Prowincja Bohuslän 1671
Elin nachyliła się, żeby posłać łóżko Britty. Złapała się za plecy.
Jeszcze się nie przyzwyczaiła do twardej pryczy w czworakach.
Spojrzała na piękne łóżko Britty, pozwoliła sobie nawet na odrobinę
zazdrości. Pokręciła głową i wyciągnęła rękę po pusty nocnik.
Ze zdziwieniem odkryła, że siostra nie dzieli z mężem ani sypialni, ani
łoża. Cóż, to nie jej sprawa. Inna rzecz, że dla niej najlepszą chwilą
był wieczór, kiedy mogła się przytulić do Pera. Leżąc w jego ciepłych,
bezpiecznych objęciach, miała wrażenie, że nic złego nie może spotkać
ani jej, ani Märty.
Jakże się myliła.
- Elin?
Drgnęła, słysząc łagodny głos pana domu. Była tak pogrążona w myślach,
że o mało nie upuściła nocnika.
- Słucham? - Odwróciła się, kiedy już zapanowała nad sobą.
Patrzył na nią swymi niebieskimi, przyjaznymi oczami. Poczuła, że się
czerwieni, i szybko spuściła wzrok.
Nie wiedziała, jak się zachowywać wobec szwagra. Zawsze był miły dla
niej i dla Märty. Był pastorem i panem tego domu, a ona zaledwie
służącą. Wdową żyjącą na cudzej łasce.
- Mały Jan mówi, że Elin potrafi odczynić chorobę. Moja najlepsza
mleczna krowa bardzo cierpi.
- To Stjärna? - spytała Elin ze wzrokiem utkwionym w podłogę. - Parobek
mówił coś rano.
- Tak, Stjärna. Widzę, że Elin jest zajęta, ale czy mogłaby pójść i spojrzeć na nią?
- Tak, oczywiście.
Odstawiła dzbanek i poszła za nim cicho do obory. Krowa leżała w głębi i muczała. Widać było, że ją boli i że trudno jej wstać. Elin kiwnęła
głową do parobka, Małego Jana, który stał obok i nie wiedział, co
począć.
- Niech idzie do kuchni i przyniesie trochę soli.
Kucnęła i delikatnie pogłaskała miękki krowi pysk. Stjärna miała szeroko
otwarte oczy. Ze strachu.
- Czy Elin potrafi jej pomóc? - spytał cicho Preben i również pogłaskał
łaciatą krówkę.
Ich ręce się zetknęły. Gwałtownie cofnęła swoją, jakby ją ukąsił wąż.
Znów poczuła, że się czerwieni. Wydawało jej się, że również pan domu
lekko pokraśniał. Szybko wstał, kiedy wrócił zasapany Mały Jan.
- Jest - powiedział, sepleniąc lekko, i podał jej solniczkę.
Elin wzięła ją i wysypała sobie na dłoń sporą kupkę soli. Palcem
wskazującym prawej ręki kręciła w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek
zegara, jednocześnie wymawiając zaklęcie, którego nauczyła ją babcia.
- Nasz Pan Jezus szedł po górach i dolinach, uzdrawiał i odczyniał
uroki. Słowo Boże, amen.
- Amen - powtórzył Preben, a za nim Mały Jan.
Stjärna muczała.
- I co teraz? - spytał Preben.
- Trzeba czekać. Odczynianie solą zazwyczaj pomaga, ale to może potrwać.
Zależy to też od tego, jak ciężka jest niemoc. Zajrzyjcie do niej jutro
rano. Myślę, że już będzie dobrze.
- Mały Jan słyszał - powiedział Preben. - Jutro skoro świt ma zajrzeć do
krowy.
- Tak jest, panie - odparł Mały Jan i wyszedł.
Preben zwrócił się do Elin:
- Gdzie się Elin nauczyła takich rzeczy?
- Od babki - odparła krótko.
Nadal czuła niepokój po tym, jak zetknęły się ich ręce.
- Czemu jeszcze Elin potrafi zaradzić? - spytał i oparł się o żłób.
Zaszurała lekko stopą i niechętnie odpowiedziała:
- Chyba większości niedomagań, byle nie nazbyt poważnych.
- Zarówno u ludzi, jak i zwierząt? - dopytywał się Preben z ciekawością.
- Tak - odparła.
Zdziwiła się, że Britta nigdy nie wspomniała o tym mężowi, choć Mały Jan
opowiedział mu o jej umiejętnościach. Ale pewnie nie było w tym nic
dziwnego, bo kiedy mieszkały jeszcze u ojca, jej siostra zawsze z lekceważeniem wypowiadała się o jej babce i jej mądrościach.
- Niech opowie więcej - powiedział Preben, ruszając do wyjścia.
Poszła za nim. Niechętnie, bo uważała, że nie uchodzi, żeby gawędziła z panem domu. Zaraz ich wezmą na języki. Ale pomyślała: to on tu rządzi,
więc poszła za nim. Na podwórzu stała Britta. Wzięła się pod boki i patrzyła mrocznym wzrokiem. Elin poczuła się tak, jakby serce zjechało
jej do żołądka. Właśnie tego się bała. On niczego nie ryzykował, ona
mogła popaść w niełaskę. A z nią Märta.
Miała rację, że obawiała się życia na łasce młodszej siostry. Britta
była złośliwa i wymagająca. Zarówno ona, jak i Märta miały już do
czynienia z jej ostrym językiem.
- Elin pomogła mi przy Stjärnie - powiedział Preben, patrząc spokojnie w oczy żony. - A teraz idzie nakryć do stołu. Podpowiedziała mi, żebyśmy
pobyli trochę we dwoje, bo ostatnio sporo wyjeżdżałem w sprawach
parafii.
- Podpowiedziała? - powtórzyła podejrzliwie Britta, ale już łagodnym
tonem. - W takim razie dobrze zrobiła.
Energicznie wzięła go pod rękę.
- Okropnie mi brakowało pana męża. Ostatnio trochę mnie zaniedbywał -
powiedziała.
- Moja kochana żona ma absolutną rację - odparł, kierując się do domu. -
Ale zaraz temu zaradzimy. Elin powiedziała, że za pół godziny możemy
zasiąść do stołu, i bardzo dobrze, bo będę mógł się przygotować, żeby
przy mej pięknej żonie nie wyglądać na oberwańca.
- E, ty nigdy nie będziesz oberwańcem - zaprotestowała Britta i lekko
trzepnęła go po ramieniu.
Zapomnieli o Elin. Idąc za nimi, odetchnęła z ulgą. Znała ten mrok w spojrzeniu siostry. Wiedziała, że nic jej nie powstrzyma przed
zaszkodzeniem temu, kto według niej zrobił jej coś złego. Tym razem
Preben uratował ją i Märtę. Była mu za to nieskończenie wdzięczna.
Chociaż to on postawił ją w tej sytuacji. Nie powinien był tego robić.
Pośpiesznie ruszyła do kuchni. Miała pół godziny, żeby nakryć do stołu i skłonić kucharkę do przygotowania czegoś wyjątkowego. Poprawiła fartuch,
mając w pamięci ciepło dłoni Prebena.
- OJCIEC, CO ROBISZ?
Bill był tak zaabsorbowany tekstem, że drgnął, kiedy usłyszał głos syna.
Potrącił filiżankę, na biurko chlupnęło trochę kawy.
Odwrócił się do stojącego w drzwiach Nilsa.
- Pracuję nad nowym projektem - powiedział i odwrócił ekran, żeby syn
mógł zobaczyć.
- Milsi ludzie - odczytał głośno Nils z pierwszej strony w PowerPoincie.
Pod spodem zdjęcie żaglówki sunącej po wodzie.
- Co to jest?
- Pamiętasz ten film, który oglądaliśmy? Mili ludzie Filipa i Fredrika.
Przytaknął.
- O tych czarnuchach, którzy mieli grać w bandy.
Bill się skrzywił.
- O Somalijczykach, którzy mieli grać w bandy. Nie mówi się czarnuchy.
Nils wzruszył ramionami.
Bill spojrzał na stojącego w półmroku syna. Ręce trzymał nonszalancko w kieszeniach, jasna grzywka opadała mu na oczy. Pojawił się w ich życiu
dość późno. Nie był dzieckiem planowanym ani nawet szczególnie
upragnionym. Gun miała już czterdzieści pięć lat, on prawie
pięćdziesiąt, a dwaj bracia Nilsa już dawno byli starszymi nastolatkami.
Gun upierała się, że urodzi, mówiła, że musi w tym być jakiś sens. Ale
on nigdy nie nawiązał z Nilsem takiego kontaktu jak z dwoma starszymi
synami. Zabrakło mu sił, może woli, żeby przewijać, przesiadywać przy
piaskownicy albo po raz trzeci odrabiać z dzieckiem matmę.
Odwrócił ekran z powrotem.
- To prezentacja dla mediów. Chciałbym jakoś pomóc uchodźcom
mieszkającym w naszej okolicy zintegrować się ze szwedzkim
społeczeństwem.
- Będziesz ich uczył grać w bandy? - spytał Nils, wciąż z rękami w kieszeniach.
- Nie widzisz łódki? - Bill wskazał na ekran. - Nauczą się żeglować! A potem wezmą udział w regatach dookoła Dannholmen.
- Regaty dookoła Dannholmen to nie to samo co mistrzostwa świata w bandy, w których brały udział tamte czarnuchy - zauważył Nils. - To
całkiem inny kaliber.
- Nie mów czarnuchy!
Na pewno robi to po to, żeby mnie zdenerwować, pomyślał Bill.
- Wiem, że nasze regaty to impreza na niewielką skalę, ale tu, w Szwecji, będzie to miało symboliczne znaczenie i ściągnie uwagę mediów.
Zwłaszcza w związku z filmem, który teraz kręcą.
- Pod warunkiem, że to rzeczywiście uchodźcy. Przecież przyjeżdżają
tylko ci, których na to stać. Wiem, czytałem w sieci. A te niby dzieci,
które przyjeżdżają, noszą brody i wąsy.
- Ależ Nils!
Bill spojrzał na syna, który z podniecenia aż poczerwieniał. Jakby
patrzył na kogoś obcego. Gdyby go nie znał, pomyślałby, że jest...
rasistą. Niemożliwe, nastolatki po prostu za mało wiedzą o świecie. Tym
bardziej powinien zrealizować swój projekt. Większość ludzi jest dobra,
potrzebują tylko, żeby ich lekko popchnąć we właściwą stronę.
Wykształcenie. O to chodzi. Wkrótce Nils się przekona, jak bardzo się
myli.
Usłyszał, jak Nils zamyka drzwi. Jutro spotkanie organizacyjne, trzeba
przygotować wszystko dla mediów. To będzie wielka sprawa. Naprawdę
wielka.
- Halo! - zawołała Paula, wchodząc z Johanną do mieszkania. Każda niosła
na biodrze dziecko, oprócz tego miały trzy walizki i dwa wózki.
Paula uśmiechnęła się do Johanny i postawiła na podłodze najcięższą
walizkę. Urlop na Cyprze z trzylatkiem i niemowlęciem nie był najlepszym
pomysłem, ale jakoś to przeżyły.
- W kuchni jestem!
Słysząc głos matki, Paula się odprężyła: jeśli ona i Bertil są tutaj, to
zajmą się dziećmi, a one będą mogły spokojnie się rozpakować. Albo
odłożyć wszystko do jutra, rzucić się na łóżko, pogapić na jakiś film i przy nim zasnąć.
Rita uśmiechnęła się, kiedy weszły do kuchni. Nie było nic
nadzwyczajnego w tym, że stoi i gotuje w ich kuchni, jakby była u siebie. Rita i Bertil mieszkali piętro wyżej, ale od kiedy urodziły się
dzieci, granica między ich mieszkaniami zatarła się na tyle, że
właściwie mogliby je połączyć schodami.
- Zrobiłam wam enchiladas, pomyślałam, że będziecie głodne po podróży.
Fajnie było?
Wyciągnęła ręce do Lisy.
- Tak. A właściwie nie - odparła Paula, z przyjemnością oddając
niemowlę. - Zastrzel mnie, jeśli kiedyś znów powiem, że fajnie byłoby
wyjechać na tydzień z dziećmi.
- Faktycznie, to był twój pomysł - mruknęła Johanna, starając się
obudzić Lea.
- To był koszmar - dodała Paula. Skubnęła kawałek złotawego sera
pokrywającego enchiladę. - Wszędzie dzieci, dorośli chodzili w tym upale
przebrani za przytulanki, śpiewając jakąś cholerną pieśń bojową.
- To chyba niewłaściwe określenie - zaśmiała się Johanna.
- Dobra, to była sekciarska indoktrynacja. Gdybym musiała wysłuchać tej
pieśni jeszcze raz, na pewno udusiłabym wielkiego włochatego misia.
- Opowiedz o fontannie czekolady - wtrąciła Johanna.
Paula jęknęła.
- O Boże. Co wieczór był bufet, głównie dla dzieci. Naleśniki, klopsiki,
pizza i spaghetti w ogromnych ilościach. Plus fontanna czekolady. Pewien
dzieciak, Linus, dał się zapamiętać w sposób szczególny. Wszyscy go
znali, bo matka ciągle za nim latała i wrzeszczała: nie, Linus, tak nie
wolno, Linus! Linus, nie kop dziewczynki! Jego tatuś od śniadania
pociągał piwo. A ostatniego dnia...
Johanna zdusiła chichot, a Paula wzięła talerz, nałożyła sobie enchilady
i usiadła przy stole.
- Ostatniego dnia wpadł prosto na tę fontannę czekolady i ją przewrócił.
Czekolada rozlała się po całej podłodze, a ten mały rzucił się i zaczął
w niej taplać. Matka, cała w histerii, biegała w kółko.
Paula odgryzła spory kęs i westchnęła. Pierwszy raz od tygodnia jadła
coś, co było przyprawione jak trzeba.
- Dziadzia Bertil? - powiedział Leo, budząc się w ramionach Johanny.
- Właśnie, gdzie Bertil? - spytała Paula. - Już śpi przed telewizorem?
- Nie... - odparła Rita. - Jest w pracy.
- Tak późno?
Mellberg raczej nie brał wieczornych dyżurów.
- Musiał. A ty jesteś jeszcze na urlopie macierzyńskim - powiedziała
Rita, patrząc z wahaniem na Johannę.
Zdawała sobie sprawę, że niełatwo było przekonać jej córkę do wzięcia
urlopu. Johanna stale się obawiała, że Paula wróci do pracy wcześniej.
Plan był taki, że lato spędzą razem, całą rodziną.
- Co się dzieje? - spytała Paula, odkładając sztućce.
- Szukają kogoś, kto zaginął.
- Kto zaginął?
- Dziecko - odparła Rita, nie patrząc jej w oczy. - Czteroletnia
dziewczynka.
Znała swoją córkę.
- Od jak dawna jej nie ma?
- Możliwe, że od wczorajszego wieczoru, ale rodzice zorientowali się
dopiero późnym popołudniem, więc poszukiwania trwają dopiero od paru
godzin.
Paula spojrzała błagalnie na Johannę. Johanna popatrzyła na Lea i kiwnęła głową.
- Jasne, leć. Przyda im się każda pomoc.
- Kocham cię, pędzę.
Wstała i pocałowała swoją partnerkę w policzek.
- Gdzie to jest? - spytała, stojąc w przedpokoju i wciągając cienką
letnią kurteczkę.
- Jakieś gospodarstwo. Bertil mówił o gospodarstwie Bergów.
- Bergów?
Paula znieruchomiała. Znała to miejsce. I jego historię. Nie miała
złudzeń, to nie mógł być zwykły zbieg okoliczności.
Karim zapukał do drzwi. Wiedział, że Adnan jest u siebie, i nie
zamierzał odejść, dopóki nie otworzy. Doświadczenia ze świata, w którym
pukanie do drzwi bywa równoznaczne ze śmiercią, sprawiły, że ludzie
otwierali niechętnie. Karim załomotał. W końcu drzwi się otworzyły.
Na widok wielkich oczu Adnana Karim prawie pożałował, że tak walił.
- Rozmawiałem przed chwilą z Rolfem. Powiedział, że cała Fjällbacka
szuka zaginionej dziewczynki. Musimy pomóc.
- Dziewczynki? Dziecka?
- Tak. Rolf mówił, że ma cztery lata. Przypuszczają, że zabłądziła w lesie.
- Pewnie, że musimy pomóc. - Adnan odwrócił się i sięgnął po kurtkę. -
Khalil! Chodź!
Karim się cofnął.
- Popukaj do innych. Powiedz ludziom, że zbieramy się przy kiosku. Rolf
obiecał, że nas podwiezie.
- Jasne. Śpieszmy się, dziecko nie powinno być w nocy samo w lesie.
Karim zapukał do kolejnych drzwi. Słyszał, że Khalil i Adnan robią to
samo. Po chwili okazało się, że zmobilizowali kilkanaście osób. Rolf
będzie musiał obrócić dwa albo nawet trzy razy, żeby wszystkich
podwieźć, ale to na pewno nie problem. Miły człowiek. Pomocny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
- MYŚLISZ, ŻE mama będzie w białej sukience? - spytała Erika, odwracając
się na łóżku do Patrika.
- Rzeczywiście, bardzo śmieszne - odparł.
Zaśmiała się i szturchnęła go w bok.
- Dlaczego tak ci przeszkadza, że wychodzi za mąż? Ojciec od dawna ma
drugą żonę, więc co w tym dziwnego?
- Wiem, że to głupie. - Patrik pokręcił głową. Spuścił nogi z łóżka i zaczął wciągać skarpetki. - Lubię Gunnara i czuję ulgę, że mama nie
będzie sama... - Wstał i włożył dżinsy. - Po prostu nie zdążyłem się do
tego przyzwyczaić. Odkąd pamiętam, mama była zawsze sama, więc jeśli się
w to wgłębić, pewnie to problem na linii matka - syn. Nie mieści mi się
w głowie... że mama może... współżyć.
- Chcesz powiedzieć, że mama i Gunnar chodzą ze sobą do łóżka?
Patrik zatkał uszy rękami.
- Przestań!
Śmiejąc się, rzuciła w niego poduszką. Od razu do niej wróciła.
Rozpętała się prawdziwa wojna. Patrik rzucił się na nią. Zapasy szybko
przeszły w pieszczoty i przyśpieszone oddechy. Erika wyciągnęła ręce i właśnie zaczęła mu rozpinać pierwszy guzik spodni.
- Co wy robicie?
Znieruchomieli na dźwięk jasnego głosiku Mai i odwrócili się do drzwi.
Stała w nich nie tylko Maja: również obaj bliźniacy przyglądali się
leżącym na łóżku rodzicom.
- Trochę się łaskotaliśmy - odparł zasapany Patrik i wstał.
- Załóż w końcu zasuwkę! - syknęła Erika, zasłaniając się kołdrą.
Usiadła na łóżku i spróbowała się uśmiechnąć.
- Idźcie na dół i zacznijcie szykować śniadanie, zaraz przyjdziemy.
Patrik zdążył się już ubrać i popchnął dzieci przed sobą.
- A jak nie możesz sam założyć, to poproś Gunnara. Mam wrażenie, jakby
był w ciągłym pogotowiu z tą swoją skrzynką z narzędziami. Chyba że jest
zajęty twoją mamą...
- Odpuść - zaśmiał się Patrik i wyszedł.
Erika położyła się, uśmiechając się do siebie. Mogła jeszcze chwilkę
poleżeć. Nie musiała chodzić do pracy na określoną godzinę, co w sytuacji, kiedy człowiek jest swoim własnym szefem, może być plusem, ale
również minusem. Praca pisarza wymaga charakteru i dyscypliny
wewnętrznej, czasem brakowało jej też kontaktu z ludźmi. Ale kochała to
swoje pisanie. Lubiła tchnąć życie w bohaterów swoich opowieści,
dokumentować ich losy i dowiadywać się, co się zdarzyło i dlaczego.
Rzecz, nad którą obecnie pracowała, nęciła ją od dawna. Sprawa małej
Stelli, uprowadzonej i zamordowanej przez Helen Persson i Marie Wall,
głęboko wzburzyła mieszkańców Fjällbacki i nadal ich poruszała.
W dodatku Marie Wall właśnie wróciła do Fjällbacki. Podziwiana gwiazda
Hollywood przyjechała, żeby zagrać w filmie o Ingrid Bergman. Miasteczko
aż się trzęsło od plotek.
Wszyscy znali te dziewczyny albo ich rodziny i wszyscy przeżyli szok,
gdy tamtego lipcowego popołudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego
piątego roku zwłoki Stelli odnaleziono w leśnym stawie.
Odwracając się na bok, Erika zastanawiała się, czy słońce świeciło wtedy
równie mocno jak tego dnia. Sprawdzi, kiedy już przyjdzie czas, żeby
przejść przez przedpokój do gabinetu. Jeszcze chwilę poczeka. Zamknęła
oczy i słuchając głosów Patrika i dzieci dochodzących z kuchni, z parteru, zapadła w drzemkę.
Helen pochyliła się i rozejrzała. Spocone dłonie oparła na kolanach.
Pobiła własny rekord, chociaż wybiegła później niż zwykle.
Patrzyła na rozciągające się przed nią błękitne, krystaliczne morze, ale
w środku miała burzę. Wyprostowała się i objęła, ale nie mogła
powstrzymać drżenia. W tym momencie jakby ktoś przeszedł po moim grobie
- mawiała jej matka. Może rzeczywiście. Nie w tym sensie, że przeszedł
po j e j grobie. Po jakimś.
Czas spuścił zasłonę na to, co było, wspomnienie było bardzo niewyraźne.
Pamiętała przede wszystkim głosy domagające się odpowiedzi, chciały
wiedzieć, co dokładnie się stało. Pytania powtarzały się raz za razem, w końcu sama już nie wiedziała, co było ich prawdą, a co jej.
Wtedy powrót do Fjällbacki i układanie sobie życia na nowo wydawały jej
się zupełnie niemożliwe. Ale z biegiem lat szepty i krzyki ucichły,
przeszły w ciche pomrukiwania, żeby w końcu zupełnie zamilknąć. Znów
stała się niekwestionowaną częścią tutejszej rzeczywistości.
Znów się zacznie gadanie. Wszystko wróci. I jak to zwykle bywa różne
wydarzenia zbiegły się w czasie. Po liście od Eriki Falck, która
napisała, że pracuje nad książką i chciałaby się z nią spotkać, przez
kilka tygodni nie mogła spać. Musiała odnowić receptę na tabletki,
których już od lat nie brała. Bez nich nie dałaby rady, a potem na
dodatek dowiedziała się, że wróciła Marie.
Trzydzieści lat minęło. Żyli z Jamesem w ciszy i spokoju, wiedziała, że
James właśnie tak chce. W końcu przestaną gadać, mówił. I miał rację.
Mroczny czas minął szybko, powinna tylko dbać o to, żeby nadal wszystko
było jak należy. A wspomnienia udało jej się zepchnąć w niepamięć. Aż do
teraz. Pod powiekami mignął jej wyraźny obraz twarzy Marie. I radosny
uśmiech Stelli.
Znów skierowała wzrok na morze, starała się podążać za nielicznymi
falami. Ale obrazy nie chciały odpłynąć. Marie wróciła, a wraz z nią
nadciągnęła katastrofa.
- Przepraszam, gdzie tu jest toaleta?
Sture spojrzał zachęcająco na Karima i pozostałych uczestników lekcji
szwedzkiego w ośrodku dla uchodźców w Tanumshede.
Wszyscy starali się w miarę możliwości powtarzać za nim.
- Przepraszam, gdzie tu jest toaleta?
- Ile to kosztuje? - ciągnął Sture.
Za nim chór:
- Ile to kosztuje?
Karim zmagał się ze sobą, usiłując połączyć głoski wymawiane przez
Sturego, który stał przed tablicą z wypisanymi zwrotami. Wszystko było
inne. Litery, które mieli czytać, i dźwięki, które mieli wydawać.
Rozejrzał się po pokoju, w którym siedziało sześć zdeterminowanych osób.
Pozostali albo korzystali ze słońca i grali w piłkę, albo leżeli w swoich domkach. Jedni próbowali przespać kolejny dzień, podczas gdy inni
wymieniali maile z przyjaciółmi i krewnymi, którzy zostali na miejscu i z którymi wciąż można się było skontaktować, albo surfowali po portalach
informacyjnych. Niewiele znajdowali wiadomości z kraju. Rząd uprawiał
propagandę, a światowe media natrafiały na trudności, kiedy próbowały
wysyłać tam korespondentów. W poprzednim życiu Karim był dziennikarzem,
więc zdawał sobie sprawę, jakim problemem jest zdobycie prawdziwych i aktualnych relacji z kraju ogarniętego wojną, zwłaszcza tak rozdartego
przez siły wewnętrzne i zewnętrzne jak Syria.
- Dziękuję, że nas do siebie zaprosiliście.
Karim prychnął. Nigdy nie będzie miał okazji tego powiedzieć. Szybko się
nauczył, że Szwedzi są bardzo zdystansowani. W ogóle nie mieli z nimi
kontaktu, jeśli nie liczyć Szwedów pracujących w ośrodku dla uchodźców.
Żyli jakby w małym państwie w państwie, w izolacji od świata
zewnętrznego. Za towarzystwo mieli tylko siebie. I wspomnienia z Syrii.
Dobre, ale przede wszystkim złe. Przez wielu przeżywane wciąż na nowo.
Karim starał się wyprzeć je z pamięci. Wojnę, która stała się
codziennością. A potem długą podróż do ziemi obiecanej na północy
Europy.
Udało mu się przetrwać. Razem z ukochaną Aminą i swoimi skarbami
Hassanem i Samią. Tylko to się liczyło. Zdołał ich dowieźć w bezpieczne
miejsce, gdzieś, gdzie mają przed sobą jakąś przyszłość. W snach widział
ciała unoszące się na wodzie, ale kiedy otworzył oczy, znikały. On i jego rodzina są tutaj. W Szwecji. Tylko to się liczy.
- A jak się mówi, kiedy się uprawia z kimś seks?
Mówiąc to, Adnan się zaśmiał. On i Khalil byli najmłodsi. Siedzieli obok
siebie i podpuszczali się nawzajem.
- Więcej szacunku - odezwał się po arabsku Karim, rzucając im gniewne
spojrzenie.
Wzruszył ramionami i spojrzał przepraszająco na Sturego, który lekko
kiwnął głową.
Khalil i Adnan przyjechali do Szwecji sami, bez rodziny i przyjaciół.
Udało im się wyrwać z Aleppo, zanim ucieczka stała się zbyt
niebezpieczna. Ucieczka albo pozostanie na miejscu. Jedno i drugie
oznaczało to samo śmiertelne zagrożenie.
Mimo tego oczywistego braku szacunku Karim nie potrafił się na nich
gniewać. Przecież to jeszcze dzieci. Wystraszone i samotne w obcym
kraju. Została im tylko zuchwałość. Wszystko było obce. Karim rozmawiał
z nimi po lekcjach. Ich rodziny wysupłały ostatni grosz, żeby tylko
przedostali się do Szwecji. Na ich barkach spoczął niemały ciężar: nie
tylko zostali wysłani do zupełnie obcego świata, ale też oczekiwano od
nich, żeby jak najprędzej urządzili się na miejscu tak, żeby móc
ściągnąć rodziny z ogarniętej wojną Syrii. Rozumiał ich, ale uważał, że
nie wolno im odnosić się do nowej ojczyzny bez szacunku. Nawet jeśli
Szwedzi się ich boją, to przecież ich przyjęli. Dali strawę i dach nad
głową. A Sture poświęcał im swój wolny czas, żeby ich uczyć, jak pytać,
ile coś kosztuje i gdzie jest toaleta. Karim wprawdzie nie rozumiał
Szwedów, ale był im dozgonnie wdzięczny za to, co zrobili dla jego
rodziny. Nie wszyscy się z nim zgadzali, a ci, którzy nie szanowali
nowego kraju, szkodzili pozostałym. Przez nich Szwedzi robili się
jeszcze bardziej podejrzliwi.
- Jaka dziś ładna pogoda - powiedział wyraźnie stojący przed tablicą
Sture.
- Jaka dziś ładna pogoda - powtórzył Karim i się uśmiechnął.
Już po dwóch miesiącach pobytu w Szwecji zrozumiał, dlaczego Szwedzi tak
się cieszą, kiedy świeci słońce. Cholerna psia pogoda - to był jeden z pierwszych zwrotów, jakich się nauczył po szwedzku. Chociaż wciąż mu nie
wychodziło to "pś" na początku.
- Jak często uprawia się seks, kiedy jest się w tym wieku? Jak myślisz?
- spytała Erika i pociągnęła łyk musującego wina.
Anna wybuchnęła głośnym śmiechem, ściągając na siebie spojrzenia
pozostałych gości kawiarni na molo.
- Serio pytasz, siostra? Nad tym się zastanawiasz? Jak często matka
Patrika chodzi do łóżka?
- No wiesz, myślę w szerszym kontekście - odparła Erika, nabierając
łyżką owoce morza. - Ile jeszcze lat fajnego współżycia zostało? A może
w którymś momencie człowiek traci zainteresowanie seksem? Utrzymuje się
na tym samym poziomie czy zamiast tego człowiek czuje nieodpartą
potrzebę rozwiązywania krzyżówek albo sudoku i zajadania się pralinkami?
- No więc...
Anna pokręciła głową, starała się usadowić w miarę wygodnie. Patrząc na
nią, Erika poczuła gulę w gardle. Nie tak dawno miały straszliwy wypadek
samochodowy. Anna straciła dziecko, którego się spodziewała. Blizny na
zawsze pozostaną na jej twarzy, ale wkrótce urodzi następne dziecko,
owoc miłości do Dana. Życie bywa naprawdę zaskakujące.
- Myślisz na przykład, że...
- Jeśli choćby napomkniesz o naszych rodzicach, to wstanę i wyjdę -
powiedziała Anna, podnosząc ostrzegawczo dłoń. - Nawet myśleć o tym nie
chcę.
Erika się zaśmiała.
- Okej, nie napomknę, ale jak myślisz, jak często uprawiają seks
Kristina i Bob Budowniczy?
- Erika! - Anna zasłoniła twarz rękami i znów pokręciła głową. -
Skończcie wreszcie z nazywaniem biednego Gunnara Bobem Budowniczym. I to
tylko dlatego, że jest uczynny i zręczny.
- Dobra, więc porozmawiajmy o ślubie. Ty też zostałaś poproszona o radę
w sprawie sukni? Nie mogę sama doradzać i robić dobrej miny, kiedy
będzie mi pokazywać kolejną koszmarnie ciotkowatą kreację.
- Owszem, mnie też poprosiła. - Anna starała się pochylić, żeby
dosięgnąć swojej kanapki z krewetkami.
- Połóż ją od razu na brzuchu - zaproponowała z uśmiechem Erika.
Anna odpowiedziała wściekłym spojrzeniem.
Oboje z Danem cieszyli się na to dziecko, ale w taki upał chodzenie w ciąży było mało przyjemne, zwłaszcza że jej brzuch był wręcz
gigantycznych rozmiarów.
- Może spróbujemy na nią wpłynąć? Ma świetną figurę, w talii jest
szczuplejsza ode mnie i ma lepsze piersi, tylko boi się je pokazywać.
Pomyśl, jak by jej było ładnie w wąskiej, koronkowej sukni z dekoltem.
- Jeżeli chcesz przeprowadzić akcję metamorfoza, to proszę, beze mnie -
odparła Anna. - Cokolwiek włoży, będę jej mówić, że wygląda wspaniale.
- Cykor z ciebie.
- Pilnuj swojej teściowej, a ja będę pilnowała swojej.
Z prawdziwą przyjemnością odgryzła kęs kanapki z krewetkami.
- Dobra, chociaż Esther jest cholernie męcząca - zauważyła Erika,
przypominając sobie miłą matkę Dana, która nigdy nie pozwoliłaby sobie
na jakąkolwiek krytykę albo odmienny pogląd.
Pamiętała ją z czasów, kiedy sama chodziła z Danem.
- Masz rację, udała mi się - odparła Anna i zaklęła, bo kanapka
wylądowała na jej brzuchu.
- Nie martw się, przy takich balonach i tak nie widać brzucha -
powiedziała Erika, wskazując na piersi Anny w rozmiarze G.
- Zamknij się.
Anna próbowała zetrzeć majonez z sukienki. Tymczasem Erika pochyliła
się, ujęła w dłonie twarz młodszej siostry i pocałowała ją w policzek.
- A to co? - spytała zdumiona Anna.
- Kocham cię - odpowiedziała Erika krótko i podniosła do góry kieliszek.
- Za nas, Anno. Za ciebie, za mnie i naszą zwariowaną rodzinę. Za
wszystko, co przeszłyśmy, co przeżyłyśmy, i za to, że już niczego przed
sobą nie ukrywamy.
Anna zamrugała oczami, a potem podniosła szklankę z colą i stuknęła się
z Eriką.
- Za nas.
Przez mgnienie oka Erice wydawało się, że we wzroku Anny dojrzała coś
mrocznego, ale musiało to być złudzenie.
Sanna pochyliła się nad krzakiem jaśminowca i wciągnęła w nozdrza
zapach. Inaczej niż zwykle nie podziałał na nią uspokajająco. Wokół
kręcili się klienci: podnosili doniczki, ładowali na taczki ziemię, ale
prawie ich nie zauważała. Miała przed oczami tylko jedno: fałszywy
uśmiech Marie Wall.
Nie mieściło jej się w głowie, że wróciła. Po tylu latach. Jakby nie
wystarczyło, że musi się natykać w miasteczku na Helen i jeszcze kiwać
jej głową na dzień dobry.
Pogodziła się z tym, że Helen jest niedaleko, co pewien czas wpadała na
nią i w jej oczach czytała poczucie winy, z biegiem lat zjadające ją
coraz bardziej. Natomiast Marie nigdy nie pokazała po sobie, że żałuje,
a jej uśmiechnięte zdjęcia były we wszystkich tabloidach.
Teraz wróciła. Fałszywa, piękna, roześmiana Marie. Kiedyś chodziły do
tej samej klasy w Kyrkskolan1. Z zazdrością patrzyła na jej
długie rzęsy i kręcone blond włosy aż do pasa, ale już wtedy dostrzegła
w niej zło.
Dzięki Bogu, że chociaż rodzice nie dożyli widoku uśmiechniętej Marie w Fjällbace. Miała trzynaście lat, kiedy mama umarła na raka wątroby, a piętnaście, kiedy ostatnie tchnienie wydał ojciec. Lekarze nie potrafili
określić bezpośredniej przyczyny zgonu, ale ona i tak wiedziała. Umarł z żalu.
Pokręciła głową i ból natychmiast przypomniał jej o sobie.
Musiała potem zamieszkać u ciotki Linn, ale nigdy nie poczuła się tam u siebie. Dzieci ciotki i wujka Paula były od niej dużo młodsze. Nie
wiedzieli, co począć z nastoletnią sierotą. Nie byli dla niej źli ani
niemili, na pewno się starali, ale pozostali obcy.
Wybrała naukę w odległym technikum rolniczym i prawie zaraz po maturze
poszła do pracy. Od tamtej pory treścią jej życia była praca. Prowadziła
nieduże gospodarstwo ogrodnicze na obrzeżach Fjällbacki. Zarobek był
niewielki, ale wystarczał, żeby mogła utrzymać siebie i córkę. Więcej
nie potrzebowała.
Po śmierci Stelli jej rodzice umarli za życia. Nawet ich rozumiała. Są
ludzie, którzy rodzą się z wyjątkowo silnym urokiem, i Stella do nich
należała. Zawsze radosna, miła, gotowa obdzielać wszystkich całusami i uściskami. Gdyby Sanna mogła w tamten upalny letni poranek umrzeć
zamiast niej, zrobiłaby to.
Ale to Stellę znaleźli w leśnym jeziorku. Wtedy wszystko się skończyło.
- Przepraszam, czy jest jakaś odmiana róż łatwiejsza w uprawie od
innych?
Drgnęła i podniosła wzrok. Spojrzała na kobietę, której wcześniej nie
zauważyła.
Kobieta się uśmiechnęła, zmarszczki na jej twarzy się wygładziły.
- Kocham róże, ale niestety nie mam ręki do kwiatów - dodała.
- Chodzi pani o jakiś konkretny kolor? - spytała Sanna.
Była prawdziwą specjalistką od kojarzenia ludzi i roślin. Jedni pasują
do kwiatów wymagających różnych zabiegów i większej uwagi. Tacy potrafią
zadbać o dobrostan orchidei, żeby kwitła raz po raz i żeby mogli spędzić
razem wiele szczęśliwych lat. Inni ledwo dają sobie radę sami ze sobą i potrzebują roślin cierpliwych i mocnych. Może nie kaktusów - te
zostawiała dla najcięższych przypadków. Takim proponowała na przykład
skrzydłokwiat Wallisa albo monsterę dziurawą. Połączenie właściwej
rośliny z właściwym człowiekiem stawiała sobie za punkt honoru.
- Różowy - odparła klientka z rozmarzeniem. - Uwielbiam róż.
- W takim razie mam dla pani właściwą różę. Gęstokolczastą. Musi się
pani trochę postarać przy sadzeniu. Trzeba wykopać głęboki dół i dobrze
go nawodnić. Następnie podsypać trochę nawozu. Dam pani odpowiedni
rodzaj. A potem wsadzi pani krzak róży. Zasypie ziemią i znów podleje.
Podlewanie jest bardzo ważne na początku, kiedy roślina się ukorzenia.
Potem wystarczy pilnować, żeby nie uschła. I przyciąć na przedwiośniu.
Mówi się, że trzeba to robić wtedy, kiedy na brzozach pojawiają się
mysie uszka.
Kobieta patrzyła rozkochanym wzrokiem na krzak róży, który włożyła jej
do wózka. Sanna doskonale ją rozumiała. Róże mają w sobie coś
szczególnego. Często porównywała do nich ludzi. Stella byłaby różą
francuską. Piękną, wspaniałą, z kilkoma warstwami płatków.
Kobieta chrząknęła.
- Wszystko w porządku? - spytała.
Sanna pokręciła głową. Zdała sobie sprawę, że znów pogrążyła się we
wspomnieniach.
- W porządku, jestem tylko trochę zmęczona. To przez ten upał...
Kobieta przytaknęła.
Ale nie było w porządku. Zło wróciło. Ona wyczuwała to tak samo wyraźnie
jak zapach róż.
Urlopu z dziećmi raczej nie da się zaliczyć do czasu wolnego, pomyślał
Patrik. To dziwna kombinacja czegoś cudownego i absolutnie
wyczerpującego. Zwłaszcza teraz, pomyślał. Był sam z całą trójką, bo
Erika umówiła się na lunch z Anną. W dodatku wbrew własnym przekonaniom
wybrał się z nimi nad morze, bo w domu zaczynali już chodzić po
ścianach. Zwykle potrafił ich pogodzić, dzięki temu, że wymyślał im
jakieś zajęcia. Niestety zapomniał, że plaża wszystko utrudnia. Przede
wszystkim ze względu na ryzyko utonięcia. Ich dom stał w Sälvik,
dokładnie nad kąpieliskiem, i Patrik nie raz budził się zlany potem, bo
śniło mu się, że któreś z dzieci zabłąkało się na plażę. Do tego jeszcze
ten piach. Noel i Anton nie tylko obrzucali piachem inne dzieci, co
ściągało na Patrika gniewne spojrzenia ich rodziców, ale na dodatek z niezrozumiałego powodu pakowali go sobie do buzi. Żeby jeszcze był to
sam piach. Patrik wzdrygał się na myśl o znajdujących się w nim
obrzydliwościach. Dopiero co wyrwał Antonowi niedopałek papierosa. Było
tylko kwestią czasu, kiedy trafi na kawałek szkła. Albo torebkę po
porcyjce snusu.
Dzięki Bogu za Maję. Czasem miał wyrzuty sumienia, że mała bierze na
siebie tak dużą odpowiedzialność za braciszków, ale Erika mówiła, że
Maja to lubi. Podobnie jak ona lubiła się opiekować młodszą siostrą.
A teraz Maja pilnowała, żeby bliźniacy nie wchodzili za głęboko,
wyprowadzała ich na brzeg, sprawdzała, co wkładają do buzi, i pomagała
innym dzieciom otrzepywać się z piachu. Patrik czasem wolałby, żeby nie
była taka porządna. Bał się, że jeśli zawsze będzie taką dzielną
dziewczynką, w przyszłości nieuchronnie dorobi się wrzodów żołądka.
Odkąd parę lat wcześniej przydarzyły mu się problemy z sercem, zdawał
sobie sprawę, że musi o siebie dbać, znajdując czas na odpoczynek i odprężenie. Można by się zastanawiać, czy zapewni mu to urlop z dziećmi.
Kochał je wprawdzie ponad wszystko, ale musiał się przyznać przed samym
sobą, że czasem tęskni za spokojem w komisariacie w Tanumshede.
Marie Wall odchyliła się na leżaku i sięgnęła po drinka. Bellini,
szampan z sokiem brzoskwiniowym. Nie tak smaczny jak u Harry'ego w Wenecji. Niestety. Tutaj nie mają świeżych brzoskwiń. Drink był
uproszczonym wariantem taniego szampana, który wstawiły jej do lodówki
skąpiradła z wytwórni filmowej, zmieszanego z sokiem Proviva. Ale niech
będzie. Zażądała, żeby kiedy przyjedzie, składniki drinka były już na
miejscu.
Powrót wiązał się dla niej z dziwnym uczuciem. Oczywiście nie powrót do
domu, bo dom został dawno rozebrany. Ciekawe, czy mieszkańców nowego,
który został zbudowany na miejscu starego, nie nawiedzają złe duchy,
zważywszy na to, co się tam stało. Raczej nie. Zło pewnie poszło do
grobu razem z jej rodzicami.
Wypiła kolejny łyk. Ciekawe, gdzie są teraz właściciele tego domku. Przy
tak pięknej sierpniowej pogodzie powinni spędzić tam tydzień i cieszyć
się nim, zwłaszcza że jego budowa i wyposażenie musiały kosztować
ładnych kilka milionów. Nawet jeśli nie bywają w Szwecji zbyt często.
Prawdopodobnie siedzą w swojej przypominającej pałac rezydencji w Prowansji, którą Marie obejrzała sobie w internecie. Bogacze rzadko
zadowalają się czymś gorszym od doskonałości. Nawet jeśli chodzi o letni
dom.
Ale była im wdzięczna, że zgodzili się go wynająć. Śpieszyła tam po
każdym dniu zdjęciowym. Wiedziała, że na dalszą metę to się nie uda, że
pewnego dnia znów spotka Helen, uprzytomni sobie, ile kiedyś dla siebie
znaczyły i jak bardzo się wszystko zmieniło. Ale wciąż nie była na to
gotowa.
- Mamo!
Przymknęła oczy. Od zawsze próbowała nauczyć Jessie, żeby zwracała się
do niej po imieniu, a nie tym okropnym określeniem. Ale jej córka
uparcie mówiła do niej mama, jakby w ten sposób mogła zamienić Marie w pulchną mamuśkę robiącą wypieki.
- Mamo!
Wołanie dobiegło zza jej pleców. Zdała sobie sprawę, że się przed nią
nie schowa.
- Tak? - odezwała się, sięgając po kieliszek.
Bąbelki drapały ją w gardle. Z każdym łykiem jej ciało stawało się
bardziej miękkie i elastyczne.
- Chcielibyśmy z Samem wypłynąć jego łódką, możemy?
- Pewnie - odparła i wypiła następny łyk.
Mrużąc oczy, spojrzała spod kapelusza na córkę.
- Chcesz trochę?
- Mamo, ja mam piętnaście lat - westchnęła Jessie.
Boże, jaka porządna, aż trudno uwierzyć, że jest jej córką. Na szczęście
po przyjeździe do Fjällbacki udało jej się poznać jakiegoś chłopaka.
Opadła z powrotem na leżak i zamknęła oczy, ale zaraz znów je otworzyła.
- No i dlaczego jeszcze stoisz? Zasłaniasz mi słońce. Próbuję się trochę
opalić. Po lunchu mam zdjęcia i chcą, żebym miała naturalną opaleniznę.
Ingrid była podczas urlopów na Dannholmen opalona na czekoladkę.
- Ja... - zaczęła Jessie, ale szybko odwróciła się na pięcie i wyszła.
Marie usłyszała głośne trzaśnięcie i uśmiechnęła się do siebie.
Nareszcie sama.
Bill Andersson zdjął pokrywę i wyjął z koszyka kanapkę przygotowaną
przez Gun. Spojrzał w niebo i natychmiast zamknął koszyk. Mewy są tak
szybkie, że wystarczy chwila nieuwagi, a porwą cały lunch. Zwłaszcza na
pomoście.
Gun szturchnęła go lekko w bok.
- To dobry pomysł - powiedziała. - Szalony, ale dobry.
Zamknął oczy i odgryzł kęs.
- Naprawdę tak myślisz czy mówisz tak tylko po to, żeby zadowolić
swojego starego?
- A od kiedy ja mówię cokolwiek po to, żeby cię zadowolić? -
odpowiedziała Gun i Bill musiał jej przyznać rację.
W ciągu czterdziestu wspólnie spędzonych lat niewiele było takich
sytuacji, kiedy jego żona powstrzymała się od powiedzenia czegoś prosto
z mostu.
- Faktem jest, że od czasu, kiedy obejrzałem tamten film, wciąż o tym
myślę i wydaje mi się, że tutaj też powinno zadziałać. Rozmawiałem z Rolfem z ośrodka dla uchodźców, niefajnie się tam dzieje. Ludzie mają
tyle obaw, że nawet do nich nie podchodzą.
- Tu, w Fjällbace, wystarczy, że jesteś ze Strömstad2, jak
ja, żeby cię uważali za obcego. Może nie ma się co dziwić, że nie witają
Syryjczyków z otwartymi ramionami.
Sięgnęła po następną bułeczkę, świeżo kupioną u Zetterlindów, i posmarowała grubo masłem.
- W takim razie pora zmienić to nastawienie - stwierdził Bill, robiąc
szeroki gest ręką. - Oni uciekli z dziećmi i skromnym dobytkiem od wojny
i nieszczęść, w drodze spotkało ich drugie tyle nieszczęść. Powinniśmy
przynajmniej doprowadzić do tego, żeby ludzie zaczęli z nimi rozmawiać.
Jeżeli ludzi z Somalii można nauczyć jeździć na łyżwach i grać w bandy,
to chyba Syryjczyków da się nauczyć żeglować? Zresztą czy Syria nie leży
nad jakąś wodą? Może oni już umieją?
Gun pokręciła głową.
- Nie mam pojęcia, serce moje, wygoogluj sobie.
Bill sięgnął po iPada. Leżał obok, bo przed południem zmagali się z sudoku.
- Owszem, Syria leży nad morzem, ale trudno powiedzieć, ilu ich mogło
tam bywać. Zawsze mówię, że każdy może się nauczyć żeglarstwa, a teraz
jest okazja to udowodnić.
- Nie wystarczy, że będą żeglować dla przyjemności? Muszą się zaraz
ścigać?
- W filmie Trevligt folk3 właśnie o to chodziło. Zmotywowało
ich wyzwanie. Potraktowali to jako swoiste statement4.
Aż się uśmiechnął z zadowolenia, że umie się wyrazić nie tylko mądrze,
ale do tego błyskotliwie.
- Dobrze, ale po co to - jak mówiłeś? - statement?
- Inaczej nie wzbudzi takiego odzewu. Jeśli się tym zainspiruje więcej
osób, jak było ze mną, to pójdzie dalej i podziała jak kręgi na wodzie,
uchodźcom będzie łatwiej zintegrować się ze społeczeństwem.
Oczami wyobraźni widział już, jak tworzy ogólnospołeczny ruch. Wielkie
przemiany muszą mieć jakiś początek. Zaczęło się od mistrzostw świata w bandy dla Somalijczyków, następnym krokiem będą regaty z udziałem
Syryjczyków, a potem to już wszystko będzie możliwe!
Gun uśmiechnęła się i położyła dłoń na jego ręce.
- Jeszcze dziś pojadę porozmawiać z Rolfem i postaram się zorganizować
zebranie w ośrodku dla uchodźców - powiedział Bill, sięgając po następną
bułkę.
Pomyślał chwilę, potem wziął jeszcze jedną i rzucił mewom. W końcu one
też muszą jeść.
Eva Berg wyrwała nać i włożyła do stojącego obok koszyka. Serce jak
zwykle zabiło jej żywiej, kiedy się rozejrzała. To wszystko ich.
Historia tego miejsca wcale im nie przeszkadzała. Żadne z nich nie było
przesądne. Kiedy dziesięć lat wcześniej kupili gospodarstwo od Strandów,
ludzie oczywiście gadali o nieszczęściach, które ich spotkały. Ale jeśli
dobrze zrozumiała, chodziło o tragedię, która potem spowodowała resztę.
Tragiczne losy rodziny Strandów nie miały nic wspólnego z samym
gospodarstwem.
Pochyliła się przy pieleniu, nie zważając na ból w kolanach. Dla niej i dla Petera to miejsce było prawdziwym rajem. Oboje pochodzili z miasta,
jeśli Uddevallę można nazwać miastem, ale zawsze marzyli o zamieszkaniu
na wsi. Gospodarstwo koło Fjällbacki było z wielu względów idealne. Z powodu tragedii, która się tam rozegrała, cena była niska i mogli sobie
pozwolić na jego kupno. Eva miała nadzieję, że nasycili to miejsce
dostatecznie dużą dozą miłości i pozytywnej energii.
A najważniejsze, że Nei było w tym domu tak dobrze. Dali jej na imię
Linnea, ale ona od małego mówiła na siebie Nea, więc Eva i Peter też tak
mówili. Miała już cztery lata i tak mocny charakter, że Eva truchlała na
myśl o tym, że kiedyś będzie nastolatką. Więcej dzieci raczej nie będą
mieli, więc kiedy nadejdzie ten moment, oboje skupią się na niej. Na
razie wydawało się to bardzo odległe. Nea szalała po podwórku. Jej jasną
twarzyczkę okalała chmura blond włosów, które odziedziczyła po mamie.
Eva bała się, że jej córeczka spiecze się na słońcu, ale przybywało jej
tylko piegów.
Usiadła i starła pot z czoła przegubem, żeby się nie pobrudzić
rękawicami ogrodowymi. Uwielbiała pielić grządki w warzywniku.
Kontrastowało to, i to mocno, z pracą w biurze. I jeszcze ten wręcz
naiwny zachwyt, który czuła, kiedy nasiona wyszły z ziemi, rośliny się
pleniły, dojrzewały i w końcu można je było zebrać. Uprawiali je tylko
na własne potrzeby, nie daliby rady wyżyć z gospodarstwa, ale mieli
ogród warzywny, zielnik i własne ziemniaki. Czasem niemal miała wyrzuty
sumienia, że wiedzie im się tak dobrze. Lepiej, niż sobie kiedykolwiek
wyobrażała: miała Petera, Neę i ten dom, i nie potrzebowała niczego
więcej.
Zabrała się do wyrywania marchewek. Z daleka zobaczyła, jak Peter
nadjeżdża traktorem. W tygodniu pracował w zakładzie Tetra Pak, ale czas
wolny najchętniej spędzał na traktorze. O świcie, na długo zanim się
obudziła, wyjechał, zabierając kanapki i termos kawy. Do gospodarstwa
należał kawałek lasu. Postanowił go trochę przetrzebić, więc wiedziała,
że wróci z drewnem na zimę, spocony i brudny, obolały i szeroko
uśmiechnięty.
Włożyła marchewki do koszyka i odstawiła. Będą na kolację. Zdjęła
rękawice, położyła je i ruszyła do męża. Mrużąc oczy, próbowała dostrzec
na traktorze Neę. Pewnie jak zwykle przysnęła. Wstała tak wcześnie, bo
uwielbiała chodzić z ojcem po lesie. Mamę na pewno kochała, ale tatę
ubóstwiała.
Peter wjechał na podwórko.
- Cześć, kochanie - odezwała się Eva, kiedy wyłączył silnik.
Zobaczyła, że się uśmiecha, i serce zabiło jej szybciej. Wciąż, po tylu
latach, miała miękkie nogi, kiedy na niego patrzyła.
- Cześć! Fajnie spędziłyście dzień?
- Tak...
Jak to: spędziłyście?
- A wy? - spytała.
- Jacy wy? - Dał jej spoconego całusa.
Rozejrzał się.
- Gdzie Nea? Ucięła sobie popołudniową drzemkę?
Poczuła, że szumi jej w uszach, usłyszała, jak mówi jakby z oddali:
- Myślałam, że jest z tobą.
Spojrzeli na siebie i w tym momencie zawalił im się świat.
Sprawa Stelli
Linda spojrzała na Sannę podskakującą na siedzeniu.
- Jak myślisz, co powie Stella, kiedy zobaczy, ile dostałaś nowych
ciuchów?
- Myślę, że się ucieszy - odparła Sanna z uśmiechem i na moment zrobiła
się podobna do młodszej siostrzyczki. Potem zmarszczyła nos w ten swój
charakterystyczny sposób. - Ale może będzie trochę zazdrosna.
Wjeżdżając na podwórko, Linda się uśmiechnęła. Sanna była kochającą
siostrą.
- Powiemy jej, że też dostanie nowe, ładne ciuchy, kiedy będzie szła do
szkoły.
Nie zdążyła do końca zatrzymać samochodu, kiedy Sanna wyskoczyła, żeby
wyciągnąć torby z zakupami.
Otworzyły się drzwi, Anders wyszedł przed dom.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała Linda. - Wstąpiłyśmy jeszcze
na coś słodkiego.
Anders patrzył na nią z dziwnym wyrazem twarzy.
- Wiem, że niedługo pora kolacji, ale Sanna bardzo chciała iść do
cukierni - ciągnęła Linda, uśmiechając się do córki, która szybko
uściskała ojca i wbiegła do domu.
Anders pokręcił głową.
- Nie o to chodzi. Ja... Stella nie wróciła.
- Jak to nie wróciła?
Spojrzała na męża i poczuła ucisk w żołądku.
- No nie wróciła. Dzwoniłem i do Marie, i do Helen. Żadnej nie ma w domu.
Linda odetchnęła i zatrzasnęła drzwi samochodu.
- Spóźniają się i tyle. Wiesz, jaka jest Stella. Pewnie chciała iść
przez las i wszystko im pokazać.
Pocałowała Andersa w usta.
- Na pewno masz rację - powiedział, ale jakoś bez przekonania.
Zadzwonił telefon. Anders pośpieszył do kuchni odebrać.
Linda zmarszczyła czoło i nachyliła się, żeby zdjąć buty. Zdenerwował
się, to aż do niego niepodobne, ale pewnie od godziny chodzi i zastanawia się, co się mogło stać.
Wyprostowała się. Mąż stanął przed nią z wyrazem twarzy, który ją
zmroził.
- Dzwonił KG5. Helen już wróciła, właśnie siadają do kolacji.
Dzwonił też do Marie. Obie mówią, że odprowadziły Stellę około piątej.
- Co ty mówisz?!
Anders włożył sportowe buty.
- Przeszukałem całe obejście, ale może poszła do lasu i zabłądziła.
Linda przytaknęła.
- Trzeba jej szukać.
Podeszła do schodów i zawołała do córki:
- Sanna! Idziemy z tatą szukać Stelli. Pewnie poszła do lasu. Wiesz, jak
to lubi. Niedługo wrócimy.
Spojrzała na męża. Nie chcieli okazać, że się niepokoją.
Pół godziny później już tego nie ukrywali. Anders ściskał kierownicę
pobielałymi dłońmi. Przeszukali las przylegający do ich parceli, potem
jeździli drogą tam i z powrotem, zwalniając wszędzie tam, gdzie Stella
lubiła się bawić, ale nigdzie jej nie było.
Linda położyła rękę na kolanie męża.
- Musimy wracać.
Skinął głową i spojrzał na nią. Miał w oczach ten sam lęk co ona.
Trzeba zadzwonić na policję.
GÖSTA FLYGARE WERTOWAŁ leżącą przed nim kupkę papierów. Sierpniowy
poniedziałek, więc papierów było niedużo. Nie miał nic przeciwko temu,
żeby pracować latem. Co pewien czas robił rundkę po polu golfowym, poza
tym nie miał wiele do roboty. Ebba wpadała wprawdzie od czasu do czasu,
ale po narodzinach kolejnego dziecka jej wizyty stały się rzadsze. Nawet
to rozumiał. Wystarczało mu, że go zaprasza w odwiedziny do Göteborga, i to, że zaproszenie zawsze jest równie serdeczne jak szczere. Taka
odrobina rodziny to zawsze lepiej niż nic. A urlop w samym środku lata
niech sobie weźmie raczej Patrik, który ma małe dzieci. On i Mellberg
mogą posiedzieć we dwóch, jak para starych koni dyszlowych, i pozałatwiać bieżące sprawy. Co pewien czas zaglądał Martin, żeby rzucić
okiem na staruchów, jak mówił, ale według niego chodziło mu raczej o towarzystwo. Od śmierci Pii nie poznał żadnej kobiety. Gösta uważał, że
to niedobrze. Fajny gość z tego Martina, a jego córeczce przydałaby się
kobieca opieka. Wiedział, że Annika, sekretarka, czasem bierze do siebie
małą Tuvę. Mówi mu, że po to, żeby się pobawiła z jej córeczką Leią. Ale
to za mało. Tuva potrzebuje mamy. Tymczasem Martin nie jest jeszcze
gotów na nowy związek i nie ma na to rady. Miłość przychodzi, kiedy sama
zechce. W jego życiu była tylko jedna kobieta. Uważał jednak, że Martin
jest na coś takiego za młody.
Wiedział, że niełatwo spotkać nową miłość. Uczucia nie da się wzbudzić
na komendę, zresztą w takiej małej miejscowości podaż jest dość
ograniczona. W dodatku Martin dawniej, zanim poznał Pię, był niezłym
kobieciarzem, a w takich przypadkach istnieje ryzyko, że dojdzie do
powtórki. Raczej bez szans na pozytywny wynik, skoro nie udało się za
pierwszym razem. Ale co on może o tym wiedzieć? Jego wielką miłością
była jego żona Maj Britt, z którą dzielił całe dorosłe życie. Ani przed
nią, ani po niej nie było dla niego żadnej kobiety.
Z rozmyślań wyrwał go głośny dzwonek telefonu.
- Komisariat policji w Tanumshede.
Chwilę słuchał uważnie.
- Już jedziemy. Proszę podać adres.
Zanotował, odłożył słuchawkę i bez pukania wpadł do sąsiedniego pokoju.
Mellberg drgnął, obudzony z głębokiego snu.
- Co jest, do cholery? - spytał, gapiąc się na niego.
Pożyczka, którą bez powodzenia starał się zakryć łysinę, zsunęła mu się
z czubka głowy. Wprawnym gestem zarzucił ją na miejsce.
- Zaginęło dziecko - odparł Gösta. - Dziewczynka, cztery lata. Nie ma
jej od rana.
- Od rana? I dopiero teraz dzwonią? - Mellberg zerwał się z fotela.
Gösta spojrzał na zegarek. Parę minut po trzeciej.
Zaginięcia dzieci nie należały do zwykłych przypadków. Latem mieli do
czynienia najczęściej z pijakami, włamaniami i kradzieżami, pobiciami,
czasem usiłowaniem gwałtu.
- Matka myślała, że jest z ojcem, a ojciec, że z matką. Powiedziałem, że
już jedziemy.
Mellberg wsunął stopy w buty stojące obok biurka. Jego pies, Ernst,
który też się obudził, znudzony opuścił łeb. Najwyraźniej to zamieszanie
nie miało oznaczać ani spaceru, ani jedzenia.
- O co chodzi? - spytał Mellberg, truchtając za Göstą do garażu.
Do auta dotarł mocno zasapany.
- To gospodarstwo Bergów - odpowiedział Gösta. - Tam, gdzie dawniej
mieszkali Strandowie.
- O cholera - zaklął Mellberg.
Słyszał i czytał o tym, co się wydarzyło całe lata przed jego przybyciem
do Fjällbacki. Ale Gösta był wtedy na miejscu. Nowa sprawa wydała mu się
nieprzyjemnie znajoma.
- Halo?
Patrik otrzepał wprawdzie rękę, ale i tak zapiaszczył sobie telefon.
Drugą, wolną ręką wyjął paczkę herbatników i pudełko z pokrojonymi
jabłkami i machnął do dzieci, żeby podeszły. Noel i Anton zaczęli sobie
wyrywać paczkę z herbatnikami. Skończyło się na tym, że większość spadła
w piach. Obserwowali to inni rodzice. Patrik niemal czuł, jak prychają.
Nawet ich rozumiał. Uważał, że on i Erika są dobrymi rodzicami, a jednak
bliźniacy zachowywali się czasem tak, jakby wzrastali wśród wilków.
- Erika, zaczekaj chwilę - powiedział. Z westchnieniem pozbierał
herbatniki i zdmuchnął z nich piach.
Noel i Anton zjedli już tyle piasku, że jeszcze trochę pewnie im nie
zaszkodzi.
Maja wzięła pudełko z ćwiartkami jabłek, postawiła je sobie na kolanach
i rozejrzała się po plaży. Patrik patrzył na jej szczuplutkie plecy i włosy wijące się na karku od wilgoci. Jak zwykle nie udało mu się ich
związać w ogonek, ale i tak była śliczna.
- Już, mogę mówić. Jesteśmy na plaży, właśnie mieliśmy mały incydent z herbatnikami, musiałem sobie poradzić...
- Aha. Poza tym wszystko dobrze? - spytała.
- Oczywiście - skłamał, starając się wytrzeć dłonie o kąpielówki.
Noel i Anton brali i zajadali herbatniki. Piasek zgrzytał im w zębach.
Nad nimi krążyła mewa. Tylko czekała na odpowiedni moment. Nic z tego.
Bliźniacy potrafili pochłonąć paczkę herbatników w rekordowym czasie.
- Już zjadłam lunch - powiedziała Erika. - Przyjść do was?
- Bardzo proszę - odparł. - Weź ze sobą termos kawy, bo zapomniałem
zabrać.
- Zrozumiano. Your wish is my command6.
- Dzięki, kochanie, nie masz pojęcia, jak mi się chce kawy.
Odkładając słuchawkę, uśmiechał się. Co za szczęście: pięć lat
małżeństwa i troje dzieci, a on, kiedy słyszy głos Eriki w słuchawce,
nadal ma motylki w brzuchu. Była najlepszym, co mu się w życiu
przytrafiło. No i dzieci, ale ich nie byłoby bez Eriki.
- To mama? - spytała Maja. Odwróciła się do niego, osłaniając oczy
dłonią.
Ależ ona jest czasem podobna do matki, pomyślał z satysfakcją, bo w jego
oczach Erika była najpiękniejsza.
- Tak, mama zaraz tu przyjdzie.
- Jak fajnie! - zawołała Maja.
- Czekaj, dzwonią z pracy, muszę odebrać - powiedział, naciskając
zieloną słuchawkę.
Na wyświetlaczu zobaczył imię: Gösta. Wiedział, że nie dzwoniłby do
niego podczas urlopu, gdyby nie chodziło o coś ważnego.
- Cześć, Gösta - odezwał się. - Chwileczkę. Maju, daj chłopakom po
kawałku jabłka, dobrze? I zabierz Noelowi tego lizaka, do którego
właśnie się dobiera... Dzięki, córeczko. Przepraszam cię, Gösta, już
słucham. Jestem na plaży w Sälvik z dzieciakami, panuje tu nieopisany
zamęt...
- To ja przepraszam, że ci przeszkadzam na urlopie - odparł Gösta - ale
pomyślałem, że pewnie chciałbyś wiedzieć. Dostaliśmy zgłoszenie o zaginięciu dziecka, dziewczynki. Nie ma jej od rana.
- Co ty mówisz? Od rana?
- Tak. Nie wiem jeszcze nic więcej, ale jadę z Mellbergiem do jej
rodziców.
- Gdzie mieszkają?
- Właśnie o to chodzi. To gospodarstwo Bergów.
- O cholera. - Patrik zlodowaciał. - Czy to nie tam mieszkała Stella
Strand?
- Właśnie.
Patrik spojrzał na swoje dzieci. W tym momencie bawiły się w miarę
spokojnie. Na samą myśl o tym, że któreś z nich mogłoby zaginąć, robiło
mu się słabo. Nie zastanawiał się długo. Gösta nie powiedział wprawdzie
wprost, ale najwyraźniej chciał, żeby mu ktoś pomógł, ktoś oprócz
Mellberga.
- Przyjadę - zdecydował. - Erika będzie za jakieś piętnaście minut,
wtedy wyruszę.
- Wiesz, gdzie to jest?
- Oczywiście - odparł Patrik.
Pewnie, że wiedział. Od jakiegoś czasu w domu często mówiło się o tym
miejscu. Wciskając czerwoną słuchawkę, poczuł rosnące napięcie. Pochylił
się i mocno przytulił całą trójkę. Wyrywali się tak, że cały był
obsypany piaskiem. Ale to nie miało żadnego znaczenia.
- Trochę śmiesznie to wygląda - stwierdziła Jessie.
Odgarnęła włosy, które wiatr zwiewał jej na twarz.
- Jak to śmiesznie? - spytał Sam, mrużąc oczy od słońca.
- Nie wyglądasz na faceta... z łódką.
- A jak wygląda facet z łódką?
Skręcił ster, żeby wyminąć żaglówkę.
- Ojej, wiesz, co mam na myśli. Na nogach żeglarskie buty z pomponami,
granatowe szorty, koszulka polo i zawiązany na ramionach sweter w serek.
- I żeglarska czapka, co? - Sam uśmiechnął się lekko. - A skąd to wiesz?
Raczej nie pływałaś po morzu.
- Nie, ale widziałam na filmie. I w gazetach.
Sam tylko udawał, że nie rozumie. Pewnie, że facet z łódką tak nie
wygląda. Te postrzępione ciuchy, włosy czarne jak u kruka i czarne
kreski wokół oczu. I paznokcie. Czarne, poobgryzane. Nie krytykowała go.
Nigdy nie widziała chłopaka piękniejszego od niego.
Ale głupio. Tylko otworzyła usta i od razu wypsnęło jej się coś
głupiego. W kolejnych szkołach z internatem ciągle jej to mówili. Że
jest głupia. I brzydka.
Mieli rację, wiedziała, że tak jest.
Była gruba i niezgrabna, twarz miała całą w pryszczach i zawsze tłuste
włosy, żeby nie wiedzieć jak często je myła. Poczuła, że do oczu
napływają jej łzy. Zamrugała, żeby Sam nie zobaczył. Nie chciała narobić
sobie wstydu. Był pierwszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miała.
Zaczęło się, kiedy do niej podszedł w kolejce do kiosku Centrum.
Powiedział, że wie, kim jest, a ona domyśliła się, kim jest on.
I kim jest jego mama.
- Kurde, pełno tu ludzi - powiedział. Szukał jakiejś zatoczki, w której
nie byłoby już dwóch albo trzech łodzi cumujących albo stojących na
kotwicy.
Większość miejsc była zajęta już przed południem.
- Pieprzeni wczasowicze - mruknął.
W końcu znalazł zaciszną szczelinę w skałach na wyspie L?ngskär.
- Tutaj przybijemy. Wyskoczysz na brzeg z cumą?
Wskazał na linę na dziobie.
- Mam wyskoczyć?
Ona nie skacze. Nigdy. A już na pewno nigdy nie wyskakiwała z łodzi na
śliską skałę.
- Nie bój się - powiedział spokojnie. - Wyhamuję. Kucnij na dziobie, to
będziesz mogła skoczyć. Będzie dobrze. Zaufaj mi.
Zaufaj mi. Czy ona może komuś zaufać? Zaufać Samowi?
Zaczerpnęła tchu, podczołgała się na dziób, mocno chwyciła cumę i kucnęła. Kiedy wyspa była już blisko, Sam wyhamował, wrzucając wsteczny,
i miękko, powoli dopłynął do skały. Ku własnemu zdziwieniu wyskoczyła z łódki na skałę i wylądowała całkiem miękko. Nadal trzymała w dłoni cumę.
Udało się.
Czwarta rundka po Hedemyrs w ciągu dwóch dni. Ale w Tanumshede nie było
za bardzo co robić. Khalil i Adnan krążyli między ubraniami a innymi
rzeczami na piętrze. Khalil czuł na plecach, że za nimi patrzą. Już nie
miał siły się denerwować. Z początku z trudem bronił się przed
podejrzliwymi spojrzeniami. Teraz pogodził się już z tym, że tak bardzo
się wyróżniają. Nie wyglądają jak Szwedzi, nie mówią i nie ruszają się
jak oni. On pewnie też by się gapił, gdyby w Syrii natknął się na
Szweda.
- Co się gapisz? - syknął po arabsku Adnan do siedemdziesięcioletniej
pani, która uporczywie się w nich wpatrywała.
Pewnie pilnowała, żeby niczego nie zwędzili. Khalil mógłby jej
powiedzieć, że nigdy w życiu nie wzięli nic cudzego. Że do głowy by im
to nie przyszło. Że nie zostali wychowani w ten sposób. Kobieta tylko
prychnęła i ruszyła w stronę schodów na parter, i wtedy uświadomił
sobie, że to nie ma sensu.
- Co oni o nas myślą? Zawsze to samo.
Adnan przeklął po arabsku i machnął rękami, o mało nie strącając lampy z półki.
- Niech sobie myślą, co chcą. Pewnie jeszcze nie widzieli Araba...
Wreszcie mu się udało go rozśmieszyć. Adnan był od niego dwa lata
młodszy, miał szesnaście lat, i czasem wydawał się jeszcze chłopcem. Nie
panował nad emocjami, to one panowały nad nim.
Khalil od dawna nie czuł się chłopcem. Od dawna, czyli od dnia, kiedy
bomba zabiła jego mamę i młodszych braci. Na samą myśl o Bilalu i Tariqu
łzy napływały mu do oczu. Mrugał wtedy szybko, żeby Adnan nie widział.
Bilal był wesołym psotnikiem, nie sposób było się na niego gniewać.
Tariqa, który ciągle siedział z nosem w książce, wszystko ciekawiło,
mówiło się, że wyrośnie na kogoś ważnego. Jedna chwila i było po nich.
Znaleźli ich w kuchni, ciało mamy na ich ciałach. Nie udało jej się
ochronić synów.
Rozejrzał się i zaciskając pięści, myślał o tym, jak teraz wygląda jego
życie. Całe dnie spędza w pokoiku w ośrodku dla uchodźców albo spaceruje
ulicami tego dziwnego miasteczka. Pustego, bez zapachów, odgłosów i kolorów.
Szwedzi żyją w innym świecie, ledwo się ze sobą witają, a jeśli się do
nich coś powie, wyglądają na przestraszonych. Mówią cicho i w ogóle nie
gestykulują.
Zjechali schodami na dół, wyszli na rozgrzaną ulicę i przystanęli.
Codziennie to samo. Nic do roboty. Ściany ośrodka jakby się schodziły,
żeby ich zadusić. Khalil nie chciał wyjść na niewdzięcznika. Miał gdzie
mieszkać i co jeść, dał mu to ten kraj. I jeszcze poczucie
bezpieczeństwa. Nie lecą bomby, nie grożą mu ani żołnierze, ani
terroryści. A jednak życie w stanie zawieszenia jest trudne, nawet kiedy
jest bezpiecznie. Bez domu, bez zajęcia, bez celu.
To nie życie. To trwanie.
Idący obok Adnan też westchnął. W milczeniu wrócili do ośrodka.
Eva objęła się ramionami. Stała w miejscu, jakby przymarzła do ziemi.
Peter bez przerwy biegał. Przeszukiwał wszystko po cztery, pięć razy.
Podnosił te same narzuty, przestawiał wciąż te same pudła, wołając
córeczkę. Eva już wiedziała, że to nie ma sensu, Nei nie ma. Odczuwała
jej nieobecność całym ciałem.
Mrużąc oczy, dostrzegła w oddali kropkę. Rosła coraz bardziej, aż
zbielała. Domyśliła się, że to policja. Wkrótce widać było wyraźnie
niebiesko-żółte paski. Poczuła, jak się w niej otwiera otchłań. Nie ma
jej dziecka. Przyjechała policja, bo Nea zaginęła. Nie ma jej od samego
rana. Jak mogli być tak złymi rodzicami, żeby nie zauważyć, że
czteroletniej dziewczynki nie ma cały dzień?
- To pani dzwoniła?
Z radiowozu wysiadł starszy mężczyzna i ruszył w jej kierunku. Kiwnęła
głową. Wyciągnął do niej rękę.
- Gösta Flygare. A to Bertil Mellberg.
Drugi policjant, mniej więcej w tym samym wieku, ale znacznie tęższy,
też wyciągnął do niej rękę. Pocił się obficie i wycierał czoło rękawem
koszuli.
- Jest pani mąż? - spytał ten szczuplejszy i bardziej siwy, rozglądając
się po podwórku.
- Peter! - zawołała i natychmiast się przestraszyła, że ma taki słaby
głos.
Zawołała jeszcze raz. Peter wybiegł z lasu.
- Znalazłaś ją? - krzyknął.
Spojrzał na radiowóz i się zgarbił.
Nagle wszystko wydało jej się zupełnie nierealne. Zaraz się obudzi i z ulgą stwierdzi, że to tylko sen.
- Możemy porozmawiać przy kawie? - spytał spokojnie Gösta, chwytając ją
za łokieć.
- Tak, proszę za mną, usiądziemy w kuchni - powiedziała i ruszyła
przodem.
Peter się nie ruszył. Stał bezradnie, z opuszczonymi rękami. Wiedziała,
że chce jeszcze szukać, ale czuła, że nie da rady sama prowadzić tej
rozmowy.
- Chodź, Peter.
Stawiając ciężko kroki, wszedł do domu. Eva zaczęła się krzątać koło
maszynki do kawy, ale choć stała tyłem do wszystkich, wciąż czuła ich
obecność. Jakby ich mundury wypełniały całą przestrzeń.
- Mleko? Cukier? - spytała odruchowo.
Obaj policjanci skinęli głowami.
Wyjęła mleko i cukier. Jej mąż nadal stał w drzwiach.
- Siadaj - powiedziała trochę za ostro. Wreszcie posłuchał.
Mechanicznie wystawiała kubki i wyjmowała łyżeczki, z szafki wyjęła
opakowanie kruchych ciastek. Nea je uwielbiała. Drgnęła i upuściła
łyżeczkę. Gösta schylił się, żeby ją podnieść, ale go uprzedziła.
Podniosła ją i wrzuciła do zlewu, wyjęła z szuflady nową.
- Może byście wreszcie zaczęli? - odezwał się Peter, wpatrując się w swoje ręce. - Nie ma jej od rana, liczy się każda sekunda.
- Niech żona usiądzie, to zaczniemy - odparł Gösta.
Eva nalała wszystkim kawy i usiadła.
- Kiedy widzieli państwo córeczkę ostatni raz? - spytał grubas, sięgając
po herbatnik.
Poczuła, że szumi jej w uszach ze złości. Wystawiła te ciasteczka, bo
tak się robi, kiedy do domu przychodzi gość, ale zdenerwowało ją to, że
pytając o Neę, facet zajada czekoladowe ciasteczko.
Musiała odetchnąć. Zdawała sobie sprawę, że jej reakcja jest
irracjonalna.
- Wczoraj wieczorem. Poszła spać o tej samej porze co zwykle. Ma własny
pokój. Przeczytałam jej bajkę na dobranoc, potem zgasiłam światło i zamknęłam drzwi.
- I potem jej państwo nie widzieli? Może się obudziła w nocy? Żadne z państwa nie wstawało? Może coś słyszeliście.
Głos Gösty brzmiał tak łagodnie, że prawie nie zwróciła uwagi na to, że
jego kolega sięgnął po następne ciasteczko.
Peter chrząknął.
- Ona przesypia całą noc sama. Ja wstałem pierwszy, bo miałem jechać
traktorem do lasu. Szybko wypiłem kawę, zjadłem kanapkę i wyszedłem.
W jego głosie słychać było prośbę, jakby liczył, że znajdą odpowiedź na
to, co się stało. Eva położyła rękę na jego dłoni. Była tak samo zimna
jak jej.
- I rano nie widział pan córki?
Peter pokręcił głową.
- Nie, drzwi do jej pokoju były zamknięte. Przechodząc obok, skradałem
się jak najciszej, żeby jej nie obudzić. Chciałem dać pospać żonie.
Ścisnęła go za rękę. Cały Peter. Zawsze taki troskliwy.
- A pani? Proszę powiedzieć, co pani robiła rano.
Słuchała tego miękkiego głosu i zbierało jej się na płacz.
- Obudziłam się późno, około wpół do dziesiątej. Nie pamiętam, kiedy
ostatnio tak długo spałam. W całym domu panowała cisza. Od razu poszłam
do Nei. Drzwi jej pokoju były otwarte, łóżko nieposłane. Nie było jej,
więc pomyślałam...
Zaszlochała. Peter przykrył jej dłoń drugą ręką i ścisnął.
- Myślałam, że pojechała do lasu z ojcem. Bardzo to lubi i często tak
robi. Więc się nie zdziwiłam, nawet przez sekundę nie myślałam...
Już nie mogła powstrzymać łez. Starła je wolną ręką.
- Ja pomyślałem tak samo - powiedział Peter.
Wiedziała, że miał prawo tak myśleć. A jednak. Gdyby tylko...
- A może poszła do koleżanki? - spytał Gösta.
Peter pokręcił głową.
- Nie, bawi się tylko na podwórku. Nigdy nawet nie próbowała wyjść poza
obejście.
- Kiedyś zawsze jest ten pierwszy raz - zauważył grubas. Do tej pory
tylko w milczeniu zajadał ciastka, więc Eva aż drgnęła. - Mogła
zabłądzić w lesie.
Gösta rzucił Mellbergowi spojrzenie, którego Eva nie potrafiła
zinterpretować.
- Zorganizujemy poszukiwania, pójdziemy tyralierą - powiedział.
- Wierzycie w to? Że mogła zabłądzić w lesie?
Las wydawał się Evie nieskończony i słabo jej się robiło na myśl o tym,
że Nea mogła w nim zabłądzić. Do tej pory nie mieli takich obaw. Zresztą
ich córka nigdy nie chodziła do lasu sama. Może byli naiwni,
nieodpowiedzialni, że pozwolili czteroletniej dziewczynce biegać samej
po podwórku. Teraz okazuje się, że zabłądziła w lesie i że to ich wina.
Gösta jakby czytał w jej myślach.
- Jeśli jest w lesie, to na pewno ją znajdziemy. Zadzwonię w parę miejsc
i zaraz ruszą poszukiwania. Za godzinę będziemy mieć tyralierę. Trzeba
korzystać z dziennego światła.
- Przetrwałaby noc w lesie? - spytał bezbarwnym głosem Peter.
Był blady jak trup.
- Noce są nadal ciepłe - uspokoił go Gösta. - Na pewno nie zamarznie,
ale, rzecz jasna, zrobimy wszystko, żeby ją znaleźć przed zapadnięciem
ciemności.
- Jak była ubrana? - spytał Mellberg, sięgając po ostatnie ciasteczko.
Gösta wyglądał na zdziwionego.
- Rzeczywiście, dobre pytanie. Wiedzą państwo, co miała na sobie? Nawet
jeśli rano jej nie widzieliście, może dałoby się sprawdzić, czego
brakuje?
Eva wstała i poszła na górę, do pokoju Nei. Wreszcie coś konkretnego.
Przed drzwiami zawahała się i odetchnęła kilka razy. Pokój wyglądał tak
samo jak zwykle. Było to wręcz rozdzierające. Różowa tapeta na ścianie,
obskubana przez Neę. Przechodziła taki okres. W nogach łóżka sterta
misiów. Pościel z Elsą z Krainy lodu. Na jej poduszce jak zwykle
bałwanek Olaf. Wieszak z... zatrzymała się. Już wiedziała, co Nea włożyła.
Na wszelki wypadek zajrzała jeszcze do szafy i rozejrzała się po pokoju.
Nie, nie ma. Pośpieszyła na dół.
- Ma na sobie sukienkę Elsy.
- Jak wygląda taka sukienka? - spytał Gösta.
- Błękitna, na piersi jest obrazek z księżniczką Elsą z filmu Kraina
lodu. Uwielbia ten film. Na pewno włożyła też majteczki z obrazkami z tego filmu.
Eva zdawała sobie sprawę, że rzeczy oczywiste dla niej jako matki małej
dziewczynki dla kogoś innego mogą być zupełnie niezrozumiałe. Sama
widziała ten film albo słyszała ścieżkę dźwiękową setki razy, bo Nea od
roku oglądała go co najmniej dwa razy dziennie. Potrafiła zaśpiewać całą
piosenkę Mam tę moc. Eva miała przed oczami córkę, jak w błękitnej
sukience i długich białych rękawiczkach tańczy i śpiewa całą piosenkę.
Gdzie ona jest teraz? Dlaczego jej jeszcze nie szukają, zamiast tutaj
siedzieć?
- Pójdę zadzwonić i zaraz zaczniemy poszukiwania - powiedział Gösta,
jakby ją słyszał.
Kiwnęła tylko głową. Spojrzała na męża. Dręczyły ich te same mroczne
myśli.
MARTIN ZNÓW PCHNĄŁ huśtawkę i uśmiechnął się, słysząc radosne okrzyki
Tuvy.
Z każdym dniem czuł się trochę lepiej, głównie dzięki Tuvie. Teraz, gdy
w przedszkolu były wakacje, a on miał urlop, spędzali każdą chwilę razem
i dobrze im było ze sobą. Od śmierci Pii spała z nim i co wieczór
zasypiała, wtulając buzię w jego pierś, najczęściej w środku bajki.
Upewniwszy się, że zasnęła, wstawał i na godzinę lub dwie zasiadał przed
telewizorem. Popijał herbatkę ziołową. Namówiła go do tego Annika. Zimą,
kiedy miał największe kłopoty ze snem, poradziła mu, żeby sobie kupił
jakieś uspokajające ziółka. Nie potrafiłby powiedzieć, czy był to efekt
placebo, czy rzeczywiście działały, ale w końcu zaczął dobrze spać. Może
właśnie o to chodziło, bo dzięki temu zaczął radzić sobie z żałobą. Nie
była już tak dotkliwa, pozwalał sobie nawet pomyśleć o Pii bez obawy, że
znów się załamie. Starał się rozmawiać o niej z Tuvą. Opowiadał jej o mamie, pokazywał zdjęcia. Tuva była taka malutka, kiedy Pia umarła, że
nie miała własnych wspomnień, więc usiłował jej przekazać jak najwięcej.
- Tatusiu, wyżej!
Krzyczała z zachwytu, kiedy ją bujał, a huśtawka wzlatywała coraz wyżej.
Ciemne włosy fruwały jej koło twarzy i jak wiele razy przedtem Martina
uderzyło jej niezwykłe podobieństwo do matki. Sięgnął po telefon, żeby
ją sfilmować, i cofnął się, żeby mu się zmieściła w kadrze. Zawadził o coś piętami i usłyszał wrzask. Przerażony obejrzał się i zobaczył
rocznego chłopczyka z zapiaszczoną łopatką, który krzyczał wniebogłosy.
- Ojej, przepraszam - powiedział z przerażeniem i ukląkł. Usiłował
pocieszyć małego.
Rozejrzał się, ale nikt z dorosłych nie ruszył się, żeby podejść do
dziecka. Widocznie nie byli jego rodzicami.
- Nie płacz, malutki, zaraz znajdziemy mamę albo tatę - mówił, starając
się uspokoić dziecko, które krzyczało coraz głośniej.
Kawałek dalej, pod krzewem, stała, rozmawiając przez telefon, kobieta w jego wieku. Usiłował nawiązać z nią kontakt wzrokowy, ale wydawała się
zdenerwowana, mówiła ze złością, energicznie gestykulując. Pomachał do
niej, ale nadal go nie widziała. Zwrócił się do Tuvy, jej huśtawka
zwolniła:
- Zaczekaj chwilę, tylko odprowadzę tego malucha do mamy.
- Tatuś kopnął malucha - stwierdziła pogodnie Tuva.
Martin gwałtownie pokręcił głową.
- Nie, tatuś nie kopnął, tylko... nieważne, potem porozmawiamy.
Wziął na ręce krzyczące dziecko i miał nadzieję, że zdąży podejść, zanim
matka zorientuje się, że obcy mężczyzna niesie jej synka. Nie musiał się
martwić, bo nadal była bardzo zajęta rozmową. Patrzył, jak rozmawia i gestykuluje, i zdenerwował się. Mogłaby lepiej pilnować dziecka.
Chłopczyk wrzeszczał tak, że uszy pękały.
- Przepraszam - powiedział, podchodząc.
Kobieta umilkła w pół zdania. W oczach miała łzy, na policzkach
rozmazany tusz.
- Muszę kończyć, twój syn płacze! - powiedziała i się rozłączyła się.
Wytarła łzy i wyciągnęła ręce do synka.
- Przepraszam, wpadłem na niego - wyjaśnił Martin. - Chyba nic mu się
nie stało, ale się przestraszył.
Kobieta uściskała małego.
- To nic takiego, po prostu wszedł w fazę, kiedy dzieci boją się obcych
- powiedziała, mrugając oczami, żeby się pozbyć łez.
- Wszystko w porządku? - spytał.
Zaczerwieniła się.
- Przepraszam, głupio mi, że tu ryczę, Jona też nie dopilnowałam. Na
pewno uważasz, że jestem okropną matką.
- Ależ skąd, nie przejmuj się, małemu nic się nie stało. Mam nadzieję,
że tobie też nic nie jest.
Nie chciał jej wypytywać, ale wyglądała na zrozpaczoną.
- Nikt nie umarł, chodzi tylko o to, że mój były jest durniem. Jego nowa
dziewczyna najwyraźniej nie jest zainteresowana jego bagażem z przeszłości, więc właśnie mi zakomunikował, że nie weźmie Jona na trzy
dni, jak się umawialiśmy, bo Madde chce, żeby spędzili ze sobą trochę
czasu we dwoje.
- Żałosne - stwierdził Martin. Zdenerwował się. - Co za dupek.
Uśmiechnęła się. Zapatrzył się na jej dołeczki.
- A ty?
- Ja? W porządku - odparł.
Wtedy się roześmiała.
Jakby coś ją rozświetliło od środka.
- Pytałam, które jest twoje.
Kiwnęła głową w stronę placu zabaw. Martin złapał się za głowę.
- No jasne. O to chodziło. To ta mała na huśtawce, z niezadowoloną miną,
bo została unieruchomiona.
- Ojej, to lepiej idź ją pohuśtaj. A może jej mama też tu jest?
Martin się zaczerwienił. Czy ona z nim flirtuje? Złapał się na tym, że
chciałby. Nie wiedział, co powiedzieć, ale w końcu uznał, że najlepiej
powiedzieć prawdę.
- Nie, jestem wdowcem - odparł.
Wdowcem. Zabrzmiało to tak, jakby był osiemdziesięciolatkiem, a nie
młodym ojcem małej dziewczynki.
- Ojej, przepraszam - powiedziała, kładąc rękę na ustach. - A ja głupio
żartuję, że nikt nie umarł.
Położyła dłoń na jego ramieniu. Martin uśmiechnął się uspokajająco. Nie
chciał, żeby się martwiła albo czuła zakłopotana, wolałby, żeby się
śmiała. Chciał znów zobaczyć jej dołeczki.
- W porządku - zapewnił. Widział, że się uspokoiła.
Za jego plecami Tuva wołała coraz bardziej natarczywie:
- No taaatooo!
- Lepiej idź, pobujaj ją - powiedziała, ścierając z buzi Jona piasek i smarki.
- Może się tu jeszcze spotkamy? - spytał.
Uświadomił sobie, że mówi to z nadzieją. Uśmiechnęła się, dołeczki stały
się jeszcze wyraźniejsze.
- Często tu przychodzimy. Jutro też będziemy - odparła. Radośnie kiwnął
głową i ruszył do Tuvy.
- To się zobaczymy - powiedział, próbując nie uśmiechać się tak szeroko.
W następnej chwili zawadził o coś piętami. Rozległ się głośny wrzask.
Usłyszał, jak Tuva na huśtawce wzdycha.
- Ojej, tato...
W środku tego zamieszania zadzwonił jego telefon. Wyszarpnął go z kieszeni. Na wyświetlaczu zobaczył imię: Gösta.
- Skąd ty ją wziąłeś? - powiedziała Marie do reżysera Jörgena Holmlunda
i odepchnęła kobietę, która od godziny nakładała jej na twarz tapetę.
- Yvonne jest bardzo dobra - odparł Jörgen z denerwującym drżeniem w głosie. - Pracowała przy większości moich filmów.
Stojąca za nią Yvonne załkała. Ból głowy, który męczył Marie od chwili,
kiedy weszła do przyczepy, jeszcze się nasilił.
- W każdej scenie w każdym calu powinnam wyglądać jak Ingrid. Ona była
zawsze flawless7. Nie mogę wyglądać jak jakaś Kardashianka.
Contouring, słyszałeś coś podobnego? Mam idealne rysy i niepotrzebny
mi żaden cholerny contouring! - krzyczała, wskazując na swoją twarz z wyraźnymi plamami bieli i brązu.
- To się rozetrze, nie zostanie tak jak teraz - wyszeptała Yvonne tak
cicho, że Marie ledwie ją słyszała.
- Mam to gdzieś. Moje rysy nie wymagają korekty!
- Jestem pewien, że Yvonne ci to poprawi - powiedział Jörgen. - Zgodnie
z twoim życzeniem.
Na czole kroplił mu się pot, chociaż w przyczepie było chłodno.
Ekipa filmowa i kierownictwo produkcji miały bazę w TanumStrand, ośrodku
turystyczno-konferencyjnym znajdującym się między Fjällbacką a Grebbestad, ale na planie w Fjällbace korzystali z kamperów, w których
urządzono charakteryzatornie i przebieralnie.
- Okej, proszę mi to usunąć i przerobić, wtedy zobaczymy - powiedziała i uśmiechnęła się, widząc ulgę na twarzy Yvonne.
Na początku pobytu w Hollywood Marie poddawała się formowaniu przez
innych według ich koncepcji i robiła wszystko, o co ją proszono. Ale to
się zmieniło. Teraz wiedziała dokładnie, jak powinna odegrać swoją rolę.
I jak ma wyglądać.
- Najdalej za godzinę powinniśmy skończyć - zauważył Jörgen. - W tym
tygodniu kręcimy najłatwiejsze sceny.
Marie odwróciła się. Yvonne starła jej makijaż, owoc godzinnej pracy,
jej twarz była teraz czysta.
- Chcesz powiedzieć: te mniej kosztowne? Myślałam, że mamy zielone
światło ze wszystkich stron.
Nie potrafiła ukryć niepokoju. To nie była jedna z tych produkcji, o które inwestorzy są gotowi ubiegać się jeden przez drugiego. Klimat
wokół filmu w Szwecji zmienił się, preferowano produkcje niskobudżetowe
i już kilka razy niewiele brakowało, żeby ich film w ogóle spadł z produkcji
- Wciąż dyskutują na temat priorytetów... - Znów to nerwowe drżenie w głosie. - Ale nie musisz sobie tym zaprzątać głowy. Skup się i daj z siebie wszystko na planie. Tylko o tym powinnaś myśleć.
Marie odwróciła się znów do lustra.
- Jest tu wielu dziennikarzy, proszą o wywiad z tobą - powiedział
Jörgen. - Ciekawią ich twoje związki z Fjällbacką. I to, że wróciłaś tu
po raz pierwszy po trzydziestu latach. Rozumiem, że rozmowa o tym może
być dla ciebie... trudna, ale gdybyś...
- Umów ich - przerwała mu, nie odrywając wzroku od lustra. - Nie mam nic
do ukrycia.
Jeśli się czegoś nauczyła, to tego, że nieważne, co mówią, byleby
mówili. Uśmiechnęła się do swojego odbicia. Chyba właśnie przeszedł ten
przeklęty ból głowy.
Erika przejęła dzieci od męża, spakowała je i powoli ruszyła pod górę,
do domu. Patrik pobiegł, jak tylko przyszła. Widziała w jego oczach
niepokój. Podzielała go. Na samą myśl o tym, że dzieciom mogłoby się coś
stać, poczuła się, jakby stanęła nad przepaścią.
Po powrocie do domu musiała je dodatkowo wycałować, potem ułożyła
bliźniaków do popołudniowej drzemki, a Maję posadziła przed telewizorem
i Krainą lodu. Wreszcie mogła zaszyć się w gabinecie. Podobieństwa
nasuwały się same. Patrik powiedział jej, z którego gospodarstwa zginęła
dziewczynka. Na dodatek dziecko było w tym samym wieku. Wszystko to
sprawiło, że musiała przejrzeć swoją dokumentację. Nie dojrzała jeszcze
do pisania, ale całe biurko miała zawalone skoroszytami, kserokopiami
artykułów i notatkami dotyczącymi śmierci małej Stelli. Przez chwilę
siedziała nieruchomo, patrząc na to wszystko. Do tej pory, jak chomik,
zbierała fakty, nie systematyzowała ich, nie porządkowała ani nie
sortowała. To będzie następny krok na długiej i wyboistej drodze do
nowej książki. Sięgnęła po odbitkę artykułu z czarno-białym zdjęciem
dwóch dziewczyn. Helen i Marie. Wzrok miały posępny, mroczny. Trudno
powiedzieć, czy była w nim złość, czy strach. A może zło, jak twierdziło
wiele osób. Ale Erice nie mieściło się w głowie, żeby dzieci mogły być
złe.
Tego rodzaju rozważania snuto zawsze, gdy zbrodnie popełniały dzieci.
Mary Bell, która miała zaledwie jedenaście lat, kiedy zabiła dwoje
dzieci. Mordercy trzyletniego Jamesa Bulgera. Pauline Parker i Juliet
Hulme, dwie Nowozelandki, które zamordowały matkę jednej z nich. Erika
bardzo lubiła oparty na tej historii film Petera Jacksona Niebiańskie
stworzenia. Ludzie mówili potem: zawsze była paskudnym bachorem. Albo:
już kiedy był dzieckiem, źle mu patrzyło z oczu. Sąsiedzi, znajomi,
nawet krewni chętnie się wypowiadali, wymieniali dowody na wrodzone zło.
Ale dziecko chyba nie może być złe samo z siebie. Już prędzej gotowa
była wierzyć w to, że zło to nieobecność dobra. I w to, że rodzimy się
ze skłonnością do przejścia na jedną albo na drugą stronę. A potem
wzmacniają ją albo łagodzą środowisko i wychowanie.
Dlatego postanowiła dowiedzieć się jak najwięcej o dziewczynkach ze
zdjęcia. Kim były Marie i Helen? Jakie miały dzieciństwo? Ciekawiło ją,
co się działo za zamkniętymi drzwiami ich rodzinnych domów. Jaki
obowiązywał tam system wartości? Jak były traktowane? Czego nauczyły się
o świecie przed tamtym strasznym dniem w 1985 roku?
Po pewnym czasie dziewczynki wycofały zeznania, powiedziały, że nie
przyznają się do popełnienia zbrodni, i uparcie twierdziły, że są
niewinne. Większość ludzi była przekonana o ich winie, ale pojawiło się
wiele spekulacji. A może śmierci Stelli winien jest ktoś inny, bo akurat
tego dnia nadarzyła się sposobność? A jeśli ta sposobność nadarzyła się
znów? To nie może być przypadek, że z tego samego domu ginie druga
dziewczynka w tym samym wieku. Jakie jest prawdopodobieństwo takiego
zbiegu okoliczności? Musi istnieć jakiś związek między przeszłością a teraźniejszością. Może policji coś wtedy umknęło i z jakiegoś powodu
morderca znów przystąpił do dzieła. Czyżby zainspirował go powrót Marie?
Ale dlaczego? Czy w niebezpieczeństwie są inne dziewczynki?
Szkoda, że nie zdążyła zgromadzić więcej dokumentów. Wstała z krzesła.
Panował duszny upał. Pochyliła się nad biurkiem, żeby otworzyć okno na
oścież. Na dworze życie toczyło się swoim torem. Odgłosy lata. Okrzyki i śmiech dzieci dochodzące z plaży. Krzyk mew nad wodą. Szum wiatru w koronach drzew. Istna idylla. Ale ona tego nie widziała.
Znów usiadła przy biurku i zaczęła sortować materiały. Nawet nie zaczęła
robić wywiadów. Sporządziła długą listę osób, z którymi zamierzała
porozmawiać. Na szczycie były oczywiście Marie i Helen. Do Helen już
pisała, i to kilka razy, bez odpowiedzi. Kontaktowała się też z agentem
Marie do spraw PR-u. Miała przed sobą odbitki wywiadów prasowych, w których Marie mówiła o sprawie Stelli, zakładała więc, że nie odrzuci
jej prośby o rozmowę. Panowało nawet dość powszechne przekonanie, że
kariera Marie nie potoczyłaby się tak, jak się potoczyła, gdyby
informacje o tej sprawie nie trafiły do prasy wkrótce po jej pierwszych
rólkach w kilku mniejszych produkcjach.
Pisanie książek o prawdziwych zbrodniach nauczyło Erikę, że wszyscy,
niemal bez wyjątku, odczuwają potrzebę, żeby opowiedzieć swoją historię,
wyrzucić ją z siebie.
Włączyła telefon, na wypadek, gdyby Patrik dzwonił, chociaż pewnie był
zbyt zajęty, żeby dać jej znać, co się dzieje. Była gotowa pomóc w poszukiwaniach, ale Patrik powiedział, że na pewno będzie dość
ochotników i lepiej żeby została z dziećmi. Nie oponowała. Z dołu
dochodziły odgłosy świadczące o tym, że Elsa właśnie uwolniła swoją moc
i zbudowała zamek z lodu. Erika odłożyła papiery. Dawno nie siedziała
przed telewizorem razem z Mają. Muszę jakoś znieść tę egoistyczną
księżniczkę, pomyślała. Zresztą bałwanek Olaf jest uroczy. Renifer też.
- Co załatwiliście do tej pory? - spytał Patrik, jak tylko wszedł na
podwórko. Nie zawracał sobie głowy powitaniami.
Gösta stał przed wejściem do domu, obok pomalowanych na biało
drewnianych ogrodowych mebli.
- Dzwoniłem do Uddevalli, wysłali helikopter.
- A do ratownictwa wodnego?
Gösta kiwnął głową.
- Do wszystkich, już jadą. Dzwoniłem do Martina, poprosiłem, żeby
ściągnął ochotników, żebyśmy mogli uformować tyralierę w lesie. Poczta
pantoflowa już działa, więc lada chwila będzie tu pewnie mnóstwo ludzi.
I przewodnicy z psami z Uddevalli.
- Co o tym myślisz? - spytał cicho Patrik, patrząc na rodziców
zaginionej dziewczynki. Stali nieopodal, obejmując się.
- Chcą wyruszyć i sami szukać - odparł Gösta. - Ale powiedziałem im, że
powinni poczekać, aż się zorganizujemy, bo za chwilę będziemy marnowali
siły, żeby szukać również ich. - Chrząknął. - Wiesz, Patriku, sam nie
wiem, co o tym myśleć. Żadne z nich nie widziało córki od chwili, gdy
poszła spać, wczoraj około ósmej. To małe dziecko. Cztery lata. Gdyby
była w pobliżu, na pewno dałaby jakiś znak. Wróciłaby do domu, choćby
dlatego, że byłaby głodna. Więc musiała zabłądzić. Chyba że...
Urwał.
- Dziwny zbieg okoliczności - zauważył Patrik.
Wolał o tym nie myśleć.
- Tak, to samo miejsce - powiedział Gösta. - I dziewczynka jest w tym
samym wieku. Nie sposób nie skojarzyć.
- Przypuszczam, że zgubienie się w lesie to nie jedyny punkt wyjścia do
poszukiwań - powiedział Patrik, nie patrząc na rodziców Nei.
- Nie jedyny - odparł Gösta. - Jak tylko będzie to możliwe, zaczniemy
pytać sąsiadów, zwłaszcza mieszkających przy tej drodze. Może coś
widzieli albo słyszeli w nocy. Ale najpierw trzeba się skupić na
przeszukaniu lasu. Jest sierpień i ciemność zapada dość szybko. Na samą
myśl o tym, że mała może błąkać się po lesie sama, człowiek wpada w rozpacz. Mellberg chce zwołać konferencję prasową, ale ja wolałbym się z tym wstrzymać.
- O mój Boże, jasne, że chce zwołać konferencję - westchnął Patrik.
Szef komisariatu robił ważną minę, przyjmując przybywających ochotników.
- Trzeba to zorganizować, przyniosłem mapę okolicy - powiedział Patrik.
- I podzielić na sektory - odparł Gösta, zabierając mu ją.
Położył ją na stole, z kieszonki wyjął ołówek i zaczął kreślić.
- Jak myślisz? Czy taka wielkość sektora na jedną grupę będzie
odpowiednia? Jeśli grupa będzie liczyć trzy, cztery osoby?
- Chyba tak - stwierdził Patrik.
Od paru lat jego współpraca z Göstą układała się doskonale. Wprawdzie
najczęściej współpracował z Martinem, ale dobrze się czuł również ze
starszym kolegą. Całkiem inaczej niż jeszcze kilka lat wcześniej, kiedy
Gösta współpracował z nieżyjącym już Ernstem. Okazało się, że starego
psa jednak da się nauczyć siadać. Zdarzało się wprawdzie, że Gösta był
duchem raczej na polu golfowym niż w komisariacie, ale w takich
sytuacjach jak ta potrafił myśleć i reagować błyskawicznie.
- Zrobisz krótki briefing czy ja mam to zrobić? - spytał Patrik.
Nie chciał go urazić, przejmując dowodzenie.
- Zrób - zdecydował Gösta. - Najważniejsze to nie dopuścić do głosu
Bertila...
Patrik kiwnął głową. Mellberg przemawiający do ludzi to właściwie nigdy
nie był dobry pomysł. Kończyło się zawsze na tym, że ktoś był urażony
albo oburzony, a oni tracili czas na zażegnywanie kryzysów, zamiast
zajmować się tym, czym powinni.
Spojrzał w stronę rodziców Nei. Przytuleni do siebie wciąż stali na
środku podwórka.
Po chwili wahania powiedział:
- Tylko się z nimi przywitam. Potem zbiorę tych, którzy już przyszli, i będziemy przekazywać wskazówki następnym. Ciągle zgłaszają się nowi
ochotnicy, więc zebranie wszystkich jednocześnie będzie niemożliwe. Tym
bardziej że powinniśmy wyruszyć jak najprędzej.
Podszedł ostrożnie do rodziców dziewczynki. Rozmowa z bliskimi ofiar
zawsze była dla niego trudna.
- Patrik Hedström, również z policji - powiedział i wyciągnął rękę. -
Jak państwo widzą, zbierają się ochotnicy. Przejdą tyralierą przez las.
Za chwilę przekażę im niezbędne informacje i zaraz wyruszamy.
Zdawał sobie sprawę, że brzmi to bardzo oficjalnie, ale był to jedyny
sposób, żeby utrzymać na wodzy emocje i skupić się na zadaniu.
- Wezwaliśmy telefonicznie przyjaciół, rodzice Petera mają przylecieć z Hiszpanii - powiedziała cicho Eva. - Mówiliśmy im, że nie trzeba, ale
okropnie się niepokoją.
- Z Uddevalli jadą funkcjonariusze z psami - ciągnął Patrik. - Mają
państwo coś, co należało do córeczki?
- Do Nei. - Eva przełknęła ślinę. - Właściwie ma na imię Linnea, ale
mówimy na nią Nea.
- Nea, ładnie. Macie coś, co można dać do powąchania psom, żeby
wiedziały, czego szukać?
- W koszu na brudną bieliznę są ubrania, które miała na sobie wczoraj.
Mogą być?
- Znakomicie. Może je pani przynieść? I zaparzyć kawę?
Zdawał sobie sprawę, że brzmi to tak, jakby miała im serwować kawę, ale
po pierwsze wolał, żeby rodzice mu nie przeszkadzali, kiedy będzie
wydawał instrukcje ochotnikom, a po drugie chciał ich czymś zająć.
Zazwyczaj tak było lepiej.
- Może my też powinniśmy wziąć udział w poszukiwaniach? - zapytał Peter.
- Będziecie potrzebni tu, na miejscu. Kiedy mała się znajdzie, musimy
wiedzieć, gdzie jesteście, więc lepiej zostańcie, i tak jest nas dużo.
Peter chyba się wahał, Patrik położył mu rękę na ramieniu.
- Wiem, że takie czekanie jest trudne, ale uwierzcie mi, bardziej
przydacie się tutaj.
- Okej - odparł cicho Peter i razem z żoną poszli do domu.
Patrik gwizdnął na palcach, żeby przyciągnąć uwagę około trzydziestu
osób zgromadzonych na podwórku. Dwudziestolatek, który filmował coś
komórką, schował ją do kieszeni.
- Zaraz zaczniemy poszukiwania. Kiedy zaginie tak małe dziecko, liczy
się każda minuta. A zatem szukamy czteroletniej Linnei, zwanej Neą. Nie
wiadomo dokładnie, od kiedy jej nie ma, rodzice nie widzieli jej, odkąd
wczoraj około ósmej położyli ją spać. Wskutek niefortunnego
nieporozumienia matka myślała dziś, że córka jest z ojcem, a on, że z matką. Dlatego dopiero jakąś godzinę temu odkryli, że małej nie ma.
Najbardziej prawdopodobne jest to, że zabłądziła w lesie.
Wskazał na Göstę, który stał przy ogrodowym stole nad rozłożoną mapą.
- Podzielimy was na grupy po trzy, cztery osoby i każdej przydzielimy do
przeszukania jeden sektor. Nie mamy map do rozdania, więc orientujcie
się na oko. Możecie też zrobić zdjęcie mapy komórką.
- Można też skorzystać z mapy w komórce - odezwał się łysy mężczyzna i podniósł do góry telefon. - Jeśli ktoś nie wie, która aplikacja jest
najlepsza, chętnie pokażę, bo często chodząc po lesie, korzystam z mapy
w komórce.
- Dzięki - powiedział Patrik. - Proszę, żebyście zachowywali odległość
na wyciągnięcie ręki. Idźcie powoli. Wiem, że każdy chciałby jak
najprędzej przeszukać swój sektor, ale w lesie jest mnóstwo miejsc, w których można ukryć czterolatkę... to znaczy, w których mogłaby się
schować... więc szukajcie dokładnie. - Odkaszlnął, zasłaniając usta
pięścią. - Gdybyście... coś znaleźli - powiedział i urwał. Nie wiedział,
co mówić dalej. Miał nadzieję, że zrozumieli i że nie musi wyjaśniać. -
Gdybyście coś znaleźli, proszę niczego nie dotykać ani nie przesuwać.
Mogą to być ślady albo... co innego.
Kilka osób kiwnęło głowami, większość patrzyła w ziemię.
- Proszę wtedy zostać na miejscu i zadzwonić do mnie. Tu jest mój numer
- dodał, przyczepiając do ściany obory dużą kartkę. - Zapiszcie sobie w komórkach. Zrozumiano? Zostać na miejscu i zadzwonić do mnie. Tylko
tyle. Okej?
Stojący z tyłu starszy mężczyzna podniósł rękę. Patrik go znał: Harald,
dawny wieloletni właściciel piekarni w Fjällbace.
- Czy istnieje... - zająknął się i zaczął od początku. - Czy istnieje
ryzyko, że to nie przypadek? To gospodarstwo? Dziewczynka? I to, co się
stało...
Nie musiał kończyć, wszyscy zrozumieli.
Patrik musiał się zastanowić, co odpowiedzieć.
- Niczego nie wykluczamy - odrzekł w końcu. - Ale na tę chwilę
najważniejsze jest przeszukanie lasu. Najbliższej okolicy.
Kątem oka zobaczył, że z domu wyszła mama Nei ze stertą ubranek.
- A zatem ruszamy.
Pierwsze cztery osoby podeszły do Gösty, żeby im przydzielił sektor.
Wtedy usłyszeli warkot zbliżającego się helikoptera. Nie było problemu z lądowaniem. Na podwórzu było dość miejsca. Wszyscy ruszyli w stronę
skraju lasu. Patrik patrzył za nimi. Za jego plecami helikopter zszedł
do lądowania. Jednocześnie na podwórze wjechały samochody z psami
policyjnymi z Uddevalli. Jeśli dziewczynka rzeczywiście jest w lesie, na
pewno ją znajdą, był o tym przekonany. Bał się tylko, że jednak nie
zabłądziła.
Sprawa Stelli
Szukali dziewczynki przez całą noc. Dołączało coraz więcej ludzi.
Chodząc po lesie, Harald słyszał ich głosy. Policja wykonała dobrą
robotę, ochotników nie zabrakło. Rodzina była lubiana i wszyscy znali
dziewuszkę o rudoblond włosach. To takie dziecko, do którego nie sposób
się nie uśmiechnąć.
Przeżywał to razem z jej rodzicami. Jego dzieci były już duże, dwóch
synów brało udział w poszukiwaniach. Zamknął piekarnię. Ruch i tak był
mały, lipcowe urlopy w przemyśle już się skończyły, od jednego dzwonka
nad drzwiami do następnego mijało sporo czasu. Chociaż i tak by zamknął,
nawet gdyby ruch był duży. Serce mu się ściskało, kiedy wyobrażał sobie,
co przeżywają rodzice Stelli.
Znalezionym patykiem na chybił trafił rozgarniał krzaki. Zadanie było
niełatwe. Las był wielki, ale jak daleko może zajść taka mała? Pod
warunkiem, że rzeczywiście jest w lesie. Była to tylko jedna z możliwości rozważanych przez policję. Jej zdjęcie pokazywały wszystkie
programy informacyjne. Równie dobrze mogła zostać wciągnięta do jakiegoś
samochodu i znajdować się już daleko stąd. Postanowił, że nie będzie o tym rozmyślał. Ma do wykonania zadanie, ma jej szukać w tym lesie wraz z innymi. Ich odgłosy dochodziły do niego przez gęstwinę.
Zatrzymał się i wciągnął w nozdrza zapach lasu. Zbyt rzadko tu
przychodzi. Piekarni i obowiązkom rodzinnym poświęcił ładnych parę
dziesiątków lat, ale w młodości spędzał dużo czasu na łonie przyrody.
Obiecał sobie, że do tego wróci. Życie jest takie krótkie i nigdy nie
wiadomo, kiedy przybierze całkiem inny obrót. Ten dzień mu o tym
przypomniał.
Jeszcze kilka dni wcześniej rodzice Stelli na pewno byli przekonani, że
wiedzą, co przyniesie im życie. Dzień toczył się za dniem, nie
zatrzymywali się, żeby się cieszyć każdą chwilą i tym, co mają. Podobnie
jak inni ludzie. Dopiero gdy dzieje się coś złego, docenia się każdą
chwilę spędzoną z tymi, których się kocha.
Znów ruszył, powoli, krok za krokiem. Przed nim między drzewami zalśniła
woda. Dostali wyraźne instrukcje, co powinni zrobić, jeśli natrafią na
jakieś jeziorko albo staw. Mieli natychmiast powiadomić policję. Policja
miała przeszukać dno bosakami albo ściągnąć nurków, gdyby woda okazała
się głęboka. Powierzchnia jeziorka była gładka i spokojna, malutkie
kręgi pojawiały się tylko wtedy, kiedy siadały na niej ważki. Nie
zobaczył nic poza pniem, który wpadł do wody powalony kilka lat
wcześniej przez wiatr albo piorun. Podszedł bliżej i zobaczył, że część
korzeni jeszcze tkwi w ziemi. Ostrożnie wdrapał się na pień. Nic, tylko
woda. A potem spojrzał pod nogi. I wtedy zobaczył włosy. Rudoblond,
unosiły się na mętnej wodzie jak falujące wodorosty.
SANNA ZATRZYMAŁA SIĘ na środku sklepowej alejki. Latem jej gospodarstwo
ogrodnicze było otwarte dla klientów do późna, ale tego dnia miała
gonitwę myśli i pytania w rodzaju "jak często trzeba podlewać
pelargonie" wyjątkowo ją drażniły.
Rozejrzała się po sklepie. Vendela miała wrócić od ojca, więc chciała,
żeby w domu były jej ulubione dania i przekąski. Dawniej znała je na
pamięć, teraz zmieniały się równie często jak kolor włosów córki. Przez
tydzień była weganką, tydzień później jadła tylko hamburgery, przez cały
kolejny się odchudzała i gryzła tylko marchewkę, a ona zrzędziła, że
zaraz wpadnie w anoreksję. Ciągle coś nowego, nic nie było tak jak
przedtem.
Czy Niklas też miał z nią tyle problemów? Przez wiele lat naprzemienna
opieka nad córką funkcjonowała bardzo dobrze. A teraz Vendela
najwyraźniej uświadomiła sobie, jaką ma władzę. Jeśli nie odpowiadało
jej jedzenie u matki, mówiła, że u ojca było lepsze i że pozwalał jej
włóczyć się wieczorami z Nilsem. Chwilami Sanna czuła, że jest u kresu
sił. Dziwiła się nawet, że kiedy jej córka była malutka, mogła uważać
ten okres za męczący. Ten był dużo gorszy.
Często odnosiła wrażenie, że ma do czynienia z obcą osobą. Dawniej
Vendela napadała na nią, jeśli ją przyłapała na paleniu papierosa za
domem, i od razu wygłaszała wykład o ryzyku zachorowania na raka. Ale
kiedy ostatnio u niej była, jej ubranie wyraźnie śmierdziało
papierosami.
Rozejrzała się po półkach i w końcu zdecydowała się na pewniaka. Tacos.
Zarówno z nadzieniem mięsnym, jak i sojowym, na wypadek gdyby właśnie
wypadł tydzień wegański.
Sama jako nastolatka właściwie nie przeszła przez okres buntu. Za szybko
dorosła. Śmierć Stelli i wszystkie okropności, które potem nastąpiły,
wypchnęły ją w dorosłość. Nie było czasu na fanaberie. I nie było
rodziców, na których można by się wkurzać.
Niklasa poznała w technikum rolniczym. Zamieszkali razem i od razu
poszła do pierwszej pracy. Po pewnym czasie urodziła się Vendela,
właściwie była wypadkiem przy pracy. To, że im potem nie wyszło, nie
było jego winą. Niklas był dobrym mężem, ale ona nie potrafiła otworzyć
się przed nim do końca. Wcześnie się nauczyła, że miłość boli, nieważne,
czy to miłość do męża, czy do córki.
Włożyła do wózka pomidory, ogórek i cebulę i ruszyła do kasy.
- Pewnie już słyszałaś - powiedziała Bodil, z wprawą skanując kolejne
zakupy, które Sanna wykładała na taśmę.
- Nie, a co? - spytała Sanna, chwytając butelkę coli. Położyła ją z boku.
- O tej dziewczynce!
- Jakiej dziewczynce?
Słuchała jednym uchem. Właśnie pomyślała, że źle zrobiła, kupując córce
colę.
- Tej, co zaginęła. Z waszego dawnego gospodarstwa.
Bodil nie ukrywała podniecenia. Sanna zastygła z torebką tartego sera
texmex w ręku.
- Z naszego? - spytała. W uszach lekko jej szumiało.
- No tak - ciągnęła Bodil, skanując kolejne artykuły. Nie zauważyła, że
Sanna przestała wykładać zakupy na taśmę. - Dziewczynka, cztery lata.
Zaginęła, trwają poszukiwania. Idą tyralierą przez las. Wygląda to na
wielką akcję, mój mąż też tam jest.
Sanna odłożyła ser na taśmę. Ruszyła do drzwi, zakupy zostawiła. Torebkę
też. Słyszała, jak Bodil woła za nią.
Anna rozsiadła się na krześle i spojrzała na Dana. Piłował deskę. W najgorszy upał postanowił ruszyć z projektem nowy taras. Mówili o tym od
trzech lat, ale najwyraźniej nie dało się tego dłużej odkładać.
Domyślała się, że zadziałał instynkt: Dan wił gniazdo. U niej przejawiło
się to przeglądaniem wszystkich szaf. Dzieci zaczęły chować swoje
ulubione ciuchy w obawie, że trafią do punktu zbierania odzieży.
Uśmiechnęła się do zmagającego się z upałem Dana i uzmysłowiła sobie, że
po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę cieszy się życiem. Jej firma
wnętrzarska może nie dojrzała jeszcze, żeby trafić na giełdę, ale
dostawała zlecenia od wielu wymagających letników i doszło nawet do
tego, że musiała odmawiać, bo nie starczało jej czasu. A dzieciątko w brzuchu rosło. Postanowili, że nie chcą znać płci, więc mówili po prostu
berbeć. Dzieci zaangażowały się w wymyślanie imienia, ale propozycje
takie jak Buzz Astral8, Rackaralex9 czy Darth
Vader10 nie były specjalnie pomocne. Pewnego wieczoru Dan lekko
zgryźliwie zacytował Freddiego z serialu komediowego Solsidan: każde
z nas sporządziło własną listę proponowanych imion, a potem wzięliśmy
pierwsze z listy: Mickan. A wszystko dlatego, że Anna zdecydowanie
odrzuciła jego pomysł, żeby ewentualnemu chłopcu dać na imię Bruce, po
Springsteenie. Sam nie był lepszy, bo kiedy zaproponowała imię Philip,
zauważył, że brzmi to tak, jakby dzieciak miał się urodzić od razu w marynarce. Na tym stanęło. Za miesiąc poród i ani jednej rozsądnej
propozycji ani dla chłopaka, ani dla dziewczyny.
Ułoży się, pomyślała Anna, patrząc na idącego do niej Dana. Pochylił się
i dał jej całusa w usta. Smakował słono, od potu.
- A ty tu sobie siedzisz i jest ci dobrze - powiedział, poklepując ją po
brzuchu.
- Tak, dzieciaki są u kolegów - odparła, pociągając łyk zimnej kawy z kostkami lodu.
Wiedziała, że podobno nie należy w ciąży pić dużo kawy, ale musiała mieć
jakąś przyjemność, skoro alkohol i sery pleśniowe były objęte absolutnym
zakazem.
- O mało dziś nie umarłam podczas lunchu. Moja siostra sączyła zimne
bąbelki z dużego kieliszka - stęknęła.
Dan objął ją ramieniem. Usiadł wygodnie obok, zamknął oczy i wystawił
twarz do słońca.
- Już niedługo, kochanie - powiedział i pogłaskał jej dłoń.
- Po porodzie wykąpię się w winie - westchnęła i też zamknęła oczy.
Od razu uzmysłowiła sobie, że przez ciążowe hormony może dostać plam od
słońca. Zaklęła i wzięła ze stolika kapelusz z szerokim rondem.
- Cholera, nawet opalać się nie można - mruknęła.
- Co? - spytał sennie Dan. Najwidoczniej właśnie zapadał w drzemkę.
- Nic, kochanie - odparła, chociaż miała ochotę kopnąć go w kostkę za to
tylko, że jest mężczyzną i nie musi znosić niewygód związanych z ciążą.
Co za niesprawiedliwość. I jeszcze te wszystkie kobiety wzdychające, jak
to c u d n i e być w ciąży, jaki to d a r, że można nosić w brzuchu
dziecko. Im też by przyłożyła. Mocno.
- Ludzie są durni - mruknęła.
- Co? - spytał znów Dan, pogrążając się coraz głębiej we śnie.
- Nic - odpowiedziała, zsuwając kapelusz na oczy.
O czym to myślała, zanim jej przerwał? A, właśnie. Że życie jest
wspaniałe. No bo jest. Mimo rozmaitych dolegliwości ciążowych i innych
rzeczy. Jest kochana i otoczona rodziną.
Zdarła z głowy kapelusz i odwróciła twarz do słońca. Najwyżej będzie
miała plamy. Życie jest za krótkie, żeby odmawiać sobie słońca.
Sam pragnąłby zostać tu na zawsze. Od małego to uwielbiał. Ciepło skał.
Plusk wody. Krzyk mew. Uciekał tutaj od wszystkiego. Wystarczyło zamknąć
oczy i już nic nie było.
Jessie leżała tuż obok. Czuł bijące od niej ciepło. Istny cud. Że też
pojawiła się w jego życiu właśnie teraz. Córka Marie Wall. Co za ironia
losu.
- Kochasz swoich rodziców?
Otworzył jedno oko i spojrzał spod zmrużonej powieki. Patrzyła na niego,
leżąc na brzuchu i podpierając ręką podbródek.
- Dlaczego pytasz?
Intymne pytanie. Znali się tak krótko.
- Ja nie poznałam swojego taty - powiedziała, odwracając wzrok.
- Dlaczego?
Wzruszyła ramionami.
- Nawet nie wiem. Widocznie mama nie chciała. Nie jestem pewna, czy wie,
kto nim był.
Ostrożnie wyciągnął rękę i dotknął jej przedramienia. Nie odsunęła go,
więc nie cofnął ręki. W jej oczach pojawił się blask.
- A ty? Dobrze ci się układa z rodzicami? - spytała.
Spokój i poczucie bezpieczeństwa zniknęły. Ale zrozumiał jej pytanie i to, że w jakimś sensie jest jej winien odpowiedź.
Usiadł i patrząc na morze, odpowiedział:
- Mój tata, był... no tak, był na wojnie. Czasem nie ma go wiele miesięcy.
I kiedy wraca, przynosi tę wojnę do domu.
Jessie pochyliła się w jego stronę, położyła mu głowę na ramieniu.
- Czy on...
- Nie chcę o tym rozmawiać... jeszcze nie.
- A mama?
Zamknął oczy, wystawiając twarz do słońca.
- Jest w porządku - powiedział w końcu.
Przez chwilę myślał o tym, o czym zabraniał sobie myśleć, i jeszcze
mocniej zacisnął powieki. Pomacał kieszeń, wyjął dwa skręty, zapalił oba
i dał jej jednego.
Odprężył się, brzęczenie w głowie ustało, dym rozproszył wspomnienia.
Nachylił się i pocałował ją. W pierwszej chwili zesztywniała. Ze
strachu. Z braku wprawy. Potem poczuł, że jej wargi miękną, rozchylają
się.
- Proszę, jacy rozkoszni!
Sam drgnął.
- Patrzcie tylko, jakie gołąbeczki!
Ze skały zszedł Nils, w ślad za nim Basse i Vendela. Jak zwykle.
Sprawiali wrażenie, jakby nie potrafili bez siebie istnieć.
- I kogóż my tu mamy? - Nils usiadł tuż obok, natrętnie wpatrując się w Jessie. Zaczęła poprawiać stanik od bikini. - Znalazłeś sobie
dziewczynę, Sam?
- Mam na imię Jessie - powiedziała, wyciągając do niego rękę.
Nils ją zignorował.
- Jessie? - powtórzyła stojąca za nim Vendela. - Przecież ona jest córką
Marie Wall.
- A, córka kumpelki twojej matki. Gwiazdy Hollywood.
Nils wpatrywał się w Jessie jak urzeczony. Ciągle poprawiała stanik. Sam
chciał ją osłonić przed ich spojrzeniami, objąć i powiedzieć, żeby się
nie przejmowała. Ale tylko sięgnął po jej T-shirt.
- Właściwie nie ma się co dziwić, że się spiknęli - zauważył Basse i szturchnął łokciem Nilsa.
Mówił falsetem. Miał wysoki głos, jak kobieta, ale z obawy przed Nilsem
nikt mu z tego powodu nie dokuczał. Właściwie miał na imię Bosse, ale
już w gimnazjum kazał mówić na siebie Basse, bo tak było bardziej
cool.
- Fakt, nie ma się co dziwić - powtórzył Nils, patrząc to na Jessie, to
na Sama.
Wstał z tym błyskiem w oku, od którego aż ściskało w brzuchu. Zaraz
zrobi coś paskudnego. Zwrócił się do Vendeli i Bassego:
- Jestem głodny jak cholera - powiedział. - Spadamy.
Vendela uśmiechnęła się do Jessie.
- Do zobaczenia.
Sam spojrzał za nimi ze zdumieniem. Co to było?
Jessie oparła się o niego.
- Co to za jedni? Dziwni jacyś. Przyjemni, ale dziwni.
Sam pokręcił głową.
- Oni nie są przyjemni. Ani trochę.
Wyjął z kieszeni komórkę i zaczął przeszukiwać zakładkę z filmami.
Wiedział, dlaczego zapisał sobie ten film: żeby pamiętać, co ludzie
potrafią zrobić innym. Zrobić jemu. Przedtem nie miał zamiaru pokazywać
go Jessie, widziało go dostatecznie dużo ludzi.
- W zeszłym roku latem wrzucili to na Snapchata - powiedział, podając
jej komórkę. - Zdążyłem zapisać, zanim został zdjęty.
Kiedy Jessie kliknęła start, odwrócił wzrok. Nie musiał patrzeć. Słyszał
głosy i wszystko miał przed oczami.
- Jesteś niewysportowany! - rozległ się przenikliwy głos Nilsa. - Jak
panienka. Pływanie jest dobre na kondycję.
Podszedł do jego łódki. Stała przycumowana niedaleko miejsca, gdzie
właśnie siedzieli.
- Popłyń sobie do Fjällbacki. Nabierzesz mięśni.
Vendela się zaśmiała. Cały czas filmowała swoim telefonem. Basse biegł
obok Nilsa.
Nils wrzucił cumę na łódkę, postawił stopę na dziobie i popchnął.
Drewniana łódka ruszyła powoli, ale już po kilku metrach trafiła na prąd
i popłynęła szybciej.
Nils odwrócił się i z szerokim uśmiechem spojrzał w obiektyw.
- Przyjemnego pływania.
Na tym film się skończył.
- O kurde - powiedziała Jessie i spojrzała na Sama. Coś jej zalśniło w oczach.
Wzruszył ramionami.
- Bywało gorzej.
Zamrugała. Podejrzewał, że ona też przeżyła niejedno. Położył dłoń na
jej ramieniu. Poczuł, jak drży, ale także że coś ich łączy.
Pewnego dnia pokaże jej swój notatnik. Podzieli się z nią swoimi
przemyśleniami, swoim wielkim planem. Jeszcze im wszystkim pokaże.
Jessie objęła go za szyję. Cudownie pachniała słońcem, potem i trawką.
Robiło się późno, chociaż wciąż było widno. To było jak wspomnienie
słońca, które świeciło cały dzień na błękitnym niebie. Eva spojrzała na
podwórko, cienie były coraz dłuższe. Serce ścisnął jej lód. Przypomniała
sobie, że Nea zawsze przychodziła do domu na długo przed zmrokiem.
Ludzie przychodzili i wychodzili. Ich głosy mieszały się ze szczekaniem
psów, które brały udział w poszukiwaniach. Znów poczuła lód w sercu.
Wszedł starszy policjant, Gösta.
- Chciałem tylko napić się kawy i zaraz wracam do lasu.
Wstała, żeby mu nalać do filiżanki. Od kilku godzin nie przestawała
parzyć kawy.
- Nic? - spytała, chociaż znała odpowiedź.
Gdyby wiedział, powiedziałby od razu. Nie prosiłby o kawę. Ale samo
zadawanie pytań działało uspokajająco.
- Nie, ale w poszukiwaniach bierze udział naprawdę dużo ludzi. Mam
wrażenie, jakby cała Fjällbacka wyległa z domu, żeby szukać.
Kiwnęła głową.
- Tak, ludzie są fantastyczni - powiedziała, starając się panować nad
głosem, i znów usiadła. - Peter też szuka. Nie byłam w stanie go
zatrzymać w domu.
- Wiem. - Gösta usiadł naprzeciw niej. - Spotkałem go z jakąś grupą.
- Co... - zacięła się. - Co się mogło stać, jak pan myśli?
Bała się spojrzeć na niego. Do głowy przychodziły jej różne możliwości,
ale kiedy usiłowała się chwycić którejś z nich, zrozumieć, czuła taki
ból, że zaczynała się dusić.
- Nie ma co gdybać - odparł miękko.
Pochylił się nad stołem i pomarszczoną dłonią przykrył jej rękę.
Udzieliło jej się jego ciepło.
- Tak długo jej nie ma.
Ścisnął jej rękę.
- Jest lato, na dworze ciepło, nie zamarznie. Las jest duży, trzeba
wielu godzin. Na pewno ją znajdziemy. Będzie wystraszona i zszokowana,
ale na to jest rada, prawda?
- Ale... z tamtą dziewczynką tak nie było.
Gösta cofnął rękę, wypił łyk kawy.
- To było trzydzieści lat temu. Inne życie, inne czasy. To czysty
przypadek, że mieszkacie w tym samym domu, i przypadek, że wasza córka
ma tyle samo lat. Czterolatki błądzą. Są ciekawskie, a z tego, co wiem,
wasza córeczka jest dzielną dziewczynką, nie daje sobie w kaszę dmuchać,
więc nic dziwnego, że w końcu nie wytrzymała i wyruszyła w las. Potem
widocznie stało się inaczej, niż myślała, ale będzie dobrze. Tyle osób
jej szuka.
Wstał.
- Dziękuję za kawę, idę. Będziemy szukać całą noc, ale pani mogłaby się
przespać, dobrze by to pani zrobiło.
Pokręciła głową. Miałaby spać, kiedy Nea jest sama w lesie?
- Tak myślałem. Tak czy inaczej powiedziałem to.
Patrzyła na drzwi, które się za nim zamknęły. Znów była sama. Ze swoimi
myślami i lodem ściskającym serce.