Rozdział pierwszy. Wojenne love story i baletnica w bramce
Jezioro Zgubie należało do najdłuższych akwenów Pojezierza Pomorskiego. Jego rynna przekraczała czternaście kilometrów długości. Znajdowały się na nim cztery wyspy: Czarcia, Ptaszyniec, Rowia i Czarnego Łabędzia. Siedziałam właśnie na pięknym klifowym urwisku tej ostatniej i podziwiałam zapierającą dech w piersiach panoramę. Hen po prawej stronie widziałam głęboko wrzynające się w toń jeziora półwyspy, za którymi roztaczały się nieprzebrane połacie lśniących w zachodzącym słońcu drzew Borów Drawieńskich. Prawie na samym środku Zgubia migały wesoło kolorowe żagle rozpięte na deskach windsurferów. Na pomoście, kilkadziesiąt metrów poniżej miejsca, gdzie siedziałam, rozłożyli się wędkarze. Zgubie obfitowało w prawie wszystkie gatunki ryb słodkowodnych. Najbardziej popularne były sieja, okoń i sielawa. I właśnie taką pyszną świeżą rybkę przygotował dla mnie w kuchni swojego domu Johan.
- Dopiero tutaj, w Polsce nauczyłem się oprawiać ryby. - Śmiał się, sprawnie filetując sielawę. - W Bredzie istniał dla mnie tylko jeden ich gatunek: kibbeling! To tradycyjna holenderska przekąska, kawałki dorsza w grubej panierce smażone na głębokim tłuszczu. Tak naprawdę to niezdrowy fast food, któremu daleko do tych delicji, które właśnie dla ciebie szykuję... - mówiąc to, wrzucił na rozgrzaną patelnię cebulę, marchew i por. - Smażona sielawa jest niezwykle delikatna w smaku i konsystencji. Praktycznie nie wymaga filetowania, ale zrobiłem to specjalnie dla ciebie, mając na uwadze twój stan. - Drewnianą łopatką wskazał na mój brzuch.
- Jestem ci niezwykle wdzięczna, choć to zbędna troska. - Ukłoniłam się grzecznie. - Potrafię sprawnie oddzielić rybę od ości. Nie zapominaj, że wychowałam się nad jeziorem. Mam nadzieję, że zaserwujesz też obiecaną musztardówkę. Od czasów pobytu w Haarlemie stała się moją ulubioną zupą. Choć muszę przyznać, że powątpiewam, czy jej receptura przyjmie się w kraju ogórkowej i kapuśniaku.
Johan roześmiał się od serca.
- Oczywiście, żarłoku! Uwielbiam kobiety, które mają zdrowy apetyt. Nie ufam laskom żywiącym się wyłącznie sałatą.
- A dużo tych lasek znasz? - Mrugnęłam zadziornie i chwyciłam kawałek świeżego chleba leżący w koszyczku.
- Na pęczki! Przechowuję je w specjalnym, chłodnym miejscu, żeby nie straciły na świeżości!
W doskonałych humorach wyszliśmy do ogrodu. Johan nakrył stół w drewnianej altanie. Ozdabiały ją przepiękne kamienne donice z pelargoniami. Pod sufitem ktoś zgrabnie podwiesił pnące się po deskach surfinie. Na nakrytym lnianym obrusem stole ciepły blask rzucały świeczki. Było bardzo nastrojowo i klimatycznie. Aromat wędzonego boczku dochodzący z parujących miseczek z musztardową przyjemnie drażnił nozdrza. Niecierpliwie zanurzyłam łyżkę w gęstej zupie.
- Mhmmm... lekker 1! - powiedziałam, oblizując usta jak łakoma dziewczynka w sklepie ze słodyczami. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Ale dobrze nam się milczało. Bez zobowiązań.
- Opowiedz mi o swojej babci i dziadku - poprosiłam w końcu. - Jak się poznali? To z pewnością fascynująca historia. Prawdziwa love story. My jesteśmy już tylko nędzną imitacją tamtych czasów i ludzi. Gdzieś po drodze zagubiliśmy ideały, prawdę i nas samych. Dlatego tak lubię wracać do przeszłości.
- Nie da się żyć tylko przeszłością... - Johan się zamyślił. - Ale rozumiem, co masz na myśli. Sam jestem dzieckiem, które wychowało się w muzealnych korytarzach. Zapach środków do konserwacji obrazów wszedł mi pod skórę już chyba na zawsze. Ciasne pomieszczenia pełne płócien i ich historii. Zakurzone martwe natury, ramy, tuby z farbami mamy. W pewnym momencie poczułem klaustrofobię. Ciągnęło mnie do otwartych przestrzeni. Dlatego jestem tutaj. I dopiero tutaj oddycham pełną piersią. Robię tysiące rzeczy naraz. Żeglarstwo, sery, fotografia. Tak jakbym starał się nadrobić stracony czas. A przecież nigdy go tak naprawdę nie traciłem.
- Koniecznie musisz mi pokazać swoje fotografie.
- Maluję rzeczywistość za pomocą migawki aparatu. Nie przemogłem się do pędzla, niestety! Ale zaraz... chciałaś przecież słuchać o moich dziadkach, a nie o mnie.
- To przecież prawie to samo. - Uśmiechnęłam się. - Jesteście wszak rodziną.
- Chciałbym być taki jak oni. Żyjemy tylko w na pozór łatwiejszych czasach, kule nie świszczą nam nad głowami, mamy co jeść i gdzie się schronić. Ale ta wolność jest ułudą. Nie umiemy z niej w pełni korzystać. Jesteśmy chyba bardziej zaplątani niż oni wtedy. Bo tak naprawdę wtedy nie było wyboru. Można było podążyć tylko jedną drogą...
- Wybory nas psują... Uwaga, dokonam teraz trywialnego porównania... To dokładnie tak jak z kawą. Kiedyś mieliśmy tylko białą lub czarną. Teraz kuszą nas na każdym kroku całą gamą smaków i udziwnionych nazw... latte machiatto, cappuccino, espresso, americano, frappe... można stracić rozum. I zwiedzionym pięknie brzmiącą nazwą, dokonać błędnego wyboru. A przecież baza pozostaje zawsze taka sama. I to ona powinna być dla nas drogowskazem. Te zbędne dodatki zaburzają nam tylko pole widzenia i często zniekształcają smak...
- Nie potrafiłbym tego lepiej określić, Aga... Jesteś bardzo bystra! Spodobałabyś się mojej babci. A to jest największy komplement, jaki kobieta może usłyszeć z moich ust...
***
Roman zobaczył Marię po raz pierwszy w otwartym na oścież oknie nad witryną sklepu mieszczącego się tuż przy głównej ulicy Bredy.
Ciężkie walki o miasto toczyły się przez cały dzień. Niemcy bronili się z maniakalnym uporem. Byli dosłownie wszędzie. W betonowych bunkrach, piwnicach, na dachach domów. W końcu pod naporem działań polskiej armii ustąpili. Breda była wolna.
Miasto oszalało. Ludność witała polskich żołnierzy niczym bohaterów narodowych. Roman wjechał do centrum, siedząc zawadiacko na lufie czołgu, który jeszcze przed kilkoma godzinami nacierał na wrogów w regularnej walce. Przed oczami żołnierza powiewały biało-czerwone flagi. Był zmęczony, ale niezmiernie wzruszony i dumny ze swoich towarzyszy broni. Z zaciekawieniem zerkał na otaczającą go rzeczywistość, na ceglane domki, przed którymi stali uśmiechnięci i machający ludzie. Jego wzrok zatrzymał się na ozdobionej dziesiątkami barwnych kwiatów witrynie sklepowej z wywieszonym transparentem. Ktoś czerwoną farbą wypisał na nim koślawe litery po polsku:
Dziękujemy Wam, żołnierze!
Odruchowo spojrzał w górę. W oknie domu, na pierwszym piętrze, stała młoda dziewczyna trzymająca w ręku białą chustkę. Ich spojrzenia skrzyżowały się w wibrującym od szczęścia i pozytywnej energii powietrzu wolnego miasta. Dziewczyna miała poplamiony czerwoną farbą zadarty nosek i błyszczące oczy, w których Roman przepadł na zawsze.
Od tego pierwszego spojrzenia już wiedział, że właśnie znalazł port przeznaczenia.
Tym portem była Maria.
***
Nie zdawałam sobie sprawy, że po moich policzkach spływają łzy. Myślałam w tym momencie o wszystkich ludziach w moim życiu, którzy byli dla mnie ważni. O tych, którzy już odeszli na drugą stronę, i tych, którzy ciągle byli ze mną. O dziadku Vincencie, babci Lei, o rodzicach, Julii, Prosperze, Annemarie... i mojej córeczce, która jeszcze nie wiedziała, że tak bardzo ją kocham. W tym właśnie momencie ponownie poczułam delikatny ruch, muśnięcie skrzydeł małej wróżki, która, czując moje wzruszenie, zapewniała, że czuje moją miłość. I też mnie kocha.
Johan czekał. Nie przerwał ani jednym słowem magii tej intymnej chwili. Spojrzałam na niego z wdzięcznością.
- Myślę, że chciałbyś w końcu usłyszeć, dlaczego właściwie tutaj przyjechałam.
- Nie musisz przyjeżdżać z wpiętym w klapę znaczkiem z wyjaśnieniami. Możesz przyjeżdżać z nalepką pomimo wszystko. Albo najlepiej z orderem bez powodu.
- Bez powodu orderów się nie przyznaje! - Roześmiałam się.
Johan mi zawtórował, ale jego oczy pozostały poważne.
- Dobrze, poddaję się... Jestem bardzo ciekawy...
Pomiędzy nami zapadł półmrok, który oświetlały niespokojnie podrygujące na wietrze płomienie świec. Wzięłam głęboki oddech. Teraz albo nigdy.
- Wiem, że szukasz kolejnych wyzwań i nie boisz się ryzyka. Co byś powiedział na przejęcie "Gazety Pomorskiej"? Pilnie szukamy inwestora. I przyznaję z ręką na sercu, że bardzo chciałabym dla ciebie pracować.
***
Obudził mnie dzwonek telefonu. Przysnęłam przed telewizorem i wyrwana nagle z błogich objęć Morfeusza w pierwszym momencie nie wiedziałam, skąd dochodzi natarczywe brzęczenie. W końcu zlokalizowałam sygnał, wyciągnęłam spod poduszki torbę i namacałam wibrujący w niej aparat.
- Agnieszka? - Usłyszałam radosny głos Bożenki. - Dzień dobry!
Błyskawicznie usiadłam. Przyszła pora na rozwiązanie zagadki tajemniczego dobroczyńcy!
- Witaj, kochana! Już po urlopie? Tadeusz zrobił ci piękną niespodziankę. - Postanowiłam powoli stopniować napięcie.
Bożenka umilkła na chwilę.
- A skąd wiesz, że byłam w Hiszpanii? - odezwała się zaskoczona. - A ja myślałam, że będę pierwszą, która ci o tym powie.
Odchrząknęłam z zakłopotaniem. Fakt, mogłam nie wyskakiwać od razu z tekstem o wakacjach.
- Rozmawiałam z Jeroenem - przyznałam. - Nie odbierałaś telefonu, postanowiłam więc zadzwonić do biura i zapytać, czy wszystko w porządku.
- Tak się cieszę, że znowu macie kontakt!
Bożenka zawsze twierdziła, że zrobiłam błąd swojego życia, zostawiając Jeroena dla Stijna. Była powściągliwa w wyrażaniu swoich opinii, ale w tym przypadku nie potrafiła trzymać języka za zębami. Nie miałam jej tego za złe, chciała wyłącznie mojego dobra.
- Nie rozpędzaj się! - ostudziłam entuzjazm przyjaciółki. - Jesteśmy tylko dobrymi znajomymi. Jak Hiszpania? Opaliłaś się? Wyślij jakieś zdjęcia!
- Aga... jestem zakochana w tym kraju. Czy ty zdajesz sobie sprawę, że to był mój pierwszy wyjazd za granicę? Nie licząc Holandii, oczywiście. Jestem wypoczęta, szczęśliwa i zrelaksowana.
W takim razie skoro była w tak dobrym humorze, postanowiłam nie zwlekać i kuć żelazo, póki gorące.
- To fantastycznie, Bo! Zasłużyłaś na to! Ale... szczerze mówiąc, chciałabym cię o coś zapytać... - Urwałam, szukając dyplomatycznych słów, ale po sekundzie doszłam do wniosku, że najlepiej będzie, jeżeli powiem, co mi leży na sercu wprost, bez ogródek. - Czy ty niczego przede mną nie ukrywasz? Wydaje mi się, że wiesz o czymś, co dotyczy bezpośrednio mnie, a o czym ja nie mam zielonego pojęcia. Tylko błagam, nie częstuj mnie głodnymi kawałkami w stylu: "Nie wiem, o czym mówisz".
- Wcale nie zamierzam - odparła spokojnie. - Doskonale wiem, o czym mówisz. Ale przykro mi, możesz się złościć, gniewać, pomstować, złorzeczyć i co tam sobie jeszcze wymyślisz, a ja i tak nie zdradzę, kto przedłużył wynajem twojego apartamentu w Haarlemie. Poprosił mnie o pomoc i dyskrecję, a ponieważ całym sercem stoję za nim, nie widzę powodu, dla którego miałabym złamać dane słowo. Aga, twoje miejsce jest tutaj, a nie tam! Wracaj, przecież wiesz, że wszyscy ci pomożemy!
- Dlaczego ci legendarni "wszyscy" wiedzą lepiej niż ja sama, co jest dla mnie dobre? Pozwólcie mi podejmować własne decyzje! Nie chcę, żeby ktoś ponosił wydatki związane z moją osobą i poniekąd próbował wymusić na mnie powrót do Holandii, gdyż wydaje mu się, że to jedyne rozsądne rozwiązanie! Jakim prawem? Nie mogę się na to zgodzić!
Bożenka pozostała niewzruszona.
- Nikt na ciebie nie wywiera żadnej presji ani niczego od ciebie nie wymaga. Po prostu zaakceptuj fakt, że masz możliwość wyboru. To od ciebie zależy, czy skorzystasz z tej szansy, czy ją odrzucisz. Nie marudź więc już i lepiej powiedz, jak się czujesz.
Nie było sensu dalej walczyć z przyjaciółką. Miała swoje zasady i nie zamierzała ich łamać. Właśnie za tę bezkompromisowość tak ją kochałam. Co nie stało na przeszkodzie, że w tym momencie najchętniej bym ją udusiła.
- Jestem zła, nie ukrywam, ale niech ci będzie. I tak nic nie wskóram, upierając się przy swoich racjach. Mam tylko jeden warunek: na czas pobytu Prospera i Julii w mieszkaniu to oni będą płacić wszystkie rachunki. Możesz przekazać swojemu... mocodawcy, że w tym względzie pozostanę niewzruszona. I tak w końcu dojdę, kto jest tym Janosikiem.
- Przekażę mu twoje wytyczne. Myślę, że nie będzie miał nic przeciwko. A teraz rozchmurz się, moja piękna. No i mów, jak tam córcia. Mocno kopie?
Nie było sensu dłużej się dąsać.
- Na razie tańczy w balecie, ale podejrzewam, że już niedługo stanie na bramce. To tylko kwestia czasu...
Cała promieniałam. Tak było za każdym razem, kiedy o niej mówiłam. I obawiałam się, że tak będzie już zawsze.