Sąd ostateczny. Tom 1. Cykl Emil Żądło - Anna Klejzerowicz

Kup ebooka

22.00 zł
18.26 zł (18,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog 1

Ponad sześćdziesiąt lat wcześniej

Morze ognia falowało w ciemnościach nocy.

Wszędzie wokół było czuć smród spalenizny i gryzący zapach dymu. Od płonących budynków bił żar, któremu nawet nocny chłód nie dawał rady, tak jak siąpiący nieustannie deszcz nie zdołał zdławić płomieni pożerających miasto.

Zewsząd dobiegały rozpaczliwe krzyki ludzi i poszczekiwanie psów. Armagedon. Sąd Ostateczny. Koniec świata. Tamtego świata...

W blasku ognia sylwetki oprawców, rzucające długie, rozchybotane cienie na walące się dookoła mury, wyglądały upiornie niczym postaci diabłów z malowideł dawnych mistrzów. Nawet ich twarze były iście piekielne - czarne od sadzy i popiołów, wykrzywione w grymasie pełnego uciechy okrucieństwa. Oprawcy rabowali, wynosili, co tylko się dało z ocalałych jeszcze domów, z których wcześniej wywlekli przerażonych ludzi, tak jak stali, prosto na zalaną deszczem ulicę, popychając ich brutalnie kolbami karabinów. Co jakiś czas dobiegały z bliska przeszywające powietrze pojedyncze odgłosy wystrzałów i już nie było wiadomo, czy czerwień bruku to dzieło łuny, padającej od ognia, czy też spływającej krwi. Ludzie uciekali w panice, kryjąc się w zakamarkach ruin, a płacz dzieci oraz zawodzenie kobiet tłumione były przez huk ognia i walące się ściany. Tylko wiosenny deszcz wciąż padał jednostajnie i obojętnie, jakby chciał swą mglistą kurtyną wstydliwie przysłonić całe to koszmarne ludzkie pandemonium.

Jeden z oprawców pchnął na bruk starego człowieka i jednym strzałem w głowę pozbawił go życia. Rozległ się przeraźliwy krzyk dwunastoletniej dziewczynki, która rzuciła się na ciało starca. Oprawca podniósł dziewczynkę szarpnięciem za włosy, po czym przyparł ją do porzuconego wraku wojskowego łazika i zgwałcił. Następnie poderżnął dziecku gardło i rzucił ciało na zwłoki starca jak niepotrzebną, zużytą szmatę. Przedtem jednak zdarł z szyi ofiary srebrny wisiorek. Słychać było śmiech okrutnika.

Druga, nieco starsza dziewczyna, patrzyła na to wszystko ukryta za stertą porzuconych skrzyń. Serce podeszło jej do gardła, a z oczu bezgłośnie popłynęły łzy. Nie mogła nic zrobić, mimo że tamta dziewczynka była jej młodszą siostrą, a stary człowiek dziadkiem i jedynym opiekunem, odkąd zabrakło rodziców. Ojca zabrała wojna, a matkę - wraz z najmłodszym rodzeństwem - pochłonęło morze. Teraz została zupełnie sama. Wepchnęła sobie wszystkie palce w usta, by powstrzymać narastający krzyk. Oprawcy zajęli się plądrowaniem kolejnych budynków, ich przerażające wrzaski nieco się oddaliły. Dziewczynka nadal kuliła się w swej niepewnej kryjówce, nie wiedząc, co ze sobą począć. Paraliżował ją strach przed ludzkimi bestiami, nienawidzącymi jej, nie wiadomo dlaczego.

Po chwili ktoś szarpnął ją lekko za ramię. Drgnęła gwałtownie, gotowa bronić się do końca pazurami i zębami - z ulgą rozpoznała jednak znajomą twarz sąsiadki. Kobieta położyła palec na ustach i pociągnęła ją ku zbawczej kępie krzewów rosnących nieopodal. Stamtąd wycofały się do ocalałej piwnicy jednego ze zrabowanych już domów i przeczekały aż do świtu, by wreszcie dołączyć do pochodu innych niedobitków, pragnących za wszelką cenę wyrwać się z tego piekła. Szlak ucieczki wiódł poprzez znane i ukochane miejsca. Miała ich już nigdy więcej nie zobaczyć.

Prolog 2

Dzisiaj

Samochód skręcił raptownie w leśną drogę i zarył kołami w błocie.

Poprzez noc i ulewę widziała tylko niewyraźne zarysy drzew. Kręciło jej się w głowie. Kierowca zaklął, mocując się z silnikiem wozu. Nie zrozumiała słów. Zresztą nawet nie próbowała. Rozpaczliwie chwyciła za klamkę, kopnięciem otworzyła sobie drzwiczki i jak szalona wbiegła do lasu. Deszcz smagał ją po twarzy, lecz nawet tego nie poczuła. Uciekała przed siebie, obijając się o pnie drzew, byle szybciej, byle dalej od prześladowcy. Ten las musi się gdzieś kończyć, za nim powinny być przecież jakieś domy, jacyś ludzie. Ile sił w płucach wołała o pomoc, dopóki nie zorientowała się, że krzyk ją zdradza. Słyszała za sobą głuchy, miarowy odgłos jego kroków, a może tak jej się tylko zdawało. Może było to bicie jej własnego serca. Jednak snop światła nie był złudzeniem. Biegł za nią z latarką, widział ją. Nie miała się gdzie ukryć, rosły tu tylko stare drzewa z wysokimi koronami i łysymi pniami, które nie dawały schronienia. Nieco dalej ujrzała pas zarośli. Musi tam dobiec. Jeszcze tylko kilka metrów. To jej jedyna szansa... Nagle usłyszała głuchy huk i w tym samym momencie poczuła obezwładniający ból w łydce. Noga ugięła się pod nią i upadła twarzą w mokre leśne poszycie. Na ułamek sekundy straciła świadomość, ból dosłownie ją ogłuszył. Lecz już po chwili instynkt samozachowawczy popchnął ją do dalszej rozpaczliwej ucieczki. Jakimś przebłyskiem umysłu zrozumiała, że została postrzelona. Ale nadal żyje. Nie poddawać się. Uciekać. Wściekły ból ponownie przeszył całe ciało. Nie ucieknie, nie da rady. Próbowała podnieść się, lecz noga była całkiem bezwładna. Teraz już wyraźnie, coraz bliżej, słyszała kroki mordercy. Mokre liście szeleściły pod jego ciężkimi butami. Rozszerzonymi ze strachu oczami usiłowała przebić ciemności, lecz widziała tylko oślepiające światło latarki. Jest blisko, coraz bliżej. Bawi się z nią w kotka i myszkę. Nagle usłyszała głośniejszy szelest, odgłos jakby uderzenia, kolejne przekleństwo, światło zachybotało się i na moment zgasło. Mężczyzna potknął się o jakiś korzeń. Jak smagnięta biczem zaczęła czołgać się w stronę zbawczej - jak jej się zdawało - linii gęstych zarośli. Tam można się ukryć. Można walczyć. Ranił ją, lecz instynkt życia jest silniejszy od bólu. Może mu wytrącić z ręki latarkę, stłuc ją, choćby gołą ręką, ogłuszyć go nią, wyczołgać się na szosę, wzywać pomocy...

Już, już - pierwsze krzaki. Udało jej się. Wcisnęła się głębiej, nie bacząc na to, że gałęzie kaleczą jej twarz. Skuliła się pod osłoną gęstego listowia. Noga pulsowała tępym bólem. Dotknęła jej i poczuła na dłoni coś lepkiego i gorącego. Mdlący, metaliczny zapach krwi. Skuliła się jeszcze bardziej, czując na sobie smugę światła latarki. Szuka jej. Jego ciężkie kroki słyszała tuż obok siebie. Naraz zapadła cisza. Poprzez szum deszczu wciąż jednak słyszała nad sobą - lub raczej wyczuwała - jego oddech.

Nagle powietrze zawibrowało upiornym chichotem. W tym samym momencie latarka znów ją oślepiła, a świat zawirował, gdy coś szarpnęło ją brutalnie za zranioną nogę i gwałtownie, zanim zdążyła pomyśleć, wywlekło z krzaków. Mężczyzna ciągle się śmiał, stojąc nad nią w rozkroku. Uderzył ją pięścią w twarz. Znieruchomiała, czując na wargach smak krwi. Coś ciepłego spłynęło jej po udach. Cuchnęło. Sparaliżował ją mdlący odór czystego, zwierzęcego strachu.

Człowiek - a może bestia - zawiesił latarkę na gałęziach drzewa. Pochylił się nad nią i - nie przestając śmiać się złowieszczo - zaczął zdzierać z niej ubranie. Nie miała już siły się bronić. Zanim zamknęła oczy, ujrzała jeszcze tuż nad swoją twarzą zimny, metaliczny błysk noża, w którego ostrzu przez ułamek sekundy odbiło się światło latarki.