PROLOG
Biegła szeroką aleją wijącą się wśród ogrodów otaczających domy.
Spłoszyła wielką jak jej palec wskazujący ważkę, stadko wyjątkowo
wrzaskliwych ptaków taplających się w kałuży po niedawnym deszczu i rozproszyła opalizującą w słońcu chmarę much. Uskoczyła przed spoconym
panem Simmonsem, za którym niósł parasolkę milczący ciemnoskóry służący,
a potem puściła się biegiem ze Wzgórza Edwarda ku rozlewisku Stanley
Pool. Wysoko zasznurowane buty kląskały w pomarańczowoczerwonym błocie,
dopóki nie wbiegła w trawę, zmierzając do portu skrótem. Mogły w niej
pełzać żmije, a nawet zaplątać się kobra drzewna, więc nieco zwolniła,
uważniej stawiając nogi. Była już blisko nabrzeża, kiedy wkroczyła na
trakt ciągnący się przez trzysta kilometrów w dół rzeki, wokół
Wodospadów Livingstone'a aż do Matadi. Tutaj zwolniła jeszcze bardziej,
bo z naprzeciwka nadeszła grupa tragarzy przygiętych do ziemi ciężarem
kości słoniowej. Pilnował ich niewielki oddział Force Publique w czerwonych fezach pod wodzą białego sierżanta w tropikalnym kasku i z przerażającym batem chicotte z suszonej na słońcu skóry hipopotama w sękatej ręce. Zręcznie ominęła tę ludzką ciżbę, zmierzając prosto do
portu. Przystanęła na chwilę, patrząc na zacumowany przy nabrzeżu
bocznokołowiec. Kapitan dokonywał ostatniej inspekcji przed wyruszeniem
w górę rzeki, być może aż do odległych o wiele dni żeglugi Stanley
Falls. Nieco dalej, w płytkiej stojącej wodzie, brodziły flamingi i czaple, a na konarze zaduszonego przez liany i pnącza drzewa siedział
samotny pelikan. Zaraz jednak ruszyła znów, w stronę grzmiących w oddali
katarakt. Były zbyt daleko, żeby zdołała dojść tam na piechotę, ale
miała nadzieję zobaczyć chociaż początek bystrza, zaraz za rozlewiskiem,
nad którym leżało Leopoldville. Alejka zaczęła się zwężać, przechodząc w wąską dróżkę wijącą się wśród ogromnych drzew, rafii, agaw sizalowych i wysokich traw. Tatuś ostrzegał, że w tej trawie może się czaić żbik albo
nawet puma, ale Juliette dobrze wiedziała, że te drapieżniki nie
podchodzą tak blisko osady. Leopoldville było wprawdzie małym
miasteczkiem, osadą właściwie, ale zamieszkujących ją kilkudziesięciu
białych było uzbrojonych w gwintowane i ładowane odtylcowo karabiny. I z całą pewnością dawno już przepłoszyli wszystkie dzikie zwierzęta większe
od okapi - stąd aż do odległej o półtorej godziny marszu wioski
Kinszasa. A przecież w okolicy był także spory oddział Force Publique,
czyli kongijskiego wojska. Tak hałaśliwy, że zdolny wypłoszyć nawet
papugi z drzew. I jeszcze cała masa pobrzękujących łańcuchami tragarzy
ciągnących szlakiem z górnego Kongo w stronę wybrzeża i z powrotem.
Żadna puma nie zniosłaby takiego zamieszania!
Szła więc przed siebie pewnym krokiem. Grzmot coraz bliższych, odległych
ledwie o parę kilometrów katarakt narastał, niemal zagłuszając jazgot
ptaków, cykady i natrętne brzęczenie owadów. Na pustej ścieżce wzbijała
co rusz do lotu chmary barwnych motyli, klucze ważek, płoszyła ptaki tak
wielu gatunków, że wciąż jeszcze większości się nie nauczyła. Ile czasu
tu szła? Pół godziny? Nie, chyba dłużej. Nieważne. Tatuś rankiem
rozpoczął dyżur w szpitalu, więc i tak nie wykryje jej nieobecności. No,
chyba że ten złośliwy pan Simmons doniesie mu, że znowu widział córkę
zbiegającą w dół do portu. Trudno. Najwyżej. Tatuś i tak nie potrafił
się na nią gniewać dłużej niż przez chwilę i tylko stale powtarzał, że
poza Wzgórzem Edwarda wszędzie tutaj czai się na nią wielkie
niebezpieczeństwo. Myślałby kto!
W końcu, zdyszana i zarumieniona pod małym filcowym kaskiem chroniącym
przed deszczem i słońcem, Juliette dotarła do wielkich głazów. W tym
miejscu rozległy Stanley Pool na powrót zamieniał się w rzekę. I to
wartką! Woda szumiała, spiętrzając się w pierwsze fale, na których
grzbietach bieliła się piana. Miejscami tworzyły się wiry i odwoje
zdolne zatopić hipopotama. Wspaniały widok! I pomyśleć, że kiedy Kongo
dotrze stąd do Atlantyku, będzie płynąć na wysokości niższej aż o trzysta metrów! Juliette głęboko nabrała powietrza, sycąc się zapachami
dżungli, mokrej ziemi, kwiatów, traw... Uniosła głowę, wystawiając twarz
do słońca. Paliło tak mocno, że od razu zapiekły ją policzki. Jej
bledziutka skóra nigdy nie przywyknie do afrykańskiego żaru! Cały czas
pokrywały ją piegi.
- Dzień dobry, panienko! - usłyszała nagle ściszony, ale wibrujący
radością, chłopięcy głos.
Odwróciła się w stronę, skąd dobiegły wypowiedziane ciężkawą
francuszczyzną słowa, i ujrzała ciemnoskórego chłopca w jej wieku
wyłaniającego się zza wielkiego głazu.
- Dzień dobry, Kidogo! - pozdrowiła go jego miejscowym imieniem, które
wyjawił jej w sekrecie w czasie ich ostatniego spotkania.
- Czekałem na ciebie! - odpowiedział, a ona zdała sobie sprawę, że
ostatni raz tu była prawie miesiąc temu. Naprawdę czekał?
Rozdział 8
Legnica
Kwiecień 1994
Piotr Wysocki osobiście nie znał tego lokalu. Słyszał jedynie, że w Sabrinie można posłuchać disco polo, napić się wódki bez akcyzy i kupić
miękkie narkotyki. Przy czym do tych ostatnich zaliczać się miała także
produkowana w Polsce amfetamina. Jako gliniarz wolał się więc tam nie
pokazywać. A zresztą po co? Był więc zaskoczony, kiedy komisarz Antciak
wyznaczył mu tam spotkanie po pracy. A tej miał ostatnio dużo, bo z wydziału kryminalnego został przeniesiony do policyjnego magazynu, w którym musiał wciąż od nowa inwentaryzować złożone tam dowody rzeczowe.
Siedział więc cały dzień w pomieszczeniu bez naturalnego światła,
wpisując na maszynie tak niezwykle istotne dla śledztwa przedmioty, jak
pół paczki papierosów znalezione przy aresztowanym, jednorazową
zapalniczkę i dwie prezerwatywy. Ta robota wypełniała mu całe dyżury -
już się o to postarał jego nowy przełożony. Zarabiał też mniej, bo
poleciał w dół w grupie zaszeregowania, ale najgorsze, że prokurator
Braniak odwiesił śledztwo w sprawie wypadku spowodowanego przez jego
siostrę. A kto je prowadził? Oczywiście Antciak! Było więc jasne, że
tamci dwaj trzymają Piotra na celowniku. Czego mogli od niego chcieć,
poza ukaraniem za ocalenie dziewczynki? To było jasne jak słońce - odkąd
okazało się, że lekarzom jakimś cudem udało się ją utrzymać przy życiu,
prokurator czekał, co będzie, gdy mała się wybudzi ze śpiączki. Na razie
była zarejestrowana jako nn i w żaden sposób niepowiązana z Grzegorzem
de Ville i Anną Zaporewicz zastrzelonymi koło Złotoryi. Gdy jednak mała
w końcu się ocknie i zacznie zeznawać... Wysocki nie miał złudzeń, że
Braniak i Antciak każą mu wtedy naprawić to, co zepsuł. Aż ciarki go
przechodziły na tę myśl.
Pchnął drzwi i w twarz uderzyła go fala dymu papierosowego pomieszanego
ze skoczną muzyką. Było jeszcze dość wcześnie, więc na parkiecie kręciły
się tylko dwie samotne smarkule, które i tak wyglądały już na naćpane.
Napakowany bramkarz zmierzył go nieprzychylnym wzrokiem.
- Mam tu spotkanie z komisarzem - szybko powiedział Piotr, zanim tamten
ruszył się z zydelka.
Bramkarz sapnął, stęknął i pociągnął nosem.
- Idź prosto przez parkiet i wejdź do loży na lewo od stanowiska
didżeja.
Wysocki ruszył przez kakofonię dźwięków i barwnych świateł emitowanych
przez srebrną kulę kręcącą się pod sufitem. Nastolatki posłały mu pełne
tęsknoty spojrzenia w płonnej nadziei, że trafił się jeleń, który
postawi im drinka.
Loża okazała się ciemną wnęką zasłanianą przesiąkniętą nikotyną,
flauszową zasłonką. W środku stała niemiłosiernie wysiedziana sofa i niski stolik, którego blat porysowały obcasy zamawianych tutaj na
"prywatny taniec" dziewczyn. W fotelu obok siedział Antciak. Między
grubymi paluchami lewej dłoni tlił mu się papieros, prawą obejmował
szklaneczkę z bursztynowym płynem, na którego powierzchni unosiła się
samotna kostka lodu.
- Siadaj! - wychrypiał na widok Wysockiego. - Czego się napijesz?
- Może coli?
- Nie pieprz, tu colę się pija tylko w drinkach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Leopoldville, Wolne Państwo Kongo
Styczeń 1885
Arkady Rómel kiwał się na prostym krześle, patrząc na ogród otaczający
jego dom. Rosły w nim palmy i bananowce, między barwnymi kwiatami
przechadzał się nawet dziki paw kongijski. Tak naprawdę obserwował
jednak swoją trzynastoletnią Juliette, ukochaną córkę, jedyne dziecko,
wzruszająco bolesną pamiątkę po ukochanej Laurze.
Juliette. Julia...
Martwił się o nią. Kiedy dwa lata temu wsiadał w Antwerpii na pokład
parowca należącego do kompanii Elder Dempster, była jeszcze dzieckiem.
Wczepiona w jego surdut, zafascynowana i przerażona zarazem dźwiękami
żegnającej ich orkiestry, karabinami przewieszonymi przez plecy
belgijskich urzędników wyruszających razem z nimi do Afryki, widokiem
zabitych gwoździami drewnianych skrzyń, w których grzechotały naboje do
karabinów i sztucerów. Jasne, sam wtedy też się bał. Czarnego, dzikiego
kontynentu, którego mroki usiłowały rozjaśnić kaganki niesione przez
nielicznych europejskich poddanych króla Leopolda. Tajemniczych
tropikalnych chorób zabijających ponad połowę przybywających tam
białych. Pigmejów-kanibali, krokodyli, nosorożców, leopardów i tych
nielicznych pasażerów ich parowca, którzy już w Wolnym Państwie Kongo
byli, a teraz do niego wracali. Bo ci mieli zimne spojrzenia morderców...
Wtedy nie miał jednak wyboru, był spłukany, a praca dla belgijskiego
króla była jedyną, która pozwalała nie tylko uciec od wierzycieli, ale i dobrze zarobić.
Teraz, po dwóch latach pracy w szpitalu dla Europejczyków w osadzie
Leopoldville, Afryki już się tak nie bał. Owszem, okresowo dopadała go
malaria i dyzenteria, ale jakoś się trzymał. A córeczka nawet jeszcze
lepiej. Ale to właśnie o nią zaczynał się bać. W ostatnich miesiącach
dorosła, wysmuklała i nabrała kobiecych kształtów. Arkady zauważył
lepiące się do niej spojrzenia białych nadzorców tragarzy, podoficerów
Force Publique, kapitanów rzecznych parowców i wszelkich innych
awanturników pojawiających się w miasteczku. A to nie byli bezpieczni
ludzie. Rómel dobrze wiedział, do czego są zdolni wobec tubylców w interiorze. Tu, pod cienką politurą ogłady, wyczuwał w nich tę samą
zbrodniczą dzikość. I nie potrafił uciec od myśli, co by się stało,
gdyby jego Juliette wpadła w ich łapy.
Żeby choć ona jeszcze chciała go słuchać! Żeby wdała się w matkę Laurę -
słodką, cichą, oddaną, niewinną. Ale nie! Julia pod względem charakteru
przypominała raczej swoją szaloną ciotkę, Aleksandrę Zaporewicz. A starsza siostra żony zawsze Arkadego przerażała. Była zadziorna, pewna
siebie, skłonna do ryzyka. I najgorsze - nie bała się męskich ról. Ten
jej pomysł na prowadzenie kawiarni we Lwowie... Zgroza! A już zupełnie
najgorsze, że jej interes wypalił! No bo kto by pomyślał, żeby kobieta,
do tego samotna, zajmowała się takimi sprawami! A jeszcze, kiedy
opuszczał miasto i w ogóle Galicję, wszyscy plotkowali, że wzięła sobie
za kochanka Gustawa Mikolascha, syna świętej pamięci pryncypała Arkadego
Rómla! Co za tupet! Ech, gdyby Juleńka miała być taka sama... Strach nawet
pomyśleć!
Najgorsze, że z takim charakterem prędzej czy później wpakuje się w jakieś tarapaty. I jak on, zwykły felczer i aptekarz, w dodatku dość
pogardzany przez Belgów emigrant z dalekich Austro-Węgier, miałby ją z nich wyciągać?
- Tato! Tatku! - Nie zauważył, kiedy Juliette przestała łowić motyle
siatką na patyku i podeszła do jego schowanego pod palmową strzechą
krzesła.
- Mogę wyjść na spacer?
- Sama?! - Arkady poczuł znajomą gorycz żółci na języku.
- No przecież nie mam tu koleżanek! Ostatnią białą dziewczynę w swoim
wieku widziałam w Bomie! W dodatku wsiadała na pokład parowca płynącego
do Europy!
- Tylko nie odchodź daleko! - zarządził słabym głosem, bo nie potrafił
odmówić dziecku.
- Naturalnie, tatku. - Poznał po szelmowsko zmrużonych, zielonych
oczach, że ani myśli go posłuchać.
Lecz tylko ciężko westchnął.
Rozdział 2
Wilków na Dolnym Śląsku
Sierpień 1991
Anna nie potrafiła skupić uwagi na informacjach w telewizji. Mimo że na
ekranie radzieckie czołgi ostrzeliwały ciężki betonowy kloc budynku
parlamentu w Moskwie. Biały Dom płonął, w błękitne niebo wznosiły się
czarne kłęby smolistego dymu, a Borys Jelcyn - prezydent Federacji
Rosyjskiej - przemawiał, stojąc na pancerzu wojskowego transportera.
Siedzieli na sofie w swoim domu na skraju lasu, siedmioletnia Joasia
spała w łóżeczku na piętrze, a jej było tak słodko, tak dobrze w silnych
ramionach Grzegorza.
- Pocałuj mnie - powiedziała.
Jej mąż drgnął, odrywając spojrzenie od obrazów moskiewskiego puczu i spojrzał zaskoczony.
- Ale... tam u nich wojna - zauważył niezbyt odkrywczo.
- A niech się biją - westchnęła, unosząc się lekko i przywierając do
jego szerokiego torsu całym ciałem. - Tamta wojna nas nie dotyczy -
wyszeptała, kiedy nareszcie spełnił jej żądanie i ich oddechy się
połączyły.
- Masz rację - wymruczał. - To już nie nasza sprawa.
* * *
Masza Młynarska patrzyła na płonący Biały Dom z rozdartą duszą.
Milicyjne kordony zatrzymywały ludzi w dość dużej odległości od miejsca
szturmu, lecz nawet tu czuła smród dymu, a na jej twarzy osiadały szare
płatki popiołu. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów - chyba od wojny
ojczyźnianej albo i jeszcze wcześniej - płakała. Serce podpowiadało, że
powinna być tam, w środku. Ramię w ramię z przedstawicielami Państwowego
Komitetu Stanu Wyjątkowego i chłopakami z 2 Gwardyjskiej Dywizji
Tamańskiej, którzy opowiedzieli się po stronie puczystów. Rozum z kolei
krzyczał, że to bez sensu. Nie da się już powstrzymać demokratycznej
zgnilizny. Zaczadzeni ułudą zachodniego życia Rosjanie nie chcą powrotu
zsrr. Nie staną murem za Janajewem. Wszystko stracone! Nie, nie
wszystko. Nadszedł czas, żeby pomyśleć o sobie. O tym, o czym rozmawiali
rok temu z Leną Wilczyńską i Pietią Zaporewiczem. Wtedy ich plany
pokrzyżowała nagła śmierć Adama Woleckiego. Przeklęty
kontrrewolucjonista zmarł nagle na atak serca, wkrótce po powrocie ze
Szwajcarii. Wtedy myślała, że to koniec. Że została przecięta ostatnia
nitka łącząca ją z sekretnymi badaniami Sylwestra Kaliskiego. A potem
doniesiono jej, co Wolecki robił w Zurychu, i znów odzyskała nadzieję.
Stary dureń! Myślał, że jest taki sprytny. A tylko skazał na śmierć tę
swoją Zosię.
Rozdział 3
Rzeka Kongo, Wolne Państwo Kongo
Październik 1890
Popołudniowy skwar musiał ją uśpić, bo nagłe parsknięcie hipopotama na
prawej burcie aż poderwało ją na nogi. Stojący za kołem sterowym
niewysoki, ale mocno zbudowany mężczyzna z szeroką twarzą okoloną czarną
brodą skwitował to wesołym śmiechem.
- Wczoraj widziałem, jak hipopotam przewrócił łódź tubylców! - pochwalił
się. - Te zwierzęta wyglądają jak przerośnięte prosiaki, ale są
niebezpieczniejsze od krokodyli!
- Nie sądzę, żebym przegapiła taki incydent - mruknęła Juliette,
niezadowolona, że się z niej śmiano. - Prawie nie schodzę z górnego
pokładu!
Miała już skończone osiemnaście lat i czuła się dorosłą kobietą. Damą. A z damami nie wolno żartować sobie jakimś tam marynarzom. No dobrze. Ten
Joseph Conrad marynarzem nie był, w czasie ich wspólnego rejsu w górę
rzeki przyuczał się do zawodu kapitana parowca. Lecz jak dotąd na statku
dowodził ten wysoki Belg, a nie on!
Monsieur Conrad odgadł w mig jej irytację i taktownie zamilkł. Przez
dłuższą chwilę stateczek Le roi des Belges płynął więc w ciszy. O ile
mianem ciszy można określić miarowe sapanie parowego tłoka, plusk
łopatek tylnego koła napędowego i pokrzykiwania czarnych załogantów
dorzucających do kotła drew. Milcząca nie była też z całą pewnością
porastająca brzegi dżungla, od której dobiegały nieustające ptasie
trele, jakieś pohukiwania, przejmujące wrzaski małp, donośne trąbienie
słoni, a czasem stłumiony odgłos bębnów, murzyńskich tam-tamów.
Pozostali ludzie na pokładzie - biali pasażerowie, oficer Force
Publique, kilku agentów i kapitan - drzemali pod moskitierami na dolnym
pokładzie.
A ona nie mogła się napatrzeć. Deszczowy las ją zachwycał! Ponad zwartą
kopułą zieleni na wysokości trzydziestuczterdziestu metrów, co rusz
wystrzeliwały potężne drzewa giganty wznoszące się na wysokość
osiemdziesięciu metrów! To puchowce - majestatyczne, samotne, potężne.
Zwarty baldachim zieleni w połowie ich pni nie dorastał do ich koron,
ale za to tętnił ukrytym wśród liści życiem. Juliette mogła sobie tylko
wyobrazić, ile pełzało tam węży, maszerowało owadów, brzęczało much i moskitów, trzepotało tęczowymi skrzydełkami motyli.
Pod tym sufitem soczystej zieleni zwisały liany i pnącza. Omszałe,
lepkie, żarłocznie oplatały pnie drzew takich jak odkryte właśnie w tym
roku "złoto Konga", czyli kauczukowce. To z ich "łez", czyli mleczka,
wytwarza się ponoć w Europie i Ameryce najnowszy wynalazek ludzkości:
opony, dętki, uszczelki i całe mnóstwo innych przedmiotów wyrabianych z gumy. Jej jednak nie interesował przemysł ani surowce. Podziwiała
drzewa, które dla niej nie były mahoniem, balsą, hebanem czy
palisandrem, ale tętniącymi energią i życiem żołnierzami tej
niezmierzonej, niepoznanej, niepokonanej dżungli. Nawet w cieniu pod
rozległym parasolem koron kipiało życie. To tu walczyły o promyk światła
niskie bananowce, storczyki, ananasowate. Tu rosły takie dziwolągi jak
rośliny niepotrzebujące w ogóle słońca, bo pasożytujące na innych.
Przede wszystkim jednak to tutaj przechadzały się pumy, okapi,
szympansy, a czasem i słonie. Nie widziała ich jednak w tym chaotycznym
gąszczu. Wyraźnie natomiast dostrzegała całe stada krokodyli
wygrzewających się na błotnistych brzegach z otwartymi paszczami, z których - spomiędzy zębów - wydłubywały im smakowite kąski małe,
ruchliwe i bardzo odważne ptaszki. Jeszcze bliżej dokazywały hipopotamy.
Te wielkie zwierzęta z ogromną ciekawością podpływały do ich
niewielkiego parowca, czasem nawet trącając go pyskiem, od czego od
stępki aż po górny pokład przechodziło drżenie.
"Licho wie, może i faktycznie ten żartowniś widział przewrócone
czółno?", pomyślała. Choć wciąż wydawało się to mało prawdopodobne, bo
krajowcy - z nie do końca zrozumiałych dla Juliette powodów - raczej
trzymali się z dala od ich statku. Nawet wtedy, kiedy wieczorami
przybijali do brzegu, żeby narąbać drew na następny dzień, panicznie
przed nimi uciekali. Kiedyś na widok ich dymiącego komina cała wioska
porzuciła chaty, trzodę i narzędzia, w panice uciekając w busz. Aż tak
ich przerażał widok parowca?
- Dają sobie o nas znać właśnie tymi bębnami - znowu odezwał się "prawie
kapitan". - Boją się nas.
Nie spytała dlaczego. Bo raz, że nie chciała dać mu okazji do pokazania,
że wie więcej niż ona. A dwa - bo przecież miała niejasne podejrzenia.
Mało to widziała tragarzy spętanych żelaznymi łańcuchami i poganianych
chicotte? Czarni ludzie bali się przybyszów, to dla Juliette żadna
tajemnica. Tak było w pobliżu Leopoldville. Ale tu? Pomiędzy Stanley
Pool a Stanley Falls, w samym środku dziewiczego kontynentu? Czym biali
ludzie zasłużyli sobie na taki strach?
- Słyszałem, że pani ojciec ma objąć placówkę handlową prawie już nad
brzegami Lualaby - nie poddawał się pan Conrad.
Jego francuski miał dziwny akcent. Niby nic dziwnego, w końcu był
Brytyjczykiem, ale Juliette słyszała w jego słowach taki dziwny szelest,
który przywodził jej na myśl niejasne wspomnienia dzieciństwa w podlwowskim Tatarowie.
- Tak - odpowiedziała zdawkowo, bo temat nie był dla niej miły.
Nie żeby nie chciała się przenieść w głąb Afryki. Miała już po dziurki w nosie chaotycznie rozrastającego się Leopoldville! Ale tatuś wydawał się
jakiś smutny. Za nic nie chciał jednak rozmawiać o przyczynach tej
nagłej przeprowadzki.
- Słyszałem w porcie plotkę - czarnobrody prawie kapitan niełatwo się
zniechęcał - że ukarano go za zbytnie pobłażanie czarnym.
- Nie zwracam uwagi na plotki - syknęła.
- A ja i owszem! - Joseph błysnął białymi zębiskami. - Zwłaszcza gdy nie
mogę dotrzeć do faktów.
- I co jeszcze pan słyszał? - W końcu zwyciężyła w niej niezdrowa
ciekawość, bo i ona chętnie dowiedziałaby się czegoś więcej.
- Że pan Rómel stanowczo zaprotestował, kiedy skazano na wybatożenie
grupę miejscowych dzieci. Ponoć maluchy naśmiewały się z białego
urzędnika...
Zaczęło przejaśniać się jej w głowie. Faktycznie! Kilka miesięcy temu
była jakaś afera o grupę wyrostków, którzy odważyli się śmiać w obecności pana Simmonsa! A jakiś czas później z samego rana obudziły ją
rozpaczliwe piski, płacze i wrzaski niosące się po całym Wzgórzu
Edwarda. Tata jednak kategorycznie zabronił tam iść i sprawdzić, co
takiego się wydarzyło.
- Skazano je na chłostę - mruczał dalej pan Conrad, delikatnie kręcąc
kołem sterowym, żeby ominąć płyciznę obsiadłą przez grupę krokodyli i dwa bardzo rubaszne hipopotamy. - Po pięćdziesiąt razów dla każdego.
Palce Juliette mocniej zacisnęły się na relingu.
- Pięćdziesiąt uderzeń chicotte?
- W rzeczy samej.
- Przecież sto to dla większości dorosłych dawka śmiertelna!
- Nie inaczej. - Kapitan na nią nie patrzył, wpatrując się ciemnymi
oczami w rzeczną dal. - Ludzie mówili, że pani ojciec osiągnął tylko
tyle, że dzieciakom rozłożono karę na raty. Dwadzieścia pięć razów
jednego dnia i tyle samo nazajutrz. Cóż, dobre i to.
Długo nie odpowiadała, wpatrując się przed siebie w brązową, mulistą
rzekę, której brzegi były od siebie odległe może i o kilometr. Wielka,
potężna - jak prawie wszystko w Afryce. Wszystko, poza miłosierdziem
białych.
- Dlaczego mi pan o tym opowiada?
- Bo podziwiam takich ludzi jak pani ojciec - odparł bez chwili wahania.
- Niewielu zdobyłoby się na odwagę, wiedząc, że konsekwencją może być
albo zerwanie kontraktu, albo wysłanie do odległej faktorii w głębi
lądu.
Rozdział 4
Wilków na Dolnym Śląsku
Maj 1994
Nad rzeczką płynącą przez wrzosowisko rosła leszczyna i krzewy
czeremchy. Chciała tamtędy tylko przejść w drodze na skróty do domu.
Mostek był dalej, musiałaby do niego nadłożyć drogi - a po co? Skoro
głębokość Rudki rzadko kiedy przekraczała wysokość kolan. Zdjęła już
buty i zakasała sukienkę, gdy oszołomił ją zapach czeremchy. Słodki,
ożywczy, dominujący. Joasia przygarnęła do twarzy gałązkę pełną białych
kwiatków i mocno wciągnęła powietrze. Ach, jaka była szczęśliwa! Wkrótce
koniec szkoły, początek lata i takich wypraw z dzieciakami ze wsi jak ta
dzisiejsza będzie więcej. Ganiali cały dzień po lesie, wśród drzew
olszy, jesionów, dębów i brzóz. Jasnozielonych listków wciąż przybywało,
ale nawet w zaroślach wciąż dało się sięgnąć daleko wzrokiem, dlatego
zabawa w chowanego wymagała sprytu i zręczności. Wiosna w tym roku
przyszła późno i jeszcze nie zrobił się gąszcz - musiała się ukrywać pod
omszałymi, zwalonymi pniami świerków, wśród kiełkujących paproci i krzewinek jagód. Przy okazji z satysfakcją przekonała się, że te
ostatnie mają mnóstwo zawiązków owoców - tego lata będzie dużo jagód!
Teraz jednak dziesięcioletnia Joanna Zaporewicz de Ville wracała do
domu, bo mama i tata nie lubili, kiedy przychodziła o zmierzchu. Jakby
nie wiedzieli, że okoliczny las nie ma przed nią tajemnic! Była śmiałą,
rezolutną i pewną siebie dziewczynką - szybko wyrosła na przywódcę
klasy, słuchali się jej nawet chłopcy. No, nie wszyscy. Ale wśród
dziewczynek wodziła prym, mimo że nigdy o to nie zabiegała. Byłaby w domu wcześniej, gdyby nie odprowadziła Basi. Podeszła z koleżanką aż pod
samą zagrodę, tak blisko, że zauważyła je pani Aldona, jej matka. Aldona
namawiała nawet Joasię, żeby wstąpiła na herbatę i dopiero co wyjęte z pieca ciasto drożdżowe, ona jednak już śpieszyła się do siebie. Bo
przecież mieszkali właściwie poza wsią, za rzeczką, na skraju lasu.
Przestała więc wąchać czeremchę, znów zakasała sukienkę i ostrożnie
wkroczyła w krystaliczną, ale wciąż jeszcze lodowatą po zimie toń.
Wartki nurt Rudki połaskotał jej stopy, mięciutki piasek na dnie ugiął
pod jej ciężarem. W kilku krokach pokonała rzeczkę i wyszła na drugi
brzeg. Już została jej do pokonania tylko niewielka łąka, kiedy zamarła
w zachwycie. Pomiędzy nią a domem pasło się stadko saren. Były takie
piękne! Smukłe, czujne, zwinne. Mogłaby tak patrzeć na nie godzinami,
wciąż jeszcze niezauważona w cieniu leszczyny, lecz nagle zwierzęta
rzuciły się do ucieczki. Mknęły przez łąkę z gracją, długimi susami.
- Co je spłoszyło? - zastanowiła się na głos, rozglądając wokół.
Niczego nie zauważyła. Niebo za jej plecami płonęło pomarańczą i czerwienią zachodzącego słońca, cienie stawały się coraz dłuższe, robiło
się chłodno. Daleko na wschodzie, nad ciemniejącą ścianą drzew,
dostrzegła na niebie sierp księżyca. To druga kwadra, za kilka dni
będzie nów. Wtedy poczuła dziwny niepokój. Czy to ucieczka saren
napełniła ją lękiem? A może jakieś nieuchwytne przeczucie? Rozejrzała
się po ciemniejącej łące, ale niczego nie zauważyła. Nawet znajomego
stada dzików, które wieczorami uwielbiały podchodzić z młodymi pod ich
dom, żeby radośnie ryć w miękkiej czarnej ziemi akurat tam, gdzie Joasia
grywała czasem z tatą w badmintona. Nic. Cisza. Spokój.
A może to echo żalu i rozpaczy, jakie opadły ją na początku roku, po
nagłej śmierci babci? Zosia odeszła zimą, ale już w nowym roku, tuż po
tym, jak wróciła do tej swojej Warszawy ze świątecznej wizyty w Wilkowie. Rodzice nie chcieli o tym rozmawiać, ale z półsłówek i niedopowiedzeń Joanna wyczytała, że babcia umarła nagle, a nawet... chyba
została zamordowana. Ktoś włamał się do jej mieszkania i... Nie, stanowczo
nie chciała teraz o tym myśleć. Potrząsnęła głową, jakby chciała
wytrząsnąć z niej rodzący się na nowo żal, i energicznym krokiem ruszyła
przed siebie.
Zbliżając się do domu, zobaczyła światło w kuchennym oknie i potężną
sylwetkę tatusia. Coś mówił, gestykulował, pewnie rozmawiał z mamą.
Nagle owiała ją smuga zapachu.
- Chleb! Mama upiekła chleb! - ucieszyła się i przyspieszyła kroku.
* * *
Maria Wasylewna Młynarska, mimo swoich sześćdziesięciu ośmiu lat, czuła
się znów jak młoda dziewczyna - ta, która pod Stalingradem strzelała
Germańców jednego po drugim. Leżała teraz na skraju lasu, za obalonym
pniem potężnego świerka, z lunetą przystawioną do oka. Śledziła małą,
dziesięcioletnią dziewczynkę zmierzającą w podskokach do domu, który był
celem jej grupy. Rozstawieni byli już do ataku, czekali tylko, aż
zapadnie głęboka ciemność. Księżyc był w drugiej kwadrze, niebo niestety
bezchmurne, ale zabudowania stały na szczęście dosyć daleko od wsi. Na
prawo od niej, już na wrzosowisku, zajęła pozycję Lena. Była dość
nieporadna, właśnie przed chwilą spłoszyła stadko saren - ale na
szczęście nikt nie zwrócił uwagi na to małe zamieszanie.
Po lewej, niewidoczny za budynkami gospodarstwa, czaił się Pietia. To on
miał pierwszy wtargnąć do domostwa, likwidując ewentualny opór
mieszkańców. Dla bezpieczeństwa cała ich trójka uzbrojona była w standardowe pistolety Polskiego Wojska i Milicji Obywatelskiej - P-64.
Broń dobra i skuteczna, ale głośna. Masza miała nadzieję, że nie trzeba
będzie jej użyć. Wystarczy już komplikacji. Zdobycie obu połówek starej
carskiej monety wydawało się banalnym zadaniem. Lecz od początku
piętrzyły się same problemy. Najpierw, żeby niepostrzeżenie wjechać do
Polski i bezpiecznie wykonać zadanie, musieli przygotować sobie tutaj
zaplecze. Nie było to łatwe, bo ten przeklęty kraj, za sprawą Lecha
Wałęsy, wyłamał się spod rosyjskiej kontroli. Dawni agenci potracili
swoje stanowiska albo udawali, że nie pamiętają, co kiedyś podpisali.
Nowa policja zaroiła się od nowych ludzi, którzy czuli do wschodnich
braci nieuzasadnioną niechęć i podejrzliwość. W końcu udało się jednak
zmontować akcję i dopaść Zofię Zaporewicz, kochankę zmarłego Adama
Woleckiego. Jakież było zdumienie Maszy, gdy okazało się, że ta kobieta
nie ma przy sobie kawałków monety! W dodatku za nic nie chciała
powiedzieć, gdzie je ukryła. Wolała umrzeć. Nie po to jednak emerytowana
generał Młynarska ukończyła szkolenie dla agentów wywiadu, żeby nie
odgadnąć, że ta przeklęta Polka musiała oddać swoją rodzinną pamiątkę i skarb jedynym najbliższym osobom - Annie Zaporewicz i jej mężowi,
Grzegorzowi de Ville. Tym razem zmontowanie akcji poszło szybciej, bo we
Wrocławiu gru miało swojego uśpionego agenta, prokuratora Tomasza
Braniaka, który, choć przerażony tym, czego od niego żądano, zgodził się
jednak roztoczyć na rosyjskim komandem parasol ochronny. No, zresztą
wielkiego wyboru nie miał. I oto Masza była tu. W dziczy opodal Legnicy,
którą do niedawna można było przecież uważać za radzieckie miasto w środku Polszy. Skupiona i cierpliwa, jak w czasach, gdy była
snajperką, pewna zwycięstwa, gotowa do napisania ostatniego aktu
dramatu, jakim były losy błąkających się po świecie połówek carskiej
monety.
* * *
Położenie Joasi spać okazało się łatwiejsze niż zwykle. Chyba naprawdę
nieźle się wybiegała z dzieciakami z wioski! Zjadła pajdę jeszcze
ciepłego chleba grubo posmarowaną masłem, nakrytą plastrem domowej
roboty sera wyrabianego przez sąsiadkę Aldonkę Bojak, która zawsze
obdzielała nim "naszą doktórkę" - jak nazywano Annę we wsi - do tego
niemieckie kakao z przemytu kupione na targu w Złotoryi i pasek
czekolady "z okienkiem", z tego samego źródła. I zaraz zaczęła ziewać.
Ledwo dała radę umyć zęby, ochlapać się wodą i przebrać w piżamkę
podarowaną na gwiazdkę przez świętej pamięci Zosię. Potem powlokła się
stromymi schodami do swojego pokoju na piętrze i zasnęła, zanim zdążyła
upaść na łóżko.
- Wciąż myślę o mamie. - Anna przytuliła się do Grzegorza, a on
delikatnie pogłaskał ją po głowie. - Jeszcze na święta siedziała o, na
tym krześle, opowiadając poplątane dzieje tej przepołowionej monety, a zaraz potem...
Rozpłakała się już na dobre.
- Kto mógł chcieć ją skrzywdzić? Dlaczego? I czemu policja nadal nie
złapała sprawcy?
Mąż, zamiast odpowiedzieć, wziął ją na ręce i poniósł przez kuchnię i sień do drzwi wyjściowych.
- Co ty wyprawiasz, głuptasie?
Otworzył i wyniósł ją na rześkie powietrze. Ostrożnie postawił na ziemi
i wskazał na niebo, które rozciągało się nad ich głową wysoką kopułą
przeciętą srebrzystym pasmem gwiazd dysku Drogi Mlecznej i rozjaśnione
cieniutkim sierpem księżyca.
Wokoło było cicho, grały tylko świerszcze, odległe światła wsi nie
rozpraszały mroku.
- Tajemnicę zabrała ze sobą tam. - Nieco teatralnym gestem zatoczył ręką
koło. - Kiedyś nam ją wyjawi.
Te w innych okolicznościach zbyt patetyczne słowa tej nocy ją uspokoiły.
Wiszące nad łąką gwiazdy tchnęły spokojem i pewnością siebie, wywołując
wrażenie, że cokolwiek by się tutaj na dole działo, wszystko na świecie
toczy się według dobrego, boskiego planu.
- Myślę, że coś przeczuwała - szepnęła. - Inaczej po co dawałaby nam w prezencie te połówki monety? To był jej rodzinny talizman, dziwiłam się,
że chce nam go przekazać.
Grzegorz nie odpowiedział. Ale nie dlatego, że patrzył w gwiazdy. Jego
ciało stężało, zastygło w wyczekiwaniu. Czegoś nasłuchiwał.
- Co się dzieje? - Anna poczuła ukłucie niepokoju.
- Nic, nic. Chyba. Na wszelki wypadek wracaj do domu i zamknij drzwi.
- A ty?
- Ja się rozejrzę i zaraz przyjdę. Zapukam. Jak zwykle.
Zaczęła się odwracać. Już widziała smugę światła bijącą z wnętrza domu.
Zrobiła nawet pierwszy krok, gdy nagle trawa zaszeleściła, zadudniły
kroki i całkiem blisko rozległ się stłumiony krzyk: Wpieriod!
Odwróciła się akurat w chwili, gdy jakiś cień skoczył na jej męża. Za
nim nadbiegały już dwa kolejne.
- Grzegorz! - krzyknęła, sięgając do klamki.
- Uciekaj! - sapnął, siłując się z napastnikiem.
Zawahała się. I wtedy huknął strzał. Jej mąż drgnął, zaklął, a potem...
upadł. Dopiero wtedy Anna otrzeźwiała. W jej głowie błękitnym ogniem
zapłonął napis: Joanna! Musiała ją ratować. Wpadła do sieni i już prawie
zatrzasnęła za sobą drzwi, gdy nagle - kopnięte od zewnątrz - uderzyły
ją w twarz. Odrzuciło ją aż pod schody. Na twarzy poczuła krew, ale
chciała zerwać się z podłogi i biec na piętro. Wtedy do ziemi
przygwoździł ją ciężar czyjegoś ciała. A potem nadszedł cios. Jeden,
drugi. Zrobiło się jej tak jakoś sennie, błogo... Jako lekarka wiedziała,
że to pierwszy objaw wstrząśnienia mózgu - ktoś tłukł ją po głowie kolbą
pistoletu. I wtedy, przez zachodzącą na oczy mgłę, usłyszała na schodach
kroki. Lekkie, szybkie stópki jej córeczki. Uniosła oczy i ją zobaczyła.
W piżamce od Zosi, taką małą, bezbronną, przestraszoną. Spróbowała
powiedzieć jej, że ją kocha, ale usta tylko ułożyły się w słowa, bo
gardło nie wydało głosu.
- Mów, gdzie to jest, albo zabiję tę twoją małą sukę! - Nad uchem
zagrzmiał męski głos, a Anna zdała sobie sprawę, że wcześniej wypytywał
ją o połówki carskiej monety.
Przeniosła na niego spojrzenie i zmartwiała z przerażenia. On... celował z pistoletu w jej dziecko! Chciała go błagać o litość. Nie dla siebie, dla
Joasi, ale wtedy z pokoju dobiegły słowa jakiejś starszej kobiety
mówiącej z rosyjskim akcentem:
- Znalazłam!
Oczy Anny rozszerzyły się, gdy huknął strzał. Błysnął ogień, odskoczył
zamek, wyleciała dymiąca łuska. A na schodach rozległ się łoskot
spadającego bezwładnie ciała.
- Córeczko! - nareszcie udało jej się wydobyć z siebie głos.
- Za późno! - wysyczał siedzący na niej mężczyzna. - Następna kulka dla
ciebie.
A potem zapadła ciemność.
* * *
Generał Masza była zadowolona. Gładko poszło! W dłoni ściskała obie
połówki carskiej pięciorublówki, a świadkowie zginęli. Co prawda Pietię
trochę poniosło i zamiast noża użył pistoletu. Huk strzałów mógł
zaalarmować sąsiadów, którzy wezwą policję, ale zanim przyjedzie patrol,
oni zdążą się już ulotnić. A potem śledztwo utknie w martwym punkcie -
już się o to postara prokurator Braniak.
- To przez tego wielkoluda! - tłumaczył się Piotr, kiedy zbiegali
truchtem po zboczu przez mostek do zaparkowanej w krzakach leszczyny
zwyczajnej, osobowej łady. - Silny jak niedźwiedź, omal nie skręcił mi
karku! Musiałem użyć pistoletu.
- Niczewo, niczewo - niemal dobrotliwie rozgrzeszała go Masza. - Zaraz
nas tu nie będzie, a potem...
W wątłym blasku księżycowego sierpa ujrzała kremową biel ich auta.
Niestety, zobaczyła coś jeszcze. Wszyscy troje stanęli jak wryci.
- Wiktor! - pierwsza odezwała się Lena. - A więc przyjechałeś jednak,
żeby...
Słowa zamarły jej na ustach, gdy jej wiarołomny kochanek Wiktor
Wilczyński uniósł dłoń uzbrojoną w pistolet z dokręconym tłumikiem.
"Lepiej niż ja przygotował się do akcji", przemknęło przez myśl Maszy,
gdy sama wydobywała z kieszeni broń.
Pietia był szybszy. W jego ręce niemal natychmiast pojawiło się P-64, w którym wciąż tkwiły trzy naboje. I dlatego to on zginął pierwszy. Zanim
zdążył przeładować, pistolet Wiktora wydał z siebie dwa ciche: puf, puf
i tors Piotra Aleksandrowicza Zaporewicza eksplodował karminem.
Masza widziała to kątem oka. W tym samym czasie zarepetowała broń.
Wiedziała, że nie ma czasu, postanowiła więc strzelić z biodra. Taki
strzelec jak ona trafi z każdej pozycji.
Puf, puf.
Mocne szarpnięcie za bark wytrąciło jej broń z ręki. W lewej wciąż
jednak ściskała połówki monety.
- Oddaj je! - usłyszała ciche słowa.
Z nadzieją spojrzała na Lenę. Bladź! Ona przecież też miała pistolet!
Czemu po niego nie sięga! Lena jednak stała jak wryta, patrząc na
Wiktora rozszerzonymi oczami, i w tym momencie Masza zrozumiała. To ta
głupia, zakochana w przyrodnim bracie laleczka ją zdradziła! Do czorta!
Przecież sama, jak kretynka, posłała ją do Wiktora, do Meksyku! To wtedy
musiał ją zmanipulować.
- Wiktor, co ty wyprawiasz?! - Masza niemal się uśmiechnęła, słysząc
teraz jej przestraszony głos. Naiwna!
- Ty zginiesz jako trzecia! - wysyczała do Leny. - Naprawdę uwierzyłaś,
że ten diabeł cię kocha? Co ci obiecał? Że puści nas wolno, a ciebie
zabierze do Meksyku?
- Zamknij się i oddaj monetę!
"Niedoczekanie", pomyślała. Stała akurat na mostku. Masza wzięła więc
zamach i zanim przebrzmiało kolejne puf, puf, cisnęła połówki złota w ciemną jak atrament wodę. Upadając, zauważyła jeszcze, jak Lena zrywa
się do ucieczki, a Wiktor celuje jej w plecy. Czy trafi po ciemku? Aby
się o tym przekonać, zabrakło jej już jednak czasu.
- W końcu zmądrzałaś... - To były jej ostatnie słowa.
Rozdział 5
Stanley Falls, Wolne Państwo Kongo
Listopad 1890
Ciężki, tropikalny deszcz bębnił o dach górnego pokładu, zagłuszając
nawet mlaskanie łopatek koła napędowego. Cylinder parowy sapał i wzdychał, walcząc z coraz silniejszym nurtem. Wskazywało to, że
wodospady muszą być już blisko. Lecz czy na pewno? Nie było jak
sprawdzić ani się kogo zapytać. Od kilku dni nie widzieli na rzece
żywego ducha - ani czółna, ani wioski. Nic. Za to zbliżyły się do siebie
brzegi Konga. Czasami, kiedy mijali niezliczone rzeczne wyspy, Juliette
zdawało się, że do parowca zaraz wskoczy z gałęzi jakaś małpiatka,
wpełznie wąż, przelecą ptaki. Wśród wysp prąd rzeki był niewyczuwalny i gdyby nie zwracali uwagi na położenie płonącego na niebie słońca,
mogliby zabłądzić, a nawet niechcący zawrócić. Teraz jednak wypłynęli z tego zielonego labiryntu, za to rzeka zaczęła z nimi walczyć.
- Wysiądziecie w placówce pod samymi Stanley Falls i dalej pójdziecie
pieszo, aż pokonacie wodospady i dotrzecie do rzeki Lualaba - po raz
tysięczny powtarzał pan Conrad.
Zabawna sprawa... Teraz rozmawiali częściowo po polsku - okazało się, że
on też jest z pochodzenia Polakiem. Kiedyś nazywał się Józef
Korzeniowski i, podobnie jak jej rodzina, wywodził się ze szlachty.
- To będzie piekielna przeprawa - kontynuował najwyraźniej zatroskany
losem Juliette. - Katarakty mają nie więcej niż po pięć metrów, ale
ciągną się za to przez sto kilometrów. W dżungli to oznacza wiele dni
drogi.
- Damy sobie radę! - Co do tego Juliette nie miała żadnych wątpliwości.
- Skoro całkiem niedawno udało się tę trasę pokonać sir Stanleyowi, to
czemu nie mnie?
W przeciwieństwie do większości białych, których dotychczas spotkała,
nie bała się Afryki. Szanowała ją, podziwiała, traktowała z respektem.
Ale strach? Co to, to nie!
- No cóż... być może. - Joseph nie próbował kryć sceptycyzmu. - W każdym
razie zamierzam stanowczo poprosić naczelnika placówki, do której
zmierzamy, o silną eskortę dla was. Mam nadzieję, że to człowiek
rozsądny i...
- Coś widzę! - przerwała mu, wskazując miejsce, które wyłoniło się
właśnie z zakola rzeki. - Faktoria!
Jej krzyk zwabił na pokład pozostałych pasażerów i kapitana. Wszyscy
pochylili się lekko, wytężając wzrok.
- Jakaś dziwna ta palisada otaczająca dom naczelnika... - zauważył Arkady
Rómel.
- Co on tam ma na tych sztachetach? - zastanawiał się na głos kapitan. -
Drewniane kule dla ozdoby?
Zamilkli, wypatrując. Koło napędowe na rufie równomiernie mlaskało w wodzie swoimi łopatkami. Cylinder sapał, dym unosił się w niebo.
- To nie kule... - wyszeptał w końcu Joseph Conrad. - To ludzkie głowy.
Rozdział 6
Wilków na Dolnym Śląsku
Maj 1994
Było tuż po północy, kiedy zielony polonez prokuratora Tomasza Braniaka
minął wieś Wilków i wjechał na mostek nad jakąś zapyziałą rzeczką. Z daleka widział już radiowóz patrolu prewencji, audi 80 komisarza
Antciaka z kryminalnego i jeszcze jakiegoś nieoznakowanego poloneza.
- Za dużo ich - szepnął do siebie i zmełł szybkie przekleństwo.
Doskonale znał swoje zadanie. Brzmiało ono - zatrzeć wszelkie ślady.
Właśnie dlatego na miejsce wezwał w charakterze śledczego Antciaka.
Skorumpowany glina i były esbek już dawno zostałby wywalony z policji na
zbity pysk, gdyby nie jego opieka. Komisarz umiał to docenić i nie
zadawał pytań w sprawach takich jak ta. Choć nie. Na taką minę jak ta
sprawa nigdy jeszcze nikt Braniaka nie wsadził. Zginęła cała rodzina. W dodatku zastrzeleni! A kto w dzisiejszych czasach miał dostęp do
pistoletów? Wiadomo: policja, wojsko oraz mafia. Prasa więc może rzucić
się na tę historię niczym szczerbaty na suchary! Jeśli szybko nie uda
się ukręcić jej łba, będzie za późno, żeby pozamiatać to, co
napaskudzili na jego terenie radzieccy (tfu, rosyjscy!) towarzysze.
Prokurator podjechał pod gospodarstwo, wyłączył silnik, niespiesznie
wysiadł. Cholera, kompletnie nie miał ochoty tam wchodzić! Zignorował
wyciągniętą dłoń sierżanta prewencji, który do niego podbiegł,
zasalutował służbiście i chciał się witać. Popatrzył w górę. Nie było
już gwiazd ani księżyca. Bezchmurne niebo, kiedy wyjeżdżał z Legnicy,
zasnuły chmury, z których ciurkał mu za kołnierz drobny deszcz. Brrr.
Obok ścieżki zauważył pierwsze ciało. Mężczyzna, lat ponad czterdzieści.
Ciemna karnacja.
- To sąsiadka, Aldona Bojko, usłyszała strzały i zaraz pobiegła do
sołtysa, który ma telefon - wciąż nawijał sierżancina. - Zawiadomili
komisariat w Złotoryi, czyli nas. A my od razu zatelefonowaliśmy do
dyżurnego w Legnicy! Gruba sprawa! Lekarz już w drodze, technicy też.
Przesłuchałem na szybko tę Bojko. Kobieta twierdzi, że najpierw strzały
dochodziły z chałupy tych de... de Ville. A później z bliska, jakby z tamtego mostka. Po chwili przez wieś przemknęła łada w kolorze...
- Dobrze, już dobrze - przerwał mu prokurator Braniak. - Możecie stąd
spadać.
Mundurowy aż zamrugał z wrażenia.
- Że co proszę?
- Że, kurwa, ma cię tu nie być! Ale już! Przejmuję śledztwo!
Do domu wszedł dopiero, kiedy odprowadził wzrokiem niebieskiego fiata
125 z archaicznym kogutem na dachu mknącego z powrotem do Złotoryi.
- I jak sytuacja? - powiedział chwilę później, przestępując próg domu.
- A jak ma być? - zamruczał wielki jak tur Antciak. - W sumie trzy
trupy, tak jak uprzedzałeś, szefie.
Braniak syknął, przenosząc wzrok na drugiego policjanta. Dużo młodszy od
Antciaka, niespełna trzydziestoletni, wysoki, szczupły, rzecz dziwna -
bez wąsów. Mgliście pamiętał, że facet jest aspirantem i nazywa się...
- Piotr Wysocki - przedstawił się tamten. - Zostałem wtajemniczony w sprawę przez komisarza.
Prokurator otaksował tamtego wzrokiem. Chłopak był blady, miał
rozbiegane oczy. W sumie nic dziwnego. Pod schodami, niemal w objęciach,
leżała kobieta z rozwaloną głową i dziesięcioletnie dziecko - z raną
postrzałową lewej skroni.
- Po chuj ciągnąłeś tu towarzystwo? - z tym pytaniem prokurator zwrócił
się do Antciaka.
- Chłopak jest w porządku - zamruczał tamten niskim głosem. - A gdybym
przyjechał sam, wyglądałoby to podejrzanie. Co to za ekipa śledcza?
Jednoosobowa?
- A jak się nam chłopaczyna rozpruje? - Braniak rozmawiał o Wysockim
tak, jakby był powietrzem.
- Jakby co, mam na niego haka - zarechotał komisarz. - Co, Piotruś? Jego
młodsza siostrzyczka zabiła autem staruszkę na pasach. Po pijaku! Na
razie mamy w kwitach "sprawca nieustalony", ale w każdej chwili mogę ją
wsadzić na takie sanki, że pójdzie siedzieć na dwanaście lat!
- Aha. No to w porządku. Bierzcie się do pracy.
- A co konkretnie mamy robić? - zapytał Wysocki.
- To co zwykle - znów zagulgotał śmiechem Antciak. - Wycieramy wszystko
tak, żeby nie został tu żaden odcisk palucha czy buta, który mogliby
znaleźć techniczni, a potem robimy rozwałkę pod hasłem: "bandycki napad
połączony z rabunkiem".
Antciak spojrzał na Braniaka jak wielki, ale wierny pies domagający się
pochwały, a on łaskawie skinął głową.
- To wy działajcie, a ja idę uciszyć tę Aldonę Bojko.
Wyszedł w deszcz, po chwili zamruczał silnik i zakląskały w błocie koła
odjeżdżającego służbowego poloneza.
- Uciszyć? - z niepokojem w głosie powtórzył aspirant Wysoki, kiedy obaj
z komisarzem zabrali się do wycierania mebli i podłóg.
- Nie bój nic! - Antciak zaśmiał się gardłowo. - Nie odstrzeli jej!
- To jak?
- Na początek surowym głosem uprzedzi o odpowiedzialności karnej za
składanie fałszywych zeznań. Jak wiesz, grozi za to osiem lat. Nie w kij
dmuchał! A potem zacznie ją tak szczegółowo wypytywać, że kobieta w końcu zacznie sama sobie zaprzeczać. No i gdy ją przyłapie na jakiejś
nieścisłości, uda wielkie oburzenie. Dlaczego pani kłamie?! W końcu
poradzi, żeby - jeśli nie jest czegoś absolutnie pewna - nie zeznawała
do protokołu. A czego można być pewnym, gdy jest noc, a ona tylko
widziała przez okno jakąś przemykającą ładę? Więc jutro, na oficjalnym
przesłuchaniu, powie, że nic nie pamięta. I o to właśnie chodzi, młody!
Pracowali szybko, metodycznie i już po czterdziestu minutach mogli
wybebeszyć szafy oraz szuflady, pozorując prymitywny napad.
- Jeszcze na górze! - polecił Antciak i Wysocki ruszył ku schodom.
Robił już krok nad ciałami matki i córki, gdy nagle...
- To dziecko jeszcze żyje! O, popatrz! Leciutko drży jej powieka!
Wielki komisarz podszedł energicznym krokiem.
- O kurwa! Rzeczywiście!
- Trzeba natychmiast wezwać pogotowie! Może jeszcze...
Wysocki zamilkł, kiedy na barku spoczęła mu ciężka łapa.
- Czyś ty ochujał, młody?
Aspirant patrzył na niego chwilę, poruszając ustami jak ryba wyciągnięta
z wody.
- Ona musi być martwa, kapujesz? W tym miejscu nie może być żadnych
świadków!
- No ale... ona żyje!
- A gówno prawda! - Komisarz w końcu się zdenerwował. - To trup, tylko
sam jeszcze o tym nie wie! Masz to załatwić!
- Jak?
- Normalnie! Jaki masz pistolet w kaburze?
- P-64.
- Tak się składa, że ich zastrzelono z takiej samej broni. Dalej wiesz,
co masz zrobić!
- Żartujesz?! To zabójstwo!
- Tak samo jak przejechanie po pijanemu starowinki przechodzącej przez
pasy! Balistykami się nie martw, Braniak to załatwi. No, do roboty,
skurwielu! A ja wracam do Legnicy!
Powiedziawszy to, Antciak wytoczył swoje cielsko na zewnątrz z zadziwiającą gracją. Wsiadał już do audi o wartości kilkudziesięciu
policyjnych pensji, kiedy Wysocki wyjął z kabury pistolet.
- Jeśli to zrobię, już zawsze będą mieli na mnie haka - wyszeptał,
unosząc w drżącej ręce broń i celując w praktycznie już martwą
dziewczynkę. - Lecz jeśli tego nie zrobię...
Po twarzy spłynęły mu łzy. Zacierać dowody przestępstwa to jedno, ale
zabić dziecko?
Antciak zatrzymał na chwilę samochód i opuścił szybę. Nasłuchiwał. Po
chwili z wnętrza domu dobiegł pojedynczy strzał. Komisarz w milczeniu
skinął głową, zapalił, wrzucił bieg i odjechał.
* * *
Powoli zbliżał się świt, kiedy polonez Wysockiego dojeżdżał do Kłodzka.
Zarzucając niedociążonym tyłem, wpadł między uśpione wciąż uliczki,
piszcząc łysymi oponami na dziurawym asfalcie.
Na tylnym siedzeniu leżała zawinięta w kapę dziewczynka. Nawet już
bardzo nie krwawiła. Praktycznie była martwa, nie do odratowania. Ale on
nie chciał być tym, kto dobija ciężko ranne dziecko. Oczywiście, nie
mógł jej też uratować. Z jakiegoś powodu sprawcy tej masakry musieli
pozostać nieznani i nieuchwytni - nie miał odwagi się temu
przeciwstawić. Władował więc kulę ze służbowego pistoletu w drewniane
schody, a dzieciaka zapakował do swojego auta.
- Niech sobie umrze jako nn na terenie innej jednostki - wysyczał przez
zęby, gwałtownie hamując pod małą przychodnią.
Chwilę później kopał w zamknięte drzwi z zawiniątkiem w ramionach,
dopóki zaspany dozorca mu nie otworzył.
- Znalazłem ją niedaleko, na poboczu - oznajmił krótko, wręczając
zaskoczonemu cieciowi swoją przesyłkę.
A potem od razu się odwrócił i pobiegł do przezornie zaparkowanego z dala od światła latarń poloneza.
Rozdział 7
Lualaba, Wolne Państwo Kongo
Grudzień 1890
Od wielu dni ich karawana przedzierała się przez dżunglę na południe.
Karawana... Duże słowo. Szalony naczelnik posterunku położonego tuż pod
Stanley Falls początkowo zdawał się w ogóle nie rozumieć, czego od niego
żądają. Ten belgijski oficer, jedyny biały w promieniu setek kilometrów,
żył tutaj niczym książę ciemności albo bóg zła i zniszczenia. Po wielu
miesiącach w głębokim interiorze zadanie skupu kości słoniowej i kauczuku od miejscowych wynaturzyło się w nim w tak straszny sposób, że
stał się najgorszym tyranem. Wioski, które nie nadążały z dostarczaniem
mu koszy kauczukowego mleczka albo zaopatrzenia, kazał swoim
ciemnoskórym żołnierzom Force Publique okrutnie pacyfikować. Jego ludzie
uprowadzali wszystkie kobiety i dzieci, trzymając je w ogrodzonej
zagrodzie do czasu, aż mężczyźni nie wywiążą się z nałożonej
kontrybucji. W oczekiwaniu na haracz czynił sobie z ich kobiet
nałożnice, żyjąc w swojej obwiedzionej drewnianą palisadą chacie niczym
turecki pasza z haremem. Nic dziwnego, że Afrykanie się buntowali. Na
posterunek przypuszczono kilka ataków. Tyle że kontyngent Force Publique
był uzbrojony w odtylcowe i gwintowane karabiny, miejscowi natomiast we
włócznie, strzały i co najwyżej - archaiczne muszkiety zakupione od
arabskich handlarzy niewolników ze wschodniego wybrzeża. To właśnie
głowy zrozpaczonych bezprawiem buntowników ujrzała Juliette w dniu, w którym Le roi des Belges zacumował w miejscowej przystani. Ten widok
miał prześladować ją już do końca życia...
- Wrócę do Leopoldville i rzucam tę posadę - zawyrokował Joseph Conrad.
- To miejsce jest jak samo dno piekieł!
- Albo jądro ciemności - wyszeptała Juliette.
- Płyńcie ze mną! Marsz przez las deszczowy wzdłuż katarakt to czyste
samobójstwo, a tu nie możecie zostać!
Ku zaskoczeniu własnej córki Arkady Rómel jednak odmówił. Ten dawny
subiekt w lwowskiej aptece Piotra Mikolascha, bankrut, emigrant i wreszcie felczer, nie wyobrażał sobie niedotrzymania umowy. Parowiec
odpłynął więc na północ, a oni wyruszyli w przeciwnym kierunku.
Eskortowani przez kilkunastu ciemnoskórych żołnierzy, z grupą tragarzy
zakutych w żelazo, rozpoczęli żmudną wędrówkę przez dżunglę. Na
najbliższym postoju, gdy tylko zabudowania upiornej faktorii zniknęły im
z oczu, Arkady kazał rozkuć uwięzionych. I, jak łatwo było przewidzieć,
wszyscy uciekli, gdy tylko zapadł zmrok. Później zdezerterowało jeszcze
kilku żołnierzy. Reszta została bynajmniej nie z powodu lojalności wobec
króla Leopolda, ale dlatego, że - mówiąc delikatnie - nie byli lubiani
przez tubylczą ludność. Wszyscy pochodzili aż z dalekiego Zanzibaru,
byli więc w tych stronach niemal równie obcy jak Arkady i Juliette.
Zawrócić też nie mogli, bo spotkałaby ich kara - wybrali więc żmudną
drogę na południe.
Już po tygodniu się okazało, że jedyne, czego im nie brak, to woda.
Mogli ją czerpać z katarakt, zbierać deszczówkę z codziennych,
wielogodzinnych tropikalnych ulew albo wyciskać z wiecznie przepoconych
ubrań, bo wilgotność powietrza przypominała gąbkę kąpielową. Rewolwer, z którym od czasu zejścia na ląd nie rozstawał się Arkady, kompletnie
zardzewiał już w pierwszych dniach. Juliette pocieszała się tylko, że
gdyby naprawdę zostali zaatakowani lub przeciw nim zbuntowaliby się
żołnierze, ojciec i tak nie umiałby go użyć.
Po drodze, tnąc maczetami przejście w gęstym poszyciu, zapadali na
dyzenterię, malarię i wszelkie odmiany gorączki tropikalnej. Bywały dni,
kiedy pokonywali zaledwie trzy do pięciu kilometrów. Raz, jednego z szeregowców, który został w tyle, pożarła puma. Inny, kiedy nabierał
wody z rzeki, padł ofiarą krokodyla. Wszyscy sprawiali wrażenie
kompletnie wykończonych - głodnych, chorych, pozbawionych nadziei.
Wszyscy, ale nie Juliette.
- Skąd w tobie tyle siły? - zastanawiał się czasami Rómel, kiedy
wieczorem siedzieli przy ognisku. - Twoją matkę zabrała mi pierwsza z brzegu epidemia cholery, ja do silnych też nie należę. W kogo ty się
wrodziłaś, dziewczyno?
Odpowiadała mu wtedy, że przecież też czuje się zmęczona. Że tak jak
wszyscy miewa czasem gorączkę albo wymioty. I była to prawda. Ale nie
cała. Bo te niedomagania nigdy nie pozbawiały jej całkiem sił. Zaczęli
zauważać to nawet żołnierze. Ci, którzy ledwie kilka tygodni temu
popatrywali na nią z mieszaniną zdumienia, protekcjonizmu i ledwie
skrywanej żądzy, teraz ją szanowali. Bo Juliette zawsze miała dość sił i cierpliwości, by opatrywać rannych, doglądać chorych i nie wymawiała się
od niesienia własnego plecaka.
Ich podróż przez ociekający wodą las, po którego mrocznym dnie pełzały
węże i biegały wielkie pająki ptaszniki, zdawała się nigdy nie mieć
końca. Aż pewnego dnia niespodziewanie wyszli z lasu i stanęli na
krawędzi rozległego pola manioku. W dali ujrzeli gliniane chaty kryte
liśćmi palmowymi i niewiele od nich dostojniejszy budynek misji
prezbiteriańskiego misjonarza Johna Pillpina. To był ich cel. Tutaj, w miejscu, gdzie wody rzeki Lualaby, czyli górnego Konga, płynęły leniwym
nurtem, Arkady miał za zadanie założyć nową placówkę.