PROLOG
- Zacznijcie wreszcie działać! Ogłoście alarm... Ustawcie blokady na
drogach... Roześlijcie listy gończe... - dyszała przez ściśnięte gardło. -
Nie rozumiecie, że on z każdą chwilą coraz bardziej się oddala? Z moją
Tosią!
Siedząca przed nią policjantka nerwowo poprawiła się w krześle. Jej
twarz nadal pozostawała jednak zastygła w maskę uprzejmego
zdystansowania.
- To także jego dziecko... - zaznaczyła. - Pani mąż, Bogdan Wilczyński,
nie ma ograniczonych praw rodzicielskich i w zasadzie może zabrać tę
małoletnią, gdzie chce, nawet bez powiadamiania matki...
Monika miała ochotę chwycić ją za kołnierz i mocno potrząsnąć.
Rozsadzała ją z trudem powstrzymywana panika. Nigdy jeszcze, nawet
siedząc w areszcie, nie miała takiego poczucia braku kontroli nad losem
własnego dziecka. Coś się działo. Coś bardzo złego. Miała wrażenie, że
od tragedii, od czegoś przerażająco nieodwracalnego, dzielą ją tylko
godziny, może nawet minuty. Tymczasem traciła czas, próbując skruszyć
obojętność zachowującej się jak lodowy pomnik policjantki.
- Słuchaj, ty zimna, nadęta formalistko... - syknęła, lekko się podnosząc
z siedziska.
- Radzę nieco powściągnąć emocje - wpadła jej w słowo tamta. - Rozumiem
pani zdenerwowanie, ale z prawnego punktu widzenia...
Nie dokończyła, bo drzwi pokoju otworzyły się zamaszyście i do środka
wkroczyła drobna kobieta w prostym szarym żakiecie z dość krótkimi
włosami koloru mysiego spiętymi w kitkę. Wyglądałaby dokładnie tak jak
kilka tygodni temu, kiedy podejrzewała Monikę o morderstwo doktora
Dowgiłły, gdyby nijakości jej stroju nie przełamywał jeden element -
krwistoczerwone szpilki. Te buty były jak rozcinający mrok nocy rozbłysk
ostrego światła uderzający prosto w siatkówkę.
- Prokurator Anna Musiał - przedstawiła się w przestrzeń ściszonym
głosem.
Jej wzrok prześlizgnął się po sztywno wyprostowanej policjantce, nieco
zagraconym wnętrzu służbowego pokoju, za którego oknem stłoczone
samochody pełzły ulicą Andersa, i w końcu spoczął na spiętej niczym do
skoku Monice.
- Właśnie ogłosiliśmy Child Alert - powiedziała, a w jej oczach pojawiło
się coś, co w dużym przybliżeniu można by nazwać uśmiechem. - Od tej
chwili pani córka jest najbardziej poszukiwaną osobą w Polsce. Proszę
być dobrej myśli. Znajdziemy ją.
- Ale... - Wyraz twarzy policjantki nie zmienił się, jedynie skóra
przybrała kolor pomidora.
Cień uśmiechu w oczach pani prokurator zgasł, kiedy znów przenosiła
wzrok na funkcjonariuszkę.
- Komisarz Nowak podzielił się ze mną całkiem uzasadnionym podejrzeniem,
że mąż obecnej tu pani Wilczyńskiej może funkcjonować w zorganizowanej
grupie przestępczej. A to zmienia nieco sytuację, nieprawdaż?
ROZDZIAŁ 8
Warszawa
listopad 1944 roku
- Wlazł! - dobiegło zza drzwi.
Frank nacisnął klamkę i na tyle sprężystym krokiem, na ile pozwalały mu
blizny na nogach, wkroczył do pokoju Komisji Uzupełnień.
Za biurkiem siedział wąsaty mężczyzna w rozchełstanym polskim mundurze.
Na blacie spoczywała rogatywka z "piastowskim" orłem bez korony, przez
żołnierzy nazywanym po cichu "gołębiem". Cztery gwiazdki na epoletach
wskazywały kapitana.
- Nu i kak z taboj? - zapytał polski oficer.
Frank trochę się zmieszał. Prawie nie znał rosyjskiego, a przecież był
przygotowany na rozmowę po polsku, który to język już trochę poznał.
- Charaszo - odpowiedział z wahaniem.
Kapitan z uznaniem pokiwał głową.
- Chcę wstąpić do polskiej armii sformowanej u boku Związku
Radzieckiego! - wyrecytował.
Czy został zrozumiany? Trudno powiedzieć - Rosjanin w polskim mundurze
mierzył go badawczym spojrzeniem.
- Ty Francuz?
- Tak jest!
- Skąd tutaj?
- W Paryżu aresztowało mnie gestapo. A później trafiłem do obozu
koncentracyjnego.
Szeroka twarz kapitana rozciągnęła się w uśmiechu.
- Ty jewriej!
Frank przełknął ślinę.
- Tak. Jestem Żydem. Francuskim Żydem.
Kapitan ociężale podniósł się z krzesła i podszedł do stojącej w kącie
szafy. Otworzył, zanurzył w jej czeluściach rękę, przez chwilę czegoś
tam szukał, ale zaraz wydobył ją z powrotem uzbrojoną w trzymaną w dłoni
flaszkę samogonu i dwie mocno przechodzone szklanki.
Nie mówiąc nic, nalał po brzegi, podał jedną Frankowi, a drugą od razu
wypił. De Ville pociągnął łyczek, krztusząc się i walcząc z torsjami, a w tym czasie kapitan uzupełnił swoje naczynie.
Znowu zapatrzył się na Franka. De Ville miał świadomość, jak nędznie
wygląda. Wychudzony, kulawy, twarz cała w bliznach i liszajach. Może
tamten zastanawia się, czy rekrut nadaje się na żołnierza?
- A na chuj tiebia ta gówniana polska armia? - zagadał dobrodusznie
kapitan.
Frank wybałuszył na niego oczy. Czy się przesłyszał?
Oficer, bardzo zadowolony z efektu swoich słów, potarł wielką dłonią
grubego stalinowskiego wąsa. Następnie, nie odrywając wzroku od de
Ville'a, już na spokojnie upił trzy łyczki bimbru. Cmoknął, czknął,
sięgnął do kieszeni na piersi, wydobywając paczkę chesterfieldów.
Zapalili.
- Ty nie Polak - odezwał się znów, kiedy otoczyła ich sina chmura dymu.
- Na szto tiebia iść z Polakami?
Frank wolał nie odpowiadać. Może to prowokacja? Może źle zrozumiał?
Wolał słuchać. Tymczasem kapitan mówił dalej swoim dziwacznym
polsko-rosyjskim.
- Nam trzeba takich jak ty. Ostrzelanych, ale piśmiennych. Bez państwa.
- Nam?
- Ty słyszał o Narodnym Kommisariatie Wnutriennych Dieł? Znaczy NKWD?
Frank de Ville nie słyszał.
- No to wkrótce dowiesz się, co to za ptica! - zarechotał kapitan. - Bo
właśnie zostałeś jednym z nas. Sowieckim czekistą! Napijmy się!
ROZDZIAŁ 9
Okolice Budapesztu
marzec 1945 roku
Jakoś nie mógł polubić smaku papierosów, a przecież jeszcze w grudniu
ubiegłego roku, podczas ofensywy w Ardenach, skończył szesnaście lat!
Peter po cichu tęsknił do czasów, kiedy jego 12 Dywizja Pancerna
"Hitlerjugend" dopiero się szkoliła i w ramach przydziałów dla żołnierzy
zamiast fajek otrzymywali słodycze. W życiu by się do tego przed
kolegami nie przyznał, ale teraz wolałby ssać tabliczkę czekolady,
zamiast wdychać gryzący dym pozbawionych filtra papierosów Juno.
- Stuma Zaporevitz, kurwa mać! Co ty? Śpisz? - Z letargu wyrwał go
podniesiony szept dowódcy ich małego oddziału, uschy Wittemberga. -
Iwany jadą prosto na nas, człowieku!
Rzeczywiście, musiał się zdrzemnąć wtulony w błotnisty brzeg okopu, bo
nagle odkrył, że papieros parzy go w wargę, a oparty o ramię panzerfaust
zsunął się w kałużę. Cholerne błoto! Najpierw, w pierwszych dniach
Operacji Frühlingserwachen, zasypał ich śnieg, który teraz topniał,
zamieniając podbudapeszteńskie łąki w bagniska, w których tonęły ich
ciężkie pantery i tygrysy. Frühlingserwachen - wiosenne przebudzenie. Co
za idiota wymyślił tę nazwę? Może sam Adolf Hitler?
Od razu się skarcił za tę buntowniczą myśl. Nie, nie, nie. Szczególnie
teraz, kiedy wszystko zdawało się brać w łeb, nie wolno było wątpić w geniusz Führera! Porządek, dyscyplina, oddanie - tego uczono go w Hitlerjugend. Tym się kierował, zgłaszając się na ochotnika do jedynej
dywizji w niemieckiej armii, w której mogły służyć takie jak on
dzieciaki. Ale... Później było Falaise i ten kocioł, w którym niemal
zamknęli ich ci przeklęci Polacy z 1 Dywizji Pancernej. Ledwie im wtedy
umknął razem z sześciuset innymi chłopcami. Potem Ardeny. Szli do ataku
za ich dowódcą, oberstgruppenführerem Josefem Seppem Dietrichem, z pieśnią na ustach. Pewni zwycięstwa, silni i bezwzględni. Ta ofensywa
także skończyła się klęską... Teraz więc, na błotnistych równinach Węgier,
jego wiara w zwycięstwo nieco osłabła. Zwłaszcza że z domu nadchodziły
coraz gorsze wieści. Mama Lotta zginęła, a dwie starsze siostry zostały
ranne w niespodziewanym nalocie dywanowym na Drezno - a więc w mieście,
do którego wysłał je ojciec, aby ochronić je... przed nalotami
demolującymi Berlin. Sam tata, Aleksander von Zaporevitz, został ciężko
poparzony właśnie w Berlinie, kiedy razem z innymi ochotnikami próbował
gasić dachy, na które spadły bomby zapalające. Starszy brat Eryk nie żył
już od roku - zastrzelony przez polskich bandytów w Generalnej Guberni.
- Wygląda na to, że ród Zaporevitzów się kończy - szepnął, wysuwając z okopu panzerfausta.
Zobaczył je od razu. Ruskie tanki sunęły powoli, mlaskając w błocie
gąsienicami, mniej więcej kilometr od nich. Kilometr... Gdyby mieli
jeszcze własne czołgi albo przynajmniej armaty acht-acht, łatwo by sobie
z nimi poradzili. Niemieckim czołgom jednak kilka dni temu skończyło się
paliwo, więc porzucili je zakopane po wieże w błocie, a artyleria... tę
stracili już dawno temu. Mocniej ujął rączkę swojego granatnika.
Panzerfaust jest skuteczny na odległość kilkunastu metrów. Aż mu skóra
cierpła na myśl, co to oznacza. Nie będzie walki na długi dystans. Musi
dopuścić tamtych naprawdę blisko.
- Do diabła! To chyba te ich nowe, ciężkie IS-2! - zaklął klęczący obok
stuma Wurster. - Mają tłumiki na końcach luf!
- Przestań siać panikę! - syknął leżący nieco dalej uscha Wittemberg. -
Sprytne Iwany znów nałożyły na lufy zwyczajnych T-34 wiadra, żeby nas
nastraszyć!
Wielkość nadciągających czołgów i kaliber ich dział nie miały dla Petera
znaczenia. I tak musiał czekać do ostatniej chwili, żeby wypalić do nich
z bliska. Z tak bliska, że siedząca na pancerzach piechota zdoła
zobaczyć strach w jego oczach.
Tamci sunęli tymczasem tyralierą. Pięć, nie - sześć pojazdów. Na każdym
grono piechurów. Ile to razem będzie? Cała kompania przeciw ich
plutonowi? Z czegoś takiego nie da się wyjść cało.
Rozejrzał się wokół. Znał dobrze wszystkich obecnych tu towarzyszy
broni. Z niektórymi nosił jeszcze pochodnie podczas patriotycznych
przemarszów przez Berlin. Żaden z nich, nawet uscha Wittemberg, nie miał
jeszcze dwudziestu lat. Byli dziećmi, ale śmiertelnie niebezpiecznymi
dla wrogów. Podobno w czasie ubiegłorocznych walk w Normandii alianci
nikogo nie bali się bardziej niż dywizji "Hitlerjugend". To napawało
dumą, ale i zobowiązywało. A więc nie. Nie opuszczą tego okopu.
Stanowili straż tylną całej 6 Armii Pancernej SS wycofującej się w kierunku Wiednia. Sepp Dietrich liczył na nich. Liczyli pozostali
żołnierze. Nie zawiodą więc. "Hitlerjugend" umiera, ale się nie poddaje.
A Iwany najwyraźniej się ich nie spodziewali. T-34 (teraz już naprawdę
widzieli stare wiadra nałożone na lufy) sunęły spokojnie prosto na nich.
To dobrze, bo gdyby z tego dystansu otworzyły ogień ze swoich
osiemdziesiątekpiątek, wybiliby ich, zanim zdołaliby im zaszkodzić.
Dwieście metrów, sto, pięćdziesiąt. Peter upatrzył sobie czołg sunący
prosto na niego. Otworzył celownik, uniósł broń, położył palec na
elektrycznym spuście. W tym momencie z okopu wyskoczył Wurster. Co on?
Oszalał?! Biegł prosto na inny czołg. Bez karabinu, tylko z tornistrem
trzymanym jak dziecko w ramionach. Peter od razu zrozumiał, co robi
kolega. Widywał już takie rzeczy. W tornistrze był materiał wybuchowy i ręczny zapalnik...
Iwany siedzące na czołgu najpierw zamarły, a potem uniosły pepesze.
Wurster miał jeszcze kilkanaście metrów do przebiegnięcia, więc na pewno
by go skosili, gdyby uscha nie wydał rozkazu:
- Ognia!
Cały okop rozpalił się ogniem karabinów. Ruscy dostali z tak bliska, że
znaczna ich część została zdmuchnięta z pancerzy czołgów. Pozostali
zeskoczyli, kryjąc się za czołgami. To dało Wursterowi cenne sekundy.
Dobiegł i jednym susem zanurkował pod T-34. Moment później powietrzem
wstrząsnął potężny wybuch. Czołg się zatrzymał i przez chwilę zdawało
się nawet, że nie ucierpiał, ale zaraz strzeliły z niego płomienie.
Ogień objął go tak szybko, że załoga nie zdołała nawet otworzyć włazów.
Tymczasem potwór jadący na Petera nie zwolnił. Z dna swojego okopu
Zaporevitz ujrzał nad sobą uniesiony korpus, gąsienice mielące przez
chwilę powietrze, a potem ciemność, kiedy czołg przejeżdżał nad jego
głową. Skulił się, czując, jak spadają na niego mokre grudy ziemi.
Usłyszał basowe dudnienie silnika i zgrzyt ogniw gąsienic. Po chwili
czołg przejechał, a Peter lekko uniósł panzerfausta, celując w słabo
opancerzony silnik. Nacisnął spust, granat poleciał z sykiem. Trochę za
wysoko, ponad pokrywą motoru. Na szczęście trafił w nasadę wieży.
Huknęło, błysnęło, sypnęło iskrami. Peter właśnie opadał z powrotem w kałużę na dnie okopu, kiedy ziemia zatrzęsła się od potężnej eksplozji.
Kompletnie ogłuszony uniósł wzrok akurat w tej chwili, kiedy cała
wieżyczka została wyrzucona w powietrze.
"Trafiłem w skład amunicji" - pomyślał.
Spodziewał się, że teraz załatwi go idąca za czołgiem piechota, ale siła
wybuchu musiała zmieść z powierzchni nieosłoniętych niczym żołnierzy.
"Sukces! Za coś takiego będzie nareszcie Krzyż Żelazny!" - pomyślał, ale
zaraz zdał sobie sprawę, że order dostanie raczej pośmiertnie. Bo
zniszczenie dwóch T-34 i przerzedzenie piechoty było równocześnie końcem
ich sukcesów. Pozostałe cztery czołgi, jak rozsierdzone byki, zaczęły
rozjeżdżać resztki ich plutonu! Wściekli Rosjanie nawet nie strzelali ze
swoich erkaemów! Gnietli wrzeszczących przeraźliwie Niemców samymi
gąsienicami! Ci oczywiście próbowali uciekać, zwłaszcza że nie mieli już
granatów. Cztery pancerne bestie otoczyły ich jednak i sukcesywnie
miażdżyły ciężarem trzydziestotonowych korpusów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
ROZDZIAŁ 1
Warszawa, Czerniaków
wrzesień 1944 roku
Czas naglił. Nad wschodnim brzegiem Wisły powoli rozpalał się brzask. Za
chwilę niemieccy cekaemiści nie będą już potrzebować opadających na
spadochronach flar, żeby dokładnie widzieć, co płynie z nurtem rzeki. A tymczasem oni wciąż tkwili w pułapce. Statek wycieczkowy "Bajka"
szczelnie wypełniali konający ludzie. Ranni powstańcy, zwykli cywile lub
- tak jak ich trójka - niedobitki z rozbitych w ostatnich dniach
oddziałów. Zabijał ich upływ krwi, brak leków i opieki medycznej,
pragnienie, głód, dyfteryt, ale przede wszystkim... O blaszaną burtę
zagrzechotała kolejna długa seria. Cienka i skorodowana stal puściła w kilkunastu miejscach i ołów przebił się na wylot, uderzając w pokład. A raczej w szczelnie go wypełniającą, ściśniętą ludzką masę. Ktoś
potępieńczo zawył, ktoś inny tylko jęknął, ktoś się próbował odczołgać,
wlokąc za sobą stare bandaże i całkiem świeży kikut. Zdrowi tratowali
rannych na śliskim od krwi pokładzie w beznadziejnej próbie uniknięcia
dziurawiących burty kul. Ile tu się schroniło osób? Kilkadziesiąt?
Kilkaset? Jeszcze dwa-trzy dni temu wszyscy myśleli, że pokłady "Bajki"
to najbezpieczniejsze miejsce w lewobrzeżnej Warszawie. Że zaraz z drugiej strony przypłyną łodzie wypełnione żołnierzami 1 Armii generała
Berlinga, które w drodze powrotnej zabiorą stąd uciekinierów. Ale nie
przypłynęły...
- I już nie przypłyną - powiedział z naciskiem Adam Wolecki, przenosząc
wzrok z Zosi "Łani" Zaporewicz na Franka de Ville. - Musimy wpław. Na
prawy brzeg.
Odpowiedzieli mu pustym wzrokiem. Byli słabi. Wycieńczeni ostatnimi
kilkoma dniami bezustannych walk. Obrona budynku PKO i jego ostateczna
utrata. Morze ruin, w jakie zmieniła się ulica Wilanowska, przez którą
biegła zygzakiem zmieniająca się co chwilę linia frontu. Zażarte walki
toczone z esesmanami Dirlewangera o każde piętro, podwórko, klatkę
schodową. O każdy pokój. Granaty wrzucane przez wybijane przez nich w ścianach dziury i odrzucane im z powrotem przez ślepe okna. Grzmot
czołgowych dział, prychnięcia granatników, piskliwy jazgot pocisków z działa kolejowego. Klekot osypujących się na mieszkańców całych
kamienic, zawodzące wycie pikujących sztukasów, plaskanie ołowiu o ceglane mury. I najgorszy dźwięk - cisza przed kolejnym atakiem. Lub
cisza po straceniu kolejnej placówki. Domu, podwórka, połowy klatki
schodowej, do której wpadały zbiry Dirlewangera, żeby gwałcić, mordować,
podpalać.
Tak, Adam widział to wszystko w spojrzeniach tej dwójki. Sam też czuł
się, jakby to, na co ostatnio patrzył, wypaliło mu się bliznami na
siatkówce oczu. Nie chciał jednak jeszcze się poddać. Dać się zabić w tej wielkiej konserwie mięsnej, w jaką zamieniła się "Bajka".
- Ściągamy ubrania - rozkazał, kiedy pod ogniem kaemów i moździerzy
doczołgali się do linii wody - i płyniemy do Ruskich.
Musiał im pomóc. Zosia i Frank byli tak osłabieni głodem, stresem i brakiem snu, że problemem było dla nich nawet ściągnięcie butów. A zresztą niezmieniane od dawna ubrania w wielu miejscach poprzyrastały do
ciał i teraz odchodziły z ociekającymi ropą płatami skóry. Z tego powodu
Zosia zdecydowała się płynąć w spodniach i panterce.
- Jeszcze chwila - zatrzymała ich słabym głosem, zanim wślizgnęli się do
wody.
- Co?
- Podzielmy między siebie połówki monety.
- Po co ci one, Łaniu? Wyrzuć je do Wisły! - spróbował jej to
wyperswadować.
- Nie! - Spojrzała na niego rozgorączkowanym wzrokiem. - Jedną zabieram
ja, drugą ty. Jeśli któreś z nas zginie, zostanie przynajmniej jedna...
Ciężko westchnął, a potem oddarł z koszuli pas materiału i zawiązał go
sobie wokół szyi. Następnie wsunął pod płótno kawałek złota.
- Zadowolona?
Skinęła głową.
- No to ruszamy!
- Jeszcze jedno... - Przytrzymała jego rękę.
- Co znowu?
- Gdybyśmy się rozdzielili...
- To nam nie grozi! Nie puszczę twojej rączki, madame, aż do tamtego
brzegu!
- Ale gdyby jednak... Moi rodzice mieli dobrego znajomego... Pana Leonarda...
W Nieznanowicach koło Jędrzejowa i Kielc. - Zosia wyrzucała słowa, jakby
wypluwała kamyczki, które dostały się jej pod język.
Adam zaczął się niepokoić, czy to nie objaw rosnącej gorączki.
- Kiedyś mama i papa jeździli do jego majątku. Dobry gospodarz... Miał
młyn... I w ogóle. Organizował też płatne polowania w swoich lasach... Tak
się z nim poznali... Mama kiedyś wspomniała, że w czasie okupacji ze sobą
korespondowali. I on nas zapraszał, gdyby co...
Woda była paraliżująco zimna. Muliste dno próbowało zakleszczyć stopy.
Wsunęli się w czarną toń po szyje, a potem popłynęli, starając się nie
zachłysnąć osiadającym na powierzchni kożuchem czarnego pyłu. Prochy
płonącej Warszawy. Prochy jej mieszkańców...
- Trzymajmy się razem! - komenderował Adam.
Był boleśnie świadom, że bez jego pomocy tamtych dwoje nie da rady
pokonać Wisły. Jeśli ich nie podtrzyma, pewnie utoną. Kiedy jednak tylko
wypłynęli zza osłony brzegu, szybko zrozumiał, że utonięcie nie jest ich
największym problemem. W powietrzu zagwizdały kule, które z impetem
podziurawiły wodę obok nich, rozpryskując ją mnóstwem małych gejzerów.
Prawie dostali! A przecież nie odpłynęli więcej niż dziesięć metrów! To
się nie może udać.
- Naprzód! Naprzód! Przyjcie ze wszystkich sił! - ponaglił, choć sam już
prawie stracił nadzieję.
Mocno kopnął nogami, holując za sobą Zosię i Franka. Rzeka obok nich
zdawała się bulgotać od tnących nurt kul. A to nie wszystko! Zaraz
uderzyły w nich pociski z ręcznych moździerzy. Pierwsze wybuchy rozdarły
plażę, z której właśnie wypełzli, kolejne przeorały środek rzeki.
"Wstrzeliwują się w nas". Ledwo to pomyślał, gdy nagle cały jego świat
rozpadł się w paroksyzmie jaskrawej eksplozji. Poczuł, że potężna siła
wyciska mu z płuc powietrze, unosi ponad wodę, obraca w powietrzu...
Uświadomił sobie, że już nie trzyma dłoni przyjaciół. Gdzie Zosia?
Frank? Czy żyją? Z impetem z powrotem gruchnął w toń. Ogłuszony,
oślepiony, na wpół żywy, uświadomił sobie, że klęczy w płytkiej wodzie.
Czy to już prawy brzeg? Zanosząc się kaszlem, wyczołgał się na grząską
plażę. Brnął dalej, po omacku, ku zbawczej linii chaszczy. A kiedy do
niej dotarł, ze zdumieniem wymacał pod sobą jakieś ubrania. Zamrugał,
przetarł oczy i w końcu zrozumiał, co trzyma w palcach - to była jego
własna panterka, którą dopiero co z siebie zdjął przed wejściem do
rzeki. Wrócił na lewy brzeg. Do piekła.
* * *
Eksplozja najpierw podrzuciła ją w powietrze, a potem cisnęła w rwący
nurt. Zosia poczuła, że tonie. Nasiąknięty mundur ciągnął ją w dół.
Chciała złapać oddech, lecz zamiast tego zassała wodę. Przed oczami
zamigotały mroczki, płuca niemal eksplodowały bólem. Szarpnęła się w poszukiwaniu mocnej ręki tego twardego Wołyniaka, Adama. Ale pomocnej
dłoni nigdzie nie było. Zamiast tego palce wczepiły się w oślizgłą belkę
niesioną z nurtem. Chwyciła mocniej, podciągnęła się, niemal zdzierając
paznokcie, i wreszcie udało jej się unieść usta i nos ponad powierzchnię
wody. Zakasłała, zwymiotowała, nareszcie wciągnęła do płuc powietrze.
Mocniej uczepiła się belki. Otworzyła oczy, wciąż odpluwając z przełyku
słodko-zgniło-mulisty smak Wisły. Jakby nie tylko mieszkańcy miasta, ale
i sama rzeka była już trupem...
Rozejrzała się. Mijała właśnie szczątki wysadzonego przez Niemców mostu
Poniatowskiego. Nikt już do niej nie strzelał. Chyba dlatego, że wokół
niej płynęło mnóstwo innych szczątków. Wzdęty trup konia, zwłoki
noworodka obrócone nóżkami w górę, pół dachu jakiejś szopy, snopek
nadpalonego siana.
Woda wokół niej pociemniała, przygasła, brzegi zrobiły się czarne i rozmyte. Gdzie chłopcy? Czy płyną za nią? Odwróciła się i ujrzała za
sobą zaśmieconą szczątkami, miejscami spienioną wstęgę rzeki, w której
przeglądała się czerwono-pomarańczowa łuna wznoszącą się nad miastem.
Iskry i podświetlone od spodu dymy kotłowały się po niebie. Upiorny
blask tańczył i drżał na zmarszczkach fal. Ona jednak była już na skraju
cienia. Wypływała poza tę gigantyczną łunę, przy której brzask
wstającego właśnie słońca był jak nieśmiały uśmiech dziecka wobec
szczerzącego się demona. Rzeka ciągnęła ją ze sobą coraz dalej w bezpieczny mrok.
- Adam! Frank! - zawołała.
Odpowiedział jej tylko bliski plusk wody i odległy pomruk wybuchających
pocisków. Była sama. Chłopcy zniknęli. Ciemniejąca z każdą chwilą rzeka
unosiła ją w nieznane. A ona nie miała sił, by walczyć z jej nurtem.
ROZDZIAŁ 2
Warszawa, Ursus, Jaktorów
początek października 1944 roku
Cisza nad miastem była gorsza niż wcześniejszy, nieprzerwany grzmot.
Niepokoiła go, dekoncentrowała. Oczywiście, było całkiem sporo różnych
odgłosów. Szczekliwe komendy Niemców, miękki zaśpiew ich rosyjskich
sojuszników, a nawet zawodzenie imama z regimentu SS Wschodnich
Muzułmanów. Zdarzały się też dobiegające z oddali puknięcia karabinów, a nawet jazgotliwe serie z broni maszynowej. Czasem gdzieś osypały się
cegły albo gruchnął walący się mur, czasem zatrzeszczał buchający dymem
i snopami iskier pożar. Tu i tam mruczały silniki ciężarówek, raz po raz
gęste od sadzy powietrze rozcinał obcy śmiech zwycięzców albo pojedynczy
kobiecy krzyk. Bywało, że w górze zawarczał samolot. To wszystko jednak
było niczym wobec kanonady, która przez ostatnie dwa miesiące kołysała
go do snu. Bez niej czuł się nagi, a monotonne szuranie tysięcy stóp
idących z nim ramię w ramię ludzi doprowadzało go do obłędu.
Adam Wolecki nie poddał się razem z innymi oddziałami AK. Kiedy wybuch
granatnika wyrzucił go z powrotem na plażę, doczołgał się do "Bajki".
Tam, w półśnie, wstrząsany suchymi, głodowymi torsjami, doczekał do
kapitulacji. A kiedy umilkły wystrzały, włożył na siebie cywilne ubranie
pierwszego z brzegu trupa (połówkę monety wsunął w podszewkę marynarki)
i powlókł się aż do punktu granicznego obok Politechniki razem z całą
armią upiorów, w jakich zamienili się mieszkańcy wysiedlanego miasta.
Głód bardzo go osłabił. Z trudem wspinał się, a potem zsuwał z resztek
ulicznych barykad. Nie reagował na poszturchiwania żołnierzy gnających
go razem z innymi uchodźcami dalej - aż na Dworzec Zachodni. Z wysiłkiem
wspiął się do jednego z dziesiątek wagonów towarowych, podczołgał do
ściany i padł na deski podłogi.
Ruszyli. Powolny stukot kół przenikał przez podłogę, odbijając się
rezonansem w jego wycieńczonym ciele. Chyba gorączkował, bo na przemian
budził się i tracił przytomność. Kiedy jednak drzwi wagonu rozsunięto i kazano im wysiadać, Adam poczuł się trochę lepiej.
Byli w podwarszawskim Ursusie. Cały, wielotysięczny tłum wynędzniałych
ludzi zagoniono z pociągu do opuszczonej i zdewastowanej fabryki.
Usiedli w hali, na gołej ziemi przesiąkniętej smarami. Szczęśliwcy
rozmościli się na kupach stalowych wiórów. Czekali. Na co? Nikt nie był
pewien. Komora gazowa? Obóz koncentracyjny? Przymusowe roboty w głębi
Reichu? Bo gdyby chcieli rozstrzelać - tak jak mieszkańców Woli na
początku powstania - to chyba tak by się z nimi nie cackali?
Minęła noc. Bez jedzenia i wody. Potem dzień. I jeszcze jedna noc.
Adam nie czuł już głodu. Jego zmysły zdawały się wyostrzać, rejestrował
wokół siebie każdy ruch oraz dźwięk. I tylko czasem miał wrażenie, że
unosi się z ciała, szybując wysoko aż pod dachem hali, i patrzy na
wszystko z góry.
Poruszenie. Rozkazy. Poszturchiwania. Ludzie powoli zwlekali się z miejsc, ustawiając w długie szeregi. Tymczasem żołnierze, pod okiem
kilku oficerów, zaczęli wyszarpywać z tłumu tych w miarę młodych i zdrowych, odsyłając ich na lewą stronę. Starsi, niedołężni i kobiety z dziećmi trafiali na prawo.
Segregacja.
Wzdłuż szeregu, w którym stał Adam, szedł podoficer, kolejno wskazując
zdatnych do pracy. Niektórzy zbyt opieszale reagowali na rozkaz
przejścia w lewo - tych szarpał, wyzywał i dawał kopa na drogę. Wolecki
rozejrzał się dyskretnie. Przed nim stał staruszek bez nogi wspierający
się na ułamanej desce. Za nim kilkunastoletni chłopak. Cofnął się więc
za młodziaka i niemal przykleił do jego pleców. Niemiec był już przy
kalekim staruszku. Wskazał mu prawą stronę. Dziadek ruszył. Następny był
nastolatek. Na lewo. Chłopak się zawahał, Niemiec chwycił go za rękaw.
Kiedy podoficer się odwrócił, ekspediując dzieciaka do grupy zdolnych do
pracy, Adam niespiesznie podszedł do kuśtykającego staruszka i ujął go
pod ramię. Tamten spojrzał na niego najpierw ze zdziwieniem, a potem z wdzięcznością. Razem doczłapali do grupy po prawej stronie. Nikt ich nie
zatrzymywał.
Uff, udało się. Otoczony zestresowanymi kobietami z dziećmi na rękach,
które właśnie rozdzielono z mężami inwalidami i zgrzybiałymi starcami,
Adam ruszył do fabrycznej bramy. Przez dwuskrzydłowe drzwi do ciemnej
hali wpadały płaskie promienie jesiennego słońca i orzeźwiający prąd
świeżego powietrza. Dopiero po chwili dotarło do niego, że słyszy też
niemieckie komendy "komm, komm!". Cholera, drugi etap selekcji.
Rozejrzał się wokół. Był średnio o głowę wyższy od otaczających go ludzi
uznanych za niezdolnych do pracy. Nawet nie próbował się więc opierać,
kiedy przez tłum przecisnął się do niego rozjuszony gestapowiec z pejczem i zaciągnął go z powrotem w mrok hali.
Jedyna pociecha, że drugimi drzwiami właśnie wjechała polowa kuchnia. Po
starej fabryce rozeszła się cudowna woń zupy. Niczym kiper z francuskiej
winnicy wyczuł w niej zapach brukwi, pokrzywy i ziemniaków! Co najmniej
od miesiąca nie widział tych warzyw na oczy! I tylko jeden kłopot.
Wszyscy wokół powyciągali miski, blaszane talerze, stare puszki po
konserwach. A on? Nie miał nic! W co nabrać zupy?! Kręcił się bezradnie
wzdłuż kolejki czekających na swoje porcje, aż zauważył go wymuskany
oficer w mundurze Wehrmachtu, do którego kleiła się wysoka Niemka.
- Dlaczego nie jesz? - spytał.
- Ich habe kein Topf! (nie mam garnka) - zameldował.
- Da hast doch den Hut! - Tamten gruchnął śmiechem.
- Oder Stiefel! - dorzuciła kobieta.
Odeszli, zaśmiewając się rubasznie, a on patrzył za nimi z wściekłością.
"Nalej sobie do czapki. Albo do buta". Bardzo śmieszne...
Na szczęście w końcu ktoś mu pożyczył przerdzewiałą puszkę po konserwie.
Była dziurawa, ale dało się ją zatkać palcem. Chwilę później, niemal
duszkiem, wypił porcję wodnistej zupy. Poczuł, jak wstępują w niego nowe
siły.
- Młynarz Leonard z Nieznanowic koło Jędrzejowa i Kielc - szepnął sam do
siebie. - Dobrze zapamiętałem, Zosiu?
* * *
Czując ciepło jesiennego słońca na twarzy, uchyliła powieki. Niebieskie
niebo, pierzaste obłoczki, brzęczenie owadów i świergot ptaków. Boże...
Dopiero teraz zdawała sobie sprawę, jak długo była zmuszona patrzeć na
zasnute dymem niebo, deszcz pyłu i sadzy, słuchać nieustannego huku
wybuchów i terkotu wystrzałów. Wokół niej pachniała trawa, która tu - na
mokradłach - nawet na przełomie września i października rosła zielona i gęsta. Zosia siedziała, a raczej leżała, oparta o rozdwojony pień
strzelistej olchy. Wokół niej brzęczały trzmiele, śmigały jaskółki,
powietrze wibrowało jeszcze wspomnieniem lata. Jaskółki? Czy nie powinny
już odlatywać do ciepłych krajów? Uśmiechnęła się. Choć z Warszawy
uciekła kilka dni temu, wciąż nie mogła się przyzwyczaić do widoku
żółknących już wprawdzie, ale wciąż pięknych liści. Do miękkości traw i piękna fioletowych wrzosów. Jej światem był przez ostatnie dwa miesiące
gruz, wypalona ziemia, trupi odór i ceglany posmak w ustach. Zapomniała,
jak piękny może być świat...
- A panienka to tylko się śmieje i śmieje... - zagadnął ją szczupły
chłopak w furażerce z orłem w koronie wyciętym z puszki po niemieckiej
konserwie.
Miał na imię Antek i pochodził z Izabelina. To on ją pierwszy wypatrzył
tamtego ranka, wkrótce po tym, jak razem ze swoją belką dobiła w końcu
do brzegu Wisły. Tyle tylko, że brzeg okazał się nie ten. Nurt rzeki
poniósł ją aż w okolice Łomianek, gdzie stacjonowali Niemcy. Dlatego
skierowała się stamtąd, przemykając boso przez zdziczałe łąki,
porośnięte chwastami miedze i leśne zagajniki, w stronę Puszczy
Kampinoskiej. Wiedziała, że jest tam duże zgrupowanie AK, któremu nie
udało się przyjść z odsieczą powstaniu. Tyle że gdyby nie bystre oko
Antka, być może nigdy by tam nie dotarła. Nie wiedziała, że Niemcy
właśnie zebrali siły do operacji "Spadająca Gwiazda" polegającej na
przeczesaniu puszczy i rozbiciu partyzantów. Furmanka, którą powoził ten
jasnowłosy, najwyżej szesnastoletni chłopak, była ostatnim "oddziałem"
AK wycofującym się w głąb lasu - do miejsca wymarszu całego zgrupowania
w stronę Gór Świętokrzyskich. Od tamtej pory Antek uważał się chyba za
jej rycerza. Z prawdziwie męską powagą pilnował, żeby na każdym popasie
coś zjadła, co wieczór mościł dla niej wygodne legowisko i bardzo
martwił się o jej bose stopy. Chciał nawet oddać Zosi swoje buty, ale
kategorycznie odmówiła. Nie było jeszcze zimno, a szło jej się lekko, bo
nie miała też nic do niesienia - całe zaopatrzenie jechało taborami, w wozach ciągniętych przez konie.
Rozejrzała się, mrużąc oczy przed słońcem. Zatrzymali się na rozległej
podmokłej równinie między wsiami Jaktorów a Budy Zosine. Na zachód od
nich leżał Żyrardów, w którym podobno stacjonowali Niemcy, przed nimi -
od południa - drogę przecinały tory kolejowe. Musieli je przekroczyć.
Ale to, co jest jednym skokiem dla kompanii lub nawet batalionu - dla
wielotysięcznej Grupy "Kampinos", ciągnącej za sobą liczące setki wozów
tabory - było już wyzwaniem logistycznym. Pewnie dlatego ich dowódca,
major Okoń, wolał zaczekać do zmroku. To jednak nie spodobało się jego
oficerom. Kiedy się zatrzymali, Zosia słyszała, jak kilku z nich
zażądało od majora anulowania rozkazu. Przekonywali, że skoro Niemcy
depczą im po piętach, a tuż obok w mieście mają spory garnizon, to
lepiej nie czekać w niemożliwym do obrony terenie, aż podciągną posiłki.
Okoń, przedwojenny oficer, był jednak nieprzejednany. Kazał się
buntownikom zamknąć i wykonywać rozkazy. Szeregowi żołnierze przyjęli to
z ulgą. Mieli dość forsownego marszu, chcieli się wyspać po ostatniej
nocy, kiedy straż tylna biła się z atakującymi ich samochodami
pancernymi.
- O! Już się panienka nie uśmiecha. A szkoda... - odnotował skrzętnie
Antek, który nawet na chwilę nie spuszczał z niej oczu.
Przeciągnęła się i znowu przymknęła powieki. Tak, szkopy czaiły się
wszędzie dokoła. I pewnie znowu zaatakują. Będzie kolejna strzelanina.
Jej jednak jakby to już nie dotyczyło. Bo raz, że nie miała broni, a dwa... no kurczę, po tym, co widziała i co przeżyła na Starym Mieście i Czerniakowie, nie mogło jej już przytrafić się nic gorszego. Szczerze
mówiąc... jakoś się nie bała. Nie teraz, gdy w oczy świeci słońce, a nad
głową śpiewają ptaki.
Brzęczenie.
Wysoko w górze, ponad rojem pszczół, trzmieli, nawet wyżej niż jaskółki.
Wytężyła wzrok, Antek wskazywał coś palcem.
- To "Rama", proszę panienki! Znaczy się focke-wulf, ale zwiadowczy.
Odprowadziła spojrzeniem niezgrabną sylwetkę dwukadłubowego samolotu.
Zatoczył nad nimi pętlę, potem następną.
- Namierza nas. - W głosie chłopaka usłyszała nutę niepokoju.
"Rama" jeszcze bardziej obniżyła lot. Promienie słońca wesoło zamigotały
na szybkach dużej kabiny.
- Na pewno tylko zwiadowczy?
Ledwie spytała, a samolot już zaterkotał karabinem maszynowym. Kule
poszły daleko, w stronę taborów. Tam jednak, gdzie spadły, wzbudziły
panikę. Ciasno zbite konie stanęły dęba, zaczęły wierzgać i kręcić się w kółko, przewracając wozy i rozsypując ładunek.
Z ziemi odpowiedziała mu prawdziwa kanonada. W samolot walili wszyscy.
Nie tylko ci, którzy mieli erkaemy. Także posiadacze zwykłych karabinów,
maszynowych stenów, nawet jakiś oficerek uzbrojony w przedwojennego
visa. "Rama" wykręciła niespieszne kółko i podeszła do kolejnego ataku z lotu koszącego. Znów długi terkot i chmura pocisków smugowych pędzących
w skłębiony tumult koni.
Nagle jeden z silników buchnął ogniem.
- Trafiony! Dostał sukinkot! - Na ziemi podniosła się wrzawa.
Samolot spróbował wykręcić, ale był za nisko. Ciągnąc za sobą smugę
ognia i smolistego dymu, zniknął za linią drzew, zza której po chwili
wzniósł się grzyb ognia.
- Strącony! Strącony, panno Łaniu! - wykrzykiwał, podskakując, Antek.
A potem do niej podbiegł, podciągnął ją z ziemi za ręce i już miał
porwać do szalonego tańca, gdy gdzieś z oddali dobiegł wystrzał, a potem
z przeciągłym gwizdem nadleciał pojedynczy pocisk, który zarył w ziemię,
wyrzucając w powietrze ciężkie od wody pacyny.
Ptaki umilkły na dobre.
ROZDZIAŁ 3
Paryż, cmentarz P?re-Lachaise
październik 1944 roku
Paryż wcale nie jest najpiękniejszy wiosną. Przynajmniej nie dla
Marianne de Ville. Rodzinne miasto najbardziej podobało jej się w październiku, kiedy we Francji nastawał czas winobrania, a małe knajpki
w dzielnicy Montparnasse serwowały młode i cierpkie wina, które szybko
szły do głowy. Wciąż było ciepło, pogodnie, a przechadzający się ulicami
amerykańscy chłopcy z Teksasu, Wirginii czy Bostonu odprowadzali ją
spojrzeniami. Rzecz jasna, sporo im brakowało do elegancji i szyku
niemieckich żołnierzy. Ich mundury też były takie jakieś... bufiaste. A nawet, o zgrozo, wśród nich trafiali się czasem Murzyni! Jeden nawet za
nią zagwizdał, kiedy wsiadała do niedawno uruchomionego metra. W Wehrmachcie, a już szczególnie w SS, byłoby to nie do pomyślenia! Ta
konstatacja sprawiła, że Marianne poczuła ukłucie w sercu. Na
wspomnienie Ulricha Schalke.
"Gdzie teraz jesteś, ukochany?" - westchnęła w myśli, wysiadając na
stacji P?re-Lachaise.
Nie miała pojęcia, co działo się z jej Ulrichem. Ostatnie wieści
pochodziły z sierpnia 1944 roku, kiedy oświadczył Marianne, że się
wybiera do Argentyny, gdzie pod skrzydłami tamtejszego prezydenta Peróna
wkrótce powstanie IV Rzesza. Błagała go wtedy, żeby wziął ją ze sobą, a on tłumaczył, że limity miejsc na statkach są ściśle ograniczone. "Tylko
dla najważniejszych funkcjonariuszy i ich rodzin" - oznajmił, w ogóle
nie zauważając, jak bardzo zranił Marianne. Bo czyż ona nie była już
praktycznie jego rodziną? Wierną kochanką? Prawie żoną? Kiedy widziała
go po raz ostatni - w dniach, kiedy do Paryża zbliżała się armia Pattona
- Ulrich obiecał, że "kiedy tylko będzie mógł", napisze, a potem
ściągnie ją do siebie. Od tamtej pory czekała.
Po wyjściu z metra, zanim ruszyła w stronę zbudowanej z białego kamienia
monumentalnej bramy cmentarnej, dyskretnie się rozejrzała. Od tamtego
pamiętnego dnia, kiedy rozjuszony tłum paryżan chciał ją rozebrać do
naga, a potem wytarzać w smole i pierzu za kolaborację, wolała być
czujna. Co prawda nikt już jej nie atakował, ale ciągle zdarzało się, że
jakaś starucha, która na wojnie straciła syna lub męża, potrafiła jej
splunąć pod nogi.
Lustracja otoczenia wypadła pomyślnie, ruszyła więc do wejścia. Nad
okalającym cmentarz murem wznosiły się klony i dęby. Drzewa jeszcze nie
traciły liści, za to ich korony powoli zyskiwały dostojny kolor
czerwieni, pomarańczu i żółci.
Louis miał na nią czekać pod bramą. Odważnie stukając więc obcasami o kamienny bruk, ruszyła przed siebie. Czuła się pewnie. Buty na obcasach
dodawały jej wzrostu, kapelusz z szerokim rondem ocieniał oczy, czyniąc
spojrzenie bardziej tajemniczym, a zbyt szeroką twarz - szczuplejszą.
Spódnica do połowy łydki nonszalancko plątała się w okolicy kolan, a zapięty na trzy wielkie guziki żakiet opinał okazały biust. Nieco
swobody odbierał jej jedynie brak pończoch - te wciąż były w mieście
towarem deficytowym. Obawiała się, że narysowane na łydkach czarne
kreski mające imitować szwy rozmażą się, zdradzając jej drobny modowy
sekret.
Kamieniarz Louis Devon, który wolał, gdy nazywano go "rzeźbiarzem", był
szczupłym i drobnym mężczyzną w średnim wieku. Miał nieprzeniknioną
twarz, bladą cerę i dłonie pianisty. Postawna Marianne przewyższała go o głowę, dzięki czemu rzeźbiarz miał idealny widok na jej dekolt ściśnięty
żakietem. Podali sobie ręce i od razu ruszyli alejką w głąb cmentarza.
- To najsłynniejsza nekropolia świata - skrzeczał Louis, drepcząc obok
niej jak jamnik w towarzystwie basseta. - Rozciąga się na czterdziestu
hektarach powierzchni i spoczywają tu takie sławy jak Balzac,
Apollinaire, Chopin czy paryscy komunardzi...
- Z całym szacunkiem, panie Devon - przerwała mu zirytowana - przestań
się pan zachowywać jak przewodnik i przejdźmy wreszcie do interesów.
Rzeźbiarz sapnął, po czym zdjął i zaraz włożył kapelusz. Ruch był
szybki, niemal ptasi, lecz wystarczyło, żeby światu ukazała się
rozlewająca na jego głowie łysina okolona obwarzankiem czarnych włosów z monstrualnie długą zaczeską.
- Najpierw muszę zobaczyć miejsce.
- Dlatego właśnie się spotkaliśmy, czyż nie? - Spojrzała na niego z góry, a potem podjęła ostentacyjną, i z góry skazaną na porażkę, próbę
osłonięcia wyrywającego się na wolność biustu.
Poły żakietu natychmiast wróciły do pierwotnej pozycji, a biedny Louis
otarł ze skroni kropelkę potu.
Dalszą drogę wśród kamiennych grobowców pokonali już w milczeniu.
Dopiero po dłuższej chwili skręcili w stronę dość okazałego grobu, na
którym stała charakterystyczna rzeźba z czarnego marmuru przedstawiająca
kobietę z małymi dziećmi. Miejsce to należało do jakiejś Klementyny
Hoffmanowej, polskiej pisarki. Nazwisko ani narodowość nieboszczki
kompletnie nic Marianne nie mówiły. Ale kilka miejsc dalej, w skromnej
ziemnej mogile z prostym drewnianym krzyżem, leżał jej ojciec: Leopold
de Ville.
- Chcę mieć tu pomnik... - zastanowiła się chwilę, a potem znów spojrzała
na grobowiec Hoffmanowej - jeszcze wyższy niż ten!
Louis pokiwał głową z uznaniem, ale i niepokojem.
- To będzie bardzo drogo kosztowało - uprzedził niemal z nabożnym
szacunkiem.
- Cena nie gra roli! To przecież mój papa! Bohater! Bojownik Résistance!
Devon, który znów zdjął kapelusz, przytakiwał z szacunkiem łysą
łepetyną.
- Naturalnie. Lecz mimo wszystko... Trwa wojna, a ceny marmuru... Będę
musiał panią poprosić o zaliczkę.
- Jak pan wie, prowadzę publiczną zbiórkę na jego grobowiec - odparła
lodowato. - Pieniądze wpływają wprawdzie na moje prywatne konto, lecz
jego stan jest pod kontrolą społecznej komisji złożonej z wielce
zasłużonych obywateli naszego miasta.
- Tak, czytałem nawet o tej inicjatywie w tym nowym dzienniku, "Le
Monde" - potwierdził. - I pochlebia mi, że już pojawiło się tam moje
nazwisko, mimo że jeszcze nie uzgodniliśmy szczegółów finansowych...
- Dostanie pan swoją zaliczkę - odparła wielkopańskim tonem. - Zmierzam
jedynie do tego, że wszelkie decyzje w tej sprawie muszę konsultować z komisją dobroczynną.
Louis ponownie się skłonił. A potem wymienili jeszcze kilka nic
nieznaczących uwag, po czym rzeźbiarz ruszył alejką z powrotem. Jego
drobne kroki odbijały się echem od milczących płyt nagrobnych.
- Gówno dostaniesz, frajerze! - warknęła, kiedy był już wystarczająco
daleko, by jej nie usłyszeć.
Po czym odwróciła się do skromnej mogiły.
"Au revoir, sukinsynu! - zachichotała w myśli. - Nareszcie się na coś
przydasz, ty gruby, spedalony wieprzu! Kiedy tylko uzbieram dość od tych
wszystkich sentymentalnych durniów, którzy naprawdę wierzą, że ustawię
ci w tym miejscu Nike z Samotraki, wynoszę się do Argentyny. Za moim
Ulrichem!"
ROZDZIAŁ 4
Otwock
październik 1944 roku
- Pić... Piiić! - zaskrzeczał w ciemność przez wyschnięte gardło.
Spowijała go cisza. I nieprzenikniony mrok. Gdzie był? Czy umarł? W jego
głowie zaczęły się wyłaniać strzępy obrazów. Płonące miasto. Rzeka
niosąca na sobie popioły. Grzmot dział przypominający warczenie
dobiegające z gardła przedwiecznego demona. I nagły rozbłysk eksplozji.
Najpierw zdrętwienie ogarniające całe ciało, a potem ból. Ostry,
odbierający siły, sprawiający, że poczuł się jak zepsuta zabawka. Jak
rozdeptany ołowiany żołnierzyk. Jak lalka, której niegrzeczne dziecko
powyłamywało rączki i nóżki.
- Pić!
W ciemności coś się poruszyło. Jękliwie stęknęły sprężyny. Sprężyny?
Czyżby od łóżka? Ostrożnie pomacał wokół siebie. Tak, pościel. Materac.
A więc to szpital...
"Co robię w szpitalu?"
Ledwie to pomyślał, wróciła pamięć. Byli w Wiśle, płynęli na prawy
brzeg. Wybuchł pocisk z granatnika, wyrzuciło go w górę. A kiedy spadł,
szybko zrozumiał, że jego ciało podziurawione jest odłamkami. Ale jakoś
dopłynął. A potem czołgał się przez piasek. Wspinał na wał. I wreszcie
wyciągnęły się po niego ręce żołnierzy w dziwnych, oliwkowych mundurach.
A więc udało się. Przepłynął.
Zaraz jednak pierś ścisnął mu strach. A co z pozostałymi? Czy oni...
- Zosia! - zawołał w mrok słabym głosem.
Nie dostał odpowiedzi, ale z prawej strony dobiegło go skrzypienie i piszczenie sprężyn. Ktoś tam był! Na sąsiednim łóżku. O podłogę plasnęły
czyjeś bose stopy. Mrok zgęstniał, stuknęło jakieś szkło i wreszcie
mocna dłoń ujęła go pod głowę, unosząc usta ku brzegowi naczynia.
- Pij, bracie! Cieszę się, że żyjesz.
W tym momencie otworzyły się niewidoczne do tej pory drzwi. Słaby snop
światła z korytarza wydobył z czerni obszerną salę z rzędem obtłuczonych
metalowych łóżek. Tylko to obok niego było puste, bo jego lokator stał
nad nim ze szklanką wody.
W progu zatrzymała się kobieca postać w czepku. Pielęgniarka.
- Nie za dużo! - krzyknęła po polsku, ale zrozumiał. - Można mu tylko
zwilżyć usta!
Ożywczy strumyczek na jego wargach natychmiast wysechł. Za mało się
napił, ale i tak czuł, jakby jego ciało budziło się do życia.
- Jak się nazywasz? - spytał jego towarzysz w ciemności zapadłej po
zamknięciu drzwi.
- Frank de Ville.
- Miło mi. Ja jestem chorąży "Motor".
Zamilkli. Frank myślał nawet, że tamten niepostrzeżenie wrócił do
swojego łóżka, kiedy obok siebie znowu usłyszał głos.
- Wyszliśmy z tego piekła, udało nam się. - Silna dłoń poklepała go po
ramieniu. - Inni nie mieli tyle szczęścia.
"Zosia" - powtórzył w myśli, a zaraz po tym spowiła go ciemność.
* * *
Kiedy obudził się drugi raz, był środek dnia. Ciężkie kotary w oknach
zostały odsunięte, okna otwarte i Frank zobaczył za nimi potężne sosny.
Wiał wiatr, gałęzie kiwały się na tle szarego nieba. Majestatyczne,
silne, piękne.
- Gdzie jestem? - spytał, kiedy znów pojawiła się pielęgniarka.
- W szpitalu w Otwocku - odpowiedziała piękną francuszczyzną. - Przywożą
tutaj wszystkich akowców, którym udało się uciec z miasta.
Pokiwał ze zrozumieniem głową. Rozejrzał się po sali pełnej rannych.
Łóżko po prawej było puste. Pościel zdjęta, goły materac. Poczuł, jak
zaciska mu się krtań.
- Chorąży "Motor" - wydusił.
Pielęgniarka, ładna kobieta o smutnych i zmęczonych oczach, które
zdawały się widzieć już wszystko, zmierzyła go pełnym wahania
spojrzeniem.
- Zabrali go tego ranka - wyszeptała, mimo że rozmawiali po francusku.
- Kto?
- Oni.
Zapadła cisza.
- Zabierają wszystkich, którzy tylko poczują się trochę lepiej.
- Gdzie?
Wzruszyła ramionami.
- A któż to wie? Żaden nie wrócił.
Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy, jak para spiskowców.
- Podobno jest jeden sposób, żeby uniknąć aresztowania - powiedziała,
nachylając się i udając, że sprawdza pokrywające twarz Franka opatrunki.
- Trzeba wstąpić do Ludowego Wojska Polskiego.
ROZDZIAŁ 5
Jaktorów
jesień 1944 roku
Rozkaz przekroczenia linii kolejowej został wydany za późno, teraz i Zosia już to zrozumiała. Kiedy batalion "Strzały", osłaniany gęstym
ogniem partyzanckich cekaemów, poszedł tyralierą na nasyp, Niemcy
początkowo zaczęli się cofać. Ale właśnie wtedy od strony Żyrardowa
nadjechał pociąg. Lokomotywa ciągnęła platformy, na których stały czołgi
i transportery opancerzone, które otworzyły do nacierających huraganowy
ogień. Żołnierze zalegli na pustej łące bez żadnej osłony. Do swoich
linii mieli jakieś trzysta metrów. Najpierw próbowali odpowiadać,
strzelając z angielskich przeciwpancernych PIAT-ów, ale byli za daleko,
żeby wyrządzić jakąkolwiek krzywdę temu zaimprowizowanemu pociągowi
pancernemu. Padając gęsto, zaczęli więc uciekać z powrotem, w stronę
rowów melioracyjnych, w których chronili się pozostali.
- Jesteśmy w kotle! Otoczyli nas! - wokół Zosi rozległy się okrzyki.
I rzeczywiście, trudno już było rozróżnić strony świata, z których
spadały na nich pociski. Sypały się z północy i południa, a także od
strony Bud Zosinych i Jaktorowa. W tej lawinie ołowiu zielona łąka
zaczęła się zmieniać w błotniste pola śmierci, nad którymi zwisały
smętnie pnie potrzaskanych olch. Jak szybko piękny poranek może się
zmienić w upiorne popołudnie! Nie było już śpiewu ptaków, brzęczenia
trzmieli ani białych obłoczków na niebie. Otaczało ją błoto zmieszane z krwią, jazgot pocisków, grzmot wybuchów oraz odległe pomruki
nacierających czołgów. Do licha! To wszystko za bardzo zaczęło jej
przypominać powstanie!
Do zmroku starała się być użyteczna. Odciągała rannych, opatrywała,
odbierała broń umarłym i przekazywała żywym. Czasem podbiegał do niej
Antoś - cały w błocie i podniecony jak szczeniak.
- Panienko Łaniu, tak im przyfanzoliłem z PIAT-a, że...
Nie miała siły słuchać jego przechwałek. Ten nastolatek był tak podobny
do wszystkich innych, których poznała w czasie konspiracji, a potem
straciła w Warszawie. Czy on też umrze? Zapewne... Bo niby jak inaczej
może się skończyć ta hekatomba?
Był środek nocy, a ona trzęsła się z zimna w rowie, na którego dnie
rozlewała się sięgająca kostek kałuża, kiedy znów usłyszała radosny
szept Antka:
- Będziemy się przebijać! Porucznik "Dolina" zbiera oddział. Pójdzie
panienka z nami? Bo tu... to raczej już nic fajnego.
Wstała zesztywniała z zimna. Nad pobojowiskiem unosiła się ledwie
dostrzegalna łuna - marna kopia tej, którą co noc widziała nad swoim
miastem.
- A co na to major "Okoń"? - spytała. - On jest dowódcą.
- Już nie - odpowiedział Antoś z dziwną zaciętością w głosie. - Ktoś mu
podobno wsadził kulkę w potylicę...
Wolała nie dopytywać, co to oznacza. Czyżby samosąd? Bunt? Czegoś
takiego dotąd w Armii Krajowej nie było.
- Panienka to trzyma. - Chłopak wcisnął jej w ręce maszynowego stena. -
Mamy teraz więcej broni niż ludzi do jej noszenia.
Poszli w mrok. Zosia starała się nie kląskać w błocie zbyt luźnymi dla
niej butami, które zabrała jakiemuś zmarłemu. Omal się nie potknęła o przyczajonego na łące żołnierza.
- Kogo prowadzisz? - ciemność przeszył ostry szept.
- Sanitariuszka. Z Warszawy, panie poruczniku - przedstawił ją Antek.
- Nie będzie czasu na opatrywanie rannych. Musimy iść szybko do przodu,
jeśli chcemy się przebić do Puszczy Mariańskiej.
Nagle poczuła, jak spływa z niej otępienie minionego dnia. Ze ściskającą
serce siłą odkryła, że chce się wyrwać z tego kotła. Przecież w Nieznanowicach może czekać na nią Adam. A może i Frank. Oni też o niej
myślą. Na pewno! Też się zastanawiają, jak sobie poradziła. Pragnienie,
żeby ich jeszcze zobaczyć, żeby usłyszeć spokojny głos Adama, uderzyło w nią z taką siłą, że na moment odebrało jej dech.
- Umiem strzelać - wycedziła, a potem bardziej wyczuła, niż zauważyła,
że porucznik "Dolina" z akceptacją kiwa głową.
- No to ruszajmy!
Kiedy biegła, powietrze zrobiło się aż gęste od kul. Po kilku krokach
zgubiła buty, po kilkunastu dostrzegła, jak głowa pędzącego przed nią
Antosia eksploduje chmurą krwawych ochłapów. A zaraz potem był już
nasyp. Bose stopy zadudniły na drewnianym podkładzie, a z drugiej strony
wyjrzała blada plama czyjejś twarzy. Twarzy okolonej niemieckim hełmem.
Pociągnęła w tę plamę ze stena i twarz zniknęła. Pobiegła dalej. Na
drugą stronę torów.
ROZDZIAŁ 6
Maroko, Tanger
jesień 1944 roku
Jasir ibn Hani al-Muttalib uniósł się w fotelu i zapatrzył w rozmigotane
w ostrym słońcu wody zatoki. Szklaneczka whisky w jego dłoni
znieruchomiała, podobnie jak amerykański papieros niedbale trzymany w ustach. Do portu wchodził statek. Widział go wyraźnie z patio Café
Normandie, w której czekał od rana. Jednostka przestarzałej już klasy
Liberty była pordzewiałym transportowcem - jednym z wielu pływających w atlantyckich konwojach na początku wojny - za który żaden armator na
świecie nie zapłaciłby więcej niż równowartość ceny złomu. Napis z nazwą
na jego burcie był praktycznie nieczytelny, za to w oczy rzucała się
dziwna, okryta plandeką narośl na dziobie. Zarówno Jasir, jak i rozleniwieni popołudniowym upałem celnicy dobrze wiedzieli, co się w niej kryje - solidnie przykręcone do desek pokładu gniazdo cekaemu
kaliber 12,7 milimetra. Niezbędna rzecz dla statku wożącego kontrabandę
po wodach, na których roiło się od francuskich, hiszpańskich i arabskich
piratów. Oczywiście jednostki cywilne nie mogły mieć na pokładzie takiej
broni. Tyle że w należącym do Francji Tangerze celnicy byli Francuzami.
A Jasir dobrze żył z władzą kolonii. I to pomimo że od czasu
amerykańskiego desantu przed dwoma laty owa władza przeszła subtelną
przemianę - od wiernych poddanych kolaborującego z Niemcami rządu Vichy
do radośnie flirtujących z de Gaulle'em wyznawców Wolnej Francji.
- Żadnych problemów? - zapytał Jasir po angielsku, kiedy do Café
Normandie, w której zasiadał, wszedł, kulejąc, spocony kapitan statku,
Jeff McConnagh.
- Żadnych - sapnął stary wilk morski, opadając na krzesło. - Co jest do
picia?
Jasir zmierzył go spokojnym, taksującym spojrzeniem. Jeff był przeszło
pięćdziesięcioletnim Irlandczykiem zwolnionym z floty po tym, jak w czterdziestym drugim roku dwa razy w czasie jednego rejsu został
zatopiony na północnym Atlantyku. Torpedy U-Boota najpierw zniszczyły mu
pod stopami macierzysty statek wiozący broń ze Stanów dla walczącej
Anglii. A chwilę później na dno poszła druga jednostka z tego samego
konwoju, na którą dopiero co Jeff wdrapał się jako rozbitek. Zakrawało
na cud, że ocalała trzecia łajba, która podjęła go z wody. Od tamtej
pory McConnagh został jednak uznany za Jonasza przynoszącego innym
marynarzom pecha i żaden kapitan nie chciał go w swojej załodze. To
oczywiście za mało, żeby w środku wojny komisja kwalifikacyjna zwolniła
go ze służby, ale szczęśliwie - pływając przez dłuższą chwilę w lodowatych wodach Atlantyku - McConnagh nabawił się odmrożeń palców u stóp, co skończyło się skróceniem ich o połowę. Trafił więc na ląd, ale
nie zagrzał na nim długo miejsca. Teraz, pod koniec wojny, pływał
regularnie między marokańskim Tangerem a Wielką Brytanią, szmuglując na
północ amerykańskie papierosy, pończochy nylonowe i penicylinę, a z powrotem złoto, które między Dover a Tangerem zyskiwało czterokrotnie na
wartości. Nie bez znaczenia były też całe skrzynie wypełnione funtami
szterlingami w banknotach o różnych nominałach, odbierane z Francji i przeładowywane na morzu bez zawijania do portu. We Francji było ich
dużo, bo od 1940 roku na masową skalę podrabiali je Niemcy, nikt ich
więc nie chciał wymieniać. Co innego angielskie banki - te bez
mrugnięcia powieką płaciły za nie nowymi banknotami, trzeba było tylko
udokumentować, że gotówka nie pochodziła z niemieckiej strefy
okupacyjnej, ale... na przykład z wyzwolonego Tangeru.
- Jest duńskie piwo, amerykańska whisky i miejscowe wino - wyliczył
al-Muttalib.
Był o połowę młodszy od pracującego dla niego kapitana, o głowę wyższy i lżejszy o dwadzieścia kilo. Krótka czarna broda okalała pociągłą twarz i nadawała męską ostrość dużym, sprawiającym wrażenie naiwnych, migdałowym
oczom. Mimo młodego wieku i zmiennych kolei wojennego losu on - siódmy
syn niepiśmiennego Haniego z Marrakeszu - był już milionerem. Miał w Tangerze kilka działek budowlanych nad samym morzem, sporo ulokowanych w szwajcarskich bankach pieniędzy, całe stado opłacanych przez siebie
celników i poprawne układy z francuską władzą. Tyle że to ostatnie
trochę go zaczynało uwierać. W zacienionych sukach i wąskich uliczkach
Petit Socco, czyli starej dzielnicy arabskiej, szeptano coraz głośniej,
że Jasir za bardzo się zbliżył do kolonialnych ciemiężycieli i zbyt
skromnie wspiera wierne sługi sułtana Muhammada V, dążącego do oderwania
Maroka od Francji. A to niedobrze. W tych stronach za mniejsze rzeczy
rozpłatywano ludziom gardła.
ROZDZIAŁ 7
Nieznanowice
koniec października 1944 roku
Pociąg ruszył, kiedy zapadła noc. Stukając, skrzypiąc i postękując,
toczył się przez nieoświetlone stacje wraz z ładunkiem ludzi uznanych za
zdatnych do pracy. Adam wyglądał na zewnątrz przez szparę między deskami
w ścianie. Gdzie jadą? Co czeka ich na końcu podróży? Kolejowa rampa i esesmani z dobermanami, którzy zagonią ich do komory gazowej?
Wolał nie sprawdzać. Drapał i naciskał szparę, sukcesywnie odłupując od
desek drzazgi. Pierwsze były tak cienkie, że wręcz niewidoczne, kiedy
jednak otwór poszerzył na tyle, by wcisnąć w niego palce, mógł już
próbować wyłamywać większe kawałki.
Pierwsza deska pękła z donośnym trzaskiem koło północy. Odgłos zagłuszył
na szczęście łoskot kół. Adam usunął skruszone drewno, czując na twarzy
chłód jesiennej nocy. Przytknął twarz do szerokiego na dziesięć
centymetrów otworu, wdychając zapach leśnego igliwia, podmokłych łąk,
dymu z kominów i mgły. Zapach wolności.
Obserwowany przez współtowarzyszy podróży, zaparł się o prostopadłą
ścianę wagonu ręką i zaczął kopać w kolejną deskę. Tę wyłamał już
znacznie szybciej. Od razu zabrał się do następnej.
Już niemal kończył, kiedy w oddali pociągu rozbrzmiały strzały.
Najwyraźniej nie był jedynym, który próbował uciekać. Komuś w innym
wagonie udało się wybić otwór i wyskoczyć, a siedzący na dachu
ostatniego wagonu Niemcy otworzyli ogień! Adam życzył uciekinierom
szczęścia.
Był już brzask, kiedy pękła trzecia deska. Otwór poszerzył się do
trzydziestu centymetrów. Wystarczy. Już miał się wcisnąć w to wąskie
przejście, kiedy przypomniał sobie o strażnikach na dachu. Skoczy i co?
Jeśli zbyt długo zostanie przy nasypie, szkopy załatwią go, waląc z góry. A jeśli rzuci się do ucieczki na przełaj przez pole, będzie dla
nich widoczny jak na dłoni.
- Trzeba poczekać, aż dojedziemy do jakichś zabudowań albo do lasu -
mruknął do siebie.
Wtedy poczuł mocne szarpnięcie.
- I co? Nie skaczesz pan? To się odsuń! - pieklił się niewysoki facecik
z wąsem i w berecie z antenką.
- Za wcześnie - odpowiedział Adam i chciał dodać coś jeszcze, tamten już
jednak przeciskał się przez otwór.
Skoczył. Przekoziołkował nawet zwinnie, jak piłka. Szybko zerwał się na
nogi i niczym zając skoczył przez łąkę. Wtedy padły strzały. Cała
kanonada! Ziemia obok stóp biegnącego jakby się zagotowała. Sekundę
później upadł z rozrzuconymi na boki rękami.
Kolejka chętnych do ucieczki, która tymczasem ustawiła się przed
wyłamaną dziurą, w milczeniu się rozproszyła. Zrezygnowani ludzie z powrotem klapnęli na podłogę.
Czas naglił. Robiło się coraz jaśniej, a pociąg wciąż jechał przez puste
równiny. Raz i drugi w oddali zamajaczyły lasy, ale zbyt daleko, żeby
bezpiecznie do nich dobiec. Adam tracił już nadzieję, gdy wreszcie
zobaczył, że mijają przejazdy kolejowe, domki, szopy, jakieś magazyny.
Pociąg zwolnił - wjeżdżali do miasta!
- Teraz! - krzyknął sam do siebie i rzucił się w pustkę.
Ziemia uderzyła go słabiej, niż się spodziewał. Przekoziołkował i od
razu stanął na nogi. Natychmiast rzucił się biegiem za najbliższy,
stojący obok torów budynek. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że
strażnicy nie zdążyli zareagować.
Pół godziny później już rozpoznał, że jest na przedmieściach
Częstochowy. To dobrze! Trochę zboczył z trasy, ale grunt, że wywieziono
go na południe. Do Nieznanowic stąd już niezbyt daleko. Teraz trzeba do
stacji, zdobyć jakoś bilet i wsiąść do pociągu przez Koniecpol. Ruszył
nasypem po torach, przeskakując co drugi podkład.
Wchodził już na stację, kiedy niespodziewanie podjechały "budy" -
ciężarowe ople blitz z plandeką. Zaroiło się od zielonkawych mundurów
Schutzpolizei. Chciał się cofnąć, ale było za późno. Niemcy spychali
wszystkich na stację. Cholera, łapanka.
Wolecki stał w zwartym tłumie otoczonym kordonem żandarmów. Jakiś oficer
kontrolował ludzi ustawionych z przodu. Niemal marszowym krokiem szedł
od prawej do lewej, sprawdzając kolejno kenkarty. Tych, którzy nie mieli
mocnych papierów, żołnierze od razu pakowali do ciężarówek. Szczęśliwcy,
którzy zaliczyli kontrolę, bo byli na przykład zatrudnieni w okolicznych
fabrykach, mogli iść przed siebie na perony i do pociągu.
Zbliżała się jego kolej. Z tyłu napierał zniecierpliwiony tłum. Co
robić? Przecież nie miał nie tylko "dobrej", ale w ogóle żadnej
kenkarty. Z pustymi rękami na pewno zostanie aresztowany!
Oficer pracowicie sprawdzał kolejne rzędy. Szedł zawsze od prawej do
lewej, przepatrując dokumenty kolejnych podróżnych, a potem wracał na
początek następnego szeregu.
Co robić?
Próbował się wycofać, co zresztą tylko nieznacznie odwlekłoby chwilę,
kiedy zostanie aresztowany. Zwarty tłum za nim napierał jednak do
przodu. I w końcu, chcąc nie chcąc, Adam znalazł się w pierwszym
szeregu. Oficer już się zbliżał, a ludzie trzymali w palcach
przygotowane do kontroli papiery. Wyglądało na to, że tylko Wolecki nie
ma nic do pokazania! Rozejrzał się bezradnie. Za nim już sformował się
kolejny szereg, w którym ludzie unosili gotowe do sprawdzenia kenkarty.
Oficer był trzy osoby przed nim. Zaraz jego kolej. Czując, że brak mu
tchu, znów zerknął za siebie. Tuż za plecami miał ogorzałego mężczyznę w robociarskiej czapce, z pewnością siebie wymachującego swoimi
dokumentami. Pewnie miejscowy robotnik. Taki nie musiał się martwić, że
zostanie zatrzymany.
Niemiec był tuż obok, wczytując się w kenkartę sąsiada. Teraz albo
nigdy! Adam szybkim ruchem wyrwał stojącemu za sobą robociarzowi jego
dokument i płynnie pokazał odwracającemu się właśnie do niego
policmajstrowi. Ten tylko rzucił okiem, kiwnął głową i przeszedł do
następnego w szeregu. Wtedy Wolecki oddał kenkartę robociarzowi, który -
kompletnie zaskoczony - dopiero otwierał usta do krzyku. Mając swój
bezcenny dokument z powrotem w palcach, zamilkł. A Adam Wolecki
przeszedł lekkim krokiem w stronę peronu.
Nie miał biletu na pociąg ani pieniędzy na zakup. Stojący w przejściu
bileter był jednak tak przejęty łapanką, że machnął ręką, kiedy z przepraszającą miną Wolecki go ominął.
Piętnaście minut później wciskał się już do pociągu. Zasięgnął języka i dowiedział się, że Nieznanowice to druga stacja za Koniecpolem. Po
chwili ruszyli, zostawiając zgiełk łapanki za sobą.
Wolecki cały czas stał przy drzwiach, gotów wyskoczyć w razie kłopotów.
Pierwsza stacja - bezpiecznie. Lokomotywa gwizdnęła i ruszyła w chmurze
pary. Ktoś mu wyjaśnił, że młyn pana Leonarda stoi tuż przed
miasteczkiem, nad potokiem, na skraju lasu.
Przed Nieznanowicami rozciągały się pola. Ani jednej chałupy, żadnego
drzewa! Tylko droga biegnąca wzdłuż nasypu. Kiedy więc pociąg zwolnił,
dojeżdżając do stacji, Adam na wszelki wypadek wyskoczył. Miał rację!
Gdy skład wtoczył się na małą stację, od razu obskoczyli go Niemcy.
Kolejna łapanka!
Nikt go już nie niepokoił, kiedy maszerował do młyna polną drogą. Buty
zdjęte z trupa przy wraku "Bajki" szybko przemokły w koleinach. Żałował,
że nie ma oficerek podarowanych mu w innym życiu przez ojca Róży, w których przewalczył całe powstanie. Ale cóż, gdyby to w nich spróbował
wyjść z miasta, udając cywila - nikt by mu nie uwierzył.
W końcu doszedł na miejsce. Młyn był okazały, a pod nim uwijali się
uwalani mąką robotnicy. Właśnie ładowali worki do kabrioletu, w którym
zasiadał oficer w mundurze własowca i kierowca z MP40 przewieszonym
przez pierś. Adam odczekał, aż odjadą, i dopiero wtedy wszedł do środka.
Chyba jednak nie wyglądał na klienta, bo na jego widok robotnicy
gniewnie zmarszczyli brwi.
- Pan Leonard? - zagadnął starszego od pozostałych, postawnego mężczyznę
z wąsami fantazyjnie podwiniętymi ku górze.
- Leonard Czepliński - potwierdził tamten, mierząc go twardym
spojrzeniem spod krzaczastych brwi. - A pan to kto?
- Czy jest tu może Zosia? Zosia Zaporewicz? Jestem jej przyjacielem.
* * *
Zosi nie zastał, ale pan Leonard przyjął go pod swój dach bez wahania.
Oczywiście, że pamiętał pana Rotfelda i jego piękną żonę Elwirę. A także
ich uroczą córeczkę Zosię i jej psotnego braciszka Kubusia. Adam kiwał
głową, ale musiał przyznać, że nie wie nic o rodzinie starszej
szeregowej Łani. Pierwsze słyszał nawet, że ma brata!
- Nie znaliście się zbyt długo, co? - Pan Leonard podkręcił wąsa.
- Krótko, ale intensywnie - przyznał Adam.
Stary ziemianin nie pytał już o nic więcej.
Wolecki szybko odzyskał siły i zaczął pomagać we młynie. Noszenie
ciężkich worków, ładowanie wozów ciągniętych przez perszerony, machanie
szuflą - to było coś, w czym się odnajdywał. Jakby wrócił do rodzinnego
Wołynia...
Liście jesionów i buków pożółkły i zaczęły się osypywać z gałęzi przy
byle wietrze. Nocami chwytały pierwsze przymrozki ścinając kałuże w matematycznie czyste wzory fraktali. Matematyka... Czasy, kiedy studiował
na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, kiedy niemal codziennie
widywał profesora Banacha czy jego asystenta Stanisława Mazura, wydawały
mu się już nawet nie odległą przeszłością, ale innym życiem. Zupełnie
jakby był Hindusem uwikłanym w ciąg kolejnych wcieleń i na dodatek
pamiętał je wszystkie...
Był najedzony, wyspany (choć czasem nocami do młyna wpadali partyzanci i trzeba było do rana polewać im wódki), ale nie odzyskał spokoju. Każdego
dnia wypatrywał Zosi. Ta dziewczyna stała się jego obsesją! Tłumaczył
sobie, że pewnie udało jej się przepłynąć Wisłę, że jest bezpieczna z Frankiem na warszawskiej Pradze. A mimo to podświadomie czuł, że to
nieprawda. Myśli, że Zosia nie żyje, w ogóle nie dopuszczał do siebie.
Co więc mu pozostało? Tylko zerkać co chwilę na drogę wiodącą od stacji.
A tymczasem Zosia nadeszła od strony lasu. Była wychudzona, ogorzała od
słońca, ubrana wciąż w tę samą co w powstaniu powycieraną poniemiecką
panterkę, która teraz wisiała na niej jak na strachu na wróble. Szła
jednak prosto, pewnym siebie krokiem.
Rozpoznał ją z daleka, kiedy akurat stał na szczycie załadowanego mąką
wozu. Jednym susem skoczył na ziemię i puścił się biegiem. Dopadł do
niej zdyszany, jeszcze niepewny, czy się aby nie wygłupił. Ale nie, to
naprawdę była ona!
- Gdzieś ty się podziewała? - spytał przez ściśnięte gardło.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi samymi oczami.
- Trochę się włóczyłam po lesie z partyzantami. Ale porucznik "Dolina"
właśnie rozwiązał oddział, zwalniając wszystkich z przysięgi.
Pokręcił głową z niedowierzaniem. "Oddział", "przysięga" - czy te słowa
miały jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Przecież świat ich wartości
właśnie zawalił się na ich oczach! Zamiast jednak to powiedzieć, ujął
dłońmi jej twarz, wplótł palce we włosy, a potem nachylił się do jej
ust.