Saga o Fjällbace (tom 10). Czarownica - Camilla Läckberg

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prowincja Bohuslän 1671

Elin nachyliła się, żeby posłać łóżko Britty. Złapała się za plecy. Jeszcze się nie przyzwyczaiła do twardej pryczy w czworakach.

Spojrzała na piękne łóżko Britty, pozwoliła sobie nawet na odrobinę zazdrości. Pokręciła głową i wyciągnęła rękę po pusty nocnik.

Ze zdziwieniem odkryła, że siostra nie dzieli z mężem ani sypialni, ani łoża. Cóż, to nie jej sprawa. Inna rzecz, że dla niej najlepszą chwilą był wieczór, kiedy mogła się przytulić do Pera. Leżąc w jego ciepłych, bezpiecznych objęciach, miała wrażenie, że nic złego nie może spotkać ani jej, ani Märty.

Jakże się myliła.

- Elin?

Drgnęła, słysząc łagodny głos pana domu. Była tak pogrążona w myślach, że o mało nie upuściła nocnika.

- Słucham? - Odwróciła się, kiedy już zapanowała nad sobą.

Patrzył na nią swymi niebieskimi, przyjaznymi oczami. Poczuła, że się czerwieni, i szybko spuściła wzrok.

Nie wiedziała, jak się zachowywać wobec szwagra. Zawsze był miły dla niej i dla Märty. Był pastorem i panem tego domu, a ona zaledwie służącą. Wdową żyjącą na cudzej łasce.

- Mały Jan mówi, że Elin potrafi odczynić chorobę. Moja najlepsza mleczna krowa bardzo cierpi.

- To Stjärna? - spytała Elin ze wzrokiem utkwionym w podłogę. - Parobek mówił coś rano.

- Tak, Stjärna. Widzę, że Elin jest zajęta, ale czy mogłaby pójść i spojrzeć na nią?

- Tak, oczywiście.

Odstawiła dzbanek i poszła za nim cicho do obory. Krowa leżała w głębi i muczała. Widać było, że ją boli i że trudno jej wstać. Elin kiwnęła głową do parobka, Małego Jana, który stał obok i nie wiedział, co począć.

- Niech idzie do kuchni i przyniesie trochę soli.

Kucnęła i delikatnie pogłaskała miękki krowi pysk. Stjärna miała szeroko otwarte oczy. Ze strachu.

- Czy Elin potrafi jej pomóc? - spytał cicho Preben i również pogłaskał łaciatą krówkę.

Ich ręce się zetknęły. Gwałtownie cofnęła swoją, jakby ją ukąsił wąż. Znów poczuła, że się czerwieni. Wydawało jej się, że również pan domu lekko pokraśniał. Szybko wstał, kiedy wrócił zasapany Mały Jan.

- Jest - powiedział, sepleniąc lekko, i podał jej solniczkę.

Elin wzięła ją i wysypała sobie na dłoń sporą kupkę soli. Palcem wskazującym prawej ręki kręciła w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, jednocześnie wymawiając zaklęcie, którego nauczyła ją babcia.

- Nasz Pan Jezus szedł po górach i dolinach, uzdrawiał i odczyniał uroki. Słowo Boże, amen.

- Amen - powtórzył Preben, a za nim Mały Jan.

Stjärna muczała.

- I co teraz? - spytał Preben.

- Trzeba czekać. Odczynianie solą zazwyczaj pomaga, ale to może potrwać. Zależy to też od tego, jak ciężka jest niemoc. Zajrzyjcie do niej jutro rano. Myślę, że już będzie dobrze.

- Mały Jan słyszał - powiedział Preben. - Jutro skoro świt ma zajrzeć do krowy.

- Tak jest, panie - odparł Mały Jan i wyszedł.

Preben zwrócił się do Elin:

- Gdzie się Elin nauczyła takich rzeczy?

- Od babki - odparła krótko.

Nadal czuła niepokój po tym, jak zetknęły się ich ręce.

- Czemu jeszcze Elin potrafi zaradzić? - spytał i oparł się o żłób.

Zaszurała lekko stopą i niechętnie odpowiedziała:

- Chyba większości niedomagań, byle nie nazbyt poważnych.

- Zarówno u ludzi, jak i zwierząt? - dopytywał się Preben z ciekawością.

- Tak - odparła.

Zdziwiła się, że Britta nigdy nie wspomniała o tym mężowi, choć Mały Jan opowiedział mu o jej umiejętnościach. Ale pewnie nie było w tym nic dziwnego, bo kiedy mieszkały jeszcze u ojca, jej siostra zawsze z lekceważeniem wypowiadała się o jej babce i jej mądrościach.

- Niech opowie więcej - powiedział Preben, ruszając do wyjścia.

Poszła za nim. Niechętnie, bo uważała, że nie uchodzi, żeby gawędziła z panem domu. Zaraz ich wezmą na języki. Ale pomyślała: to on tu rządzi, więc poszła za nim. Na podwórzu stała Britta. Wzięła się pod boki i patrzyła mrocznym wzrokiem. Elin poczuła się tak, jakby serce zjechało jej do żołądka. Właśnie tego się bała. On niczego nie ryzykował, ona mogła popaść w niełaskę. A z nią Märta.

Miała rację, że obawiała się życia na łasce młodszej siostry. Britta była złośliwa i wymagająca. Zarówno ona, jak i Märta miały już do czynienia z jej ostrym językiem.

- Elin pomogła mi przy Stjärnie - powiedział Preben, patrząc spokojnie w oczy żony. - A teraz idzie nakryć do stołu. Podpowiedziała mi, żebyśmy pobyli trochę we dwoje, bo ostatnio sporo wyjeżdżałem w sprawach parafii.

- Podpowiedziała? - powtórzyła podejrzliwie Britta, ale już łagodnym tonem. - W takim razie dobrze zrobiła.

Energicznie wzięła go pod rękę.

- Okropnie mi brakowało pana męża. Ostatnio trochę mnie zaniedbywał - powiedziała.

- Moja kochana żona ma absolutną rację - odparł, kierując się do domu. - Ale zaraz temu zaradzimy. Elin powiedziała, że za pół godziny możemy zasiąść do stołu, i bardzo dobrze, bo będę mógł się przygotować, żeby przy mej pięknej żonie nie wyglądać na oberwańca.

- E, ty nigdy nie będziesz oberwańcem - zaprotestowała Britta i lekko trzepnęła go po ramieniu.

Zapomnieli o Elin. Idąc za nimi, odetchnęła z ulgą. Znała ten mrok w spojrzeniu siostry. Wiedziała, że nic jej nie powstrzyma przed zaszkodzeniem temu, kto według niej zrobił jej coś złego. Tym razem Preben uratował ją i Märtę. Była mu za to nieskończenie wdzięczna. Chociaż to on postawił ją w tej sytuacji. Nie powinien był tego robić.

Pośpiesznie ruszyła do kuchni. Miała pół godziny, żeby nakryć do stołu i skłonić kucharkę do przygotowania czegoś wyjątkowego. Poprawiła fartuch, mając w pamięci ciepło dłoni Prebena.

- OJCIEC, CO ROBISZ?

Bill był tak zaabsorbowany tekstem, że drgnął, kiedy usłyszał głos syna. Potrącił filiżankę, na biurko chlupnęło trochę kawy.

Odwrócił się do stojącego w drzwiach Nilsa.

- Pracuję nad nowym projektem - powiedział i odwrócił ekran, żeby syn mógł zobaczyć.

- Milsi ludzie - odczytał głośno Nils z pierwszej strony w PowerPoincie.

Pod spodem zdjęcie żaglówki sunącej po wodzie.

- Co to jest?

- Pamiętasz ten film, który oglądaliśmy? Mili ludzie Filipa i Fredrika.

Przytaknął.

- O tych czarnuchach, którzy mieli grać w bandy.

Bill się skrzywił.

- O Somalijczykach, którzy mieli grać w bandy. Nie mówi się czarnuchy.

Nils wzruszył ramionami.

Bill spojrzał na stojącego w półmroku syna. Ręce trzymał nonszalancko w kieszeniach, jasna grzywka opadała mu na oczy. Pojawił się w ich życiu dość późno. Nie był dzieckiem planowanym ani nawet szczególnie upragnionym. Gun miała już czterdzieści pięć lat, on prawie pięćdziesiąt, a dwaj bracia Nilsa już dawno byli starszymi nastolatkami. Gun upierała się, że urodzi, mówiła, że musi w tym być jakiś sens. Ale on nigdy nie nawiązał z Nilsem takiego kontaktu jak z dwoma starszymi synami. Zabrakło mu sił, może woli, żeby przewijać, przesiadywać przy piaskownicy albo po raz trzeci odrabiać z dzieckiem matmę.

Odwrócił ekran z powrotem.

- To prezentacja dla mediów. Chciałbym jakoś pomóc uchodźcom mieszkającym w naszej okolicy zintegrować się ze szwedzkim społeczeństwem.

- Będziesz ich uczył grać w bandy? - spytał Nils, wciąż z rękami w kieszeniach.

- Nie widzisz łódki? - Bill wskazał na ekran. - Nauczą się żeglować! A potem wezmą udział w regatach dookoła Dannholmen.

- Regaty dookoła Dannholmen to nie to samo co mistrzostwa świata w bandy, w których brały udział tamte czarnuchy - zauważył Nils. - To całkiem inny kaliber.

- Nie mów czarnuchy!

Na pewno robi to po to, żeby mnie zdenerwować, pomyślał Bill.

- Wiem, że nasze regaty to impreza na niewielką skalę, ale tu, w Szwecji, będzie to miało symboliczne znaczenie i ściągnie uwagę mediów. Zwłaszcza w związku z filmem, który teraz kręcą.

- Pod warunkiem, że to rzeczywiście uchodźcy. Przecież przyjeżdżają tylko ci, których na to stać. Wiem, czytałem w sieci. A te niby dzieci, które przyjeżdżają, noszą brody i wąsy.

- Ależ Nils!

Bill spojrzał na syna, który z podniecenia aż poczerwieniał. Jakby patrzył na kogoś obcego. Gdyby go nie znał, pomyślałby, że jest... rasistą. Niemożliwe, nastolatki po prostu za mało wiedzą o świecie. Tym bardziej powinien zrealizować swój projekt. Większość ludzi jest dobra, potrzebują tylko, żeby ich lekko popchnąć we właściwą stronę. Wykształcenie. O to chodzi. Wkrótce Nils się przekona, jak bardzo się myli.

Usłyszał, jak Nils zamyka drzwi. Jutro spotkanie organizacyjne, trzeba przygotować wszystko dla mediów. To będzie wielka sprawa. Naprawdę wielka.

- Halo! - zawołała Paula, wchodząc z Johanną do mieszkania. Każda niosła na biodrze dziecko, oprócz tego miały trzy walizki i dwa wózki.

Paula uśmiechnęła się do Johanny i postawiła na podłodze najcięższą walizkę. Urlop na Cyprze z trzylatkiem i niemowlęciem nie był najlepszym pomysłem, ale jakoś to przeżyły.

- W kuchni jestem!

Słysząc głos matki, Paula się odprężyła: jeśli ona i Bertil są tutaj, to zajmą się dziećmi, a one będą mogły spokojnie się rozpakować. Albo odłożyć wszystko do jutra, rzucić się na łóżko, pogapić na jakiś film i przy nim zasnąć.

Rita uśmiechnęła się, kiedy weszły do kuchni. Nie było nic nadzwyczajnego w tym, że stoi i gotuje w ich kuchni, jakby była u siebie. Rita i Bertil mieszkali piętro wyżej, ale od kiedy urodziły się dzieci, granica między ich mieszkaniami zatarła się na tyle, że właściwie mogliby je połączyć schodami.

- Zrobiłam wam enchiladas, pomyślałam, że będziecie głodne po podróży. Fajnie było?

Wyciągnęła ręce do Lisy.

- Tak. A właściwie nie - odparła Paula, z przyjemnością oddając niemowlę. - Zastrzel mnie, jeśli kiedyś znów powiem, że fajnie byłoby wyjechać na tydzień z dziećmi.

- Faktycznie, to był twój pomysł - mruknęła Johanna, starając się obudzić Lea.

- To był koszmar - dodała Paula. Skubnęła kawałek złotawego sera pokrywającego enchiladę. - Wszędzie dzieci, dorośli chodzili w tym upale przebrani za przytulanki, śpiewając jakąś cholerną pieśń bojową.

- To chyba niewłaściwe określenie - zaśmiała się Johanna.

- Dobra, to była sekciarska indoktrynacja. Gdybym musiała wysłuchać tej pieśni jeszcze raz, na pewno udusiłabym wielkiego włochatego misia.

- Opowiedz o fontannie czekolady - wtrąciła Johanna.

Paula jęknęła.

- O Boże. Co wieczór był bufet, głównie dla dzieci. Naleśniki, klopsiki, pizza i spaghetti w ogromnych ilościach. Plus fontanna czekolady. Pewien dzieciak, Linus, dał się zapamiętać w sposób szczególny. Wszyscy go znali, bo matka ciągle za nim latała i wrzeszczała: nie, Linus, tak nie wolno, Linus! Linus, nie kop dziewczynki! Jego tatuś od śniadania pociągał piwo. A ostatniego dnia...

Johanna zdusiła chichot, a Paula wzięła talerz, nałożyła sobie enchilady i usiadła przy stole.

- Ostatniego dnia wpadł prosto na tę fontannę czekolady i ją przewrócił. Czekolada rozlała się po całej podłodze, a ten mały rzucił się i zaczął w niej taplać. Matka, cała w histerii, biegała w kółko.

Paula odgryzła spory kęs i westchnęła. Pierwszy raz od tygodnia jadła coś, co było przyprawione jak trzeba.

- Dziadzia Bertil? - powiedział Leo, budząc się w ramionach Johanny.

- Właśnie, gdzie Bertil? - spytała Paula. - Już śpi przed telewizorem?

- Nie... - odparła Rita. - Jest w pracy.

- Tak późno?

Mellberg raczej nie brał wieczornych dyżurów.

- Musiał. A ty jesteś jeszcze na urlopie macierzyńskim - powiedziała Rita, patrząc z wahaniem na Johannę.

Zdawała sobie sprawę, że niełatwo było przekonać jej córkę do wzięcia urlopu. Johanna stale się obawiała, że Paula wróci do pracy wcześniej. Plan był taki, że lato spędzą razem, całą rodziną.

- Co się dzieje? - spytała Paula, odkładając sztućce.

- Szukają kogoś, kto zaginął.

- Kto zaginął?

- Dziecko - odparła Rita, nie patrząc jej w oczy. - Czteroletnia dziewczynka.

Znała swoją córkę.

- Od jak dawna jej nie ma?

- Możliwe, że od wczorajszego wieczoru, ale rodzice zorientowali się dopiero późnym popołudniem, więc poszukiwania trwają dopiero od paru godzin.

Paula spojrzała błagalnie na Johannę. Johanna popatrzyła na Lea i kiwnęła głową.

- Jasne, leć. Przyda im się każda pomoc.

- Kocham cię, pędzę.

Wstała i pocałowała swoją partnerkę w policzek.

- Gdzie to jest? - spytała, stojąc w przedpokoju i wciągając cienką letnią kurteczkę.

- Jakieś gospodarstwo. Bertil mówił o gospodarstwie Bergów.

- Bergów?

Paula znieruchomiała. Znała to miejsce. I jego historię. Nie miała złudzeń, to nie mógł być zwykły zbieg okoliczności.

Karim zapukał do drzwi. Wiedział, że Adnan jest u siebie, i nie zamierzał odejść, dopóki nie otworzy. Doświadczenia ze świata, w którym pukanie do drzwi bywa równoznaczne ze śmiercią, sprawiły, że ludzie otwierali niechętnie. Karim załomotał. W końcu drzwi się otworzyły.

Na widok wielkich oczu Adnana Karim prawie pożałował, że tak walił.

- Rozmawiałem przed chwilą z Rolfem. Powiedział, że cała Fjällbacka szuka zaginionej dziewczynki. Musimy pomóc.

- Dziewczynki? Dziecka?

- Tak. Rolf mówił, że ma cztery lata. Przypuszczają, że zabłądziła w lesie.

- Pewnie, że musimy pomóc. - Adnan odwrócił się i sięgnął po kurtkę. - Khalil! Chodź!

Karim się cofnął.

- Popukaj do innych. Powiedz ludziom, że zbieramy się przy kiosku. Rolf obiecał, że nas podwiezie.

- Jasne. Śpieszmy się, dziecko nie powinno być w nocy samo w lesie.

Karim zapukał do kolejnych drzwi. Słyszał, że Khalil i Adnan robią to samo. Po chwili okazało się, że zmobilizowali kilkanaście osób. Rolf będzie musiał obrócić dwa albo nawet trzy razy, żeby wszystkich podwieźć, ale to na pewno nie problem. Miły człowiek. Pomocny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

- MYŚLISZ, ŻE mama będzie w białej sukience? - spytała Erika, odwracając się na łóżku do Patrika.

- Rzeczywiście, bardzo śmieszne - odparł.

Zaśmiała się i szturchnęła go w bok.

- Dlaczego tak ci przeszkadza, że wychodzi za mąż? Ojciec od dawna ma drugą żonę, więc co w tym dziwnego?

- Wiem, że to głupie. - Patrik pokręcił głową. Spuścił nogi z łóżka i zaczął wciągać skarpetki. - Lubię Gunnara i czuję ulgę, że mama nie będzie sama... - Wstał i włożył dżinsy. - Po prostu nie zdążyłem się do tego przyzwyczaić. Odkąd pamiętam, mama była zawsze sama, więc jeśli się w to wgłębić, pewnie to problem na linii matka - syn. Nie mieści mi się w głowie... że mama może... współżyć.

- Chcesz powiedzieć, że mama i Gunnar chodzą ze sobą do łóżka?

Patrik zatkał uszy rękami.

- Przestań!

Śmiejąc się, rzuciła w niego poduszką. Od razu do niej wróciła. Rozpętała się prawdziwa wojna. Patrik rzucił się na nią. Zapasy szybko przeszły w pieszczoty i przyśpieszone oddechy. Erika wyciągnęła ręce i właśnie zaczęła mu rozpinać pierwszy guzik spodni.

- Co wy robicie?

Znieruchomieli na dźwięk jasnego głosiku Mai i odwrócili się do drzwi. Stała w nich nie tylko Maja: również obaj bliźniacy przyglądali się leżącym na łóżku rodzicom.

- Trochę się łaskotaliśmy - odparł zasapany Patrik i wstał.

- Załóż w końcu zasuwkę! - syknęła Erika, zasłaniając się kołdrą.

Usiadła na łóżku i spróbowała się uśmiechnąć.

- Idźcie na dół i zacznijcie szykować śniadanie, zaraz przyjdziemy.

Patrik zdążył się już ubrać i popchnął dzieci przed sobą.

- A jak nie możesz sam założyć, to poproś Gunnara. Mam wrażenie, jakby był w ciągłym pogotowiu z tą swoją skrzynką z narzędziami. Chyba że jest zajęty twoją mamą...

- Odpuść - zaśmiał się Patrik i wyszedł.

Erika położyła się, uśmiechając się do siebie. Mogła jeszcze chwilkę poleżeć. Nie musiała chodzić do pracy na określoną godzinę, co w sytuacji, kiedy człowiek jest swoim własnym szefem, może być plusem, ale również minusem. Praca pisarza wymaga charakteru i dyscypliny wewnętrznej, czasem brakowało jej też kontaktu z ludźmi. Ale kochała to swoje pisanie. Lubiła tchnąć życie w bohaterów swoich opowieści, dokumentować ich losy i dowiadywać się, co się zdarzyło i dlaczego. Rzecz, nad którą obecnie pracowała, nęciła ją od dawna. Sprawa małej Stelli, uprowadzonej i zamordowanej przez Helen Persson i Marie Wall, głęboko wzburzyła mieszkańców Fjällbacki i nadal ich poruszała.

W dodatku Marie Wall właśnie wróciła do Fjällbacki. Podziwiana gwiazda Hollywood przyjechała, żeby zagrać w filmie o Ingrid Bergman. Miasteczko aż się trzęsło od plotek.

Wszyscy znali te dziewczyny albo ich rodziny i wszyscy przeżyli szok, gdy tamtego lipcowego popołudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku zwłoki Stelli odnaleziono w leśnym stawie.

Odwracając się na bok, Erika zastanawiała się, czy słońce świeciło wtedy równie mocno jak tego dnia. Sprawdzi, kiedy już przyjdzie czas, żeby przejść przez przedpokój do gabinetu. Jeszcze chwilę poczeka. Zamknęła oczy i słuchając głosów Patrika i dzieci dochodzących z kuchni, z parteru, zapadła w drzemkę.

Helen pochyliła się i rozejrzała. Spocone dłonie oparła na kolanach. Pobiła własny rekord, chociaż wybiegła później niż zwykle.

Patrzyła na rozciągające się przed nią błękitne, krystaliczne morze, ale w środku miała burzę. Wyprostowała się i objęła, ale nie mogła powstrzymać drżenia. W tym momencie jakby ktoś przeszedł po moim grobie - mawiała jej matka. Może rzeczywiście. Nie w tym sensie, że przeszedł po j e j grobie. Po jakimś.

Czas spuścił zasłonę na to, co było, wspomnienie było bardzo niewyraźne. Pamiętała przede wszystkim głosy domagające się odpowiedzi, chciały wiedzieć, co dokładnie się stało. Pytania powtarzały się raz za razem, w końcu sama już nie wiedziała, co było ich prawdą, a co jej.

Wtedy powrót do Fjällbacki i układanie sobie życia na nowo wydawały jej się zupełnie niemożliwe. Ale z biegiem lat szepty i krzyki ucichły, przeszły w ciche pomrukiwania, żeby w końcu zupełnie zamilknąć. Znów stała się niekwestionowaną częścią tutejszej rzeczywistości.

Znów się zacznie gadanie. Wszystko wróci. I jak to zwykle bywa różne wydarzenia zbiegły się w czasie. Po liście od Eriki Falck, która napisała, że pracuje nad książką i chciałaby się z nią spotkać, przez kilka tygodni nie mogła spać. Musiała odnowić receptę na tabletki, których już od lat nie brała. Bez nich nie dałaby rady, a potem na dodatek dowiedziała się, że wróciła Marie.

Trzydzieści lat minęło. Żyli z Jamesem w ciszy i spokoju, wiedziała, że James właśnie tak chce. W końcu przestaną gadać, mówił. I miał rację. Mroczny czas minął szybko, powinna tylko dbać o to, żeby nadal wszystko było jak należy. A wspomnienia udało jej się zepchnąć w niepamięć. Aż do teraz. Pod powiekami mignął jej wyraźny obraz twarzy Marie. I radosny uśmiech Stelli.

Znów skierowała wzrok na morze, starała się podążać za nielicznymi falami. Ale obrazy nie chciały odpłynąć. Marie wróciła, a wraz z nią nadciągnęła katastrofa.

- Przepraszam, gdzie tu jest toaleta?

Sture spojrzał zachęcająco na Karima i pozostałych uczestników lekcji szwedzkiego w ośrodku dla uchodźców w Tanumshede.

Wszyscy starali się w miarę możliwości powtarzać za nim.

- Przepraszam, gdzie tu jest toaleta?

- Ile to kosztuje? - ciągnął Sture.

Za nim chór:

- Ile to kosztuje?

Karim zmagał się ze sobą, usiłując połączyć głoski wymawiane przez Sturego, który stał przed tablicą z wypisanymi zwrotami. Wszystko było inne. Litery, które mieli czytać, i dźwięki, które mieli wydawać.

Rozejrzał się po pokoju, w którym siedziało sześć zdeterminowanych osób. Pozostali albo korzystali ze słońca i grali w piłkę, albo leżeli w swoich domkach. Jedni próbowali przespać kolejny dzień, podczas gdy inni wymieniali maile z przyjaciółmi i krewnymi, którzy zostali na miejscu i z którymi wciąż można się było skontaktować, albo surfowali po portalach informacyjnych. Niewiele znajdowali wiadomości z kraju. Rząd uprawiał propagandę, a światowe media natrafiały na trudności, kiedy próbowały wysyłać tam korespondentów. W poprzednim życiu Karim był dziennikarzem, więc zdawał sobie sprawę, jakim problemem jest zdobycie prawdziwych i aktualnych relacji z kraju ogarniętego wojną, zwłaszcza tak rozdartego przez siły wewnętrzne i zewnętrzne jak Syria.

- Dziękuję, że nas do siebie zaprosiliście.

Karim prychnął. Nigdy nie będzie miał okazji tego powiedzieć. Szybko się nauczył, że Szwedzi są bardzo zdystansowani. W ogóle nie mieli z nimi kontaktu, jeśli nie liczyć Szwedów pracujących w ośrodku dla uchodźców.

Żyli jakby w małym państwie w państwie, w izolacji od świata zewnętrznego. Za towarzystwo mieli tylko siebie. I wspomnienia z Syrii. Dobre, ale przede wszystkim złe. Przez wielu przeżywane wciąż na nowo. Karim starał się wyprzeć je z pamięci. Wojnę, która stała się codziennością. A potem długą podróż do ziemi obiecanej na północy Europy.

Udało mu się przetrwać. Razem z ukochaną Aminą i swoimi skarbami Hassanem i Samią. Tylko to się liczyło. Zdołał ich dowieźć w bezpieczne miejsce, gdzieś, gdzie mają przed sobą jakąś przyszłość. W snach widział ciała unoszące się na wodzie, ale kiedy otworzył oczy, znikały. On i jego rodzina są tutaj. W Szwecji. Tylko to się liczy.

- A jak się mówi, kiedy się uprawia z kimś seks?

Mówiąc to, Adnan się zaśmiał. On i Khalil byli najmłodsi. Siedzieli obok siebie i podpuszczali się nawzajem.

- Więcej szacunku - odezwał się po arabsku Karim, rzucając im gniewne spojrzenie.

Wzruszył ramionami i spojrzał przepraszająco na Sturego, który lekko kiwnął głową.

Khalil i Adnan przyjechali do Szwecji sami, bez rodziny i przyjaciół. Udało im się wyrwać z Aleppo, zanim ucieczka stała się zbyt niebezpieczna. Ucieczka albo pozostanie na miejscu. Jedno i drugie oznaczało to samo śmiertelne zagrożenie.

Mimo tego oczywistego braku szacunku Karim nie potrafił się na nich gniewać. Przecież to jeszcze dzieci. Wystraszone i samotne w obcym kraju. Została im tylko zuchwałość. Wszystko było obce. Karim rozmawiał z nimi po lekcjach. Ich rodziny wysupłały ostatni grosz, żeby tylko przedostali się do Szwecji. Na ich barkach spoczął niemały ciężar: nie tylko zostali wysłani do zupełnie obcego świata, ale też oczekiwano od nich, żeby jak najprędzej urządzili się na miejscu tak, żeby móc ściągnąć rodziny z ogarniętej wojną Syrii. Rozumiał ich, ale uważał, że nie wolno im odnosić się do nowej ojczyzny bez szacunku. Nawet jeśli Szwedzi się ich boją, to przecież ich przyjęli. Dali strawę i dach nad głową. A Sture poświęcał im swój wolny czas, żeby ich uczyć, jak pytać, ile coś kosztuje i gdzie jest toaleta. Karim wprawdzie nie rozumiał Szwedów, ale był im dozgonnie wdzięczny za to, co zrobili dla jego rodziny. Nie wszyscy się z nim zgadzali, a ci, którzy nie szanowali nowego kraju, szkodzili pozostałym. Przez nich Szwedzi robili się jeszcze bardziej podejrzliwi.

- Jaka dziś ładna pogoda - powiedział wyraźnie stojący przed tablicą Sture.

- Jaka dziś ładna pogoda - powtórzył Karim i się uśmiechnął.

Już po dwóch miesiącach pobytu w Szwecji zrozumiał, dlaczego Szwedzi tak się cieszą, kiedy świeci słońce. Cholerna psia pogoda - to był jeden z pierwszych zwrotów, jakich się nauczył po szwedzku. Chociaż wciąż mu nie wychodziło to "pś" na początku.

- Jak często uprawia się seks, kiedy jest się w tym wieku? Jak myślisz? - spytała Erika i pociągnęła łyk musującego wina.

Anna wybuchnęła głośnym śmiechem, ściągając na siebie spojrzenia pozostałych gości kawiarni na molo.

- Serio pytasz, siostra? Nad tym się zastanawiasz? Jak często matka Patrika chodzi do łóżka?

- No wiesz, myślę w szerszym kontekście - odparła Erika, nabierając łyżką owoce morza. - Ile jeszcze lat fajnego współżycia zostało? A może w którymś momencie człowiek traci zainteresowanie seksem? Utrzymuje się na tym samym poziomie czy zamiast tego człowiek czuje nieodpartą potrzebę rozwiązywania krzyżówek albo sudoku i zajadania się pralinkami?

- No więc...

Anna pokręciła głową, starała się usadowić w miarę wygodnie. Patrząc na nią, Erika poczuła gulę w gardle. Nie tak dawno miały straszliwy wypadek samochodowy. Anna straciła dziecko, którego się spodziewała. Blizny na zawsze pozostaną na jej twarzy, ale wkrótce urodzi następne dziecko, owoc miłości do Dana. Życie bywa naprawdę zaskakujące.

- Myślisz na przykład, że...

- Jeśli choćby napomkniesz o naszych rodzicach, to wstanę i wyjdę - powiedziała Anna, podnosząc ostrzegawczo dłoń. - Nawet myśleć o tym nie chcę.

Erika się zaśmiała.

- Okej, nie napomknę, ale jak myślisz, jak często uprawiają seks Kristina i Bob Budowniczy?

- Erika! - Anna zasłoniła twarz rękami i znów pokręciła głową. - Skończcie wreszcie z nazywaniem biednego Gunnara Bobem Budowniczym. I to tylko dlatego, że jest uczynny i zręczny.

- Dobra, więc porozmawiajmy o ślubie. Ty też zostałaś poproszona o radę w sprawie sukni? Nie mogę sama doradzać i robić dobrej miny, kiedy będzie mi pokazywać kolejną koszmarnie ciotkowatą kreację.

- Owszem, mnie też poprosiła. - Anna starała się pochylić, żeby dosięgnąć swojej kanapki z krewetkami.

- Połóż ją od razu na brzuchu - zaproponowała z uśmiechem Erika.

Anna odpowiedziała wściekłym spojrzeniem.

Oboje z Danem cieszyli się na to dziecko, ale w taki upał chodzenie w ciąży było mało przyjemne, zwłaszcza że jej brzuch był wręcz gigantycznych rozmiarów.

- Może spróbujemy na nią wpłynąć? Ma świetną figurę, w talii jest szczuplejsza ode mnie i ma lepsze piersi, tylko boi się je pokazywać. Pomyśl, jak by jej było ładnie w wąskiej, koronkowej sukni z dekoltem.

- Jeżeli chcesz przeprowadzić akcję metamorfoza, to proszę, beze mnie - odparła Anna. - Cokolwiek włoży, będę jej mówić, że wygląda wspaniale.

- Cykor z ciebie.

- Pilnuj swojej teściowej, a ja będę pilnowała swojej.

Z prawdziwą przyjemnością odgryzła kęs kanapki z krewetkami.

- Dobra, chociaż Esther jest cholernie męcząca - zauważyła Erika, przypominając sobie miłą matkę Dana, która nigdy nie pozwoliłaby sobie na jakąkolwiek krytykę albo odmienny pogląd.

Pamiętała ją z czasów, kiedy sama chodziła z Danem.

- Masz rację, udała mi się - odparła Anna i zaklęła, bo kanapka wylądowała na jej brzuchu.

- Nie martw się, przy takich balonach i tak nie widać brzucha - powiedziała Erika, wskazując na piersi Anny w rozmiarze G.

- Zamknij się.

Anna próbowała zetrzeć majonez z sukienki. Tymczasem Erika pochyliła się, ujęła w dłonie twarz młodszej siostry i pocałowała ją w policzek.

- A to co? - spytała zdumiona Anna.

- Kocham cię - odpowiedziała Erika krótko i podniosła do góry kieliszek. - Za nas, Anno. Za ciebie, za mnie i naszą zwariowaną rodzinę. Za wszystko, co przeszłyśmy, co przeżyłyśmy, i za to, że już niczego przed sobą nie ukrywamy.

Anna zamrugała oczami, a potem podniosła szklankę z colą i stuknęła się z Eriką.

- Za nas.

Przez mgnienie oka Erice wydawało się, że we wzroku Anny dojrzała coś mrocznego, ale musiało to być złudzenie.

Sanna pochyliła się nad krzakiem jaśminowca i wciągnęła w nozdrza zapach. Inaczej niż zwykle nie podziałał na nią uspokajająco. Wokół kręcili się klienci: podnosili doniczki, ładowali na taczki ziemię, ale prawie ich nie zauważała. Miała przed oczami tylko jedno: fałszywy uśmiech Marie Wall.

Nie mieściło jej się w głowie, że wróciła. Po tylu latach. Jakby nie wystarczyło, że musi się natykać w miasteczku na Helen i jeszcze kiwać jej głową na dzień dobry.

Pogodziła się z tym, że Helen jest niedaleko, co pewien czas wpadała na nią i w jej oczach czytała poczucie winy, z biegiem lat zjadające ją coraz bardziej. Natomiast Marie nigdy nie pokazała po sobie, że żałuje, a jej uśmiechnięte zdjęcia były we wszystkich tabloidach.

Teraz wróciła. Fałszywa, piękna, roześmiana Marie. Kiedyś chodziły do tej samej klasy w Kyrkskolan1. Z zazdrością patrzyła na jej długie rzęsy i kręcone blond włosy aż do pasa, ale już wtedy dostrzegła w niej zło.

Dzięki Bogu, że chociaż rodzice nie dożyli widoku uśmiechniętej Marie w Fjällbace. Miała trzynaście lat, kiedy mama umarła na raka wątroby, a piętnaście, kiedy ostatnie tchnienie wydał ojciec. Lekarze nie potrafili określić bezpośredniej przyczyny zgonu, ale ona i tak wiedziała. Umarł z żalu.

Pokręciła głową i ból natychmiast przypomniał jej o sobie.

Musiała potem zamieszkać u ciotki Linn, ale nigdy nie poczuła się tam u siebie. Dzieci ciotki i wujka Paula były od niej dużo młodsze. Nie wiedzieli, co począć z nastoletnią sierotą. Nie byli dla niej źli ani niemili, na pewno się starali, ale pozostali obcy.

Wybrała naukę w odległym technikum rolniczym i prawie zaraz po maturze poszła do pracy. Od tamtej pory treścią jej życia była praca. Prowadziła nieduże gospodarstwo ogrodnicze na obrzeżach Fjällbacki. Zarobek był niewielki, ale wystarczał, żeby mogła utrzymać siebie i córkę. Więcej nie potrzebowała.

Po śmierci Stelli jej rodzice umarli za życia. Nawet ich rozumiała. Są ludzie, którzy rodzą się z wyjątkowo silnym urokiem, i Stella do nich należała. Zawsze radosna, miła, gotowa obdzielać wszystkich całusami i uściskami. Gdyby Sanna mogła w tamten upalny letni poranek umrzeć zamiast niej, zrobiłaby to.

Ale to Stellę znaleźli w leśnym jeziorku. Wtedy wszystko się skończyło.

- Przepraszam, czy jest jakaś odmiana róż łatwiejsza w uprawie od innych?

Drgnęła i podniosła wzrok. Spojrzała na kobietę, której wcześniej nie zauważyła.

Kobieta się uśmiechnęła, zmarszczki na jej twarzy się wygładziły.

- Kocham róże, ale niestety nie mam ręki do kwiatów - dodała.

- Chodzi pani o jakiś konkretny kolor? - spytała Sanna.

Była prawdziwą specjalistką od kojarzenia ludzi i roślin. Jedni pasują do kwiatów wymagających różnych zabiegów i większej uwagi. Tacy potrafią zadbać o dobrostan orchidei, żeby kwitła raz po raz i żeby mogli spędzić razem wiele szczęśliwych lat. Inni ledwo dają sobie radę sami ze sobą i potrzebują roślin cierpliwych i mocnych. Może nie kaktusów - te zostawiała dla najcięższych przypadków. Takim proponowała na przykład skrzydłokwiat Wallisa albo monsterę dziurawą. Połączenie właściwej rośliny z właściwym człowiekiem stawiała sobie za punkt honoru.

- Różowy - odparła klientka z rozmarzeniem. - Uwielbiam róż.

- W takim razie mam dla pani właściwą różę. Gęstokolczastą. Musi się pani trochę postarać przy sadzeniu. Trzeba wykopać głęboki dół i dobrze go nawodnić. Następnie podsypać trochę nawozu. Dam pani odpowiedni rodzaj. A potem wsadzi pani krzak róży. Zasypie ziemią i znów podleje. Podlewanie jest bardzo ważne na początku, kiedy roślina się ukorzenia. Potem wystarczy pilnować, żeby nie uschła. I przyciąć na przedwiośniu. Mówi się, że trzeba to robić wtedy, kiedy na brzozach pojawiają się mysie uszka.

Kobieta patrzyła rozkochanym wzrokiem na krzak róży, który włożyła jej do wózka. Sanna doskonale ją rozumiała. Róże mają w sobie coś szczególnego. Często porównywała do nich ludzi. Stella byłaby różą francuską. Piękną, wspaniałą, z kilkoma warstwami płatków.

Kobieta chrząknęła.

- Wszystko w porządku? - spytała.

Sanna pokręciła głową. Zdała sobie sprawę, że znów pogrążyła się we wspomnieniach.

- W porządku, jestem tylko trochę zmęczona. To przez ten upał...

Kobieta przytaknęła.

Ale nie było w porządku. Zło wróciło. Ona wyczuwała to tak samo wyraźnie jak zapach róż.

Urlopu z dziećmi raczej nie da się zaliczyć do czasu wolnego, pomyślał Patrik. To dziwna kombinacja czegoś cudownego i absolutnie wyczerpującego. Zwłaszcza teraz, pomyślał. Był sam z całą trójką, bo Erika umówiła się na lunch z Anną. W dodatku wbrew własnym przekonaniom wybrał się z nimi nad morze, bo w domu zaczynali już chodzić po ścianach. Zwykle potrafił ich pogodzić, dzięki temu, że wymyślał im jakieś zajęcia. Niestety zapomniał, że plaża wszystko utrudnia. Przede wszystkim ze względu na ryzyko utonięcia. Ich dom stał w Sälvik, dokładnie nad kąpieliskiem, i Patrik nie raz budził się zlany potem, bo śniło mu się, że któreś z dzieci zabłąkało się na plażę. Do tego jeszcze ten piach. Noel i Anton nie tylko obrzucali piachem inne dzieci, co ściągało na Patrika gniewne spojrzenia ich rodziców, ale na dodatek z niezrozumiałego powodu pakowali go sobie do buzi. Żeby jeszcze był to sam piach. Patrik wzdrygał się na myśl o znajdujących się w nim obrzydliwościach. Dopiero co wyrwał Antonowi niedopałek papierosa. Było tylko kwestią czasu, kiedy trafi na kawałek szkła. Albo torebkę po porcyjce snusu.

Dzięki Bogu za Maję. Czasem miał wyrzuty sumienia, że mała bierze na siebie tak dużą odpowiedzialność za braciszków, ale Erika mówiła, że Maja to lubi. Podobnie jak ona lubiła się opiekować młodszą siostrą.

A teraz Maja pilnowała, żeby bliźniacy nie wchodzili za głęboko, wyprowadzała ich na brzeg, sprawdzała, co wkładają do buzi, i pomagała innym dzieciom otrzepywać się z piachu. Patrik czasem wolałby, żeby nie była taka porządna. Bał się, że jeśli zawsze będzie taką dzielną dziewczynką, w przyszłości nieuchronnie dorobi się wrzodów żołądka.

Odkąd parę lat wcześniej przydarzyły mu się problemy z sercem, zdawał sobie sprawę, że musi o siebie dbać, znajdując czas na odpoczynek i odprężenie. Można by się zastanawiać, czy zapewni mu to urlop z dziećmi. Kochał je wprawdzie ponad wszystko, ale musiał się przyznać przed samym sobą, że czasem tęskni za spokojem w komisariacie w Tanumshede.

Marie Wall odchyliła się na leżaku i sięgnęła po drinka. Bellini, szampan z sokiem brzoskwiniowym. Nie tak smaczny jak u Harry'ego w Wenecji. Niestety. Tutaj nie mają świeżych brzoskwiń. Drink był uproszczonym wariantem taniego szampana, który wstawiły jej do lodówki skąpiradła z wytwórni filmowej, zmieszanego z sokiem Proviva. Ale niech będzie. Zażądała, żeby kiedy przyjedzie, składniki drinka były już na miejscu.

Powrót wiązał się dla niej z dziwnym uczuciem. Oczywiście nie powrót do domu, bo dom został dawno rozebrany. Ciekawe, czy mieszkańców nowego, który został zbudowany na miejscu starego, nie nawiedzają złe duchy, zważywszy na to, co się tam stało. Raczej nie. Zło pewnie poszło do grobu razem z jej rodzicami.

Wypiła kolejny łyk. Ciekawe, gdzie są teraz właściciele tego domku. Przy tak pięknej sierpniowej pogodzie powinni spędzić tam tydzień i cieszyć się nim, zwłaszcza że jego budowa i wyposażenie musiały kosztować ładnych kilka milionów. Nawet jeśli nie bywają w Szwecji zbyt często. Prawdopodobnie siedzą w swojej przypominającej pałac rezydencji w Prowansji, którą Marie obejrzała sobie w internecie. Bogacze rzadko zadowalają się czymś gorszym od doskonałości. Nawet jeśli chodzi o letni dom.

Ale była im wdzięczna, że zgodzili się go wynająć. Śpieszyła tam po każdym dniu zdjęciowym. Wiedziała, że na dalszą metę to się nie uda, że pewnego dnia znów spotka Helen, uprzytomni sobie, ile kiedyś dla siebie znaczyły i jak bardzo się wszystko zmieniło. Ale wciąż nie była na to gotowa.

- Mamo!

Przymknęła oczy. Od zawsze próbowała nauczyć Jessie, żeby zwracała się do niej po imieniu, a nie tym okropnym określeniem. Ale jej córka uparcie mówiła do niej mama, jakby w ten sposób mogła zamienić Marie w pulchną mamuśkę robiącą wypieki.

- Mamo!

Wołanie dobiegło zza jej pleców. Zdała sobie sprawę, że się przed nią nie schowa.

- Tak? - odezwała się, sięgając po kieliszek.

Bąbelki drapały ją w gardle. Z każdym łykiem jej ciało stawało się bardziej miękkie i elastyczne.

- Chcielibyśmy z Samem wypłynąć jego łódką, możemy?

- Pewnie - odparła i wypiła następny łyk.

Mrużąc oczy, spojrzała spod kapelusza na córkę.

- Chcesz trochę?

- Mamo, ja mam piętnaście lat - westchnęła Jessie.

Boże, jaka porządna, aż trudno uwierzyć, że jest jej córką. Na szczęście po przyjeździe do Fjällbacki udało jej się poznać jakiegoś chłopaka.

Opadła z powrotem na leżak i zamknęła oczy, ale zaraz znów je otworzyła.

- No i dlaczego jeszcze stoisz? Zasłaniasz mi słońce. Próbuję się trochę opalić. Po lunchu mam zdjęcia i chcą, żebym miała naturalną opaleniznę. Ingrid była podczas urlopów na Dannholmen opalona na czekoladkę.

- Ja... - zaczęła Jessie, ale szybko odwróciła się na pięcie i wyszła.

Marie usłyszała głośne trzaśnięcie i uśmiechnęła się do siebie. Nareszcie sama.

Bill Andersson zdjął pokrywę i wyjął z koszyka kanapkę przygotowaną przez Gun. Spojrzał w niebo i natychmiast zamknął koszyk. Mewy są tak szybkie, że wystarczy chwila nieuwagi, a porwą cały lunch. Zwłaszcza na pomoście.

Gun szturchnęła go lekko w bok.

- To dobry pomysł - powiedziała. - Szalony, ale dobry.

Zamknął oczy i odgryzł kęs.

- Naprawdę tak myślisz czy mówisz tak tylko po to, żeby zadowolić swojego starego?

- A od kiedy ja mówię cokolwiek po to, żeby cię zadowolić? - odpowiedziała Gun i Bill musiał jej przyznać rację.

W ciągu czterdziestu wspólnie spędzonych lat niewiele było takich sytuacji, kiedy jego żona powstrzymała się od powiedzenia czegoś prosto z mostu.

- Faktem jest, że od czasu, kiedy obejrzałem tamten film, wciąż o tym myślę i wydaje mi się, że tutaj też powinno zadziałać. Rozmawiałem z Rolfem z ośrodka dla uchodźców, niefajnie się tam dzieje. Ludzie mają tyle obaw, że nawet do nich nie podchodzą.

- Tu, w Fjällbace, wystarczy, że jesteś ze Strömstad2, jak ja, żeby cię uważali za obcego. Może nie ma się co dziwić, że nie witają Syryjczyków z otwartymi ramionami.

Sięgnęła po następną bułeczkę, świeżo kupioną u Zetterlindów, i posmarowała grubo masłem.

- W takim razie pora zmienić to nastawienie - stwierdził Bill, robiąc szeroki gest ręką. - Oni uciekli z dziećmi i skromnym dobytkiem od wojny i nieszczęść, w drodze spotkało ich drugie tyle nieszczęść. Powinniśmy przynajmniej doprowadzić do tego, żeby ludzie zaczęli z nimi rozmawiać. Jeżeli ludzi z Somalii można nauczyć jeździć na łyżwach i grać w bandy, to chyba Syryjczyków da się nauczyć żeglować? Zresztą czy Syria nie leży nad jakąś wodą? Może oni już umieją?

Gun pokręciła głową.

- Nie mam pojęcia, serce moje, wygoogluj sobie.

Bill sięgnął po iPada. Leżał obok, bo przed południem zmagali się z sudoku.

- Owszem, Syria leży nad morzem, ale trudno powiedzieć, ilu ich mogło tam bywać. Zawsze mówię, że każdy może się nauczyć żeglarstwa, a teraz jest okazja to udowodnić.

- Nie wystarczy, że będą żeglować dla przyjemności? Muszą się zaraz ścigać?

- W filmie Trevligt folk3 właśnie o to chodziło. Zmotywowało ich wyzwanie. Potraktowali to jako swoiste statement4.

Aż się uśmiechnął z zadowolenia, że umie się wyrazić nie tylko mądrze, ale do tego błyskotliwie.

- Dobrze, ale po co to - jak mówiłeś? - statement?

- Inaczej nie wzbudzi takiego odzewu. Jeśli się tym zainspiruje więcej osób, jak było ze mną, to pójdzie dalej i podziała jak kręgi na wodzie, uchodźcom będzie łatwiej zintegrować się ze społeczeństwem.

Oczami wyobraźni widział już, jak tworzy ogólnospołeczny ruch. Wielkie przemiany muszą mieć jakiś początek. Zaczęło się od mistrzostw świata w bandy dla Somalijczyków, następnym krokiem będą regaty z udziałem Syryjczyków, a potem to już wszystko będzie możliwe!

Gun uśmiechnęła się i położyła dłoń na jego ręce.

- Jeszcze dziś pojadę porozmawiać z Rolfem i postaram się zorganizować zebranie w ośrodku dla uchodźców - powiedział Bill, sięgając po następną bułkę.

Pomyślał chwilę, potem wziął jeszcze jedną i rzucił mewom. W końcu one też muszą jeść.

Eva Berg wyrwała nać i włożyła do stojącego obok koszyka. Serce jak zwykle zabiło jej żywiej, kiedy się rozejrzała. To wszystko ich. Historia tego miejsca wcale im nie przeszkadzała. Żadne z nich nie było przesądne. Kiedy dziesięć lat wcześniej kupili gospodarstwo od Strandów, ludzie oczywiście gadali o nieszczęściach, które ich spotkały. Ale jeśli dobrze zrozumiała, chodziło o tragedię, która potem spowodowała resztę. Tragiczne losy rodziny Strandów nie miały nic wspólnego z samym gospodarstwem.

Pochyliła się przy pieleniu, nie zważając na ból w kolanach. Dla niej i dla Petera to miejsce było prawdziwym rajem. Oboje pochodzili z miasta, jeśli Uddevallę można nazwać miastem, ale zawsze marzyli o zamieszkaniu na wsi. Gospodarstwo koło Fjällbacki było z wielu względów idealne. Z powodu tragedii, która się tam rozegrała, cena była niska i mogli sobie pozwolić na jego kupno. Eva miała nadzieję, że nasycili to miejsce dostatecznie dużą dozą miłości i pozytywnej energii.

A najważniejsze, że Nei było w tym domu tak dobrze. Dali jej na imię Linnea, ale ona od małego mówiła na siebie Nea, więc Eva i Peter też tak mówili. Miała już cztery lata i tak mocny charakter, że Eva truchlała na myśl o tym, że kiedyś będzie nastolatką. Więcej dzieci raczej nie będą mieli, więc kiedy nadejdzie ten moment, oboje skupią się na niej. Na razie wydawało się to bardzo odległe. Nea szalała po podwórku. Jej jasną twarzyczkę okalała chmura blond włosów, które odziedziczyła po mamie. Eva bała się, że jej córeczka spiecze się na słońcu, ale przybywało jej tylko piegów.

Usiadła i starła pot z czoła przegubem, żeby się nie pobrudzić rękawicami ogrodowymi. Uwielbiała pielić grządki w warzywniku. Kontrastowało to, i to mocno, z pracą w biurze. I jeszcze ten wręcz naiwny zachwyt, który czuła, kiedy nasiona wyszły z ziemi, rośliny się pleniły, dojrzewały i w końcu można je było zebrać. Uprawiali je tylko na własne potrzeby, nie daliby rady wyżyć z gospodarstwa, ale mieli ogród warzywny, zielnik i własne ziemniaki. Czasem niemal miała wyrzuty sumienia, że wiedzie im się tak dobrze. Lepiej, niż sobie kiedykolwiek wyobrażała: miała Petera, Neę i ten dom, i nie potrzebowała niczego więcej.

Zabrała się do wyrywania marchewek. Z daleka zobaczyła, jak Peter nadjeżdża traktorem. W tygodniu pracował w zakładzie Tetra Pak, ale czas wolny najchętniej spędzał na traktorze. O świcie, na długo zanim się obudziła, wyjechał, zabierając kanapki i termos kawy. Do gospodarstwa należał kawałek lasu. Postanowił go trochę przetrzebić, więc wiedziała, że wróci z drewnem na zimę, spocony i brudny, obolały i szeroko uśmiechnięty.

Włożyła marchewki do koszyka i odstawiła. Będą na kolację. Zdjęła rękawice, położyła je i ruszyła do męża. Mrużąc oczy, próbowała dostrzec na traktorze Neę. Pewnie jak zwykle przysnęła. Wstała tak wcześnie, bo uwielbiała chodzić z ojcem po lesie. Mamę na pewno kochała, ale tatę ubóstwiała.

Peter wjechał na podwórko.

- Cześć, kochanie - odezwała się Eva, kiedy wyłączył silnik.

Zobaczyła, że się uśmiecha, i serce zabiło jej szybciej. Wciąż, po tylu latach, miała miękkie nogi, kiedy na niego patrzyła.

- Cześć! Fajnie spędziłyście dzień?

- Tak...

Jak to: spędziłyście?

- A wy? - spytała.

- Jacy wy? - Dał jej spoconego całusa.

Rozejrzał się.

- Gdzie Nea? Ucięła sobie popołudniową drzemkę?

Poczuła, że szumi jej w uszach, usłyszała, jak mówi jakby z oddali:

- Myślałam, że jest z tobą.

Spojrzeli na siebie i w tym momencie zawalił im się świat.

Sprawa Stelli

Linda spojrzała na Sannę podskakującą na siedzeniu.

- Jak myślisz, co powie Stella, kiedy zobaczy, ile dostałaś nowych ciuchów?

- Myślę, że się ucieszy - odparła Sanna z uśmiechem i na moment zrobiła się podobna do młodszej siostrzyczki. Potem zmarszczyła nos w ten swój charakterystyczny sposób. - Ale może będzie trochę zazdrosna.

Wjeżdżając na podwórko, Linda się uśmiechnęła. Sanna była kochającą siostrą.

- Powiemy jej, że też dostanie nowe, ładne ciuchy, kiedy będzie szła do szkoły.

Nie zdążyła do końca zatrzymać samochodu, kiedy Sanna wyskoczyła, żeby wyciągnąć torby z zakupami.

Otworzyły się drzwi, Anders wyszedł przed dom.

- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała Linda. - Wstąpiłyśmy jeszcze na coś słodkiego.

Anders patrzył na nią z dziwnym wyrazem twarzy.

- Wiem, że niedługo pora kolacji, ale Sanna bardzo chciała iść do cukierni - ciągnęła Linda, uśmiechając się do córki, która szybko uściskała ojca i wbiegła do domu.

Anders pokręcił głową.

- Nie o to chodzi. Ja... Stella nie wróciła.

- Jak to nie wróciła?

Spojrzała na męża i poczuła ucisk w żołądku.

- No nie wróciła. Dzwoniłem i do Marie, i do Helen. Żadnej nie ma w domu.

Linda odetchnęła i zatrzasnęła drzwi samochodu.

- Spóźniają się i tyle. Wiesz, jaka jest Stella. Pewnie chciała iść przez las i wszystko im pokazać.

Pocałowała Andersa w usta.

- Na pewno masz rację - powiedział, ale jakoś bez przekonania.

Zadzwonił telefon. Anders pośpieszył do kuchni odebrać.

Linda zmarszczyła czoło i nachyliła się, żeby zdjąć buty. Zdenerwował się, to aż do niego niepodobne, ale pewnie od godziny chodzi i zastanawia się, co się mogło stać.

Wyprostowała się. Mąż stanął przed nią z wyrazem twarzy, który ją zmroził.

- Dzwonił KG5. Helen już wróciła, właśnie siadają do kolacji. Dzwonił też do Marie. Obie mówią, że odprowadziły Stellę około piątej.

- Co ty mówisz?!

Anders włożył sportowe buty.

- Przeszukałem całe obejście, ale może poszła do lasu i zabłądziła.

Linda przytaknęła.

- Trzeba jej szukać.

Podeszła do schodów i zawołała do córki:

- Sanna! Idziemy z tatą szukać Stelli. Pewnie poszła do lasu. Wiesz, jak to lubi. Niedługo wrócimy.

Spojrzała na męża. Nie chcieli okazać, że się niepokoją.

Pół godziny później już tego nie ukrywali. Anders ściskał kierownicę pobielałymi dłońmi. Przeszukali las przylegający do ich parceli, potem jeździli drogą tam i z powrotem, zwalniając wszędzie tam, gdzie Stella lubiła się bawić, ale nigdzie jej nie było.

Linda położyła rękę na kolanie męża.

- Musimy wracać.

Skinął głową i spojrzał na nią. Miał w oczach ten sam lęk co ona.

Trzeba zadzwonić na policję.

GÖSTA FLYGARE WERTOWAŁ leżącą przed nim kupkę papierów. Sierpniowy poniedziałek, więc papierów było niedużo. Nie miał nic przeciwko temu, żeby pracować latem. Co pewien czas robił rundkę po polu golfowym, poza tym nie miał wiele do roboty. Ebba wpadała wprawdzie od czasu do czasu, ale po narodzinach kolejnego dziecka jej wizyty stały się rzadsze. Nawet to rozumiał. Wystarczało mu, że go zaprasza w odwiedziny do Göteborga, i to, że zaproszenie zawsze jest równie serdeczne jak szczere. Taka odrobina rodziny to zawsze lepiej niż nic. A urlop w samym środku lata niech sobie weźmie raczej Patrik, który ma małe dzieci. On i Mellberg mogą posiedzieć we dwóch, jak para starych koni dyszlowych, i pozałatwiać bieżące sprawy. Co pewien czas zaglądał Martin, żeby rzucić okiem na staruchów, jak mówił, ale według niego chodziło mu raczej o towarzystwo. Od śmierci Pii nie poznał żadnej kobiety. Gösta uważał, że to niedobrze. Fajny gość z tego Martina, a jego córeczce przydałaby się kobieca opieka. Wiedział, że Annika, sekretarka, czasem bierze do siebie małą Tuvę. Mówi mu, że po to, żeby się pobawiła z jej córeczką Leią. Ale to za mało. Tuva potrzebuje mamy. Tymczasem Martin nie jest jeszcze gotów na nowy związek i nie ma na to rady. Miłość przychodzi, kiedy sama zechce. W jego życiu była tylko jedna kobieta. Uważał jednak, że Martin jest na coś takiego za młody.

Wiedział, że niełatwo spotkać nową miłość. Uczucia nie da się wzbudzić na komendę, zresztą w takiej małej miejscowości podaż jest dość ograniczona. W dodatku Martin dawniej, zanim poznał Pię, był niezłym kobieciarzem, a w takich przypadkach istnieje ryzyko, że dojdzie do powtórki. Raczej bez szans na pozytywny wynik, skoro nie udało się za pierwszym razem. Ale co on może o tym wiedzieć? Jego wielką miłością była jego żona Maj Britt, z którą dzielił całe dorosłe życie. Ani przed nią, ani po niej nie było dla niego żadnej kobiety.

Z rozmyślań wyrwał go głośny dzwonek telefonu.

- Komisariat policji w Tanumshede.

Chwilę słuchał uważnie.

- Już jedziemy. Proszę podać adres.

Zanotował, odłożył słuchawkę i bez pukania wpadł do sąsiedniego pokoju.

Mellberg drgnął, obudzony z głębokiego snu.

- Co jest, do cholery? - spytał, gapiąc się na niego.

Pożyczka, którą bez powodzenia starał się zakryć łysinę, zsunęła mu się z czubka głowy. Wprawnym gestem zarzucił ją na miejsce.

- Zaginęło dziecko - odparł Gösta. - Dziewczynka, cztery lata. Nie ma jej od rana.

- Od rana? I dopiero teraz dzwonią? - Mellberg zerwał się z fotela.

Gösta spojrzał na zegarek. Parę minut po trzeciej.

Zaginięcia dzieci nie należały do zwykłych przypadków. Latem mieli do czynienia najczęściej z pijakami, włamaniami i kradzieżami, pobiciami, czasem usiłowaniem gwałtu.

- Matka myślała, że jest z ojcem, a ojciec, że z matką. Powiedziałem, że już jedziemy.

Mellberg wsunął stopy w buty stojące obok biurka. Jego pies, Ernst, który też się obudził, znudzony opuścił łeb. Najwyraźniej to zamieszanie nie miało oznaczać ani spaceru, ani jedzenia.

- O co chodzi? - spytał Mellberg, truchtając za Göstą do garażu.

Do auta dotarł mocno zasapany.

- To gospodarstwo Bergów - odpowiedział Gösta. - Tam, gdzie dawniej mieszkali Strandowie.

- O cholera - zaklął Mellberg.

Słyszał i czytał o tym, co się wydarzyło całe lata przed jego przybyciem do Fjällbacki. Ale Gösta był wtedy na miejscu. Nowa sprawa wydała mu się nieprzyjemnie znajoma.

- Halo?

Patrik otrzepał wprawdzie rękę, ale i tak zapiaszczył sobie telefon. Drugą, wolną ręką wyjął paczkę herbatników i pudełko z pokrojonymi jabłkami i machnął do dzieci, żeby podeszły. Noel i Anton zaczęli sobie wyrywać paczkę z herbatnikami. Skończyło się na tym, że większość spadła w piach. Obserwowali to inni rodzice. Patrik niemal czuł, jak prychają. Nawet ich rozumiał. Uważał, że on i Erika są dobrymi rodzicami, a jednak bliźniacy zachowywali się czasem tak, jakby wzrastali wśród wilków.

- Erika, zaczekaj chwilę - powiedział. Z westchnieniem pozbierał herbatniki i zdmuchnął z nich piach.

Noel i Anton zjedli już tyle piasku, że jeszcze trochę pewnie im nie zaszkodzi.

Maja wzięła pudełko z ćwiartkami jabłek, postawiła je sobie na kolanach i rozejrzała się po plaży. Patrik patrzył na jej szczuplutkie plecy i włosy wijące się na karku od wilgoci. Jak zwykle nie udało mu się ich związać w ogonek, ale i tak była śliczna.

- Już, mogę mówić. Jesteśmy na plaży, właśnie mieliśmy mały incydent z herbatnikami, musiałem sobie poradzić...

- Aha. Poza tym wszystko dobrze? - spytała.

- Oczywiście - skłamał, starając się wytrzeć dłonie o kąpielówki.

Noel i Anton brali i zajadali herbatniki. Piasek zgrzytał im w zębach. Nad nimi krążyła mewa. Tylko czekała na odpowiedni moment. Nic z tego. Bliźniacy potrafili pochłonąć paczkę herbatników w rekordowym czasie.

- Już zjadłam lunch - powiedziała Erika. - Przyjść do was?

- Bardzo proszę - odparł. - Weź ze sobą termos kawy, bo zapomniałem zabrać.

- Zrozumiano. Your wish is my command6.

- Dzięki, kochanie, nie masz pojęcia, jak mi się chce kawy.

Odkładając słuchawkę, uśmiechał się. Co za szczęście: pięć lat małżeństwa i troje dzieci, a on, kiedy słyszy głos Eriki w słuchawce, nadal ma motylki w brzuchu. Była najlepszym, co mu się w życiu przytrafiło. No i dzieci, ale ich nie byłoby bez Eriki.

- To mama? - spytała Maja. Odwróciła się do niego, osłaniając oczy dłonią.

Ależ ona jest czasem podobna do matki, pomyślał z satysfakcją, bo w jego oczach Erika była najpiękniejsza.

- Tak, mama zaraz tu przyjdzie.

- Jak fajnie! - zawołała Maja.

- Czekaj, dzwonią z pracy, muszę odebrać - powiedział, naciskając zieloną słuchawkę.

Na wyświetlaczu zobaczył imię: Gösta. Wiedział, że nie dzwoniłby do niego podczas urlopu, gdyby nie chodziło o coś ważnego.

- Cześć, Gösta - odezwał się. - Chwileczkę. Maju, daj chłopakom po kawałku jabłka, dobrze? I zabierz Noelowi tego lizaka, do którego właśnie się dobiera... Dzięki, córeczko. Przepraszam cię, Gösta, już słucham. Jestem na plaży w Sälvik z dzieciakami, panuje tu nieopisany zamęt...

- To ja przepraszam, że ci przeszkadzam na urlopie - odparł Gösta - ale pomyślałem, że pewnie chciałbyś wiedzieć. Dostaliśmy zgłoszenie o zaginięciu dziecka, dziewczynki. Nie ma jej od rana.

- Co ty mówisz? Od rana?

- Tak. Nie wiem jeszcze nic więcej, ale jadę z Mellbergiem do jej rodziców.

- Gdzie mieszkają?

- Właśnie o to chodzi. To gospodarstwo Bergów.

- O cholera. - Patrik zlodowaciał. - Czy to nie tam mieszkała Stella Strand?

- Właśnie.

Patrik spojrzał na swoje dzieci. W tym momencie bawiły się w miarę spokojnie. Na samą myśl o tym, że któreś z nich mogłoby zaginąć, robiło mu się słabo. Nie zastanawiał się długo. Gösta nie powiedział wprawdzie wprost, ale najwyraźniej chciał, żeby mu ktoś pomógł, ktoś oprócz Mellberga.

- Przyjadę - zdecydował. - Erika będzie za jakieś piętnaście minut, wtedy wyruszę.

- Wiesz, gdzie to jest?

- Oczywiście - odparł Patrik.

Pewnie, że wiedział. Od jakiegoś czasu w domu często mówiło się o tym miejscu. Wciskając czerwoną słuchawkę, poczuł rosnące napięcie. Pochylił się i mocno przytulił całą trójkę. Wyrywali się tak, że cały był obsypany piaskiem. Ale to nie miało żadnego znaczenia.

- Trochę śmiesznie to wygląda - stwierdziła Jessie.

Odgarnęła włosy, które wiatr zwiewał jej na twarz.

- Jak to śmiesznie? - spytał Sam, mrużąc oczy od słońca.

- Nie wyglądasz na faceta... z łódką.

- A jak wygląda facet z łódką?

Skręcił ster, żeby wyminąć żaglówkę.

- Ojej, wiesz, co mam na myśli. Na nogach żeglarskie buty z pomponami, granatowe szorty, koszulka polo i zawiązany na ramionach sweter w serek.

- I żeglarska czapka, co? - Sam uśmiechnął się lekko. - A skąd to wiesz? Raczej nie pływałaś po morzu.

- Nie, ale widziałam na filmie. I w gazetach.

Sam tylko udawał, że nie rozumie. Pewnie, że facet z łódką tak nie wygląda. Te postrzępione ciuchy, włosy czarne jak u kruka i czarne kreski wokół oczu. I paznokcie. Czarne, poobgryzane. Nie krytykowała go. Nigdy nie widziała chłopaka piękniejszego od niego.

Ale głupio. Tylko otworzyła usta i od razu wypsnęło jej się coś głupiego. W kolejnych szkołach z internatem ciągle jej to mówili. Że jest głupia. I brzydka.

Mieli rację, wiedziała, że tak jest.

Była gruba i niezgrabna, twarz miała całą w pryszczach i zawsze tłuste włosy, żeby nie wiedzieć jak często je myła. Poczuła, że do oczu napływają jej łzy. Zamrugała, żeby Sam nie zobaczył. Nie chciała narobić sobie wstydu. Był pierwszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miała. Zaczęło się, kiedy do niej podszedł w kolejce do kiosku Centrum. Powiedział, że wie, kim jest, a ona domyśliła się, kim jest on.

I kim jest jego mama.

- Kurde, pełno tu ludzi - powiedział. Szukał jakiejś zatoczki, w której nie byłoby już dwóch albo trzech łodzi cumujących albo stojących na kotwicy.

Większość miejsc była zajęta już przed południem.

- Pieprzeni wczasowicze - mruknął.

W końcu znalazł zaciszną szczelinę w skałach na wyspie L?ngskär.

- Tutaj przybijemy. Wyskoczysz na brzeg z cumą?

Wskazał na linę na dziobie.

- Mam wyskoczyć?

Ona nie skacze. Nigdy. A już na pewno nigdy nie wyskakiwała z łodzi na śliską skałę.

- Nie bój się - powiedział spokojnie. - Wyhamuję. Kucnij na dziobie, to będziesz mogła skoczyć. Będzie dobrze. Zaufaj mi.

Zaufaj mi. Czy ona może komuś zaufać? Zaufać Samowi?

Zaczerpnęła tchu, podczołgała się na dziób, mocno chwyciła cumę i kucnęła. Kiedy wyspa była już blisko, Sam wyhamował, wrzucając wsteczny, i miękko, powoli dopłynął do skały. Ku własnemu zdziwieniu wyskoczyła z łódki na skałę i wylądowała całkiem miękko. Nadal trzymała w dłoni cumę.

Udało się.

Czwarta rundka po Hedemyrs w ciągu dwóch dni. Ale w Tanumshede nie było za bardzo co robić. Khalil i Adnan krążyli między ubraniami a innymi rzeczami na piętrze. Khalil czuł na plecach, że za nimi patrzą. Już nie miał siły się denerwować. Z początku z trudem bronił się przed podejrzliwymi spojrzeniami. Teraz pogodził się już z tym, że tak bardzo się wyróżniają. Nie wyglądają jak Szwedzi, nie mówią i nie ruszają się jak oni. On pewnie też by się gapił, gdyby w Syrii natknął się na Szweda.

- Co się gapisz? - syknął po arabsku Adnan do siedemdziesięcioletniej pani, która uporczywie się w nich wpatrywała.

Pewnie pilnowała, żeby niczego nie zwędzili. Khalil mógłby jej powiedzieć, że nigdy w życiu nie wzięli nic cudzego. Że do głowy by im to nie przyszło. Że nie zostali wychowani w ten sposób. Kobieta tylko prychnęła i ruszyła w stronę schodów na parter, i wtedy uświadomił sobie, że to nie ma sensu.

- Co oni o nas myślą? Zawsze to samo.

Adnan przeklął po arabsku i machnął rękami, o mało nie strącając lampy z półki.

- Niech sobie myślą, co chcą. Pewnie jeszcze nie widzieli Araba...

Wreszcie mu się udało go rozśmieszyć. Adnan był od niego dwa lata młodszy, miał szesnaście lat, i czasem wydawał się jeszcze chłopcem. Nie panował nad emocjami, to one panowały nad nim.

Khalil od dawna nie czuł się chłopcem. Od dawna, czyli od dnia, kiedy bomba zabiła jego mamę i młodszych braci. Na samą myśl o Bilalu i Tariqu łzy napływały mu do oczu. Mrugał wtedy szybko, żeby Adnan nie widział. Bilal był wesołym psotnikiem, nie sposób było się na niego gniewać. Tariqa, który ciągle siedział z nosem w książce, wszystko ciekawiło, mówiło się, że wyrośnie na kogoś ważnego. Jedna chwila i było po nich. Znaleźli ich w kuchni, ciało mamy na ich ciałach. Nie udało jej się ochronić synów.

Rozejrzał się i zaciskając pięści, myślał o tym, jak teraz wygląda jego życie. Całe dnie spędza w pokoiku w ośrodku dla uchodźców albo spaceruje ulicami tego dziwnego miasteczka. Pustego, bez zapachów, odgłosów i kolorów.

Szwedzi żyją w innym świecie, ledwo się ze sobą witają, a jeśli się do nich coś powie, wyglądają na przestraszonych. Mówią cicho i w ogóle nie gestykulują.

Zjechali schodami na dół, wyszli na rozgrzaną ulicę i przystanęli. Codziennie to samo. Nic do roboty. Ściany ośrodka jakby się schodziły, żeby ich zadusić. Khalil nie chciał wyjść na niewdzięcznika. Miał gdzie mieszkać i co jeść, dał mu to ten kraj. I jeszcze poczucie bezpieczeństwa. Nie lecą bomby, nie grożą mu ani żołnierze, ani terroryści. A jednak życie w stanie zawieszenia jest trudne, nawet kiedy jest bezpiecznie. Bez domu, bez zajęcia, bez celu.

To nie życie. To trwanie.

Idący obok Adnan też westchnął. W milczeniu wrócili do ośrodka.

Eva objęła się ramionami. Stała w miejscu, jakby przymarzła do ziemi. Peter bez przerwy biegał. Przeszukiwał wszystko po cztery, pięć razy. Podnosił te same narzuty, przestawiał wciąż te same pudła, wołając córeczkę. Eva już wiedziała, że to nie ma sensu, Nei nie ma. Odczuwała jej nieobecność całym ciałem.

Mrużąc oczy, dostrzegła w oddali kropkę. Rosła coraz bardziej, aż zbielała. Domyśliła się, że to policja. Wkrótce widać było wyraźnie niebiesko-żółte paski. Poczuła, jak się w niej otwiera otchłań. Nie ma jej dziecka. Przyjechała policja, bo Nea zaginęła. Nie ma jej od samego rana. Jak mogli być tak złymi rodzicami, żeby nie zauważyć, że czteroletniej dziewczynki nie ma cały dzień?

- To pani dzwoniła?

Z radiowozu wysiadł starszy mężczyzna i ruszył w jej kierunku. Kiwnęła głową. Wyciągnął do niej rękę.

- Gösta Flygare. A to Bertil Mellberg.

Drugi policjant, mniej więcej w tym samym wieku, ale znacznie tęższy, też wyciągnął do niej rękę. Pocił się obficie i wycierał czoło rękawem koszuli.

- Jest pani mąż? - spytał ten szczuplejszy i bardziej siwy, rozglądając się po podwórku.

- Peter! - zawołała i natychmiast się przestraszyła, że ma taki słaby głos.

Zawołała jeszcze raz. Peter wybiegł z lasu.

- Znalazłaś ją? - krzyknął.

Spojrzał na radiowóz i się zgarbił.

Nagle wszystko wydało jej się zupełnie nierealne. Zaraz się obudzi i z ulgą stwierdzi, że to tylko sen.

- Możemy porozmawiać przy kawie? - spytał spokojnie Gösta, chwytając ją za łokieć.

- Tak, proszę za mną, usiądziemy w kuchni - powiedziała i ruszyła przodem.

Peter się nie ruszył. Stał bezradnie, z opuszczonymi rękami. Wiedziała, że chce jeszcze szukać, ale czuła, że nie da rady sama prowadzić tej rozmowy.

- Chodź, Peter.

Stawiając ciężko kroki, wszedł do domu. Eva zaczęła się krzątać koło maszynki do kawy, ale choć stała tyłem do wszystkich, wciąż czuła ich obecność. Jakby ich mundury wypełniały całą przestrzeń.

- Mleko? Cukier? - spytała odruchowo.

Obaj policjanci skinęli głowami.

Wyjęła mleko i cukier. Jej mąż nadal stał w drzwiach.

- Siadaj - powiedziała trochę za ostro. Wreszcie posłuchał.

Mechanicznie wystawiała kubki i wyjmowała łyżeczki, z szafki wyjęła opakowanie kruchych ciastek. Nea je uwielbiała. Drgnęła i upuściła łyżeczkę. Gösta schylił się, żeby ją podnieść, ale go uprzedziła. Podniosła ją i wrzuciła do zlewu, wyjęła z szuflady nową.

- Może byście wreszcie zaczęli? - odezwał się Peter, wpatrując się w swoje ręce. - Nie ma jej od rana, liczy się każda sekunda.

- Niech żona usiądzie, to zaczniemy - odparł Gösta.

Eva nalała wszystkim kawy i usiadła.

- Kiedy widzieli państwo córeczkę ostatni raz? - spytał grubas, sięgając po herbatnik.

Poczuła, że szumi jej w uszach ze złości. Wystawiła te ciasteczka, bo tak się robi, kiedy do domu przychodzi gość, ale zdenerwowało ją to, że pytając o Neę, facet zajada czekoladowe ciasteczko.

Musiała odetchnąć. Zdawała sobie sprawę, że jej reakcja jest irracjonalna.

- Wczoraj wieczorem. Poszła spać o tej samej porze co zwykle. Ma własny pokój. Przeczytałam jej bajkę na dobranoc, potem zgasiłam światło i zamknęłam drzwi.

- I potem jej państwo nie widzieli? Może się obudziła w nocy? Żadne z państwa nie wstawało? Może coś słyszeliście.

Głos Gösty brzmiał tak łagodnie, że prawie nie zwróciła uwagi na to, że jego kolega sięgnął po następne ciasteczko.

Peter chrząknął.

- Ona przesypia całą noc sama. Ja wstałem pierwszy, bo miałem jechać traktorem do lasu. Szybko wypiłem kawę, zjadłem kanapkę i wyszedłem.

W jego głosie słychać było prośbę, jakby liczył, że znajdą odpowiedź na to, co się stało. Eva położyła rękę na jego dłoni. Była tak samo zimna jak jej.

- I rano nie widział pan córki?

Peter pokręcił głową.

- Nie, drzwi do jej pokoju były zamknięte. Przechodząc obok, skradałem się jak najciszej, żeby jej nie obudzić. Chciałem dać pospać żonie.

Ścisnęła go za rękę. Cały Peter. Zawsze taki troskliwy.

- A pani? Proszę powiedzieć, co pani robiła rano.

Słuchała tego miękkiego głosu i zbierało jej się na płacz.

- Obudziłam się późno, około wpół do dziesiątej. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo spałam. W całym domu panowała cisza. Od razu poszłam do Nei. Drzwi jej pokoju były otwarte, łóżko nieposłane. Nie było jej, więc pomyślałam...

Zaszlochała. Peter przykrył jej dłoń drugą ręką i ścisnął.

- Myślałam, że pojechała do lasu z ojcem. Bardzo to lubi i często tak robi. Więc się nie zdziwiłam, nawet przez sekundę nie myślałam...

Już nie mogła powstrzymać łez. Starła je wolną ręką.

- Ja pomyślałem tak samo - powiedział Peter.

Wiedziała, że miał prawo tak myśleć. A jednak. Gdyby tylko...

- A może poszła do koleżanki? - spytał Gösta.

Peter pokręcił głową.

- Nie, bawi się tylko na podwórku. Nigdy nawet nie próbowała wyjść poza obejście.

- Kiedyś zawsze jest ten pierwszy raz - zauważył grubas. Do tej pory tylko w milczeniu zajadał ciastka, więc Eva aż drgnęła. - Mogła zabłądzić w lesie.

Gösta rzucił Mellbergowi spojrzenie, którego Eva nie potrafiła zinterpretować.

- Zorganizujemy poszukiwania, pójdziemy tyralierą - powiedział.

- Wierzycie w to? Że mogła zabłądzić w lesie?

Las wydawał się Evie nieskończony i słabo jej się robiło na myśl o tym, że Nea mogła w nim zabłądzić. Do tej pory nie mieli takich obaw. Zresztą ich córka nigdy nie chodziła do lasu sama. Może byli naiwni, nieodpowiedzialni, że pozwolili czteroletniej dziewczynce biegać samej po podwórku. Teraz okazuje się, że zabłądziła w lesie i że to ich wina.

Gösta jakby czytał w jej myślach.

- Jeśli jest w lesie, to na pewno ją znajdziemy. Zadzwonię w parę miejsc i zaraz ruszą poszukiwania. Za godzinę będziemy mieć tyralierę. Trzeba korzystać z dziennego światła.

- Przetrwałaby noc w lesie? - spytał bezbarwnym głosem Peter.

Był blady jak trup.

- Noce są nadal ciepłe - uspokoił go Gösta. - Na pewno nie zamarznie, ale, rzecz jasna, zrobimy wszystko, żeby ją znaleźć przed zapadnięciem ciemności.

- Jak była ubrana? - spytał Mellberg, sięgając po ostatnie ciasteczko.

Gösta wyglądał na zdziwionego.

- Rzeczywiście, dobre pytanie. Wiedzą państwo, co miała na sobie? Nawet jeśli rano jej nie widzieliście, może dałoby się sprawdzić, czego brakuje?

Eva wstała i poszła na górę, do pokoju Nei. Wreszcie coś konkretnego.

Przed drzwiami zawahała się i odetchnęła kilka razy. Pokój wyglądał tak samo jak zwykle. Było to wręcz rozdzierające. Różowa tapeta na ścianie, obskubana przez Neę. Przechodziła taki okres. W nogach łóżka sterta misiów. Pościel z Elsą z Krainy lodu. Na jej poduszce jak zwykle bałwanek Olaf. Wieszak z... zatrzymała się. Już wiedziała, co Nea włożyła. Na wszelki wypadek zajrzała jeszcze do szafy i rozejrzała się po pokoju. Nie, nie ma. Pośpieszyła na dół.

- Ma na sobie sukienkę Elsy.

- Jak wygląda taka sukienka? - spytał Gösta.

- Błękitna, na piersi jest obrazek z księżniczką Elsą z filmu Kraina lodu. Uwielbia ten film. Na pewno włożyła też majteczki z obrazkami z tego filmu.

Eva zdawała sobie sprawę, że rzeczy oczywiste dla niej jako matki małej dziewczynki dla kogoś innego mogą być zupełnie niezrozumiałe. Sama widziała ten film albo słyszała ścieżkę dźwiękową setki razy, bo Nea od roku oglądała go co najmniej dwa razy dziennie. Potrafiła zaśpiewać całą piosenkę Mam tę moc. Eva miała przed oczami córkę, jak w błękitnej sukience i długich białych rękawiczkach tańczy i śpiewa całą piosenkę. Gdzie ona jest teraz? Dlaczego jej jeszcze nie szukają, zamiast tutaj siedzieć?

- Pójdę zadzwonić i zaraz zaczniemy poszukiwania - powiedział Gösta, jakby ją słyszał.

Kiwnęła tylko głową. Spojrzała na męża. Dręczyły ich te same mroczne myśli.

MARTIN ZNÓW PCHNĄŁ huśtawkę i uśmiechnął się, słysząc radosne okrzyki Tuvy.

Z każdym dniem czuł się trochę lepiej, głównie dzięki Tuvie. Teraz, gdy w przedszkolu były wakacje, a on miał urlop, spędzali każdą chwilę razem i dobrze im było ze sobą. Od śmierci Pii spała z nim i co wieczór zasypiała, wtulając buzię w jego pierś, najczęściej w środku bajki. Upewniwszy się, że zasnęła, wstawał i na godzinę lub dwie zasiadał przed telewizorem. Popijał herbatkę ziołową. Namówiła go do tego Annika. Zimą, kiedy miał największe kłopoty ze snem, poradziła mu, żeby sobie kupił jakieś uspokajające ziółka. Nie potrafiłby powiedzieć, czy był to efekt placebo, czy rzeczywiście działały, ale w końcu zaczął dobrze spać. Może właśnie o to chodziło, bo dzięki temu zaczął radzić sobie z żałobą. Nie była już tak dotkliwa, pozwalał sobie nawet pomyśleć o Pii bez obawy, że znów się załamie. Starał się rozmawiać o niej z Tuvą. Opowiadał jej o mamie, pokazywał zdjęcia. Tuva była taka malutka, kiedy Pia umarła, że nie miała własnych wspomnień, więc usiłował jej przekazać jak najwięcej.

- Tatusiu, wyżej!

Krzyczała z zachwytu, kiedy ją bujał, a huśtawka wzlatywała coraz wyżej. Ciemne włosy fruwały jej koło twarzy i jak wiele razy przedtem Martina uderzyło jej niezwykłe podobieństwo do matki. Sięgnął po telefon, żeby ją sfilmować, i cofnął się, żeby mu się zmieściła w kadrze. Zawadził o coś piętami i usłyszał wrzask. Przerażony obejrzał się i zobaczył rocznego chłopczyka z zapiaszczoną łopatką, który krzyczał wniebogłosy.

- Ojej, przepraszam - powiedział z przerażeniem i ukląkł. Usiłował pocieszyć małego.

Rozejrzał się, ale nikt z dorosłych nie ruszył się, żeby podejść do dziecka. Widocznie nie byli jego rodzicami.

- Nie płacz, malutki, zaraz znajdziemy mamę albo tatę - mówił, starając się uspokoić dziecko, które krzyczało coraz głośniej.

Kawałek dalej, pod krzewem, stała, rozmawiając przez telefon, kobieta w jego wieku. Usiłował nawiązać z nią kontakt wzrokowy, ale wydawała się zdenerwowana, mówiła ze złością, energicznie gestykulując. Pomachał do niej, ale nadal go nie widziała. Zwrócił się do Tuvy, jej huśtawka zwolniła:

- Zaczekaj chwilę, tylko odprowadzę tego malucha do mamy.

- Tatuś kopnął malucha - stwierdziła pogodnie Tuva.

Martin gwałtownie pokręcił głową.

- Nie, tatuś nie kopnął, tylko... nieważne, potem porozmawiamy.

Wziął na ręce krzyczące dziecko i miał nadzieję, że zdąży podejść, zanim matka zorientuje się, że obcy mężczyzna niesie jej synka. Nie musiał się martwić, bo nadal była bardzo zajęta rozmową. Patrzył, jak rozmawia i gestykuluje, i zdenerwował się. Mogłaby lepiej pilnować dziecka. Chłopczyk wrzeszczał tak, że uszy pękały.

- Przepraszam - powiedział, podchodząc.

Kobieta umilkła w pół zdania. W oczach miała łzy, na policzkach rozmazany tusz.

- Muszę kończyć, twój syn płacze! - powiedziała i się rozłączyła się.

Wytarła łzy i wyciągnęła ręce do synka.

- Przepraszam, wpadłem na niego - wyjaśnił Martin. - Chyba nic mu się nie stało, ale się przestraszył.

Kobieta uściskała małego.

- To nic takiego, po prostu wszedł w fazę, kiedy dzieci boją się obcych - powiedziała, mrugając oczami, żeby się pozbyć łez.

- Wszystko w porządku? - spytał.

Zaczerwieniła się.

- Przepraszam, głupio mi, że tu ryczę, Jona też nie dopilnowałam. Na pewno uważasz, że jestem okropną matką.

- Ależ skąd, nie przejmuj się, małemu nic się nie stało. Mam nadzieję, że tobie też nic nie jest.

Nie chciał jej wypytywać, ale wyglądała na zrozpaczoną.

- Nikt nie umarł, chodzi tylko o to, że mój były jest durniem. Jego nowa dziewczyna najwyraźniej nie jest zainteresowana jego bagażem z przeszłości, więc właśnie mi zakomunikował, że nie weźmie Jona na trzy dni, jak się umawialiśmy, bo Madde chce, żeby spędzili ze sobą trochę czasu we dwoje.

- Żałosne - stwierdził Martin. Zdenerwował się. - Co za dupek.

Uśmiechnęła się. Zapatrzył się na jej dołeczki.

- A ty?

- Ja? W porządku - odparł.

Wtedy się roześmiała.

Jakby coś ją rozświetliło od środka.

- Pytałam, które jest twoje.

Kiwnęła głową w stronę placu zabaw. Martin złapał się za głowę.

- No jasne. O to chodziło. To ta mała na huśtawce, z niezadowoloną miną, bo została unieruchomiona.

- Ojej, to lepiej idź ją pohuśtaj. A może jej mama też tu jest?

Martin się zaczerwienił. Czy ona z nim flirtuje? Złapał się na tym, że chciałby. Nie wiedział, co powiedzieć, ale w końcu uznał, że najlepiej powiedzieć prawdę.

- Nie, jestem wdowcem - odparł.

Wdowcem. Zabrzmiało to tak, jakby był osiemdziesięciolatkiem, a nie młodym ojcem małej dziewczynki.

- Ojej, przepraszam - powiedziała, kładąc rękę na ustach. - A ja głupio żartuję, że nikt nie umarł.

Położyła dłoń na jego ramieniu. Martin uśmiechnął się uspokajająco. Nie chciał, żeby się martwiła albo czuła zakłopotana, wolałby, żeby się śmiała. Chciał znów zobaczyć jej dołeczki.

- W porządku - zapewnił. Widział, że się uspokoiła.

Za jego plecami Tuva wołała coraz bardziej natarczywie:

- No taaatooo!

- Lepiej idź, pobujaj ją - powiedziała, ścierając z buzi Jona piasek i smarki.

- Może się tu jeszcze spotkamy? - spytał.

Uświadomił sobie, że mówi to z nadzieją. Uśmiechnęła się, dołeczki stały się jeszcze wyraźniejsze.

- Często tu przychodzimy. Jutro też będziemy - odparła. Radośnie kiwnął głową i ruszył do Tuvy.

- To się zobaczymy - powiedział, próbując nie uśmiechać się tak szeroko.

W następnej chwili zawadził o coś piętami. Rozległ się głośny wrzask. Usłyszał, jak Tuva na huśtawce wzdycha.

- Ojej, tato...

W środku tego zamieszania zadzwonił jego telefon. Wyszarpnął go z kieszeni. Na wyświetlaczu zobaczył imię: Gösta.

- Skąd ty ją wziąłeś? - powiedziała Marie do reżysera Jörgena Holmlunda i odepchnęła kobietę, która od godziny nakładała jej na twarz tapetę.

- Yvonne jest bardzo dobra - odparł Jörgen z denerwującym drżeniem w głosie. - Pracowała przy większości moich filmów.

Stojąca za nią Yvonne załkała. Ból głowy, który męczył Marie od chwili, kiedy weszła do przyczepy, jeszcze się nasilił.

- W każdej scenie w każdym calu powinnam wyglądać jak Ingrid. Ona była zawsze flawless7. Nie mogę wyglądać jak jakaś Kardashianka. Contouring, słyszałeś coś podobnego? Mam idealne rysy i niepotrzebny mi żaden cholerny contouring! - krzyczała, wskazując na swoją twarz z wyraźnymi plamami bieli i brązu.

- To się rozetrze, nie zostanie tak jak teraz - wyszeptała Yvonne tak cicho, że Marie ledwie ją słyszała.

- Mam to gdzieś. Moje rysy nie wymagają korekty!

- Jestem pewien, że Yvonne ci to poprawi - powiedział Jörgen. - Zgodnie z twoim życzeniem.

Na czole kroplił mu się pot, chociaż w przyczepie było chłodno.

Ekipa filmowa i kierownictwo produkcji miały bazę w TanumStrand, ośrodku turystyczno-konferencyjnym znajdującym się między Fjällbacką a Grebbestad, ale na planie w Fjällbace korzystali z kamperów, w których urządzono charakteryzatornie i przebieralnie.

- Okej, proszę mi to usunąć i przerobić, wtedy zobaczymy - powiedziała i uśmiechnęła się, widząc ulgę na twarzy Yvonne.

Na początku pobytu w Hollywood Marie poddawała się formowaniu przez innych według ich koncepcji i robiła wszystko, o co ją proszono. Ale to się zmieniło. Teraz wiedziała dokładnie, jak powinna odegrać swoją rolę. I jak ma wyglądać.

- Najdalej za godzinę powinniśmy skończyć - zauważył Jörgen. - W tym tygodniu kręcimy najłatwiejsze sceny.

Marie odwróciła się. Yvonne starła jej makijaż, owoc godzinnej pracy, jej twarz była teraz czysta.

- Chcesz powiedzieć: te mniej kosztowne? Myślałam, że mamy zielone światło ze wszystkich stron.

Nie potrafiła ukryć niepokoju. To nie była jedna z tych produkcji, o które inwestorzy są gotowi ubiegać się jeden przez drugiego. Klimat wokół filmu w Szwecji zmienił się, preferowano produkcje niskobudżetowe i już kilka razy niewiele brakowało, żeby ich film w ogóle spadł z produkcji

- Wciąż dyskutują na temat priorytetów... - Znów to nerwowe drżenie w głosie. - Ale nie musisz sobie tym zaprzątać głowy. Skup się i daj z siebie wszystko na planie. Tylko o tym powinnaś myśleć.

Marie odwróciła się znów do lustra.

- Jest tu wielu dziennikarzy, proszą o wywiad z tobą - powiedział Jörgen. - Ciekawią ich twoje związki z Fjällbacką. I to, że wróciłaś tu po raz pierwszy po trzydziestu latach. Rozumiem, że rozmowa o tym może być dla ciebie... trudna, ale gdybyś...

- Umów ich - przerwała mu, nie odrywając wzroku od lustra. - Nie mam nic do ukrycia.

Jeśli się czegoś nauczyła, to tego, że nieważne, co mówią, byleby mówili. Uśmiechnęła się do swojego odbicia. Chyba właśnie przeszedł ten przeklęty ból głowy.

Erika przejęła dzieci od męża, spakowała je i powoli ruszyła pod górę, do domu. Patrik pobiegł, jak tylko przyszła. Widziała w jego oczach niepokój. Podzielała go. Na samą myśl o tym, że dzieciom mogłoby się coś stać, poczuła się, jakby stanęła nad przepaścią.

Po powrocie do domu musiała je dodatkowo wycałować, potem ułożyła bliźniaków do popołudniowej drzemki, a Maję posadziła przed telewizorem i Krainą lodu. Wreszcie mogła zaszyć się w gabinecie. Podobieństwa nasuwały się same. Patrik powiedział jej, z którego gospodarstwa zginęła dziewczynka. Na dodatek dziecko było w tym samym wieku. Wszystko to sprawiło, że musiała przejrzeć swoją dokumentację. Nie dojrzała jeszcze do pisania, ale całe biurko miała zawalone skoroszytami, kserokopiami artykułów i notatkami dotyczącymi śmierci małej Stelli. Przez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc na to wszystko. Do tej pory, jak chomik, zbierała fakty, nie systematyzowała ich, nie porządkowała ani nie sortowała. To będzie następny krok na długiej i wyboistej drodze do nowej książki. Sięgnęła po odbitkę artykułu z czarno-białym zdjęciem dwóch dziewczyn. Helen i Marie. Wzrok miały posępny, mroczny. Trudno powiedzieć, czy była w nim złość, czy strach. A może zło, jak twierdziło wiele osób. Ale Erice nie mieściło się w głowie, żeby dzieci mogły być złe.

Tego rodzaju rozważania snuto zawsze, gdy zbrodnie popełniały dzieci. Mary Bell, która miała zaledwie jedenaście lat, kiedy zabiła dwoje dzieci. Mordercy trzyletniego Jamesa Bulgera. Pauline Parker i Juliet Hulme, dwie Nowozelandki, które zamordowały matkę jednej z nich. Erika bardzo lubiła oparty na tej historii film Petera Jacksona Niebiańskie stworzenia. Ludzie mówili potem: zawsze była paskudnym bachorem. Albo: już kiedy był dzieckiem, źle mu patrzyło z oczu. Sąsiedzi, znajomi, nawet krewni chętnie się wypowiadali, wymieniali dowody na wrodzone zło. Ale dziecko chyba nie może być złe samo z siebie. Już prędzej gotowa była wierzyć w to, że zło to nieobecność dobra. I w to, że rodzimy się ze skłonnością do przejścia na jedną albo na drugą stronę. A potem wzmacniają ją albo łagodzą środowisko i wychowanie.

Dlatego postanowiła dowiedzieć się jak najwięcej o dziewczynkach ze zdjęcia. Kim były Marie i Helen? Jakie miały dzieciństwo? Ciekawiło ją, co się działo za zamkniętymi drzwiami ich rodzinnych domów. Jaki obowiązywał tam system wartości? Jak były traktowane? Czego nauczyły się o świecie przed tamtym strasznym dniem w 1985 roku?

Po pewnym czasie dziewczynki wycofały zeznania, powiedziały, że nie przyznają się do popełnienia zbrodni, i uparcie twierdziły, że są niewinne. Większość ludzi była przekonana o ich winie, ale pojawiło się wiele spekulacji. A może śmierci Stelli winien jest ktoś inny, bo akurat tego dnia nadarzyła się sposobność? A jeśli ta sposobność nadarzyła się znów? To nie może być przypadek, że z tego samego domu ginie druga dziewczynka w tym samym wieku. Jakie jest prawdopodobieństwo takiego zbiegu okoliczności? Musi istnieć jakiś związek między przeszłością a teraźniejszością. Może policji coś wtedy umknęło i z jakiegoś powodu morderca znów przystąpił do dzieła. Czyżby zainspirował go powrót Marie? Ale dlaczego? Czy w niebezpieczeństwie są inne dziewczynki?

Szkoda, że nie zdążyła zgromadzić więcej dokumentów. Wstała z krzesła. Panował duszny upał. Pochyliła się nad biurkiem, żeby otworzyć okno na oścież. Na dworze życie toczyło się swoim torem. Odgłosy lata. Okrzyki i śmiech dzieci dochodzące z plaży. Krzyk mew nad wodą. Szum wiatru w koronach drzew. Istna idylla. Ale ona tego nie widziała.

Znów usiadła przy biurku i zaczęła sortować materiały. Nawet nie zaczęła robić wywiadów. Sporządziła długą listę osób, z którymi zamierzała porozmawiać. Na szczycie były oczywiście Marie i Helen. Do Helen już pisała, i to kilka razy, bez odpowiedzi. Kontaktowała się też z agentem Marie do spraw PR-u. Miała przed sobą odbitki wywiadów prasowych, w których Marie mówiła o sprawie Stelli, zakładała więc, że nie odrzuci jej prośby o rozmowę. Panowało nawet dość powszechne przekonanie, że kariera Marie nie potoczyłaby się tak, jak się potoczyła, gdyby informacje o tej sprawie nie trafiły do prasy wkrótce po jej pierwszych rólkach w kilku mniejszych produkcjach.

Pisanie książek o prawdziwych zbrodniach nauczyło Erikę, że wszyscy, niemal bez wyjątku, odczuwają potrzebę, żeby opowiedzieć swoją historię, wyrzucić ją z siebie.

Włączyła telefon, na wypadek, gdyby Patrik dzwonił, chociaż pewnie był zbyt zajęty, żeby dać jej znać, co się dzieje. Była gotowa pomóc w poszukiwaniach, ale Patrik powiedział, że na pewno będzie dość ochotników i lepiej żeby została z dziećmi. Nie oponowała. Z dołu dochodziły odgłosy świadczące o tym, że Elsa właśnie uwolniła swoją moc i zbudowała zamek z lodu. Erika odłożyła papiery. Dawno nie siedziała przed telewizorem razem z Mają. Muszę jakoś znieść tę egoistyczną księżniczkę, pomyślała. Zresztą bałwanek Olaf jest uroczy. Renifer też.

- Co załatwiliście do tej pory? - spytał Patrik, jak tylko wszedł na podwórko. Nie zawracał sobie głowy powitaniami.

Gösta stał przed wejściem do domu, obok pomalowanych na biało drewnianych ogrodowych mebli.

- Dzwoniłem do Uddevalli, wysłali helikopter.

- A do ratownictwa wodnego?

Gösta kiwnął głową.

- Do wszystkich, już jadą. Dzwoniłem do Martina, poprosiłem, żeby ściągnął ochotników, żebyśmy mogli uformować tyralierę w lesie. Poczta pantoflowa już działa, więc lada chwila będzie tu pewnie mnóstwo ludzi. I przewodnicy z psami z Uddevalli.

- Co o tym myślisz? - spytał cicho Patrik, patrząc na rodziców zaginionej dziewczynki. Stali nieopodal, obejmując się.

- Chcą wyruszyć i sami szukać - odparł Gösta. - Ale powiedziałem im, że powinni poczekać, aż się zorganizujemy, bo za chwilę będziemy marnowali siły, żeby szukać również ich. - Chrząknął. - Wiesz, Patriku, sam nie wiem, co o tym myśleć. Żadne z nich nie widziało córki od chwili, gdy poszła spać, wczoraj około ósmej. To małe dziecko. Cztery lata. Gdyby była w pobliżu, na pewno dałaby jakiś znak. Wróciłaby do domu, choćby dlatego, że byłaby głodna. Więc musiała zabłądzić. Chyba że...

Urwał.

- Dziwny zbieg okoliczności - zauważył Patrik.

Wolał o tym nie myśleć.

- Tak, to samo miejsce - powiedział Gösta. - I dziewczynka jest w tym samym wieku. Nie sposób nie skojarzyć.

- Przypuszczam, że zgubienie się w lesie to nie jedyny punkt wyjścia do poszukiwań - powiedział Patrik, nie patrząc na rodziców Nei.

- Nie jedyny - odparł Gösta. - Jak tylko będzie to możliwe, zaczniemy pytać sąsiadów, zwłaszcza mieszkających przy tej drodze. Może coś widzieli albo słyszeli w nocy. Ale najpierw trzeba się skupić na przeszukaniu lasu. Jest sierpień i ciemność zapada dość szybko. Na samą myśl o tym, że mała może błąkać się po lesie sama, człowiek wpada w rozpacz. Mellberg chce zwołać konferencję prasową, ale ja wolałbym się z tym wstrzymać.

- O mój Boże, jasne, że chce zwołać konferencję - westchnął Patrik.

Szef komisariatu robił ważną minę, przyjmując przybywających ochotników.

- Trzeba to zorganizować, przyniosłem mapę okolicy - powiedział Patrik.

- I podzielić na sektory - odparł Gösta, zabierając mu ją.

Położył ją na stole, z kieszonki wyjął ołówek i zaczął kreślić.

- Jak myślisz? Czy taka wielkość sektora na jedną grupę będzie odpowiednia? Jeśli grupa będzie liczyć trzy, cztery osoby?

- Chyba tak - stwierdził Patrik.

Od paru lat jego współpraca z Göstą układała się doskonale. Wprawdzie najczęściej współpracował z Martinem, ale dobrze się czuł również ze starszym kolegą. Całkiem inaczej niż jeszcze kilka lat wcześniej, kiedy Gösta współpracował z nieżyjącym już Ernstem. Okazało się, że starego psa jednak da się nauczyć siadać. Zdarzało się wprawdzie, że Gösta był duchem raczej na polu golfowym niż w komisariacie, ale w takich sytuacjach jak ta potrafił myśleć i reagować błyskawicznie.

- Zrobisz krótki briefing czy ja mam to zrobić? - spytał Patrik.

Nie chciał go urazić, przejmując dowodzenie.

- Zrób - zdecydował Gösta. - Najważniejsze to nie dopuścić do głosu Bertila...

Patrik kiwnął głową. Mellberg przemawiający do ludzi to właściwie nigdy nie był dobry pomysł. Kończyło się zawsze na tym, że ktoś był urażony albo oburzony, a oni tracili czas na zażegnywanie kryzysów, zamiast zajmować się tym, czym powinni.

Spojrzał w stronę rodziców Nei. Przytuleni do siebie wciąż stali na środku podwórka.

Po chwili wahania powiedział:

- Tylko się z nimi przywitam. Potem zbiorę tych, którzy już przyszli, i będziemy przekazywać wskazówki następnym. Ciągle zgłaszają się nowi ochotnicy, więc zebranie wszystkich jednocześnie będzie niemożliwe. Tym bardziej że powinniśmy wyruszyć jak najprędzej.

Podszedł ostrożnie do rodziców dziewczynki. Rozmowa z bliskimi ofiar zawsze była dla niego trudna.

- Patrik Hedström, również z policji - powiedział i wyciągnął rękę. - Jak państwo widzą, zbierają się ochotnicy. Przejdą tyralierą przez las. Za chwilę przekażę im niezbędne informacje i zaraz wyruszamy.

Zdawał sobie sprawę, że brzmi to bardzo oficjalnie, ale był to jedyny sposób, żeby utrzymać na wodzy emocje i skupić się na zadaniu.

- Wezwaliśmy telefonicznie przyjaciół, rodzice Petera mają przylecieć z Hiszpanii - powiedziała cicho Eva. - Mówiliśmy im, że nie trzeba, ale okropnie się niepokoją.

- Z Uddevalli jadą funkcjonariusze z psami - ciągnął Patrik. - Mają państwo coś, co należało do córeczki?

- Do Nei. - Eva przełknęła ślinę. - Właściwie ma na imię Linnea, ale mówimy na nią Nea.

- Nea, ładnie. Macie coś, co można dać do powąchania psom, żeby wiedziały, czego szukać?

- W koszu na brudną bieliznę są ubrania, które miała na sobie wczoraj. Mogą być?

- Znakomicie. Może je pani przynieść? I zaparzyć kawę?

Zdawał sobie sprawę, że brzmi to tak, jakby miała im serwować kawę, ale po pierwsze wolał, żeby rodzice mu nie przeszkadzali, kiedy będzie wydawał instrukcje ochotnikom, a po drugie chciał ich czymś zająć. Zazwyczaj tak było lepiej.

- Może my też powinniśmy wziąć udział w poszukiwaniach? - zapytał Peter.

- Będziecie potrzebni tu, na miejscu. Kiedy mała się znajdzie, musimy wiedzieć, gdzie jesteście, więc lepiej zostańcie, i tak jest nas dużo.

Peter chyba się wahał, Patrik położył mu rękę na ramieniu.

- Wiem, że takie czekanie jest trudne, ale uwierzcie mi, bardziej przydacie się tutaj.

- Okej - odparł cicho Peter i razem z żoną poszli do domu.

Patrik gwizdnął na palcach, żeby przyciągnąć uwagę około trzydziestu osób zgromadzonych na podwórku. Dwudziestolatek, który filmował coś komórką, schował ją do kieszeni.

- Zaraz zaczniemy poszukiwania. Kiedy zaginie tak małe dziecko, liczy się każda minuta. A zatem szukamy czteroletniej Linnei, zwanej Neą. Nie wiadomo dokładnie, od kiedy jej nie ma, rodzice nie widzieli jej, odkąd wczoraj około ósmej położyli ją spać. Wskutek niefortunnego nieporozumienia matka myślała dziś, że córka jest z ojcem, a on, że z matką. Dlatego dopiero jakąś godzinę temu odkryli, że małej nie ma. Najbardziej prawdopodobne jest to, że zabłądziła w lesie.

Wskazał na Göstę, który stał przy ogrodowym stole nad rozłożoną mapą.

- Podzielimy was na grupy po trzy, cztery osoby i każdej przydzielimy do przeszukania jeden sektor. Nie mamy map do rozdania, więc orientujcie się na oko. Możecie też zrobić zdjęcie mapy komórką.

- Można też skorzystać z mapy w komórce - odezwał się łysy mężczyzna i podniósł do góry telefon. - Jeśli ktoś nie wie, która aplikacja jest najlepsza, chętnie pokażę, bo często chodząc po lesie, korzystam z mapy w komórce.

- Dzięki - powiedział Patrik. - Proszę, żebyście zachowywali odległość na wyciągnięcie ręki. Idźcie powoli. Wiem, że każdy chciałby jak najprędzej przeszukać swój sektor, ale w lesie jest mnóstwo miejsc, w których można ukryć czterolatkę... to znaczy, w których mogłaby się schować... więc szukajcie dokładnie. - Odkaszlnął, zasłaniając usta pięścią. - Gdybyście... coś znaleźli - powiedział i urwał. Nie wiedział, co mówić dalej. Miał nadzieję, że zrozumieli i że nie musi wyjaśniać. - Gdybyście coś znaleźli, proszę niczego nie dotykać ani nie przesuwać. Mogą to być ślady albo... co innego.

Kilka osób kiwnęło głowami, większość patrzyła w ziemię.

- Proszę wtedy zostać na miejscu i zadzwonić do mnie. Tu jest mój numer - dodał, przyczepiając do ściany obory dużą kartkę. - Zapiszcie sobie w komórkach. Zrozumiano? Zostać na miejscu i zadzwonić do mnie. Tylko tyle. Okej?

Stojący z tyłu starszy mężczyzna podniósł rękę. Patrik go znał: Harald, dawny wieloletni właściciel piekarni w Fjällbace.

- Czy istnieje... - zająknął się i zaczął od początku. - Czy istnieje ryzyko, że to nie przypadek? To gospodarstwo? Dziewczynka? I to, co się stało...

Nie musiał kończyć, wszyscy zrozumieli.

Patrik musiał się zastanowić, co odpowiedzieć.

- Niczego nie wykluczamy - odrzekł w końcu. - Ale na tę chwilę najważniejsze jest przeszukanie lasu. Najbliższej okolicy.

Kątem oka zobaczył, że z domu wyszła mama Nei ze stertą ubranek.

- A zatem ruszamy.

Pierwsze cztery osoby podeszły do Gösty, żeby im przydzielił sektor. Wtedy usłyszeli warkot zbliżającego się helikoptera. Nie było problemu z lądowaniem. Na podwórzu było dość miejsca. Wszyscy ruszyli w stronę skraju lasu. Patrik patrzył za nimi. Za jego plecami helikopter zszedł do lądowania. Jednocześnie na podwórze wjechały samochody z psami policyjnymi z Uddevalli. Jeśli dziewczynka rzeczywiście jest w lesie, na pewno ją znajdą, był o tym przekonany. Bał się tylko, że jednak nie zabłądziła.

Sprawa Stelli

Szukali dziewczynki przez całą noc. Dołączało coraz więcej ludzi. Chodząc po lesie, Harald słyszał ich głosy. Policja wykonała dobrą robotę, ochotników nie zabrakło. Rodzina była lubiana i wszyscy znali dziewuszkę o rudoblond włosach. To takie dziecko, do którego nie sposób się nie uśmiechnąć.

Przeżywał to razem z jej rodzicami. Jego dzieci były już duże, dwóch synów brało udział w poszukiwaniach. Zamknął piekarnię. Ruch i tak był mały, lipcowe urlopy w przemyśle już się skończyły, od jednego dzwonka nad drzwiami do następnego mijało sporo czasu. Chociaż i tak by zamknął, nawet gdyby ruch był duży. Serce mu się ściskało, kiedy wyobrażał sobie, co przeżywają rodzice Stelli.

Znalezionym patykiem na chybił trafił rozgarniał krzaki. Zadanie było niełatwe. Las był wielki, ale jak daleko może zajść taka mała? Pod warunkiem, że rzeczywiście jest w lesie. Była to tylko jedna z możliwości rozważanych przez policję. Jej zdjęcie pokazywały wszystkie programy informacyjne. Równie dobrze mogła zostać wciągnięta do jakiegoś samochodu i znajdować się już daleko stąd. Postanowił, że nie będzie o tym rozmyślał. Ma do wykonania zadanie, ma jej szukać w tym lesie wraz z innymi. Ich odgłosy dochodziły do niego przez gęstwinę.

Zatrzymał się i wciągnął w nozdrza zapach lasu. Zbyt rzadko tu przychodzi. Piekarni i obowiązkom rodzinnym poświęcił ładnych parę dziesiątków lat, ale w młodości spędzał dużo czasu na łonie przyrody. Obiecał sobie, że do tego wróci. Życie jest takie krótkie i nigdy nie wiadomo, kiedy przybierze całkiem inny obrót. Ten dzień mu o tym przypomniał.

Jeszcze kilka dni wcześniej rodzice Stelli na pewno byli przekonani, że wiedzą, co przyniesie im życie. Dzień toczył się za dniem, nie zatrzymywali się, żeby się cieszyć każdą chwilą i tym, co mają. Podobnie jak inni ludzie. Dopiero gdy dzieje się coś złego, docenia się każdą chwilę spędzoną z tymi, których się kocha.

Znów ruszył, powoli, krok za krokiem. Przed nim między drzewami zalśniła woda. Dostali wyraźne instrukcje, co powinni zrobić, jeśli natrafią na jakieś jeziorko albo staw. Mieli natychmiast powiadomić policję. Policja miała przeszukać dno bosakami albo ściągnąć nurków, gdyby woda okazała się głęboka. Powierzchnia jeziorka była gładka i spokojna, malutkie kręgi pojawiały się tylko wtedy, kiedy siadały na niej ważki. Nie zobaczył nic poza pniem, który wpadł do wody powalony kilka lat wcześniej przez wiatr albo piorun. Podszedł bliżej i zobaczył, że część korzeni jeszcze tkwi w ziemi. Ostrożnie wdrapał się na pień. Nic, tylko woda. A potem spojrzał pod nogi. I wtedy zobaczył włosy. Rudoblond, unosiły się na mętnej wodzie jak falujące wodorosty.

SANNA ZATRZYMAŁA SIĘ na środku sklepowej alejki. Latem jej gospodarstwo ogrodnicze było otwarte dla klientów do późna, ale tego dnia miała gonitwę myśli i pytania w rodzaju "jak często trzeba podlewać pelargonie" wyjątkowo ją drażniły.

Rozejrzała się po sklepie. Vendela miała wrócić od ojca, więc chciała, żeby w domu były jej ulubione dania i przekąski. Dawniej znała je na pamięć, teraz zmieniały się równie często jak kolor włosów córki. Przez tydzień była weganką, tydzień później jadła tylko hamburgery, przez cały kolejny się odchudzała i gryzła tylko marchewkę, a ona zrzędziła, że zaraz wpadnie w anoreksję. Ciągle coś nowego, nic nie było tak jak przedtem.

Czy Niklas też miał z nią tyle problemów? Przez wiele lat naprzemienna opieka nad córką funkcjonowała bardzo dobrze. A teraz Vendela najwyraźniej uświadomiła sobie, jaką ma władzę. Jeśli nie odpowiadało jej jedzenie u matki, mówiła, że u ojca było lepsze i że pozwalał jej włóczyć się wieczorami z Nilsem. Chwilami Sanna czuła, że jest u kresu sił. Dziwiła się nawet, że kiedy jej córka była malutka, mogła uważać ten okres za męczący. Ten był dużo gorszy.

Często odnosiła wrażenie, że ma do czynienia z obcą osobą. Dawniej Vendela napadała na nią, jeśli ją przyłapała na paleniu papierosa za domem, i od razu wygłaszała wykład o ryzyku zachorowania na raka. Ale kiedy ostatnio u niej była, jej ubranie wyraźnie śmierdziało papierosami.

Rozejrzała się po półkach i w końcu zdecydowała się na pewniaka. Tacos. Zarówno z nadzieniem mięsnym, jak i sojowym, na wypadek gdyby właśnie wypadł tydzień wegański.

Sama jako nastolatka właściwie nie przeszła przez okres buntu. Za szybko dorosła. Śmierć Stelli i wszystkie okropności, które potem nastąpiły, wypchnęły ją w dorosłość. Nie było czasu na fanaberie. I nie było rodziców, na których można by się wkurzać.

Niklasa poznała w technikum rolniczym. Zamieszkali razem i od razu poszła do pierwszej pracy. Po pewnym czasie urodziła się Vendela, właściwie była wypadkiem przy pracy. To, że im potem nie wyszło, nie było jego winą. Niklas był dobrym mężem, ale ona nie potrafiła otworzyć się przed nim do końca. Wcześnie się nauczyła, że miłość boli, nieważne, czy to miłość do męża, czy do córki.

Włożyła do wózka pomidory, ogórek i cebulę i ruszyła do kasy.

- Pewnie już słyszałaś - powiedziała Bodil, z wprawą skanując kolejne zakupy, które Sanna wykładała na taśmę.

- Nie, a co? - spytała Sanna, chwytając butelkę coli. Położyła ją z boku.

- O tej dziewczynce!

- Jakiej dziewczynce?

Słuchała jednym uchem. Właśnie pomyślała, że źle zrobiła, kupując córce colę.

- Tej, co zaginęła. Z waszego dawnego gospodarstwa.

Bodil nie ukrywała podniecenia. Sanna zastygła z torebką tartego sera texmex w ręku.

- Z naszego? - spytała. W uszach lekko jej szumiało.

- No tak - ciągnęła Bodil, skanując kolejne artykuły. Nie zauważyła, że Sanna przestała wykładać zakupy na taśmę. - Dziewczynka, cztery lata. Zaginęła, trwają poszukiwania. Idą tyralierą przez las. Wygląda to na wielką akcję, mój mąż też tam jest.

Sanna odłożyła ser na taśmę. Ruszyła do drzwi, zakupy zostawiła. Torebkę też. Słyszała, jak Bodil woła za nią.

Anna rozsiadła się na krześle i spojrzała na Dana. Piłował deskę. W najgorszy upał postanowił ruszyć z projektem nowy taras. Mówili o tym od trzech lat, ale najwyraźniej nie dało się tego dłużej odkładać. Domyślała się, że zadziałał instynkt: Dan wił gniazdo. U niej przejawiło się to przeglądaniem wszystkich szaf. Dzieci zaczęły chować swoje ulubione ciuchy w obawie, że trafią do punktu zbierania odzieży.

Uśmiechnęła się do zmagającego się z upałem Dana i uzmysłowiła sobie, że po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę cieszy się życiem. Jej firma wnętrzarska może nie dojrzała jeszcze, żeby trafić na giełdę, ale dostawała zlecenia od wielu wymagających letników i doszło nawet do tego, że musiała odmawiać, bo nie starczało jej czasu. A dzieciątko w brzuchu rosło. Postanowili, że nie chcą znać płci, więc mówili po prostu berbeć. Dzieci zaangażowały się w wymyślanie imienia, ale propozycje takie jak Buzz Astral8, Rackaralex9 czy Darth Vader10 nie były specjalnie pomocne. Pewnego wieczoru Dan lekko zgryźliwie zacytował Freddiego z serialu komediowego Solsidan: każde z nas sporządziło własną listę proponowanych imion, a potem wzięliśmy pierwsze z listy: Mickan. A wszystko dlatego, że Anna zdecydowanie odrzuciła jego pomysł, żeby ewentualnemu chłopcu dać na imię Bruce, po Springsteenie. Sam nie był lepszy, bo kiedy zaproponowała imię Philip, zauważył, że brzmi to tak, jakby dzieciak miał się urodzić od razu w marynarce. Na tym stanęło. Za miesiąc poród i ani jednej rozsądnej propozycji ani dla chłopaka, ani dla dziewczyny.

Ułoży się, pomyślała Anna, patrząc na idącego do niej Dana. Pochylił się i dał jej całusa w usta. Smakował słono, od potu.

- A ty tu sobie siedzisz i jest ci dobrze - powiedział, poklepując ją po brzuchu.

- Tak, dzieciaki są u kolegów - odparła, pociągając łyk zimnej kawy z kostkami lodu.

Wiedziała, że podobno nie należy w ciąży pić dużo kawy, ale musiała mieć jakąś przyjemność, skoro alkohol i sery pleśniowe były objęte absolutnym zakazem.

- O mało dziś nie umarłam podczas lunchu. Moja siostra sączyła zimne bąbelki z dużego kieliszka - stęknęła.

Dan objął ją ramieniem. Usiadł wygodnie obok, zamknął oczy i wystawił twarz do słońca.

- Już niedługo, kochanie - powiedział i pogłaskał jej dłoń.

- Po porodzie wykąpię się w winie - westchnęła i też zamknęła oczy.

Od razu uzmysłowiła sobie, że przez ciążowe hormony może dostać plam od słońca. Zaklęła i wzięła ze stolika kapelusz z szerokim rondem.

- Cholera, nawet opalać się nie można - mruknęła.

- Co? - spytał sennie Dan. Najwidoczniej właśnie zapadał w drzemkę.

- Nic, kochanie - odparła, chociaż miała ochotę kopnąć go w kostkę za to tylko, że jest mężczyzną i nie musi znosić niewygód związanych z ciążą.

Co za niesprawiedliwość. I jeszcze te wszystkie kobiety wzdychające, jak to c u d n i e być w ciąży, jaki to d a r, że można nosić w brzuchu dziecko. Im też by przyłożyła. Mocno.

- Ludzie są durni - mruknęła.

- Co? - spytał znów Dan, pogrążając się coraz głębiej we śnie.

- Nic - odpowiedziała, zsuwając kapelusz na oczy.

O czym to myślała, zanim jej przerwał? A, właśnie. Że życie jest wspaniałe. No bo jest. Mimo rozmaitych dolegliwości ciążowych i innych rzeczy. Jest kochana i otoczona rodziną.

Zdarła z głowy kapelusz i odwróciła twarz do słońca. Najwyżej będzie miała plamy. Życie jest za krótkie, żeby odmawiać sobie słońca.

Sam pragnąłby zostać tu na zawsze. Od małego to uwielbiał. Ciepło skał. Plusk wody. Krzyk mew. Uciekał tutaj od wszystkiego. Wystarczyło zamknąć oczy i już nic nie było.

Jessie leżała tuż obok. Czuł bijące od niej ciepło. Istny cud. Że też pojawiła się w jego życiu właśnie teraz. Córka Marie Wall. Co za ironia losu.

- Kochasz swoich rodziców?

Otworzył jedno oko i spojrzał spod zmrużonej powieki. Patrzyła na niego, leżąc na brzuchu i podpierając ręką podbródek.

- Dlaczego pytasz?

Intymne pytanie. Znali się tak krótko.

- Ja nie poznałam swojego taty - powiedziała, odwracając wzrok.

- Dlaczego?

Wzruszyła ramionami.

- Nawet nie wiem. Widocznie mama nie chciała. Nie jestem pewna, czy wie, kto nim był.

Ostrożnie wyciągnął rękę i dotknął jej przedramienia. Nie odsunęła go, więc nie cofnął ręki. W jej oczach pojawił się blask.

- A ty? Dobrze ci się układa z rodzicami? - spytała.

Spokój i poczucie bezpieczeństwa zniknęły. Ale zrozumiał jej pytanie i to, że w jakimś sensie jest jej winien odpowiedź.

Usiadł i patrząc na morze, odpowiedział:

- Mój tata, był... no tak, był na wojnie. Czasem nie ma go wiele miesięcy. I kiedy wraca, przynosi tę wojnę do domu.

Jessie pochyliła się w jego stronę, położyła mu głowę na ramieniu.

- Czy on...

- Nie chcę o tym rozmawiać... jeszcze nie.

- A mama?

Zamknął oczy, wystawiając twarz do słońca.

- Jest w porządku - powiedział w końcu.

Przez chwilę myślał o tym, o czym zabraniał sobie myśleć, i jeszcze mocniej zacisnął powieki. Pomacał kieszeń, wyjął dwa skręty, zapalił oba i dał jej jednego.

Odprężył się, brzęczenie w głowie ustało, dym rozproszył wspomnienia. Nachylił się i pocałował ją. W pierwszej chwili zesztywniała. Ze strachu. Z braku wprawy. Potem poczuł, że jej wargi miękną, rozchylają się.

- Proszę, jacy rozkoszni!

Sam drgnął.

- Patrzcie tylko, jakie gołąbeczki!

Ze skały zszedł Nils, w ślad za nim Basse i Vendela. Jak zwykle. Sprawiali wrażenie, jakby nie potrafili bez siebie istnieć.

- I kogóż my tu mamy? - Nils usiadł tuż obok, natrętnie wpatrując się w Jessie. Zaczęła poprawiać stanik od bikini. - Znalazłeś sobie dziewczynę, Sam?

- Mam na imię Jessie - powiedziała, wyciągając do niego rękę.

Nils ją zignorował.

- Jessie? - powtórzyła stojąca za nim Vendela. - Przecież ona jest córką Marie Wall.

- A, córka kumpelki twojej matki. Gwiazdy Hollywood.

Nils wpatrywał się w Jessie jak urzeczony. Ciągle poprawiała stanik. Sam chciał ją osłonić przed ich spojrzeniami, objąć i powiedzieć, żeby się nie przejmowała. Ale tylko sięgnął po jej T-shirt.

- Właściwie nie ma się co dziwić, że się spiknęli - zauważył Basse i szturchnął łokciem Nilsa.

Mówił falsetem. Miał wysoki głos, jak kobieta, ale z obawy przed Nilsem nikt mu z tego powodu nie dokuczał. Właściwie miał na imię Bosse, ale już w gimnazjum kazał mówić na siebie Basse, bo tak było bardziej cool.

- Fakt, nie ma się co dziwić - powtórzył Nils, patrząc to na Jessie, to na Sama.

Wstał z tym błyskiem w oku, od którego aż ściskało w brzuchu. Zaraz zrobi coś paskudnego. Zwrócił się do Vendeli i Bassego:

- Jestem głodny jak cholera - powiedział. - Spadamy.

Vendela uśmiechnęła się do Jessie.

- Do zobaczenia.

Sam spojrzał za nimi ze zdumieniem. Co to było?

Jessie oparła się o niego.

- Co to za jedni? Dziwni jacyś. Przyjemni, ale dziwni.

Sam pokręcił głową.

- Oni nie są przyjemni. Ani trochę.

Wyjął z kieszeni komórkę i zaczął przeszukiwać zakładkę z filmami. Wiedział, dlaczego zapisał sobie ten film: żeby pamiętać, co ludzie potrafią zrobić innym. Zrobić jemu. Przedtem nie miał zamiaru pokazywać go Jessie, widziało go dostatecznie dużo ludzi.

- W zeszłym roku latem wrzucili to na Snapchata - powiedział, podając jej komórkę. - Zdążyłem zapisać, zanim został zdjęty.

Kiedy Jessie kliknęła start, odwrócił wzrok. Nie musiał patrzeć. Słyszał głosy i wszystko miał przed oczami.

- Jesteś niewysportowany! - rozległ się przenikliwy głos Nilsa. - Jak panienka. Pływanie jest dobre na kondycję.

Podszedł do jego łódki. Stała przycumowana niedaleko miejsca, gdzie właśnie siedzieli.

- Popłyń sobie do Fjällbacki. Nabierzesz mięśni.

Vendela się zaśmiała. Cały czas filmowała swoim telefonem. Basse biegł obok Nilsa.

Nils wrzucił cumę na łódkę, postawił stopę na dziobie i popchnął. Drewniana łódka ruszyła powoli, ale już po kilku metrach trafiła na prąd i popłynęła szybciej.

Nils odwrócił się i z szerokim uśmiechem spojrzał w obiektyw.

- Przyjemnego pływania.

Na tym film się skończył.

- O kurde - powiedziała Jessie i spojrzała na Sama. Coś jej zalśniło w oczach.

Wzruszył ramionami.

- Bywało gorzej.

Zamrugała. Podejrzewał, że ona też przeżyła niejedno. Położył dłoń na jej ramieniu. Poczuł, jak drży, ale także że coś ich łączy.

Pewnego dnia pokaże jej swój notatnik. Podzieli się z nią swoimi przemyśleniami, swoim wielkim planem. Jeszcze im wszystkim pokaże.

Jessie objęła go za szyję. Cudownie pachniała słońcem, potem i trawką.

Robiło się późno, chociaż wciąż było widno. To było jak wspomnienie słońca, które świeciło cały dzień na błękitnym niebie. Eva spojrzała na podwórko, cienie były coraz dłuższe. Serce ścisnął jej lód. Przypomniała sobie, że Nea zawsze przychodziła do domu na długo przed zmrokiem.

Ludzie przychodzili i wychodzili. Ich głosy mieszały się ze szczekaniem psów, które brały udział w poszukiwaniach. Znów poczuła lód w sercu.

Wszedł starszy policjant, Gösta.

- Chciałem tylko napić się kawy i zaraz wracam do lasu.

Wstała, żeby mu nalać do filiżanki. Od kilku godzin nie przestawała parzyć kawy.

- Nic? - spytała, chociaż znała odpowiedź.

Gdyby wiedział, powiedziałby od razu. Nie prosiłby o kawę. Ale samo zadawanie pytań działało uspokajająco.

- Nie, ale w poszukiwaniach bierze udział naprawdę dużo ludzi. Mam wrażenie, jakby cała Fjällbacka wyległa z domu, żeby szukać.

Kiwnęła głową.

- Tak, ludzie są fantastyczni - powiedziała, starając się panować nad głosem, i znów usiadła. - Peter też szuka. Nie byłam w stanie go zatrzymać w domu.

- Wiem. - Gösta usiadł naprzeciw niej. - Spotkałem go z jakąś grupą.

- Co... - zacięła się. - Co się mogło stać, jak pan myśli?

Bała się spojrzeć na niego. Do głowy przychodziły jej różne możliwości, ale kiedy usiłowała się chwycić którejś z nich, zrozumieć, czuła taki ból, że zaczynała się dusić.

- Nie ma co gdybać - odparł miękko.

Pochylił się nad stołem i pomarszczoną dłonią przykrył jej rękę. Udzieliło jej się jego ciepło.

- Tak długo jej nie ma.

Ścisnął jej rękę.

- Jest lato, na dworze ciepło, nie zamarznie. Las jest duży, trzeba wielu godzin. Na pewno ją znajdziemy. Będzie wystraszona i zszokowana, ale na to jest rada, prawda?

- Ale... z tamtą dziewczynką tak nie było.

Gösta cofnął rękę, wypił łyk kawy.

- To było trzydzieści lat temu. Inne życie, inne czasy. To czysty przypadek, że mieszkacie w tym samym domu, i przypadek, że wasza córka ma tyle samo lat. Czterolatki błądzą. Są ciekawskie, a z tego, co wiem, wasza córeczka jest dzielną dziewczynką, nie daje sobie w kaszę dmuchać, więc nic dziwnego, że w końcu nie wytrzymała i wyruszyła w las. Potem widocznie stało się inaczej, niż myślała, ale będzie dobrze. Tyle osób jej szuka.

Wstał.

- Dziękuję za kawę, idę. Będziemy szukać całą noc, ale pani mogłaby się przespać, dobrze by to pani zrobiło.

Pokręciła głową. Miałaby spać, kiedy Nea jest sama w lesie?

- Tak myślałem. Tak czy inaczej powiedziałem to.

Patrzyła na drzwi, które się za nim zamknęły. Znów była sama. Ze swoimi myślami i lodem ściskającym serce.