PROLOG
- Pani wcale nie przyszła do mnie jako dziennikarka. Nie chodzi o wywiad
do pisma, prawda?
I co teraz? Żeby zyskać na czasie, Monika założyła nogę na nogę i rozejrzała się po gabinecie. Pod oknem stało biurko. Ciężkie. Pewnie
mahoniowe. Albo z jakiegoś innego szlachetnego drewna. Srebrzył się na
nim jedynie otwarty laptop z nadgryzionym jabłuszkiem, pyszniła ciężka
lampa z brązu i wygięty w łuk orientalny nóż do papieru. Poza tym nic
nie zakłócało idealnej gładzi blatu. Obok dostojnego mebla lśniła
przeszklona półka z książkami. Same angielskie tytuły, co drugi miał w nazwie słowo psychology. Jej rozmówca, doktor Dowgiłło, siedział
naprzeciw niej na wyściełanym skórą krześle; takie samo zajmowała
Monika. Na prawo od niej stała pokryta identycznym materiałem sofka, a obok drewniany taborecik. Na przeciwległej ścianie wisiał obraz
przedstawiający martwego powstańca styczniowego Witkiewicza. Jeśli była
to reprodukcja, to piekielnie dobra.
"Chciałabym mieć w domu taki porządek" - westchnęła w myślach, jak
zwykle w takich chwilach czując ukłucie wyrzutów sumienia. Na szczęście
niezbyt silne.
- No więc... - Doktor Dowgiłło zachęcająco zawiesił głos.
Przeniosła na niego spojrzenie i od razu przyłapała go na ślizganiu się
wzrokiem po jej trochę zbyt opiętych dżinsach. Opiętych, bo przez cztery
lata od urodzenia Tosi toczyła nierówny bój z wagą, która chyba zacięła
się na sześćdziesięciu pięciu kilo. Za dużo! Ale to przecież nie powód,
żeby gapić się na jej pupę! Zwłaszcza gdy się ma piękny gabinet i tytuł
doktora psychologii. To chyba do czegoś zobowiązuje?
Dowgiłło dostrzegł przyganę w jej oczach i lekko się speszył. Szybkim
ruchem poprawił koszulę z rozpiętymi nonszalancko dwoma guzikami.
Niewysoki, szczupły, wręcz drobnej postury, ale bardzo elegancki
mężczyzna w średnim wieku. Przetykane siwizną włosy, dobrze przycięte i ułożone, podobnie jak krótka bródka wzmacniająca owal nieco zbyt chudej
twarzy. Spodnie w kant, skórzane buty w szpic, i ta koszula w cenie
wierszówki za rozkładówkowy artykuł. Do tego marynarka zawieszona na
oparciu fotela za biurkiem. Na nosie okulary w cienkiej, modnej oprawce.
- Jest pani dziennikarką miesięcznika, hm, "Kobieta taka jak ty", czyż
nie? - Starał się wypełnić dzielącą ich ciszę. - I umówiła się pani ze
mną na wywiad. Ale wyczuwam... widzę po prostu, że pani szuka pomocy.
Dobra, już czas się przyznać. Podpieranie się legitymacją prasową w załatwieniu prywatnej sprawy było błazenadą. Tak to jest, gdy się słucha
dobrych rad koleżanki. Edyta przekonywała, żeby Monika - zanim podda się
terapii - wybadała faceta, czy to aby nie jakiś szarlatan. W sumie
powinna być zadowolona, że została zdemaskowana. Teraz wystarczy
poprosić o pomoc. Tylko czemu to takie trudne?
- Jaki ma pani problem, Moniko? - Doktor Dowgiłło postanowił jeszcze
bardziej skrócić dzielący ich dystans, pochylając się ku niej poufale. -
Z czym nie może pani dać sobie rady, że szuka pani pomocy hipnotyzera?
Wzięła głęboki wdech i nagle poczuła, że ma straszną ochotę na
papierosa. A przecież rzuciła dziesięć lat temu, kiedy tylko zaczęli się
z Bogdanem starać o dziecko! No, dosyć głupot. Nie może przesiedzieć
całego spotkania, milcząc jak sfinks. Nie jest studentką, a on jej
profesorem. I to nie jest sesja. A więc...
- Wizytę u pana zasugerował mi psycholog.
- O, ho, ho! A więc odwiedziła już pani jakiegoś psychologa!
- Tak - potwierdziła, zastanawiając się, czy jowialny ton doktora
oznacza urazę, że nie przyszła prosto do niego, czy radość z przywróconej między nimi łączności.
- A jaka była diagnoza tego specjalisty?
A więc jednak uraza.
- Stwierdził u mnie PTSD. Znaczy...
- Post-traumatic stress disorder. Czyli zespół stresu pourazowego.
Znam terminologię fachową. - Doktor chyba trochę za bardzo się puszył,
ale jej było już wszystko jedno. - Można wiedzieć, jakie ma pani objawy?
Monika odkryła ze zdziwieniem, że zaciska i rozprostowuje pięści. Mocno.
Tak, że paznokcie wbijały jej się w dłonie.
- Nazwałam męża nadętym bufonem.
- Nadęty bufon. - Dowgiłło zdawał się smakować te dwa słowa.
- I dupkiem.
- Ha! Niezłe, choć dość pospolite! - Niemal klasnął w dłonie. - Tylko
tyle?
- Proszę pana, ja to zrobiłam na przyjęciu urodzinowym teściowej! I jeszcze rzuciłam o ścianę filiżanką odziedziczoną po jego babci.
- Dlaczego, na miły Bóg?
- No właśnie... - westchnęła. - Wcześniej zupełnie sobie nie radziłam z naszą córeczką. Tosia płakała, a ja nie umiałam jej uspokoić. Brałam na
kolana, przemawiałam, robiłam miny. Teściowie patrzyli z politowaniem, a ona wrzeszczała coraz głośniej.
- Pewnie wyczuwała pani zdenerwowanie...
- Chyba tak. Więc w końcu Bogdan wyjął mi ją z rąk i pohuśtał. Od razu
ucichła. Jego rodzice spojrzeli na mnie z wyższością szkolnego pedagoga,
a on dodał mentorskim tonem, że trzeba mieć podejście do dziecka. Wtedy
pękłam.
- To się zdarza. - Wzrok Dowgiłły ślizgał się teraz po jej dekolcie.
Co jest, u licha? Przecież ubrała się w dżinsy i sweter! Na pewno nie
chciała być prowokująca. Czemu ten facet nie może utrzymać wzroku na
wodzy?
- Ale mnie to się zdarza ciągle - skwitowała niezamierzenie ponurym
głosem. - W dodatku coraz częściej. Wybuchy złości, utrata kontroli...
Więc po tej aferze u jego rodziców Bogdan poradził, żebym poszła w końcu
do psychologa. A ten zdiagnozował PTSD. I zasugerował hipnozę, żeby
poznać jego genezę.
- A jakie właściwie zdarzenie wywołało u pani ten traumatyczny uraz?
- No właśnie, kurczę, nie wiem.
- A więc uległa pani wypadkowi lub padła ofiarą przestępstwa, ale pani
umysł wyparł to, co się działo w trakcie zdarzenia. I za pomocą hipnozy
regresyjnej chce pani...
- Doktorze, ja nawet nie wiem, czy to był wypadek, czy przestępstwo.
- Jak to? Zupełnie nic pani nie pamięta? - Po raz pierwszy do głosu
mężczyzny wkradł się niepokój.
- Zupełnie nic.
- Długa jest ta luka?
- Dziesięć lat.
- Co?!
- Nie pamiętam niczego, co działo się przed moimi dziesiątymi
urodzinami.
Nerwowym szarpnięciem doktor rozpiął trzeci guzik.
"Trudny przypadek, tak się chyba określa pacjentów takich jak ja" -
zdążyła pomyśleć, zanim Dowgiłło zadał kolejne pytanie:
- A rodzice? Nie spytała ich pani, co się działo, gdy była pani małym
dzieckiem?
- Rzecz w tym, że ich nie znam. Pierwsze moje wspomnienie to to, jak się
budzę w szpitalu z zabandażowaną głową. A przy moim łóżku nikogo nie ma.
- Ktoś panią uderzył?
- Ktoś mnie postrzelił. Z czaszki wyjęto mi kulę. To ona wywołała
amnezję. Nie wiedziałam, jak się nazywam ani gdzie mieszkam. Nic.
Pustka. Po wyleczeniu trafiłam więc do sierocińca jako NN, czyli w terminologii policyjnej nazwisko nieznane. Tam dostałam imię Monika i nazwisko Niepomna. Pewnie jako żart, że nic nie pamiętam. Ha, ha.
- Rany, kto mógł strzelać do dziecka?!
- Nie wiem, sprawcy nigdy nie złapano. Nikt też mnie nie szukał, nie
figurowałam na liście osób zaginionych. Jakbym w ogóle nie istniała
przed tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym rokiem.
W sterylnie czystym gabinecie oświetlonym sączącym się ze ściennych
kinkietów światłem zapadła niezręczna cisza.
- To jak? Pomoże mi pan cofnąć się do przeszłości?
- Cóż... hm, tak. Właściwie to sam jestem zaintrygowany pani... przypadkiem.
- Tylko jedna prośba, doktorze.
- Jaka, pani Moniko?
- Gdy będę w hipnozie, niech się już pan więcej nie gapi na mój tyłek. I rączki przy sobie.
* * *
- Obudź się! No obudź się, cholera jasna! - Do świadomości Moniki,
gęstej i lepkiej niczym melasa, wdzierał się płaczliwy ton jakiegoś
faceta.
Zamrugała powiekami. Potrząsnęła głową. I nareszcie obraz widziany przez
oczy zaczął docierać do jej mózgu. Od razu tego pożałowała.
- Obudź się, kobieto!!! - Głos doktora Dowgiłły wibrował na najwyższych
tonach histerii.
Ten drobny, niższy od niej o pół głowy mężczyzna był przerażony. Powoli
rozejrzała się wokół.
Kurczę, dlaczego gabinet jest zrujnowany?
Skóra na sofie, na której doktor kazał jej się położyć przed
wprowadzeniem w hipnozę, była pocięta, a gąbka wewnątrz poszarpana. Blat
biurka wyglądał jak tafla lodowiska po meczu hokejowym. Laptop gdzieś
zniknął. To samo lampa. Nie! Oba przedmioty wylądowały roztrzaskane pod
ścianą, na której wciąż wisiał obraz Witkiewicza. Tyle że rozpłatany na
krzyż. Najgorzej jednak przedstawiała się półka z książkami. Leżała
przewrócona, szkło rozprysło się na tysiące lśniących drzazg, a dumne
naukowe tomy zaściełały podłogę.
- Kto to zrobił? - szepnęła, patrząc w rozszerzone przerażeniem oczy
hipnotyzera.
Zamiast odpowiedzieć, cofnął się tylko o krok. Jakby znalazł się w klatce tygrysa. Monika opuściła wzrok. I zobaczyła, że trzyma w ręku
zakrzywiony nóż do papieru.
- To ja?!
Dowgiłło przełknął ślinę, a jego chuda grdyka podjechała w górę i opadła
w dół. Wciąż czujny i wystraszony, pokiwał głową.
- Proszę stąd iść - szepnął.
- Ale... Co się stało?
- Wynoś się stąd! Wariatko. Ja... - Głos mu się załamał, jakby miał
zaszlochać. - Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego!
Rozdział 1
Dwór w Gołubiczach na Wileńszczyźnie
Sierpień 1863 roku
Panna Aleksandra Zaporewicz usłyszała dobiegający z zewnątrz tętent
kopyt i wyjrzała przez otwarte na oścież okno. Od razu rozpoznała ojca
galopującego na swoim ulubionym karym ogierze. Pędził w tumanie kurzu
szeroką alejką, która prowadziła przez ogród francuski do trzech stopni
przed głównym wejściem do dworu.
- Boże, chyba nic się nie stało? - Jej matka, kobieta w wieku
balzakowskim, złapała się za pierś, omal nie upuszczając filiżanki z saskiej porcelany.
Nieco operetkowy gest natychmiast poderwał na równe nogi rezydenta, pana
Stanisława de Ville?a, który w trzech susach pokonał salon oraz sień i zatrzymał się dopiero pod wspartym czterema kolumnami portykiem nad
dwuskrzydłowym wejściem. Oleńka skoczyła za nim.
- Jest mama? - spytał Henryk Zaporewicz, zgrabnie zeskakując z wierzchowca. Mimo dojrzałego wieku, czterdziestu lat, był
nadspodziewanie sprawny i gibki.
- Wszystko w porządku, papo? - odpowiedziała Oleńka pytaniem.
- Pani Helena została w salonie - pospieszył z wyjaśnieniem rezydent.
Henryk poufałym gestem rzucił mu wodze, ale zaraz potem - jakby dla
złagodzenia tego dość niestosownego zachowania - poklepał go przyjaźnie
w ramię. Następnie pokonał schodki i uśmiechając się do najstarszej
córki, wkroczył w chłodny cień dużego domu z dwuspadowym dachem.
- Żniwiarzom kończy się popiwek! - zagrzmiał, zanim jeszcze wkroczył do
salonu. - Znajdzie się jeszcze jakaś beczka w piwnicy? Bo jeśli nie, to
jak te zaściankowe sknery Młynarscy będziemy musieli poić żeńców wodą z octem!
Pani Helena wstała sztywno z fotela, władczym ruchem odstawiła filiżankę
z namalowaną na niej sceną łowiecką i bez słowa skierowała się do
kuchni. Jej ciężka suknia zaszeleściła, zamiatając idealnie czystą
dębową podłogę.
- Niech Andzia zawoła parobków i każe im wytoczyć z dołu kolejną beczkę!
Albo i od razu dwie - dobiegł z głębi domu jej opanowany głos. - Te
chłopy piją popiwek jak wenecka gąbka wodę!
Ojciec i córka popatrzyli po sobie z rozbawieniem. Henryk podkręcił
nawet przetykanego już lekko siwizną wąsa. Na głos nie wypadało
wyśmiewać dworskich manier pani domu, ale jej wyniosłość trochę nie
pasowała do wiejskiej gorączki żniw, która opanowała majątek. Pogoda
była idealna, na rozedrganym upałem niebie ani jednej chmurki, pola aż
raziły złotem kłosów. Lecz jutro, a może nawet już tej nocy, spodziewano
się burzy. Trzeba było się spieszyć ze zbiorem pszenicy i to normalne,
że w dusznym i ciężkim skwarze zapamiętale machający kosami chłopi muszą
coś pić.
- Każ im wynieść jeszcze kilka kwaterek wódki! - zawołał dziedzic niemal
proszącym tonem w ślad za panią Heleną. - Zasłużyli na coś więcej niż
słodowa lemoniadka.
- No, jak tam sobie chcesz - odkrzyknęła raczej bez entuzjazmu pani
domu. - Żeby tylko znów przodownika nie pobili. Wiesz, jacy oni są po
gorzałce.
- Może pojadę z panem? Pomogę w czymś? - zaproponował bez przekonania
pan de Ville.
Był to zubożały szlachcic z Mazowsza albo i z Kujaw, którego przyjęli
pod swój dach jeszcze wiosną. Ani to kuzyn, ani powinowaty, ale wiadomo
- herbowy musi pomóc w potrzebie drugiemu herbowemu. Tym bardziej że de
Ville miał podobno coś wspólnego z francuskim hrabią znad Loary o tym
samym nazwisku. Tak przynajmniej dawał do zrozumienia po trzecim
kieliszku pędzonej w dworskiej gorzelni starki.
- Nie, zostań w cieniu, młodzieńcze. - Pan Henryk znowu pozwolił sobie
na poufałość. - Dzisiaj, przed burzą, na polu wyjątkowy skwar. - A potem, wychodząc już na dwór, odwrócił się i krzyknął za siebie: - Każę
podjechać wozem po te beczki! Dziękuję, Heleno!
Po chwili znów zadudniły kopyta, a Stanisław i Oleńka zostali na
schodach sami.
- Przejdziemy się? Do sadu i z powrotem - zaproponował.
- Nawet do rzeczki! - odpowiedziała i z ochotą podała mu ramię, a drugą
ręką sięgnęła po parasolkę.
Kiedy wyszli z dworu - sporego dwuskrzydłowego domu z bielonego drewna,
spiętego w środkowej części wspartym na kolumnach portykiem i solidnym
wykuszem z półokrągłym oknem - wkroczyli na zalany złotym światłem
trawnik ogrodu francuskiego. Z nieba lał się taki żar, że nawet ptaków
nie było słychać. I tylko nad kwietnikami brzęczały pszczoły i trzmiele,
a róże pachniały bardziej oszałamiająco niż zawsze, wyciągając płatki ku
płonącemu w błękicie słońcu. Zamiast od razu rozłożyć parasolkę, Oleńka
kręciła nią kółka i piruety. W sercu czułą dziwną lekkość i podniecenie,
bo oto chyba po raz pierwszy była z imć panem Stasiem sam na sam. I szli
sobie pod rękę na spacerek. Dobrze, że mama tego nie widziała! Zaraz
zresztą, mijając kwietnik i w paryskim stylu przycięty klomb, wkroczyli
w cień rzucany przez potężne platanowce, za których szpalerem rozciągał
się wielki sad, pełen starych jabłoni i gruszy.
- Piękne lato - zauważył niezbyt oryginalnie pan de Ville.
Oleńka zerknęła na niego z ukosa. Wysoki, ale szczupły, wręcz kruchy
mężczyzna o ciemnych włosach zaczesanych z przedziałkiem, z cienkim
francuskim wąsikiem nad górną wargą. Starszy od niej o cztery lata,
uprzejmy i dobrze wychowany. Intrygował ją. Mówiono o nim, że stracił
majątek po tym, jak się zakochał w Akaszy, Cygance z wędrownej trupy.
Ponoć zaprosił do swego domu cały jej tabor, poił, karmił, przepijał z prostymi masztalerzami - ku zgorszeniu sąsiadów i dobrodzieja
proboszcza. Powiadano, że za jeden pocałunek śniadej piękności rozdawał
tureckie siodła i polskie rzędy odziedziczone po przodkach. Że tak był w nią zapatrzony, iż się nie spostrzegł, jak rozkradziono mu mienie, a sprytni kupcy powystawiali kredyty pod zastaw ziemi. I kiedy jesienią
tabor znów ruszył w drogę, zlicytowano jego majątek, który otrzymał w spadku po kolejnych dumnych pokoleniach de Ville'ów.
"Jeśli to prawda, mężczyzna z niego niezbyt mądry, ale za to romantyk..."
- pomyślała. I zaraz oprzytomniała, upominając się w duchu, że przecież
jest już po zaręczynach z Jankiem Młynarskim, paniczem z sąsiedztwa.
Tylko że szybka ceremonia dzień przed wyruszeniem jego oddziału do
powstania odbyła się w styczniu - a więc pół roku temu. "Wrócę, zanim
nadejdzie kolejna zima" - powiedział wtedy. Pół roku... to sporo dla
kogoś, kto ma dopiero szesnaście lat. Obraz Janka, równie wysokiego jak
de Ville, ale znacznie okazalszej postury, nieco się w jej oczach
zatarł. Tak, pamiętała jego zawadiacki uśmiech spod wąsa i skrzypienie
śniegu pod kopytami, kiedy odjeżdżał. Ale te wszystkie żarliwe słowa o Polsce, Bogu, Honorze i Sławie, którymi wtedy rozpalał ją do
czerwoności, teraz, kiedy była starsza, jakoś przyblakły, a nawet - o zgrozo! - wydawały się troszkę naiwne.
- Co pan powiedział? - Nagle zdała sobie sprawę, że Stanisław nie
poprzestał na wyrażeniu zachwytu nad pięknym latem i mówi dalej coś, co
puściła mimo uszu.
- Powiedziałem, że cudownie by było wybrać się jednokonną linijką na
przejażdżkę - powtórzył.
Czy się przesłyszała? Czy proponował jej właśnie wypad tylko we dwoje?
Może nie słyszał, że była już zaręczona? Nie, niemożliwe. O Janie nie
mówiło się co prawda we dworze zbyt głośno - wiadomo, Moskale wszędzie
mieli szpicli - ale mariaż szlachcianki, jednej z najlepszych partii
stąd aż do Wilna z jedynym spadkobiercą znamienitego, choć nieco
podupadłego rodowego nazwiska i równie podupadłego majątku? To nie mogło
nie być tematem plotek. Trzeba być głuchym, żeby nie złowić ich uchem,
jeśli mieszkało się tutaj od wiosny!
- Lepiej pojedźmy czterokonnym kabrioletem - sprostowała z uśmiechem,
wyzwalając się z uścisku jego ramienia - w którym oprócz nas zmieszczą
się papa, mama i Andzia!
- Aż tak się mnie pani boi? - Stanisław zatrzymał się, przeszywając ją
spojrzeniem ciemnych oczu.
Oleńka poczuła się nieswojo. Ale w taki przyjemny, słodko omdlewający
sposób.
- Może bardziej boję się siebie? - Zaśmiała się nerwowo.
- Pani Oleńko, ja... - De Ville postąpił o krok i chyba chciał ją objąć,
ale...
Pach! Parasolka niemal wybuchła mu z trzaskiem w twarz.
- Rzeczywiście, słońce pali dziś mocno - usprawiedliwiła się i uniosła
ambrelkę nad głowę.
De Ville nie odpowiedział. Szedł w milczeniu przed siebie i mocno
zaciskał szczęki.
- Ja wiem - wycedził w końcu, zatrzymując się w plamie cienia rzucanego
przez kilkudziesięcioletnią śliwę. - Mówiono mi. Szeptem. Po kątach.
- Co takiego? - Oleńka czuła, jak krew odpływa jej z twarzy.
- Pani czeka na tego... warchoła.
- Powstańca - poprawiła z naciskiem.
- Warchoła, bo całe to ich powstanie narodowe to zwykłe warcholstwo i rozbój. Słyszała pani? Zaledwie tydzień temu, ósmego dnia sierpnia pod
Żyrzynem, oddział pewnego watażki zwanego Krukiem napadł na rządowy
transport pieniędzy idący z Warszawy w głąb Rosji.
Zrobiło się jej słabo. Ledwo się powstrzymała, żeby nie oprzeć się o drzewo. Kruk... To pseudonim podpułkownika Heydenreicha, dowódcy Janka...
De Ville nie zwrócił uwagi na jej bladość i w zacietrzewieniu perorował
dalej:
- Mienią się patriotami, a postąpili jak przydrożni zbóje. Pozabijali
rosyjskich żołnierzy, podobno położyli ich tam pokotem prawie dwie
setki! I wzięli ogromny łup. Ponoć dwieście tysięcy rubli. W złocie i banknotach.
Oleńka, choć jeszcze przed chwilą z trudem - a nawet gorzej, bo z irytacją - przywoływała wspomnienie chłopca, który na początku roku
błagał ją o rękę, teraz poczuła dziwne rozrzewnienie i niepokój.
- A powstańcy?
- Co powstańcy? - powtórzył de Ville, niemal nie maskując złości.
- Dużo ich zginęło?
Dopiero teraz zmierzył ją uważnym spojrzeniem. Potem wyprostował się,
obciągnął surdut, westchnął i oznajmił sztywnym tonem:
- Nie. Ich padło ledwie dziesięciu, czy coś koło tego. Wielki sukces.
Można tak powiedzieć.
* * *
Wieczór tego samego dnia był nadzwyczajnie ciepły i parny. Choć więc w ogrodzie grały świerszcze, w platanach pohukiwały sowy, a z odległego
lasu dochodziło przeciągłe zawodzenie wilka, dla każdego było jasne, że
szykuje się zmiana pogody. Nadchodziła burza.
Pan Henryk Zaporewicz był rozdrażniony - nie zebrał dzisiaj całej
pszenicy. Pani Helena, dobrze znając męża, starała się zatem, by wieczór
był elegancki i uroczysty. Nie kazała służbie zapalać zwykłych,
skwierczących i migoczących łojówek. Przynajmniej nie na pokojach. W kuchni, w izbach Andzi, starego kamerdynera Kleofasa i czeladzi -
owszem. Ale do kolacji przyniesiono świece woskowe, odlewane z surowca z własnej pasieki. A na samym stole pysznił się srebrny kandelabr
obsadzony kupionymi w Wilnie, a sprowadzonymi aż z Petersburga świecami
stearynowymi. Takich nie trzeba było co chwilę przycinać, a ich płomień
nie drgnął, chyba że w przeciągu. Duszne, ciężkie powietrze było jednak
nieruchome.
Siedzieli przy stole, na którym główną rolę grała szynka w razowym
cieście, pieczona w piecu chlebowym i otoczona kompanią potraw
mniejszego kalibru i autoramentu. Stały tam ciężka waza chłodnika
litewskiego, półmiski wypełnione cielęciną i krążkami wędzonej w kominie
kiełbasy, talerze z ustawionymi w piramidę kulami żółtego sera,
przygotowanego na sprowadzanej aż ze Szwajcarii podpuszczce i codziennie
masowanego w piwniczce przez Andzię i Kleofasa, a czasem też Oleńkę i jej dwie młodsze siostry - bliźniaczki Laurę i Klarę. Były jeszcze
gorące pszenne bułeczki, chleb żytni oraz razowy i zasmażane
ziemniaczki. Same frykasy! Zwykły salceson, kaszankę i flaki pozwolono
jeść w kuchni służbie.
Mimo tych wiktuałów i luksusów pan Henryk nerwowo przygryzał wąsa i popatrywał na swego rezydenta z ledwie skrywaną irytacją. Stanisław
jednak niewiele sobie z tego robił, zdążył się bowiem przyzwyczaić do
humorów pana domu. Zabawiał najstarszą z Zaporewiczanek rozmową, jakby
chciał przykryć nieprzyjemne wrażenie wywołane rankiem, kiedy nazwał
powstańców zbójami.
- My tu pasiemy brzuchy, a oni tam głodują - burknął pan Henryk i nie
musiał dodawać nic więcej.
Wszyscy wiedzieli, że ma na myśli tych, którzy poszli walczyć z Moskalami. Zimą i on się wyrywał, ale pani Helena spokojnie, acz
stanowczo objaśniła mu, że nie godzi się zostawiać we dworze czterech
kobiet, a właściwie kobiety i trzech dziewczątek. Spasował więc i o powstaniu nie mówił za dużo. Tylko czasem przygadał Stanisławowi o zniewieściałych mężczyznach, co to szabli się boją, albo jak teraz ganił
zbyt wystawne życie.
Trzeba było jednak uczciwie przyznać, że wojna z carskim imperium jakoś
nie rzucała się w Gołubiczach w oczy. Żadnych walk nikt tutaj nie
widział. Tylko czasem drogą na Wilno przemknęła sotnia Kozaków lub
szwadron ruskich dragonów. Widywano też jadące w przeciwnym kierunku
kibitki, a w nich zakutych w kajdany młodzieńców. Żal było patrzeć na
ich puste, pełne rozpaczy oczy. I na ich nadgarstki i kostki, obtarte do
żywego w spiętych przez kowala okowach. A zresztą - od maja tych
transportów już nie było. Po dworach szeptano, że to sprawka nowego
gubernatora rezydującego w Wilnie, Michaiła Murawjowa, który kazał
schwytanych buntowników wieszać na miejscu. Brrr. Zgroza.
Poza tym życie we dworze toczyło się jak zawsze. Szczególnie w czasie
żniw. Roboty w polu było dużo, plon był na szczęście obfity i tylko
ziemiaństwo rzadziej urządzało polowania, bo gonić kłusem z flintą przez
łąki i wykroty, kiedy tam nasi giną w słusznej sprawie, to i jakoś
niepatriotycznie, i trochę strach, że na odgłos pukawek przygalopują
Kozacy lub Czerkiesi. A ci nie umieli docenić uprzejmej gościny. Żarli,
pili, hańbili służebne, a bywało - o zgrozo! - że i szlachetnie urodzone
panny.
Oleńka oderwała spojrzenie od gorących i ciemnych jak wilcze jagody oczu
pana Staszka. Rezydent zawsze bardzo się starał jej przypodobać, ale od
czasu incydentu z parasolką w sadzie zrobił się wręcz natarczywy.
Najgorsze jednak, że jakoś to jej nie przeszkadzało. Ba! Nawet
imponowały jej te jego zaloty. I jeszcze czuła coś... coś dziwnego. Takie
niepojęte rozleniwienie połączone z febrą i uderzeniami gorąca do głowy.
Może to jakaś choroba?
Właśnie się nad tym zastanawiała, gdy za oknami zamigotały pochodnie.
Jacyś konni jechali do dworu! Laura i Klara pisnęły, pani Helena
zbladła, dziedzic zerwał się od stołu i rozejrzał za dwururką.
- Młynarscy! Młynarscy jadą! - zawołał kamerdyner Kleofas, wpadając do
stołowego.
Pan Henryk od razu się odprężył.
- Ech, te wojenne czasy... - westchnął ni to ze smutkiem, ni z nostalgią i ruszył przez sień powitać gości.
Wszyscy przy stole zerknęli po sobie. Sąsiedzi zza rzeczki nie byli
tutaj często widywani. I to pomimo pospiesznych zaręczyn ich Janka i Oleńki. Ziemiańskie rody od kilku pokoleń były skłócone. Tamci nazywali
Zaporewiczów prostymi Litwinami, ci odwdzięczali się, mówiąc, że
Młynarscy to szlachta zaściankowa, co herb podebrała magnackim rodom.
Rodzinne legendy i domowe księgi prowadzone w obydwu dworach wspominały
coś nawet o dawnych wzajemnych zajazdach i pogromach, ale pod ruskim
zaborem między sąsiadami zapanował napięty wprawdzie, ale jednak pokój.
Nic więc dziwnego, że w innych majątkach nazywano ich najstarsze dzieci
Romeo i Julia!
- Bóg w dom! - zagrzmiał pan Henryk, prowadząc do stołowego postawnego
Samuela Młynarskiego z imponującą brodą, która sięgała mu niemal do
pasa, i jego niską, ale pękatą małżonkę. - Siadajcie! Zjedzcie z nami
kolację! Andzia! Przynieś śliwowicy!
- A napiję się, chętnie - sapnął Młynarski, sadowiąc się na krześle,
które pod jego ciężarem niepokojąco zatrzeszczało. - Okazja jest! -
dodał i zerknął podejrzliwie na de Ville'a.
- Możesz pan rozmawiać przy naszym Staszku - pospieszył z wyjaśnieniami
pan Henryk. - To przyjaciel domu.
- A więc... Za wiktorię żyrzyńską! - zagrzmiał Młynarski, wznosząc toast.
- Pewnie już słyszeliście, jak kompania podpułkownika Heydenreicha
wybiła prawie dwie setki Moskali, a do niewoli wzięła niemal trzystu!
Ich dowódca, porucznik Laudański, salwował się ucieczką w podskokach.
List dostałem... - dodał ze wzruszeniem. - Od syna. - Tu spojrzał na
Oleńkę i powiedział: - Dam ci przeczytać.
- Ha! - Pan Henryk aż klasnął w dłonie. - Wojna już długo nie potrwa!
- Wiadomo! - zatrąbił znów niczym surmy bojowe Młynarski. - Jak tylko
Heydenreich przejdzie ze swoimi do Galicji i tam wznieci powstanie
przeciw Habsburgom, będzie po zaborach... Au! Czemu mnie kopiesz,
kobieto?!
Spojrzał zaskoczony na żonę i zaraz się zreflektował:
- A, tak! To tajemnica wojskowa. W konfidencji Janek mi o tym napisał.
Więc i wy - potoczył spojrzeniem po siedzących przy stole - zachowajcie
tę wiadomość w sekrecie.
Oleńka zerknęła szybko na de Ville'a. Oby tylko teraz nie wyskoczył z tymi swoimi poglądami na temat powstania! Na szczęście Staszek milczał.
A nawet zdawał się z uwagą wsłuchiwać w rewelacje przyniesione przez
Samuela Młynarskiego.
Rozdział 2
Dwór w Gołubiczach na Wileńszczyźnie
Sierpień 1863 roku
Na szczęście burza tylko musnęła Gołubicze, bardziej dając się we znaki
majątkowi Młynarskich, co wydatnie poprawiło humor Henrykowi
Zaporewiczowi. Zboże zebrano do końca i poustawiano w mendle, do
wyschnięcia, a potem bezpiecznie zwieziono do młockarni.
Dwór został udekorowany, francuski ogród (ku utrapieniu pani Heleny)
zastawiony wyniesionymi z domu stołami i krzesłami, nad podjazdem
rozpięto istny baldachim utkany z kłosów zboża i girland kwiatów. Żyd
Mojżesz, który opodal prowadził karczmę, musiał pogodzić się z kolei, że
z dworskiej gorzelni wydano cztery baryłki wódki, a z piwnicy wytoczono
pięć beczek wina z ubiegłorocznego winobrania i dziesięć chmielowego
piwa. Dożynki!
Pod wieczór, kiedy na niebie rozlał się krwisty amarant zachodzącego
słońca, a z pobliskiego ścierniska powiało zapachem słomy, do
czekających pod kolumnadą na szczycie trzech schodów państwa
Zaporewiczów podeszli przodownik i przodowniczka żniw. On, wyjmując
drżącą ręką zza pazuchy wymiętoloną karteczkę, odczytał wzruszonym
głosem:
- Plon niesiemy, plon, w jegomości dom. Bodaj zdrowo plonowała, każda
kopa sto korcy dała! - przeczytał, a potem odebrał od stojących za nim
pomagierów pleciony w kształcie korony dożynkowy wieniec, związany na
górze słomianymi warkoczami i udekorowany kłosami.
Pan Henryk podziękował wszystkim za poniesiony trud i zaprosił do
wspólnej zabawy. Oleńka zaś pomyślała, że w zeszłym roku przodownik
gadał znacznie dłużej, a do tego wieniec był ze dwa razy większy i okazalszy. Czyżby prawdziwe były pogłoski, że prosty lud nie popiera
powstania i opowiada się za caratem, który - jak z niedowierzaniem
szeptano po majątkach - ma znieść pańszczyznę, wzorując się na
galicyjskich c.k. porządkach?
Na szczęście zaraz gruchnęła muzyka, odbito beczki, polano do szklanek,
misek, a nawet dzbanków. Na drewnianym podeście zadudniły hołubce i przytupy. Przodownik poprosił do pierwszego tańca bladą i skrzywioną
panią Helenę, pan Henryk z galanterią porwał przodownicę. Laura i Klara
zachichotały, kiedy przed Oleńką wyrósł de Ville, strzelił obcasami i sprężyście się skłonił.
- Mogę panią prosić?
Nie odmówiła mu, oczywiście. Bo nie wypadało, bo był ich serdecznym
rezydentem i... bo nie chciała. Z dziwnym dreszczem pozwoliła się nieść
przystojnemu utracjuszowi po nieheblowanych deskach.
Tańczył nieźle, nawet dobrze. Radził sobie i w skocznych oberkach, i wesołych polkach. "Ciekawe, jaki by był w mazurze?" - przeszło jej przez
myśl.
I akurat wtedy ktoś nad jej uchem zaklaskał. A zaraz potem usłyszała
niepokojąco znajomy głos:
- Odbijam!
Nie od razu uniosła wzrok. Opanował ją dziwny bezwład, może nawet
strach. Za to de Ville zareagował natychmiast płaczliwym falsetem:
- Panna Aleksandra obiecała mi kolejny taniec!
- Jak się pan jeszcze nie wybawiłeś, to idź w tany z przodownicą -
odpowiedział mu żartobliwy, ale zabarwiony tłumioną pogróżką głos. - Pan
dziedzic właśnie sprowadził ją z parkietu.
Spojrzała w górę. Od razu poznała Janka. I... nie poznała. Ten sam
chłopak, którego żegnała w styczniu. I nie ten sam. Zmężniał,
wyprostował się - to jeszcze nie dziwne. Był przecież wojakiem. Ale
najbardziej zmieniło się jego spojrzenie. To nie był już wzrok
marzyciela. Romantyka cytującego jej wśród jesiennych liści Mickiewicza
i Słowackiego. Niebieskie oczy miały ciężar stali. Chłodne i gorące
zarazem. Pewne siebie. Harde. Nic dziwnego, że de Ville szybko się
wycofał. A ona patrzyła zafascynowana i rejestrowała kolejne różnice.
Szorstki, wręcz szczeciniasty zarost na podbródku, gęste pszeniczne
wąsy, głęboka zmarszczka przecinająca czoło. I świeża blizna na
policzku.
- Poznajesz mnie? - rzekł do niej bezgłośnie.
- Poznaję... - odpowiedziała, czując, jak nie tylko inni tancerze, ale i cały świat wirują wokół nich dwojga.
* * *
Nie wiedziała, ile czasu przetańczyli. Niebo całkowicie pociemniało,
rozsypując nad horyzontem nieprzeliczone diamenty gwiazd. Było ich dużo,
bardzo dużo. Zdawały się wirować nad nimi w tumanach świetlistego
piasku. Od lasu i rzeczki powiał chłodniejszy wiatr, który niósł woń
jeżyn, grzybów, igliwia - pierwszą zapowiedź nadchodzącej jesieni.
Oleńka jeszcze nigdy nie żyła chwilą bieżącą tak bardzo jak teraz.
Zapomniała o de Ville'u, o wątpliwościach związanych z narzeczeństwem, o niepokoju, który wzbudzały w niej wieści ze świata. Nie zastanawiała się
nad niczym. Oszołomiona otaczającym Janka zapachem skór, końskiego potu
i czarnego prochu, wirowała w tańcu, jakby jutro miało nigdy nie
nadejść. Wokół parkietu trzaskały pochodnie, spływając smolnymi łzami,
ludzie ustępowali im miejsca, w wysokich butach panicza Młynarskiego
pobrzękiwały ostrogi.
- Co? Co powiedziałeś? - Uświadomiła sobie nagle, że Janek coś mówi.
- Muszę wracać - powtórzył.
- Gdzie? - Nie zrozumiała, bo wciąż bliższe jej były gwiazdy i ta
magiczna sierpniowa noc niż tocząca się wokół wojna.
- Do oddziału. A raczej tego, co z niego zostało.
- Jak to, przecież wygraliście pod Żyrzynem?!
- A pół miesiąca później, pod Fajsławicami, zebraliśmy sromotne bicie. -
Mocny głos Janka zadrżał i zachrypiał, jakby postawny mężczyzna znowu
przemieniał się we wrażliwego chłopca, który kiedyś nie wstydził się
łez. Mówił jednak dalej: - Pułkownik Kruk prowadził nas do Galicji. Ale
niespodziewanie otoczyli nas Moskale. Jakby na nas czekali! Mieli
artylerię, piechotę, dużo jazdy. Byli przygotowani. Schroniliśmy się w lasku, a oni nas otoczyli. I wiele godzin bili po nas armatami.
Większość towarzyszy poległa... Tylko garstka z nas wyrwała się konno,
prowadzona przez Kruka. Inni, półżywi, zostali.
Wciąż jeszcze zdyszana po tańcu, rozgrzana, zarumieniona, patrzyła ze
zdumieniem na stojącego na środku parkietu Janka. Nagle wydał się jej
bezbronny, słaby, złamany.
- Nie wracaj tam! - szepnęła żarliwie.
Pokręcił głową.
- Zostań ze mną!
Silnymi ramionami wstrząsnął bezgłośny płacz. Powstrzymał jednak łzy i z trudem się wyprostował.
- Muszę. Jestem to winny...
- Komu? Polski i tak nie ma! To mrzonka! Śmiechu warta efemeryda.
Poczuła, jak ogarnia ją niepohamowana furia. Miała ochotę złapać go za
bary i mocno potrząsnąć.
- Wiem... - odpowiedział bezgłośnie, jakby zaskoczony, że z jego ust
wyszło bluźnierstwo. - Ale jestem to winny chłopakom.
Stała przez chwilę, patrząc na niego z wściekłością. Milczała. Oddech
powoli się uspokajał, a w nogach - po raz pierwszy tego wieczora -
poczuła zmęczenie i słabość.
- To jedź - warknęła. - Skoro to dla ciebie najważniejsze...
- Odprowadzisz mnie do stajni? - W jego głosie brzmiała prośba.
- Nie zostaniesz do rana? Zmęczony jesteś.
- Nie. Już i tak zbyt wielu ludzi mnie tu widziało. Ktoś doniesie,
będziecie mieli kłopoty. Nie, muszę ruszać.
Nagle rozdzieleni, nagle onieśmieleni i zawstydzeni sobą, poszli do
stajni. Pan Henryk niedawno ją odnowił. Klepisko kazał przesypać świeżą
ziemią, na której ułożył grube dębowe deski. Zrobił też odpływy, którymi
gnojówka spływała do specjalnych beczek. I nowe schody na strych, gdzie
składowano siano, zamiast starej, chwiejnej drabiny.
Zatrzymali się przy wychudzonej klaczy panicza Młynarskiego. W milczeniu, wciąż daleko od siebie, zaczęli ją kulbaczyć. Janek akurat
dociskał popręg, kiedy w Oleńce coś pękło i dotknęła palcami jego
sękatej, opalonej na brąz dłoni. Mieliby się tak rozstać? Bez słowa?
Młynarski podniósł głowę i po raz pierwszy, odkąd zaczęli rozmawiać na
środku parkietu, popatrzył jej w oczy. Nie zobaczyła już w jego
źrenicach ani łez, ani poprzedniej hardości. Znów miała przed sobą
swojego chłopca o jasnym, nieco naiwnym, ale wesołym spojrzeniu. Nie
wojownika i nie złamanego porażką mazgaja. Janka. Jej Janka. Jak to
możliwe, że prawie o nim zapomniała przez te pół roku?
Nie zastanawiając się, co robi, objęła go za szyję i przyciągnęła. Ich
usta złączyły się, oddechy splątały w nagłej eksplozji gorąca. Po
sekundzie zaskoczenia, a może wahania, Janek mocno zagarnął ją do
siebie, niemal miażdżąc jej usta pocałunkiem. O dziwo było to przyjemne.
Nawet bardzo! Niczym jakaś lubieżna flama czy ognista Cyganka wpiła się
w jego wargi, a potem wysunęła język. Jejku, skąd jej się to wzięło?!
Zawstydziła się na moment, ale wtedy wyczuła na swoim biodrze dziwną i bardzo intrygującą twardość. Czy to jest... właśnie to? Zadrżała z podniecenia, bo nagle przyszła jej do głowy zupełnie szalona myśl, żeby
nie poprzestać na pocałunku. A kiedy tylko to pomyślała, poczuła, jak
silne ramiona Janka podrywają ją z ziemi, unoszą, płyną ku schodom,
ciągle jeszcze pachnącym sosnową żywicą. Wciąż obejmowała go za kark,
nadal nie odrywała swoich ust od jego. Wargi parzyły ją ogniem, puchły,
pulsowały, a ona chciała więcej.
Niemal nie zauważyła, jak znaleźli się na strychu i Janek złożył ją z namaszczeniem na beli siana. Drobne łodyżki zakłuły ją w skórę, kiedy
gorączkowymi ruchami pozbyli się ubrań i nadzy z powrotem opadli w pachnące słońcem, latem i płodnością siano. Na piersiach poczuła jego
szorstkie dłonie, zarostem podrapał jej dekolt. Całował ją już nie tylko
w usta. Miękkie wargi błądziły wszędzie - po szyi, piersiach, ramionach,
nawet brzuchu - wzniecając w jej ciele iskry, ogniki i zbiegające się w dziesiątki wirów prądy gorąca i zimna. Znów zakręciło się jej w głowie.
Jak wtedy na parkiecie, pod patrzącymi na nich gwiazdami. No właśnie,
gwiazdy...
Janek znieruchomiał, patrząc na nią wyczekująco - dwoje jasnych,
błyszczących niczym w gorączce oczu. Pytał ją? O co? Zrozumienie
przyszło w nagłym paroksyzmie, jaki wygiął w łuk jej ciało. Omal nie
objęła udami jego bioder, biorąc go w posiadanie niczym mityczna Gaja
lub Afrodyta - pożeraczka męskich serc. Omal... Nie zrobiła tego jednak.
Krótka chwila jego wahania sprawiła, że w ostatniej chwili przypomniała
sobie, kim jest. Nie uchodzi dziedziczce na Głubczycach, najstarszej
pannie z rodu Zaporewiczów, robić tego, no właśnie - gdzie? Na jakimś
sianie? W stajni? W pośpiechu? Resztką sił zmusiła się więc, by lekko
pokręcić głową. Może Janek nie posłucha? Chyba trochę na to liczyła. Czy
weźmie ją, no, może nie siłą - to byłaby już przesada - ale z większym
zdecydowaniem? On jednak, dobrze ułożony panicz, wycofał się z tragicznie zawiedzioną miną. Ciężko opadł obok niej, a ona - trochę
zwycięska, a trochę rozczarowana - zaczęła przesiewać jego jasne włosy
między swoimi palcami.
* * *
Pół godziny później, a może minutę lub całą wieczność, Oleńka wsparła
się na łokciu. Z trzepoczącym w uniesieniu sercem, ale i odbierającą
dech rozpaczą patrzyła, jak Jan wciąga ciasne bryczesy. Jego szeroka
pierś wciąż była naga. Pod skórą grały mięśnie, ciało nadal lśniło
potem.
- A więc jedziesz.
Spojrzał na nią bez słowa tymi piekielnie niebieskimi oczami. Potem
wciągnął byle jak koszulę i nie zawracając sobie głowy zawijaniem onuc i wciskaniem długich kawaleryjskich butów, zbiegł boso na dół. Wrócił po
chwili, niosąc szablę w pochwie i... Co to właściwie było? Złota moneta?
Pięć rubli?
- Nie zamierzasz mi chyba płacić jak ladacznicy? - zażartowała głosem
podszytym niepokojem.
Uśmiechnął się. Położył pieniądz na poprzecznej belce, płynnym ruchem
dobył szabli, wziął zamach. Świst, uderzenie i brzęk zlały się w jedno.
Panicz Młynarski podniósł nadciętą monetę i - naciskając oraz kręcąc -
przełamał ją wreszcie na dwie części.
Jedną z nich podał Oleńce, drugą schował w kieszeni bryczesów.
- Jesteśmy teraz jak dwie połówki jednej monety - powiedział. -
Rozjeżdżamy się, może nawet na długo. Ale rozdzieleni, zawsze będziemy
się szukać po świecie. I prędzej czy później odnajdziemy. Siebie samych
i naszą miłość.
Nieufnie obróciła w palcach wyszczerbiony kawałek złota. Chciała
odpowiedzieć, że ładna gadka, jak z Dziadów albo i Konrada
Wallenroda, ale tak bardziej konkretnie, to co u licha teraz z nimi
będzie? Nie powiedziała jednak tego na głos. Wpatrując się wciąż w okaleczone pięć rubli, spytała:
- Skąd to masz?
- Zdobyczne - to słowo zawibrowało w jego ustach nutką dumy - z Żyrzyna.
Rozdział 3
Okolice placu Trzech Krzyży, Warszawa
Redakcja miesięcznika "Kobieta taka jak ty"
Teraz
- To jak, powiesz wreszcie, jak było u tego hipnotyzera? - Edyta jedną
ręką trzymała tacę z miską sałatki, a drugą ujęła się pod bok. - Od
tygodnia milczysz jak księgowa spytana o wypłatę premii. Albo facet,
który dostał wszystko na pierwszej randce... - dodała ciszej i jakby ze
smutkiem.
Owiewała je dusząca woń krojonego pora, smażonych frytek, przypalonego
mięsa i odświeżacza powietrza w spreju.
- No, dawaj, dziewczyno! - ponaglała Edyta. - Co ci powiedział o twojej
przeszłości?
Monika uciekła wzrokiem, udając, że szuka wolnych miejsc w dość
zatłoczonej w porze lunchu redakcyjnej stołówce. Kilka osób przy gęsto
obsadzonych stolikach szybko odwróciło wzrok, parę innych zapraszająco
machnęło widelcami. Wśród jedzących panował gwar, słychać było brzęk
sztućców, irytujące skrobanie o talerze i krótkie, jakby nieśmiałe
syknięcia otwieranych puszek coli lub napojów energetycznych. Na tacy
Moniki chybotały się zupa krem z zielonego groszku i gołąbek z połową
porcji ziemniaków - jej dzisiejszy wyrzut sumienia. Zwłaszcza w zestawieniu z ascetyczną miską sałaty sauté koleżanki.
- Mówiłam ci, nic z tego nie wyszło - odburknęła. - Totalna porażka.
- Ale podaj jakieś szczegóły! Szcze-gó-ły, kochana! Jak to się odbyło?
Co z tobą robił? Czy miał obrączkę na palcu?
- Edzia! A co mnie obchodzi jego stan cywilny?!
- No, ciebie może i nie. Ale są inne potrzebujące. Trzeba czasem
pomyśleć o koleżance. A propos. Opowiadałam ci już o mojej wczorajszej
randce z Tindera?
Monika z ulgą przyjęła zmianę tematu. Naprawdę nie chciała wracać do
tamtej klęski.
- No więc umówiłam się z facetem, który wydawał się inteligentny i miły.
Na portalach randkowych to rzadkość. Pozwoliłam synkowi zaprosić do nas
na noc Szymona. Wiesz, to taki jego kolega, którego kompletnie nie
trawię. Ale obaj lubią grać w Battlefield i to do tego stopnia, że
mogę mieć pewność, że w samym epicentrum randki mój szesnastolatek nie
zacznie do mnie wydzwaniać.
Usiadły przy stoliku zajętym już przez Konarzewskiego, wiecznie
walczącego z nadwagą dyrektora finansowego, zapatrzoną w niego stażystkę
w białej koronkowej bluzce i szefową kadr, panią Porajczak, za którą
ciągnął się jakże trafny przydomek "Potakiwaczka". Edyta nie przestawała
opowiadać.
- Nie muszę dodawać, że ogoliłam nogi i pachy, zrobiłam brazylijską
depilację i wbiłam się w majty za trzysta złotych w komplecie z biustonoszem. Na to mała czarna, pończochy, rozumiesz? Poń-czo-chy. Oraz
takie szpile, że ledwo po schodach zeszłam. I płaszczyk pożyczony od
sąsiadki. Też samotnej notabene.
Dyrektor Konarzewski, o imieniu Jędrzej, spojrzał na nią zza lekko
zaparowanych od grochówki okularów. Stażystka oniemiała, a przynajmniej
takie sprawiała wrażenie. Potakiwaczka zmarszczyła brew, ale nic nie
mówiła, czekając na reakcję wyższej szarży. Edzia za to nie zwracała na
nich najmniejszej uwagi. Tak samo jak na kopnięcia Moniki pod stołem.
Cofnęła nogi i kontynuowała:
- No i pukam do niego taka odstawiona, pachnąca, wprost bijąca po oczach
i uderzająca w nos feromonami. A ten otwiera mi drzwi... w przebraniu
wiewiórki! I mówi: "Ukarz mnie, kotku".
Parsknęła śmiechem, nie czekając na reakcję widowni. Dyrektor chyba też
chciał, ale zachłysnął się zupą i rozkaszlał. Stażystka spłonęła
rumieńcem, a Potakiwaczka ujęła w zbielałe palce pusty już talerz i wstała, roztaczając wokół aurę zdegustowania i braku akceptacji.
- Żartujesz. Wymyśliłaś to sobie! - Monika pokręciła głową.
- No co ty, serio. To zresztą jeszcze nic takiego. Jako weteranka
portali randkowych mogłabym ci opowiedzieć więcej, ale...
Nie dokończyła, bo drzwi stołówki, do których Monika usiadła tyłem,
znowu się otworzyły i stanęły w nich osoby, które sprawiły, że w gwarnej
salce zapadła grobowa cisza.
- Co? Kto? - zainteresowała się Monika, a gdy nie doczekała się
odpowiedzi, odwróciła głowę.
W progu stało dwoje policjantów.
- Czy jest na sali Monika Wilczyńska? - spytał gromkim głosem
funkcjonariusz, wyższy o głowę od swojej partnerki.
- Tu siedzi! - zaskrzeczała usłużnie Potakiwaczka, celując w Monikę
widelcem.
Mundurowi ruszyli w jej stronę, przeciskając się między stolikami.
- Uciekaj przez kuchnię, a ja spróbuję ich zatrzymać! - Donośny szept
Edyty rozbrzmiał w zamarłej sali.
- No co ty, Edzia, pewnie chodzi o zwykłą...
"No właśnie, o co może chodzić?" - zastanowiła się Monika.
- Pani Monika Wilczyńska, z domu Niepomna? - Gliniarz wypiętrzył się nad
nią.
- T-tak.
- Pani pójdzie z nami. - Sięgnął po przypięte do pasa kajdanki.
- W jakim charakterze?
- Zatrzymujemy panią do dyspozycji prokuratora. Proszę wyciągnąć rączki.
Klik. Klak. Na jej nadgarstkach zatrzasnęły się ciężkie bransoletki.
- Idziemy.
Z pustką w głowie i trzepotaniem serca w piersi zaczęła się posłusznie
unosić. Zerknęła jeszcze tęsknie na nietkniętego gołąbka, gdy nagle
zgęstniałe powietrze stołówki przeciął dziki okrzyk:
- Zostaw ją, ty... ty psie!
Jeszcze nie przebrzmiał okrzyk Edzi, gdy na łysej głowie funkcjonariusza
wylądowała miska sałaty; tłuste strumyki zaczęły ściekać po jego twarzy
ku naramiennikom, unosząc ze sobą kawałki listków rukoli i soczyste
krążki cebuli.
"A jednak dodała majonez i oliwę" - pomyślała bez sensu Monika.
Na ten akt agresji do boju rzuciła się funkcjonariuszka, sprawnie
wykręcając Edycie ramię. Przyjaciółka zgięła się w pół, sprawiając przez
chwilę wrażenie pokonanej, lecz nagle policjantka zawyła z bólu, bo
drobne ząbki Edzi wbiły się w jej dłoń. Zakotłowało się jeszcze
bardziej, w akompaniamencie tłuczonego szkła przewrócił się stolik, zupa
krem splamiła jasny garnitur dyrektora finansów, a gołąbek w pomidorowym
sosie umaił czerwienią białą bluzkę stażystki. Szybko jednak zapanował
spokój. Edzia leżała teraz na ziemi z rękami skutymi na plecach, klnąc i złorzecząc dosiadającej ją okrakiem policjantce, a Monika patrzyła na to
osłupiała z wyżyn pozycji stojącej wprawdzie, ale jednak spętana
kajdankami. Jeden z większych liści spłynął funkcjonariuszowi za
kołnierz, co wytrąciło go wreszcie ze stuporu i skłoniło do wydania
krótkiego rozkazu:
- Idziecie do radiowozu. Obie.
Kiedy je wyprowadzano, stołówka ożyła gromkimi okrzykami dziennikarskiej
gawiedzi:
- Oprawcy! ZOMO! Precz z cenzurą! Niech żyją wolne media!
Ten jawny protest w najmniejszym stopniu nie obszedł jednak dwojga nieco
wymiętych i lekko zużytych tą interwencją policjantów.
Rozdział 4
Dwór w Gołubiczach na Wileńszczyźnie
Marzec 1864 roku
Po krótkiej odwilży znów przyszły mrozy, śnieg i wiatr podnoszący z pól
drobne, siekące po oczach kryształki lodu. Karawana trzech sań i sześciu
koni stała pod schodami prowadzącymi do dworu. W pierwszych Helena i Henryk siedzący bez ruchu, wyglądający jak dwie porcelanowe figurki tak
kruche, że byle ruch powietrza może je rozsypać w proch. Obok wtulone w siebie, chlipiące i siąkające nosami bliźniaczki. Na koźle, obok
zgarbionego i postarzałego Kleofasa, Oleńka. W futrzanej czapie i kożuszku, zarumieniona, wściekła, zdyszana od palącej ją złości.
- Pan jesteś szuja! - syknęła do stojącego sztywno na schodach de
Ville'a. - Papa wyhodował żmiję na swym łonie.
- Niech pani się liczy ze słowami - wycedził Stanisław. - Przypominam,
że przemawiasz do zarządcy majątku.
- Naszego majątku, ty gadzie!
- Już nie. Decyzją gubernatora Murawjowa zostaliście wywłaszczeni za
wspieranie działalności antypaństwowej. Dwór i ziemia są w dyspozycji
jego świętobliwości cara i w przyszłości przypadną któremuś z oficerów
jego zwycięskiej armii.
- Milcz, zdrajco! To ty doniosłeś o planach oddziału Kruka! Masz krew na
rękach!
Zapadła cisza przerywana jedynie krakaniem wron i kruków oraz parskaniem
koni. De Ville zbladł, zaplótł dłonie z tyłu pleców i lekko wysunął
prawą stopę do przodu niczym szermierz przyjmujący pozycję.
- Miałaś wybór. To mogło zakończyć się inaczej, ale tamtej nocy
wybrałaś... - Nie dokończył, bo głos uwiązł mu w gardle.
Laura i Klara zaszlochały, ojciec i matka ani drgnęli, jak ludzie
pogrążeni w katatonii. Koń uderzył kopytem i zarzucił łbem.
- Jedźmy już, proszę panienki - odezwał się cicho i prosząco Kleofas.
- Tak, ruszaj. Nic tu po nas.
Dawny kamerdyner, a obecny stangret zaciął konie, choć te i tak rwały
się do biegu. Zaskrzypiał śnieg, zadudniły kopyta, zapiszczały płozy.
Helena zacisnęła usta. Henryk odwrócił wzrok od dworu.
Pierwsze sanie, a za nimi dwoje następnych - wiozących kredens, kilka
kufrów, parę pakunków, trzy krzesła i modrzewiowe biurko - pomknęły
aleją przez ogród francuski ku rzędowi platanów. Za plecami zostawili
swój dom. Milczący, nieruchomy, jakby oniemiały ze zgrozy.
Po chwili ostrym skrętem wydostali się na główną drogę. Kleofas strzelił
z bata i konie poszły niemal galopem. Sanie skakały, trzeszczały i zarzucały na zamarzniętych koleinach. W kredensie dzwoniły szybki, w pakach dygotała saska porcelana, delikatna jak poranne letnie mgły.
Pędem minęli mostek, zostawiając za sobą stodoły, obory, chlewy, a także
gorzelnię i Mojżeszową karczmę. A przede wszystkim rozległe, pokryte
świeżym śniegiem pola, na których latem wzejdą rzepak, pszenica i żyto.
Ale już nie dla nich. Na chwałę cara, imperium i jakiegoś nowego
dziedzica zasłużonego w tłumieniu powstania.
Jechali dalej. Przez lasek, wokół wzgórza, obok jaru utworzonego przez
stare, wyschnięte już koryto rzeki. I znowu mijali pola, ale już nie
gołubickie, lecz młynarskie.
Widok sąsiedniego dworu ich poraził. Dom stał, zabudowania gospodarcze
także. Nowym elementem w dobrze im znanym krajobrazie była jedynie
szubienica ustawiona na środku dziedzińca. A na niej wisiał pan Samuel.
Jego długa broda unosiła się w lekkim powiewie wiatru, który bujał
masywnym ciałem i utrudniał robotę krukom, dobierającym się właśnie do
oczu trupa.
- Boże... Toż to Tartar. Pochłania nas piekło! - jęknął Henryk.
Oleńka z największym trudem oderwała wzrok od makabrycznej sceny. Spalał
ją taki gniew, że nie była w stanie nawet litować się nad sobą, żałować
dworu, współczuć Młynarskim ani drżeć o Janka.
- Nie martw się, papo. Jak będzie trzeba, to i Belzebuba zmuszę, żeby
podawał nam do kolacji. A potem zaczekam, aż diabli porwą tego de
Ville'a. I wtedy jeszcze raz sobie z nim zatańczę!
Rozdział 5
Gubernia tobolska, Syberia, Imperium Rosyjskie
Styczeń 1866 roku
Przez ostatnie dni mróz na dworze nie spadał nigdy poniżej dwudziestu
stopni, nocami przekraczał natomiast zawsze minus trzydzieści, a i do
czterdziestki chętnie się zbliżał. Wczoraj przyszło co prawda
ocieplenie, ale za to powiała purga - lodowaty wicher niosący ostre jak
szkło kryształki zmrożonego śniegu. Choć więc od uderzeń wiatru trzęsły
się ściany i trzeszczał dach, w kantorku, w którym pracował Jan
Młynarski, panowało rozkoszne ciepło. Od świtu paliła się w nim żelazna
koza z długą, rozgrzaną do czerwoności rurą znikającą w ścianie z drewnianych bali. Na niej buchał, perkotał i syczał parą niczym
lokomobila złocisty samowar. Herbaty, nawet dla takich jak on,
katorżnych, było skolko ugodno. Cukru za to brakowało, ale czaj
wspaniale smakował ze słodkim, leśnym miodem. Albo z wódką z nieodległej
przecież gorzelni, choć tej Janek wolał się wystrzegać. I nawet nie
dlatego, że widok pijanych od rana do nocy sybiraków napawał go
niesmakiem. Miał wielki plan. Czekał już tylko, aż odejdzie purga, a mróz zelżeje do kilkunastu stopni.
Tymczasem ze zdwojoną pilnością rachował słupki kosztów i zysków
tartaku, w którym przydzielono go do pracy. Dzierżawca, pan Suwiołow,
nie mógł się mu nadziwić. Roboty było teraz mało, bo najpierw mróz, a potem purga sprawiły, że drwali, nawet tych katorżnych, a więc w większości Polaków, nikt nie miał sumienia - czy może raczej rozsądku -
wyganiać do lasu. Pnie syberyjskich świerków, modrzewi i brzóz tak
stwardniały, że topory odbijały się od nich jak od żelaznych kolumn.
Za to o odmrożenia było bardzo łatwo. Wystarczyło się spocić, a potem
trochę za długo zmarudzić z odpoczynkiem. Nagle mokra koszula na ciele
zmieniała się w lód, a skóra robiła się biała. I już. Albo zadyszka.
Jeśli oddychało się ustami, nie nosem, prędko przyplątywało się
zapalenie płuc. Koniec zawsze był ten sam - choć bywało, że przychodził
od razu. Nie dalej jak tydzień temu rówieśnik Jana, Konrad, odszedł
nieco dalej w tajgę od grupy drwali i rozgrzewającego ich ogniska z gałęzi. Szukał pod śniegiem zmrożonych jagód dzikiej porzeczki lub
chociaż czeremszy albo saranki. Czegokolwiek, co powstrzymałoby
atakujący dziąsła szkorbut. Że nie wrócił, zauważono mniej więcej po pół
godzinie. Poszli więc go szukać. I znaleźli. Tak samo sztywnego i zamarzniętego jak pień cedru, o który się oparł.
Dawny panicz, a obecnie prosty katorżnik Młynarski miał więc wielkie
szczęście, że trafił do księgowości w tartaku. Zadecydował o tym łut
szczęścia, kiedy przywieziono go tutaj z grupą innych zakutych w kajdany
skazańców. Suwiołow obejrzał wszystkim dłonie, po czym przypatrując się
Jankowi, zawyrokował:
- Ty masz najbardziej pańskie ręce ze wszystkich! Nienawykłe do ciężkiej
pracy. Rachować pewnie umiesz, a?
Potwierdził. Przecież jeszcze niedawno, kiedy był podrostkiem, w każdą
zimę ojciec wywoził go do Wilna, oddając w ręce guwernantek i nauczycieli, którzy wbijali mu do głowy łacińską gramatykę i matematykę.
Coś tam liznął nawet z nauk tego angielskiego fizyka, Newtona. Ale nie
pamiętał dokładnie, właściwie tylko to, że kiedyś w łeb palnęło go
jabłko. No, nieważne. Grunt, że sumować i mnożyć potrafił, a do takich
rachunków sprowadzała się księgowość tartaku. Suwiołow wziął go więc do
kantorka. I Jan liczył teraz, a potem zapisywał gęsim piórem maczanym w inkauście, ile bel drzewa weszło, a ile kubików desek wyjechało. Ile
kasa wydała, a ile do niej wpłynęło.
Małe okienne szybki zadygotały w kolejnym podmuchu wiatru. Omal nie
zgasła łojówka stojąca na biurku! Po półtora roku na katordze Jan
wiedział jednak, że jutro, najdalej pojutrze purga odpuści i zrobi się
ładna, bezwietrzna pogoda. A wtedy dokona tego, co sobie tak dokładnie
zaplanował. I do czego przygotowywał się przez całą jesień i połowę
zimy...
A tymczasem myśli uciekły mu do wspomnień. Noc żniw w Głubczycach i to,
co się wtedy stało pomiędzy nim a Oleńką... Trochę żałował, że nie
wydarzyło się więcej. Że w ogóle pytał ją o zgodę, że nie dał się
ponieść fali pożądania. Lecz z drugiej strony może to i lepiej. To, co
najlepsze, jeszcze wciąż przed nimi. A na razie musiał mu wystarczyć
obraz jej wygiętego ciała, nabrzmiałych pocałunkami ust, jej oczu
dzikich i rozpalonych jak ślepia rysicy. Teraz, zakopany w śniegach,
otoczony niezmierzoną tajgą, wprost nie mógł uwierzyć, że to nie była
bajka.
Kto wie, może by nawet zwątpił w siłę swojej pamięci, gdyby nie połówka
pięciorublowej monety, którą miał wciąż ze sobą. Nie odebrali mu jej
Kozacy, na których nadział się dwa dni po tamtej niezapomnianej nocy,
kiedy wracał do swojego oddziału. Żołdacy najpierw wypłazowali go
szablami, potem rozgrabili sakwy, rzucili kości o konia i rząd, zabrali
starą szablę po dziadku, który służył jeszcze pod Napoleonem. Potem
odarli go z ubrań do naga i wszystkie ciuchy dokładnie przepatrzyli. Od
razu znaleźli skryte pod podszewką kubraka złote trzy- i pięciorublówki,
które miał jeszcze z Żyrzyna. Zaszytej w kołnierzu koszuli połówki
monety jednak nie zmacali. W końcu oddali mu więc rzeczy, pozwolili się
ubrać i na arkanie powlekli do najbliższego posterunku.
Biegnąc za koniem ze związanymi z przodu rękami, Janek marzył tylko o tym, żeby go dobito i oszczędzono mu upokorzeń i nieludzkiego wysiłku.
Nie wiedział jeszcze wtedy, jak mało brakowało, żeby jego życzenie się
spełniło. Gdyby schwytano go ledwie pięćdziesiąt wiorst wcześniej, na
dawnej ziemi wileńskiej podległej teraz gubernatorowi Murawjowowi, od
razu założono by mu stryczek. Takie były rozkazy carskiego namiestnika,
nazywanego powszechnie Wieszatielem.
On jednak zdążył dotrzeć już na Polesie, a tu panowały nieco
łagodniejsze zwyczaje. Po krótkim śledztwie wysłano go etapami do
Moskwy. Na ręce i nogi włożono stalowe pręty, nazywane przez Rosjan
kajdanami, i trzykonną kibitką powieziono na wschód. Jan myślał, że
będzie to długa podróż. Nie docenił sprawności carskiego systemu
pocztowego! Jechali niemal cwałem od stacji do stacji. Kilka godzin
zapierającego dech w piersi galopu i już wyprzęgano spienione konie,
zmieniając je na nowe. Nawet nie musiał wysiadać z kibitki!
Po niecałych trzydziestu godzinach znalazł się w ponurym gmaszysku
więzienia Butyrki, nad którym górowały cztery okrągłe, przysadziste
baszty. Tam zdjęto mu kajdany i zrewidowano jeszcze raz. Tym razem bez
rabunku, ale dokładnie. Pół monety zostało zarekwirowane, ale wciągnięto
je na krótką listę rzeczy osobistych.
Kolejne dwa miesiące Młynarski spędził w celi. Przesłuchiwano go w tym
czasie tylko raz. Nie próbował się wypierać udziału w powstaniu, a kiedy
go poprowadzono przed wojenny sąd, wygłosił nawet mowę o umiłowaniu
wolności przez Polaków i obowiązku służby ojczyźnie. Trzech
podstarzałych oficerów było pod wrażeniem. Chyba tylko dlatego nie
skazali go na kamieniołomy, kopalnię lub budowę dróg, ale "zwykłą"
katorgę za Uralem. Dożywotnią.
Była już jesień, kiedy wyprowadzono go z celi, ponownie zakuto i wsadzono w kibitkę. Otrzymał też z powrotem te osobiste rzeczy, których
dotąd nikt nie ukradł - wśród nich połówkę złotej pięciorublówki. I znów
pęd powietrza i krajobrazy uciekające wstecz. Młynarski zdążył już się
przyzwyczaić do ciasnej, zarobaczonej celi, więc pierwszego dnia tej
gonitwy rozbolała go głowa.
Tym razem jednak podróż trwała dłużej. Etapy pomiędzy kolejnymi stacjami
pocztowymi rozciągały się, więc częściej musieli oszczędzać konie i jechać stępa. Drogi były coraz bardziej puste, lasy gęstsze i dziksze.
Do guberni tobolskiej dotarli na początku listopada, a więc - według
syberyjskiej miary - już zimą. Śniegu nie było jeszcze bardzo dużo, ale
mróz trzymał czasem nawet i za dnia, a sanie nieznośnie trzęsły na
zlodowaciałych koleinach, przez co otarte żelazem nadgarstki bolały jak
diabli. Doskwierały też kostki, mimo że kajdany na nogach miał założone
na nigdy niezdejmowane buty i grube onuce. Te obcierały mniej, ale za to
tłumiły przepływ krwi w stopach, więc palce marzły mu i puchły.
W końcu trafił do tartaku dzierżawcy Anastazego Włodymirowicza
Sułowiowa. Jak na warunki katorgi - ciepła i wygodna posadka, która
dawała nawet w przyszłości nadzieję na zmianę statusu z katorżnika na
przesiedleńca, czyli osadnika. Tym ostatnim wolno było się żenić, mieć
dzieci, mieszkać we własnym domu. Ale Janek nie myślał o ożenku.
Przynajmniej nie tu - na Syberii. Nie chciał też zapuszczać na tych
ziemiach korzeni.
Kiedy zegar ścienny wskazał dziesiątą wieczór i było pewne, że dobrze
podpity dzierżawca udał się już do swojej chaty, Młynarski wstał, złożył
księgi rachunkowe i przyświecając sobie łojówką, poszedł do uśpionego
tartaku. Minął parową lokomobilę i skierował się do zamykanego na klucz
składziku narzędzi. Klucz dorobił sobie już dawno, szlifując i przycinając pod wymiar inny, znaleziony jeszcze latem. Ostrożnie
przekręcił zamek i wemknął się do środka.
Rozdygotany blask padł na rzędy toporów, pił dwuręcznych, dębowych
klinów i plecionych lin konopnych. Właśnie pod stosem tych ostatnich
Janek wymacał obluzowane deski. Podniósł je i ze skrytki wyciągnął
pakunek: kożuch, dwie syberyjskie koszule, dodatkowa para grubych,
lnianych portek i futrzana, myśliwska czapa oraz takie same rękawice.
Skórzaną kamizelę, drugie portki i wykładane futerkiem lisa buty miał na
sobie. Do tego z dna skrytki wyjął dwa pięcio- i jeden dziesięciorublowy
banknot - skrzętnie skrywane oszczędności z ostatnich dwóch i pół roku.
Obok nich leżał jeszcze stary blankiet paszportowy. Ukradł go
miejscowemu żandarmowi, z pochodzenia też Polakowi spod Wilna, którego
najpierw spił jak świnię. Blankiet był starego typu, w dodatku nie miał
urzędowych pieczęci. Młynarski ładnym pismem wypełnił odpowiednie
rubryki, a stemple wyciął z ziemniaka i podbił w kilku miejscach.
Dokument wyglądał żałośnie i z całą pewnością nie zwiódłby czujności
żandarmów albo gubernialnych czynowników, nie mówiąc już o plackomendantach, ale jakiegoś prowincjonalnego stójkowego... była na to
szansa.
- Już niedługo, kochana, już niedługo - wyszeptał i pocałował niczym
talizman połówkę noszonej zawsze w kieszeni złotej pięciorublówki. -
Ucieknę stąd. Zmylę pogonie. I odnajdę cię w Głubczycach, mój skarbie.
Rozdział 6
Ural, Imperium Rosyjskie
Koniec lutego 1866 roku
Skulony w śnieżnej jamie pod zwalonym świerkiem już prawie zasypiał,
kiedy obudził go armatni wystrzał. Armatni? Nie! To w rosnącym z godziny
na godzinę mrozie pękł pień jakiegoś drzewa. Jan Młynarski spróbował się
poruszyć i nagle zrozumiał, że prawie nie czuje rąk ani nóg. Zamarzał!
Długa broda okalająca mu twarz aż chrzęściła od szronu, z wąsów i brwi
zwisały długie sople. Równocześnie nie czuł zimna, było mu nawet ciepło.
Powieki znowu zaczęły opadać. Spać, spać i nie myśleć o otaczającej go
zewsząd syberyjskiej zimie...
- Nie! - Resztką sił zdobył się na bezgłośny krzyk. - Musisz wstać i iść. Ruszać się. Inaczej za godzinę albo dwie pod drzewem zostanie
jedynie twoje truchło.
Poruszył się z trudem, opadł na czworaka. Ramiona ugięły się pod jego
ciężarem, ale wytrzymały. Powoli wyczołgał się z wydrążonej jamy. Wtedy
w twarz uderzył go mróz. Silny, parzący, dużo sroższy niż jeszcze
wczorajszego wieczora. Z ogromnym trudem, czepiając się gałęzi zwalonego
świerka, uniósł się na nogi. Ustał! Ale nie mógł zrobić ani jednego
kroku. Czy już za późno na ratunek?
Poprzedniego dnia szedł długo, pokonał co najmniej dziesięć wiorst. Nie
był to jego rekord, ale odkąd wkroczył w góry, teren stale, choć
łagodnie się wznosił. Ile odszedł przez półtora miesiąca od swojego
ciepłego i wygodnego kantorka w guberni tobolskiej? Tego nawet nie
potrafił już zliczyć. Początkowo pędził ile sił w nogach, trwożnie
oglądając się, czy nie ściga go pogoń. Czasem dał parę kopiejek chłopu
powożącemu sanie za podwiezienie o wiorstę czy dwie. Bywało, że nocował
we włościańskich chatach, w których kupował też chleb, podpłomyki,
pielmieni i kwas. Najczęściej jednak spał w lesie. Zwyczajem miejscowych
Inuitów przewracał kożuch futrem na zewnątrz i zagrzebując się w śniegu,
a czasem obkładając naciętymi gałązkami świerkowymi, drzemał od wieczora
do północy, żeby wyruszyć w dalszą podróż, zanim pobledną gwiazdy na
niebie.
Gwiazdy... Wciąż chwiejąc się, oparty o zwalony pień i niezdolny do
zrobienia choć kroku, zadarł głowę. Nad nim wisiał wir Drogi Mlecznej.
Srebrzysty, fioletowy, chwilami czerwonawy potok gwiazd.
- Daj mi jeszcze trochę sił! - sapnął, nie wiedząc właściwie, czy zwraca
się do Boga, czy do samego siebie. - Chcę ją zobaczyć. Choć przez
moment. Potem zabierz mnie, gdzie chcesz.
Te słowa jakby dodały mu sił. Przynajmniej na tyle, żeby się schylić i pięściami zacząć obtłukiwać zdrętwiałe nogi. Po kilku chwilach zaczął
coś w nich czuć - głównie kłujący ból powracającego krążenia. A potem
zrobił pierwszy, ostrożny krok. Szedł! Znowu był w drodze na zachód!
A ta wznosiła się coraz stromiej. Powietrze cięło mrozem po oczach i ustach, ale za plecami już rozpalała mu się czerwona jutrznia
przedświtu.
- Kiedy ranne wstają zorze... - zanucił bezgłośnie i mocniej wyciągnął
krok.
Szło mu się coraz lepiej. Coraz lżej. Czuł, że szczyt, a więc i granica
między Azją i Europą, jest coraz bliżej. Śnieg skrzypiał, wręcz piszczał
mu pod nogami. Para z nosa i ust zamieniała się w sople, które co i rusz
musiał odrywać od siebie i strącać. Droga wciąż była pusta, nadal
otaczał go gęsty, czarny, milczący las. I nagle z przodu usłyszał
dzwonki. Ktoś nadjeżdżał! Schować się? Ale po co? Mało to zaprzęgów
mijał po drodze? Pozostał na szlaku.
- Z Bogiem! - zawołał do woźnicy, który chwilę później wyjechał zza
zakrętu.
Tamten ściągnął wodze, zatrzymując zgrabnego, pękatego konika, całego
pokrytego szronem.
- A dokąd to tak wcześnie idziecie? - zdziwił się chłop siedzący na
koźle.
- Do Solikamska i dalej do Sołowieckiego Monastyru, gdzie modły chcę
zanieść do Pana za pośrednictwem Świętego Zosimy - wyrecytował bez
zająknienia Młynarski.
- To ty bohomolec? - W czujnych oczach furmana dostrzegł ślad szacunku.
- Tak, pielgrzym.
- A z daleka idziesz?
- Z bardzo daleka. Aż z Irbitu. - Jan zdecydowanie umniejszył pokonaną
przez siebie trasę. Chciał wzbudzić w człowieku podziw, a nie go
zaszokować.
Tamten pokiwał głową. A potem, jakby z namysłem, sięgnął za pazuchę i wyjmując mieszek, dodał:
- W takim razie pomódl się i za moją duszę. Masz tu kopiejkę, święty
człowieku.
Młynarski podziękował i już miał ruszać, kiedy furman dorzucił niemal od
niechcenia:
- Za zakrętem jest wartownia żandarmów. Pokażesz im paszport, a oni
wystawią ci bilet na dalszą drogę. Bywaj!
Zaciął konia, ruszając ostro, a Jan został na drodze i poczuł, że serce
podchodzi mu do gardła. Gdyby nie ten poczciwy człowiek, najdalej za
kwadrans nadziałby się prosto na żołdaków!
Kiedy sanie zniknęły w lesie, Jan od razu wszedł w gąszcz. Natychmiast
zapadł się niemal po pachy, ale brnął dalej prostopadle do szlaku.
Dopiero po dłuższym czasie skręcił pod górę, pnąc się wyżej i wyżej, aż
wreszcie drzewa przerzedziły się, a potem zupełnie zniknęły. Jeszcze
kilkadziesiąt mozolnych kroków i teren wypłaszczył się, w twarz zawiał
mu jakby cieplejszy wiatr, a jego oczom ukazała się rozległa dolina.
Europa! Udało się! Uciekł z Syberii!
Biegiem, niemal krzycząc z radości, wrócił do drogi. Był cały w śniegu i soplach, na ramionach pokryty warstewką lodu, którego skorupa pękała
przy każdym poruszeniu. Nie zważał na to. Za górą wstawał już świt; Jan
minął wartownię i właśnie wkroczył na swój kontynent. Szybkim, marszowym
krokiem pędził teraz w dół, ku majaczącym w oddali, wynurzającym się z rozproszonego mroku drewnianym zabudowaniom Solikamska.
I wtedy po raz drugi usłyszał dzwonki. Przed nim pędził pod górę kolejny
zaprzęg. Tym razem natychmiast rozpoznał, że to sanie rządowe.
Zaprzężone w trzy wypoczęte konie, na nich furman w kożuchu, za nim
jacyś okryci skórami oficerowie. Młynarski spuścił wzrok, zszedł na bok
i pocieszał się w myślach, że ewentualny pościg - o ile ktoś jeszcze go
szuka - nie nadjeżdżałby przecież z naprzeciwka.
- Prrrr! - zawołał donośnie furman i sanie zatrzymały się obok.
- Ej, ty! - usłyszał władczy głos któregoś z pasażerów.
Nie podnosząc wzroku, zdjął futrzaną czapkę, pokornie się skłonił i obrócił do mówiącego.
- Słucham wielebnego pana?
- Daleko jeszcze do wartowni?
- Niedaleko - odparł, czując bezbrzeżną ulgę. Uff, wojskowi zatrzymali
się jedynie po to, żeby go spytać o drogę. - Jest tam - machnął w nieokreślonym kierunku ręką - zaraz za szczytem wzgórza.
- Aha - skwitował oficer i krzyknął na furmana:
- Ruuuszaj!
"To mój szczęśliwy dzień!" - zdążył pomyśleć Młynarski, gdy jego uszu
dobiegł inny głos:
- Stój! Zatrzymaj się!
- A niby dlaczego? - spytał zaczepnie pierwszy.
- Chciałbym się przyjrzeć temu Sybirakowi. Ja... skądś go znam.
- No dobrze, byle szybko - zgodził się pierwszy i wrzasnął na Jana: -
Unieś ten kudłaty łeb!
Młynarski wyprostował się, po raz pierwszy patrząc na dwóch oficerów w saniach. Jednego z nich - noszącego urzędniczy mundur - rozpoznał
natychmiast, choć ostatnio widział go dwa i pół roku temu.
Tamten przypatrywał mu się dłuższą chwilę w napięciu, aż w końcu na
twarz wypłynął mu radosny uśmiech.
- Co za niespodzianka! - zakrzyknął wesoło Stanisław de Ville. - Oto i panicz Jan Młynarski we własnej osobie! Cóż panicz porabia w tych
stronach?
Rozdział 7
Areszt śledczy przy ulicy Rakowieckiej, Warszawa
Teraz
Miała dość. Chciało jej się wyć, drapać ściany, szarpać drzwi lub paść
na kolana i błagać klawiszów, nazywanych tu gadami, żeby wypuścili ją
choć na korytarz. Noc w zalatującej lizolem i stęchłym potem celi
przejściowej ciągnęła jej się jak chyba żadna inna w życiu. Monika
siedziała w sportowych butach, z których kazano jej usunąć sznurowadła,
i w dżinsach bez paska. Miała wrażenie, że każdy krok, każdy ruch
sprawią, że ubrania zsuną się z niej, narażając na jeszcze większe
upokorzenie. Najgorszy jednak był brak zegarka. Czas był jej wrogiem, a kolejne godziny zmieniały się w wieczność.
Jakoś by tu jednak wytrzymała do rana, i to pomimo że rozdzielono ją z Edytą, która trafiła ponoć do aresztu w Białołęce - gdyby nie inne
zatrzymane. W kącie przycupnęła bezdomna, która znała tylko dwa stany
emocjonalne: katatonii lub maksymalnego pobudzenia. Na przemian więc
kiwała się monotonnie w przód i w tył albo biegała po celi, klnąc i złorzecząc klawiszom. Monika bała się, że ta szalona, sponiewierana
przez życie kobieta w nieokreślonym, ale z pewnością już nie
młodzieńczym wieku zrobi jej krzywdę, jeśli choć na chwilę zostanie
spuszczona z oka. A zresztą jeśli nie zostanie - to też.
Niepokoiły ją także dwie prostytutki wygarnięte z pigalaka na tyłach
hotelu Marriott. Od bezdomnej różniły się tylko nowszymi i zdecydowanie
śmielszymi ciuchami, poza tym wyglądały identycznie. Tych jednak nie
opuszczał wesoły nastrój. Cały czas plotkowały, wymieniając uwagi na
temat długości, sztywności i ogólnej sprawności swoich klientów (lub jej
braku). Nie stroniły też od roztrząsania niezwykłych erotycznych
upodobań i oczekiwań tych panów oraz sprytnych metod, jakimi unikały ich
spełnienia. Dużo śmiechu zapewniały im też opowieści, jak to swoich
kochanków zrobiły w konia, okradły lub naraziły na zdemaskowanie przez
małżonkę. Może te historyjki byłyby nawet intrygujące dla
trzydziestosześcioletniej, było nie było, dziennikarki magazynu
poradniczego, specjalizującej się w tematyce moda - psychologia -
kulinaria - majsterkowanie, gdyby nie duże zagęszczenie nazbyt
pikantnych szczegółów, podanych w zawiesistym sosie niewyszukanych
wulgaryzmów.
Najbardziej niepokojącą postacią pośród tej menażerii była jednak piąta
współlokatorka - ubrana wprawdzie w zdecydowanie damskie fatałaszki, ale
jednak niepokojąco przypominająca faceta. Zwłaszcza nad ranem, kiedy w miarę gładką jeszcze wieczorem buzię obsypał gęsty i twardy czarny
zarost.
Kiedy po eonach czasu spędzonych w napięciu, jakby dosłownie siedziała
na szpilkach, strażnik wreszcie wywołał ją na przesłuchanie, Monika
niemal rzuciła mu się z wdzięcznością na szyję. Posłannik wolności
powiódł ją równie szarymi jak jego mundur korytarzami przez kolejno
otwierane kraty do pokoju, w którym została przykuta kajdankami do
koślawego krzesła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki