POZNAWANIE MIASTA
Topografię Rzymu poznawałam, kiedy jeszcze nie było smartfonów i Google Maps. Otrzymałam zalecenie, już nawet nie pamiętam od kogo, żeby się zaopatrzyć w "Tutto Citta". Było to coś w rodzaju czasopisma ze zbiorem map wszystkich piętnastu dzielnic Rzymu. Mogłam na nich znaleźć każdą, najmniejszą nawet, uliczkę miasta. W spisie treści wyszukiwałam najpierw nazwę ulicy, a obok niej był odnośnik do strony z mapą i podane współrzędne.
Z "Tutto Citta" zeszłam całe centrum od hotelu do hotelu, do których wysyłała mnie agencja turystyczna. Tam odbierałam klientów, najczęściej Amerykanów, i taksówką dowoziłam do Muzeów Watykańskich, do Koloseum czy na lotnisko. Szybko nauczyłam się, że w centrum miasta, w tych małych i wąskich uliczkach trzeba tylko pamiętać, w którym kierunku należy iść. Wówczas, kiedy uliczka skręca w prawo, idę w prawo, a następnie, żeby dotrzeć do celu, muszę skręcić w lewo dla przeciwwagi.
Poznawałam też system komunikacji. Rzymskie metro składa się z dwóch linii, które krzyżują się tylko na jednej stacji, na Stazione Termini. Gorzej było z autobusami. Tych jest krocie i szybko zorientowałam się, że na autobusy właściwie nie ma co liczyć. Jeździły, jak chciały, bez żadnego rozkładu, bez jakiegokolwiek systemu. Były często tak zapchane, że nie dało się do nich wsiąść, a czasami nawet przeładowane się nie zatrzymywały!
Dowiadywałam się o zabytkach Rzymu i robiłam sobie długie listy obiektów, które muszę zobaczyć i poznać. Na początku w pracy ktoś zawsze mi coś podsuwał: a to kościół, którego nie znałam, a to jakieś podziemia. Kiedy tylko miałam czas wolny, chodziłam do tych wszystkich miejsc, oglądając je, fotografując i ucząc się. Zajęło mi to sporo czasu, zanim poczułam się zaznajomiona z Rzymem. Dzisiaj czuję się tu jak u siebie, chociaż nawet po wielu latach nie mogę powiedzieć, że widziałam wszystko. Rzym to studnia bez dna.
Dużo, dużo później zaczęłam poznawać Rzym kulinarny. Na początku byłam jak każdy przeciętny turysta, że jak spaghetti carbonara to z boczkiem i śmietaną. Kiedy coraz lepiej radziłam sobie z językiem włoskim i coraz częściej rozmawiałam z rzymianami, dawali mi niedwuznacznie do zrozumienia, że o prawdziwym carbonara nie mam pojęcia. Znalazłam interesującą grupę ludzi przez Internations, organizację, która skupia ekspatów. Tam, na spotkaniach przez nich organizowanych, poznałam Alessandra, rzymianina od pokoleń.
Alessandro był dziennikarzem sportowym, znał doskonale Rzym, najlepsze lokale, restauracje i trattorie. To on zaczął mnie uświadamiać, gdzie zjem dobrą carbonarę. Szłam za jego poleceniem i testowałam, i za każdym razem byłam zachwycona lokalem, do którego mnie wysyłał. Po jakimś czasie pisałam do niego zawsze, kiedy chciałam zjeść najlepszą pizzę rzymską, coda alla vaccinara, najlepsze owoce morza, tatara, steka po florencku czy nawet sushi. Stanowił dla mnie przez długie lata punkt odniesienia w kwestii autentycznej kuchni rzymskiej i nie tylko rzymskiej.
Jednym z lokali, które wskazał mi Alessandro i do którego do dzisiaj chętnie zaglądam, znajduje się niedaleko Koloseum, w dzielnicy Monti przy via Panisperna. Nazywa się Ai Tre Scalini i zajmuje starą rozlewnię wina. Mają tam nieduży wybór dań w karcie, za to zawsze świeże składniki, smaczny chleb ze słynnej rzymskiej piekarni Roscioli. Uwielbiam ich przystawki, na przykład hummus czy gorgonzolę z orzechami włoskimi i miodem, a jako danie główne często biorę kurczaka po rzymsku.
Nauczyłam się, też dzięki Alessandro, szukać autentycznych przepisów na dania rzymskie na włoskich stronach Gambero rosso i Zafferano giallo. Tam mogłam przeczytać, jakie składniki są podstawą miejscowej kuchni i zapomnieć o spaghetti carbonara ze śmietaną (!). Na tych stronach pojawiało się mnóstwo artykułów polecających przeróżne lokale w Rzymie i tak oto zaczęłam do nich chodzić i je testować. Powoli zaczęłam uczyć się kuchni rzymskiej, a później też sama próbować przyrządzać niektóre potrawy.
Do dzisiaj jednak wybieram doskonałą trattoria, gdzie szef kuchni, od lat specjalista z doświadczeniem, postawi mi pod nos gotowe cacio e pepe lub saltimbocca alla romana. Zdecydowanie wolę, żeby ktoś mnie uraczył rzymskim specjałem, niż stać przy garnkach i ryzykować, że coś mi nie wyjdzie. Kiedyś koleżanka z Polski zapytała, czy robię pizzę, na co jej odpowiedziałam: "Żartujesz chyba, mam trzy pizzerie pod domem, nie brudzę sobie rąk mąką i nie ryzykuję, że mi pizza nie wyjdzie. Zdecydowanie wolę pizzę z pizzerii". I tak do dzisiaj nie zrobiłam własnymi rękoma ani jednej pizzy.