Rzym. O życiu wśród rzymian, szepczących posągach i kojącej Ostii - Barbara Kamińska

Kup ebooka

59.99 zł
49.19 zł (43,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SKĄD PO­MYSŁ NA RZYM?

Pamię­tam, jak z dwiema wa­liz­kami i trzy­let­nim syn­kiem, Au­gu­stem, przy­le­cia­łam na rzym­skie lot­ni­sko. Było to Fiu­mi­cino i pa­mię­tam też, że był to dzień 30 stycz­nia 2007 roku i sią­pił deszcz. To nie był mój po­mysł. Czy­sty przy­pa­dek, choć te­raz - po wielu la­tach - wiem, że w ży­ciu przy­pad­ków nie ma.

Za­wsze cią­gnęło mnie do Lon­dynu: za­ko­chana by­łam i w mie­ście, i w ję­zyku. Tam wła­śnie chcia­łam miesz­kać. Wy­bra­łam stu­dia fi­lo­lo­giczne, żeby zgłę­biać an­gielsz­czy­znę, a szcze­gól­nie jej fa­scy­nu­jącą fo­ne­tykę. Za­miast jed­nak po­dą­żyć za tym ma­rze­niem i wy­je­chać, po stu­diach zo­sta­łam w Pol­sce i pod­ję­łam pracę jako lek­torka ję­zyka an­giel­skiego. Do­świad­cze­nia w szko­łach ję­zy­ko­wych, uczel­niach, praca ze stu­den­tami, szko­le­nie na­uczy­cieli i cią­gły roz­wój, wresz­cie wła­sna firma, spra­wiały, że za­wo­dowo by­łam speł­niona.

Pracę w Rzy­mie pod­jął przy am­ba­sa­dzie RP mój ów­cze­sny mąż. To on prze­niósł się do Wiecz­nego Mia­sta i po roku ży­cia na od­le­głość wy­my­ślił, że wszy­scy za­miesz­kamy w Rzy­mie. Wszy­scy, czyli on, ja i nasz trzy­letni sy­nek. Moją pierw­szą re­ak­cją było "nie, ni­gdy w ży­ciu!". Po chwili jed­nak, kiedy opa­dły emo­cje, za­czę­łam to roz­wa­żać na chłodno. Stwier­dzi­łam, że po­trze­buję się zor­ga­ni­zo­wać.

Jesz­cze przed prze­pro­wadzką, je­den z mo­ich ko­le­gów, Ste­fan, za­py­tał: "Ba­sia, a uczy­łaś się wło­skiego cho­ciaż tro­chę?". Od­po­wie­dzia­łam mu: "Nie, znam an­giel­ski". On z prze­kor­nym uśmie­chem od­po­wie­dział: "Oba­wiam się, że się zdzi­wisz. I tak się stało, szyb­ciej, niż przy­pusz­cza­łam. Dla­tego te­raz, kiedy ktoś mnie pyta, jak się do­brze przy­go­to­wać do wy­jazdu do Rzymu, czy za­miesz­ka­nia tu­taj, po­wta­rzam za­wsze: "za­cznij od na­uki wło­skiego!".

Co do sie­bie w Rzy­mie po­mysł mia­łam pro­sty. Będę lek­torką. Jesz­cze wtedy nie zda­wa­łam so­bie sprawy, jak bar­dzo prze­wrotne po­trafi być ży­cie. W Pol­sce przed wy­jaz­dem roz­glą­da­łam się za ofer­tami pracy w Rzy­mie, wy­sła­łam mnó­stwo ma­ili do róż­nych szkół ję­zy­ko­wych. Dzięki temu, kiedy przy­le­cia­łam, mia­łam już umó­wione spo­tka­nia z po­ten­cjal­nymi pra­co­daw­cami. Dość szybko i bez pro­blemu otrzy­ma­łam pracę w pry­wat­nej szkole ję­zy­ko­wej.

Praca z tu­ry­stami

Pro­wa­dzi­łam za­ję­cia gru­powe i in­dy­wi­du­alne, ale bar­dzo szybko po­ja­wiła się w moim ży­ciu za­wo­do­wym fru­stra­cja. Nie­liczni z mo­ich uczniów na­prawdę chcieli się uczyć i wło­żyć w tę na­ukę wy­si­łek. Więk­szość ocze­ki­wała ja­kie­goś cudu: bie­głej zna­jo­mość ję­zyka już po sze­ściu lub na­wet trzech mie­sią­cach na­uki! A ja ta­kich cu­dów nie po­tra­fi­łam spra­wić. Ucząc wtedy an­giel­skiego, naj­wię­cej chyba na­uczy­łam się ja sama - ję­zyka wło­skiego... od mo­ich uczniów.

W tym sa­mym cza­sie pod­ję­łam też współ­pracę z firmą tu­ry­styczną w ję­zyku an­giel­skim. Na po­waż­nie za­bra­łam się wtedy do na­uki wło­skiego, gdyż zda­łam so­bie sprawę, że sam an­giel­ski mi nie wy­star­czy... żeby prze­żyć. Zmo­ty­wo­wały mnie urzędy, w któ­rych po an­giel­sku nie dało się za­ła­twić zu­peł­nie nic. Było mi rów­nież wstyd, że choć już do­syć do­brze zna­łam Rzym, za­py­tana na ulicy nie umia­łam po wło­sku wy­ja­śnić, jak do­je­chać, na przy­kład do Wa­ty­kanu czy do Fon­tanny di Trevi.

Ostia - wi­dok z mo­jego bal­konu

Po kilku la­tach nie­speł­nio­nych am­bi­cji za­wo­do­wych jako na­uczy­cielka i lek­torka ję­zyka an­giel­skiego dla Wło­chów, z bo­lą­cym ser­cem po­rzu­ci­łam to za­ję­cie. Wów­czas wręcz wsko­czy­łam w tu­ry­stykę. Za­czę­łam uczyć się hi­sto­rii Rzymu, ar­che­olo­gii, od­wie­dzać mu­zea i ko­ścioły w Rzy­mie, stu­dio­wać hi­sto­rię sztuki oraz prawo tu­ry­styczne. Zda­łam eg­za­miny pań­stwowe na prze­wod­nika, które tu­taj są wy­ma­gane, i na­dal pra­co­wa­łam po an­giel­sku, w moim uko­cha­nym ję­zyku. Ale po­woli i stop­niowo co­raz bar­dziej za­czął mi się po­do­bać ję­zyk wło­ski i na­wet nie za­uwa­ży­łam, kiedy się w nim za­ko­cha­łam.

Bar­dzo długo oswa­ja­łam się z Rzy­mem: po­zna­wa­łam mia­sto, pró­bo­wa­łam się z nim za­przy­jaź­nić, ale szło mi to opor­nie. Za­chwyt jego pięk­nem po­ja­wił się dużo póź­niej, a do­piero na sa­mym końcu mi­łość - ale chyba już do gro­bo­wej de­ski.

SCHODY POD GÓRĘ

Tuż po przy­jeź­dzie do Rzymu za­częła się walka z wło­ską biu­ro­kra­cją, ba­ta­lia, która od po­czątku wy­da­wała się prze­grana. Mu­sia­łam pójść do kwe­stury i zło­żyć po­da­nie o ze­zwo­le­nie na po­byt. Ter­min od­bioru wy­zna­czono mi za trzy mie­siące. W mię­dzy­cza­sie ze­zwo­le­nia zo­stały znie­sione, za­tem ja nie mo­głam go otrzy­mać, a mój pra­co­dawca na nie cze­kał, bo po­trzebne było w księ­go­wo­ści do pod­pi­sa­nia umowy o pracę. No tak, a umowa o pracę była nie­zbędna do uzy­ska­nia mel­dunku oraz do­stępu do służby zdro­wia. Za­mel­do­wa­nie było wy­ma­gane do uzy­ska­nia wło­skiego do­wodu toż­sa­mo­ści, gdyż tego do­wodu żą­dały banki, że­bym mo­gła za­ło­żyć we Wło­szech konto ban­kowe. Pro­ce­dura była długa i skom­pli­ko­wana. Pod ad­res, który wska­za­łam, mieli przyjść vi­gili urbani, czyli funk­cjo­na­riu­sze po­li­cji miej­skiej. Mieli oni spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście prze­by­wam pod tym ad­re­sem. Na­stęp­nie ich ra­port tra­fiał do cir­co­scri­zione - urzędu mel­dun­ko­wego. Tam do­piero mia­łam się udać z wnio­skiem o wy­da­nie do­wodu. Od mo­mentu uzy­ska­nia umowy o pracę do chwili, kiedy chwy­ci­łam wło­ski do­wód oso­bi­sty, mi­nął po­nad rok.

Nic więc dziw­nego, że na po­czątku wszystko mnie de­ner­wo­wało. De­ner­wo­wali mnie ci, któ­rzy mnie za­cze­piali i za­chwy­cali się moim syn­kiem o nie­bie­skich oczach i blond locz­kach. Prze­chod­nie na ulicy, pa­nie w au­to­bu­sie, ka­sjerki w skle­pie ga­dały do mnie i ga­dały, a ja nic nie ro­zu­mia­łam. De­ner­wo­wały mnie sklepy, w któ­rych nie zna­łam żad­nych pro­duk­tów. I nie mia­łam waż­nego na­rzę­dzia, tego wła­śnie ję­zyka wło­skiego, żeby móc prze­czy­tać - i zro­zu­mieć - co też było w tych ko­lo­ro­wych pu­deł­kach.

Ni­g­dzie wcze­śniej, w żad­nym miej­scu nie mia­łam pro­ble­mów, żeby się do­ga­dać, zna­jąc ję­zyk an­giel­ski. A tu w Rzy­mie z ni­kim na ulicy nie mo­głem w tym ję­zyku za­mie­nić słowa! Wielką ulgą było to, że w miej­sco­wym ASL (wło­skim od­po­wied­niku NFZ) pra­co­wała Po­lka. Po­mo­gła nam w wy­szu­ka­niu pe­dia­try, który też mó­wił po pol­sku. Ja­kież było moje szczę­ście, pra­wie eks­taza!

Na­stępną górą do po­ko­na­nia było za­pi­sa­nie dziecka do przed­szkola. Nie mo­głam tego zro­bić, po­nie­waż jesz­cze nie pra­co­wa­łam, nie mia­łam wło­skich do­ku­men­tów... i znów błędne koło. Wresz­cie od no­wego roku szkol­nego udało mi się za­pi­sać syna do pla­cówki pry­wat­nej. Tam pod ko­niec grud­nia usły­sza­łam od pani na­uczy­cielki, że Au­gust umie już po­pro­sić i za­py­tać o naj­waż­niej­sze rze­czy. Za­tem ja pro­si­łam synka o po­moc, za każ­dym ra­zem wska­zu­jąc na przed­miot, któ­rego na­zwa po­trzebna mi była po wło­sku, i py­ta­łam, jak dzieci w przed­szkolu to na­zy­wały.

Po roku spę­dzo­nym w przed­szkolu Au­gust po­szedł do ze­rówki, która jest obo­wiąz­kowa od pią­tego roku ży­cia dziecka. Tym ra­zem pani na­uczy­cielka za­sy­gna­li­zo­wała, że moje dziecko nie mówi po wło­sku. Od­po­wie­dzia­łam jej na to, że mówi, a ona upie­rała się, że nie. Do­dała jesz­cze, że nie po­win­nam roz­ma­wiać z dziec­kiem po pol­sku w domu.

Za­go­to­wało się we mnie - w ję­zy­ko­znawcy ze spe­cjal­no­ścią w dwu­ję­zycz­no­ści i wie­lo­ję­zycz­no­ści. Ża­ło­wa­łam, że nie mo­głam się z na­uczy­cielką mo­jego dziecka po­rząd­nie wy­kłó­cić po wło­sku, gdyż nie po­zwa­lała mi na to moja słaba zna­jo­mość ję­zyka. Po­skar­ży­łam się tylko mę­żowi: "Po­wiedz tej ba­bie, że nie może mi ka­zać mó­wić po wło­sku z moim dziec­kiem. W domu mogę so­bie mó­wić na­wet po arab­sku czy w chiń­skim man­da­ryń­skim i nic jej do tego. Po to wy­sy­łam moje dziecko do wło­skiej szkoły, żeby to ona na­uczyła je po­praw­nie mó­wić po wło­sku". Po dwóch ty­go­dniach ta sama na­uczy­cielka, kiedy mnie spo­tkała, po­wie­działa mi tylko, że Au­gust mówi po wło­sku. I już zo­sta­wiła mnie w spo­koju.

Za­dba­łam też o to, żeby Au­gust miał - oprócz ję­zyka wło­skiego w szkole - kon­takt z ję­zy­kiem pol­skim w domu. Czy­ta­łam mu pol­skie ksią­żeczki, oglą­dał bajki po pol­sku, jeź­dził na trzy mie­siące do Pol­ski do ro­dziny i tam ćwi­czył ję­zyk oj­czy­sty. Po­nadto kon­tak­to­wa­li­śmy się z oso­bami mó­wią­cymi w ję­zyku an­giel­skim, za­tem kiedy miał cztery latka, za­czę­łam z nim ry­mo­wanki i za­gadki dla ma­lu­chów w tym ję­zyku, wie­dząc, że bę­dzie mu po­trzebny. A wło­skiego na­uczyła go szkoła. Dla­tego też cza­sami śmieję się, że moje dziecko to mój naj­więk­szy eks­pe­ry­ment ję­zy­kowy.

SPIS OBIEK­TÓW

RZYM UWIEL­BIANY, O CZYM OPO­WIA­DAM TU­RY­STOM

1 Po­czątki Rzymu czyli Ro­mu­lus, Re­mus i wil­czyca

2 Ka­pi­tol

3 Fo­rum Ro­ma­num

4 Pa­la­tyn

5 Ko­lo­seum

6 Pan­teon

7 Plac We­necki i po­mnik Wik­tora Ema­nu­ela II

8 Wa­ty­kan - naj­mniej­sze pań­stwo świata

9 Fon­tanna di Trevi

10 Plac Na­vona

11 Schody Hisz­pań­skie

RZYM NIE­ZNANY, CZYLI MIEJ­SCA, KTÓRE RZADKO PO­KA­ZUJĘ TU­RY­STOM

Ghetto czyli dziel­nica ży­dow­ska

12 Łuk Ty­tusa

13 Wej­ście do Por­tyku Okta­wii

14 Sy­na­goga

Wy­spa Ty­be­ryj­ska

15 Most Ce­stiu­sza (Ponte Ce­stio)

16 Most Fa­bry­cju­sza (Ponte Fa­bri­cio)

17 Po­zo­sta­ło­ści świą­tyni Esku­lapa

18 Ko­ściół Świę­tego Bar­tło­mieja

19 Wej­ście do Krypty Sac­coni Rossi

20 Szpi­tal Fa­te­be­ne­fra­telli, czyli Bo­ni­fra­trów

21 Ko­ściół Świę­tego Jana Ka­li­bity

22 Sora Lella

23 Ponte Rotto

Te­stac­cio, czyli sta­ro­żytne wy­sy­pi­sko śmieci

24 Monte Te­stac­cio

25 Po­zo­sta­ło­ści Em­po­rium na Te­stac­cio

26 Ma­sto

Za­ty­brze

27 Most Syk­styń­ski (Ponte Si­sto)

28 Piazza Tri­lussa

29 Plac San Gio­vanni Della Ma­lva

30 Ko­ściół San Gio­vanni Della Ma­lva

31 Pimm's

32 Porta Set­ti­miana

33 Mu­ral Anna Pe­renna na piazza San Egi­dio

34 Ton­na­rello

35 Ba­zy­lika Matki Bo­skiej Za­ty­brzań­skiej (Santa Ma­ria in Tra­ste­vere)

36 Via Della Lun­ga­retta

37 Via dell'Arco di San Cal­li­sto

38 An­tica Oste­ria Ru­gan­tino

39 Ko­ściół Świę­tej Agaty

Ukryte za­ułki Rzymu

40 Via dei Co­ro­nari

41 Ho­tel Ra­phael

42 Via di Sant'Eu­sta­chio

43 Świą­ty­nia Bo­skiego Ha­driana

44 Sa­lotto 52

45 Pas­setto del Bi­scione

46 Via dei Cap­pel­lari

47 Arco de­gli Ace­tari

48 Via Giu­lia (Łuk nad Via Giu­lia)

49 Fon­tanna Masz­ka­rona na Via Giu­lia

50 Pa­łac Del Gallo di Roc­ca­gio­vine

51 Piazza dei Mer­canti

52 La ca­setta a Monti

53 Sa­lita dei Bor­gia

54 Via Pa­ni­sperna

55 Piazza Mar­gana

56 Fon­tanna Żółwi (Fon­tana delle Tar­ta­ru­ghe)

57 Pa­lazzo Mat­tei Giove

58 Pa­łac We­necki

59 Arco dei Ban­chi

O czym szep­tały po­sągi

60 Pa­squ­ino

61 Ma­dama Lu­cre­zia

62 Mar­fo­rio

63 Ba­bu­ino

64 Fac­chino

65 Abate Lu­igi

Słynne tar­go­wi­ska

66 Campo de Fiori

67 Mer­cato Trion­fale

68 Mer­cato Te­stac­cio

69 Porta Por­tese

70 Mer­cato Cen­trale

RZYM POD­ZIEMNY

71 Ba­zy­lika Świę­tego Kle­mensa na La­te­ra­nie

72 Akwe­dukt Aqua Virgo

73 Po­zo­sta­ło­ści Łaźni Agrypy przy Pan­te­onie

74 Vi­cus Ca­pra­rius

75 Me­tro San Gio­vanni

76 Za­mek Świę­tego Anioła

77 Ka­ta­kumby Świę­tego Ka­lik­sta

78 Ka­ta­kumby Świę­tego Se­ba­stiana

79 Ka­ta­kumby Do­mi­tylli

80 Ba­zy­lika Świę­tego Chry­zo­gona

PO­ZNA­WA­NIE MIA­STA

Topo­gra­fię Rzymu po­zna­wa­łam, kiedy jesz­cze nie było smart­fo­nów i Go­ogle Maps. Otrzy­ma­łam za­le­ce­nie, już na­wet nie pa­mię­tam od kogo, żeby się za­opa­trzyć w "Tutto Citta". Było to coś w ro­dzaju cza­so­pi­sma ze zbio­rem map wszyst­kich pięt­na­stu dziel­nic Rzymu. Mo­głam na nich zna­leźć każdą, naj­mniej­szą na­wet, uliczkę mia­sta. W spi­sie tre­ści wy­szu­ki­wa­łam naj­pierw na­zwę ulicy, a obok niej był od­no­śnik do strony z mapą i po­dane współ­rzędne.

Z "Tutto Citta" ze­szłam całe cen­trum od ho­telu do ho­telu, do któ­rych wy­sy­łała mnie agen­cja tu­ry­styczna. Tam od­bie­ra­łam klien­tów, naj­czę­ściej Ame­ry­ka­nów, i tak­sówką do­wo­zi­łam do Mu­zeów Wa­ty­kań­skich, do Ko­lo­seum czy na lot­ni­sko. Szybko na­uczy­łam się, że w cen­trum mia­sta, w tych ma­łych i wą­skich ulicz­kach trzeba tylko pa­mię­tać, w któ­rym kie­runku na­leży iść. Wów­czas, kiedy uliczka skręca w prawo, idę w prawo, a na­stęp­nie, żeby do­trzeć do celu, mu­szę skrę­cić w lewo dla prze­ciw­wagi.

Po­zna­wa­łam też sys­tem ko­mu­ni­ka­cji. Rzym­skie me­tro składa się z dwóch li­nii, które krzy­żują się tylko na jed­nej sta­cji, na Sta­zione Ter­mini. Go­rzej było z au­to­bu­sami. Tych jest kro­cie i szybko zo­rien­to­wa­łam się, że na au­to­busy wła­ści­wie nie ma co li­czyć. Jeź­dziły, jak chciały, bez żad­nego roz­kładu, bez ja­kie­go­kol­wiek sys­temu. Były czę­sto tak za­pchane, że nie dało się do nich wsiąść, a cza­sami na­wet prze­ła­do­wane się nie za­trzy­my­wały!

Ostia

Do­wia­dy­wa­łam się o za­byt­kach Rzymu i ro­bi­łam so­bie dłu­gie li­sty obiek­tów, które mu­szę zo­ba­czyć i po­znać. Na po­czątku w pracy ktoś za­wsze mi coś pod­su­wał: a to ko­ściół, któ­rego nie zna­łam, a to ja­kieś pod­zie­mia. Kiedy tylko mia­łam czas wolny, cho­dzi­łam do tych wszyst­kich miejsc, oglą­da­jąc je, fo­to­gra­fu­jąc i ucząc się. Za­jęło mi to sporo czasu, za­nim po­czu­łam się za­zna­jo­miona z Rzy­mem. Dzi­siaj czuję się tu jak u sie­bie, cho­ciaż na­wet po wielu la­tach nie mogę po­wie­dzieć, że wi­dzia­łam wszystko. Rzym to stud­nia bez dna.

Dużo, dużo póź­niej za­czę­łam po­zna­wać Rzym ku­li­narny. Na po­czątku by­łam jak każdy prze­ciętny tu­ry­sta, że jak spa­ghetti car­bo­nara to z bocz­kiem i śmie­taną. Kiedy co­raz le­piej ra­dzi­łam so­bie z ję­zy­kiem wło­skim i co­raz czę­ściej roz­ma­wia­łam z rzy­mia­nami, da­wali mi nie­dwu­znacz­nie do zro­zu­mie­nia, że o praw­dzi­wym car­bo­nara nie mam po­ję­cia. Zna­la­złam in­te­re­su­jącą grupę lu­dzi przez In­ter­na­tions, or­ga­ni­za­cję, która sku­pia eks­pa­tów. Tam, na spo­tka­niach przez nich or­ga­ni­zo­wa­nych, po­zna­łam Ales­san­dra, rzy­mia­nina od po­ko­leń.

Ales­san­dro był dzien­ni­ka­rzem spor­to­wym, znał do­sko­nale Rzym, naj­lep­sze lo­kale, re­stau­ra­cje i trat­to­rie. To on za­czął mnie uświa­da­miać, gdzie zjem do­brą car­bo­narę. Szłam za jego po­le­ce­niem i te­sto­wa­łam, i za każ­dym ra­zem by­łam za­chwy­cona lo­ka­lem, do któ­rego mnie wy­sy­łał. Po ja­kimś cza­sie pi­sa­łam do niego za­wsze, kiedy chcia­łam zjeść naj­lep­szą pizzę rzym­ską, coda alla vac­ci­nara, naj­lep­sze owoce mo­rza, ta­tara, steka po flo­rencku czy na­wet su­shi. Sta­no­wił dla mnie przez dłu­gie lata punkt od­nie­sie­nia w kwe­stii au­ten­tycz­nej kuchni rzym­skiej i nie tylko rzym­skiej.

Jed­nym z lo­kali, które wska­zał mi Ales­san­dro i do któ­rego do dzi­siaj chęt­nie za­glą­dam, znaj­duje się nie­da­leko Ko­lo­seum, w dziel­nicy Monti przy via Pa­ni­sperna. Na­zywa się Ai Tre Sca­lini i zaj­muje starą roz­lew­nię wina. Mają tam nie­duży wy­bór dań w kar­cie, za to za­wsze świeże skład­niki, smaczny chleb ze słyn­nej rzym­skiej pie­karni Ro­scioli. Uwiel­biam ich przy­stawki, na przy­kład hum­mus czy gor­gon­zolę z orze­chami wło­skimi i mio­dem, a jako da­nie główne czę­sto biorę kur­czaka po rzym­sku.

Ostia

Na­uczy­łam się, też dzięki Ales­san­dro, szu­kać au­ten­tycz­nych prze­pi­sów na da­nia rzym­skie na wło­skich stro­nach Gam­bero rosso i Zaf­fe­rano giallo. Tam mo­głam prze­czy­tać, ja­kie skład­niki są pod­stawą miej­sco­wej kuchni i za­po­mnieć o spa­ghetti car­bo­nara ze śmie­taną (!). Na tych stro­nach po­ja­wiało się mnó­stwo ar­ty­ku­łów po­le­ca­ją­cych prze­różne lo­kale w Rzy­mie i tak oto za­czę­łam do nich cho­dzić i je te­sto­wać. Po­woli za­czę­łam uczyć się kuchni rzym­skiej, a póź­niej też sama pró­bo­wać przy­rzą­dzać nie­które po­trawy.

Do dzi­siaj jed­nak wy­bie­ram do­sko­nałą trat­to­ria, gdzie szef kuchni, od lat spe­cja­li­sta z do­świad­cze­niem, po­stawi mi pod nos go­towe ca­cio e pepe lub sal­tim­bocca alla romana. Zde­cy­do­wa­nie wolę, żeby ktoś mnie ura­czył rzym­skim spe­cja­łem, niż stać przy garn­kach i ry­zy­ko­wać, że coś mi nie wyj­dzie. Kie­dyś ko­le­żanka z Pol­ski za­py­tała, czy ro­bię pizzę, na co jej od­po­wie­dzia­łam: "Żar­tu­jesz chyba, mam trzy piz­ze­rie pod do­mem, nie bru­dzę so­bie rąk mąką i nie ry­zy­kuję, że mi pizza nie wyj­dzie. Zde­cy­do­wa­nie wolę pizzę z piz­ze­rii". I tak do dzi­siaj nie zro­bi­łam wła­snymi rę­koma ani jed­nej pizzy.

OSTIA, TU MIESZ­KAM

Moja prze­pro­wadzka, na chwilę tylko, na rok, może na dwa lata, od­była się pod ko­niec stycz­nia. Na po­czątku or­ga­ni­zo­wa­łam so­bie ży­cie w Ostii, da­leko od cen­trum. Było to przy­czyną mo­jego nie­za­do­wo­le­nia, fru­stra­cji, że mu­szę miesz­kać, jak mi się wów­czas wy­da­wało, tak da­leko od Rzymu. Jesz­cze wtedy nie zda­wa­łam so­bie sprawy, że w cen­trum - oprócz tu­ry­stów - nikt nie chce miesz­kać i, je­śli tylko może, nie mieszka.

Naj­bar­dziej mi prze­szka­dzały dłu­gie do­jazdy ko­lejką, aż pół go­dziny do cen­trum mia­sta. Z ma­łym dziec­kiem to był kosz­mar, wy­prawa jak na wa­ka­cje. Na po­czątku szu­ka­łam pracy, za­tem nie za­ra­bia­łam pie­nię­dzy i nie stać mnie było na za­trud­nie­nie opie­kunki. Z tego też po­wodu dziecko jeź­dziło ze mną. Oczy­wi­ście, wszy­scy tu­taj uwiel­biają dzieci, więc piali nad nim z za­chwytu: słod­kim, ga­da­tli­wym trzy­lat­kiem z buźką aniołka, blond wło­skami i nie­bie­skimi oczę­tami.

Póź­niej w wa­go­nie czy­ta­łam książki, uczy­łam się do eg­za­mi­nów na prze­wod­nika, po­wta­rza­łam, ćwi­czy­łam ję­zyk wło­ski, od­pi­sy­wa­łam na ma­ile i zaj­mo­wa­łam się pla­no­wa­niem swo­jej pracy. Dzi­siaj za­zwy­czaj wpa­dam na grupy na FB, które mo­de­ruję i po­rząd­kuję, pro­wa­dzę moje strony na so­cial me­dia, oraz pi­szę frag­men­tami ar­ty­kuły na blogu. Tak czy ina­czej - je­stem za­jęta.

W Ostii na po­czątku prze­szka­dzało mi też chłodne miesz­ka­nie, było w nim cią­gle zimno, och, te zimne ka­lo­ry­fery w ciągu dnia. Sie­dząc przy stole w kuchni czy przy kom­pu­te­rze, mu­sia­łam wtu­lać się w gruby swe­ter albo po­lar. W domu czuło się wil­gotne po­wie­trze, gdyż tu­taj - w Ostii nad mo­rzem - wil­goć jest wszech­obecna. Szybko się jed­nak na­uczy­łam, że na­leży wy­cho­dzić na ze­wnątrz na­wet zimą, kiedy tylko po­każe się słońce i ko­rzy­stać z cie­pła. Nie­zwy­kłe było to, że cza­sami zimą na sło­neczku było cie­plej niż w domu.

Plaża w Ostii w po­bliżu mo­jego domu

Wi­dok z Ai Tre Sca­lini przez okno

Ai Tre Sca­lini

Ai Tre Sca­lini

La­tem na­to­miast Ostia oka­zała się wy­ba­wie­niem. Wra­ca­jąc z pracy z cen­trum Rzymu, za­wsze wy­czu­wam przy­jemną bryzę i niż­szą o kilka stopni tem­pe­ra­turę. Mam miesz­ka­nie z bal­ko­nem, z któ­rego roz­po­ściera się wi­dok na mo­rze. Pod­czas pan­de­mii i pierw­szego lock­downu tu­taj to­czyło się moje ży­cie. Ten czas tu­taj spę­dzany i mo­rze da­wały mi uko­je­nie.

Po ja­kimś cza­sie Ostia za­częła mi na­wet przy­po­mi­nać mój ro­dzinny Bia­ły­stok: prze­strzeń, dużo zie­leni, czyst­sze po­wie­trze, spo­koj­niej niż w cen­trum Rzymu. Po­zna­łam Ostię wzdłuż i wszerz, te­raz je­stem tu­taj u sie­bie. Co­vid przy­czy­nił się do bliż­szego po­zna­nia są­sia­dów, nie­któ­rym na­wet za­la­łam kli­ma­ty­za­cją bal­kon, za­tem oko­licz­no­ści spo­tka­nia nie na­le­żały do przy­jem­nych.

Praca z tu­ry­stami

Za­czę­łam też lu­bić Ostię zimą. Wy­cho­dzi­łam w sło­neczne dni na ro­wer lub na spa­cer, szłam do któ­re­goś z ba­rów na cor­netto i cap­puc­cino, pra­co­wa­łam tu­taj w cza­sie pan­de­mii, kiedy nie można było za bar­dzo od­da­lać się od miej­sca za­miesz­ka­nia. Dzi­siaj wię­cej czasu spę­dzam w cen­trum mia­sta. Czę­sto też mó­wię tu­ry­stom, że mo­rze wi­dzę tylko wtedy, kiedy roz­wie­szam pra­nie na bal­ko­nie.

Tu­taj - w Ostii - je­stem u sie­bie, w domu. Cho­dzę do ulu­bio­nych ba­rów na kawę, do ulu­bio­nych skle­pi­ków na za­kupy, mi­jam na uli­cach lu­dzi, któ­rych znam, cza­sami na­wet po­na­rze­kamy so­bie na ko­mu­ni­ka­cję pu­bliczną albo na po­godę - jest to styl tu­tej­szego ży­cia spo­łecz­nego.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki