SABAT numer 1245
Nad dużą polaną, w środku gęstego czarnego lasu rozciągało się granatowe niebo obsypane nieskończoną ilością błyszczących niczym brokat gwiazd. Biała okrągła tarcza księżyca jaśniała niepokojąco zimnym blaskiem. Sine plamy, jakie tej nocy było na niej widać, wyraźnie tworzyły oryginalny wzór od wieków hipnotyzujący ludzi, koty i wilki. Można było przysiąc, że ktoś specjalnie powiesił na niebie tak piękny, jasny księżyc, by oświetlał drogę zbliżającym się na polanę kobietom.
Nadchodziły z różnych stron. Trzymały w dłoniach miotły, na których prawdopodobnie właśnie przyleciały, a którymi teraz odsuwały denerwujące smagające twarz gałązki. Wszystkie kobiety odziane były w długie ciemne szaty, które podczas marszu zaczepiały się o korzenie i krzaki niebezpiecznie plątając się pod nogami. Kobiety podnosiły suknie wysoko, odsłaniając łydki i cicho miotały w ustach przekleństwa, gdy pod nogami trzasnęła łamana gałązka. Miały nadejść bezszelestnie. Przed upadkiem ratowały się miotłami, którymi przytrzymywały się, by nie stracić równowagi. Długie siwe rozpuszczone włosy kontrastowały z raczej młodymi twarzami i nie było wątpliwości, że były to peruki. Sporo pracy kobiety włożyły w to, by ozdobić je czarnymi wstążkami, piórkami i koralikami, które wplotły w liczne warkoczyki. Każda z nadchodzących była zadowolona ze swej stylizacji na wiekową groźną wiedźmę, szarlatankę, której powinni się obawiać niewtajemniczeni ludzie.
Polana czekała. Pośrodku znajdował się wielki jak góra stos gałęzi otoczony ułożonymi kiedyś kamieniami. Wiedźmy co roku przez kilka dni zbierały patyki na palenisko, tnąc młode drzewka i gałęzie. Teraz stos czuwał gotowy, by zapłonąć. Na skraju polany stał spróchniały wielki pień po starym drzewie, które ponad sto lat temu ścieli pracowici drwale. Pień został wygładzony i od lat służył za prowizoryczny stół. Leżała na nim biała, ozdobiona haftem szmatka a na niej przeróżne ingredienty używane wyłącznie przez osobę rozumiejącą, jak działa tajemniczy świat magii i czarów. Dziwacznie poskręcane muszle, kamienie z odbitymi w nich liśćmi, dwie martwe zasuszone myszy, których grzbiety zostały naznaczone czerwonymi liniami, buteleczki z połyskującymi płynami i poskręcana rózga. Czaszka jelenia o imponujących rogach zajmowała swe stałe miejsce pod pniem. Na jej czole widniała namalowana czarną farbą runa. Na pniu w centralnym miejscu stała szklana kula, w której przepływały delikatne smugi błyszczącej materii.
Za pniem stały dwie kobiety, które swą młodość z sentymentem zostawiły już bardzo daleko za sobą. Cierpliwie czekały, aż zaproszone wiedźmy staną po okręgu wokół stosu. Zbliżała się północ, a więc zostało niewiele czasu, by rozpocząć sabat numer 1245. Obie kobiety wyglądały bardzo dostojnie i poważnie. Ich długie szaty w granatowych odcieniach połyskiwały złotymi nitkami skomplikowanych wzorów. Porywane leciutkim wiaterkiem poruszały się delikatnie niczym jedwab. Siwe długie włosy najwyższej jakości peruk, wyglądały bardzo naturalnie. Zdobiły je bogato zdobione opaski, pióra, koraliki i kilka cienkich warkoczyków z wplecionymi wstążkami. Niezliczone naręcza wiszących naszyjników cicho grzechotały przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Właściwie tych ruchów było bardzo niewiele, toteż kości, korale, małe czaszki ptaków i piórka, a nawet zasuszony wąż wisiały spokojnie, przydając tajemniczości obu postaciom.
Przewodnicząca, starsza i nieco wyższa z kobiet, wspierała się na długim poskręcanym drewnianym kosturze, który z całą pewnością posiadał również swoje tajemnicze właściwości. Wiceprzewodnicząca również trzymała kostur, lecz nieco cieńszy i prostszy w swej strukturze. Oba jednak zakończone były wielkimi rubinowymi kamieniami, które mieniły się niepokojąco chwytając blask białej tarczy księżyca.
Przewodnicząca spokojnie, w milczeniu obserwowała okolicę i chociaż tuż za nią znajdował się mały taboret w razie, gdyby wiedźmę opuściły nagle siły, stała wyprostowana, roztaczając wokół siebie aurę siły i potęgi.
Wszystkie dziewiętnaście wiedźm powinno przybyć przed północą i stanąć po okręgu wraz z runami, które miały przygotować. Do tej pory były to znaki wydrapane patykiem w ziemi albo na niewielkich kamieniach czy kościach. Ostatnio jednak wiedźmy przynosiły zwykłe kartki papieru, na których runy były wydrukowane lub dość niedbale wymalowane flamastrami. Co prawda wywoływało to grymas zniesmaczenia na pomarszczonych ustach przewodniczącej ale cóż, czasy się zmieniają i należałoby się do nich dostosować. Westchnęła ciężko.
Wiceprzewodnicząca dyskretnie wyciągnęła telefon komórkowy, który z trudem wygrzebała z kieszeni ukrytej w niezliczonych fałdach sukni. Nieprzyjemnie jaskrawo błysnął ekranik z godziną i wiedźma szybko zerknęła zapamiętując ją. W pośpiechu schowała telefon. Nic nie może teraz zakłócać atmosfery tajemniczości i mistycyzmu. Za cztery dwunasta... Już powinno być widać nadchodzące siostry. Zmrużyła oczy, wpatrując się w ponurą ciemność krzaków. Coś mignęło między drzewami i wiceprzewodnicząca uśmiechnęła się zerkając na przyjaciółkę. Nagle zamrugała gwałtownie z przerażenia.