalić, co się przydarzyło osobie, którą kochali.
Wczorajsze telefony Martina okazały się bezowocne. Sprawa identyfikacji
kobiety skomplikowała się jeszcze bardziej. W najbliższej okolicy nikt
nie zgłosił zaginięcia, co oznaczało, że pole poszukiwań należy
rozszerzyć na całą Szwecję, a może jeszcze dalej. Wydawało się to
przedsięwzięciem wręcz karkołomnym, więc szybko odrzucił tę myśl.
Stwierdził, że policja jest jedynym rzecznikiem nieznanej kobiety.
Martin zapukał delikatnie do drzwi.
- Jak mam szukać dalej? Mam rozszerzyć zasięg poszukiwań? Zacząć od
wielkich miast czy... - Uniósł brwi i ramiona w pytającym geście.
Patrik poczuł ciężar odpowiedzialności. Żadnych wskazówek, ale przecież
od czegoś trzeba było zacząć.
- Zacznij od wielkich miast. Göteborg jest już załatwiony, więc sprawdź
Sztokholm i Malmö. Niedługo powinniśmy dostać wstępny raport z zakładu
medycyny sądowej. Jeśli będziemy mieli szczęście, będzie się o co
zaczepić.
- Okej.
Martin wyszedł, uderzywszy dłonią w drzwi, i skierował się do swojego
pokoju. Usłyszał głośny sygnał z dyżurki i zawrócił na pięcie, by
wpuścić interesanta. Zwykle robiła to Annika, a pod jej nieobecność
wszyscy na zmianę.
Dziewczyna była wyraźnie zdenerwowana. Drobna, długie jasne warkocze i wielki plecak.
- I want to speak to someone in charge.
Mówiła z twardym akcentem, domyślał się, że niemieckim. Martin otworzył
jej i kiwnął, żeby weszła. Potem zawołał w głąb korytarza:
- Patrik, ktoś do ciebie.
Poniewczasie przyszło mu na myśl, że może powinien ją zapytać, o co
chodzi, ale Patrik już wychylił głowę ze swego pokoju i dziewczyna
zmierzała w jego kierunku.
- Are you the man in charge?
Przez moment Patrika kusiło, aby posłać ją dalej, do Mellberga, który
formalnie był szefem komisariatu, ale zmienił zdanie, bo była bardzo
zdenerwowana. Postanowił jej oszczędzić tego przeżycia. Przekazać
Mellbergowi ładną dziewczynę to jak posłać owieczkę na rzeź. Zwyciężył
instynkt opiekuńczy.
- Yes, how can I help you?
Gestem zaprosił ją, aby weszła i usiadła na krześle naprzeciw biurka.
Zręcznie zdjęła olbrzymi plecak i ostrożnie oparła o ścianę przy
drzwiach.
- My English is very bad. You speak German?1.
Patrik poszperał w pamięci, by przypomnieć sobie, czego nauczył się w szkole. Odpowiedź zależy od tego, co ona rozumie przez speak German.
Umiałby zamówić piwo i poprosić o rachunek, ale domyślał się, że nie
przyszła tu w takiej sprawie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki