Eilert Berg nie czuł się szczęśliwy. Ciężko oddychał, sapał, ale to nie
stan zdrowia był jego największym problemem.
Svea w latach młodości była śliczną dziewczyną. Eilert nie mógł doczekać
się chwili, gdy wreszcie znajdzie się z nią w małżeńskim łóżku. Wydawała
się taka łagodna, miła i nieco nieśmiała. Po nazbyt krótkim okresie
uciech cielesnych pokazała jednak prawdziwy charakter. Wzięła go pod
pantofel i trzymała tak od prawie pięćdziesięciu lat. Ale Eilert miał
tajemnicę. W jesieni życia pojawiła się szansa na trochę wolności i nie
zamierzał jej zaprzepaścić.
Całe życie ciężko pracował, łowiąc ryby, co zapewniało dochód
wystarczający akurat na utrzymanie Svei z dziećmi. Potem przyszły chude
lata emerytury. Nie miał żadnych oszczędności, nie mógł więc rozpocząć
życia na nowo, gdzie indziej, w pojedynkę. Aż tu nagle pojawiła się
szansa, niczym dar z niebios. W dodatku było to takie proste, że niemal
śmiechu warte. Cóż, jeśli ktoś jest gotów płacić niebotyczne sumy za
parę godzin pracy na tydzień, to jego problem. Eilert nie będzie z tego
powodu narzekać. W ciągu zaledwie roku uskładał sporą kupkę banknotów.
Schował je w skrzynce za dołem na kompost. Już niedługo uzbiera się
tyle, że będzie mógł wyruszyć do ciepłych krajów.
Wchodząc na ostatni stromy pagórek, przystanął na chwilę, aby wyrównać
oddech i rozmasować bolące dłonie. W Hiszpanii, a może w Grecji,
wreszcie odtają od idącego jakby od środka chłodu. Eilert liczył, że ma
przed sobą jeszcze co najmniej dziesięć lat, zanim przyjdzie wyciągnąć
nogi, i miał zamiar dobrze wykorzystać ten czas. Na pewno nie zamierzał
ich spędzić z taką jędzą.
Codzienne poranne spacery były dla niego jedynymi chwilami spokoju. W dodatku zapewniały niezbędny ruch. Chodził zawsze tą samą trasą i ci, co
znali jego zwyczaje, często wyglądali, żeby chwilę pogwarzyć. Szczególną
przyjemność sprawiały mu pogawędki z ładną dziewczyną z domu koło szkoły
na górce H?kebacken. Bywała tam tylko w weekendy i zawsze przyjeżdżała
sama, ale chętnie wdawała się w rozmowy o wszystkim i o niczym. W dodatku pannę Alexandrę interesowały sprawy dotyczące Fjällbacki, także
te dawne, nad którymi Eilert rozwodził się z wyjątkowym zapałem. Poza
tym aż przyjemnie było na nią patrzeć. Eilert, choć już stary, znał się
na tym. Wprawdzie plotkowano na jej temat, ale gdyby człowiek miał
słuchać, co baby gadają, nie miałby czasu na nic innego.
Prawie rok temu zapytała, czy w piątki rano nie mógłby zaglądać do niej,
skoro i tak ma po drodze. Dom był już stary, więc ogrzewanie i rury
coraz to nawalały. Nie chciałaby przyjechać na weekend do zimnego domu.
Eilert dostanie klucz, wystarczy, że zajrzy i upewni się, czy wszystko w porządku. Przy okazji sprawdzi okna i drzwi, bo w okolicy było kilka
włamań.
Nie był to żaden kłopot, a raz w miesiącu w jej skrzynce na listy
czekała na niego koperta z jego nazwiskiem, zawierająca - w jego
mniemaniu - iście królewską sumę. Poza tym było mu przyjemnie, że może
się do czegoś przydać. Całe życie pracował i trudno mu było się
przyzwyczaić do braku zajęcia.
Z trudem pchnął do środka krzywo wiszącą furtkę. Śnieg był nieodgarnięty
i Eilert pomyślał, że może poprosi któregoś z chłopców, aby jej pomógł.
To nie jest zajęcie dla kobiety.
Wymacał w kieszeni klucz, uważając, aby go nie upuścić w głęboki śnieg,
bo gdyby musiał przyklęknąć, nie mógłby potem wstać. Schodki prowadzące
do sieni były oblodzone, śliskie, musiał przytrzymać się poręczy.
Właśnie miał włożyć klucz do zamka, gdy dostrzegł, że drzwi są uchylone.
Zdumiony otworzył je i wszedł do przedpokoju. Może przyjechała trochę
wcześniej niż zwykle?
- Halo, jest tam kto?
Nikt mu nie odpowiedział. Zobaczył wydobywającą się z jego ust mgiełkę i zdał sobie sprawę, że w domu jest zimno. Przez moment nie mógł się
zdecydować, ale miał wrażenie, że coś tu nie gra i nie jest to tylko
sprawa ogrzewania.
Przeszedł przez wszystkie pokoje. Chyba wszystko było na swoim miejscu.
W domu panował porządek, jak zawsze. Wideo i telewizor stały na swoich
miejscach. Eilert sprawdził cały parter, potem wszedł na stopnie wiodące
na piętro. Schody były strome, musiał się mocno trzymać poręczy.
Najpierw wszedł do sypialni, urządzonej w stylu zdecydowanie kobiecym,
ale oszczędnym i w dobrym guście. Panował tu taki sam porządek jak w całym domu. Łóżko było posłane, obok stała walizka. Nie wyglądała na
rozpakowaną. Eilertowi zrobiło się głupio. A może przyjechała wcześniej,
zobaczyła, że piec się zepsuł, i wyszła poszukać kogoś, kto go naprawi.
Ale sam w to nie wierzył. Coś było nie tak. Czuł to w kościach, tak jak
czasem wyczuwał zbliżający się sztorm. Ostrożnie szedł dalej. Wszedł na
duże poddasze z drewnianym belkowaniem. Naprzeciw siebie stały tam przy
otwartym kominku dwie kanapy, przed nimi stolik, na którym leżało kilka
porozrzucanych gazet. Poza tym wszystko było na swoim miejscu. Zszedł z powrotem na dół. Tam również wszystko było tak, jak powinno. Ani
kuchnia, ani salon nie wyglądały inaczej niż zwykle. Została jeszcze
łazienka. Coś, nie wiedział co, sprawiło, że zawahał się przed otwarciem
drzwi. W domu nadal panowała cisza. Stał jeszcze przez moment,
zastanawiając się. Potem doszedł do wniosku, że zachowuje się śmiesznie,
i zdecydowanym ruchem pchnął drzwi.
Chwilę potem pędził do drzwi wejściowych tak szybko, jak mu pozwalał
wiek. W ostatniej chwili przypomniał sobie, że schodki są oblodzone, i złapał się poręczy. Poleciałby głową naprzód. Przebrnął przez zalegający
śnieg i sklął zacinającą się furtkę. Wypadł na chodnik i stanął
bezradnie. Kawałek dalej na drodze ujrzał zbliżającą się raźnym krokiem
postać. Rozpoznał córkę Torego, Erikę. Zawołał, żeby się zatrzymała.
Erika Falck czuła się potwornie, śmiertelnie zmęczona. Wyłączyła
komputer i poszła do kuchni po kolejną kawę. Naciskali ją ze wszystkich
stron. Wydawnictwo chciało, aby w sierpniu złożyła konspekt książki,
którą dopiero co zaczęła pisać. Książka o Selmie Lagerlöf, piąta
biografia jej pióra poświęcona szwedzkim pisarkom, miała być zarazem
najlepsza, ale Erika nie mogła w sobie wzbudzić chęci pisania. Od
śmierci rodziców minął już ponad miesiąc, ale żałoba była tak samo
świeża jak na początku. Porządkowanie domu rodziców też nie szło jej tak
szybko, jak z początku sądziła. Ciągle powracały wspomnienia.
Zapakowanie jednego kartonu trwało wiele godzin, bo każda wzięta do ręki
rzecz przywoływała wspomnienia, które raz wydawały się bliskie, a innym
razem bardzo odległe. W końcu postanowiła, że nie będzie się śpieszyła.
I tak na razie wynajęła swoje sztokholmskie mieszkanie, ponieważ
wyliczyła sobie, że równie dobrze może pisać w domu rodzinnym, we
Fjällbace. Dom stał nieco na uboczu, nad zatoką Sälvik. Otoczenie
tchnęło spokojem.
Erika usiadła na werandzie i spojrzała na rozciągający się przed nią
archipelag. Widok zapierał dech i wraz z porami roku zmieniał się w sposób wręcz spektakularny. Tego dnia oślepiające słońce rzucało kaskady
światła. Migotało na grubej pokrywie lodowej skuwającej wody zatoki.
Ojciec byłby zachwycony.
Ścisnęło ją w gardle. Powietrze w domu wydało jej się duszne.
Postanowiła pójść na spacer. Termometr pokazywał minus piętnaście
stopni. Ubrała się na cebulkę, a i tak gdy tylko wyszła, poczuła chłód.
Po chwili od szybkiego marszu zrobiło jej się ciepło.
Panowała błoga cisza. Nigdzie żywej duszy. Jedynym dźwiękiem, jaki
słyszała, był jej własny oddech. Było zupełnie inaczej niż latem: wtedy
cała okolica tętniła życiem. Latem Erika wolała trzymać się z dala od
Fjällbacki. Rozumiała wprawdzie, że turystyka przesądza o dalszym jej
istnieniu, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że latem następuje inwazja
szarańczy. Albo też wielogłowego potwora, który pomału, rok za rokiem,
połyka starą rybacką osadę, wykupując domy położone najbliżej wody.
Przez dziewięć miesięcy w roku było to miasteczko duchów.
Przez setki lat źródłem utrzymania mieszkańców Fjällbacki było
rybołówstwo. Surowa przyroda i nieustająca walka o przetrwanie sprawiły,
że tutejsi ludzie byli szorstcy, ale i silni. Kiedyś ich życie zależało
od pojawienia się ławicy śledzi. To się zmieniło, kiedy Fjällbackę
uznano za malowniczą miejscowość i zjawili się turyści z grubymi
portfelami. Rybołówstwo jako źródło dochodu straciło na znaczeniu. Z każdym rokiem wśród stałych mieszkańców Erika dostrzegała coraz więcej
pochylonych głów. Młodzi wyprowadzili się, a starym zostały wspomnienia.
Sama była jedną z wielu, którzy postanowili wyjechać.
Przyśpieszyła kroku i skręciła w lewo, na górkę koło szkoły. Już
dochodziła, gdy usłyszała, że woła do niej Eilert Berg, ale nie
dosłyszała co. Wymachując rękami, szedł w jej kierunku.
- Ona nie żyje.
Eilert oddychał krótko, gwałtownie, jego płuca wydawały nieprzyjemne
piski.
- Proszę się uspokoić, co się stało?
- Leży w środku. Nie żyje.
Palcem wskazał na duży błękitny dom na górce i spoj-rzał na nią
pytająco.
Erika potrzebowała dłuższej chwili, żeby uświadomić sobie, co
powiedział. Gdy w końcu dotarły do niej jego słowa, pchnęła zacinającą
się furtkę i przebrnęła przez śnieg do drzwi wejściowych. Eilert
zostawił je otwarte. Erika przestąpiła próg ostrożnie, jakby nie
wiedząc, czego ma się spodziewać. Nie pomyślała, że mogłaby po prostu
zapytać.
Idący za nią Eilert w milczeniu wskazał drzwi łazienki na parterze.
Erika odwróciła się i spojrzała na niego pytająco. Był bardzo blady,
cienkim głosem wychrypiał:
- Tam, w środku.
Erika nie była w tym domu od bardzo dawna, ale kiedyś znała go dobrze i wiedziała, gdzie jest łazienka. Mimo ciepłego ubrania przeszedł ją zimny
dreszcz. Powoli otworzyła drzwi łazienki i weszła do środka.
Nie umiałaby powiedzieć, czego się spodziewała po zdawkowych słowach
Eilerta, ale nie była przygotowana na tyle krwi. Kafelki w łazience były
białe. Tym silniejsze wrażenie robiła krew w wannie i wokół niej. Przez
moment Erika pomyślała, że to piękny kontrast, zanim do niej dotarło, że
w wannie leży prawdziwa kobieta.
Jej ciało było nienaturalnie białe, a miejscami sine, ale Erika
rozpoznała ją natychmiast. Alexandra Wijkner, z domu Carlgren, córka
właścicieli domu. W dzieciństwie się przyjaźniły. Teraz pomyślała, że
musiało to być w jakimś innym życiu. Kobieta w wannie była jej obca.
Oczy miała na szczęście zamknięte, ale usta były jaskrawosine. Wokół jej
tułowia utworzyła się cienka warstwa lodu zakrywająca podbrzusze. Prawe
ramię, na którym widniały liczne pręgi, zwisało z wanny, a palce były
zanurzone w kałuży krwi zastygłej na podłodze. Na brzegu wanny leżała
żyletka. Drugie ramię było widoczne tylko powyżej łokcia, reszta
znajdowała się pod lodem. Ponad zamarzniętą powierzchnią wody wystawały
kolana. Jasne włosy Alexandry rozsypały się jak wachlarz. Wyglądały,
jakby skruszały z zimna.
Erika patrzyła na nią przez dłuższą chwilę. Drżała od chłodu równie
przejmującego jak malujący się przed nią obraz samotności. Powoli,
tyłem, wyszła z łazienki.
Potem wszystko widziała jak przez mgłę. Zadzwoniła z komórki do lekarza
dyżurnego, a następnie razem z Eilertem poczekała na przyjazd karetki.
Miała te same objawy szoku co wtedy, gdy dostała wiadomość o śmierci
rodziców. Po powrocie do domu nalała sobie sporą porcję koniaku. Nie
było to może to, co by zalecił lekarz, ale przynajmniej przestały jej
drżeć ręce.
Widok Alex przywołał wspomnienia z dzieciństwa. Minęło ponad dwadzieścia
pięć lat od czasu, gdy się przyjaźniły, ale chociaż potem w jej życiu
pojawiło się - i minęło - wiele przyjaźni, Alex zajmowała w jej sercu
miejsce szczególne. Były wtedy jeszcze małe. Jako dorosłe już się nie
widywały i stały się sobie obce. Ale Erice trudno było pogodzić się z myślą, że Alex odebrała sobie życie, co wydawało się jedynym logicznym
wytłumaczeniem tego, co dziś zobaczyła. Alexandra, jaką znała dawniej,
była osobą energiczną i jednocześnie harmonijną. Piękną, promienną i pewną siebie kobietą, za którą ludzie się oglądali. Zgodnie z przewidywaniami Eriki życie było dla niej łaskawe, tak przynajmniej
wynikało z pogłosek. Prowadziła galerię sztuki w Göteborgu, miała
przystojnego męża odnoszącego sukcesy zawodowe i mieszkała w wielkim
dworze na półwyspie Särö. A jednak coś musiało pójść nie tak.
Erika czuła, że powinna skierować myśli na coś innego, i wykręciła numer
telefonu siostry.
- Spałaś?
- Chyba żartujesz. Adrian obudził mnie o trzeciej nad ranem, a kiedy
wreszcie zasnął, obudziła się Emma i chciała się bawić.
- A Lucas nie mógłby choć raz wziąć tego na siebie?
W słuchawce zapadła wymowna cisza. Erika przygryzła język.
- Ma dziś ważne spotkanie i musi być wypoczęty. W dodatku sytuacja w pracy jest niepewna, firmę czekają ważne i głębokie zmiany.
Anna podniosła głos, Erika dosłyszała w nim ton histerii. Lucas zawsze
miał na podorędziu jakieś znakomite wytłumaczenie i Anna prawdopodobnie
powtórzyła je słowo w słowo. Jak nie ważne spotkanie, to stres wywołany
koniecznością podjęcia trudnej decyzji lub presja wynikająca z zajmowanej przez niego - jak sam mówił - wysokiej pozycji. Tym samym
odpowiedzialność za dzieci spoczywała na Annie. Z nimi dwojgiem, żywą
trzylatką i czteromiesięcznym niemowlęciem, podczas pogrzebu rodziców
Anna wyglądała na dziesięć lat więcej niż swoje trzydzieści.
- Honey, don't touch that.
- A teraz poważnie. Nie sądzisz, że pora, żebyś zaczęła rozmawiać z Emmą
po szwedzku?
- Lucas uważa, że w domu powinniśmy rozmawiać po angielsku. Mówi, że
zanim Emma pójdzie do szkoły, i tak przeprowadzimy się z powrotem do
Londynu.
Erika miała serdecznie dosyć słów: Lucas uważa, Lucas mówi, Lucas sądzi,
że... W jej oczach szwagier był pospolitym dupkiem.
Anna poznała go w Londynie, gdzie pracowała jako au pair. Urzekło ją,
że podrywa ją tak zapamiętale dziesięć lat starszy Lucas Maxwell,
biznesmen odnoszący sukcesy na giełdzie. Zrezygnowała z zamiaru
studiowania na uniwersytecie, by całkowicie poświęcić się obowiązkom
perfekcyjnej, reprezentacyjnej żony i pani domu. Problem polegał na tym,
że Lucas był wiecznie niezadowolony, a Anna, choć od małego robiła tylko
to, co jej się podobało, całkowicie podporządkowała się mężowi,
zapominając o własnych potrzebach. Erika miała nadzieję, że siostra
pójdzie po rozum do głowy, zostawi Lucasa i zacznie żyć własnym życiem,
ale kiedy urodziła się Emma, a potem Adrian, zrozumiała, że szwagier
pozostanie na zawsze szwagrem.
- Dajmy sobie spokój z Lucasem i jego poglądami na wychowanie dzieci.
Jak tam moja ukochana siostrzenica i jej braciszek? Co ostatnio
zmalowali?
- Nic specjalnie nowego... Emma wczoraj wpadła w szał i zanim się
spostrzegłam, pocięła nożyczkami ubranka, na które wydałam furę
pieniędzy, a Adrian od trzech dni albo wymiotuje, albo krzyczy.
- Chyba dobrze by ci zrobiła zmiana otoczenia. Może byś wzięła dzieci i przyjechała do mnie na tydzień? Zresztą przydałaby mi się twoja pomoc
przy przeglądaniu pewnych rzeczy. Trzeba się zabrać do kompletowania
dokumentów i tak dalej.
- Właśnie chcieliśmy z tobą o tym porozmawiać.
Głos Anny wyraźnie zadrżał, jak zawsze, gdy musiała zmierzyć się z czymś
nieprzyjemnym. Erika nastawiła uszu. Użyta przez Annę liczba mnoga
zabrzmiała jakoś złowróżbnie. Jeśli Lucas macza w czymś palce, jest
rzeczą oczywistą, że korzyść z tego ma odnieść on sam - na niekorzyść
innych zainteresowanych osób.
Erika czekała na dalszy ciąg.
- Chcemy z Lucasem przeprowadzić się z powrotem do Londynu, gdy tylko
sztokholmska filia będzie dobrze ustawiona, no i nie chcielibyśmy mieć
na głowie kosztów związanych z utrzymywaniem domu w Szwecji. Dla ciebie
taki duży dom na wsi to też żadna przyjemność, skoro nie masz rodziny i tak dalej...
Znów cisza w słuchawce.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Erika nawinęła kosmyk włosów na palec. Od dzieciństwa tak robiła w chwilach napięcia.
- No więc... Lucas uważa, że powinnyśmy sprzedać dom. Nie możemy go
utrzymywać w nieskończoność. Poza tym chcielibyśmy po powrocie do
Londynu kupić dom w Kensington i wprawdzie Lucas świetnie zarabia, ale
pieniądze ze sprzedaży bardzo by się przydały. Chodzi mi o to, że za dom
w takim miejscu można dostać wiele milionów koron. Niemcy mają bzika na
punkcie domów z widokiem na morze i morskiego powietrza.
Anna mówiła dalej, ale Erika poczuła, że ma dość, i w połowie zdania
odłożyła słuchawkę. Na odegnanie myśli o Alex wystarczy.
Zawsze była dla Anny kimś w rodzaju drugiej mamy. Od dzieciństwa
pilnowała siostry i osłaniała ją. Anna była dzieckiem żywym i impulsywnym, nie myślała o konsekwencjach swego postępowania. Erika
wielokrotnie ratowała ją z opresji. Ale Lucas odebrał Annie
spontaniczność i radość życia. Zwłaszcza tego Erika nie mogła mu
wybaczyć.
Następnego ranka poprzedni dzień jawił się Erice jak zły sen. Przespała
noc głęboko i bez snów, ale miała uczucie, jakby nie zmrużyła oka. Ze
zmęczenia bolało ją całe ciało. Żołądek zaburczał niespokojnie, kiedy
jednak otworzyła lodówkę, zobaczyła, że najpierw trzeba będzie się
wybrać do spożywczego po zakupy.
Na ulicach było pusto, a na Ingrid Bergmans torg ani śladu handlu,
kwitnącego tu latem. Widoczność była dobra, bez mgieł i zamgleń. Widać
było nawet odcinający się na horyzoncie najdalszy cypel Valön, tworzący
wraz z Kr?kholmen wyjście na archipelag.
Weszła na wzniesienie Galärbacken i zdążyła ujść spory kawałek, gdy
zobaczyła kogoś idącego z przeciwka. Wolałaby uniknąć spotkania i odruchowo rozejrzała się za drogą ucieczki.
- Dzień dobry.
Elna Persson zaświergotała aż nazbyt wesoło.
- Widzę, że nasza autorka wybrała się na poranny spacer w promieniach
słońca.
Erika w duchu aż jęknęła.
- No właśnie, idę po zakupy do sklepu Evy.
- Biedactwo, musiałaś się czuć zupełnie rozbita po tym strasznym
przeżyciu.
Podwójny podbródek Elny drżał z podniecenia. Erice wydała się nagle
podobna do dużego, okrągłego wróbla. W sięgającym kostek zielonkawym
palcie zdawała się zupełnie bezkształtna. W ręku mocno trzymała torebkę,
a na głowie chybotał się nieproporcjonalnie mały kapelusik,
prawdopodobnie filcowy, też w nieokreślonym zielonkawym odcieniu.
Maleńkie oczka, głęboko osadzone w fałdkach tłuszczu, patrzyły na Erikę
z wyrazem oczekiwania. Powinna coś powiedzieć.
- No tak, nie było to zbyt przyjemne.
Elna kiwnęła głową ze zrozumieniem.
- Właśnie spotkałam przypadkiem panią Rosengren, powiedziała mi, że
przejeżdżała koło willi Carlgrenów. Zobaczyła ciebie i karetkę, więc
zaraz się domyśliłyśmy, że stało się coś strasznego. A później tak się
złożyło, że po południu dzwoniłam do doktora Jacobssona, i wtedy
dowiedziałam się o tej tragedii. W największym zaufaniu, ma się
rozumieć. W końcu doktora obowiązuje tajemnica lekarska. Trzeba to
uszanować.
Z przemądrzałą miną kiwnęła głową na znak szacunku dla obowiązującej
doktora tajemnicy lekarskiej.
- Taka młoda osoba. Nic dziwnego, że człowiek się zastanawia, co tam się
mogło stać. Dla mnie ona zawsze była strasznie przewrażliwiona. Jej
matka, a znam Birgit od wieków, to jest dopiero osoba z nerwami na
wierzchu. Wiadomo przecież, że to dziedziczne. A jaka się zrobiła
zarozumiała, znaczy Birgit, kiedy mąż dostał posadę dyrektora w Göteborgu. Już jej wtedy Fjällbacka nie pasowała. Nic, tylko wielkie
miasto. Ale powiem ci jedno: pieniądze szczęścia nie dają. Gdyby ją
wychowywali tu, zamiast ją wyrywać z korzeniami i przenosić do miasta,
na pewno nic takiego by się nie wydarzyło. Podobno wysłali ją do jakiejś
szkoły w Szwajcarii, a wiadomo, co się dzieje w takich miejscach. Tak,
tak, ślad zostaje na całe życie. Przed tą wyprowadzką taka z niej była
wesoła, dzielna dziewczynka. Wyście się chyba bawiły razem w dzieciństwie? No, ja uważam...
Elna mówiła dalej. Erika zaczęła gorączkowo szukać pretekstu do
zakończenia rozmowy. Stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. Elna
przerwała, by zaczerpnąć tchu, a wtedy Erika skorzystała z okazji.
- Bardzo miło było porozmawiać, ale muszę już iść. Tyle mam spraw na
głowie, jak się pani domyśla.
Przybrała żałosny wyraz twarzy, chcąc skierować myśli Elny na zupełnie
inne tory.
- Oczywiście, kochanie. Nie pomyślałam. To musi być dla ciebie bardzo
trudne, taka historia zaraz po tragedii rodzinnej. Wybacz starej
kobiecie bezmyślność.
Elna wzruszyła się prawie do łez. Erika łaskawie skinęła głową i z ulgą
się pożegnała. Ruszyła do sklepu w nadziei, że nie spotka następnej
wścibskiej paniusi, ale nie miała szczęścia, bo nastąpiły kolejne
bezlitosne przesłuchania. Sąsiedzi byli niezmiernie podnieceni. Erika
odetchnęła dopiero, gdy już była blisko domu. Dowiedziała się, że
rodzice Alex wczoraj w nocy przyjechali do Fjällbacki i zatrzymali się u siostry pani Carlgren.
Postawiła torby na kuchennym stole i zaczęła wyjmować zakupy. Nie były
to bynajmniej same zdrowe rzeczy, jak sobie postanowiła, idąc do sklepu.
Ale gdyby nawet w tak ciężkim dniu nie mogła sobie pozwolić na odrobinę
słodyczy, to kiedy? Jak na zamówienie zaburczało jej w żołądku. Położyła
na talerzu dwie cynamonowe bułeczki - dwanaście czerwonych punktów
Strażników Wagi - i zjadła, popijając filiżanką kawy.
Przyjemnie było siedzieć i patrzeć na znajomy widok za oknem. Nie mogła
się tylko przyzwyczaić do panującej w domu ciszy. Oczywiście zdarzało
jej się dawniej być samej w domu, ale to było co innego. Wtedy czuło
się, że ktoś tu mieszka, że zaraz wejdzie. A teraz jakby ulotnił się
duch domu.
Na oknie leżała domagająca się napełnienia fajka taty. Jej zapach unosił
się jeszcze w powietrzu, ale słabł z dnia na dzień.
Zawsze lubiła zapach fajki. Kiedy była mała, często siadała ojcu na
kolanach i zamykała oczy, przytulając głowę do jego piersi. Wszystkie
jego ubrania pachniały dymem, który w jej dziecinnym świecie
symbolizował bezpieczeństwo.
Z matką sprawa była znacznie bardziej skomplikowana. Nie mogła sobie
przypomnieć ani jednej sytuacji z dzieciństwa czy okresu dorastania,
kiedy otrzymałaby od matki jakiś dowód czułości. Nie przytulała jej, nie
pogłaskała, nie powiedziała słowa pociechy. Elsy Falck była kobietą
twardą i bezkompromisową, utrzymującą nienaganny porządek w domu i niepozwalającą sobie na żadne uciechy. Była głęboko religijna i jak
wielu mieszkańców zachodniego wybrzeża Szwecji wzrastała w czasach wciąż
mocno naznaczonych nauczaniem pastora Schartaua1. Od
dzieciństwa uczono ją, że życie jest pasmem cierpień, a nagroda
przyjdzie dopiero po śmierci. Erika wielokrotnie zastanawiała się, co
też zobaczył w Elsy jej dobroduszny, pełen humoru ojciec. Kiedyś, w latach dojrzewania, rozzłoszczona wyrzuciła z siebie to pytanie. Nie
pogniewał się na nią. Usiadł i objął ją, a potem powiedział, że nie
powinna osądzać matki tak surowo. Tłumaczył, że niektórym ludziom
okazywanie uczuć przychodzi trudniej niż innym. A potem pogłas-kał ją po
zarumienionych z gniewu policzkach. Nie słuchała go, przekonana, że
usiłuje ukryć coś, co dla Eriki było oczywiste: matka nigdy jej nie
kochała. To brzemię, które będzie musiała nieść do końca życia.
Przyszła jej teraz do głowy pewna myśl, mianowicie aby odwiedzić
rodziców Alexandry. Utrata rodziców była dla Eriki ciężkim przeżyciem,
ale nie kłóciła się z naturalnym porządkiem rzeczy. Strata dziecka musi
być czymś strasznym. W dodatku kiedyś były sobie z Alexandrą bardzo
bliskie, jak to przyjaciółki. Wprawdzie od tamtej pory minęło prawie
dwadzieścia pięć lat, ale spora część jasnych wspomnień z dzieciństwa
łączyła się ściśle z Alex i jej rodziną.
Dom wydawał się opuszczony. Ciotka i wujek Alexan-dry mieszkali przy
Tallgatan, w połowie drogi między śródmieściem Fjällbacki a kempingiem w Sälvik. Domy stały tu na samym skraju zbocza, trawniki schodziły stromo
do drogi prowadzącej wzdłuż brzegu morza. Drzwi wejściowe znajdowały się
z tyłu domu. Erika zawahała się, zanim nacisnęła dzwonek. Odezwał się
echem, po czym zamilkł. Ze środka nie dobiegł najsłabszy dźwięk i Erika
miała właśnie odejść, gdy drzwi powoli się otworzyły.
- Tak?
- Dzień dobry, jestem Erika Falck. To ja...
Nie dokończyła. Było jej głupio, że się przedstawia tak oficjalnie,
przecież ciotka Alexandry, Ulla Persson, doskonale wie, kim jest. Mama
Eriki przez wiele lat udzielała się w kółku parafialnym razem z Ullą,
która czasem w niedziele zachodziła do nich na kawę.
Ulla stanęła z boku, przepuszczając Erikę. Weszła do przedpokoju. W całym domu nie paliła się ani jedna lampa. Do wieczora zostało wprawdzie
sporo czasu, ale wydłużone cienie już zapowiadały zmierzch. Z pokoju na
wprost dochodził stłumiony szloch. Erika zdjęła buty i kurtkę.
Przyłapała się na tym, że stara się to robić jak najciszej. Nastrój
panujący w domu tego wymagał. Ulla poszła do kuchni. Erika została sama.
Skierowała się do pokoju. Weszła, a wtedy płacz ucichł. Na jednej z kanap stojących przed wielkim panoramicznym oknem siedzieli kurczowo
objęci Birgit i Karl-Erik Carlgrenowie. Oboje mieli twarze mokre od łez.
Erika poczuła, że wkracza w niezwykle intymną sferę, czego być może nie
powinna robić, ale było już za późno na odwrót.
Usiadła ostrożnie na kanapie stojącej naprzeciwko i splotła dłonie na
kolanach. Od chwili, kiedy weszła do pokoju, nie padło ani jedno słowo.
- Jak ona wyglądała?
W pierwszej chwili Erika nie zrozumiała pytania. Głos Birgit brzmiał jak
głos dziecka. Erika nie wiedziała, co odpowiedzieć.
- Strasznie samotnie - wydusiła i zaraz pożałowała tych słów.
- Nie miałam na myśli... - nie dokończyła zdania, które wessała panująca
wkoło cisza.
- Ona nie popełniła samobójstwa!
Głos Birgit nagle zabrzmiał mocno i donośnie. Karl-Erik ścisnął dłoń
żony i kiwnął głową na znak, że się z nią zgadza. Na twarzy Eriki
dostrzegli widocznie wyraz powątpiewania, bo Birgit powtórzyła:
- Ona nie popełniła samobójstwa! Znam ją lepiej niż ktokolwiek inny i wiem, że nie mogłaby sobie odebrać życia. Nie starczyłoby jej odwagi!
Dobrze o tym wiesz. Przecież ją znałaś.
Z każdym słowem prostowała się coraz bardziej, w jej oczach pojawił się
błysk. Na przemian to zaciskała, to rozluźniała dłonie, uporczywie
patrząc w oczy Eriki. W końcu Erika poddała się i rozejrzała po pokoju.
Byle tylko nie widzieć tej rozpaczy.
Pokój był przytulny, chociaż nieco zagracony. Kunsz-townie upięte
zasłony z dużymi falbanami i dobrane do nich poduszki kanapy, uszyte z tego samego kwiecistego materiału. Na każdym wolnym centymetrze
powierzchni stała jakaś ozdoba. Drewniane miski w stylu ludowym
ustawione na serwetkach haftowanych w krzyżyki i porcelanowe pieski o wiecznie wilgotnych oczach. Całość ratowało panoramiczne okno, z którego
rozciągał się widok wręcz niebywały. Erika pomyślała, że wolałaby
zastygnąć ze wzrokiem wpatrzonym w okno i nie być świadkiem żałoby tych
dwojga ludzi. Spojrzała na Carlgrenów.
- Proszę pani, naprawdę nie wiem. Przyjaźniłyśmy się z Alexandrą
dwadzieścia pięć lat temu. Właściwie nawet nie wiem, jaka ona była.
Często się zdarza, że nie znamy kogoś tak dobrze, jak nam się zdaje...
Erika zdawała sobie sprawę, że jej słowa brzmią nieprzekonująco, że nie
trafiają i tylko odbijają się od ścian. Tym razem odezwał się ojciec
Alex. Uwolnił się z kurczowego uścisku żony i pochylił do przodu, jakby
chciał się upewnić, że Erika nie uroni ani słowa.
- Ja wiem, że to wygląda, jakbyśmy nie chcieli przyjąć do wiadomości
tego, co się stało. Pewnie sprawiamy wrażenie niepozbieranych, ale gdyby
nawet Alex z jakiegoś powodu zamierzała odebrać sobie życie, nigdy,
powtarzam, nigdy nie zrobiłaby tego w ten sposób! Na pewno pamiętasz,
jak się bała krwi - wręcz panicznie. Wystarczyło drobne skaleczenie, a histeryzowała, dopóki nie przykleiliśmy plastra. Zdarzało jej się nawet
mdleć na widok krwi. Dlatego jestem absolutnie pewien, że raczej
wybrałaby na przykład środek nasenny. Nie ma takiej możliwości, żeby
mogła wziąć żyletkę i podciąć sobie żyły, najpierw na jednym
przedramieniu, potem na drugim. I jeszcze jedno, żona już o tym
wspomniała: Alex była osobą bardzo delikatną, brakowało jej odwagi.
Decyzja o odebraniu sobie życia wymaga siły. Ona nie miała w sobie
takiej siły.
Mówił tak, jakby nalegał, żeby się z nim zgodziła, i choć była wciąż
przekonana, że jest to przede wszystkim wyraz rozpaczy dwojga ludzi,
zrodził się w niej cień wątpliwości. Przypomniała sobie, że kiedy
poprzedniego ranka weszła do łazienki Alex, miała uczucie, że coś jest
nie tak. Znajdowanie zwłok nie jest oczywiście rzeczą normalną, ale było
w tym jeszcze coś dziwnego. Czyjaś obecność, jakiś cień. Tylko tak
mogłaby to ująć. Nadal wierzyła, że coś popchnęło Alexandrę Wijkner do
popełnienia samobójstwa, ale uparcie powtarzane stwierdzenia Carlgrenów
poruszyły w niej inną strunę.
Uderzyło ją podobieństwo dorosłej Alex do matki. Birgit Carlgren była
drobnej, szczupłej budowy, miała takie same, jasne włosy jak córka,
chociaż w odróżnieniu od bujnej grzywy Alex włosy Birgit były szykownie
i krótko obcięte na pazia. Była ubrana całkiem na czarno, ale mimo
żałoby wydawała się świadoma wrażenia, jakie wywiera dzięki kontrastowi
między jasnym a ciemnym. Wykonywała drobne gesty świadczące o próżności.
Ręka gładząca ostrożnie włosy, poprawienie nieskazitelnego kołnierzyka.
Erika przypomniała sobie, jakim skarbem dla ośmioletnich dziewczynek
bawiących się w przebieranki była jej szafa. A kasetka na biżuterię była
istnym rajem albo czymś bardzo bliskim raju.
Mąż prezentował się bardzo zwyczajnie. Nie był bynajmniej brzydkim
mężczyzną, chociaż nie przyciągał uwagi. Miał podłużną, wyżłobioną przez
zmarszczki twarz, a nasada włosów przesunęła się prawie na czubek głowy.
Karl-Erik również był ubrany na czarno, ale w odróżnieniu od żony
wydawał się przez to jeszcze mniej zauważalny. Erika pomyślała, że pora
się pożeg-nać. Zaczęła się zastanawiać, po co właściwie przyszła.
Podniosła się, Carlgrenowie również. Birgit spojrzała na męża
wyczekująco, nakłaniając go wzrokiem, aby coś powiedział. Prawdopodobnie
umówili się jeszcze przed przyjściem Eriki.
- Bardzo byśmy chcieli, abyś napisała wspomnienie o Alex. I dała do
naszej lokalnej gazety, "Bohuslänin-gen". O jej życiu, marzeniach... - i o jej śmierci. Taki snop światła na jej osobę i dokonania. Bardzo nam na
tym zależy.
- A nie woleliby państwo "Göteborgs Posten"? Prze-cież mieszkała w Göteborgu, prawda? Zresztą tak samo jak państwo.
- Fjällbacka zawsze była i będzie naszym domem. Tak samo czuła Alex.
Może zacznij od rozmowy z jej mężem, Henrikiem. Już go pytaliśmy i zgodził się. Oczywiście pokryjemy wszelkie wydatki.
Tym samym uznali widać, że to koniec dyskusji. Erika, która nawet nie
zdążyła powiedzieć, czy przyjmuje zlecenie, znalazła się na schodkach
przed domem, trzymając w ręku kartkę z numerem telefonu Henrika
Wijknera. Za jej plecami zatrzasnęły się drzwi. Właściwie nie miała
ochoty podejmować się tego zadania, ale zakiełkowała w niej pewna myśl.
Zaraz ją odrzuciła, poczuła nawet wyrzuty sumienia, że mogła ją powziąć,
ale myśl była uparta i nie chciała jej opuścić. Był to pomysł na
książkę, którego tak długo szukała. A teraz się właśnie pojawił.
Opowieść o drodze człowieka ku przeznaczeniu. O tym, co doprowadziło do
samobójstwa młodą, piękną kobietę, która pozornie osiągnęła w życiu
wszystko. Nie wymieniłaby rzecz jasna imienia Alex, ale byłaby to
opowieść o tym, czego zdoła się dowiedzieć o jej drodze ku śmierci.
Napisała do tej pory cztery książki. Wszystkie były biografiami
wybitnych szwedzkich pisarek. Nie odważyła się dotąd tworzyć własnych
opowieści, chociaż wiedziała, że nosi je w sobie, że tylko czekają, by
je przelała na papier. Może teraz odnajdzie w sobie rytm i inspirację,
na które tak czekała. Dawna znajomość z Alex tylko jej w tym pomoże.
Sam pomysł budził niesmak, co było prawdziwie ludzkim odruchem, ale
także entuzjazm, co było odruchem pisarki.
Malował na płótnie grube czerwone pasy. Pracował od świtu i po raz
pierwszy od kilku godzin cofnął się, by popatrzyć na swoje dzieło. Dla
nienawykłego oka przedstawiało po prostu duże plamy - czerwone,
pomarańczowe i żółte - rozrzucone nieregularnie po dużym płótnie. Dla
niego były to upokorzenie i rezygnacja przedstawione w barwach
symbolizujących namiętność.
Zawsze używał tych samych kolorów. Przeszłość krzyczała do niego z obrazu, szydziła, a on malował dalej z coraz większym zapamiętaniem.
Po kolejnej godzinie doszedł do wniosku, że zasłużył na pierwsze piwo.
Chwycił stojącą najbliżej puszkę, nie zważając na to, że poprzedniego
wieczoru kilkakrotnie strząsnął do niej popiół z papierosa. Popiół
przylepił mu się do warg, ale nadal pił chciwie zwietrzały napój.
Wylizał ostatnie krople i rzucił puszkę na podłogę.
Miał na sobie tylko kalesony, z przodu pożółkłe od piwa albo moczu.
Trudno powiedzieć. Prawdopodobnie od jednego i drugiego. Tłuste kosmyki
włosów sięgały ramion, pierś miał bladą i zapadniętą. Anders Nilsson był
ruiną człowieka, ale stojący na sztalugach obraz świadczył o talencie,
który pozostawał w ostrym kontraście ze stanem upadku autora.
Nilsson opadł na podłogę i oparł się o ścianę naprzeciw obrazu. Obok
stało nieotworzone piwo. Pociągnął za uchwyt, rozkoszując się dźwiękiem
otwieranej puszki. Obraz przypominał mu to, co przez większą część życia
starał się zapomnieć. Po jaką cholerę chciała teraz wszystko zniszczyć?
Nie mogła tego zostawić, ot tak? Samolubna kurwa, myślała tylko o sobie.
Chłodna, niewinna, księżniczka pieprzona. Już on dobrze wie, co w niej
naprawdę siedzi. Przecież są z tej samej gliny. Ukształtowały ich i przyspawały do siebie lata wzajemnej udręki. A ona myśli, że sama może
to zmienić.
- Psiakrew! - wrzasnął i rzucił w obraz na wpół opróżnioną puszką.
Zirytował się jeszcze bardziej, bo płótno zachybotało się na sztalugach,
ale nie ucierpiało. Puszka spadła na podłogę. Piwo rozprysło się na
obrazie, spływając po nim razem z farbami, a czerwień, oranż i żółć
mieszały się ze sobą w nowe odcienie. Przyglądał się temu z satysfakcją.
Nie zdążył jeszcze wytrzeźwieć po wczorajszym dwudziestoczterogodzinnym
piciu i mimo wieloletniego doświadczenia poczuł działanie alkoholu.
Osunął się w znajome opary starych wymiocin.
Miała własny klucz od mieszkania. Dokładnie wytarła buty, chociaż
wiedziała, że to bez sensu, bo na dworze i tak było czyściej niż w środku. Odstawiła torby z zakupami i starannie powiesiła płaszcz na
wieszaku. Nie musiała wołać. Pewnie jak zwykle jest nieprzytomny.
Kuchnia znajdowała się na lewo. Panował w niej ten sam co zawsze
bałagan. Brudne naczynia z kilku tygodni piętrzyły się w zlewie, na
stole, krzesłach, nawet na podłodze. Wszędzie walały się pety, puszki po
piwie i puste butelki.
Otworzyła lodówkę, by wstawić kupione jedzenie. W samą porę. Była
zupełnie pusta. Zapełniła ją i przystanęła, by zebrać siły.
Mieszkanie składało się z tylko jednego pokoju, pokój dzienny był
jednocześnie sypialnią. Zadbała o wstawienie paru mebli, ale niewiele
tego było. Najwięcej miejsca zajmowały stojące przy oknie wielkie
sztalugi. W rogu pokoju leżał wyświechtany materac. Nie stać jej było na
kupienie mu porządnego łóżka.
Z początku próbowała mu pomóc utrzymać jaki taki porządek. Ścierała,
zbierała brudne ubrania, prała, często go nawet myła. Ciągle w nadziei,
że wszystko się zmieni, zniknie samo z siebie. Tak upłynęło wiele lat. W którymś momencie zabrakło jej sił. Poprzestała na pilnowaniu, by chociaż
miał co jeść.
Chciałaby mieć więcej sił. Ciążyło jej poczucie winy, kładące się na
ramionach, na piersiach. Dawniej, kiedy na kolanach ścierała jego
wymiociny, myślała sobie, że odkupuje część winy. Teraz nie miała już
tej nadziei.
Spojrzała na niego: leżał oparty o ścianę. Śmierdzący wrak człowieka, w którym mieszka niezwykły talent. Tyle razy zastanawiała się, co by było,
gdyby tamtego dnia dokonała innego wyboru. Od dwudziestu pięciu lat
codziennie myślała o tym, że życie przybrałoby inny obrót, gdyby
zachowała się wtedy inaczej. Dwadzieścia pięć lat to szmat czasu na
takie rozmyślania.
Czasem odchodziła, zostawiając go na podłodze. Ale nie dziś. Do
mieszkania wdzierał się chłód, przez cienkie rajstopy czuła lodowatą
podłogę. Pociągnęła go za ramię zwisające bezwładnie i bez czucia wzdłuż
boku. Nie reagował. Wtedy oburącz chwyciła go za przegub i pociągnęła w kierunku materaca. Spróbowała wtoczyć go na materac i aż się wzdrygnęła,
gdy dotknęła zwiotczałego brzucha. W końcu udało jej się wciągnąć na
materac większą część jego ciała. Z braku kołdry przykryła go kurtką
przyniesioną z przedpokoju. Zasapała się i musiała usiąść. Mając tyle
lat na karku, nie poradziłaby sobie, gdyby nie silne ramiona i zaprawa,
jaką dały jej lata sprzątania. Martwiła się, co będzie, gdy zabraknie
jej sił.
W czułym geście odgarnęła mu palcem z twarzy tłus-ty kosmyk. Ani jej,
ani jemu życie nie ułożyło się tak, jak sobie kiedyś wyobrażała, ale
zadba, żeby przynajmniej nie stracić tego, co im jeszcze zostało.
Na ulicy ludzie odwracali od nich wzrok, ale nie na tyle szybko, by nie
zdążyła zobaczyć współczucia na twarzach. Anders był znany wśród
miejscowych alkoholików. Czasem szedł pijany przez osadę, powłócząc
nogami i wykrzykując obelgi pod adresem wszystkich napotkanych osób.
Spotykał się z odrazą, tak jak ona spotykała się ze współczuciem. A powinno być odwrotnie: to ona zasługiwała na odrazę, a Anders na
współczucie. Jego życie zostało ukształtowane przez jej słabość. Już
nigdy nie będzie słaba.
Siedziała tak kilka godzin, głaszcząc go po głowie. Od czasu do czasu z głębi swej nieprzytomności wykonywał jakiś ruch, a wtedy uspokajał go
jej dotyk. Za oknem życie toczyło się zwykłym torem. W tym pokoju czas
stanął w miejscu.
Nastał poniedziałek, z dodatnią temperaturą i chmurami ciężkimi od
deszczu. Erika prowadziła ostrożnie, ale jeszcze zwolniła, w obawie
przed poślizgiem. Prowadzenie auta nie było jej mocną stroną, ale wolała
jechać sama samochodem niż zatłoczonym autobusem albo pociągiem.
Skręciwszy na autostradę, gdzie nawierzchnia była lepsza, odważyła się
przyśpieszyć. Umówiła się z Henrikiem Wijknerem na dwunastą, ale dzięki
temu, że wcześnie wyjechała z Fjällbacki, miała sporo czasu na dojazd do
Göteborga.
Po raz pierwszy od owego dnia, gdy zobaczyła Alex w lodowatej łazience,
pomyślała o swojej rozmowie z Anną. Nadal nie potrafiła sobie wyobrazić,
że Anna mogłaby doprowadzić do sprzedaży domu. Przecież to dom rodzinny,
rodzice byliby zrozpaczeni, gdyby wiedzieli. Ale z Lucasem wszystko jest
możliwe. Erika musiała liczyć się z tym, że dom zostanie sprzedany, bo
doskonale wiedziała, że Lucas jest człowiekiem całkowicie pozbawionym
skrupułów. Zachowywał się coraz gorzej, ale tym razem przeszedł samego
siebie.
Erika pomyślała, że zanim zacznie na serio martwić się o los rodzinnego
domu, musi poznać swoją sytuację prawną. Nie zamierza się bać Lucasa ani
jego pomysłów. A teraz skupi się na rozmowie z mężem Alex.
Przez telefon Henrik Wijkner wydał jej się sympatyczny. Został
uprzedzony, zgodził się, by przyjechała wypytać go o Alexandrę, skoro
gazetowy nekrolog jest dla jej rodziców taki ważny.
Erika była ciekawa domu Alex, choć z pewną niechęcią myślała o spotkaniu
z kolejną osobą pogrążoną w żałobie. Rozmowa z rodzicami Alex była wręcz
rozdzierająca. Jako pisarka Erika wolałaby mieć większy dystans do
realiów, badać je z pewnej perspektywy, a przy okazji stworzyć sobie
obraz dorosłej Alex.
Erika i Alex były absolutnie nierozłączne od pierwszego dnia szkoły.
Erika była bardzo dumna, że wybrała właśnie Alex, która jak magnes
przyciągała ludzi. Wszystkie dzieci chciały bawić się z Alex, a ona nie
zdawała sobie sprawy ze swojej popularności i zachowywała się z pewną
rezerwą, świadczącą o pewności siebie. Dopiero później Erika zrozumiała,
że była to cecha niezwykła u dziecka. Mimo tej rezerwy Alex nie była
nieśmiała, wręcz przeciwnie - była otwarta i ufna. To ona wybrała Erikę,
która sama nie odważyłaby się zbliżyć do Alex. Dziewczynki były
nierozłączne aż do roku poprzedzającego przeprowadzkę, gdy Alex
ostatecznie zniknęła z życia Eriki. Przedtem jednak Alex coraz bardziej
unikała kontaktów, a Erika spędzała coraz więcej czasu w swoim pokoju,
opłakując utraconą przyjaźń. Pewnego dnia poszła do domu Alex i zadzwoniła do drzwi, ale nikt nie otworzył. Od tamtej pory minęło
dwadzieścia pięć lat, a Erika nadal dokładnie pamiętała, jak bardzo ją
zabolało, że Alex nie uprzedziła jej o wyprowadzce i nawet się nie
pożegnała. Erika nie rozumiała, co się stało, ale - jak to dziecko -
całą winę wzięła na siebie i pomyślała, że pewnie znudziła się Alex.
Erika obawiała się, że zabłądzi, przejeżdżając przez Göteborg w kierunku
Särö. Wprawdzie dobrze znała miasto, w którym studiowała cztery lata,
ale w tamtych czasach nie miała samochodu i jako kierowca czuła się jak
w zupełnie obcym miejscu. Byłoby jej łatwiej trafić, gdyby jechała
rowerem. Niewprawnemu kierowcy Göte-borg z jednokierunkowymi ulicami,
ruchliwymi rondami i dzwoniącymi zewsząd tramwajami jawił się jako istny
koszmar. W dodatku wydawało się, że wszystkie drogi prowadzą na
Hisingen. Jeśli wybierze zły zjazd z autostrady, nieodwołalnie wyląduje
właśnie tam.
Okazało się jednak, że Henrik dobrze opisał trasę, bo już przy pierwszej
próbie trafiła na właściwy zjazd. Tym razem udało jej się ominąć
Hisingen.
Dom Wijknerów przeszedł jej oczekiwania. Była to ogromna willa z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, z widokiem na morze i niewielką altaną na ciepłe, letnie wieczory. Ogród, teraz ukryty pod
grubą pokrywą śniegu, był doskonale urządzony i jedynie z powodu
wielkości wymagał opieki ogrodnika.
Erika podjechała wierzbową aleją do wysokiej żelaznej bramy, a stamtąd
na wysypany żwirem placyk przed domem.
Kamienne schodki wiodły do masywnych dębowych drzwi. Nie było dzwonka,
musiała użyć potężnej kołatki. Drzwi otworzyły się od razu. Spodziewała
się pokojówki w wykrochmalonym fartuszku i czepku, ale przyjął ją
mężczyzna, zapewne - jak się domyśliła - Henrik Wijk-ner. Był wręcz
bezczelnie przystojny. Erika pomyślała z ulgą, że przed wyjazdem z domu
zadbała o wygląd.
Weszła do ogromnego przedpokoju, który na pewno był większy od całego
jej sztokholmskiego mieszkania.
- Erika Falck.
- Henrik Wijkner. Wydaje mi się, że poznaliśmy się zeszłego lata. W kafejce przy Ingrid Bergmans torg.
- W kawiarni na pomoście. Zgadza się. Lato wydaje się teraz bardzo
odległe. Zwłaszcza przy dzisiejszej pogodzie.
Henrik wymamrotał coś uprzejmie w odpowiedzi. Pomógł jej zdjąć kurtkę,
potem wskazał sąsiadujący z przedpokojem salon. Erika usiadła ostrożnie
na sofie, o której ze względu na nieznajomość rzeczy umiałaby powiedzieć
tylko tyle, że to zapewne cenny antyk. Na pytanie, czy napije się kawy,
odpowiedziała twierdząco. Henrik zajął się przygotowaniem kawy, a Erika
przyglądała mu się ukradkiem. Wymieniali kolejne uwagi o pogodzie.
Oceniła, że nie wygląda na szczególnie przybitego, choć zdawała sobie
sprawę, że to nic nie znaczy, bo ludzie bardzo różnie przeżywają żałobę.
Henrik był ubrany w luźny strój: wyprasowane sportowe spodnie i niebieską koszulę od Ralpha Laurena. Miał ciemne, prawie czarne włosy,
elegancko ostrzyżone i uczesane, ale nie przylizane. Ciemnobrązowe oczy
nadawały mu wygląd południowca. Poddawała się sile przyciągania tego
mężczyzny, który wyglądał jak z żurnala, choć wolała mężczyzn o żywszej
aparycji. Henrik i Alex musieli tworzyć uderzająco piękną parę.
- Przepiękny dom.
- Dziękuję. Jestem czwartym pokoleniem Wijknerów w tym domu. Wybudował
go na początku dwudziestego wieku mój pradziadek i od tej pory jest on w posiadaniu mojej rodziny. Gdyby te ściany mogły mówić...
Zatoczył ręką koło i uśmiechnął się do Eriki.
- To wspaniałe, kiedy człowiek żyje wśród pamiątek opowiadających o historii rodziny.
- I tak, i nie. To również odpowiedzialność. Spuścizna ojców i tak
dalej...
Zaśmiał się lekko, ale chyba niespecjalnie mu ciążyła ta
odpowiedzialność. Erika czuła się w tym eleganckim pokoju nieswojo.
Próbowała usadowić się wygodnie na pięknej, ale twardej sofie. W końcu
usiadła na samym brzegu, ostrożnie pijąc kawę podaną w filiżankach do
mokki. Aż ją rwało w małym palcu: musiała powściąg-nąć ten nieelegancki
odruch, bo wyglądałaby groteskowo. Przez chwilę zmagała się ze sobą na
widok talerza z ciastem. W końcu uległa i nałożyła sobie spory kawałek.
Na oko z dziesięć czerwonych punktów.
- Alex uwielbiała ten dom.
Erika zastanawiała się, jak przejść do przyczyny swoich odwiedzin, i ulżyło jej, że Henrik sam wspomniał o Alex.
- Jak długo mieszkaliście tu razem?
- Tyle, ile trwało nasze małżeństwo - piętnaście lat. Poznaliśmy się w Paryżu podczas studiów. Ona studiowała historię sztuki, a ja starałem
się opanować zasady rządzące gospodarką, przynajmniej w takim stopniu,
by umieć jako tako pokierować rodzinnym koncernem.
Erika wątpiła, aby Henrik Wijkner cokolwiek robił jako tako.
- Zaraz po ślubie wróciliśmy do Szwecji i zamieszkaliśmy w tym domu. Moi
rodzice już nie żyli. Podczas mojego pobytu za granicą dom trochę
podupadł, ale Alex wzięła się do remontu. Wszystko miało być doskonałe.
Każdy detal w tym domu, tapety, meble i dywany to albo oryginały,
znajdujące się tu od początku i odrestaurowane, albo przedmioty kupione
przez Alex. Chodziła po antykwariatach - nawet nie zliczę ilu - szukając
dokładnie tego, co znajdowało się w tym domu, gdy mieszkał tu mój
pradziadek. Opierała się na całym mnóstwie zdjęć. Rezultat jest
fantastyczny. A jednocześnie harowała, przygotowując otwarcie własnej
galerii. Nadal nie rozumiem, jak sobie z tym wszystkim radziła.
- Jaka była?
Henrik pozwolił sobie na dłuższą chwilę zastano-wienia.
- Była piękną, spokojną perfekcjonistką. Kto jej nie znał, mógłby ją
uważać za osobę zarozumiałą, ale wynikało to stąd, że nie zaprzyjaźniała
się zbyt łatwo. O Alex trzeba było powalczyć.
Erika doskonale rozumiała, co miał na myśli. Alex zachowywała rezerwę, a jednocześnie miała taką siłę przyciągania, że już w dzieciństwie mówili
o niej, że jest zarozumiała. Najczęściej mówiły to te same dziewczynki,
które później biły się, żeby koło niej siedzieć.
- Co pan ma na myśli?
Erika chciała usłyszeć, jak Henrik to rozumie.
Henrik spojrzał w okno. Pod jego ujmującą powierzchownością Erika po raz
pierwszy dostrzegła ślad uczucia.
- Alex chodziła własnymi drogami i nie zważała na innych. Nie dlatego,
że była złym człowiekiem. Robiła to z konieczności. Dla mojej żony
najważniejsze było, żeby nie zostać zranioną. Wszystko inne, wszelkie
inne uczucia były na drugim planie. Problem w tym, że jeśli ze strachu
przed wrogiem otoczysz się murem obronnym, ten mur nie przepuści również
przyjaciół.
Umilkł. Spojrzał na Erikę.
- Mówiła mi o pani.
Erika nie potrafiła ukryć zdziwienia. Zważywszy na zakończenie tej
przyjaźni, zawsze sądziła, że Alex odwróciła się od niej, i już nigdy o niej nie pomyślała.
- Zapamiętałem zwłaszcza jedną rzecz, a mianowicie, że była pani jej
ostatnią prawdziwą przyjaciółką. "Ostatnia czysta przyjaźń". Dokładnie
tak powiedziała. Pomyślałem, że to szczególne sformułowanie, ale nie
wspomniała o tym więcej, więc zrozumiałem, że mam nie pytać. Dlatego
opowiadam pani o Alex to, o czym nigdy z nikim nie rozmawiałem. Coś mi
mówi, że choć minęło tyle lat, zajmowała pani w jej sercu wyjątkowe
miejsce.
- Kochał ją pan?
- Najbardziej na świecie. Alexandra była moim całym życiem. Cokolwiek
robiłem czy mówiłem, robiłem i mówiłem z myślą o niej. To prawdziwa
ironia losu, że ona w ogóle tego nie widziała. Gdyby mnie do siebie
dopuściła, żyłaby nadal. Miała przed nosem odpowiedź, ale nie odważyła
się jej szukać. W mojej żonie tchórzostwo i odwaga mieszały się w przedziwny sposób.
- Carlgrenowie nie wierzą, że popełniła samobójstwo.
- Wiem. Są przekonani, że również ja w to nie wierzę, ale prawdę mówiąc,
sam nie wiem, co o tym myśleć. Przeżyliśmy razem piętnaście lat, ale
nigdy jej do końca nie poznałem.
Mówił sucho, rzeczowo. Takim tonem mógłby równie dobrze rozprawiać o pogodzie, ale Erika rozumiała, że jej pierwsze wrażenie było całkowicie
fałszywe. Żałoba Henrika była prawdziwie głęboka, choć się z nią nie
obnosił jak Carlgrenowie. Po tym, co sama przeszła ostatnio, zrozumiała,
że była to nie tylko żałoba po stracie żony, ale również żal, że na
zawsze utracił szansę, by ona pokochała go tak, jak on kochał ją. Erika
znała aż za dobrze to uczucie.
- Czego się bała?
- Zadawałem sobie to pytanie tysiące razy. Naprawdę nie wiem. Kiedy
próbowałem z nią o tym rozmawiać, natychmiast zamykała się w sobie i nie
mogłem do niej dotrzeć. Jakby dźwigała jakąś tajemnicę, którą nie mogła
się z nikim podzielić. Dziwne, prawda? Nie wiem, co to za tajemnica,
dlatego nie potrafię również powiedzieć, czy byłaby w stanie odebrać
sobie życie.
- A jakie miała stosunki z rodzicami i z siostrą?
- Właśnie się zastanawiam, jak je opisać.
Długo myślał nad odpowiedzią.
- Napięte. Miało się wrażenie, jakby wszyscy chodzili wokół siebie na
palcach. Jedyną osobą, która mówiła, co myśli, była młodsza siostra
Julia, ale ona w ogóle jest inna. Zawsze miałem uczucie, jakby pod tym,
o czym mówiło się głośno, skrywała się całkiem inna rozmowa. Nie wiem,
jak to wytłumaczyć. Jakby mówili szyfrem i zapomnieli podać mi klucz.
- Co pan ma na myśli, mówiąc, że Julia jest inna?
- Jak pani wie, Birgit urodziła ją późno. Była dobrze po czterdziestce i nie była to planowana ciąża. Julia była takim kukułczym jajem. Poza tym
chyba niełatwo było jej mieć taką siostrę jak Alex. Julia nie była
ładnym dzieckiem, jako dorosła też nie jest specjalnie urodziwa. A wie
pani, jak wyglądała Alex. Birgit i Karl-Erik byli skupieni na Alex, o Julii jakby nie chcieli pamiętać. Zamknęła się w sobie. Ale ja ją lubię.
Skrywa coś pod tą naburmuszoną powierzchnią. Mam nadzieję, że komuś
będzie się chciało do niej dotrzeć.
- A jak zareagowała na śmierć Alex? Jak wyglądały ich wzajemne stosunki?
- O to musi pani zapytać Birgit albo Karla-Erika. Nie widziałem Julii od
pół roku. Studiuje pedagogikę w Ume? i niechętnie stamtąd wyjeżdża. W tym roku nie przyjechała nawet na Boże Narodzenie. Jeśli chodzi o jej
stosunek do Alex, to Julia uwielbiała siostrę. Alex już chodziła do
szkoły z internatem, kiedy Julia się urodziła, i nie bywała w domu zbyt
często, ale gdy przyjeżdżaliśmy, Julia chodziła za nią krok w krok jak
mały piesek. Alex pozwalała na to, ale nie zwracała na nią większej
uwagi. Czasem się złościła i burczała, ale zazwyczaj po prostu ją
ignorowała.
Erika czuła, że rozmowa zmierza ku końcowi. Kiedy milczeli, uderzała ją
cisza panująca w domu, który mimo przepychu musiał się teraz Henrikowi
wydawać pusty.
Erika wstała i wyciągnęła rękę. Chwycił ją oburącz, przytrzymał przez
chwilę, potem wypuścił i poszedł przodem do drzwi.
- Pomyślałam, że pojadę do galerii rozejrzeć się trochę - powiedziała
Erika.
- Dobry pomysł. Alex była z niej bardzo dumna. Zbudowała ten interes od
podstaw, razem z koleżanką ze studiów w Paryżu, Francine Bijoux. Teraz
nosi nazwisko Sandberg. Kiedyś spotykaliśmy się prywatnie, potem
rzadziej, odkąd urodziły im się dzieci. Francine na pewno jest w galerii. Zadzwonię i uprzedzę ją, z pew-nością zgodzi się opowiedzieć
pani o Alex.
Henrik przytrzymał drzwi, Erika podziękowała jeszcze raz, odwróciła się
i poszła do samochodu.
Erika wysiadła z auta i w tym samym momencie niebo otworzyło się nad jej
głową. Galeria znajdowała się przy Chalmersgatan, równoległej do Avenyn,
głównego deptaka, ale po półgodzinnym krążeniu po okolicy Erika dała za
wygraną i zaparkowała w dzielnicy Heden. Nie było stamtąd specjalnie
daleko, ale przy takiej ulewie wydawało się, że to co najmniej dziesięć
kilometrów. W dodatku parkowanie kosztowało dwanaście koron za godzinę,
co zdecydowanie popsuło jej humor. Oczywiście nie wzięła ze sobą
parasolki i wiedziała, że zaraz będzie miała na głowie szopę
poskręcanych włosów.
Szybko przeszła przez Avenyn, w ostatniej chwili uskoczyła przed
czwórką, która przejechała z hukiem po szynach w kierunku Mölndal.
Minęła klub studencki Valand, gdzie spędziła niejeden pamiętny wieczór,
po czym skręciła w lewo na Chalmersgatan.
Galeria Abstrakt z wielkimi oknami wystawowymi znajdowała się po lewej
stronie. Erika weszła, zadzwonił dzwonek. Lokal był znacznie większy,
niż się wydawało z zewnątrz. Białe ściany, podłogi i sufity sprawiały,
że całą uwagę przyciągały rozwieszone obrazy.
W drugim końcu lokalu zobaczyła kobietę, która bez wątpienia była
Francuzką, bo wprost promieniowała elegancją. Rozmawiała właśnie z klientem o jakimś obrazie, żywo gestykulując.
- Zaraz przyjdę, tymczasem proszę się rozejrzeć.
Mówiła z czarującym akcentem.
Erika poszła za jej radą i z rękoma splecionymi na plecach zaczęła się
przechadzać po galerii, przyglądając się wystawionym dziełom sztuki.
Zgodnie z sugestią zawartą w nazwie galerii były to obrazy abstrakcyjne,
przedstawiające sześciany, kwadraty, koła i inne kształty. Erika
przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy, próbując zobaczyć, co w nich widzą
znawcy, a co jej zdecydowanie umykało. Nic z tego, nadal same sześciany
i kwadraty, które równie dobrze mógłby namalować pięciolatek. Było to
poza jej zasięgiem, trzeba się z tym pogodzić.
Stała właśnie przed olbrzymim płótnem z nieregularnymi plamami żółci na
czerwonym tle, gdy od tyłu, stukając obcasami, podeszła Francine.
- Cudowny, prawda?
- Tak, rzeczywiście, ładny. Ale szczerze mówiąc, świat sztuki jest mi
dosyć obcy. Podobają mi się słoneczniki van Gogha i na tym mniej więcej
kończy się moja wiedza o malarstwie.
Francine uśmiechnęła się.
- Erika, prawda? Właśnie dzwonił Henri. Powiedział, że jest pani w drodze.
Wyciągnęła szczupłą dłoń. Erika szybko wytarła rękę, nadal mokrą od
deszczu, zanim chwyciła dłoń Francine.
Stojąca przed nią kobieta była niewysoka, szczupła i tak elegancka, jak
potrafią tylko Francuzki. Mierząca metr siedemdziesiąt pięć Erika czuła
się przy niej jak olbrzymka.
Francine miała kruczoczarne włosy, gładko zaczesane z czoła i zebrane w kok na karku. Ubrana była w obcisły czarny kostium. Zapewne włożyła
czerń ze względu na śmierć koleżanki, bo wyglądała raczej na kobietę,
która nosi zdecydowane, jaskrawe kolory - czerwień, może żółć. Miała
lekki, perfekcyjny makijaż, który jednak nie zdołał ukryć
zaczerwienienia wokół oczu. Erika miała nadzieję, zapewne daremną, że
tusz nie spłynął jej z rzęs wraz z deszczem.
- Może sobie przysiądziemy przy kawie. Dziś jest tu bardzo spokojnie.
Przejdźmy na tył galerii.
Francine poszła przodem, prowadząc Erikę do pokoiku wyposażonego w lodówkę, mikrofalówkę i ekspres do kawy. Przy malutkim stoliku mieściły
się tylko dwa krzesła. Erika usiadła, a Francine podała jej filiżankę
gorącej kawy. Żołądek Eriki zaczynał się buntować przeciw kolejnej
porcji kawy - u Henrika wypiła parę filiżanek. Wiedziała jednak z doświadczenia, po niezliczonych wywiadach przeprowadzanych podczas
zbierania materiałów do książek, że z jakiegoś powodu ludziom lepiej
rozmawia się przy filiżance kawy.
- Z tego, co powiedział Henri, wywnioskowałam, że rodzice Alex prosili
panią o napisanie o niej wspomnieniowego artykułu.
- Tak, ale zważywszy na to, że w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat
widywałam Alex tylko przelotnie, chciałabym dowiedzieć się od pani, jaka
była.
- Jest pani dziennikarką?
- Nie, pisarką. Autorką biografii. Ten artykuł piszę tylko na prośbę
rodziców Alex. W dodatku znalazłam jej ciało, no, prawie. Mam takie
dziwne uczucie, że powinnam napisać, aby stworzyć sobie inny obraz,
żywej Alex. Dziwi to panią?
- Nie, wcale nie. To wspaniałe, że pani robi sobie tyle kłopotu dla
rodziców Alex - i dla Alex.
Francine pochyliła się nad stołem i położyła wypie-lęgnowaną dłoń na
ręce Eriki.
Erika poczuła, że na policzki wypływa jej rumieniec. Starała się nie
myśleć o konspekcie książki, nad którym pracowała przez większą część
poprzedniego dnia. Francine mówiła dalej:
- Henri prosił mnie, abym bardzo szczerze odpowiedziała na pani pytania.
Mówiła po szwedzku doskonale. Gardłowe "r" dźwięczało miękko. Erika
zwróciła uwagę, że mówiła o Henriku z francuska Henri.
- Poznałyście się z Alex w Paryżu?
- Tak, studiowałyśmy historię sztuki. Polubiłyśmy się od pierwszego
dnia. Wyglądała na zagubioną, a ja też czułam się zagubiona, ale, jak
mówią, reszta to już historia.
- Jak długo się znałyście?
- Niech policzę... Henri i Alex jesienią obchodzili piętnastą rocznicę
ślubu, czyli... siedemnaście lat. A przez piętnaście prowadziłyśmy razem
tę galerię.
Francine umilkła i ku wielkiemu zdziwieniu Eriki zapaliła papierosa. Z jakiegoś powodu nie wyobrażała sobie, żeby Francine mogła palić. Ręka
drżała jej lekko. Zaciągnęła się mocno, nie odrywając oczu od Eriki.
- Nie zastanowiło pani, co się z nią stało? Musiała przeleżeć co
najmniej tydzień, zanim ją znaleźliśmy.
Że też nie przyszło jej do głowy zapytać o to Henrika.
- Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale nie, nie zdziwiło. Alex... - Francine
zawahała się - Alex zawsze robiła, co chciała. Bywało to uciążliwe, ale
z czasem się przyzwyczaiłam. Często znikała, a potem pojawiała się jak
gdyby nigdy nic. Zresztą wszystko to rekompensowała, zastępując mnie
podczas moich urlopów macierzyńskich. Wie pani, teraz też mam uczucie,
jakby zaraz miała znów stanąć w drzwiach. Ale tym razem tak nie będzie.
Jej oczy napełniły się łzami.
- Nie będzie - Erika wpatrywała się w swoją filiżankę, dając Francine
czas na dyskretne wytarcie oczu. - A jak na zniknięcia Alex reagował
Henrik?
- Poznała go pani. Według niego nic, co robiła Alex, nie mogło być złe.
Ostatnich piętnaście lat poświęcił na uwielbianie jej. Biedny Henri.
- Dlaczego biedny?
- Bo Alex go nie kochała. Wcześniej czy później musiałby zdać sobie z tego sprawę.
Zgasiła papierosa i zaraz zapaliła następnego.
- Po tylu latach na pewno znałyście się na wylot.
- Nie wydaje mi się, aby ktokolwiek naprawdę znał Alex. Ale pewnie
znałam ją lepiej niż Henri. Nie chciał się pozbyć różowych okularów.
- Henrik sugerował mi w rozmowie, że przez wszystkie lata małżeństwa
czuł, jakby Alex coś przed nim ukrywała. Czy to prawda? Może pani wie, o co chodzi?
- To jak na niego niezwykle przenikliwe spostrzeżenie. Chyba go nie
doceniłam. - Francine zmarszczyła pięknie zarysowaną brew. - Na pierwsze
pytanie odpowiadam: tak, ja również czułam, że coś ją gniecie. Na drugie
pytanie odpowiedź brzmi: niestety nie wiem, nie mam bladego pojęcia, o co chodzi. Mimo długoletniej przyjaźni czasem dochodziłyśmy do miejsca,
w którym Alex dawała znać, że to już granica i dalej nie wolno.
Akceptowałam to, Henri - nie. Złamałoby go to, wcześniej czy później.
Zresztą wiem, że raczej wcześniej.
- Dlaczego?
Francine zawahała się.
- Ciało Alex zostanie poddane sekcji zwłok, prawda?
Pytanie zaskoczyło Erikę.
- Tak, zawsze to robią w przypadku samobójstwa. Dlaczego pani pyta?
- Bo w takim razie to, co pani teraz powiem, i tak wyjdzie na jaw.
Przynajmniej będzie mi lżej na sumieniu.
Starannie zdusiła papierosa. Erika czekała w napięciu, wstrzymując
oddech, a Francine nieśpiesznie zapaliła trzeciego papierosa. Nie miała
na palcach przebarwień charakterystycznych dla nałogowego palacza, Erika
przypuszczała więc, że Francine zazwyczaj nie pali jednego papierosa za
drugim.
- Pewnie wie pani, że od ponad pół roku Alex bywała we Fjällbace
znacznie częściej niż dotąd?
- O tak, w małych miejscowościach poczta pantoflowa działa znakomicie. Z plotek wynikało, że przyjeżdża prawie co weekend. Sama.
Francine znów się zawahała. Erika miała ochotę nią potrząsnąć, żeby
wreszcie wydusiła z siebie to, co trzymała w zanadrzu.
- Kogoś tam poznała. Mężczyznę. Nie był to jej pierwszy romans, ale
miałam wrażenie, że tym razem to co innego. Po raz pierwszy, odkąd się
poznałyśmy, odnosiłam wrażenie, że osiągnęła spokój. Poza tym wiem, że
nie mogła popełnić samobójstwa. Na pewno ją ktoś zamordował, co do tego
nie mam najmniejszych wątpliwości.
- Skąd ta pewność? Nawet Henrik nie umiał odpowiedzieć, czy Alex mogłaby
odebrać sobie życie.
- Bo spodziewała się dziecka.
- Henrik o tym wie?
- Nie wiem. W każdym razie to nie jego dziecko. Oni od wielu lat nie
żyli ze sobą. A przedtem Alex nie chciała z nim mieć dzieci, chociaż
Henrik ją błagał. Ojcem dziecka musiał być ten nowy mężczyzna -
ktokolwiek nim jest.
- Nie mówiła, kto to?
- Nie. Jak się pewnie pani domyśla, nie była skłonna do zwierzeń.
Przyznam, że bardzo się zdziwiłam, kiedy mi powiedziała o dziecku. To
jeden z powodów, dla których jestem pewna, że nie odebrała sobie życia.
Ona po prostu kipiała szczęściem, nie mogła o tym nie mówić. Już kochała
to dziecko, nie zrobiłaby mu krzywdy, a już na pewno nie pozbawiłaby go
życia. Pierwszy raz widziałam Alex cieszącą się życiem. Chybabym ją
bardzo polubiła. - Głos Francine przepełniał smutek. - Wie pani, mam
również wrażenie, że Alex zamierzała w jakiś sposób rozprawić się z przeszłością. Nie wiem, z czym ani jak, ale takie wrażenie odniosłam na
podstawie różnych luźnych uwag.
Drzwi do galerii otworzyły się. Słychać było, jak ktoś tupie na
wycieraczce, żeby pozbyć się z butów śniegu. Francine wstała.
- Pewnie klient. Muszę się nim zająć. Mam nadzieję, że pomogłam pani
choć trochę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki