Saga klonowego liścia. Warszawska garsoniera - Anna Stryjewska

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (26,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Cza­rno-biały te­le­wi­zor, usta­wiony we wnęce be­żo­wej, po­kry­tej for­ni­rem me­blo­ścianki, za­czął na­gle śnie­żyć. Nada­wana była wła­śnie trans­mi­sja z mszy w Wa­ty­ka­nie in­au­gu­ru­ją­cej pon­ty­fi­kat no­wego pa­pieża. Sześć dni wcze­śniej, szes­na­stego paź­dzier­nika ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tego ósmego roku na kon­klawe zwo­ła­nym po śmierci Jana Pawła I, na no­wego króla Sto­licy Apo­stol­skiej zo­stał wy­brany me­tro­po­lita kra­kow­ski Ka­rol Woj­tyła. Ha­be­mus pa­pam - pa­dło o go­dzi­nie osiem­na­stej osiem­na­ście, a o dzie­więt­na­stej dwa­dzie­ścia zgro­ma­dzo­nemu na placu, wy­cze­ku­ją­cemu przed ba­zy­liką tłu­mowi uka­zał się Po­lak, który przy­jął imię Jan Pa­weł II. Zdu­miony tym wy­bo­rem świat na mo­ment wstrzy­mał od­dech, a na­ród pol­ski ogar­nęła nie­zwy­kła eu­fo­ria, wy­mie­szana z dumą i wzru­sze­niem.

- Tylko nie te­raz! - syk­nęła zde­ner­wo­wana Ste­fa­nia, na co to­wa­rzy­szący jej szczu­pły, wy­soki męż­czy­zna z gę­stymi pa­smami si­wi­zny na skro­niach pod­niósł się z wer­salki i za­czął ob­ra­cać po­krę­tłami od­bior­nika.

- Jest już do­brze, od­słoń, Fe­lek! Za­czyna się!

Wszy­scy w po­koju za­marli, z nie­do­wie­rza­niem wpa­tru­jąc się w ekran te­le­wi­zora.

- Nie lę­kaj­cie się! Otwórz­cie na oścież drzwi Chry­stu­sowi - wzy­wał Jan Pa­weł II w ho­mi­lii, wzno­sząc do góry ręce, ema­nu­jąc ja­kimś nie­ogra­ni­czo­nym do­brem i cie­płem.

- Ni­gdy nie my­śla­łam, że do­cze­kam ta­kiej chwili... - szep­nęła Stro­iń­ska, za­le­wa­jąc się łzami wzru­sze­nia. - To coś, czego się nie da opi­sać... - jęk­nęła ła­mią­cym się gło­sem, jed­no­cze­śnie wy­jęła z kie­szeni swe­tra ma­te­ria­łową chu­s­teczkę i prze­tarła nią mo­kre po­liczki.

- Hi­sto­ryczna wręcz - do­dał An­tek, który z czu­ło­ścią i aten­cją ob­jął matkę ra­mie­niem. - Ko­mu­ni­ści mają te­raz nie lada pro­blem... - sark­nął z sa­tys­fak­cją.

Miał już ukoń­czone dwa­dzie­ścia trzy lata, wy­rósł na nie­zwy­kle przy­stoj­nego męż­czy­znę, w do­datku nie­po­zba­wio­nego uroku i sprytu. Po matce odzie­dzi­czył urodę, czarne bujne włosy, oliw­kową cerę i ładną twarz o ła­god­nym, uj­mu­ją­cym spoj­rze­niu. Po ojcu wzrost, szar­manc­kość i pew­ność sie­bie. Zdą­żył już nie tylko ukoń­czyć tech­ni­kum ga­stro­no­miczne, ale rów­nież od­być dwa lata za­sad­ni­czej służby w jed­no­stce woj­sko­wej w Prza­sny­szu.

- To prawda - mruk­nął Fe­liks, wpa­tru­jąc się, oszo­ło­miony, w szklane okienko, na któ­rym raz po raz uka­zy­wały się czarno-białe pasy za­kłó­ca­jące od­biór trans­mi­sji. Nikt z ze­bra­nych w po­miesz­cze­niu nie zwra­cał już na ten de­tal uwagi, ich my­śli go­rącz­kowo bie­gły na plac Świę­tego Pio­tra w Wa­ty­ka­nie, po­mię­dzy wie­kowe mury ba­zy­liki, w sam śro­dek mo­dlą­cego się, stło­czo­nego tłumu.

Fe­liks Stro­iń­ski od kilku mi­nut był nie tylko spo­cony z wra­że­nia, ale miał ciarki na ple­cach. Wi­dok ro­daka na tro­nie Sto­licy Apo­stol­skiej wy­dał mu się czymś nie­zwy­kłym i do­nio­słym, nie­malże nie­re­al­nym. Uczu­cie nie­przy­zwo­itej ra­do­ści, a wręcz upo­je­nia ko­ły­sało nim to w prawo, to w lewo, zu­peł­nie jakby wy­pił co naj­mniej pół li­tra wódki. Zresztą... miał te­raz ochotę się na­pić. Dziś ko­lejny raz uwie­rzył, że cuda się zda­rzają. Czuł się w ten spo­sób w swoim ży­ciu dwa razy: pierw­szy raz, gdy po śmierci Sta­lina ogło­sili amne­stię, i drugi - tego wie­czora, kiedy przy­szła do niego Stef­cia i oznaj­miła, że od­cho­dzi od męża.

Po­dobno ta­kie chwile zda­rzają się tylko wy­brań­com losu - usły­szał kie­dyś. A je­śli tak, to zna­czy, że on się do nich za­li­cza. Trudno było w to uwie­rzyć, zwa­żyw­szy na to, czego mu­siał do­świad­czyć. Głód, cho­roby, skrajne wy­zię­bie­nie i praca po­nad siły... A jed­nak. Prze­żył.

Te­raz sie­działa obok niego ko­bieta jego ży­cia, jej syn, córka, mama i wspól­nie prze­ży­wali tę nie­sa­mo­witą chwilę.

- Ema­nuje z niego taki spo­kój... - za­uwa­żyła star­sza pani Rudzka, która o wy­bo­rze pa­pieża Po­laka do­wie­działa się pierw­sza z ra­dia. Sie­działa te­raz na bu­ja­nym fo­telu, z za­rzu­coną na ra­mio­nach weł­nianą chustką. Prze­bie­rała w pal­cach pa­ciorki ró­żańca. Miesz­kała ze Ste­fa­nią od wielu lat, po­ma­ga­jąc córce w wy­cho­wa­niu dzieci, uczest­ni­cząc w ich do­ra­sta­niu, doj­rze­wa­niu i zwią­za­nych z tym okre­sem cza­sach bun­tów, pierw­szych fa­scy­na­cji i wielu roz­cza­ro­wań. Dużo tego było, zwłasz­cza że We­ro­nika wciąż im przy­spa­rzała kło­po­tów. Py­skata, uparta, krnąbrna i ka­pry­śna - stała się przy­czyną nie­jed­nej nie­prze­spa­nej nocy. Co in­nego wnu­sio - ten po­tra­fił się wku­pić w ła­ski wszyst­kich, od po­czątku był po­słuszny i nie spra­wiał pro­ble­mów, a jego urok nie miał so­bie rów­nych.

Ro­dzinne gniazdo na Spra­wie­dli­wej, które stwo­rzyła wspól­nie z mę­żem, po jego śmierci prze­stało być jej uko­cha­nym miej­scem. Na do­da­tek nie naj­le­piej ukła­dało jej się z sy­nem i sy­nową, któ­rzy też miesz­kali w domu Rudz­kich. Sto­su­nek do matki zmie­nili do­piero gdy uro­dziło im się dru­gie dziecko - Anielka. Wiele razy wów­czas na­ma­wiali ją na po­wrót. Cza­sem na­wet bła­gali. Miała ogrom wąt­pli­wo­ści, szar­pały nią po­czu­cie winy i od­po­wie­dzial­ność, lecz za każ­dym ra­zem mó­wiła: nie. Mu­siała przy­znać sama przed sobą, że przy­wy­kła do miesz­ka­nia z córką i jej ro­dziną. Przy­lgnęła do tego miej­sca ni­czym stary, za­su­szony strup. Czuła się w nim do­brze, zwłasz­cza że otrzy­my­wała od więk­szo­ści do­mow­ni­ków to, na co za­słu­gi­wała, czyli mi­łość, sza­cu­nek i zro­zu­mie­nie. W tym roku koń­czyła sie­dem­dzie­siąt sie­dem lat i sta­rość co­raz czę­ściej da­wała o so­bie znać. Cho­roby jedna przez drugą wła­ziły w nią jak ro­bac­two i wy­sy­sały ży­cie kro­pla po kro­pli. To w nogi, to w plecy, nie oszczę­dzały jej do­le­gli­wo­ści ga­stryczne i nie­ustanne bóle brzu­cha. Nie skar­żyła się, choć Ste­fa­nia wiele razy wy­sy­łała ją do dok­to­rów. "Co je­den to mą­drzej­szy" - kwi­to­wała zło­śli­wie, ma­cha­jąc lek­ce­wa­żąco ręką. Wciąż coś wy­my­ślali, ka­zali jej ły­kać to i tamto, ro­bić ko­lejne ba­da­nia, a ona nie miała do tego ani głowy, ani czasu.

Tym­cza­sem trans­mi­sja mszy z Wa­ty­kanu wła­śnie do­bie­gła końca, te­le­wi­zyjny spi­ker za­po­wie­dział te­le­tur­niej Wielka gra. Choć przez lata był to ich ulu­biony pro­gram, tego dnia nikt nie był nim za­in­te­re­so­wany, uwagę wszyst­kich po­chła­niały ostat­nie wy­da­rze­nia.

- Kiedy wra­casz do War­szawy, synku? - spy­tała tro­skli­wie Ste­fa­nia, sta­wia­jąc na po­kry­tym ob­ru­sem stole wazę z go­rą­cym ro­so­łem.

- Ju­tro! - od­parł An­tek, się­ga­jąc po ta­lerz z ma­ka­ro­nem. - Wzią­łem tylko dwa dni urlopu, aby po­być z wami. Tę­sk­ni­łem za tobą, ma­mu­siu, jak dia­bli!

- Och, Lo­lek, Lo­lek! - od­parła roz­anie­lona, nie mo­gąc oprzeć się od­wza­jem­nie­niu czu­ło­ści. Nie­mal w tym sa­mym mo­men­cie po­czuła na so­bie cy­niczne spoj­rze­nie córki, która zer­kała na nią spod ciem­nej grzywy, nie kry­jąc wzgar­dli­wej dez­apro­baty. "Znów ją coś ugry­zło!" - myśl lo­tem bły­ska­wicy prze­mknęła jej przez głowę. "Cie­kawe, co tym ra­zem".

- Wczo­raj by­łem u ojca! - oznaj­mił An­tek, się­ga­jąc do sa­la­terki po pla­ste­rek ki­szo­nego ogórka.

- Tak? A co u niego? - Matka, po­chy­la­jąc się głę­boko nad bla­tem, unio­sła po­krywkę, uwal­nia­jąc bo­ski aro­mat lub­czyku. Chwy­ciła łyżkę wa­zową i za­częła po ko­lei roz­le­wać wy­war.

Wzru­szył ra­mio­nami.

- To, co za­wsze... Nie ma im kto sprzą­tać, więc sie­dzą w ba­ła­ga­nie...

Stef­cia uśmiech­nęła się nie­znacz­nie. Ta wia­do­mość gdzieś w środku spra­wiła jej przy­jem­ność. Nie to, że źle ży­czyła by­łemu mę­żowi. Miał w końcu to, na co za­słu­żył. "Chciał Ba­jeczki, to ma ży­cie jak w bajce" - skon­klu­do­wała w my­ślach z doj­mu­jącą sa­tys­fak­cją.

- A ona, zmie­niła się? - cią­gnęła gnana cie­ka­wo­ścią.

- Ona jak to ona! - prych­nął lek­ce­wa­żąco. - Prze­brzmiała pięk­ność! Te­raz, kiedy się po­sta­rzała, wy­gląda wręcz ka­ry­ka­tu­ral­nie. Nie to co ty, ma­muś! - do­dał, pod­no­sząc głowę znad ta­le­rza, wy­cią­ga­jąc utłusz­czone wargi w uśmie­chu. - Przy to­bie wy­gląda jak zwy­kła słu­żąca.

An­tek wie­dział, co po­wie­dzieć, aby pod­nieść na du­chu ro­dzi­cielkę, acz­kol­wiek nie­wiele się mi­nął z prawdą. Rze­czy­wi­ście za­stał w dwu­po­ko­jo­wym, umiej­sco­wio­nym na par­te­rze miesz­ka­niu ojca ogromny, nie­wy­obra­żalny wręcz ba­ła­gan. Sam był pe­dan­tem, odzie­dzi­czył tę ce­chę nie­wąt­pli­wie po matce, więc odu­rzył go smród nie­wie­trzo­nych po­miesz­czeń, wpro­wa­dziły w osłu­pie­nie gruba war­stwa ku­rzu, po­roz­rzu­cane ubra­nia, brudne szklanki po her­ba­cie i wszę­do­byl­ska sierść ko­tów. Na­li­czył ich chyba z pięć. Le­żały na ka­na­pie, w fo­telu, na pod­ło­dze i pa­ra­pe­cie okna. Spo­glą­dały na niego nie­uf­nie, wa­chlu­jąc od nie­chce­nia ogo­nami. Nie­wia­ry­god­nie chuda Ba­jeczka, któ­rej ozdobą były nie­gdyś bujne, czarne włosy, na­wet nie wstała z ka­napy. Sie­działa ubrana w gra­na­tową su­kienkę, za­pi­naną z przodu na gu­ziki i nie od­ry­wała ręki od pa­pie­rosa, z któ­rego nie­ustan­nie strze­py­wała po­piół do po­piel­nicy. W jej upię­tej w kok fry­zu­rze sre­brzyło się mnó­stwo si­wych ni­tek. Zro­biona przez ojca kawa po tu­recku i po­sta­wione na ta­le­rzyku her­bat­niki sta­no­wiły całe przy­ję­cie przy­go­to­wane z oka­zji jego przy­jazdu. Nie czuł się w tym domu do­brze, pił kawę, czu­jąc na zę­bach dro­binki nie­za­pa­rzo­nych zia­ren i mało wy­ra­zi­sty smak. Roz­mowa też się nie kle­iła. Oj­ciec, jak wszy­scy, prze­ży­wał wy­bór Po­laka na pa­pieża, na­wią­zała się krótka dys­ku­sja, po­tem prze­szła jed­nak na inny tor. Py­tali go o pracę, po­byt w sto­licy, plany na przy­szłość.

- Nie wiem, skąd u cie­bie to za­in­te­re­so­wa­nie kuch­nią - skwi­to­wał kwa­śno Ostrow­ski, nie chwa­ląc ani nie ga­niąc wy­boru szkoły syna.

Ta­de­usz Ostrow­ski po­su­nął się w la­tach. Po­si­wiał, do­ro­bił się spo­rego brzu­cha, a jego dawny urok gdzieś się ulot­nił.

- Ja też nie wiem, tato - od­parł, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć. - Tak ja­koś samo wy­szło.

W za­sa­dzie nie py­tali go o nic wię­cej, na­wet o sio­strę, która cztery lata wcze­śniej do­stała się do tech­ni­kum kra­wiec­kiego. W pierw­szym roku miała ogromne pro­blemy z na­uką, dla­tego mu­siała go po­wta­rzać. Ta lek­cja ży­cia, bę­dąca upo­ko­rze­niem dla dziew­czyny i wsty­dli­wym te­ma­tem dla ca­łej ro­dziny, przy­nio­sła nie­spo­dzie­wane re­zul­taty, po­nie­waż We­ro­nika wresz­cie wzięła się w garść i za­sko­czyła wszyst­kich po­zy­tyw­nymi wy­ni­kami.

Wi­zyta nie trwała długo, z ulgą po­że­gnał się i opu­ścił miesz­ka­nie.

Te­raz An­toni pa­trzył na matkę z po­dzi­wem. W jego oczach wciąż była piękna i miała nie­zwy­kłą klasę. W zie­lo­nej su­kience w drobne kwia­tuszki z bia­łym koł­nie­rzy­kiem pod­kre­śla­ją­cym ko­lo­ryt skóry wy­glą­dała świeżo i ko­bieco. Włosy nieco ścięła, za­krę­cała je czę­sto na grube wałki, dzięki czemu wiły się wo­kół jej ład­nej twa­rzy gru­bymi, błysz­czą­cymi pa­smami. Wy­glą­dała młodo, mimo że prze­kro­czyła już ma­giczną pięć­dzie­siątkę. Jej twarz na­dal była gładka, po­zba­wiona zmarsz­czek, a w oczach wciąż tań­czyły we­sołe ogniki. Ko­chał ją ca­łym ser­cem i po­dzi­wiał. Za to wszystko, kim była, co zro­biła dla nich, za jej du­cho­wość i do­broć.

***

Kilka go­dzin póź­niej, w pół­mroku sy­pialni, gdy już po­ło­żyli się oboje, wy­czer­pani emo­cjami dnia, Ste­fa­nia roz­my­ślała, przy­tu­lona do ple­ców Felka. Gła­skała jed­no­cze­śnie męża po ra­mie­niu, wsłu­chi­wała się w jego rów­no­mierny od­dech, dzię­ku­jąc Bogu za to bło­go­sła­wień­stwo, któ­rego dane jej było do­świad­czyć. Wró­ciła pa­mię­cią do dnia sprzed lat, kiedy zo­sta­wiła uko­cha­nego w parku, roz­trzę­siona wpa­dła do domu i za­mknęła się na dłu­gie go­dziny w po­koju. Nie mo­gła po­ha­mo­wać pła­czu ani żalu o to, że los tak bar­dzo z nich za­drwił. Nie re­ago­wała na pu­ka­nia, wo­ła­nia, prośby. A kiedy już wy­pła­kała wszyst­kie łzy, po­czuła się ja­kaś uzdro­wiona i spo­kojna. Mi­jały dni, ty­go­dnie, mie­siące, a ona żyła da­lej. Naj­pierw uczest­ni­czyła w wyj­ściu Re­naty z wię­zie­nia, po­ma­gała jej dojść do rów­no­wagi po tym, co prze­szła, bę­dąc co­dzien­nie prze­słu­chi­waną, tor­tu­ro­waną, zmu­szaną do pod­pi­sa­nia fał­szy­wych ze­znań. Jak się oka­zało, ła­pówka nie­wiele po­mo­gła, do­piero śmierć Zbyszka, a wła­ści­wie jego roz­strze­la­nie przez es­be­cję, do­pro­wa­dziło przy­ja­ciółkę do uwol­nie­nia. Za­miast niej pękł ktoś inny. Ktoś, kto pod­pi­sał wszystko ze stra­chu przed bó­lem i utratą god­no­ści. W tej sy­tu­acji jej ze­zna­nia oka­zały się zbędne.

Re­nata już ni­gdy nie po­wró­ciła do stanu sprzed aresz­to­wa­nia, po­zo­stała za­mknięta w so­bie, apa­tyczna, po­zba­wiona ra­do­ści. Za­miast al­ko­holu za­częła pić mocne her­baty, szpi­ko­wała się też ta­blet­kami prze­ciw­bó­lo­wymi, któ­rych zde­cy­do­wa­nie nad­uży­wała. Wró­ciła do SPA­TiF-u, ale jej stan zdro­wia w krót­kim cza­sie znacz­nie się po­gor­szył. Dia­gnoza zwa­liła wszyst­kich z nóg. Zło­śliwy no­wo­twór piersi z prze­rzu­tami na wę­zły chłonne i ko­ści. W nie­dłu­gim cza­sie schu­dła, a pod­dana naj­pierw ma­stek­to­mii, na­stęp­nie che­mii, stra­ciła nie tylko wszyst­kie włosy, ale rów­nież po­czu­cie ko­bie­co­ści. Bar­dzo to prze­żyła, choć Stefka za­ku­piła jej mnó­stwo pięk­nych chu­s­tek i wspa­niałą pe­rukę z dłu­gimi blond lo­kami. Wy­cho­dziły ra­zem na spa­cery, cie­szyły się słoń­cem, tęt­nią­cym wo­kół ży­ciem.

- Jaki ten świat jest piękny! - po­wta­rzała raz za ra­zem ze łzami w oczach.

Kie­dyś Ta­de­usz za­brał je na prze­jażdżkę za mia­sto. Urzą­dzili so­bie pik­nik w le­sie nad je­zio­rem, na­wet roz­sta­wili na­miot. Woda plu­skała le­ni­wie, wiatr mu­skał za­ro­śla, owady, bzy­cząc, krą­żyły nad gło­wami. Mąż usi­ło­wał zło­wić rybę. Za­opa­trzony w wędkę, skła­dane krze­sło i wia­dro, wy­szedł na po­most, ale poza kil­koma płot­kami nic nie zła­pał. Śmiały się z jego nie­udol­no­ści, on z sie­bie rów­nież. Zre­zy­gno­wany, za­pa­ko­wał sprzęt do sa­mo­chodu i po­szedł się ką­pać. Do­łą­czyły do niego. Ostrow­ska za­ło­żyła swój nowy ko­stium, pre­zen­tu­jąc w nim bujne ko­biece kształty, a Rena swój. Do­piero wtedy z prze­ra­że­niem do­strze­gła chu­dość ko­le­żanki - wy­sta­jące ko­ści ra­mion, bio­der i że­bra. Miej­sce po jed­nej piersi za­ma­sko­wała wy­pchaną mi­seczką sta­nika. Stefa uda­wała, że tego nie wi­dzi, kom­ple­men­to­wała przy­ja­ciółkę, za­chwy­ca­jąc się jej wklę­słym brzu­chem i nie­na­tu­ralną rzeźbą ple­ców. Re­nata przyj­mo­wała po­chwały z uśmie­chem na twa­rzy, spra­wia­jąc wra­że­nie po­go­dzo­nej z lo­sem. Woda zmę­czyła je, dla­tego po ką­pieli i po­siłku zło­żo­nym z su­chego pro­wiantu roz­ło­żyli się wszy­scy na ko­cach i za­snęli. Wie­czo­rem roz­pa­lili ogni­sko, pie­kli na nim kieł­ba­ski, pili wino, roz­ma­wiali, śpie­wali. Wspa­niały to był czas. Rena czę­sto wra­cała wspo­mnie­niami do tych chwil, na­wet wtedy, kiedy le­żała już na szpi­tal­nym łóżku wy­cień­czona cho­robą. Ste­fa­nia jeź­dziła do niej co­dzien­nie, prze­ku­py­wała pie­lę­gniarki ła­ko­ciami, aby mo­gła wejść choć na chwilę i przy­trzy­mać za rękę, po­krze­pić. Przy­ja­ciółka umarła po dwóch mie­sią­cach, zo­sta­wia­jąc po so­bie ból, pustkę i smu­tek. Miesz­ka­nie prze­jęła ro­dzina, która za­jęła się po­grze­bem. Zor­ga­ni­zo­wała też skromny po­że­gnalny po­czę­stu­nek, na który Ste­fa­nia nie zo­stała za­pro­szona. Mało kto z nich wie­dział o łą­czą­cych je bli­skich, sio­strza­nych wręcz re­la­cjach, nic więc dziw­nego. Nie miała o to żalu.

Po tych tra­gicz­nych wy­da­rze­niach Stefka sku­piła się na domu i pracy. Wy­da­wało się, że wszystko za­czyna wska­ki­wać na wła­ściwe tory, kiedy pew­nego dnia, wra­ca­jąc późno z po­po­łu­dnio­wej zmiany, na­tknęła się na Felka. Wy­brała tę drogę przy­pad­kiem, tylko dla­tego, że ko­le­żanka po­pro­siła ją o po­moc przy za­nie­sie­niu za­ku­pów. Z oka­zji zbli­ża­ją­cych się uro­dzin przy­go­to­wy­wała przy­ję­cie dla ro­dziny i po wcze­śniej­szym uzgod­nie­niu z kie­row­niczką SPA­TiF-u mo­gła za­brać do domu sporo je­dze­nia, które po­zo­stało nie­wy­ko­rzy­stane w kuchni. Ostrow­ska zgo­dziła się, choć zmu­szona była nie tylko zbo­czyć z drogi, ale wró­cić do sie­bie mało uczęsz­czaną, nie­oświe­tloną uliczką. Było już późno, tro­chę się bała. Bie­gła po ko­cich łbach, sta­ra­jąc się nie wy­wo­ły­wać ha­łasu ob­ca­sami, ale na nie­wiele to się zdało. Głu­chy po­głos niósł się po wy­brzu­szo­nych ka­mie­niach i gi­nął mię­dzy sza­rymi fron­tami ob­skur­nych ka­mie­nic. Tyle się na­słu­chała o róż­nych na­pa­dach, zbrod­niach, krą­żyły opo­wie­ści o wam­pi­rze i wielu mu po­dob­nych. Po­ko­nała już więk­szość od­le­gło­ści, z ulgą uj­rzała oświe­tlony wy­lot, kiedy do­strze­gła idą­cego z prze­ciw­nej strony Stro­iń­skiego. Miał na so­bie pro­cho­wiec i ka­pe­lusz, który uchy­lił na jej wi­dok.

- Co tu­taj ro­bisz? - spy­tała, nie kry­jąc zdu­mie­nia.

- Wra­cam z fa­bryki, z po­po­łu­dnio­wej zmiany, a ty?

- Ja też, tylko ko­le­żanka pro­siła mnie, abym jej po­mo­gła za­nieść za­kupy. Zgo­dzi­łam się w dro­dze wy­jątku... Nie wie­dzia­łam, że tu­taj miesz­kasz...

- Nie tu­taj, prze­cznicę da­lej - spro­sto­wał. - Tędy po pro­stu prze­cho­dzę.

- Ach, tak... Więc już nie miesz­kasz z mamą i pa­nem Bocz­kiem?

Za­prze­czył ru­chem głowy, przy­glą­da­jąc jej się smut­nymi oczami.

- To gdzie? - wy­rwało jej się.

- Na Li­po­wej trzy­na­ście. Do­sta­łem ja­kiś czas temu przy­dział. Cia­sne, ale wła­sne - do­dał, wy­gi­na­jąc wargi na kształt uśmie­chu.

- To do­bra wia­do­mość, gra­tu­luję! - po­wie­działa ci­szej, ucie­ka­jąc wzro­kiem od jego na­tar­czy­wego spoj­rze­nia.

Mimo pół­mroku wi­działa jego błysz­czące oczy, które spra­wiły, że jej serce znów ści­snął ból.

- Miesz­kasz sam?

Ski­nął głową.

- Od­pro­wa­dzę cię do domu - za­pro­po­no­wał. - Ciemno tu­taj i nie­bez­piecz­nie - wy­tłu­ma­czył. - Nie mógł­bym cię te­raz pu­ścić sa­mej.

Zgo­dziła się. Nie­wiele ze sobą roz­ma­wiali, a pod bramą po­ca­ło­wał ją w rękę, uśmiech­nął się oszczęd­nie, tro­chę bez­rad­nie, i za­cze­kał, aż wej­dzie do środka.

Tego wie­czora zro­zu­miała, że ni­gdy nie prze­sta­nie ko­chać Felka.

Kilka ty­go­dni póź­niej prze­miesz­czała się z dziećmi tram­wa­jem do domu han­dlo­wego Cen­tral. An­tek ga­pił się w szybę i wciąż o coś py­tał, We­ro­nika go prze­drzeź­niała, co wy­wo­ły­wało w chłopcu do­dat­kową złość. Chciała im ku­pić nowe buty i kurtki. W czwar­tek były do­stawy ma­te­riału, więc li­czyła na to, że znaj­dzie dla sie­bie ka­wa­łek ład­nej tka­niny. Zaj­mo­wali dwa miej­sca przy oknie, w środku nie było wielu pa­sa­że­rów, mimo to trzy­mała có­reczkę na ko­la­nach. Po­woli zbli­żali się do Dworca Ka­li­skiego, za kilka przy­stan­ków tram­waj miał skrę­cić w lewo. W pew­nej chwili sy­nuś wy­cią­gnął ra­mię, pod­niósł pa­lec, wska­zał na coś i za­wo­łał:

- Mamo, patrz! Nasz sa­mo­chód!

Pod­nio­sła, za­sko­czona, oczy. Fak­tycz­nie, przed jed­nym z be­to­no­wych blo­ków wznie­sio­nych wzdłuż alei Włók­nia­rzy do­strze­gła zna­jome auto. Stało za­par­ko­wane nie­mal przy sa­mej ulicy, dla­tego roz­po­znała je bez trudu. Miało tę samą na­klejkę z ko­ni­czynką, którą mąż za­ma­sko­wał od­prysk la­kieru na klapce wlewu do zbior­nika pa­liwa. To nie mo­gła być po­myłka.

- Pew­nie przy­je­chał do ko­legi z pracy. - Uśmiech­nęła się czule i przy­gła­dziła chłopcu włosy. - Wspo­mi­nał coś o tym - do­dała, choć do­ro­biła tę teo­rię na wła­sny uży­tek. Coś ją tknęło, bo kiedy wcze­śniej ro­man­so­wał z Ba­jeczką, obiło jej się o uszy, gdzie mieszka ko­chanka Ta­de­usza. Wła­śnie w tych oko­li­cach. Prze­łknęła ślinę, ści­snął ją za­wód, choć prze­cież nie miała żad­nej pew­no­ści. Od tej pory była jed­nak czujna. Za­częła bar­dziej przy­glą­dać się mę­żowi, któ­remu od ja­kie­goś czasu za­częła znów ufać.

Pew­nego razu po­sta­no­wiła za­ba­wić się w de­tek­tywa. Po­je­chała w tamto miej­sce, chcąc prze­ko­nać się, czy mąż jej nie oszu­kuje. Jej przy­pusz­cze­nia wkrótce się po­twier­dziły. Zo­ba­czyła ich ra­zem wra­ca­ją­cych z pracy. Ta­dek naj­pierw za­par­ko­wał przed blo­kiem, po­tem wy­sko­czył z auta i otwo­rzył drzwi z pra­wej strony. Po­dał rękę pa­sa­żerce i po­mógł wy­siąść, na­stęp­nie wy­cią­gnęli z ba­gaż­nika torby z za­ku­pami i znik­nęli we­wnątrz klatki. Ba­jeczka ubrana była w czer­wony, ob­ci­sły ko­stium, na jedno ra­mię na­rzu­ciła czarną pe­lisę z koł­nie­rzem z lisa. Buty na wy­so­kim ob­ca­sie do­peł­niały ele­gan­cji. Wy­glą­dała w tym stroju bar­dzo ko­bieco, wręcz zja­wi­skowo, co chyba naj­bar­dziej za­bo­lało Ste­fa­nię. Pa­trzyła na tę scenę, sie­dząc na ławce odro­binę da­lej. Nie mo­gli jej za­uwa­żyć, za­sła­niał ją ogromny krzak ja­łowca. Poza tym... byli tak za­ab­sor­bo­wani sobą, że nie przy­szło im do głowy oglą­da­nie się za sie­bie. Tym ra­zem na­wet nie po­czuła gniewu, żalu, roz­cza­ro­wa­nia... do­słow­nie nic.

Zja­wiła się u Fe­liksa na­stęp­nego dnia. Bez trudu od­na­la­zła miesz­ka­nie na pierw­szym pię­trze przy Li­po­wej trzy­na­ście. Za­pu­kała, nie ma­jąc pew­no­ści, czy go tam za­sta­nie. A jed­nak był. Na jej wi­dok za­nie­mó­wił, znie­ru­cho­miał i stał tak dłuż­szy czas, tylko pa­trząc. Po­de­szła bli­żej, za­trzy­mała się o krok przed nim, po czym zdjęła płaszcz, rzu­ciw­szy go nie­dbale na pod­łogę, wy­wo­łu­jąc stłu­miony dźwięk, na który żadne z nich nie za­re­ago­wało. Zsu­nęła z nóg buty i nie spusz­cza­jąc z męż­czy­zny roz­ko­cha­nego wzroku, za­częła roz­pi­nać bluzkę. Da­lej tylko pa­trzył, więc od­su­nęła za­mek spód­nicy i po­zwo­liła, aby ta opa­dła. Po chwili stała przed nim w sa­mej halce, bie­liź­nie, pod­wiąz­kach i sty­lo­no­wych poń­czo­chach, które po­da­ro­wała jej kie­dyś Jó­zia. Wy­cią­gnęła przed sie­bie spra­gnione ręce, na co on chwy­cił je i przy­lgnął do nich war­gami. Za chwilę ich usta złą­czyły się w na­mięt­nym po­ca­łunku, ale ona pra­gnęła wię­cej, dla­tego za­częła za­chłan­nie i nie­cier­pli­wie roz­pi­nać jego ko­szulę. Ca­ło­wała jego klatkę pier­siową cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, po­tem jej dło­nie po­wę­dro­wały w dół.

- Tak długo cze­ka­łam, tak długo cze­ka­łam... - szep­tała, piesz­cząc pal­cami jego na­brzmiałą mę­skość. - Już ni­gdy wię­cej nie po­zwolę ci odejść...

- Ja to­bie też - za­wtó­ro­wał ura­do­wany, pod­ry­wa­jąc ją do góry i nio­sąc na łóżko. Tam wresz­cie skon­su­mo­wali swoją mi­łość, de­lek­to­wali się bli­sko­ścią, wy­na­gra­dza­jąc so­bie lata tę­sk­noty, cier­pie­nia i smutku.

A kiedy już le­żeli wtu­leni w sie­bie, kon­tem­plu­jąc cu­downy stan bło­go­ści, oświad­czyła zde­cy­do­wa­nie:

- Od­cho­dzę od męża.

I to jedno zda­nie wy­star­czyło, aby jej los od­mie­nił się raz na za­wsze.

Tym ra­zem nie ule­gła skom­le­niom męża, któ­remu po­dwójne ży­cie naj­wy­raź­niej od­po­wia­dało i swoją drogą słu­żyło. Upo­rząd­ko­wany dom, dzieci, od­dana żona, a na boku ko­chanka z go­rącą krwią. Taka, co może nie­jed­nemu za­wró­cić w gło­wie za­miast szam­pana. Jed­nak nie wy­star­cza­jąco do­bra, aby po­świę­cić dla niej wszystko.

Od­była się sprawa roz­wo­dowa, a po­tem Ta­dek za­brał uko­chane auto, tro­chę pie­nię­dzy, które mieli odło­żone na tak zwaną czarną go­dzinę, spa­ko­wał oso­bi­ste rze­czy, a także te, do któ­rych czuł szcze­gólny sen­ty­ment, po czym się wy­pro­wa­dził. Oczy­wi­ście do niej. Ona też zdą­żyła się roz­wieść, tak więc już nic nie stało na prze­szko­dzie, aby mo­gli miesz­kać ra­zem. Po roku wzięli ślub cy­wilny - Ba­jeczka do­pięła swego.

Ste­fa­nia z dziećmi zo­stała w domu przy Piotr­kow­skiej. Te­raz, kiedy miesz­kała z nią matka, te dwa, prze­ro­bione na trzy po­koje z kuch­nią i ła­zienką nie sta­no­wiły ta­kiego zbytku jak kie­dyś. Poza tym nie był to lo­kal wła­sno­ściowy, tylko lo­ka­tor­ski. Mu­siała przy­go­to­wać naj­bliż­szych na zmiany, zro­biła to roz­waż­nie, nie spie­sząc się. Chciała być pewna, że ni­kogo nie skrzyw­dzi, choć syn bar­dzo prze­żył roz­sta­nie ro­dzi­ców. Pew­nych rze­czy nie dało się unik­nąć, dla­tego ona chciała im oszczę­dzić nie­po­trzeb­nych prze­żyć. We wszystko wta­jem­ni­czyła mamę, która na­gle za­częła jej ki­bi­co­wać. Ma­jąc jej bło­go­sła­wień­stwo, Ste­fie ła­twiej było zre­ali­zo­wać plan wpro­wa­dze­nia Felka do ich ży­cia ro­dzin­nego. Jak się oka­zało, bar­dzo szybko skradł serca wszyst­kich. Za­ko­chani po­brali się dwa lata póź­niej, ku ucie­sze dzie­cia­ków, ra­do­ści obu mam, szczę­ściu ich obojga, które trwało nie­ustan­nie po dzień dzi­siej­szy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki