Rzym. Najpiękniejsze wakacje - Agnieszka Zakrzewicz

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

W nie­któ­rych miej­scach można zako­chać się jak w ludziach... Rzym bez wąt­pie­nia do nich należy. To mia­sto, które uwo­dzi, wabi, cza­ruje, mami, olśniewa, budząc na każ­dym kroku pożą­da­nie i podziw. To pierw­sza, wyma­rzona podróż Elizy, zaraz po matu­rze. Rodzice pew­nie nie puści­liby jej do Rzymu przed ogło­sze­niem wyni­ków, gdyby sio­stra ojca nie użyła argu­mentu, że zabie­rze ją na wielką galę roz­da­nia Zło­tych Glo­bów. Młoda Polka przez sie­dem dni wraz ze swoją rzym­ską ciotką zwie­dza Wieczne Mia­sto, pozna­jąc jego naj­waż­niej­sze zabytki: plac Navona, Pan­teon, fon­tannę di Trevi, Schody Hisz­pań­skie, Kapi­tol, Kolo­seum, fora rzym­skie, bazy­likę św. Pio­tra, Muzea Waty­kań­skie, a także kościoły, place, zaułki, fon­tanny i obe­li­ski. Zanu­rza się w nie­sa­mo­witą i sur­re­ali­styczną atmos­ferę Rzymu, wczuwa w jego puls, spo­tyka rzym­skie zjawy, duchy, sza­leń­ców, anioły, a także miej­ską faunę: wró­ble, zie­lone papużki i mewy. Kosz­tuje rzym­skie przy­smaki. W mie­ście, w któ­rym flu­idy miło­ści uno­szą się na każ­dym kroku, trudno się nie zako­chać... Już pierw­szego dnia Eliza spo­tyka zie­lo­no­okiego Amo­rego, przy­po­mi­na­ją­cego jej tego wło­skiego aktora, który grał zło­dzie­jaszka w fil­mie Woody Allena Zako­chani w Rzy­mie. Idzie z nim i jego przy­ja­ciółmi na ape­ri­tif, a on obie­cuje jej małą prze­jażdżkę na sku­te­rze. Dziew­czyna do końca jed­nak nie wie, czy dotrzyma obiet­nicy... W tle prze­pla­tają się inne wiel­kie histo­rie miło­sne: Kle­opa­try i Marka Anto­niu­sza, Rafa­ela i For­na­riny, Ago­stina Chi­giego i Fran­ce­ski Orde­aschi. Poja­wiają się wielcy boha­te­ro­wie histo­rii i sztuki: Juliusz Cezar, Okta­wian August, Marek Agrypa, Neron, Domi­cjan, Syk­stus IV, Juliusz II, Syk­stus V, Urban VIII, Bra­mante, Michał Anioł, Rafael Santi, Fran­ce­sco Bor­ro­mini, Gio­vanni Lorenzo Ber­nini, Dome­nico Fon­tana, Gia­como della Porta, Cara­vag­gio i inni. W tej opo­wie­ści nie mogło zabrak­nąć cyta­tów fil­mo­wych z Rzym­skich waka­cji Wil­liama Wylera, Rzymu i La dolce vita Fede­rico Fel­li­niego, Wiel­kiego piękna Paolo Sor­ren­tina. Na końcu histo­rii, peł­nej przy­gód i nie­spo­dzie­wa­nych wyda­rzeń, która łączy w sobie ele­menty sty­li­styczne powie­ści przy­go­do­wej i kome­dii roman­tycz­nej, Eliza rozu­mie, że się zara­ziła i już cierpi na wielką, nie­opi­saną nostal­gię: amor di Roma. Wie, że Rzymu nie da się zoba­czyć za pierw­szym razem, i koniecz­nie chce tutaj powró­cić.

Rzym. Naj­pięk­niej­sze waka­cje to powieść-prze­wod­nik po Wiecz­nym Mie­ście, którą się czyta, jakby oglą­dało się film. Książka ta może więc być czy­tana na trzy spo­soby. Jak powieść, od deski do deski, ze śle­dze­niem biegu całej histo­rii, zaska­ku­ją­cych wyda­rzeń i komicz­nych sytu­acji. Roz­dzia­łami, będą­cymi goto­wymi tra­sami, które można wyko­rzy­stać pod­czas zwie­dza­nia Rzymu. Pod­roz­dzia­łami, z któ­rych każdy opo­wiada o wybra­nym zabytku i jest sam w sobie krót­kim opo­wiadaniem.

To współ­cze­sny grand tour, w który daw­niej wyru­szali mło­dzi ary­sto­kraci i inte­lek­tu­ali­ści euro­pej­scy w celu zdo­by­cia wie­dzy o świe­cie i kul­tu­rze, posze­rze­nia hory­zon­tów myślo­wych, wyro­bie­nia gustu arty­stycz­nego oraz nabra­nia dobrych manier. W isto­cie raczej jego kon­ty­nu­acja - czyli gap year, choć trwa tylko tydzień. Eliza, główna boha­terka, rze­czy­wi­ście odbywa "podróż swo­jego życia", wyko­rzy­stu­jąc ten krótki, ale nie­zwy­kły czas, by zdo­być nowe doświad­cze­nia, doznać róż­nych uczuć i spoj­rzeć ina­czej na wiele rze­czy. Wszystko to na pewno ją odmieni i być może wpły­nie na przy­szłe wybory, a także dal­sze losy. Młoda Polka jest nowo­cze­sną woja­żerką - podró­żuje samo­lo­tem, autem, tak­sówką, zwie­dza Rzym pie­szo w butach róż­nego rodzaju, na hulaj­no­dze i na mitycz­nej, czer­wo­nej vespie...

Zawsze chcia­łam napi­sać książkę o Rzy­mie... Nie wie­dzia­łam jed­nak, że zaj­mie mi to tyle czasu, sprawi trud­no­ści i będzie wyma­gało tyle pracy. Pla­no­wa­łam znacz­nie skrom­niej­szą pozy­cję, ale w trak­cie oka­zało się, że o Wiecz­nym Mie­ście nie da się kró­cej...

O Rzy­mie napi­sano już tomy. Chyba żadne inne mia­sto nie cie­szy się tak obszerną i dostojną lite­ra­turą. Jeżeli myślę o auto­rach, któ­rzy zapa­lili moją miłość do niego i odma­lo­wali ją w sło­wach, mogę wymie­nić naj­przed­niej­sze nazwi­ska świa­to­wej lite­ra­tury: Sten­dhal, Johann Wol­fgang von Goethe, Émile Zola, Dona­tien Alphonse François de Sade, Geo­rge Gor­don Byron, Hen­ryk Sien­kie­wicz, Char­les Dic­kens, André Gide, Gabriele D'Annun­zio, Roger Pey­re­fitte, Pier Paolo Paso­lini, Dan Brown. Biblio­gra­fię, którą zgro­ma­dzi­łam do napi­sa­nia tej książki, nie liczę na pozy­cje książ­kowe, lecz na metry zaj­mu­jące półki... Do tego docho­dzi fil­mo­gra­fia, gdyż Rzym to chyba naj­bar­dziej foto­ge­niczne mia­sto świata; filmy doku­men­talne, pro­gramy tele­wi­zyjne, kon­fe­ren­cje popu­lar­no­nau­kowe, arty­kuły, strony inter­ne­towe...

Rzym. Naj­pięk­niej­sze waka­cje powsta­wały w okre­sie bar­dzo wyjąt­ko­wym. Prak­tycz­nie pisa­łam tę książkę przez cały czas trwa­nia pan­de­mii koro­no­wi­rusa. Pomysł na nią przy­szedł mi w trak­cie lock­downu, gdy zamknięta w domu oglą­da­łam w mediach spo­łecz­no­ścio­wych osa­mot­nione zabytki, puste place i ulice metro­po­lii, która zawsze tęt­niła życiem. Było to piękne i zara­zem wstrzą­sa­jące. Zro­zu­mia­łam wtedy, że Rzym bez swo­ich miesz­kań­ców i tury­stów jest jak ciało bez duszy. To oni two­rzą jego nie­po­wta­rzalny kli­mat.

Ten rzym­ski kli­mat można odna­leźć wła­śnie w tej książce, na każ­dym kroku, na każ­dej kartce. Poczuć praw­dziwy zapach naj­pięk­niej­szych rzym­skich waka­cji...

Drogi czy­tel­niku, zabie­ram cię więc na pod­bój Rzymu, cie­sząc się, że będę twoim cice­rone.

Agnieszka Zakrze­wicz

Od autorki

Ta książka nie ma ambi­cji bycia książką histo­ryczną, nie­które fakty zostały w niej przy­to­czone w spo­sób arbi­tralny, a część osą­dów postaci histo­rycz­nych to wła­sne opi­nie. Przed­mio­tem tej książki jest jed­nak bli­sko trzy­ty­siąc­let­nia histo­ria Rzymu, zabytki tego mia­sta i dzieła sztuki. W tym wypadku sta­ra­łam się przy­to­czyć wszyst­kie infor­ma­cje i fakty z jak naj­więk­szą sta­ran­no­ścią, spraw­dza­jąc je, gdy było to moż­liwe, przy­naj­mniej w dwóch źró­dłach. Biblio­gra­fia, na któ­rej się opie­ra­łam, jest głów­nie wło­sko­ję­zyczna, a infor­ma­cje czer­pa­łam rów­nież z innych źró­deł, jak kon­fe­ren­cje popu­lar­no­nau­kowe, pro­gramy tele­wi­zyjne, mate­riały inter­ne­towe.

Głów­nym źró­dłem infor­ma­cji były dla mnie pro­fe­sjo­nalne prze­wod­niki. Jeżeli cho­dzi o zabytki Rzymu i histo­rię mia­sta, korzy­sta­łam głów­nie z: monu­men­tal­nego, wie­lo­to­mo­wego dzieła I rioni e i quar­tieri di Roma, pod zbio­rową redak­cją kilku auto­rów (zob. Źró­dła); dwu­to­mo­wego wyda­nia La grande guida dei monu­menti di Roma, autor­stwa Clau­dia Ren­dina, a także z innych ksią­żek poświę­co­nych Rzy­mowi jego autor­stwa; z książki Willy'ego Pocino Le curiosita di Roma oraz z I ponti di Roma autor­stwa Alberta Taglia­fer­riego i Vale­ria Var­ria­lego; a także z innych ksią­żek tema­tycz­nych wyda­nych przez wydaw­nic­two New­ton Comp­ton Edi­tori. W przy­padku zabyt­ków sta­ro­żyt­nego Rzymu opar­łam się głów­nie na Guida arche­olo­gica di Roma autor­stwa Mat­tea Cada­ria, Nun­zia Giu­stoz­ziego, Marty Chiary Guer­rieri; na książce Keitha Hop­kinsa i Mary Beard Il Colos­seo. La sto­ria e il mito; na cyklu kon­fe­ren­cji popu­lar­no­nau­ko­wych Świa­tło na arche­olo­gię zor­ga­ni­zo­wa­nych w teatrze "Argen­tina", we współ­pracy z Kura­to­rium ds. Dzie­dzic­twa Kul­tu­ro­wego Roma Capi­tale, któ­rych nagra­nia można zna­leźć na kanale YouTube (zob. Źró­dła), oraz na cyklu kon­fe­ren­cji nauko­wych Dia­lo­ghi in Curia mode­ro­wa­nych przez prof. Alfon­sinę Russo (dyrek­torkę Parku Arche­olo­gicz­nego Kolo­seum - Forum Roma­num i Pala­tynu) i trans­mi­to­wa­nych w mediach spo­łecz­no­ścio­wych oraz na stro­nie tej insty­tu­cji; infor­ma­cje czer­pa­łam rów­nież z prze­wod­nika arche­olo­gicz­nego Roma prof. Filippa Coarel­lego. W przy­padku Muzeów Waty­kań­skich pod­sta­wo­wym źró­dłem infor­ma­cji były dla mnie: ofi­cjalny prze­wod­nik I musei vati­cani. Cono­scere la sto­ria, le opere, le col­le­zioni, autor­stwa Susanny Ber­toldi; pro­gramy tele­wi­zyjne zre­ali­zo­wane dzięki byłemu dyrek­to­rowi tej pla­cówki, prof. Anto­niemu Paoluc­ciemu, a także kon­fe­ren­cje z jego udzia­łem, któ­rych nagra­nia można zna­leźć w inter­ne­cie; pozy­cja Phi­lippa Dave­rio, Musei Vati­cani, Roma; inne pro­gramy tele­wi­zyjne. Jeżeli cho­dzi o bazy­likę św. Pio­tra, korzy­sta­łam z ofi­cjal­nego audio­prze­wod­nika bazy­liki oraz z książki Alberta Angeli San Pie­tro. Segreti e mera­vi­glie in un rac­conto lungo duemila anni. Alberto Angela - pale­on­to­log, popu­la­ry­za­tor naukowy, pre­zen­ter tele­wi­zyjny, wło­ski dzien­ni­karz i pisarz - od wielu lat jest jed­nym z moich ulu­bio­nych auto­rów. Przy pisa­niu tej książki się­gnę­łam rów­nież do innych jego pozy­cji oraz korzy­sta­łam z infor­ma­cji prze­ka­zy­wa­nych w jego pro­gra­mach tele­wi­zyjnych, które zawsze chęt­nie oglą­dam (zob. Źró­dła).

Źró­dłem infor­ma­cji były dla mnie rów­nież dwie znane i bar­dzo inte­re­su­jące strony inter­ne­towe Roma Segreta (www.roma­se­greta.it) oraz Romano Impero (www.roma­no­im­pero.com). Jeżeli cho­dzi o iko­no­gra­fię i iko­no­lo­gię, opie­ra­łam się na cyklu mate­ria­łów "Sym­bole w sztuce" z kanału youtu­ber­skiego Ars Europa Chan­nel (zob. Źró­dła), nato­miast w przy­padku ana­lizy dzieł sztuki korzy­sta­łam głów­nie z wło­skiego por­talu Ado - ana­li­si­del­lo­pera.it. Przy opi­sach wyglądu zabyt­ków sta­ro­żyt­nych, które dziś już nie ist­nieją, opie­ra­łam się na rekon­struk­cjach wir­tu­al­nych i mate­ria­łach mul­ti­me­dial­nych ze strony www.altair4.com, pro­wa­dzo­nej przez spółkę Altair4 Mul­ti­me­dia, wywo­dzą­cej się z zało­żo­nej w 1986 roku grupy arty­stycz­nej o tej samej nazwie. Jeśli cho­dzi o infor­ma­cje bio­gra­ficzne postaci histo­rycz­nych, za źró­dło przy­ję­łam wło­ską Ency­klo­pe­dię Trec­cani w jej wyda­niu inter­ne­to­wym. Kon­sul­to­wa­łam ofi­cjalne strony inter­ne­towe muzeów i insty­tu­cji kul­tu­ral­nych: muse­iva­ti­cani.va; par­co­co­los­seo.it; muse­iin­co­mu­ne­roma.it; sovra­in­ten­den­za­roma.it; arche­oroma.it. Korzy­sta­łam rów­nież z arty­ku­łów pra­so­wych oraz z innych pozy­cji, które wyszcze­gól­ni­łam w Źró­dłach.

Wszyst­kie miej­sca opi­sane w tej książce odwie­dzi­łam oso­bi­ście na potrzeby tej pracy.

Pomimo jak naj­więk­szej uwagi, z jaką sta­ra­łam się podać, a następ­nie zwe­ry­fi­ko­wać infor­ma­cje oraz fakty doty­czące histo­rii Rzymu i jego zabyt­ków, przy tak olbrzy­miej ilo­ści mate­ria­łów i roz­le­gło­ści tematu, jakim jest mia­sto Rzym, nie­unik­nione mogą być ewen­tu­alne pomyłki, nie­ści­sło­ści lub prze­ocze­nia, za które z góry prze­pra­szam.

Akcja książki roz­grywa się w 2019 roku, przed pan­de­mią. Opi­sane w niej zabytki i spo­sób ich zwie­dza­nia oraz eks­po­zy­cje muze­alne odpo­wia­dają temu kon­kret­nemu okre­sowi. Od tam­tego czasu, po doświad­cze­niach pan­de­mii, nie­które rze­czy się zmie­niły - na przy­kład zmie­niono zasady zwie­dza­nia Pan­te­onu, zli­kwi­do­wano kasy bile­towe przy Parku Arche­olo­gicz­nym Kolo­seum - Forum Roma­num i Pala­ty­nie, przy­stą­piono do reno­wa­cji kom­pleksu arche­olo­gicz­nego przy Largo di Torre Argen­tina, a także wielu budyn­ków. Zasta­na­wia­łam się, czy nie uwzględ­nić nie­któ­rych zmian, zde­cy­do­wa­łam jed­nak, że opi­szę Rzym taki, jaki był wtedy.

Rozdział I. Witaj, Rzymie!

Roz­dział I

Witaj, Rzymie!

1. Roma!

- Panie i pano­wie, pod­cho­dzimy do lądo­wa­nia. Pro­szę zapiąć pasy i pozo­stać na miej­scu! Wsu­nąć bagaże pod­ręczne pod sie­dze­nie! Zamknąć sto­liki! Wyłą­czyć urzą­dze­nia elek­tro­niczne! Za pięt­na­ście minut wylą­du­jemy na lot­ni­sku Fiu­mi­cino. Pogoda cudowna! Dwa­dzie­ścia pięć stopni! Miło było gościć pań­stwa na pokła­dzie naszych linii lot­ni­czych! Arri­ve­derci e buon sog­giorno a Roma!1 - roz­legł się w samo­lo­cie wesoły głos pilota, po czym nad gło­wami pasa­że­rów zapa­liły się czer­wone świa­tełka.

Eliza nie mogła uwie­rzyć: Rzym!

Dookoła zapa­no­wało pod­nie­ce­nie. Wszy­scy zaczęli krę­cić się w fote­lach, szu­ka­jąc pasów. Grub­szy, spo­cony pan po pięć­dzie­siątce, który sie­dział obok niej, wci­skał komórkę do kie­szeni mary­narki, roz­py­cha­jąc się przy tym nie­mi­ło­sier­nie. Sio­stra zakonna, zaj­mu­jąca fotel obok, ten od kory­ta­rza, prze­że­gnała się i spo­glą­da­jąc na Elizę z aniel­skim uśmie­chem, powie­działa:

- Lubię latać do Świę­tego Mia­sta, ale wypadki zda­rzają się naj­czę­ściej przy lądo­wa­niu. Niech Bóg ma nas w swo­jej opiece!

"Dobrze, że już dola­tu­jemy!" - pomy­ślała Eliza i tylko wes­tchnęła.

Po pięt­na­stu minu­tach było po wszyst­kim. Samo­lot wylą­do­wał szczę­śli­wie na pasie i roz­le­gły się brawa.

Fiu­mi­cino było ulem. Ludzie róż­nych naro­do­wo­ści i ras poru­szali się hała­śli­wie we wszyst­kich kie­run­kach i zatrzy­my­wali przed świetl­nymi tabli­cami.

Ritiro baga­gli / Bag­gage claim - Eliza dostrze­gła wresz­cie lot­ni­skowy kie­run­kow­skaz, za któ­rym ciotka kazała jej podą­żać.

"Na wszelki wypa­dek będę śle­dzić zakon­nicę" - pomy­ślała i ruszyła jej śla­dem. Prze­cho­dzący obok młody Włoch uśmiech­nął się do niej bała­mut­nie i puścił oczko. Chyba się zaru­mie­niła, ale wypro­sto­wała krę­go­słup, wypięła dum­nie klatkę pier­siową i potrzą­snęła głową, zrzu­ca­jąc z ramie­nia dłu­gie, piękne, jasne włosy. Zabieg umoż­li­wił jej zer­k­nię­cie w tył. Młody, przy­stojny Włoch oglą­dał się za nią.

"Boże, co ja teraz zro­bię?" - prze­ra­ziła się, że zako­cha się nagle na lot­ni­sku. Obok prze­szedł kolejny przy­stojny młody Włoch. Uśmiech­nął się i rzu­cił: Ciao bella!2. Po nim następny i jesz­cze jeden. "Ach! To prze­cież Włosi!" - pomy­ślała. "Gdzie jest pin­gwin? Jak się zgu­bię, to dopiero będzie wtopa na maksa!"

Gdzieś na prze­dzie tłumu pły­ną­cego przez lot­ni­sko jak lawa mignął czarny welon zakon­nicy. W samą porę, bo ta wła­śnie skrę­ciła w prawo i znik­nęła.

Eliza przy­śpie­szyła kroku, idąc dum­nie jak paw. Po raz pierw­szy w życiu czuła się kobietą. Młodą, atrak­cyjną kobietą.

Wtedy zadzwo­niła komórka.

- Ciao! Tak, już przy­le­cia­łam. Nie, nie zgu­bi­łam się. Tak, już docho­dzę do sali odbioru bagażu - powie­działa.

- Świet­nie, kochana! Zabierz szybko walizkę, bo Ser­gio już czeka na cie­bie przed wyj­ściem. Pamię­taj, kie­ruj się tam, gdzie jest napis "USCITA3", tak jak ci napi­sa­łam. Tylko nie dawaj się pod­ry­wać! Widzimy się w domu - zale­cał wibru­jący głos po dru­giej stro­nie.

2. Janikulum

Przed wyj­ściem z lot­ni­ska cze­kał na nią ele­gancki męż­czy­zna, star­szy od jej ojca. Zakola na wyso­kim czole oraz zaczą­tek bene­dyk­tyń­skiej aure­oli o tym przy­po­mi­nały.

- Amore! Elis! Come stai?4 - Ser­gio przy­wi­tał się z Elizą jak zawsze bar­dzo ser­decz­nie, bio­rąc ją w obję­cia. Był zasko­czony jej wyglą­dem, ale nie dał tego po sobie poznać. - Ale uro­słaś!

- Bene! Molto bene!5 - odpo­wie­działa dziew­czyna, po czym prze­szli na angiel­ski, roz­ma­wia­jąc o podróży i o tym, co sły­chać w domu.

Walizka ledwo się zmie­ściła do bagaż­nika smarta. Młoda upy­chała tam ile wle­zie, choć ciotka uprze­dzała, żeby nic nie brała, bo wszystko jej poży­czy, a nawet spre­zen­tuje.

- Zaraz zoba­czysz, dla­czego w Rzy­mie nie można mieć innego samo­chodu niż smart - powie­dział wło­ski mąż ciotki, gdy wsia­dali do auta.

Z Fiu­mi­cino pro­wa­dziła sze­roka auto­strada. Było na niej nie­zwy­kle tłoczno. Sta­nęli w korku na dobre dzie­sięć minut. Ser­gio prze­kli­nał po wło­sku. Inni trą­bili, to on też zatrą­bił.

"Ależ oni mają tem­pe­ra­ment" - pomy­ślała dziew­czyna.

Z tej per­spek­tywy jej wyma­rzony Rzym nie róż­nił się od innych miast zatło­czo­nych przez samo­chody. Nie mogła się docze­kać, kiedy zoba­czy Wieczne Mia­sto, jakie oglą­dała na zdję­ciach w prze­wod­niku, albu­mach i inter­ne­cie. Fon­tannę di Trevi, Kolo­seum, bazy­likę św. Pio­tra, kaplicę Syk­styń­ską, Pan­teon, Schody Hisz­pań­skie. No i obrazy Cara­vag­gia, Rafa­ela oraz dzieła innych wiel­kich mistrzów, przede wszyst­kim Michała Anioła. Po to tu przy­je­chała. Obie­cy­wała sobie tak wiele. Była pod­nie­cona. Wresz­cie speł­niało się pierw­sze marze­nie jej życia. To nie była jej pierw­sza zagra­niczna podróż. Wyjeż­dżała wcze­śniej z rodzi­cami na waka­cje nad Bala­ton, do Chor­wa­cji, na Sło­wa­cję. Byli w Egip­cie, Ber­li­nie i Lon­dy­nie. W tę podróż jed­nak pierw­szy raz wyru­szyła sama. Wie­działa, że ciotka jest luzaczką i na wiele jej pozwoli. Na wiele wię­cej, niż pozwa­lał jej ojciec.

Jechali przez dobre pół godziny. Eliza patrzyła przez okno z uwagą. Miała nadzieję, że dostrzeże coś zna­jo­mego. Może zoba­czy Kolo­seum z daleka. Widziała tylko mniej lub bar­dziej nowe budynki. Te ostat­nie z dużymi, ukwie­co­nymi bal­ko­nami i tara­sami.

W końcu skrę­cili w wąską ulicę, bie­gnącą wzdłuż sta­rego, wyso­kiego muru. Wysta­wały zza niego stożki cypry­sów, które Eliza bez trudu roz­po­znała, oraz inne nie­sa­mo­wite, ale nie­znane drzewa. Przy­po­mi­nały sosny, miały jed­nak olbrzy­mie, roz­ło­ży­ste konary i duże, zie­lone czu­pryny. Przez uchy­lone okno samo­chodu dole­ciał ją zapach sosno­wego igli­wia i jaśminu. Bar­dzo inten­sywny. Pod­grzany słoń­cem. Na szczę­ście ruch zro­bił się mniej­szy. Zbli­żało się połu­dnie.

- To via Aure­lia Antica. Wycho­dziła ze sta­ro­żyt­nego Rzymu i wio­dła na pół­noc wzdłuż Morza Tyr­reń­skiego aż do sta­ro­żyt­nej kolo­nii rzym­skiej Luni, znaj­du­ją­cej się w Ligu­rii, skąd spro­wa­dzano mar­mur, z któ­rego zbu­do­wano Wieczne Mia­sto. Jedziemy po dro­dze, która ma ponad dwa tysiące lat. Masze­ro­wali tędy rzym­scy legio­ni­ści. - Ser­gio uśmiech­nął się do mło­dej blon­dynki, pusz­cza­jąc oko. - A za murem znaj­duje się willa Doria Pam­phili.

Widoki za szybą zaczęły się zmie­niać. Prze­je­chali pod kamien­nym łukiem, na tyle wąskim, że musieli zwol­nić. Okrą­żyli budowlę widoczną w cen­trum jakie­goś placu, przy­po­mi­na­jącą tro­chę bramę, a tro­chę łuk trium­falny. Eliza zasta­na­wiała się, co to jest. Może jakiś znany zaby­tek? Ser­gio szybko wytłu­ma­czył:

- To brama św. Pan­kra­cego. Tu prze­bie­gały sta­ro­żytne mury Rzymu i to był jeden z wjaz­dów do mia­sta. Agnese opo­wie ci wszystko. Zna mia­sto lepiej ode mnie.

Samo­chód zatrzy­mał się wresz­cie przy placu wykła­da­nym kostką bru­kową.

- Mamy szczę­ście. Jest miej­sce. - Ser­gio zro­bił dość kar­ko­łomny manewr, by zapar­ko­wać dosłow­nie na styk pomię­dzy dwoma samo­cho­dami, w alejce poro­śnię­tej po bokach szpa­le­rem pla­ta­nów. Na środku skrzy­żo­wa­nia dróg stał duży pomnik z sza­rego kamie­nia przed­sta­wia­jący męż­czy­znę na koniu. Eliza otwo­rzyła drzwiczki i wysia­dła w pośpie­chu. Chciała podejść do bagaż­nika.

- Nie, to jesz­cze nie koniec naszej podróży. Zatrzy­mamy się tu na chwilę. Chcę ci coś poka­zać - powie­dział Ser­gio.

- Wow! OMG!6 - tylko tyle zdo­łała z sie­bie wykrztu­sić, gdy doszli do balu­strady tarasu. Rzym roz­po­ście­rał się w dole, leniwy i piękny. Dachy, tarasy, strze­li­ste wieże, dzwon­nice, kopuły, fasady z oknami, łukami i arka­dami. Duże oraz małe formy geo­me­tryczne w róż­nych bar­wach i tona­cjach, prze­ty­kane pla­mami zie­leni, ukła­dały się na tle pasma sza­ro­nie­bie­skich gór i błę­kit­nego nieba. Widocz­ność była nie­sa­mo­wita i wszystko wyda­wało się takie bli­skie. Kształty stały się wyraź­nie i ostre. Mogła odróż­nić każdy szcze­gół. Wieczne Mia­sto leżało u jej stóp. Roz­cią­gało się od lewej do pra­wej, aż po hory­zont. Ogromne. Monu­men­talne. Zachwy­ca­jące. Zmru­żyła oczy. Teraz obraz wyda­wał się jej stwo­rzony za pomocą szpa­chli i gru­bych warstw farb nało­żo­nych na płótno. Zapra­gnęła to nama­lo­wać.

- Ama­zing! Beau­ti­ful!7 - powie­działa oszo­ło­miona.

Na tara­sie wido­ko­wym stało sporo ludzi, rów­nie zachwy­co­nych jak ona. Poka­zy­wali coś sobie nawza­jem. Robili fotki i sel­fie. Pary zako­cha­nych trzy­mały się za ręce, z bło­gim uśmie­chem na twa­rzy i prze­ko­na­niem, że ten widok uczyni histo­rię ich miło­ści naj­pięk­niej­szą, jedyną, nie­po­wta­rzalną. Był to moment zachwytu i bez­tro­skiego szczę­ścia, który zapa­mię­tają do końca życia i zawsze będą wspo­mi­nać.

Wło­ski wujek przy­bli­żył się do niej, objął ją ramie­niem i zaczął wska­zy­wać pal­cem bryły oraz plamy w oddali.

- Widzisz ten biały, pro­sto­kątny budy­nek z kolum­nami i dwiema rzeź­bami na dachu?

Eliza podą­żała wzro­kiem za pal­cem. Miała tro­chę trud­no­ści, by zro­zu­mieć, o jaki budy­nek cho­dzi w tym gąsz­czu brył, form i kolo­rów. W końcu dostrze­gła go i przy­tak­nęła.

- To Vit­to­riano na placu Wenec­kim, widziane z boku. Zapa­mię­taj ten punkt, wtedy ni­gdy nie zgu­bisz się w Rzy­mie. Zaraz obok, po pra­wej, ta wysoka wieża to dzwon­nica Pałacu Sena­to­rów, antycz­nego tabu­la­rium na Kapi­tolu. A to kwa­dra­towa kopuła Wiel­kiej Syna­gogi. Popatrz tam dalej. Spójrz na tę ciem­niej­szą plamę zie­leni. To Pala­tyn, a obok Kolo­seum - mówił, gesty­ku­lu­jąc.

Nasto­latka pochy­liła się tro­chę do przodu, żeby widzieć lepiej. Tak! Roz­po­zna­wała owalną formę budowli i kon­dy­gna­cje łuków. Aż kla­snęła z rado­ści. Cze­kała na ten moment tyle czasu. Zoba­czyć Kolo­seum i sta­ro­żytny Rzym - marzyła o tym, od kiedy prze­czy­tała Quo vadis jako szkolną lek­turę.

Ser­gio puścił ją i skie­ro­wał się w drugą stronę. Prze­szli kilka kro­ków do przodu.

- Widzisz ten wielki spodek, który niczym sta­tek kosmiczny wylą­do­wał pomię­dzy tymi dwiema kopu­łami? To dach Pan­te­onu. Naj­więk­sza kopuła sta­ro­żyt­no­ści.

Dziew­czyna popa­trzyła na to coś, co przy­po­mi­nało jej sko­rupę wiel­kiego żół­wia, zarówno w for­mie, jak i w kolo­rze. Ni­gdy nie zwró­ci­łaby na to uwagi. Czuła się tro­chę roz­cza­ro­wana.

"To ma być Pan­teon? Skarb antycz­nej archi­tek­tury. Z tego miej­sca przy­po­mina kato­wicki Spodek" - pomy­ślała.

- A to jest kopuła bazy­liki św. Pio­tra? - zapy­tała, wska­zu­jąc na kopułkę, która była sto­sun­kowo mała w porów­na­niu z Pan­te­onem. Widziała tyle razy bazy­likę w tele­wi­zji, pod­czas trans­mi­sji z placu św. Pio­tra, była więc pewna, że ją roz­po­zna. Gdyby to była ona, też poczu­łaby się roz­cza­ro­wana.

- Och! Nie! To kościół św. Andrzeja della Valle w cen­trum Rzymu, nie­opo­dal placu Navona. Trze­cia co do wiel­ko­ści kopuła, po Pan­te­onie i San Pie­tro. Bar­dzo inte­re­su­jący. Agnese na pewno ci go pokaże. Bazy­liki i Waty­kanu stąd nie widać. Jest po dru­giej stro­nie - wyja­śnił.

W tym momen­cie roz­legł się wystrzał armatni. Eliza instynk­tow­nie zakryła uszy. Ser­gio śmiał się. Roz­ba­wiło go, że dziew­czyna się prze­stra­szyła.

- Wybiła dwu­na­sta! - oznaj­mił.

Pode­szli bli­żej murku i wychy­lili się, by spoj­rzeć w dół. Dziew­czyna ujrzała działo, z któ­rego jesz­cze uno­sił się dym. Obsta­wiali je kano­nie­rzy w mun­du­rach. Po kilku minu­tach hau­bica wje­chała do tyłu i została zamknięta w pomiesz­cze­niu znaj­du­ją­cym się pod nimi.

- Od ponad stu sie­dem­dzie­się­ciu lat wystrzał z armaty pozwala rzy­mia­nom regu­lo­wać zegarki. Tra­dy­cja wywo­dzi się jesz­cze z cza­sów, kiedy to w samo połu­dnie strze­lano z tarasu Zamku św. Anioła. Było to ważne nie tyle ze wzglę­dów reli­gij­nych, ile prak­tycz­nych, gdyż pozwa­lało usta­wiać miej­skie zegary8. Wcze­śniej nie były one zsyn­chro­ni­zo­wane i dzwony wybi­jały godziny róż­nie. Każdy więc odmie­rzał swój czas według tego, kiedy i ile ude­rzeń biły dzwon­nice kościoła przy jego domu. Pew­nie dla­tego rzy­mia­nie zawsze się spóź­niają. Weszło im to w krew - tłu­ma­czył Włoch.

Powie­dział rów­nież, że na początku ubie­głego stu­le­cia zmie­niono miej­sce salwy arty­le­ryj­skiej ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Naj­pierw strze­lano ze wzgó­rza Monte Mario, a póź­niej, w 1904 roku, prze­nie­siono działo na Jani­ku­lum. Tylko w okre­sie dru­giej wojny świa­to­wej hau­bica mil­czała, gdyż huk prze­ra­żał miesz­kań­ców.

- Kie­dyś dawano znaki z obser­wa­to­rium astro­no­micz­nego w cen­trum Rzymu. Obec­nie arty­le­rzy­ści otrzy­mują sygnał przez tele­fon. Czas jest więc odmie­rzany z abso­lutną pre­cy­zją. - Wujek był z sie­bie wyraź­nie zado­wo­lony. - Mam dla cie­bie jesz­cze jedną nie­spo­dziankę. - Wziął ją pod rękę, by prze­pro­wa­dzić na drugą stronę ulicy.

- Co to za pomnik? - spy­tała.

- To Gari­baldi, wło­ski boha­ter naro­dowy. Dopro­wa­dził do zjed­no­cze­nia Włoch. Tu, na wzgó­rzu Jani­ku­lum, gdzie się znaj­du­jemy, toczyły się zacie­kłe walki o zdo­by­cie Rzymu.

Kiedy pode­szli do balu­strady tarasu wido­ko­wego po dru­giej stro­nie, Eliza nie mogła uwie­rzyć wła­snym oczom. Tak. To była ona. Kopuła San Pie­tro. Wielka. Nie­sa­mo­wita. Roz­po­zna­walna od razu. Jawiła się w oddali za kur­tyną zie­lo­nych drzew pora­sta­ją­cych zbo­cze Jani­ku­lum.

Zanim wsie­dli do samo­chodu, Eliza popro­siła, by wujek zro­bił jej kilka zdjęć, i wycią­gnęła tele­fon. Usta­wiła się na tara­sie, mając Rzym za ple­cami.

Męż­czy­zna mógł teraz przyj­rzeć się jej dokład­nie. Ostatni raz widział ją dwa lata temu, kiedy była jesz­cze nasto­latką się­ga­jącą mu do połowy ramie­nia. Z uro­czej dziew­czynki prze­obra­żała się w uro­kliwą kobietkę, nie­świa­domą swo­jej urody. Wyro­sła. Może nawet ponad metr sie­dem­dzie­siąt. Nogi były dłu­gie i zgrabne. Białe jak sople lodu włosy opa­dały aż do pasa. Miała na sobie czarną sukienkę pod­kre­śla­jącą wąską talię i biust. Nie odsła­nia jed­nak dekoltu. Długa, biała koszula roz­pięta z przodu wisiała na niej jak na stra­chu na wró­ble, zdra­dza­jąc wsty­dli­wość. Nie roz­sta­wała się ze swoim czar­nym ple­ca­kiem z meta­lo­wymi suwa­kami. Na sto­pach miała to prze­okropne obu­wie, odbie­ra­jące cał­ko­wi­cie wdzięk każ­dej kobie­cie - glany na plat­for­mie. Zro­bił bra­ta­nicy swo­jej żony kilka zdjęć.

3. Aglio, olio, peperoncino

W miesz­ka­niu uno­sił się przy­jemny zapach cze­goś dobrego do jedze­nia. Eliza była już głodna. Weszła za Ser­giem do dużego, prze­strzen­nego kory­ta­rza. Posta­wiła walizkę przy drzwiach i chciała zdjąć buty.

- Nie! Co ty robisz? Nie zdej­muj, a przy­naj­mniej nie tutaj. - Tyle zro­zu­miała z angielsz­czy­zny prze­pla­ta­nej wło­skim, a przede wszyst­kim z wymow­nej gesty­ku­la­cji i min pana domu.

"To oni nie zdej­mują butów i wno­szą zarazki do miesz­ka­nia? Dziwni" - pomy­ślała. "No cóż, co kraj, to oby­czaj".

Apar­ta­ment już na pierw­szy rzut oka wyda­wał się prze­stronny, a przede wszyst­kim bar­dzo wysoki. Znaj­do­wały się w nim obrazy i sty­lowe meble, na któ­rych czu­wały antyczne bibe­loty, świecz­niki, por­ce­lana. Książki w szaf­kach i na pół­kach zaj­mo­wały dużo miej­sca, jakby to one były głów­nymi loka­to­rami domu. W miesz­ka­niu pano­wał przy­jemny chłód i było kli­ma­tycz­nie. Eliza poczuła się jak w muzeum. Była jed­nak na to przy­go­to­wana, bo prze­cież znała ciotkę i jej męża.

- Ach! Już jeste­ście? Jak minęła podróż? - dobiegł z daleka zna­jomy głos. Po chwili w kory­ta­rzu poja­wiła się kobieta w gra­na­to­wych butach na obca­sie. - Elis! Kochana! Jak ty kwit­nąco wyglą­dasz! Jaki look! - powie­działa, wzięła w obję­cia bra­ta­nicę i uca­ło­wała w policzki. - Jesteś głodna? Na pewno! Obiad już pra­wie gotowy! Weź walizkę, zapro­wa­dzę cię do two­jego pokoju.

Dziew­czyna była przy­zwy­cza­jona do eks­pre­syj­no­ści tej ener­gicz­nej kobiety, która mogłaby być jej matką. Ciotka zawsze mówiła dużo, z tru­dem dopusz­czała innych do głosu, wszystko wie­działa lepiej. Była przy tym taka wło­ska. To ją draż­niło i pocią­gało zara­zem, choć nie wie­działa jesz­cze, na czym polega smak tej włosz­czy­zny. Mimo wszystko w jej towa­rzy­stwie nie czuła róż­nicy wieku. Zwra­cały się do sie­bie na ty. Nazy­wała się Agnese9...

- Jestem bar­dzo głodna! W samo­lo­cie nic nie jadłam, bo byłam tro­chę pode­ner­wo­wana. W końcu to moja pierw­sza samo­dzielna podróż za gra­nicę, i to jesz­cze w takim momen­cie. - Eliza wzięła bagaż i poszła za panią domu, która wska­zy­wała drogę. Weszły do pokoju przy końcu kory­ta­rza. Pośrodku stał stół z kom­pu­te­rem, a przy nim duży, wygodny fotel. Drew­niane regały ugi­nały się pod cię­ża­rem ksią­żek i bibe­lo­tów. Pod oknem cze­kało łóżko przy­kryte hafto­waną narzutą, a obok meta­lowy sto­jak, na któ­rym zawie­szono puste wie­szaki.

- Zro­bi­łam dla cie­bie miej­sce w moim stu­diu. Tu możesz powie­sić ubra­nia. Zwol­ni­łam ci szu­fladę na rze­czy oso­bi­ste. Walizkę włóż pod łóżko. Wyślij wia­do­mość do rodzi­ców, że jesteś już u nas. Zadzwo­nimy do nich póź­niej. - Ciotka zarzą­dzała jak zwy­kle. Miała to we krwi i była w tym podobna do swo­jego brata. Eli­zie nie pozo­sta­wało nic innego, jak tylko się pod­po­rząd­ko­wać. - Pokażę ci jesz­cze, gdzie jest łazienka. Jak się zado­mo­wisz, umyj ręce i przyjdź na obiad. Ja idę wrzu­cić pastę. Będziemy jeść za dzie­sięć minut.

Prze­szły do łazienki, zwie­dza­jąc przy oka­zji apar­ta­ment:

- Tu jest salon, tam kuch­nia, tu nasza sypial­nia, a tam pokój Ser­gia. Póź­niej pokażę ci wszystko lepiej. Idę goto­wać.

- Och! Jakie duże to miesz­ka­nie! Mam nadzieję, że się nie zgu­bię! - Dziew­czyna szu­kała punk­tów orien­ta­cyj­nych.

- Szybko się nauczysz! Cie­szę się, że wresz­cie przy­je­cha­łaś mnie odwie­dzić i będziemy miały czas dla sie­bie. - Gospo­dyni uśmiech­nęła się, uka­zu­jąc drugą, cie­płą stronę swo­jego cha­rak­teru. Jej twarz zro­biła się okrą­gła jak księ­życ w pełni, co pod­kre­ślała krótka fry­zura. Była sza­tynką jak ojciec Elizy i tak jak on miała piwne oczy.

Z kuchni ode­zwał się zna­jomy głos. Eliza zro­zu­miała tylko jedno słowo: spa­ghetti. Zapach, który stam­tąd dobie­gał, był obie­cu­jący i podraż­nił jej pusty żołą­dek. Posta­no­wiła już wię­cej nie maru­dzić i szybko wyko­nać zada­nia. Dobrze wie­działa, że we wło­skim domu spa­ghetti jest prio­ry­te­tem i nie może cze­kać.

Na okrą­głym stole w salo­nie, przy­kry­tym obru­sem w zie­lono-nie­bie­ską kratkę, roz­sta­wiono malo­wane tale­rze, duże kie­liszki do wina i szklanki na wodę. Sztućce uło­żone równo na ser­wetce. Na przy­sta­wia­nym sto­liku, obok koszyczka z chle­bem, stała butelka bia­łego wina. Jak lisi koł­nierz otu­lała ją ser­wetka. Kro­ple skrzyły się na zie­lo­nym szkle niczym poranna rosa.

- Pro­szę, usiądź tutaj. - Pan domu wska­zał miej­sce przy stole. W tym momen­cie do salonu weszła Agnese, nio­sąc głę­boki pół­mi­sek, i posta­wiła go na środku. Cien­kie, dłu­gie klu­ski jesz­cze paro­wały.

- Jemy, bo spa­ghetti szybko sty­gnie. Pro­szę, podaj­cie mi tale­rze. - Gospo­dyni wpraw­nym ruchem zamie­szała w misce. - Elis, ile ci nało­żyć?

- A co to jest? - zapy­tała młoda.

- Aglio, olio, pepe­ron­cino, czyli czo­snek, oliwa i pikantna papryczka. Ulu­biony maka­ron każ­dego Wło­cha, a Ser­gia w szcze­gól­no­ści.

- Jeżeli bar­dzo pikantne, to popro­szę troszkę. - Dziew­czyna pod­sta­wiła talerz.

Ciotka nało­żyła jej por­cję. Ser­gio w tym cza­sie nalał każ­demu wino do kie­liszka i wodę do szklanki.

- Mniam! Uwiel­biam! Duzio, duzio... - Włoch popi­sy­wał się swoją zna­jo­mo­ścią języka pol­skiego. Nakła­da­nie poszło spraw­nie i wszy­scy zaczęli wio­sło­wać widel­cami.

- Och! Pali! Ale jest bar­dzo smaczne! - pochwa­liła nasto­latka, otwie­ra­jąc usta, wyba­łu­sza­jąc oczy i krzy­wiąc się nie­mi­ło­sier­nie. Długi, cienki maka­ron był twardy, czo­snek, świeża oliwa i pikantna papryczka szczy­pały w język i roz­grze­wały cały orga­nizm. Chciała zła­pać tro­chę zim­nego powie­trza.

- Moja pierw­sza reak­cja była taka sama. Póź­niej zro­zu­mia­łam, dla­czego Włosi ją tak lubią - powie­działa ciotka.

Wyja­śniła, że to esen­cja wło­skiej kuchni, która łączy pro­stotę, jakość skład­ni­ków, kunszt per­fek­cyj­nego wyko­na­nia i prze­sła­nie zdro­wego jedze­nia. Włosi kochają tę pastę, gdyż gotuje się ją łatwo i szybko ze skład­ni­ków, które zawsze są we wło­skim domu. Dla Wło­chów to sym­bol wspól­nego jedze­nia i bycia razem.

- Nawet gdy przy­ja­ciele zasko­czą cię o pół­nocy, zawsze możesz zro­bić im spa­ghetti aglio, olio, pepe­ron­cino.

- A jak się ją przy­go­to­wuje? - Dziew­czyna posta­no­wiła pod­czas tej podróży poznać też sekrety wło­skiej kuchni.

- Bar­dzo pro­sto. Wsta­wiamy wodę i solimy ją, aby szyb­ciej się zago­to­wała. Dwa ząbki czosnku i jedną świeżą papryczkę szat­ku­jemy drobno, a następ­nie pru­żymy na patelni w czte­rech łyżecz­kach oliwy. Spa­ghetti gotuje się krótko i musi być - jak to mówią Włosi - al dente - czyli twarde, na ząb. Odce­dzamy, mie­szamy wszystko na patelni. Gotowe! - Ciotka mówiła z pasją o jedze­niu.

- Welcome to Italy!10 - Ser­gio pod­niósł kie­li­szek z winem. - Na zdro­wie. Benve­nuta!11

Po toa­ście rzu­cił się na swój talerz z takim ape­ty­tem, że Eliza nie mogła się nadzi­wić, iż można tak szybko i spraw­nie nawi­jać spa­ghetti na wide­lec.

"Teraz rozu­miem, dla­czego nazy­wają Wło­chów maka­ro­nia­rzami" - pomy­ślała.

Jej nie wycho­dziło. Klu­ski dłu­gie jak sznu­rówki zsu­wały się ze sztuć­ców. Pró­bo­wała pomóc sobie pal­cem, ale Włoch popa­trzył na nią ze zgrozą.

Na dru­gie była caprese, czyli sałatka z pomi­do­rów i moz­za­relli z bazy­lią oraz gril­lo­wane warzywa w zio­łach. Pysz­no­ści. Palce lizać.

- Jakie to wszystko smaczne. Tak się naja­dłam, że wię­cej nie zmiesz­czę! - Dziew­czyna osu­nęła się na krze­śle.

- Nie przy­go­to­wa­łam deseru. Jak odpocz­niesz, wyj­dziemy na lody - oznaj­miła pani domu i zaczęła zbie­rać puste tale­rze, by odnieść je do kuchni.

- Czy mogę w czymś pomóc?

- Dziś masz wolne. - Ciotka uśmiech­nęła się. - Odpocz­nij z godzinkę, a póź­niej zwie­dzimy Zaty­brze. Czeka nas dużo cho­dze­nia w tym tygo­dniu. Nie przy­je­cha­łaś tu prze­cież na wypo­czy­nek, ale na swoje naj­pięk­niej­sze rzym­skie waka­cje.

- Możesz mi dać hasło do wi-fi?

Weszła do pokoju, w któ­rym miała miesz­kać przez następny tydzień, i rzu­ciła się na łóżko. Zaczęła prze­glą­dać fotki w tele­fo­nie, które zro­bił jej Ser­gio na tara­sie Jani­ku­lum. Na jed­nej z nich wyszła jak modelka. Na tle błę­kit­nego nieba usia­nego bia­łymi obłocz­kami. Podo­bała się sobie. To była fotka naprawdę cool. Wrzu­ciła ją szybko na Face­bo­oka i Insta­gram z pod­pi­sem: "Tak zaczy­nają się naj­pięk­niej­sze rzym­skie waka­cje!!!:):):)". Od razu posy­pały się lajki.

4. Zatybrze - ulica św. Franciszka a Ripa i plac św. Kaliksta

- To bar­dzo cha­rak­te­ry­styczna dziel­nica, z mnó­stwem kli­ma­tycz­nych restau­ra­cji, knaj­pek i barów. Zoba­czysz, spodoba ci się - mówiła Agnese, gdy wycho­dziły na ulicę. - Tu przy­cho­dzą wszy­scy, zarówno tury­ści, jak i Włosi. W ciągu dnia Zaty­brze przy­po­mina małe, pro­win­cjo­nalne mia­steczko, nocą prze­ta­cza się przez nie sza­leń­cza movida12, co cza­sami przy­po­mina najazd land­sk­nech­tów.

Eliza pró­bo­wała się skon­cen­tro­wać, ale wszystko ją roz­pra­szało. Na ulicy było ruchli­wie i gwarno. Ludzie cho­dzili środ­kiem jezdni wybru­ko­wa­nej kocimi łbami, nie zwa­ża­jąc na samo­chody i sku­tery pró­bu­jące ich wymi­jać. Rowe­rzy­sta jechał pod prąd i niczym się nie przej­mo­wał. Moto­rynka wła­do­wała się na chod­nik. Wszy­scy trą­bili.

Nasto­latkę zasko­czył ten chaos i ude­rzył z wielką siłą. Było w tym jed­nak coś uwo­dzi­ciel­skiego, jakby weszła w wartki nurt życia. Posta­no­wiła, że podda mu się bez­wied­nie i popły­nie nie­siona prą­dem.

Jesz­cze przed wyj­ściem z domu dowie­działa się, że Tra­ste­vere bie­rze swoją nazwę od trans Tibe­rim, czyli za Tybrem. Tereny znaj­du­jące się na pra­wym brzegu rzeki zostały przy­łą­czone do Rzymu za cza­sów cesa­rza Okta­wiana Augu­sta. Obszar wcie­lono do mia­sta, kiedy to cesarz Aure­lian oto­czył Rzym nowymi murami13. W rze­czy­wi­sto­ści dopiero papież Syk­stus V, który roz­po­czął grun­towną prze­bu­dowę mia­sta pod koniec XVI wieku, podzie­lił je na dziel­nice zwane rejo­nami. Zaty­brze było trzy­na­stym rejo­nem Wiecz­nego Mia­sta, a jego sym­bo­lem został lew. Przez stu­le­cia sta­no­wiło jedną z naj­bar­dziej auten­tycz­nych dziel­nic, zamiesz­kaną przez rzym­ski lud i tęt­niącą życiem dzień i noc, rów­nież ze względu na pobli­ski, nie­ist­nie­jący już port rzeczny Ripa Grande. Tawerny, warsz­taty rze­mieśl­ni­cze czy empo­ria przy­cią­gały rzy­mian i podróż­nych.

Gdy zatrzy­mały się na rogu, ciotka wyja­śniła, że ulica, którą będą szły, to via San Fran­ce­sco a Ripa i bie­rze swoją nazwę od św. z Asyżu, który według legendy w cza­sie poby­tów w Rzy­mie miesz­kał w klasz­to­rze nie­opo­dal portu nad Tybrem. Wska­zała na plac z kościo­łem św. Fran­ciszka.

Eli­zie krę­ciło się już w gło­wie zarówno od kie­liszka wina, który wypiła do obiadu, jak i od ilo­ści infor­ma­cji, jakie uzy­skała w ciągu tych kilku minut. A był to dopiero począ­tek...

Zaczęła przy­glą­dać się ludziom. Niska pani w śmiesz­nych oku­la­rach, z czte­rema jam­ni­kami na smy­czy, prze­szła obok nich. Potem minął je pan z siwymi wąsami, pod muszką i w sło­mia­nym kape­lu­szu. Paląc grube cygaro, kro­czył jak luna­tyk. Star­sza kobieta, obwie­szona biżu­te­rią i z kwia­tem we wło­sach, cią­gnęła za sobą wózek z zaku­pami. Po dru­giej stro­nie ulicy masze­ro­wał rasta z dre­dami, w wycią­gnię­tej koszulce z liściem mari­hu­any. Wymi­nęła go ciem­no­skóra dziew­czyna z fry­zurą afro, a póź­niej wysoka, krót­ko­włosa blon­dynka z torebką od Guc­ciego. Facet w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze i pod kra­wa­tem dosia­dał sku­tera jak wierz­chowca, zakła­da­jąc kask i roz­ma­wia­jąc przez tele­fon.

Było już grubo po pięt­na­stej. W restau­ra­cjach i barach sie­dzieli ostatni klienci, a kel­ne­rzy krzą­tali się, sprzą­ta­jąc po obie­dzie i szy­ku­jąc stoły na wie­czór. Witryny mija­nych skle­pów spo­żyw­czych i pie­karni eks­po­no­wały same pysz­no­ści, na które dziew­czy­nie przy­cho­dziła ochota pomimo peł­nego żołądka. Wła­ści­ciele skle­pi­ków i knajp stali na ulicy oparci o fra­mugi drzwi. Dys­ku­to­wali ze sobą na odle­głość, krzy­cząc gło­śno oraz wymow­nie gesty­ku­lu­jąc. Oprócz gło­sów sły­chać było piski, zgrzyty, ude­rze­nia, gru­cha­nie gołębi i jakiś dziwny jazgot, podobny do psiego sko­wytu.

Eli­zie wszy­scy i wszystko dookoła wyda­wało się co naj­mniej oso­bliwe. Jesz­cze nie wytknęła nosa za róg, a już zasma­ko­wała arty­stycz­nego i luzac­kiego kli­matu Zaty­brza. Poczuła się od razu swoj­sko. To były jej kli­maty.

- Caff?? - zapy­tała ciotka.

- Raczej cap­puc­cino... - Bra­ta­nica była wyraź­nie oszo­ło­miona.

- Chodź, pokażę ci fajny bar na wło­skie śnia­da­nie...

Lokal sta­no­wił esen­cję tego, czym dla obco­kra­jowca jest ita­lian life­style14. Wnę­trze zachę­cało nowo­cze­snym desi­gnem i pro­stotą. Od razu przy­cią­gał wzrok długi, szary bar z prze­szkloną lodówką, w któ­rej wysta­wiono różne pysz­no­ści: tra­mez­zini, piz­zette, ciastka, kor­nety, wypieki, sałatki. Kolo­rowe krze­sła i sto­liki zapra­szały, aby się przy nich roz­go­ścić. Na rega­łach kusiły pro­dukty bio­lo­giczne i piękne albumy o wło­skim jedze­niu. Menu wypi­sano kredą na wiel­kiej tablicy za barem, aby dało się odczy­tać je już z ulicy. Zro­biła to oczy­wi­ście wprawna ręka gra­fika, wyko­rzy­stu­jąc modny krój pisma. Ściany zdo­biły obrazy mło­dych arty­stów, któ­rzy orga­ni­zo­wali tu swoje wer­ni­saże. Wszystko było desi­gner­skie. Nawet logo na ser­wet­kach miało swój nie­po­wta­rzalny styl.

- Ciao bella! Come stai? Caff??15 - pozdro­wił ciotkę młody męż­czy­zna sto­jący za barem i uśmiech­nął się zalot­nie do Elizy, patrząc jej głę­boko w sza­ro­nie­bie­skie oczy. - For you?16 - spy­tał aksa­mit­nym gło­sem.

- Cap­puc­cino for me. Ple­ase!17 - Lekko zmie­szana nasto­latka odrzu­ciła w tył dłu­gie jasne włosy. Wypro­sto­wała się i wypięła pierś. Zro­biło jej się cie­pło, bo facet był cho­ler­nie przy­stojny. Miał około trzy­dziestki. Wysoki, dobrze zbu­do­wany. Grzbie­tem dłoni gła­skał lekki zarost na pięk­nie zary­so­wa­nej szczęce i szcze­rzył w uśmie­chu śnież­no­białe zęby. Krę­cone, ciemne włosy były gęste jak dżun­gla, a czarne oczy błysz­czały niczym węgle. Przy­po­mi­nał tro­chę Anto­nia Ban­de­rasa, choć miał zbyt duży nos. Nie wie­dzieć czemu, Eli­zie wszy­scy Włosi przy­po­mi­nali mło­dego Ban­de­rasa, choć prze­cież był on Hisz­pa­nem.

- Cap­puc­cino e caff? per le signore!18 - rzu­cił wło­ski Ban­de­ras do bar­mana, który stał przy wiel­kim, błysz­czą­cym eks­pre­sie do parze­nia kawy, syczą­cym jak loko­mo­tywa parowa.

- Giu­lio, to moja bra­ta­nica Elis - przed­sta­wiła ją po wło­sku ciotka mło­demu męż­czyź­nie, a póź­niej zwró­ciła się po pol­sku do jasno­wło­sej dziew­czyny: - Elis, to jest Giu­lio, czyli Juliusz, wła­ści­ciel tego lokalu.

- Che bella ragazza!19

Tyle Eliza rozu­miała już po wło­sku i zaczer­wie­niła się.

- Wy, Polki, jeste­ście wszyst­kie bar­dzo ładne - powie­dział po angiel­sku do ciotki, uśmie­cha­jąc się.

Na bufe­cie z czar­nego mar­muru sta­nęło espresso i cap­puc­cino z pianką w for­mie ser­duszka.

- Chce­cie tro­chę kremu zaba­jone zamiast cukru? - zapy­tał Giu­lio.

- Oczy­wi­ście - potwier­dziła Agnese.

Wła­ści­ciel lokalu pod­su­nął im czarkę z jajecz­nym kre­mem, którą wyjął z lodówki.

Kiedy Eliza, obli­zu­jąc się ze sma­kiem, piła swoje pierw­sze wło­skie cap­puc­cino jak praw­dziwa Włoszka, na sto­jąco przy barze, ciotka zamie­niła jesz­cze kilka zdań po wło­sku z przy­stoj­nia­kiem. Eliza rozu­miała tylko jedno słowo: "koza". Ta "koza" powta­rzała się bez prze­rwy.

Zapła­ciły, poże­gnały wła­ści­ciela jak dobrego zna­jo­mego i wyszły.

Naprze­ciw nich znaj­do­wał się baro­kowy kościół z biało-żółtą fasadą. Drzwi były zamknięte. Na scho­dach leżał klo­szard, uci­na­jąc sobie popo­łu­dniową drzemkę.

- Widzisz tę klę­czącą postać nama­lo­waną w owalu zdo­bią­cym górną część fasady? - Ciotka wska­zała pal­cem.

- Tak.

- To św. Pas­cha­lis Bay­lón, patron sta­rych panien.

- Co?

Eliza wcale się nie prze­sły­szała. Dowie­działa się od razu, że pierw­szy kościół w tym miej­scu kazał wznieść w śre­dnio­wie­czu papież Kalikst II i poświę­cił go czter­dzie­stu męczen­ni­kom, rzym­skim żoł­nie­rzom z Legio XII Ful­mi­nata, zwa­nego "Pio­ru­nu­ją­cym", któ­rzy przy­jęli wiarę chrze­ści­jań­ską i nie chcąc się jej wyrzec, zostali wysta­wieni bez odzie­nia na mróz, na tafli jeziora, aż do zamar­z­nię­cia na śmierć, a następ­nie ciała ich spa­lono w oko­li­cach Seba­sty, w Arme­nii. Dla­tego kościół nosił nazwę Czter­dzie­stu Męczen­ni­ków i św. Pas­cha­lisa Bay­lóna. Pas­cha­lis, XVI-wieczny mnich pocho­dzący z Hisz­pa­nii, zanim przy­jął świę­ce­nia, był paste­rzem owiec. Został zakon­ni­kiem i naśla­do­wał św. Fran­ciszka20. Nie umiał czy­tać i pisać. Peł­nił funk­cję odźwier­nego w kościele. Według legendy, po śmierci, na wła­snej mszy pogrze­bo­wej otwo­rzył dwu­krot­nie oczy.

- Daw­niej kobiety nie­za­mężne zwra­cały się do Pas­cha­lisa, by w nowym roku zesłał im męża. Modli­twy trwały dzie­więć dni. Młódki dosta­wały dys­pensę, zatwar­działe stare panny dodat­kową pokutę. Wszyst­kie były jed­nak prze­ko­nane, że wcze­śniej czy póź­niej Bay­lón sprawi cud - mówiła ciotka, uśmie­cha­jąc się do bra­ta­nicy. - Do Pas­cha­lisa zwra­cały się rów­nież mężatki, któ­rych mężo­wie nie wypeł­niali swo­ich męskich obo­wiąz­ków. Podobno jedna z nich miała sen, pod­czas któ­rego święty wyja­wił jej prze­pis na afro­dy­zjak z jaj21.

- Szkoda, że nie na via­grę - rzu­ciła Eliza iro­nicz­nie. - Nie musisz owi­jać w bawełnę, od marca jestem już peł­no­let­nia.

Obie wybuch­nęły śmie­chem.

- Pamię­taj, aby przed wyjaz­dem wstą­pić do tego kościoła i pomo­dlić się na zapas. - Agnese w zgryź­li­wo­ści przy­po­mi­nała swo­jego brata.

- Zasta­no­wię się. Jesz­cze nie wiem, czy na pewno chcę zostać mężatką - żach­nęła się młoda. - A czy do dziś stare panny przy­cho­dzą tu na mszę? No i czy przy­cho­dzą mężatki?

- No nie, mężatki przy­cho­dzą na kawę z kre­mem zaba­jone do baru naprze­ciwko.

Znowu się roze­śmiały.

Ciotka wzięła bra­ta­nicę pod rękę i szyb­kim kro­kiem prze­szły jakieś sto metrów, żeby wejść na trój­kątny plac. Minęły kilka uro­kli­wych restau­ra­cji, w któ­rych jesz­cze jedli tury­ści. Musiały sta­now­czo odma­wiać naga­nia­czom pro­po­nu­ją­cym coś do jedze­nia lub do picia. Na sto­li­kach przed loka­lami pre­zen­to­wano malow­ni­czo wło­skie dania: bru­schettę, pizzę, pasty, karafki z winem. Wszystko było przy­brane świeżą bazy­lią, która uwo­dziła zapa­chem. Już na sam widok tej sce­no­gra­fii czło­wiek robił się głodny.

Naprze­ciw małego kościółka znaj­do­wał się bar z ogród­kiem i wiel­kim, neo­no­wym szyl­dem. Napis na płó­cien­nym zada­sze­niu gło­sił: "S. Cali­sto". Uliczny muzyk cał­kiem nie­źle grał na gita­rze, za co zbie­rał okla­ski i tro­chę monet do kape­lu­sza. Obok baru plot­ko­wały zaty­brzań­skie matrony w domo­wych podom­kach w drobne kwiatki. Roz­sia­dły się w kręgu na krze­słach przy­nie­sio­nych z domu, pro­stu­jąc żyla­ste, spuch­nięte nogi odziane w pap­cie. Jakiś bez­domny z psem oraz dwaj ciem­no­skó­rzy han­dla­rze uliczni koczo­wali na scho­dach kościoła. Przy sto­liku usta­wio­nym w jego lep­kim cie­niu czte­rech męż­czyzn rżnęło w pokera. Wokół nich zro­biło się małe zbie­go­wi­sko. Cie­kaw­scy zaglą­dali im zza ple­ców w karty. Na sza­rej ścia­nie pobli­skiego zabyt­ko­wego pałacu przy­cią­gało uwagę dzieło street artu22: Pier Paolo Paso­lini jako umę­czona pieta. Poeta w skó­rza­nej kurtce, nio­sący wła­sne mar­twe ciało na rękach, był jak zjawa, rzym­ski duch.

Takiego Rzymu Eliza się nie spo­dzie­wała. Gdyby ktoś dał jej czarno-białe oku­lary, pomy­śla­łaby, że zna­la­zła się na pla­nie neo­re­ali­stycz­nego filmu.

- Zło­dziej rowe­rów. - Ciotka wska­zała chu­dego faceta o pocią­głej twa­rzy, z nie­chlujną fry­zurą. Usta pół­otwarte jak ryba przy­da­wały mu gamo­nio­wa­tego wyrazu. - Ukradł mi już dzie­więt­na­ście rowe­rów. Kiedy mając tyle lat co ty, po raz pierw­szy zoba­czy­łam film Vit­to­ria De Sica Zło­dzieje rowe­rów, nie wie­rzy­łam, że takie rze­czy się zda­rzają.

Dziew­czyna przy­glą­dała się zasta­nej sce­nie. Włosi nie potra­fili żyć bez cha­osu i bli­skich rela­cji. Obser­wo­wała ich. Doty­kali się bez prze­rwy, kle­pali po ple­cach, gesty­ku­lo­wali, śmiali ser­decz­nie, a usta im się nie zamy­kały. Prak­tycz­nie nie było tu ludzi smut­nych czy posęp­nych. Naj­wy­żej na jakimś obli­czu odma­lo­wy­wało się znu­dze­nie i poobied­nie leni­stwo.

- No dobrze, wybra­ły­śmy się na zwie­dza­nie Zaty­brza. - Agnese wczuła się w rolę ide­al­nej prze­wod­niczki. - Ten plac i bar biorą nazwę od papieża Kalik­sta I, szes­na­stego biskupa Rzymu i następcy św. Pio­tra na początku trze­ciego wieku. Praw­do­po­dob­nie był wyzwo­leń­cem. Jego życio­rys jest dość burz­liwy.

Sta­nęły tro­chę z boku. Kobieta opo­wia­dała, że św. Kalikst został wtrą­cony do wię­zie­nia, a potem zesłany na Sar­dy­nię do pracy w kopalni, gdyż wsz­czął tumult w zaty­brzań­skiej syna­go­dze. Powró­cił do Rzymu zawe­zwany przez papieża Zefi­ryna, który mia­no­wał go zarządcą chrze­ści­jań­skiego cmen­ta­rza, zna­nego dziś jako kata­kumby św. Kalik­sta przy via Appia. Po śmierci Zafi­ryna wybrano go na tron Pio­trowy. Sprze­ci­wiał się temu św. Hipo­lit, uwa­żany za pierw­szego anty­pa­pieża. Jak gło­szą wcze­sne legendy chrze­ści­jań­skie, Kalikst I zgi­nął śmier­cią męczeń­ską za pano­wa­nia cesa­rza Alek­san­dra Sewera. Wrzu­cono go do studni z żela­znym łań­cu­chem na szyi. Stud­nia ta znaj­do­wała się wła­śnie w tym małym rene­san­so­wym kościele. W VII wieku jego resztki zło­żono w bazy­lice Naj­święt­szej Marii Panny na Zaty­brzu23.

- Opo­wia­dam ci o Kalik­ście, gdyż to barwna postać. Zaty­brza­nin z krwi i kości. Cza­sami myślę, że ten zaką­tek naj­le­piej cha­rak­te­ry­zuje Tra­ste­vere, a św. Kalikst ni­gdy go nie opu­ścił. Patrzy z nieba, jak tutejsi szu­le­rzy grają w karty pod jego kościo­łem - mówiła ciotka. - Placu św. Kalik­sta nie byłoby bez baru San Cali­sto. To chyba jeden z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych barów Rzymu.

Ciotka ujaw­niła bra­ta­nicy dal­sze zaty­brzań­skie sekrety. Przy sto­liku w San Cali­sto można było sie­dzieć na słońcu, nie pła­cąc dodat­kowo za tę przy­jem­ność. Oczy­wi­ście obo­wią­zy­wała tu samo­ob­sługa i zakaz narze­ka­nia, że sto­lik jest brudny. Cza­sami nale­żało go sobie wytrzeć samemu. Bar był zawsze pełen ludzi, któ­rzy prze­sia­dy­wali tu godzi­nami, więc na miej­sce trzeba było polo­wać, dosiąść się do kogoś lub kogoś pod­siąść, co sta­wało się przy­czyn­kiem do zadzierz­gnię­cia zna­jo­mo­ści. Bywali tu awan­gar­dowi pisa­rze, akto­rzy, fil­mowcy, lewi­cowi inte­lek­tu­ali­ści, anar­chi­ści, zaty­brzań­scy arty­ści, stu­denci eli­tar­nego, ame­ry­kań­skiego Uni­wer­sy­tetu Johna Cabota, duchowni po cywil­nemu i obco­kra­jowcy miesz­ka­jący na Zaty­brzu. Tury­ści zaglą­dali rza­dziej, jeżeli już, to kone­se­rzy Rzymu. Tu zaczy­nało się i koń­czyło nocne życie na dziel­nicy. Spe­cjal­no­ściami zakładu było: sgrop­pino (czy­sta wódka z lodem cytry­no­wym), pyszne caff? affo­gato (gałka lodów w kawie) oraz kawowa gra­nita i lody wła­snej pro­duk­cji. Wła­ści­cie­lem był mały, prze­sym­pa­tyczny facet o imie­niu Mar­cello. Bar stał się pul­su­ją­cym ser­cem kibi­ców AS Roma, któ­rzy świę­to­wali tu suk­cesy swo­jej dru­żyny. Lokal bio­rący swoją nazwę od papieża poja­wiał się w kilku fil­mach. Krę­cono tu nawet porno z udzia­łem wło­skiego króla seksu Rocco Sif­fre­diego.

- Naprawdę? - zapy­tała Eliza. - I ty też tu przy­cho­dzisz?

- Daw­niej... To był bar mojej mło­do­ści. Cza­sami do San Cali­sto przy­pro­wa­dzam moich spe­cjal­nych gości, któ­rzy chcą poznać praw­dziwy Rzym. Św. Kalikst spro­wa­dza na grzeszną drogę. - Ciotka żar­to­bli­wie pogro­ziła pal­cem bra­ta­nicy, a potem chwy­ciła ją za ramiona i obró­ciła w stronę budynku z ukwie­co­nym bal­ko­nem. Wska­zu­jąc ręką, powie­działa: - Przy­szły­śmy tędy, ulicą św. Fran­ciszka. Ta ulica nato­miast to via San Cosi­mato. Bie­rze swoją nazwę z połą­cze­nia imion dwóch świę­tych: Kosmy i Damiana. Ten święty trój­kąt to bar­dzo szcze­gólne miej­sce. Wiele się działo tu zarówno przed naro­dze­niem Chry­stusa, jak i póź­niej. Ale o tym opo­wiem ci kiedy indziej. Idziemy dalej. Pokażę ci szyb­ciutko naj­mniej­szy domek Zaty­brza, a potem zwie­dzimy bazy­likę.

Skrę­ciły za barem w prawo i prze­szły pod łukiem. Nad uliczką roz­po­ście­rała się wino­rośl, two­rząc kolejne natu­ralne łuki. Pędy z zie­lo­niut­kimi liśćmi upra­wiały kar­ko­łomną wspi­naczkę po sza­rym murze. W zacie­nio­nym zaułku nakryte sto­liki lśniły bia­łymi, czy­stymi obru­sami. Na jed­nym z nich wysta­wiono kosz pełen dorod­nych boro­wi­ków. Ich leśna woń odu­rzała każ­dego prze­chod­nia, mie­sza­jąc się z zapa­chem kroch­malu.

- Jak tu uro­czo! - wykrzyk­nęła Eliza.

- To oczy­wi­ście łuk św. Kalik­sta, a to restau­ra­cja o tej samej nazwie. Robią tu zna­ko­mitą pastę z grzy­bami leśnymi, a także wyra­fi­no­wany przy­smak wło­ski Mare e monti, czyli "Morze i góry". To pasta z boro­wi­kami i owo­cami morza. Palce lizać. - Ciotka gesty­ku­lo­wała niczym rasowa Włoszka.

Kilka kro­ków dalej zatrzy­mały się przed malu­sień­kim, żół­tym dom­kiem z wyso­kimi zewnętrz­nymi scho­dami. Pro­wa­dziły one na pod­wyż­szone pię­tro, gdzie znaj­do­wały się malut­kie drzwi i nie­wiel­kie pół­ko­li­ste okno, a pomię­dzy nimi ołtarz Madonny z Dzie­ciąt­kiem w rzeź­bio­nym obra­mo­wa­niu. Żółty dome­czek przy­cup­nął wśród kamie­nic wyż­szych od niego. Rosło przed nim drzewko oliwne w dużej donicy. Rado­śnie ćwier­kały wró­ble, które uwiły sobie gniazdo w jaśmi­nie oka­la­ją­cym schody i wej­ście. Od jaśmi­no­wej woni aż krę­ciło w nosie.

- O, jakie cudo! - zachwy­ciła się nasto­latka.

- Zabu­dowę śre­dnio­wiecz­nego Zaty­brza sta­no­wiły nie­duże domy i wieże obronne. Uliczki były wąskie i ciemne, a takie wysta­jące schody sta­no­wiły ochronę przed prze­jeż­dża­ją­cymi wozami. W tym domku, pod scho­dami znaj­do­wało się pomiesz­cze­nie gospo­dar­cze prze­zna­czone na staj­nię, pie­kar­nię lub maga­zyn. Na górze nato­miast w jed­nej izbie mie­ściła się kuch­nia, sypial­nia i cała reszta. Ulice nie były jesz­cze wybru­ko­wane. Ludzie grzęźli po kolana w bło­cie nie tylko po desz­czu, ale także po wyle­wach Tybru - mówiła Agnese. - Daw­niej był to naj­mniej­szy i naj­uboż­szy domek Zaty­brza24. Dziś to praw­dziwy zaby­tek piękna i poezji.

Kiedy powró­ciły na plac św. Kalik­sta, dziew­czyna osłu­piała. Przy kar­cia­nym sto­liku zatrzy­mał się dzi­waczny czło­wiek. Mocno opa­lony, odziany w kro­ko­dylą skórę prze­pa­saną na tor­sie i zwie­rzęce futro, które przy­wdział jak spód­nicę. Na sto­pach miał skó­rzane san­dały. Kostki i prze­guby dłoni zdo­biły bran­so­lety z kłów dzi­kich zwie­rząt i rze­mieni. Na piersi bły­skały kolejne sznury kłów i amu­lety. Dłuż­sze włosy zbie­rała prze­pa­ska z wężo­wej skóry, z głową kobry. W ręku trzy­mał kij przy­po­mi­na­jący maczugę. Pro­wa­dził na smy­czy dwa małe pie­ski chi­hu­ahua w kolo­rze mio­do­wym. Na jego ramie­niu sie­działo małe zwie­rzątko - sury­katka lub lemur.

- Uszczyp­nij mnie, pro­szę! - zwró­ciła się do Agnese. - Tu kręcą jakiś film? Ja śnię? Czy może prze­nio­sły­śmy się w cza­sie...? Kto to?

Ciotka, która patrzyła w drugą stronę, dopiero teraz dostrze­gła dzi­wo­ląga i wcale nie zro­biło to na niej wra­że­nia.

- To Mau­ri­cius! Codzien­nie cho­dzi tak po Rzy­mie. Kie­dyś zamie­ni­łam z nim kilka słów. Chce być wol­nym czło­wie­kiem. Gdyby Fel­lini jesz­cze żył, na pewno zaan­ga­żo­wałby go do filmu.

Eliza była w lek­kim szoku. Prze­szła zale­d­wie trzy­sta metrów i nie minęła jesz­cze pierw­sza godzina zwie­dza­nia Rzymu, a już posta­no­wiła, że nie będzie się już niczemu dzi­wić, przy­naj­mniej w Wiecz­nym Mie­ście.

5. Zatybrze - plac Najświętszej Marii Panny

Pośrodku pro­sto­kąt­nego placu, zamknię­tego z czte­rech stron budyn­kami, tro­no­wała fon­tanna. Duży kie­lich wyra­stał z wie­lo­kąt­nej balu­strady ozdo­bio­nej baro­ko­wymi musz­lami z napi­sem "SPQR", umiesz­czo­nej na ośmio­bocz­nej plat­for­mie two­rzą­cej schody. Sie­dzieli na nich ludzie, szu­ka­jąc wytchnie­nia od pra­wie let­niego upału. Zaty­brzań­ska fon­tanna śpie­wała im, rosząc ich hoj­nie kro­pel­kami wody z pro­to­mów w kształ­cie wil­czych głów. Cień monu­men­tal­nego, rene­san­so­wego pałacu skra­dał się jak kot na śro­dek placu. Fasadę budynku zdo­biły wiel­kie drew­niane wrota, oko­lone bonio­wa­niem z karia­tydą. Powy­żej znaj­do­wał się bal­kon z repre­zen­ta­cyj­nym oknem, uko­ro­no­wany her­bem. Dwa górne rzędy okien miały cha­rak­te­ry­styczne kan­de­la­bry po bokach fra­mug. Gmach wzbo­ga­cały zadzi­wia­jące detale archi­tek­to­niczne, na które można było patrzeć i patrzeć...

Uwagę przy­cią­gała jed­nak inna fasada - kościoła zaj­mu­ją­cego drugi bok placu. Nad pię­cio­łu­ko­wym por­ty­kiem, zwień­czo­nym balu­stradą z czte­rema posą­gami, góro­wał lekko wyco­fany kor­pus śre­dnio­wiecz­nej budowli z tym­pa­no­nem ozdo­bio­nym mozai­kami na zło­tym tle. Mozaiki lśniły jak dro­go­cenne klej­noty i olśnie­wały swoim pięk­nem. Po pra­wej stro­nie wzno­siła się czte­ro­kon­dy­gna­cyjna romań­ska dzwon­nica z arka­do­wymi tri­fo­riami i bifo­riami oraz olbrzy­mim, okrą­głym zega­rem.

Wybiła szes­na­sta. Kilka ude­rzeń dzwo­nów oznaj­miło godzinę. Ciotka znowu zmie­niła się w prze­wod­niczkę.

- Znaj­du­jemy się na głów­nym placu Zaty­brza, a przed nami jest bazy­lika Naj­święt­szej Marii Panny25. To pierw­sza świą­ty­nia poświę­cona Matce Bożej i jedno z naj­star­szych miejsc kultu chrze­ści­jań­skiego w Rzy­mie, wznie­siona na miej­scu sta­ro­żyt­nego, pogań­skiego budynku zwa­nego Taberna Meri­to­ria. Były to koszary dla eme­ry­to­wa­nych rzym­skich legio­ni­stów, w któ­rych mogli żyć na sta­rość - mówiła, gdy przy­sta­nęły w cie­niu. - Według legendy w tym miej­scu z gruntu wytry­snął stru­mień czar­nego oleju i roz­lał się na całą dziel­nicę aż po Tyber, spły­wa­jąc obfi­cie do rzeki przez jeden dzień. Być może była to ropa naf­towa, a może błoto, gdyż Zaty­brze znaj­do­wało się na tere­nach bagni­stych. Zin­ter­pre­to­wano to jako znak przyj­ścia na świat Zba­wi­ciela i zaczęto czcić to miej­sce, nazy­wane fons olei, co możemy prze­tłu­ma­czyć jako "źró­dło oleju" lub "źró­dło oliwy".

Agnese wyja­śniła, że to wła­śnie papież Kalikst I zwró­cił się do cesa­rza Sep­ty­miu­sza Sewera o zezwo­le­nie na to, aby tu powstało jedno z pierw­szych miejsc kultu chrze­ści­jań­skiego. Tutaj, gdzie stoi rene­san­sowy pałac będący do dziś sie­dzibą kar­dy­nal­ską, znaj­do­wał się skromny dom Kalik­sta. W nim odby­wały się spo­tka­nia modli­tewne chrze­ści­jan. Stąd zaty­brzań­ski biskup Rzymu miał zostać zabrany pod­czas prze­śla­do­wań w 222 roku, a potem wrzu­cony do studni z żela­znym łań­cu­chem i kamien­nym odważ­ni­kiem na szyi. Po śmierci Kalik­sta koszary uzy­skały sta­tus chrze­ści­jań­skiego domu zgro­ma­dzeń Titu­lus Cal­li­xti. Pierw­szy kośció­łek wznie­siono tu już z woli papieża Juliu­sza I w 340 roku. W VI wieku świą­ty­nię poświę­cono Marii. Bazy­lika została prze­bu­do­wana sześć wie­ków póź­niej z woli innego zaty­brzań­skiego papieża, Inno­cen­tego II, przy wyko­rzy­sta­niu mate­ria­łów pocho­dzą­cych z term Kara­kalli26.

- Kar­dy­nał Pie­tro Aldo­bran­dini ufun­do­wał rzeź­biony sufit, a papież Kle­mens XI w tysiąc sie­dem­set dru­gim roku kazał archi­tek­towi Car­lowi Fon­ta­nie zbu­do­wać por­tyk zewnętrzny. Ten sam archi­tekt zajął się osta­teczną prze­bu­dową fon­tanny na placu. - Ciotka uprze­dziła Elizę, że musi opo­wie­dzieć jej te szcze­góły tutaj, ponie­waż w kościele nie może mówić dużo i za gło­śno. - Spójrz, jakie piękne są te mozaiki...

- Fan­ta­styczne!

- Uwiel­biam ten kościół, ponie­waż jest jak bom­bo­nierka. Każdy detal archi­tek­to­niczny wyko­nano z taką per­fek­cją, że można przy­glą­dać się im godzi­nami...

Romań­ska fasada była podzie­lona na trzy czę­ści. Tym­pa­non zdo­bił fresk przed­sta­wia­jący Chry­stusa i archa­nio­łów. Pod spodem znaj­do­wała się mozaika na zło­tym tle z kar­miącą Madonną na tro­nie, któ­rej po obu stro­nach towa­rzy­szyły kobiece posta­cie nio­sące lampki oliwne.

- To biblijna przy­po­wieść o Pan­nach Mądrych i Pan­nach Głu­pich - kon­ty­nu­owała Agnese. - Pamię­tasz słynny cytat ze św. Mate­usza? "Lecz o pół­nocy roz­le­gło się woła­nie: "Pan młody idzie, wyjdź­cie mu na spo­tka­nie!". Wtedy powstały wszyst­kie owe panny i opa­trzyły swe lampy. A nie­roz­sądne rze­kły do roz­trop­nych: "Użycz­cie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną""27.

- Uhm... - wes­tchnęła nasto­latka.

Sio­stra jej ojca miała pamięć sło­nia. Tak jak on cyto­wała frag­menty, o któ­rych Eliza nawet nie sły­szała, doma­ga­jąc się, by ta wie­działa, o co cho­dzi.

- Popatrz na dzwon­nicę, rów­nież tam, na samej górze, jest mała mozaika Matki Bożej. - Wska­zała ręką.

Ruszyły w stronę bazy­liki.

Pierw­sza nie­spo­dzianka cze­kała Elizę już pod por­ty­kiem. W ściany przed­sionka wmu­ro­wano frag­menty łaciń­skich inskryp­cji pocho­dzą­cych z kata­kumb, rzym­skich sar­ko­fa­gów, antycz­nych lapid i inne ele­menty archi­tek­to­niczne. Dziew­czyna chciała dotknąć tych kamieni, by poczuć zaklętą w nich histo­rię. Jej uwagę przy­kuł sar­ko­fag z lwem. Wrota kościoła ota­czały rzeź­bione fra­mugi wyko­nane z nie­zwy­kłym kunsz­tem.

- Och! Ale odlot! - wymknęło jej się, gdy prze­kro­czyły próg bazy­liki. Nie wie­działa, co naj­pierw podzi­wiać: złoty, kase­to­nowy sufit, ogromne kolumny z gra­nitu czy fan­ta­styczne mozaiki w absy­dzie, które wabiły z daleka. Zatrzy­mała się pośrodku kościoła i nie­świa­do­mie otwo­rzyła usta z zachwytu, jak małe dziecko.

Sufit był wspa­niały. Poli­chro­mo­wane wzory geo­me­tryczne i wycięte w drew­nie rozety wyglą­dały jak pudełko na cze­ko­ladki. Śro­dek wyzna­czał sze­ścio­kąt przed­sta­wia­jący wnie­bo­wzię­cie Naj­święt­szej Marii Panny w oto­cze­niu anioł­ków.

- Drew­niany strop zapro­jek­to­wał Dome­ni­chino. On jest też auto­rem Wnie­bo­wzię­cia Naj­święt­szej Marii Panny. - Ciotka zbli­żyła się do bra­ta­nicy i szep­tała jej do ucha: - Zwróć uwagę na te kolumny. Jest ich dwa­dzie­ścia dwie. Każda inna. Pocho­dzą z term Kara­kalli i liczą sobie ponad tysiąc osiem­set lat. Popatrz na pod­łogę wyko­naną przez Cosma­tich. Były to rodziny rzym­skich kamie­nia­rzy, któ­rzy w dwu­na­stym wieku zasły­nęli z ukła­da­nia posa­dzek, stwo­rzyli nie­po­wta­rzalny styl i szkołę.

Dziew­czyna nie mogła się napa­trzeć. Trój­na­wowa bazy­lika wyda­wała jej się taka pro­por­cjo­nalna, bogata, pyszna. Rze­czy­wi­ście każda z kolumn róż­niła się od innych. Nie­które miały kapi­tele joń­skie, inne korync­kie z liśćmi akantu. Różne aba­kusy i sty­lo­baty. Były wynio­słe, wyto­czone z różo­wego i sza­rego gra­nitu.

"Jak oni to robili? Jacy byli zręczni i pre­cy­zyjni. Chyba nikt dziś nie zdo­łałby wyko­nać takiej pracy ręcz­nie" - Eliza pomy­ślała o arty­stach z prze­szło­ści, któ­rzy pozo­stali ano­ni­mowi.

Pod­łoga wyglą­dała jak wzo­rzy­sty dywan. Jej główny motyw sta­no­wiły kręgi z sza­rego i kolo­ro­wego mar­muru, roz­cho­dzące się po całej świą­tyni jak kręgi po wodzie. Cie­płe świa­tło sączyło się z okien nawy głów­nej, zale­wa­jąc kościół. Fre­ski pomię­dzy oknami przed­sta­wiały świę­tych i męczen­ni­ków.

Wielki łuk, wsparty na dwóch impo­nu­ją­cych kolum­nach z kapi­te­lami doryc­kimi, oddzie­lał nawę główną od pre­zbi­te­rium. Na jego szczy­cie góro­wał okrą­gły wize­ru­nek Matki Boskiej z Dzie­ciąt­kiem, a po jego bokach anio­ło­wie i fun­da­tor bazy­liki.

Pode­szły bli­żej do ołta­rza. Eliza mogła dostrzec wię­cej szcze­gó­łów, w tym roślinny fryz nama­lo­wany wewnątrz łuku. Kwiaty i owoce wyglą­dały jak praw­dziwe.

Rów­nież absydę deko­ro­wały dro­go­cenne mozaiki w stylu bizan­tyj­skim.

- W cen­trum widzimy Matkę Bożą i Chry­stusa na tro­nie - szep­tała jej do ucha ciotka. - Ona zasiada po jego pra­wicy, a on kła­dzie jej rękę na ramie­niu na znak wynie­sie­nia jej do god­no­ści Bogu­ro­dzicy. Po obu stro­nach zostali przed­sta­wieni święci. Po pra­wej Piotr, Kor­ne­liusz, Juliusz i Kale­po­diusz. Po lewej papież Inno­centy z mode­lem kościoła w rękach, Waw­rzy­niec i Kalikst.

Mozaikę absy­dalną zamy­kał pas przed­sta­wia­jący Baranka Bożego i dwa­na­ście owiec. Bara­nek sym­bo­li­zo­wał Chry­stusa, a owce jego apo­sto­łów. Poni­żej znaj­do­wał się cykl ze sce­nami z życia Marii. Od lewej strony na sze­ściu pane­lach uka­zano histo­rie naro­dzin Marii, zwia­sto­wa­nia, naro­dzin Jezusa, pokłonu Trzech Króli, wizyty w świą­tyni i zaśnię­cie Matki Bożej.

- To dzieło Pie­tra Caval­li­niego, jed­nego z naj­wy­bit­niej­szych rzym­skich arty­stów z prze­łomu trzy­na­stego i czter­na­stego wieku. Jego mozaiki znaj­dują się także w bazy­lice św. Pawła za Murami, w bazy­lice św. Cecy­lii, w bazy­lice Matki Bożej Ołta­rza Nie­biań­skiego, w kościele św. Jerzego na Vela­brum. Caval­lini pierw­szy w Rzy­mie zerwał z bizan­tyj­ską hie­ra­tycz­no­ścią, wpro­wa­dza­jąc trzeci wymiar. W jego dzie­łach nama­lo­wane ele­menty archi­tek­to­niczne są jak deko­ra­cje towa­rzy­szące akto­rom na sce­nie. Popatrz na to bogac­two szcze­gó­łów i świa­tło­cień szat! - Ści­szony głos ciotki wibro­wał entu­zja­zmem. Jej pasja zara­żała bra­ta­nicę.

Nad ołta­rzem w absy­dzie wzno­siło się mar­mu­rowe cybo­rium wsparte na czte­rech kolum­nach z czer­wo­nego por­firu ze zło­tymi kapi­te­lami. Po pra­wej stro­nie kon­fe­sji, pod ołta­rzem, wmu­ro­wano w pod­łogę płytę z łaciń­ską inskryp­cją upa­mięt­nia­jącą cud wybi­cia źró­dła oliwy. Agnese zwró­ciła na nią uwagę i wska­zała rów­nież napis na sufi­cie, przy­po­mi­na­jący, że w tym miej­scu mie­ściła się rzym­ska taberna.

Kiedy dziew­czyna zadarła głowę, by go zoba­czyć, spo­strze­gła na skle­pie­niu pła­sko­rzeźbę Matki Boskiej, wprost nad ołta­rzem. Wyglą­dała, jakby wzno­siła się ku niebu, w locie. Nie wie­dzieć czemu, przy­po­mniała jej się sio­stra zakonna, z którą podró­żo­wała samo­lo­tem.

- Pod ołta­rzem głów­nym jest kon­fe­sja z reli­kwiami świę­tych: Kalik­sta, Kor­ne­liu­sza, Juliu­sza i Kale­po­diu­sza, które zostały prze­nie­sione w to miej­sce z kata­kumb pod koniec ósmego wieku - powie­działa Agnese, wska­zu­jąc pal­cem.

Następ­nie pod­pro­wa­dziła bra­ta­nicę do miej­sca w pra­wej nawie, gdzie w niszy zamknię­tej kratą wyeks­po­no­wano narzę­dzia męczeń­stwa Kalik­sta: gruby żela­zny łań­cuch i wielki kamienny odważ­nik. Nasto­latka przy­glą­dała się im przez chwilę z prze­ra­że­niem28.

Prze­szły na drugą stronę kościoła i udały się po schod­kach do lewej kaplicy przy ołta­rzu.

- To kaplica Altemps, którą ufun­do­wał kar­dy­nał Marco Sit­tico Altemps, bra­ta­nek Piusa IV. Pocho­dził z potęż­nego austriac­kiego rodu, osia­dłego w Rzy­mie. Wybu­do­wał pałac na tyłach placu Navona, w któ­rym znaj­duje się dziś muzeum z waż­nymi zbio­rami sztuki. Pocho­wano go tutaj, w Naj­święt­szej Marii Pan­nie na Zaty­brzu - tłu­ma­czyła ciotka, wska­zu­jąc grób kar­dy­nała. - W ołta­rzu tej kaplicy znaj­duje się ważna rzym­ska ikona ache­iro­po­ie­tos, czyli stwo­rzona w spo­sób nad­przy­ro­dzony, bez udziału czło­wieka. Ma ponad tysiąc pięć­set lat.To Matka Boża Łaskawa29.

Obraz pomimo reno­wa­cji był bar­dzo znisz­czony. Maria w hie­ra­tycz­nej pozie, w koro­nie i boga­tych sza­tach - tych samych, które ma na sobie cesa­rzowa Teo­dora przed­sta­wiona na mozai­kach w Rawen­nie - trzy­mała dziecko na kola­nach. Towa­rzy­szyły jej dwie posta­cie, z któ­rych jedna mogła przed­sta­wiać papieża Jana VII pocho­dzą­cego ze Wschodu.

- Ikonę Matki Bożej Łaska­wej rzy­mia­nie czczą w spo­sób szcze­gólny - powie­działa Agnese. - Jest dla nich jak wyba­cza­jąca matka, gotowa utu­lić w żalu stra­pione dzieci.

Eliza zain­try­go­wana opo­wie­ścią o nad­przy­ro­dzo­nym wize­runku przy­bli­żyła się do kraty oddzie­la­ją­cej kaplicę od scho­dów. Nie udało się jej wiele zoba­czyć. Malo­wi­dło na ołta­rzu było zbyt znisz­czone.

Skie­ro­wały się ku wyj­ściu lewą nawą boczną. Spoj­rzały jesz­cze na pomnik nagrobny papieża Inno­cen­tego II, który został tu prze­nie­siony z Late­ranu, oraz na kaplicę Avila z obra­zem św. Hie­ro­nima, nama­lo­wa­nym przez Anto­nia Ghe­rar­diego. Ołtarz był umiesz­czony w "teatrze per­spek­ty­wicz­nym", zbu­do­wa­nym z mar­mu­ro­wych kolumn, i wzo­ro­wał się na dzie­łach Ber­ni­niego oraz Bor­ro­mi­niego30. Kaplicę wień­czyła kopuła z czte­rema anio­łami pod­trzy­mu­ją­cymi latar­nię, przez którą wpa­dało świa­tło. Elizę zachwy­ciła też inna kaplica, gdzie na bocz­nych ścia­nach nama­lo­wano bogato zdo­bione tka­niny. Ręka mala­rza wyka­zała się takim mistrzo­stwem, że aż chciało się dotknąć ciem­nej satyny hafto­wa­nej zło­tem, by spraw­dzić, czy to naprawdę tylko malo­wi­dło...

Kiedy wyszły przed bazy­likę Naj­święt­szej Marii Panny, dziew­czyna sta­nęła jak wryta.

- Pin­gwin! - wyszep­tała.

- Co? - zapy­tała zdzi­wiona Agnese.

- Nic. Wyrwało mi się. Teraz tak się mówi...

Przed bazy­liką cze­kała grupka tury­stów, a wśród nich sio­stra zakonna, która sie­działa obok Elizy w samo­lo­cie. Sły­chać było język pol­ski. Powie­działy więc "Dzień dobry!" na przy­wi­ta­nie.

- Dzień dobry! Szczęść Boże! Cie­szę się, że dotar­łaś bez­piecz­nie i znowu się widzimy - zwró­ciła się do Elizy kobieta w habi­cie i z welo­nem na gło­wie. Srebrny krzyż na piersi błysz­czał w słońcu. Była młod­sza od jej ciotki. Jej twarz wyglą­dała jak świeża róża. Wor­ko­waty habit ukry­wał syl­wetkę. Trudno było okre­ślić, czy była szczu­pła, czy nie. Cien­kie prze­guby dłoni i chude kostki wska­zy­wały jed­nak na to pierw­sze.

- A co sio­stra tu robi? - zapy­tała Eliza.

- Zwie­dzamy bazy­liki! Naj­święt­sza Maria Panna na Zaty­brzu to jeden z kościo­łów tytu­lar­nych pol­skich kar­dy­na­łów Ste­fana Wyszyń­skiego i Józefa Glempa. Kar­dy­nał Sta­ni­sław Hozjusz, który był ini­cja­to­rem budowy pol­skiego kościoła św. Sta­ni­sława Biskupa i Męczen­nika w Rzy­mie, jest tu pocho­wany. Trzeba odwie­dzić jego grób, bo dzięki niemu możemy przy­jeż­dżać do Rzymu. - Sio­stra uśmiech­nęła się ser­decz­nie. - Skoro spo­tka­ły­śmy się już pierw­szego dnia, to pew­nie jesz­cze się gdzieś zoba­czymy. Rzym jest mały.

Eliza nie była zachwy­cona tą per­spek­tywą, ale powie­działa grzecz­nie:

- Na pewno. Szczęść Boże i miłego dnia!

Kiedy ode­szły tro­chę dalej, zapy­tała:

- Kim był ten Hozjusz?

- Wiel­kim czło­wie­kiem. Huma­ni­stą, poetą, sekre­ta­rzem kró­lew­skim Zyg­munta I Sta­rego, dyplo­matą, jed­nym z czo­ło­wych przy­wód­ców pol­skiej i euro­pej­skiej kontr­re­for­ma­cji. Był amba­sa­do­rem Rze­czy­po­spo­li­tej w Pań­stwie Kościel­nym. Zagwa­ran­to­wał Pola­kom ich miej­sce w Rzy­mie. Z jego ini­cja­tywy zbu­do­wano Kościół Pol­ski. Jego płyta nagrobna została wmu­ro­wana w pobliżu ołta­rza po pra­wej stro­nie - odpo­wie­działa Agnese z poczu­ciem winy, że nie poka­zała nagrobka bra­ta­nicy. - Masz powód, żeby wró­cić do bazy­liki i jej poszu­kać.

Prze­szły pod fon­tannę i sta­nęły w cie­niu pałacu św. Kalik­sta.

- Pozwól, że powiem ci jesz­cze dwa słowa o fon­tan­nie. Według tra­dy­cji to naj­star­sza rzym­ska fon­tanna, pocho­dząca z pierw­szego wieku naszej ery, z cza­sów cesa­rza Okta­wiana Augu­sta. Pier­wot­nie znaj­do­wała się tro­chę dalej, tam gdzie stoi ten sza­ro­nie­bie­ski pałac. Pra­co­wał przy jej budo­wie Donato Bra­mante, a także Gio­vanni Lorenzo Ber­nini, który prze­sta­wił ją na śro­dek placu w tysiąc sześć­set pięć­dzie­sią­tym ósmym roku i zasi­lił wodą pocho­dzącą z fon­tanny Pau­liń­skiej na Jani­ku­lum. O wspa­nia­łych rzym­skich fon­tannach dowiesz się wię­cej pod­czas naszych kolej­nych spa­ce­rów. - Ciotka uśmiech­nęła się i kon­ty­nu­owała: - Już w sie­dem­na­stym wieku został wydany edykt papie­ski zaka­zu­jący pły­wa­nia, kąpa­nia się, pra­nia, mycia naczyń oraz kąpa­nia psów i kotów w fon­tannach. Jed­nak ni­gdy nie był respek­to­wany...31

Agnese wzięła sio­strze­nicę pod rękę i powie­działa:

- A teraz opo­wiem ci pewną aneg­dotę, którą znają tylko praw­dziwi rzy­mia­nie.

Sta­nęły przo­dem do fasady bazy­liki.

- Widzisz te cztery posągi na kolum­na­dzie por­tyku? Zapewne już się domy­ślasz, że to święci Kalikst, Kor­ne­liusz, Juliusz i Kale­po­diusz. Kalikst trzyma się za brzuch, jakby chciał powie­dzieć: "Jestem głodny". Kor­ne­liusz wska­zuje ręką przed sie­bie, suge­ru­jąc: "To chodźmy do restau­ra­cji Sabat­tini" po dru­giej stro­nie placu. Juliusz wyko­nuje gest, jakby chciał się popu­kać w głowę: "Co ty? Zgłu­pia­łeś? Tam nas osku­bią z kasy". Kale­po­diusz poka­zuje inny kie­ru­nek: "Chodźmy jak zawsze do "chiń­czyka", przy­naj­mniej się najemy, zapła­cimy mało i posie­dzimy na słońcu, patrząc na ten piękny plac"32.

Dziew­czyna spoj­rzała na balu­stradę. Rze­czy­wi­ście święci odgry­wali pan­to­mimę.

- Tam jest chiń­ska restau­ra­cja, w któ­rej sto­łują się wszy­scy zaty­brza­nie. - Ciotka wska­zała zaułek, na któ­rego końcu widać było czer­wone drzwi z zawie­szo­nymi nad nimi lam­pio­nami. - Nazywa się Ci-Lin, ale jej wła­ści­cielką jest Chinka, która ma na imię Maryja. Więc wszy­scy mówią "chodźmy do Maryi". Podają tam zna­ko­mite kre­wetki z zie­loną cebulą i imbi­rem.

Eliza unio­sła lewą brew. "W Rzy­mie do Chiń­czyka?" - pomy­ślała scep­tycz­nie.

Obie­cała sobie ponow­nie, że w Wiecz­nym Mie­ście już niczemu nie będzie się dzi­wić...

6. Zatybrze - plac św. Idziego, ulica Matki Bożej ze Schodów

Przed wyj­ściem z domu Agnese wło­żyła gra­na­tową, lnianą mary­narkę. Nie zmie­niła butów na obca­sie. Stą­pała w nich po kocich łbach, jakby pły­nęła, chy­bo­cząc się cza­sami. Po eks­percku omi­jała wyrwy w bruku. Eliza zdą­żyła wziąć szybki prysz­nic i prze­brać się. Wło­żyła dżin­sową spód­niczkę oraz swoją ulu­bioną, czarną koszulkę z napi­sem "PINK FLOYD" i z trój­ką­tem, przez który prze­cho­dziła wiązka świa­tła, roz­sz­cze­pia­jąca się w tęczę. Na to zarzu­ciła jak zwy­kle białą koszulę. Nie zre­zy­gno­wała ze swo­ich ory­gi­nal­nych, czar­nych mar­ten­sów tim­be­rek na plat­for­mie. Prak­tycz­nie nie roz­sta­wała się z nimi od dnia osiem­na­stych uro­dzin, kiedy to otrzy­mała je od mamy w pre­zen­cie. Nie roz­sta­wała się też ze swoim ple­ca­kiem.

- Dobrze ci w tych wło­sach. - Ciotka przy­glą­dała się jej z uwagą.

- To naj­mod­niej­szy kolor w tym roku. Zro­bi­łam go sobie zaraz po matu­rze. - Eliza była wyraź­nie zado­wo­lona.

- A co na to mój brat?

- Powie­dział, że woli natu­ralne blon­dynki...

Agnese par­sk­nęła śmie­chem.

- Z czego się śmie­jesz?

- Twoja bab­cia, a moja mama, też mi kie­dyś powie­działa, że "on oże­nił się z Zosią, bo woli natu­ralne blon­dynki". - Ciotka zro­biła się znowu sar­ka­styczna. - A stu­dia?

- Pew­nie jesie­nią pójdę na uni­we­rek, na wydział prawa, tak jak chce ojciec. - Dziew­czyna patrzyła pod nogi. - Wszystko zależy jesz­cze od tego, ile punk­tów będę miała na matu­rze, no i czy w ogóle ją zdam. Wyniki dopiero czwar­tego lipca.

- No prze­cież wiesz, że zdasz. Wszystko pój­dzie dobrze.

- Ty jesteś zawsze taka pewna sie­bie. Zazdrosz­czę ci tego...

- To nie tak. Chcę tylko utwier­dzić cię w prze­ko­na­niu o wła­snej war­to­ści.

- Wiesz, że Krzy­sia, ta, z którą przy­jaź­nię się od początku liceum, składa papiery na kon­ser­wa­cję i restau­ra­cję dzieł sztuki do Kra­kowa i do Toru­nia... Ale tam trzeba przed­sta­wić prace malar­skie i jest tylko dzie­sięć miejsc... - powie­działa Eliza, jakby przy­pad­kiem.

- Cho­dzi­ły­ście razem na kółko pla­styczne do domu kul­tury. Ty też umiesz ryso­wać i malo­wać. Widzia­łam twoje prace. Twoja mama się pochwa­liła. Nie­które są cał­kiem nie­złe.

- Co oni jedzą? - zapy­tała Eliza, gdy prze­cho­dziły obok restau­ra­cji.

Przy sto­li­kach sie­działo mnó­stwo tury­stów, inni stali w dłu­giej kolejce, cze­ka­jąc, aż zwolni się miej­sce. Obrusy w czer­woną kratkę, pękate butelki wina, wikli­nowe koszyczki z chle­bem, a przede wszyst­kim alu­mi­niowe patel­nie, na któ­rych poda­wano pach­nące i jesz­cze dymiące dania, czy­niły to miej­sce nie­zwy­kle atrak­cyj­nym, przy­cią­ga­jąc masę ludzi.

- Car­bo­nara! - odparła Agnese. - To jedno z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych rzym­skich dań. Wszy­scy bar­dzo je lubią.

- A jak się je przy­rzą­dza?

- W sumie prze­pis jest bar­dzo pro­sty, ale nie­ła­twy w wyko­na­niu...

Ciotka wyja­śniła, że trud­ność polega na syn­chro­ni­za­cji pomię­dzy ugo­to­wa­niem spa­ghetti a przy­rzą­dze­niem sosu. Sos jest przy­go­to­wany z dwóch suro­wych żół­tek, które ubija się z rzym­skim owczym serem, zwa­nym peco­rino, pie­przem i solą, roz­cień­cza­jąc go dwiema lub trzema łyż­kami gotu­ją­cej się wody. Na patelni, bez dodat­ko­wego tłusz­czu, należy zru­mie­nić boczek pocięty w krót­kie paski. Po ugo­to­wa­niu i odce­dze­niu spa­ghetti trzeba je prze­ło­żyć do głę­bo­kiego pół­mi­ska i okra­sić chru­pią­cym bocz­kiem oraz tłusz­czem, mie­sza­jąc, a następ­nie dodać kre­mo­wego sosu jajeczno-sero­wego.

- Musi być pyszne! - powie­działa bra­ta­nica. - Muszę spró­bo­wać.

- Na pewno! Car­bo­nara to rzym­ska spe­cjal­ność!

Wyszły na mały pla­cyk, z budyn­kami w bar­wach ochry, tera­koty oraz miodu, barem i restau­ra­cją z ogród­kami zada­szo­nymi przez wino­rośl oraz buksz­pan. Uliczni arty­ści roz­sta­wili tu swoje stra­ga­niki, sprze­da­wali wyroby rze­mieśl­ni­cze, biżu­te­rię, bibe­loty, piękne foto­gra­fie. Wszystko było takie malow­ni­cze i takie kli­ma­tyczne. Kolory domów, zie­leń, kwiaty, arty­ści, weseli i zre­lak­so­wani ludzie sie­dzący przy sto­li­kach. Jakby mło­dość i radość życia były tu obo­wiąz­kowe.

- To piazza Sant'Egi­dio. Bie­rze swoją nazwę od św. Idziego, który w pią­tym wieku porzu­cił wszyst­kie swoje dobra i żył, słu­żąc ubo­gim oraz Bogu. Tu ma swoją sie­dzibę Wspól­nota św. Idziego, kato­licka świecka orga­ni­za­cja krze­wiąca idę eku­me­ni­zmu i nio­sąca wspar­cie rzym­skiej bie­do­cie, migran­tom oraz oso­bom samot­nym. To bar­dzo ważna insty­tu­cja, poma­ga­jąca wielu ludziom - tłu­ma­czyła Agnese.

Eliza popa­trzyła na wska­zany kośció­łek. Miał tylko jedną kon­dy­gna­cję, tym­pa­non, dwa olbrzy­mie pila­stry z korync­kimi kapi­te­lami po bokach, jedno wej­ście i jedno okno. Przed kościo­łem stała rzeźba przed­sta­wia­jąca bez­dom­nego śpią­cego na ławce.

- W tym dużym budynku obok kościoła po lewej stro­nie, który daw­niej był klasz­to­rem św. Idziego, dziś na par­te­rze mie­ści się Muzeum Rzymu na Zaty­brzu. Orga­ni­zują tu inte­re­su­jące wystawy foto­gra­ficzne. Na pierw­szym pię­trze można zoba­czyć obrazy, rysunki, akwa­rele i stare zdję­cia przed­sta­wia­jące Zaty­brze w ubie­głych wie­kach. Jest też rekon­struk­cja pokoju poety Tri­lussy, który two­rzył sonety w dia­lek­cie rzym­skim. - Ciotka odwró­ciła się w drugą stronę. - Nato­miast ten piękny czter­na­sto­wieczny budy­nek to pałac Velli. Nale­żał do waż­nej rzym­skiej rodziny, z któ­rej wywo­dzili się poli­tycy i sze­fo­wie ulic Zaty­brza, gdyż daw­niej każda ulica miała swo­jego nad­zorcę, odpo­wie­dzial­nego za porzą­dek i admi­ni­stra­cję33. Spójrz na ten rudy kolor tynku. Bar­dzo rzym­ski. Można zako­chać się w tym kolo­rze.

Wpraw­dzie Eliza posta­no­wiła, że w Rzy­mie nic już jej nie zasko­czy, ale to, co zoba­czyła, wywo­łało jej wiel­kie zdzi­wie­nie. Nad wąską ulicą, pomię­dzy jed­nym a dru­gim budyn­kiem, roz­wie­szono sznury, a na nich suszyło się pra­nie. Prze­ście­ra­dła, ręcz­niki, skar­petki i majtki... falo­wały jak latawce na nie­bie.

- Ojej! Masz rację. Zaty­brze to naprawdę małe, pro­win­cjo­nalne mia­steczko. Ale to uro­kliwe. Koniecz­nie muszę zro­bić tu zdję­cie. - Wycią­gnęła tele­fon z ple­caczka i pstryk­nęła fotkę.

Jej uwagę zwró­cił też wspa­niały ołtarz maryjny nama­lo­wany na bocz­nej ścia­nie kościoła. Matka Boska z otwar­tymi ramio­nami sie­działa na chmu­rach wśród che­ru­bi­nów. Zauwa­żyła, że takie ołta­rzyki znaj­do­wały się na domach i naroż­ni­kach ulic, nie­mal na każ­dym kroku. Chciała zapy­tać o to ciotkę, ale znowu coś roz­pro­szyło jej uwagę.

W chłod­nym zaułku, zaraz za roz­wie­szo­nym pra­niem, znaj­do­wał się malutki skle­pik lut­nika, a przed nim stało drew­niane krze­sło. Na wygod­nej poduszce wyle­gi­wał się gruby, sza­ro­bury kocur.

- O rany, ale odlot! - wykrzyk­nęła dziew­czyna i rzu­ciła się, by pogła­skać zwie­rzaka. Zatrzy­mał ją napis po angiel­sku: "Pro­szę nie doty­kaj mnie! Nie jestem zabawką dla tury­stów. Jestem już bar­dzo stary, nie prze­szka­dzaj mi. To mój dom".

"Hmm... Kot ma rację!" - pomy­ślała i tylko pstryk­nęła zdję­cie.

- Jak się nazywa ta uliczka?

- Vicolo del Cedro, czyli zaułek Cedru.

Dotarły na kolejny pla­cyk ze starą zaty­brzań­ską zabu­dową i uro­czymi tawer­nami, któ­rych sto­liki zaj­mo­wały jego dużą część. Ciotka wyja­śniła, że to plac Matki Bożej ze Scho­dów, któ­rego nazwa bie­rze się od świę­tego obrazu Maryi znaj­du­ją­cego się daw­niej pod scho­dami jed­nego z domów. Uboga Kor­ne­lia modliła się pod nim każ­dego dnia o uzdro­wie­nie dziecka nie­mego od uro­dze­nia34. Została wysłu­chana. Cud zyskał taką sławę, że pod obraz Matki Bożej ze Scho­dów przy­by­wały tłumy. Zde­cy­do­wano więc posta­wić na jego miej­scu kościół i prze­nieść do niego cudowne malo­wi­dło. Świą­ty­nię wznie­siono w latach 1593-1624, według pro­jektu Fran­ce­sca da Vol­terry, a jej budowę dokoń­czył Giro­lamo Rainaldi. Z woli papieża Kle­mensa VII została ona powie­rzona kar­me­li­tom bosym.

- Zakon­nicy zamó­wili u Cara­vag­gia obraz przed­sta­wia­jący śmierć Maryi, aby umie­ścić go na jed­nym z głów­nych ołta­rzy. Miche­lan­gelo Merisi był wtedy naj­bar­dziej cenio­nym i popu­lar­nym mala­rzem w Rzy­mie. Nama­lo­wał już płótna zdo­biące kaplicę Con­ta­rel­lich w kościele św. Ludwika Króla Fran­cji oraz obraz do bazy­liki św. Augu­styna na Polu Mar­so­wym i Zło­że­nie do grobu prze­zna­czone pier­wot­nie dla kościoła Matki Bożej in Val­li­cella, a znaj­du­jące się dziś w Muze­ach Waty­kań­skich - opo­wia­dała Agnese, gdy scho­wały się w cie­niu. - Malu­jąc zamó­wiony obraz, Cara­vag­gio oparł się na apo­kry­ficz­nej opo­wie­ści zawar­tej w Zło­tej Legen­dzie. Według niej w dniu śmierci Marii ucznio­wie Chry­stusa roz­pro­szeni po świe­cie w cudowny spo­sób sta­nęli u jej łoża w Jero­zo­li­mie i byli obecni na pogrze­bie. Motyw Zło­tej Legendy wyko­rzy­stał rów­nież Dan Brown w swo­jej książce Kod Leonarda da Vinci.

- Tak. Chyba wiem, o który obraz cho­dzi. - Dziew­czyna była zafa­scy­no­wana tym arty­stą.

- Scena przed­sta­wia jede­na­stu apo­sto­łów zebra­nych wokół kobiety w czer­wo­nej sza­cie, przy­kry­tej brą­zo­wym płasz­czem i leżą­cej na łożu. Ma ona lekko wzdęty brzuch i bose stopy widoczne na pierw­szym pla­nie. Obok niej sie­dzi sku­lona, roz­pa­cza­jąca Maria Mag­da­lena.

- Tak, już wiem...

- Bose stopy sym­bo­li­zo­wały kar­me­li­tów, a Maria Mag­da­lena nie­wia­sty, nad któ­rymi roz­ta­czał opiekę kościół Matki Bożej ze Scho­dów. W jego pobliżu znaj­do­wał się insty­tut poma­ga­jący kobie­tom upa­dłym, ubo­gim i porzu­co­nym. A jed­nak zakon­nicy odrzu­cili dzieło w tysiąc sześć­set szó­stym roku, uznaw­szy je za skan­da­liczne... - kon­ty­nu­owała ciotka. - Jed­nym z powo­dów było to, że pozo­wała do niego nie­rząd­nica. Była nią Annuc­cia Bian­chini, jedna z mode­lek Cara­vag­gia35. Dziew­czyna uto­nęła w Tybrze. Malarz naj­praw­do­po­dob­niej widział jej spuch­nięte zwłoki. Nabrzmiały brzuch Naj­święt­szej Marii Panny miał sym­bo­li­zo­wać łaskę boską, w którą była brze­mienna. Cały obraz ma kon­wen­cję bar­dzo ubogą. Scena mogła wyda­rzyć się na Zaty­brzu, w jed­nym z domów bie­doty, a jej boha­te­rami mogli być zaty­brzań­scy rybacy, por­towcy, rze­mieśl­nicy. I naj­praw­do­po­dob­niej wła­śnie tacy ludzie pozo­wali Cara­vag­giowi. Jed­nak zda­niem kar­me­li­tów jego obraz nazbyt glo­ry­fi­ko­wał ubó­stwo.

- Naprawdę go odrzu­cili? Czy­ta­łam, że kilka jego obra­zów zostało uzna­nych za kon­tro­wer­syjne. Gdzie on teraz jest?

- Zaku­pił go książę Gon­zaga z Man­tui, póź­niej w jego posia­da­nie weszli kró­lo­wie Anglii i Fran­cji, w końcu tra­fił do Luwru. Dziś podzi­wiają go tam miliony osób, a kościół Matki Bożej ze Scho­dów stra­cił oka­zję, aby być zna­nym na całym świe­cie i odwie­dza­nym przez tłumy...

Poko­nały schodki pro­wa­dzące do bia­łej świą­tyni. Już od wej­ścia dziew­czynę ude­rzył jej prze­pych. Cięż­kie baro­kowe zło­ce­nia, pila­stry wyko­nane tech­niką "fał­szy­wego mar­muru" i przy­po­mi­na­jące czer­wony kamień z Werony, stiuki, baro­kowe anioły. Spod łuku oddzie­la­ją­cego główną nawę od pre­zbi­te­rium zwi­sały olbrzy­mie krysz­ta­łowe żyran­dole z pozła­ca­nymi kan­de­la­brami. Lewa boczna nawa gościła cudowny obraz Matki Bożej ze Scho­dów w boga­tej, zło­tej ramie z anio­łami. Malo­wi­dło, które zdjęto ze ściany ubo­giego domu, nie paso­wało do tego całego prze­pychu. Miało w sobie coś naiw­nego i poetyc­kiego, jak obrazy Cha­gala. Matka i dziecko. Z ich słod­kich twa­rzy­czek biła pro­stota oraz takie jakieś zwy­czajne piękno.

Kiedy kie­ro­wały się ku wyj­ściu, ciotka wska­zała bra­ta­nicy płyty nagrobne w pod­ło­dze z mar­mu­ro­wymi mozai­kami, epi­ta­fiami i moty­wem kościo­tru­pów. Eli­zie szcze­gól­nie spodo­bała się lapida z uskrzy­dlo­nym szkie­le­tem, który niósł pod pachą olbrzy­mie epi­ta­fium. Zro­biła zdję­cie. Wyda­wało jej się, że kościo­trup się do niej uśmie­chał.

Po wyj­ściu z kościoła zaj­rzały jesz­cze przez szybę w drzwiach apteki miesz­czą­cej się w przy­le­głym budynku. Nie można było wejść do środka, ale ciotka powie­działa, że tu wła­śnie mie­ściła się jedna z naj­star­szych aptek w Rzy­mie. Nazy­wano ją zie­lar­nią. Daw­niej wśród reno­mo­wa­nych spe­cja­łów sprze­da­wano tu wodę prze­ciwko dżu­mie i wodę prze­ciw histe­rii. Tę ostat­nią sto­so­wano zarówno wewnętrz­nie, jak i zewnętrz­nie przy kon­wul­sjach, bólach głowy i serca, a także bólach zębów. Jej wyna­lazcą był brat Bazy­liusz, któ­rego por­tret zdo­bił aptekę. W nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu stały szes­na­sto­wieczne drew­niane regały apteczne i szafki, a na nich różne dziwne rekwi­zyty zie­lar­skie, odważ­niki, wagi, słoje, figurki święte. Wśród cie­ka­wo­stek była waza do prze­cho­wy­wa­nia teriaku - sub­stan­cji uzna­wa­nej przez wieki za wszech­stronną odtrutkę oraz lek na wszel­kie dole­gli­wo­ści. Udo­sko­na­lił ją lekarz Nerona - Andro­ma­chos z Krety36. Pod­łogę antycz­nej zaty­brzań­skiej apteki zdo­biła geo­me­tryczna mozaika, a sufit - fresk z ele­men­tami kwia­to­wymi oraz kotarą, która spa­dała ku ziemi niczym praw­dziwe zasłony z cięż­kiego mate­riału.

- Chcia­łam cię zapy­tać o te święte kapliczki i obrazy, któ­rych jest bar­dzo dużo na Zaty­brzu. Skąd się wzięły? Jakie funk­cje peł­nią? Nie­które są bar­dzo piękne.

- Włosi nazy­wają je edi­cole sante37, ale jak słusz­nie zauwa­ży­łaś, cza­sami są to kapliczki, a cza­sami obrazy ołta­rzowe znaj­du­jące się na ścia­nach domów, rogach ulic lub na bra­mach.

Ciotka wyja­śniła rów­nież, że nie­które z nich były pro­ste, inne nato­miast bar­dzo bogate, w ramach z mar­muru lub stiuku gip­so­wego. Więk­szość miała zada­sze­nia w for­mie bal­da­chimu, a daw­niej także klęcz­niki. W Rzy­mie takich ołta­rzy­ków ulicz­nych do dziś pozo­stało ponad pięć­set. Były dedy­ko­wane naj­czę­ściej Matce Boskiej, uzna­wa­nej za opie­kunkę ludz­ko­ści. Można było się tu modlić o łaski oso­bi­ste, zdro­wie, wsta­wien­nic­two. W minio­nych wie­kach, gdy w mie­ście nie było elek­trycz­no­ści, ołta­rzyki te sta­no­wiły jedyne miej­sca, przy któ­rych zawsze paliło się świa­tło lamp oliw­nych, latarni lub pochodni, dla­tego też wyma­gały zada­sze­nia. W nocy wyzna­czały drogę tym, któ­rzy błą­kali się w ciem­no­ściach zauł­ków, choć eska­pady o tej porze były bar­dzo nie­bez­pieczne. Cza­sami wyda­rzał się jakiś cud, wtedy obraz uzna­wano za cudowny i budo­wano kościół, do któ­rego go prze­no­szono, na przy­kład Matki Bożej ze Scho­dów.

7. Zatybrze - brama Septymiańska, plac Trilussy, via del Moro, plac św. Apolonii

Dotarły do Porta Set­ti­miana. Przej­ście obronne przy­po­mi­na­jące łuk trium­falny miało otwory strze­lec­kie i gwel­fic­kie mer­lony na górze oraz ołtarz uliczny z zada­sze­niem po boku prze­świtu bra­mo­wego.

Eliza dowie­działa się, że daw­niej była to gra­nica mia­sta i rejonu i tędy wio­dła droga do Waty­kanu. Brama była bar­dzo stara. Pod obdar­tym tyn­kiem poka­zy­wała dum­nie zsza­rzałe cegły, zro­piałe rany czasu. Nazwę przy­jęła od cesa­rza Sep­ty­miu­sza Sewera, gdyż sta­no­wiła wej­ście do łaźni miej­skich38 wznie­sio­nych przez niego na tym obsza­rze w II wieku naszej ery. Sto lat póź­niej cesarz Aure­lian włą­czył ją do murów obron­nych, ota­cza­jąc nimi mia­sto, które roz­ro­sło się w cza­sach repu­bli­kań­skich. Były one znacz­nie bar­dziej oka­załe niż pierw­sze mury Rzymu, wznie­sione w IV wieku przed naszą erą przez rzym­skiego króla Ser­wiu­sza Tuliu­sza.

Zatrzy­mały się na skrzy­żo­wa­niu, z któ­rego roz­cho­dziły się cztery ulice. Ta po pra­wej nosiła imię św. Doroty, dzie­wicy i męczen­nicy z Ceza­rei.

- Widzisz to okno z gotyc­kim łukiem na pię­trze? - spy­tała Agnese.

- Tak...

- Według legendy tu miesz­kała Mar­ghe­rita Luti, znana jako For­na­rina, czyli Pie­ka­reczka. Modelka i uko­chana Rafa­ela Santi39.

- Naprawdę?

- Tam dalej, za bramą Sep­ty­miań­ską, jest willa Far­ne­sina, w któ­rej Rafael nama­lo­wał swoje słynne fre­ski. Ujrzał dziew­czynę w tym oknie, gdy szedł do pracy. Ona miała wtedy trzy­na­ście lat, on trzy­dzie­ści. Stra­cił dla niej głowę. Ich miłość trwała aż do jego śmieci. Uwiecz­nił ją na słyn­nym obra­zie La For­na­rina, znaj­du­ją­cym się dziś w Muzeum Naro­do­wym Sztuki Daw­nej w pałacu Bar­be­ri­nich. W rze­czy­wi­sto­ści nie wiemy, czy For­na­rina naprawdę ist­niała i gdzie miesz­kała - tutaj czy na vicolo del Cedro lub via del Governo Vec­chio40. Ja jed­nak lubię sobie wyobra­żać, jak Rafael idzie tamtą drogą, prze­cho­dzi pod bramą i zatrzy­muje się w tym miej­scu, w któ­rym wła­śnie sto­imy.

- Naprawdę? Rafael stał w tym miej­scu? Ależ to nie­sa­mo­wite!

Eliza zro­biła zdję­cie okna z gotyc­kim łukiem. Popro­siła, żeby ciotka cyk­nęła jej fotkę na tle domu. Pomy­ślała, że jak tylko wrócą, wrzuci ją na Face­bo­oka i Insta­gram, i pod­pi­sze: "W tym oto miej­scu stał wielki arty­sta Rafael Santi, pod oknem swo­jej uko­cha­nej Pie­ka­reczki".

Nagle jej tele­fon zaczął dzwo­nić. Ode­brała.

- Mamo, to ty? Tak, wszystko w porządku, napi­sa­łam ci prze­cież ese­mesa. Nie. Nie widzia­łam jesz­cze Kolo­seum. To zna­czy, widzia­łam, ale tylko z daleka. Rzym jest taki wielki. Wła­śnie zwie­dzamy Zaty­brze. Nie uwie­rzysz! Stoję pod oknem dziew­czyny Rafa­ela, w tym samym miej­scu co on - pra­wie krzy­czała do tele­fonu. - Mama chce z tobą poroz­ma­wiać. - Po krót­kiej chwili podała ciotce komórkę.

- Cześć, Zosiu! Co sły­chać? My się świet­nie bawimy - mówiła do bra­to­wej spo­koj­nie. - Tak, bar­dzo dobrze, że w końcu zgo­dzi­li­ście się na ten wyjazd Elizy. Zasłu­żyła na niego.

Roz­mowa trwała kilka minut.

- Koniecz­nie pozdrów mojego brata. I niech się nie mar­twi. Eliza jest już doro­sła - powie­działa na koniec ciotka.

Ruszyły dalej. Agnese wska­zała kościół św. Doroty. Dziew­czyna zachwy­ciła się wodo­spa­dem liści buksz­panu, który spa­dał z tarasu domu sto­ją­cego naprze­ciw, kąpiąc w soczy­stej zie­leni całą fasadę i ulicę i nada­jąc jej zie­lon­kawą poświatę. Dotarły na piazza di S. Gio­vanni della Malva. Plac oraz kościół na nim brały nazwę od kwia­tów malwy rosną­cych tu w sta­ro­żyt­no­ści lub od zwrotu Mica Aurea, czyli złoty pia­sek, jakiego uży­wano dla okre­śle­nia tej czę­ści Zaty­brza. W końcu doszły na plac Tri­lussy. Olbrzy­mia fon­tanna, sto­jąca licem do mostu Syk­styń­skiego, była pomy­ślana jako monu­men­talny łuk trium­falny z cen­tralną niszą, oto­czoną dwiema kolum­nami w stylu joń­skim, z zaokrą­glo­nym tym­pa­no­nem ozdo­bio­nym her­bem rodziny Bor­ghese, z orłem i smo­kiem, oraz z tablicą upa­mięt­nia­jącą.

- "Paweł V Pont. Max. Wodę, którą z jego wspa­nia­ło­myśl­no­ści popro­wa­dzono na szczyt Jani­ku­lum, spro­wa­dzono na tę stronę Tybru na uży­tek całego mia­sta w roku tysiąc sześć­set trzy­na­stym, ósmym jego pon­ty­fi­katu" - prze­tłu­ma­czyła łaciń­ski napis ciotka i dodała, że fon­tanna przy­jęła swoją zwy­cza­jową nazwę od mostu Syk­styń­skiego.

Pomnik wzno­sił się na szczy­cie wyso­kich scho­dów. Sie­działo na nich już sporo ludzi. Tu uma­wiała się rzym­ska mło­dzież, by wyru­szyć póź­niej razem na Zaty­brze. Nie­któ­rzy gawę­dzili w małych grup­kach, popi­ja­jąc piwo z bute­lek i paląc papie­rosy, inni samot­nie cze­kali na kogoś. Eli­zie podo­bała się ta atmos­fera. Też z chę­cią posie­dzia­łaby tutaj i z kimś poga­dała.

Na bru­ko­wa­nym skwe­rze przed fon­tanną poja­wił się czło­wiek w sur­du­cie, pod muszką i w cylin­drze na gło­wie. Przy­je­chał na małym, skła­da­nym rowe­rze. Wyglą­dał na Hin­dusa. Jego brą­zowa twarz lśniła jak masło orze­chowe, a kolo­rowy, wysoki cylin­der opie­rał się na odsta­ją­cych uszach. Z dużej torby wycią­gnął kilka rekwi­zy­tów. Poka­zy­wał pro­ste, ale zabawne sztuczki. Naj­pierw jego kra­wat sta­wał się nagle sztywny. Póź­niej wkła­dał rękę do małej gilo­tyny, która jed­nak jej nie odci­nała, a następ­nie szyję zamy­kał w obroży i prze­szy­wał ją szpi­kul­cem. Krzy­czał przy tym dono­śnie mono­ton­nym gło­sem: PATRZ! JESTEM MAGIEM!

- Na Zaty­brzu nazy­wają go Mag Patrz - wyja­śniła ciotka, widząc zain­te­re­so­wa­nie bra­ta­nicy.

Pode­szły do pomnika Tri­lussy. Leżało przy nim kilka kwiat­ków i sporo bute­lek.

- Oto Carlo Alberto Salu­stri, znany jako Tri­lussa, wielki rzym­ski poeta two­rzący w dia­lek­cie. Żył w latach tysiąc osiem­set sie­dem­dzie­siąt trzy - tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­siąt. Pisał humo­ry­styczne utwory kry­ty­ku­jące wła­dzę, wier­sze o histo­rii i oby­cza­jach ludu, sonety oraz baśnie rzym­skie. Uży­wał czę­sto prze­kleństw i wul­ga­ry­zmów - przed­sta­wiła bra­ta­nicy słynną zaty­brzań­ską sta­tuę, wyja­śnia­jąc, że pseu­do­nim poety był ana­gra­mem jego nazwi­ska.

Postać zaty­brzań­skiego wiesz­cza przy­brała nie­udolną formę zaśnie­dzia­łej bryły. On sam wyglą­dał jak brą­zowy kadłu­bek, bez nóg, pokrzy­wiony, z nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kimi dłońmi, pochy­lony do przodu. Rzeźba była tak nie­udana, że wieszcz budził litość...

- Cztery lata po śmierci wysta­wiono mu ten brą­zowy pomnik. Zamia­rem arty­sty, Lorenza Ferri, było przed­sta­wie­nie mistrza w chwili, gdy ten dekla­muje swoje sonety oparty o frag­ment antycz­nego muru z kolumną... Z zamiaru wyszła jed­nak maka­bre­ska. - Ciotka przy­glą­dała się rzeź­bie z poli­to­wa­niem. - Jeden z przy­ja­ciół poety napi­sał wtedy wiersz, który brzmi mniej wię­cej tak: "Kto cię tak wykrzy­wił? /Ty, który za życia byłeś monu­men­tem /na monu­men­cie wyglą­dasz jak nie­szczę­ście /Ty, który byłeś piękny za życia, teraz stra­szysz... /Gdy­byś się widział (...) Ma szczę­ście ten, który zro­bił cię bez nóg /bo kto wie, ile byś mu nako­pał"41.

- Nie dzi­wię się! Też bym nako­pała, gdyby mnie tak ktoś urzą­dził po śmierci. - Nasto­latka spoj­rzała ze współ­czu­ciem na posąg.

Ruszyły w kie­runku via del Moro. Eli­zie podo­bały się skle­piki i puby. Szły zyg­za­kiem i zatrzy­my­wały się przed witry­nami, by popa­trzeć na malo­wane ręcz­nie teni­sówki, buty i torebki ze skóry. Nad jed­nym z barów na rogu wisiał duży, stary szyld z napi­sami: "ANTICO CAFF? DEL MORO" na górze, a na dole "FER­NET BRANCA". Malu­nek w środku przed­sta­wiał żoł­nie­rzy w dziw­nych kape­lu­szach z pió­rami na gło­wie i z butelką w ręku, poda­ją­cych kie­li­szek ciem­no­skó­rym kobie­tom42.

- Nie­któ­rzy myślą, że nazwa ulicy bie­rze się wła­śnie od tej osiem­na­sto­wiecz­nej kafe­te­rii i tej sty­lo­wej reklamy - tłu­ma­czyła krewna. - W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak to lokale brały nazwy od ulic. Był to ciemny zaułek, w któ­rym snuły się typy spod ciem­nej gwiazdy. Tu na początku ubie­głego wieku został zamor­do­wany rzym­ski roz­ra­biaka Romeo Otta­viani, a na kan­wie histo­rii kry­mi­nal­nej powstała sztuka, która roz­sła­wiła ulicę.

Zawi­tały jesz­cze na uro­czy pla­cyk w samym sercu Zaty­brza - piazza de' Renzi. Stare, krzep­kie magno­lie rosnące pośrodku były jak spi­żowe posągi. Czarną zie­leń mię­si­stych liści przy­stro­iły bia­łymi kwia­tami. Ich woń kła­dła się na wło­sach jak per­fumy. Ciotka opo­wie­działa, że daw­niej, zanim zbu­do­wano wały rzeczne, tu, na tym placu, na miej­scu samo­cho­dów zapar­ko­wa­nych w cie­niu drzew cumo­wano łódki rybac­kie, gdyż Tyber roz­le­wał się tak sze­roko.

Doszły wresz­cie do placu św. Apo­lo­nii. Agnese wska­zała budy­nek po lewej.

- Tutaj daw­niej stał kościół św. Apo­lo­nii zbu­rzony w osiem­na­stym wieku. Zastą­pił go nowy, pod wezwa­niem św. Mał­go­rzaty. Tu mie­ścił się klasz­tor fran­cisz­ka­nek, w któ­rym po nagłej śmierci Rafa­ela schro­niła się jego uko­chana For­na­rina. Zmarła z roz­pa­czy dwa lata po nim. Św. Apo­lo­nia jest patronką den­ty­stów. Zgi­nęła śmier­cią męczeń­ską w pode­szłym wieku. Pod­czas tor­tur zmiaż­dżono jej szczęki i wybito wszyst­kie zęby, a następ­nie spa­lono ją na sto­sie43.

Elizę prze­szedł dreszcz.

Po dru­giej stro­nie placu ciotka wska­zała Teatr Belli, na któ­rego deskach od wie­ków wystę­po­wali naj­lepsi wło­scy akto­rzy.

- Na początku ubie­głego stu­le­cia prze­mie­niono go w pierw­sze wło­skie kino o nazwie Amore, czyli Miłość - powie­działa i odwra­ca­jąc się w drugą stronę, dodała: - A to pałac Piz­za­ri­nich, z impo­nu­ją­cym wej­ściem, nad któ­rym góruje kró­lew­ski orzeł. Tutaj znaj­do­wał się dom dobro­czyn­no­ści, jeden z wielu insty­tu­tów, w któ­rym gosz­czono stare panny do osiem­na­stego roku życia44.

- Jak to stare panny do osiem­na­stego roku życia?

- Daw­niej osiem­nastki były już sta­rymi pan­nami. Nawet bar­dzo sta­rymi, gdyż dziew­częta wyda­wano za mąż w wieku lat trzy­na­stu. Dla­tego pora­dzi­łam ci, abyś na wszelki wypa­dek pomo­dliła się do św. Pas­cala Bay­lóna.

Ciotka po mistrzow­sku prze­mie­niała się z jędzy w anioła i z anioła w jędzę.

Eliza odwró­ciła głowę w prawo. Nie mogła uwie­rzyć wła­snym oczom. Wró­ciły na plac Naj­święt­szej Marii Panny i w jego głębi błysz­czały złote mozaiki bazy­liki. Ucie­szyła się, że coś wyda­wało jej się już zna­jome, było roz­po­zna­walne. To znak, że powoli zaczęła zada­ma­wiać się w Rzy­mie.

Na chwilę weszły z powro­tem na plac, gdyż przed fon­tanną zro­biło się duże zbie­go­wi­sko. Ludzie stali w kręgu, zasła­nia­jąc widocz­ność. Ze środka dobie­gała ryt­miczna muzyka, a póź­niej grom­kie wybu­chy śmie­chu i okla­ski. Zacie­ka­wiona nasto­latka pode­szła bli­żej. Dwóch mimów zaba­wiało dzieci i doro­słych. W pasia­stych koszul­kach i opa­da­ją­cych por­t­kach, z twa­rzą wyma­zaną białą kredą oraz czer­woną piłką na nosie, koły­sali bio­drami i pod­ska­ki­wali jak mario­netki. Gawiedź, niczym kury, obsia­dła schody fon­tanny. Patrzyli, gadali, pili, jedli lody, cze­kali na kogoś lub na coś, cie­sząc się lek­kim wie­trzy­kiem przy­no­szą­cym ulgę po gorą­cym dniu. Zaty­brze przy­go­to­wy­wało się do noc­nego życia...

- Chodź. Idziemy dalej. Mamy jesz­cze dużo do zoba­cze­nia, zanim zasłu­żysz sobie na kola­cję... - Agnese pocią­gnęła bra­ta­nicę za rękę.

8. Zatybrze - via della Lungaretta, kościół św. Agaty, most Sykstyński

Z placu Naj­święt­szej Marii Panny pro­wa­dziła długa, pro­sta via della Lun­ga­retta45. Tury­ści ochrzcili ją mia­nem "ulicy tysiąca knajp". Odpo­wia­dała sta­ro­żyt­nemu trak­towi z II wieku przed naszą erą, zwa­nemu drogą Aure­liań­ską, która od mostu Emi­liu­sza wspi­nała się na Jani­ku­lum i przez bramę Aure­liań­ską kie­ro­wała na pół­nocny zachód impe­rium rzym­skiego. Póź­niej, gdy Zaty­brze stało się dziel­nicą Rzymu, nazy­wano ją Trans­ti­be­rina. Słowo lun­ga­retta było zdrob­nie­niem od lun­gara, czyli od nazwy via della Lun­gara, ulicy, która za bramą Sep­ty­miań­ską pro­wa­dziła do Waty­kanu. Tamta mie­rzyła równy kilo­metr, ta nato­miast sie­dem­set metrów.

- Co oni piją? - Elizę zain­try­go­wał poma­rań­czowy napój poda­wany w kie­li­chu, z lodem, kawał­kiem poma­rań­czy i oliwką. Delek­to­wała się nim zako­chana para sie­dząca przy sto­liku jed­nej z restau­ra­cji. Sączyli przez słomkę zło­ci­sty nek­tar i zaja­dali różne pysz­no­ści uło­żone na dużej drew­nia­nej desce. Wyglą­dali tak roman­tycz­nie. Ona w słom­ko­wym kape­lu­szu i w zwiew­nej, kwie­ci­stej sukni, on w bia­łej koszuli z lnu.

Agnese spoj­rzała w ich kie­runku.

- Spritz!

- Czyli?

- Obec­nie to już wło­ski ape­ri­tif naro­dowy, a nawet międzynaro­dowy. Po pol­sku nazy­wamy to "szpry­cer" od sprit­zen, czyli pry­skać. Wywo­dzi się z Wene­cji Euga­nej­skiej, gdzie pod­czas pano­wa­nia Habs­bur­gów ofi­ce­ro­wie austriaccy nie­przy­zwy­cza­jeni do picia moc­nego wło­skiego wina kazali je roz­cień­czać wodą sodową. Z cza­sem zaczęto doda­wać wermut lub gorz­kawy likier. Prze­pi­sów jest kilka. Można mie­szać wino lub pro­secco, wodę sodową oraz cam­pari, ape­rol, select, mar­tini lub cynar - wytłu­ma­czyła ciotka. - To wspa­niały, sto­sun­kowo słaby i orzeź­wia­jący tru­nek, któ­rym roz­po­czyna się posi­łek. Coś w sam raz dla cie­bie.

Eliza zgo­dziła się z nią w pełni. To było coś dla niej. Już sobie wyobra­żała, że jest na roman­tycz­nej randce z jakimś przy­stoj­nym Wło­chem, na gło­wie ma słom­kowy kape­lusz, a w ręku spritza. Roz­ma­rzyła się przez moment.

Podo­bała się jej ta uliczka i knajpki na niej. War­ko­cze czer­wo­nych papry­czek i fia­sca wina bujały się pod sufi­tem w jed­nym z lokali i oka­lały wej­ście. Zadzi­wiała ją pomy­sło­wość Wło­chów. Kwiet­niki zro­biono z drew­nia­nych skrzy­nek. Konewki i butelki wyko­rzy­stano jako donice. Stare rowery, moto­rynki i samo­chody posłu­żyły jako rekwi­zyty, by przy­cią­gać uwagę tury­stów. Wszystko było tu takie arty­styczne, ale w sumie bar­dzo pro­ste. "Jak zro­bić coś z niczego. Na tym chyba polega wło­ski geniusz" - pomy­ślała.

Rzym był mia­stem, które żyło z tury­stów, musiało więc ich wabić, kusić nie­ustan­nie, mamić, olśnie­wać, cza­ro­wać, budząc ich pożą­da­nie i podziw. "Patrz na mnie, mów mi, jaka jestem piękna, kochaj mnie... i płać" - z każ­dego rogu i zaułka wołała próżna Roma.

Doszły na plac, na któ­rym rósł stary pla­tan z roz­ło­ży­stą koroną i cęt­ko­waną korą pnia. Ciotka wska­zała przy­by­tek z romań­ską dzwon­nicą, sto­jący do nich bokiem. Wyja­śniła, że to druga zaty­brzań­ska bazy­lika, tym razem pod wezwa­niem św. Chry­zo­gona. Był on pogań­skim kapła­nem, który nawró­cił się na chrze­ści­jań­stwo i za to, pod­czas prze­śla­do­wań Dio­kle­cjana, został zesłany do Akwi­lei, gdzie poniósł męczeń­ską śmierć. W tym miej­scu znaj­do­wał się jego dom, prze­kształ­cony póź­niej w pierw­szy kościół i prze­bu­do­wy­wany wie­lo­krot­nie na prze­strzeni stu­leci. Rów­nież do budowy tej bazy­liki wyko­rzy­stano antyczne kolumny zabrane ze sta­ro­żyt­nych ruin.

Na placu stała mała fon­tanna uliczna w kształ­cie cylin­dra, z kape­lu­szem i rurką, z któ­rej woda cie­kła ciur­kiem. Z pro­filu wyglą­dała, jakby miała nos. Krysz­ta­łowa woda spły­wała wartką strużką wprost do kanału z kratką umiesz­czo­nego na pozio­mie bruku.

- Rzy­mia­nie nazy­wają je nasoni, czyli "nochale", wła­śnie ze względu na ich pro­fil - wyja­śniła krewna. - Zostały usta­wione po zjed­no­cze­niu Włoch przez pierw­szego bur­mi­strza Rzymu, Luigiego Pian­cia­niego. Od razu zyskały duże powo­dze­nie. Do dziś na tere­nie całego mia­sta znaj­duje się bli­sko dwa i pół tysiąca takich fon­tann, z któ­rych bije dar­mowa pitna woda. A teraz pokażę ci, jak się ją pije...

W zakrzy­wio­nej rurce przy­po­mi­na­ją­cej nos były dwie dziurki, jedna na wylo­cie, druga na zakrzy­wie­niu meta­lo­wego kolanka. Agnese schy­liła się i kciu­kiem zatkała dolny otwór. Woda pod ciśnie­niem try­snęła dużym łukiem z gór­nej dziurki pro­sto w jej otwarte usta.

- Ha! Ha! - roze­śmiała się bra­ta­nica. - Świetny pomysł. Też chcę spró­bo­wać!

Pode­szła do nochala i pró­bo­wała naśla­do­wać ciotkę. Nie poszło jej to tak zgrab­nie za pierw­szym razem. Nie tra­fiła pro­sto do ust. Polało jej się po bro­dzie, koszuli i butach. Ale nie miało to zna­cze­nia. Chłodna i smaczna woda orzeź­wiała. Picie z fon­tanny ulicz­nej było fan­ta­styczną zabawą.

- Rzy­mia­nie nazy­wają ją "wodą bur­mi­strza", gdyż można czer­pać ją nie­od­płat­nie. To olbrzymi przy­wi­lej w dzi­siej­szych cza­sach, gdy nie­któ­rzy na świe­cie wcale nie mają wody, a my musimy pła­cić słono za tę w butel­kach. - Agnese patrzyła na kro­ple odbi­ja­jące się od bruku i roz­le­wa­jące w mokrą plamę dookoła ulicz­nego źró­dła. To mar­no­traw­stwo cza­sami ją raziło, ale doce­niała ten bez­cenny skarb.

Eliza spró­bo­wała raz jesz­cze napić się z nochala. Tym razem się udało. Rzym­ska woda była naprawdę smaczna.

- Zaj­rzymy do św. Agaty. To bar­dzo ważny kościół dla zaty­brzan. - Ciotka odwró­ciła się w drugą stronę, wska­zu­jąc na póź­no­ba­ro­kową fasadę cha­rak­te­ry­zu­jącą się mięk­kimi, falu­ją­cymi liniami. Weszły do środka.

Jed­no­na­wowe wnę­trze z trzema kapli­cami wzdłuż każ­dego boku przy­kry­wało koleb­kowe skle­pie­nie z lune­tami. Sączyły się przez nie wąskie stru­mie­nie słońca. Pano­wał tu wil­gotny chłód. Mar­mu­rowa posadzka przy­po­mi­nała biało-szarą plan­szę do gry w war­caby. Ołtarz główny zdo­bił duży obraz w pro­stej, zło­tej ramie, przed­sta­wia­jący męczeń­stwo św. Agaty. Po lewej stał posąg Matki Bożej, natu­ral­nej wiel­ko­ści, z roz­po­star­tymi ramio­nami. Pode­szły, by przyj­rzeć mu się z bli­ska. Piękne, smu­kłe dło­nie jakby zatrzy­mały się w ruchu. Naj­bar­dziej zdu­mie­wa­jące były jed­nak bogate szaty uszyte z dro­go­cen­nych mate­ria­łów. Madonna wyglą­dała jak księż­niczka z bajki lub jak jakaś wielka kró­lowa. Złota korona zdo­biła jej skroń, a długi, nie­bie­ski welon spły­wał aż do ziemi.

W pierw­szych ław­kach kil­koro ludzi modliło się żar­li­wie. Na ich ustach zamie­rał cichy szept, lito­ściwe bła­ga­nie, prośby o wspar­cie, nie­wy­pła­kane żale.

- To opie­kunka Zaty­brza, zwana ofi­cjal­nie Matką Boską Rzeczną, ale także Madonną Zaty­brzańską, Madonną z góry Kar­mel, Madonną Kar­mi­nową, a przede wszyst­kim Naszą Madonną - szep­tała ciotka. - W Pol­sce znamy ją jako Matkę Bożą Szka­plerzną. To patronka zakonu kar­me­li­tów. Pierw­szymi kar­me­li­tami byli śre­dnio­wieczni pustel­nicy miesz­ka­jący na górze Kar­mel w Ziemi Świę­tej. Kult tej Madonny jest zwią­zany z obja­wie­niem Szy­mo­nowi Stoc­kowi, gene­ra­łowi zakonu, do któ­rego doszło w nocy z pięt­na­stego na szes­na­stego lipca tysiąc dwie­ście pięć­dzie­sią­tego pierw­szego roku. Wtedy Matka Boża wska­zała mu szka­plerz, który pole­ciła nosić, aby chro­nił go od ognia pie­kiel­nego46. Od trzy­na­stego wieku kult ten roz­po­wszech­nił się w całym Kościele kato­lic­kim i powstały brac­twa szka­plerzne.

- A co to jest szka­plerz? - Eliza zapy­tała szep­tem.

- To wierzch­nia część habitu w postaci sze­ro­kiego płata mate­riału z otwo­rem na głowę, uży­wana w nie­któ­rych zako­nach. Ich kolor infor­muje o przy­na­leż­no­ści do danego brac­twa. Kar­me­lici noszą brą­zowy.

Nagle ktoś z pierw­szych rzę­dów ławek chrząk­nął dono­śnie za ich ple­cami, dając znak, że prze­szka­dzają w modli­twie.

Prze­su­nęły się w kie­runku kaplic bocz­nych, a potem ruszyły do wyj­ścia. Po dro­dze podzi­wiały inne wspa­niałe suk­nie Madonny Kar­mi­no­wej umiesz­czone w gablo­tach.

- W każdą pierw­szą sobotę po szes­na­stym lipca na Zaty­brzu jest obcho­dzona Festa de' noan­tri, czyli Nasze Święto - opo­wia­dała Agnese, gdy wyszły na zewnątrz. - Madonna Zaty­brzań­ska wyru­sza z kościoła św. Agaty w nie­zwy­kłą pro­ce­sję po dziel­nicy. Jest nie­siona na ramio­nach męż­czyzn w spe­cjal­nej lek­tyce z bal­da­chi­mem. W pro­ce­sji idą dzieci w komu­nij­nych stro­jach, orkie­stra woj­skowa, biskup z mon­stran­cją, duchowni, przed­sta­wi­ciele władz i cała lud­ność Zaty­brza. Posąg jest ubie­rany we wspa­niałe szaty pocho­dzące z róż­nych epok47.

- A skąd nazwa Matka Boska Rzeczna? - Elizę zacie­ka­wiły te zwy­czaje.

- Wła­śnie mia­łam ci opo­wie­dzieć...

Ciotka wyja­śniła sło­wem wstępu, że w 1535 roku dwaj żegla­rze pocho­dzący z Kor­syki i nale­żący do zaty­brzań­skiego brac­twa Com­pa­gnia dei Vascel­lari wyło­wili w del­cie Tybru, nie­opo­dal Ostii, skrzy­nię z rzeźbą Madonny wyko­naną z drzewa cedro­wego i poda­ro­wali ją bazy­lice św. Chry­zo­gona. Posąg zastą­piono jed­nak w ubie­głym stu­le­ciu i wyrzeź­bili go dwaj rze­mieśl­nicy, bra­cia Fascina. Pro­ce­sja przez Zaty­brze odby­wała się więc od pię­ciu wie­ków. Nasze Święto usta­no­wiono nato­miast w okre­sie faszy­zmu.

- Pod­czas zaty­brzań­skiego festynu świę­tuje się na uli­cach. Tra­dy­cja obcho­dów jest prze­ka­zy­wana z poko­le­nia na poko­le­nie, z ojca na syna, a także wszyst­kie czyn­no­ści z nim zwią­zane, jak przy­go­to­wa­nie i nosze­nie lek­tyki Matki Bożej, stro­je­nie kościo­łów i ulic - mówiła Agnese, gdy ruszyły w stronę Tybru wzdłuż viale di Tra­ste­vere, dużej, ruchli­wej ulicy prze­ci­na­ją­cej Zaty­brze na dwie czę­ści, któ­rej środ­kiem jeź­dził tram­waj. - W ostat­nią nie­dzielę lipca odbywa się nato­miast pro­ce­sja rzeczna. Figura Matki Boskiej jest prze­wo­żona w pobliże mostu św. Anioła i zostaje prze­nie­siona na łódź poli­cyjną, która trans­por­tuje ją aż na wyso­kość Wyspy Tybe­ryj­skiej w asy­ście innych łódek pły­ną­cych z tyłu. To bar­dzo teatralne i foto­ge­niczne wyda­rze­nie48.

- Naprawdę? - Nasto­latce zaświe­ciły się sza­ro­nie­bie­skie oczy. - To musi być nie­złe wido­wi­sko.

Eliza już żało­wała, że nie może tego zoba­czyć. Pomy­ślała, że to pierw­szy powód, dla któ­rego wróci jesz­cze do Rzymu.

- Chcesz lody? - zapy­tała ciotka.

- Uhm! Czemu nie? - Bra­ta­nica ni­gdy nie odma­wiała.

Weszły do małej lodziarni z bia­łymi rega­łami i prze­szkloną lodówką, z meta­lo­wymi stu­dzien­kami z róż­nymi sma­kami lodów. Nasto­latka wybrała kla­sykę: strac­cia­tella, cze­ko­lada i pista­cja, z dużą ilo­ścią bitej śmie­tany.

- Pychota! - Obli­zy­wała łako­mie kąciki ust.

- O lodach opo­wiem przy oka­zji, naj­pierw coś ci pokażę...

Prze­szły na drugą stronę sze­ro­kiej, ruchli­wej ulicy, gdy wszyst­kie samo­chody zatrzy­mało wresz­cie czer­wone świa­tło. Sta­nęły, tara­su­jąc pasy dla pie­szych.

"Jak oni jeż­dżą? Kto im dał prawko?" - pomy­ślała dziew­czyna.

Nie miała jed­nak zbyt wiele czasu na roz­wa­ża­nia doty­czące rzym­skiego ruchu dro­go­wego, gdyż zna­la­zły się nad Tybrem i jej oczom uka­zało się coś nie­ocze­ki­wa­nego.

- Ach! Prze­cież to widok, który masz u sie­bie na okładce Face­bo­oka! - wykrzyk­nęła. - Patrzy­łam na to twoje zdję­cie, marząc o przy­jeź­dzie do Rzymu...

Ujęty w rzeź­bione ramy gib­kich gałęzi pla­tanu, na tle zie­lon­ka­wej tafli rzeki, wzno­sił się dostojny garb histo­rii - most z tra­wer­tynu, z czte­rema arka­dami i okrą­głym otwo­rem pośrodku, a za nim, w oddali, na tle błę­kit­nego nieba, w całym swoim maje­sta­cie jawiła się kopuła bazy­liki św. Pio­tra.

Eliza wycią­gnęła tele­fon i zro­biła zdję­cie. Obej­rzała je od razu. Wyglą­dało jak akwa­rela.

- To most Syk­styń­ski49, widzia­ły­śmy go z placu Tri­lussy. Został odbu­do­wany z woli papieża Syk­stusa IV, z oka­zji Roku Świę­tego tysiąc czte­ry­sta sie­dem­dzie­sią­tego pią­tego, który to zada­nie powie­rzył archi­tek­towi Bac­cio Pon­tel­lemu, pozwa­la­jąc mu wyko­rzy­stać budu­lec z Kolo­seum. Wów­czas, pod­czas Roku Jubi­le­uszo­wego, piel­grzymi poru­szali się tylko w ruchu jed­no­stron­nym. Podą­żali do Waty­kanu przez most św. Anioła i wra­cali tym mostem, który jesz­cze wtedy nie miał nazwy - opo­wia­dała Agnese, gdy oparły się wygod­nie o murek.

Eliza dowie­działa się, że to Syk­stu­sowi IV zawdzię­cza się budowę kaplicy Syk­styń­skiej, a także mece­nat arty­styczny, dzięki któ­remu do Rzymu przy­byli naj­wy­bit­niejsi arty­ści, aby ją ude­ko­ro­wać. Na jego dwo­rze było wielu huma­ni­stów, a on sam chęt­nie kolek­cjo­no­wał manu­skrypty. Przed jego pon­ty­fi­ka­tem Rzym był zruj­no­wa­nym, wylud­nio­nym, śre­dnio­wiecz­nym gro­dem, któ­remu daleko było do bla­sków i splen­doru sta­ro­żyt­nej prze­szło­ści. Pod­czas jego rzą­dów sto­lica wzbo­ga­ciła się o nowe kościoły, zyskała upo­rząd­ko­wane, szer­sze ulice, ważny szpi­tal Ducha Świę­tego, odno­wiono akwe­dukty i miej­skie mury, wybru­ko­wano pierw­sze ulice kamie­niami zwa­nymi san­pie­trini. Biorą one nazwę od San Pie­tro. Wpraw­dzie della Rovere pozy­ski­wał środki finan­sowe sku­tecz­nie, acz­kol­wiek kon­tro­wer­syj­nie, mię­dzy innymi poprzez symo­nię, wojny i nepo­tyzm, prze­szedł jed­nak do histo­rii jako jeden z "wiel­kich" papieży. Podobno kazał wybu­do­wać most, gdyż jako kar­dy­nał miesz­kał po dru­giej stro­nie rzeki i za każ­dym razem, kiedy zmie­rzał do Waty­kanu, musiał poko­ny­wać długą drogę, prze­cho­dząc przez most św. Anioła. Wtedy w Rzy­mie dzia­łały tylko dwa mosty: św. Anioła i na Wyspie Tybe­ryj­skiej. Wcze­śniej stał tu antyczny most zwany Pons Aure­lius lub Pons Anto­ni­nus, wznie­siony w III wieku naszej ery praw­do­po­dob­nie przez Kara­kallę. Przed nim zaś musiała ist­nieć jesz­cze inna struk­tura, którą zbu­do­wał Marek Wip­sa­niusz Agrypa, wódz, przy­ja­ciel i zięć cesa­rza Okta­wiana Augu­sta, pro­wa­dząca do augu­stiań­skiej nauma­chii na Zaty­brzu. Pons Aure­lius został poważ­nie uszko­dzony pod­czas powo­dzi w 590 roku, a dwie­ście lat póź­niej pra­wie kom­plet­nie znisz­czony. Odbu­do­wał go wresz­cie Syk­stus IV i prace trwały kilka lat. Ozdo­biono go her­bami papie­skimi oraz pamiąt­kową tablicą, któ­rej treść napi­sał biblio­te­karz papie­ski Bar­to­lo­meo Pla­tina, zapra­sza­jącą prze­chod­niów do modli­twy, która na pewno zosta­nie wysłu­chana: "Ty, który prze­cho­dzisz tędy dzięki dobro­dusz­no­ści Syk­stusa IV, proś Bożą Opatrz­ność, aby zacho­wała tego wspa­nia­łego i naj­więk­szego Papieża przez długi czas i w dobrym zdro­wiu, a także ty, który wzno­sisz tę modli­twę, bądź zdrowy, kim­kol­wiek jesteś"50.

- Daw­niej nie było wałów rzecz­nych. Wybu­do­wano je dopiero po wiel­kiej powo­dzi, kiedy to dwu­dzie­stego ósmego grud­nia tysiąc osiem­set sie­dem­dzie­sią­tego roku stan wody w Tybrze prze­kro­czył sie­dem­na­ście metrów. Powo­dzie w Rzy­mie były czę­ste, Tyber roz­le­wał się bar­dzo sze­roko i nisz­czył domy oraz zabytki. - Ciotka oparła brodę na ręce i zapa­trzyła się przed sie­bie. - Jak widzisz, most Syk­styń­ski składa się z czte­rech przę­seł pokry­tych tra­wer­ty­nem i ma okrą­gły otwór w środku głów­nego wspor­nika, zwany occhia­lone, czyli wiel­kim okiem. Peł­nił on dwie funk­cje. Pozwa­lał przede wszyst­kim obni­żyć napór wody na struk­turę, bo dziura ta nie jest wcale taka mała, jak nam się wydaje z tej odle­gło­ści. Jeżeli nato­miast woda zakryła go kom­plet­nie, był to znak, że zbli­żała się straszna powódź i nale­żało ucie­kać. - Wska­zu­jąc ręką, dodała: - A ten most, po któ­rym jedzie tram­waj, to most Gari­bal­diego, łączy Zaty­brze z resztą mia­sta. Przejdźmy tam.

Na moście Gari­bal­diego tury­ści robili sobie zdję­cia z kopułą bazy­liki św. Pio­tra w tle. Eliza popro­siła, aby ciotka też pstryk­nęła jej fotkę w tym miej­scu.

Nasto­latka popa­trzyła w dół. Wzdłuż rzeki, na jej wyas­fal­to­wa­nych nabrze­żach, oto­czo­nych przez wysoki beto­nowy wał, stały namioty restau­ra­cyjne, barowe i skle­powe. Małe lokale z ogród­kami przy­le­ga­ją­cymi do rzeki, przy­tul­nymi i kli­ma­tycz­nymi, w któ­rych można było spę­dzić upalny wie­czór, cie­sząc się orzeź­wia­jącą bryzą powie­wa­jącą od Tybru, wabiły wszyst­kich. Po nad­brzeżu spa­ce­ro­wali ludzie, a w knajp­kach wrzały przy­go­to­wa­nia. Roz­sta­wiano lam­piony i świeczki, które miały roz­świe­tlić czerw­cową rzym­ską noc. Jaka tam pano­wała atmos­fera! Eliza była nią zauro­czona.

- Co tam się odja­nie­pawla51? - zapy­tała.

- Słu­cham? - zdzi­wiła się ciotka.

- Chcia­łam powie­dzieć: co tam się dzieje? Prze­pra­szam. Zapo­mi­nam, że nie znasz pol­skiej nowo­mowy - zażar­to­wała dziew­czyna.

- To coroczny letni festi­wal Estate Romana, czyli Rzym­skie Lato.

- Przyj­dziemy tutaj? - bra­ta­nica nie odpusz­czała.

- Tak. Przej­dziemy się, ale nie dziś - odpo­wie­działa ciotka wymi­ja­jąco i już cią­gnęła młodą w dal­szą drogę.

Eliza z żalem ode­rwała się od balu­strady. Prze­szły na drugą stronę ulicy.

- Widzisz, to jest Wyspa Tybe­ryj­ska. Ale zwie­dzimy ją innego dnia...

9. Zatybrze - via della Lungaretta, plac in Piscinula, zaułek Atlety, dom św. Franciszki Rzymianki, plac Kupców

Pan w cylin­drze, dłu­gim płasz­czu i obci­słym sur­du­cie, wsparty nie­dbale na heba­no­wej lasce, Eli­zie wydał się melan­cho­lijny. Ster­czał samot­nie przy skrzy­żo­wa­niu, wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię. Sta­nąw­szy pod bia­łym pomni­kiem po dru­giej stro­nie ulicy, przy­glą­dały mu się.

- To Giu­seppe Gio­ac­chino Belli, rzym­ski poeta piszący gwarą ludową, zwaną roma­ne­sco - przed­sta­wiła ciotka jego­mo­ścia wyku­tego w tra­wer­ty­nie. - Stwo­rzył ponad dwa tysiące nie­sa­mo­wi­tych sone­tów obra­zu­ją­cych życie pro­stego ludu. Co prawda nie miesz­kał ni­gdy na Zaty­brzu, ale uznano, że jest naj­bar­dziej repre­zen­ta­cyj­nym wiesz­czem ludo­wym i wita wszyst­kich w tej popu­lar­nej dziel­nicy.

Belli opie­rał się o balu­stradę mostu Fabry­cju­sza, tuż obok czte­ro­gło­wej hermy sym­bo­li­zu­ją­cej boga Janusa. Pod­stawę pomnika zdo­biły dwie pła­sko­rzeźby. Z jed­nej strony per­so­ni­fi­ka­cja Tybru, a z dru­giej - tak zwany mówiący posąg Pasqu­ina, oto­czony ludźmi. Napis na pomniku gło­sił: "Swo­jemu poecie G.G. Belli, rzym­ski lud". Po bokach dwie bliź­nia­cze fon­tanny try­skały struż­kami wody z ust masz­ka­ro­nów sym­bo­li­zu­ją­cych Poezję i Satyrę.

- Spójrz na prawą dłoń poety. Jest zło­żona w "O". Ten gest po rzym­sku to zapro­sze­nie, by twój dys­ku­tant udał się do wszyst­kich dia­błów. Laska, którą trzyma w lewym ręku, to meta­lowy kij poma­lo­wany na czarno, naśla­du­jący heban. Zastą­pił wiele drew­nia­nych ory­gi­na­łów, które kil­ka­krot­nie skra­dziono52. - Agnese poło­żyła rękę na bio­drze, nie­mal jak rzeźba.

- Czyli jak pokażę takie kółeczko, to w rzym­skim dia­lek­cie migo­wym ozna­cza: "Czy chcesz zoba­czyć, gdzie mam tasiemca...?" - Eliza wychwy­ciła sedno całej opo­wie­ści.

Ciotka aż zamru­gała. Gdy ochło­nęła z wra­że­nia, spoj­rzała z zacie­ka­wie­niem na bra­ta­nicę i dodała:

- Jesz­cze taka pol­ska cie­ka­wostka. Belli był przez rok na służ­bie u księ­cia Sta­ni­sława Ponia­tow­skiego, wnuka ostat­niego króla Pol­ski, gdy ten osiadł w Rzy­mie. Nie­stety wszedł w kon­flikt z jego kochanką, szew­cową Cas­san­drą Luci, i musiał odejść. Była to kobieta z nie­zwy­kłym tem­pe­ra­men­tem. Uwio­dła Ponia­tow­skiego i dała mu piątkę nie­ślub­nych dzieci. On tak sza­lał za Cas­san­drą, że wypro­wa­dził się z Pań­stwa Kościel­nego do Wiel­kiego Księ­stwa Toska­nii, gdzie wziął z nią ślub.

Kilka kro­ków dalej przed Elizą wyro­sła wysoka śre­dnio­wieczna wieża, z malut­kimi okien­kami. Naszpi­ko­wana mer­lo­nami ster­czała dumie niczym dra­pacz chmur. Sta­no­wiła część więk­szego kom­pleksu zabu­do­wań przy­po­mi­na­ją­cych nie­wielką twier­dzę z arka­do­wym dzie­dziń­cem.

- To wieża rodu Angu­il­lara z dwu­na­stego wieku. Jedyna zaty­brzań­ska wieża, która ostała się do dziś. Pomyśl, że w śre­dnio­wie­czu tak wyglą­dało całe Zaty­brze, jak zresztą wiele wło­skich miast. To był las wież. - Ciotka zadarła głowę. - Most Gari­bal­diego został zbu­do­wany dopiero w tysiąc osiem­set osiem­dzie­sią­tym ósmym roku. Wcze­śniej nad­brzeże Tybru było usiane małymi, ubo­gimi dom­kami.

Ciotka dodała, że kom­pleks zabu­do­wań wyro­słych wokół wieży i two­rzący wraz z nią rodzaj małej twier­dzy zmie­niał wła­ści­cieli na prze­strzeni wie­ków. W końcu prze­jął go Urząd Mia­sta Rzymu i odno­wił, a od 1921 roku mie­ści się tu dom Dan­tego, poświę­cony pamięci naj­więk­szego wło­skiego poety Dan­tego Ali­ghieri, twórcy Boskiej kome­dii53.

Skrę­ciły za rogiem w lewo i znów zna­la­zły się na via della Lun­ga­retta, po dru­giej stro­nie Zaty­brza. Mijały kolejne knajpki i restau­ra­cyjki wabiące wystro­jem i sce­no­gra­ficz­nym przed­sta­wie­niem menu. Dziew­czyna podzi­wiała ładne, stare domy ską­pane w zie­leni pną­czy wiją­cych się po murach. Dostrze­gała małe maryjne ołta­rzyki na fasa­dach.

Kiedy doszły do via della Luce, Agnese wytłu­ma­czyła, że nazwa ulica Świa­tła przy­jęła się od cudu, który miał tu miej­sce. W tym wła­śnie miej­scu Matka Boska uka­zała się nie­wi­do­memu żebra­kowi idą­cemu z portu. Odzy­skaw­szy wzrok, krzyk­nął: "Świa­tło!". Po tym wyda­rze­niu zarówno pobli­skiemu kościo­łowi, jak i ulicy nadano tę nazwę54.

- Spójrz na tę tablicę. - Agnese wska­zała mar­mu­rową płytę wmu­ro­waną w ścianę i prze­tłu­ma­czyła napis: - "Nakaz Panów Illmo i Remo, nad­zor­ców ulic. Zabra­nia się wyrzu­ca­nia i pozo­sta­wia­nia w tym miej­scu śmieci. Two­rze­nie wysy­pisk będzie karane chło­stą dzie­się­ciu batów i innymi karami cie­le­snymi". Nie­stety śmieci były zawsze pro­ble­mem Rzymu...

Pod tablicą wła­śnie leżała ich spora sterta.

Dotarły na piazza in Pisci­nula55. Ten roz­le­gły i malow­ni­czy plac w pobliżu Tybru brał nazwę od słowa "base­nik", gdyż tu w sta­ro­żyt­no­ści znaj­do­wały się termy.

- Spójrz na ten czter­na­sto­wieczny budy­nek przed nami. To domy Mat­te­ich, pierw­sza sie­dziba jed­nego z naj­star­szych patry­cju­szow­skich rodów Rzymu na usłu­gach papieży. - Ciotka wska­zała ręką oka­załą budowlę. - W tysiąc pięć­set pięć­dzie­sią­tym pią­tym roku doszło tu pod­czas wesela do rodo­wej tra­ge­dii. Mat­tei, jak więk­szość potęż­nych i moż­nych rodzin rzym­skich, byli nie­zwy­kle kłó­tliwi i zadziorni. Czte­rej bra­cia - Mar­can­ton­nio, Pie­tro, Ales­san­dro i Curzio - nie­na­wi­dzili się tak bar­dzo, że poza­bi­jali się wza­jem­nie56.

Śre­dnio­wieczny zame­czek skła­dał się z trzech kor­pu­sów przy­kle­jo­nych do sie­bie. Nie­otyn­ko­wana fasada odsła­niała starą cegłę w kolo­rze sepii i pre­zen­to­wała dum­nie okna róż­nych wiel­ko­ści i kształtu, obra­mo­wane jasnym pia­skow­cem lub mar­mu­rem, z cen­nymi, antycz­nymi deta­lami. Nie­które z nich miały formę arkad z kolumną pośrodku. Z boku wysu­wała się loża, upięk­szały ją kwiet­niki z bujną roślin­no­ścią, pełne kolo­ro­wych kwia­tów. Ele­menty antyczne, wmu­ro­wane w fasadę niczym klej­noty, zdo­biły lico domu. Stu­le­cia wypłu­kały je desz­czem i starły wia­trem. W tym zwa­li­stym kamien­nym ciel­sku wie­lo­kształt­nej bryły kryła się jakaś tajemna moc. Trudno było wymknąć się jej cza­rowi.

"Mieć taki zame­czek..." - roz­ma­rzyła się Eliza.

Agnese opo­wia­dała, że rodzina Mat­te­ich sko­li­ga­ciła się nie­mal ze wszyst­kimi liczą­cymi się rzym­skimi fami­liami, dzięki czemu spra­wo­wała wła­dzę i kon­trolę nad tery­to­rium przez wieki. Mat­tei peł­nili funk­cję "Nie­ustan­nych straż­ni­ków mostów i nabrzeży pod­czas wakatu w Sto­licy Apo­stol­skiej". Po śmierci papieża człon­ko­wie rodu kon­tro­lo­wali punkty stra­te­giczne mia­sta aż do wybra­nia przez kon­klawe kolej­nego następcy tronu Pio­tro­wego. Byli naprawdę liczni... Z Mat­te­ich wywo­dziło się wielu kar­dy­na­łów, a także papież Inno­centy II.

W ele­ganc­kich restau­ra­cjach miesz­czą­cych się na placu krzą­tali się kel­ne­rzy, któ­rzy szy­ko­wali stoły na wie­czór. Zbli­żała się pora kola­cji.

- To kościół św. Bene­dykta z Nur­sji. Zbu­do­wano go w poło­wie pią­tego wieku, na ruinach Domus Ani­cio­rum, domo­stwa Ani­cich - boga­tej rodziny nobi­lów, w któ­rym to w czte­ry­sta sie­dem­dzie­sią­tym roku miał gościć mnich pustel­nik, zało­ży­ciel zakonu bene­dyk­ty­nów, ojciec mona­sty­cy­zmu chrze­ści­jań­skiego, przy­szły święty, Ojciec Kościoła i patron Europy. - Agnese wska­zała malu­sieńki, pra­wie nie­zau­wa­żalny kośció­łek. - Dzwon­nica szczyci się tym, że jest naj­mniej­sza w Rzy­mie, a jej dzwon jest naj­star­szy i pocho­dzi z tysiąc sześć­dzie­sią­tego dzie­wią­tego roku.

- Nie wie­dzia­łam, że św. Bene­dykt jest patro­nem Europy. - Eliza spoj­rzała na budowlę z zain­te­re­so­wa­niem.

Obej­rzały jesz­cze pałac Nu?ez Leslie, który w XVI wieku zaku­pili hisz­pań­scy ary­sto­kraci Nu?ez, a w ubie­głym stu­le­ciu w jego posia­da­nie wszedł John Leslie, poto­mek węgier­skiego ryce­rza Bar­tolfa Leslie, wybawcy kró­lo­wej Mał­go­rzaty Szkoc­kiej, która na Wyspy wpro­wa­dziła zakon bene­dyk­tyń­ski. Prze­wo­żąc ją na wierz­chowcu, rycerz krzy­czał do niej: "Trzy­maj się!". Dla upa­mięt­nie­nia tej histo­rii Leslie ozdo­bił wej­ście do pałacu swoim her­bem z koń­skimi strze­mio­nami. W domu obok przed wie­kami znaj­do­wał się słynny zajazd, w któ­rym słu­żyła i zakoń­czyła żywot Tulia d'Ara­gona, jedna z naj­słyn­niej­szych poetek i kur­ty­zan doby rene­sansu.

Uwagę nasto­latki przy­cią­gnął ołtarz maryjny na rogu jed­nego z domów. Wielki dysk z tera­koty, oko­lony meta­lo­wymi pro­mie­niami, przed­sta­wiał rene­san­sową Mater Mise­ri­cor­diae. Duży bal­da­chim chro­nił go przed kapry­sami pogody, a pod­świe­tlał stary lam­pion.

Skrę­ciły w boczną uliczkę.

Ta część Zaty­brza nie była tury­styczna. Małe zaułki nie­zna­jące słońca, wąskie uliczki, stare domy poro­śnięte blusz­czem, tarasy, cisza, spo­kój i śpiew pta­ków oraz zapach jaśminu. Snuli się tu nie­liczni prze­chod­nie, głów­nie miej­scowi. To było naprawdę małe, ciche i przy­tulne mia­steczko w sercu wiel­kiej, cha­otycz­nej metro­po­lii. Enklawa spo­koju, z dala od tury­stycz­nych szla­ków Wiecz­nego Mia­sta wydep­ty­wa­nych przez miliony ludzi. Dziew­czyna pomy­ślała, że faj­nie byłoby tu miesz­kać.

Zatrzy­mały się nagle i ciotka wska­zała na mar­mu­rową tablicę z napi­sem "Vicolo dell'Atleta". Zaułek był tak wąski, że roz­ło­żyw­szy ręce, pal­cami można było dotknąć murów pach­ną­cych histo­rią.

- Wyobraź sobie, że ten cia­sny zaułek bie­rze swoją nazwę od jed­nej z naj­wspa­nial­szych antycz­nych rzeźb, stwo­rzo­nych przez Lizypa w czwar­tym wieku przed naszą erą, któ­rej mar­mu­rową rzym­ską kopię można dziś podzi­wiać w Muze­ach Waty­kań­skich - powie­działa ciotka z entu­zja­zmem. - Odna­le­ziono ją w tym miej­scu w dzie­więt­na­stym wieku. To posąg grec­kiego atlety, który po zawo­dach czy­ści ciało skro­baczką, nazy­wany Apok­sy­ome­no­sem. Praw­do­po­dob­nie do Rzymu rzeźbę spro­wa­dził Agrypa i usta­wił przed swo­imi ter­mami. Rzym­ski lud był do niej tak przy­wią­zany, że kiedy cesarz Tybe­riusz zabrał ją do swo­jego pałacu, oby­wa­tele doma­gali się jej zwrotu za każ­dym razem, gdy władca poka­zy­wał się publicz­nie57.

Skrę­ciły w uliczkę. Eliza była zachwy­cona. W tym miej­scu czas się zatrzy­mał. Aura tajem­ni­czo­ści i misty­cy­zmu, którą tak bar­dzo kochała, wisiała w powie­trzu jak mgła. Patrzyła na śre­dnio­wieczny dom z kruż­gan­kową lożą na pię­trze i z arka­do­wym gzym­sem. Agnese wyja­śniła, że tu znaj­do­wała się stara syna­goga zaty­brzań­ska zało­żona przez Nathana Chaya w XI wieku. Tę oko­licę zamiesz­ki­wała daw­niej pierw­sza wspól­nota żydow­ska przy­była z Judei i na pamiątkę tego w zaułku rosły palmy58. Zaty­brze od zawsze było rejo­nem wie­lo­kul­tu­ro­wym, gdzie żyli obok sie­bie wyznawcy róż­nych reli­gii. Było przy­braną ojczy­zną obco­kra­jow­ców i podróż­ni­ków.

Nie­po­strze­że­nie zna­la­zły się na via dei Vascel­lari. Ciotka wyja­śniła, że daw­niej mieli tu swoje garn­car­nie rze­mieśl­nicy wytwa­rza­jący gli­niane dzbany, zrze­szeni w cechu z sie­dzibą w pobli­skim kościele. Wska­zu­jąc na dom pod nume­rem 61, powie­działa:

- Tu żyła św. Fran­ciszka Rzy­mianka. Wiesz, kim była?

- Nie...

- Fran­ciszka Rzy­mianka to jedna z naj­bar­dziej kocha­nych rzym­skich świę­tych i naj­bar­dziej czczona. Żyła w pięt­na­stym wieku. Nazy­wała się Fran­ce­sca Bussa i pocho­dziła z patry­cju­szow­skiej rodziny Bussa de Leoni - kon­ty­nu­owała ciotka. - W wieku dwu­na­stu lat wydano ją za Waw­rzyńca di Pon­ziani, z boga­tej rodziny zaty­brzań­skich rzeź­ni­ków. Miesz­kała z nim wła­śnie w tym domu i tutaj zmarła. Fran­ce­sca poma­gała ubo­gim i do domu teściów pukali potrze­bu­jący o każ­dej porze dnia i nocy. Ona roz­da­wała im wszystko, przez co dopro­wa­dzała do domo­wych kłótni. Po śmierci męża poświę­ciła się służ­bie bliź­nim, opie­ko­wała się cho­rymi pod­czas epi­de­mii mala­rii. Zało­żyła sto­wa­rzy­sze­nie Obla­tek Bene­dyk­ty­nek z Góry Oliw­nej, zatwier­dzone przez papieża Mar­cina V. Prze­nio­sła się do kościoła przy Forum Roma­num, gdzie pro­wa­dziła życie pra­wie mona­styczne. Po śmierci tam zło­żono jej reli­kwie i nazwano kościół jej imie­niem. Została patronką obla­tów bene­dyk­tyń­skich, kobiet oraz patronką Rzymu. Rzy­mia­nie nazy­wają ją Cec­co­lella59.

Szły uliczką z wyso­kimi, sta­rymi domami, zada­szoną wąskim prze­smy­kiem błę­kit­nego nieba.

Eli­zie podo­bała się ta ulica, gdzie zda­wało się sły­szeć jesz­cze tur­kot kół garn­car­skich i czuć w powie­trzu cierpki zapach gliny. Dostrze­gła dziwny, wysoki i na pewno bar­dzo stary dom w kształ­cie wieży, z nie­zwy­kłymi deta­lami archi­tek­to­nicz­nymi. Frag­menty antycz­nych mar­mu­rów deko­ro­wały nad­proża okien. Piękną kolumnę wyko­rzy­stano jako wspor­nik loży na przed­ostat­nim pię­trze. Powy­żej wychy­lał się narożny bal­kon ze ścię­tym dasz­kiem. Pół­okrą­gła nisza w murze gościła rzeźbę Matki Boskiej. Zaprawdę oso­bliwy był ten dom.

Młoda Polka zaglą­dała przez okna prze­szklo­nych witryn do rze­mieśl­ni­czych pra­cowni. Ktoś robił sztu­ka­te­rię, ktoś inny szkło arty­styczne, wyroby skó­rzane.

"Jak cudow­nie byłoby mieć tu swoją pra­cow­nię reno­wa­cji i cie­szyć się tą atmos­ferą sztuki oraz antyku" - roz­ma­rzyła się i snuła plany na przy­szłość.

Via dei Vascel­lari dopro­wa­dziła je na kolejny roz­le­gły plac, któ­rego naj­dłuż­szy bok zamy­kał jasny gmach z bramą i dwiema bocz­nymi fur­tami, ozdo­biony przez cztery kolumny oraz tym­pa­non z dużym her­bem. Pano­wał tu taki spo­kój, jakby to nie był Rzym. Aż chciało się tę błogą ciszę zabrać w uszach.

Po prze­ciw­nej stro­nie wyra­stała jesz­cze jedna zachwy­ca­jąca śre­dnio­wieczna bryła, z uciętą, prze­szkloną i zada­szoną wieżą. Antyczne kolumny wmu­ro­wane w fasadę wspie­rały trzy ślepe łuki. Agnese wyja­śniła, że był to trzy­na­sto­wieczny dom Ettore Fie­ra­mo­ski, kon­do­tiera, który 13 lutego 1503 roku popro­wa­dził trzy­na­stu wło­skich ryce­rzy prze­ciwko trzy­na­stu Fran­cu­zom i wygrał słynne wyzwa­nie pod Bar­letta w Apu­lii. Tak kie­dyś roz­strzy­gano wojny.

- Zanim wej­dziemy do bazy­liki św. Cecy­lii, jesz­cze coś ci pokażę. - Ciotka pocią­gnęła bra­ta­nicę za rękę.

Prze­szły na kolejny mały pla­cyk.

- Wow! Ale odlot! - nasto­latka się oży­wiła.

Po jej lewej stro­nie stał stary budy­nek gospo­dar­czy z małymi oknami, kwiet­ni­kami i cha­rak­te­ry­styczną latar­nią. Po pra­wej zaś kamie­nica zaro­śnięta blusz­czem. Liście spa­dały z dachu niczym frędzle. Butel­kowa zie­leń kon­tra­sto­wała z ama­ran­tem tynku, nasy­ca­jąc barwy rado­ścią. W ogród­kach restau­ra­cyj­nych, zaj­mu­ją­cych nie­mal cały skwer, dłu­gie stoły nakryte obru­sami w czer­woną kratkę kar­miły hordy tury­stów. Prze­krzy­ki­wali się we wszyst­kich języ­kach, zaja­da­jąc wło­skie przy­smaki. Wino lało się litrami. Kel­ne­rzy w dzi­wacz­nych stro­jach: czarne, obci­słe spodnie, buty ze sprzącz­kami, białe, luźne koszule, czapki na gło­wie przy­po­mi­na­jące grzyby i chu­sty na karku, obska­ki­wali ich spraw­nie, tań­cząc jakby w rytm skocz­nej muzyki, która dobie­gała z wnę­trza lokalu. Przy wej­ściu paliły się dwie pochod­nie. Ktoś śpie­wał, wydzie­ra­jąc się na całe gar­dło. Ta wielka, zbio­rowa bie­siada była jak nie z tej epoki.

Zanim ciotka otwo­rzyła usta, kel­ner zaczął kiwać ręką i chciał je usa­dzić przy sto­liku z Niem­cami. Agnese odpo­wie­działa mu po wło­sku, więc dał sobie spo­kój.

- To piazza dei Mer­canti, czyli plac Kup­ców. Znaj­do­wał się naj­bli­żej portu Ripa Grande. W daw­nych wie­kach kwi­tło tu życie han­dlowe, a w tawer­nach bie­sia­do­wali mary­na­rze, kapi­ta­no­wie i wła­ści­ciele żaglow­ców. Przed tobą histo­ryczna restau­ra­cja da Meo Patacca. Jej nazwa to imię i nazwi­sko boha­tera sie­dem­na­sto­wiecz­nej kome­dii w dia­lek­cie rzym­skim60 - zdra­dziła sekret tego nie­co­dzien­nego miej­sca. - Meo był zaty­brzań­skim zbi­rem, bez­czel­nym i dow­cip­nym. Chciał zor­ga­ni­zo­wać wyprawę do Wied­nia oble­ga­nego przez Tur­ków. Nie cho­dziło jed­nak o odsiecz wie­deń­ską, lecz o inny, póź­niej­szy epi­zod zbrojny. Ponie­waż wojna z nie­wier­nymi skoń­czyła się, zanim ochot­nicy wyru­szyli z Rzymu, zebrane pie­nią­dze wydano na ucztę. W restau­ra­cji codzien­nie odtwa­rza się scenę zaty­brzań­skij bie­siady, anga­żu­jąc w to tury­stów.

Eliza zro­biła kilka fotek. Prze­pięk­nie wyszła ama­ran­towa kamie­nica z butel­ko­wym blusz­czem.

10. Zatybrze - bazylika św. Cecylii

Prze­kro­czyły furtę. To, co z daleka wyda­wało się baro­kową fasadą dużego gma­chu, w rze­czy­wi­sto­ści było por­ta­lem wspar­tym na czte­rech kolum­nach, pro­wa­dzą­cym na roz­le­gły dzie­dzi­niec, pośrodku któ­rego znaj­do­wała się kwa­dra­towa fon­tanna z dużą kamienną amforą. Szmer wody witał przy­by­szów, sta­jąc się jedy­nym moty­wem towa­rzy­szą­cym ciszy, jaka tu pano­wała. Tępy dźwięk tej ciszy dud­nił w uszach, a potem je pie­ścił. Dzie­dzi­niec z ogro­dem zamy­kały po obu stro­nach dwa budynki z małymi oknami. Urze­kało mil­cze­nie tych sta­rych murów. W głębi widać było por­tyk kościoła i wysoką romań­ską dzwon­nicę po pra­wej stro­nie. Kiedy pod­cho­dziły bli­żej, Agnese tłu­ma­czyła:

- Por­tal zapro­jek­to­wał naj­praw­do­po­dob­niej Fer­di­nando Fuga, a fon­tanna jest dzie­łem Anto­nia Mu?oza. Ta kamienna amfora to sym­bol wcze­sno­chrze­ści­jań­skiej chrzciel­nicy, sta­ro­żyt­nego can­tha­rusa, czyli fon­tanny na rytu­alne ablu­cje przed wej­ściem do bazy­liki. W budyn­kach po obu stro­nach ogrodu znaj­dują się dwa żeń­skie klasz­tory zamknięte, fran­cisz­ka­nek po pra­wej i bene­dyk­ty­nek po lewej61.

Pode­szły do bazy­liki. Podob­nie jak u Naj­święt­szej Marii Panny na Zaty­brzu, rów­nież tu cof­niętą fasadę poprze­dzał por­tyk wsparty na antycz­nych kolum­nach z joń­skimi kapi­te­lami. Fryz zdo­biła dwu­na­sto­wieczna mozaika oraz napis w anty­kwie gło­szący, że jed­nym z głów­nych dobro­czyń­ców tej świą­tyni był kar­dy­nał Tro­iano Acqu­aviva d'Ara­gona. Na balu­stra­dzie stały rzeźby przy­po­mi­na­jące amfory. W ściany por­tyku wmu­ro­wano frag­menty antycz­nych sar­ko­fa­gów, lapid i inskryp­cji. Po pra­wej stro­nie nato­miast znaj­do­wał się wystawny pomnik nagrobny kar­dy­nała Sfon­drati62. Jego mar­mu­rowa podo­bi­zna wychy­lała się z suto zdo­bio­nego owalu w cen­trum monu­mentu, z rękami zło­żo­nymi w modli­twie. Miał modną bródkę w szpic i wiel­kie odsta­jące uszy. Eliza pomy­ślała, że nie lubi baroku, gdyż oprócz prze­py­chu trąci kiczem.

- Zanim wej­dziemy do bazy­liki św. Cecy­lii, opo­wiem ci jej histo­rię63. - Agnese zro­biła się poważna i posmut­niała. - Cecy­lia uro­dziła się na początku trze­ciego wieku. Jako chrze­ści­janka zło­żyła ślub czy­sto­ści. Rów­nież ona, zgod­nie z panu­ją­cym oby­cza­jem, musiała wyjść za mąż wbrew wła­snej woli za rzym­skiego patry­cju­sza Wale­riana. Pod­czas nocy poślub­nej wyznała mężowi, że towa­rzy­szy jej anioł, który strzeże jej dzie­wic­twa. Wale­rian będzie mógł go ujrzeć tylko wtedy, gdy przyj­mie jej wiarę.

- I on w to uwie­rzył? - wyrwało się Eli­zie.

- Mąż, czy z prze­ko­na­nia, czy z cie­ka­wo­ści, przy­jął chrzest z rąk papieża Urbana. Stał się bar­dzo pobożny i cno­tliwy - kon­ty­nu­owała ciotka ze śmier­telną powagą. - Nową wiarę przy­jął rów­nież jego brat Tybur­cjusz. Obaj zaj­mo­wali się pochów­kiem chrze­ści­jan zamor­do­wa­nych pod­czas prze­śla­do­wań za pano­wa­nia Alek­san­dra Sewera, któ­rych zwłoki porzu­cano przy dro­dze, aby były ostrze­że­niem dla wszyst­kich. Grze­ba­nie chrze­ści­jań­skich męczen­ni­ków było wtedy karane śmier­cią, więc kiedy poj­mano dwóch braci, tor­tu­ro­wano ich i ścięto. Aresz­to­wano rów­nież Cecy­lię modlącą się na ich gro­bie. Gdy odmó­wiła odda­nia czci antycz­nym bóstwom, zamknięto ją w łaźni jej patry­cju­szow­skiego domu, w miej­scu zwa­nym cal­da­rium, aby udu­siła się gorą­cymi opa­rami.

- OMG! - Na twa­rzy dziew­czyny odma­lo­wało się prze­ra­że­nie.

- Po trzech dniach jesz­cze żyła, więc rzym­ski pre­fekt kazał ją ściąć. Trzy ude­rze­nia mie­czem nie zdo­łały ode­rwać jej głowy od szyi, kat pozo­sta­wił ją kona­jącą we krwi. Cecy­lia zmarła po trzech dniach udręki, pod­czas któ­rej nawró­ciła wiele osób na chrze­ści­jań­stwo - dokoń­czyła kobieta.

- Jakie to wszystko straszne! - pra­wie wykrzyk­nęła Eliza, przy­po­mi­na­jąc sobie męczeń­stwo św. Apo­lo­nii, któ­rej wybito zęby, i św. Kalik­sta wrzu­co­nego do studni z mar­mu­ro­wym odważ­ni­kiem na łań­cu­chu u szyi, i jesz­cze tych czter­dzie­stu męczen­ni­ków zamar­z­nię­tych i spa­lo­nych...

- I tak nie opo­wia­dam ci wszyst­kiego... - Agnese wes­tchnęła ze smut­kiem. - Nie­stety, histo­ria jest pisana krwią...

Bra­ta­nica dowie­działa się jesz­cze, że ciało Cecy­lii odna­le­ziono w kata­kum­bach św. Kalik­sta. Histo­ria męczeń­stwa zaty­brzań­skiej dzie­wicy była bar­dzo znana, toteż zwłoki prze­nie­siono tutaj, do sta­ro­chrze­ści­jań­skiej bazy­liki wybu­do­wa­nej na ruinach domu Wale­riana w 821 roku przez papieża Pas­cha­lisa I, który już dwie­ście lat wcze­śniej uzy­skał sta­tus Titu­lus Caeci­liae. Ciało świę­tej w cypry­so­wej skrzyni, odziane w suk­nię wyszy­waną zło­tem, było w sta­nie nie­na­ru­szo­nym, tak jak pocho­wał je papież Urban I w 225 roku. Sar­ko­fag jed­nak dobrze ukryto. Na całe szczę­ście, gdyż ćwierć wieku póź­niej Rzym splą­dro­wali Sara­ceni. Dopiero w 1599 roku kar­dy­nał tytu­larny bazy­liki, Paolo Emi­lio Sfon­drati, odna­lazł go pod­czas prac reno­wa­cyj­nych.

Weszły do środka. Kościół był pusty. Elizę ude­rzyła przede wszyst­kim pod­nio­sła atmos­fera. Mięk­kość i okrą­głość ele­men­tów archi­tek­to­nicz­nych kon­tra­sto­wała z ciem­nymi, geo­me­trycz­nymi liniami i jasnymi kwa­dra­tami mar­mu­ro­wych płyt posadzki. Jakby yin i yang były tu zako­do­wane w innej, chrze­ści­jań­skiej for­mie. Trój­na­wową bazy­likę dzie­liły dwa sze­regi dość masyw­nych pila­strów wspie­ra­ją­cych łuki, pełne i puste. Nad nimi cią­gnął się sze­roki fryz z owal­nymi i okrą­głymi niby-oknami z kra­tow­nicą. Sufit z cen­tral­nym malo­wi­dłem w zło­tej ramie wzno­sił się na lune­tach. Mięk­kie świa­tło sączyło się przez nie jak przez muślin, nada­jąc wnę­trzu poświatę sło­dy­czy. Wzrok kie­ro­wał się jed­nak ku pre­zbi­te­rium, gdzie stało cybo­rium przy­po­mi­na­jące koronę. Dziew­czyna nie mogła dostrzec wię­cej z tej odle­gło­ści. Wszystko jed­nak wyda­wało się takie har­mo­nijne, jakby boska per­fek­cja obja­wiła się tu pod posta­cią mistycz­nego zjed­no­cze­nia duszy i umy­słu. W tym momen­cie świą­ty­nię wypeł­nił dźwięk orga­nów i sło­wi­czy głos. Wyda­wało się, że aniel­skie chóry zstą­piły z nieba...

- Zapo­mnia­łam ci powie­dzieć, że św. Cecy­lia jest patronką chó­rzy­stów, lut­ni­ków, orga­ni­stów i zespo­łów wokalno-muzycz­nych. W tym kościele wystę­puje Naro­dowa Aka­de­mia św. Cecy­lii, jedna z naj­star­szych insty­tu­cji muzycz­nych na świe­cie, zało­żona w szes­na­stym wieku. Ich kon­certy zapie­rają dech w pier­siach. Jeste­śmy szczę­ścia­rami, chyba ktoś ma próbę - wyszep­tała ciotka.

Kiedy szły nawą główną w stronę ołta­rza, Eli­zie prze­cho­dziły ciarki po ple­cach.

- Popatrz na to fan­ta­styczne cybo­rium, dzieło Arnolfa di Cam­bio, wiel­kiego rzeź­bia­rza i urba­ni­sty póź­nego gotyku, który jako uczeń współ­pra­co­wał z Nicolo Pisa­nem przy pul­pi­cie kate­dry w Sie­nie. Jaka ele­gan­cja! Jakie pro­por­cje! Jaka dosko­na­łość! - zachwy­cała się Agnese, wska­zu­jąc koron­kowy bal­da­chim z mar­muru oparty na wysmu­kłych, biało-czar­nych kolum­nach. Jego szczyt wyglą­dał jak koronka bru­gij­ska, jakby ręka arty­sty wyha­fto­wała mar­mur. - W absy­dzie znaj­duje się duża mozaika przed­sta­wia­jąca Odku­pi­ciela ze świę­tymi: Agatą, Paw­łem, Pas­cha­li­sem I, Pio­trem, Wale­ria­nem i Cecy­lią. Posta­cie są sztywne, hie­ra­tyczne, zupeł­nie inne niż te mistrza Caval­li­niego, które oglą­da­ły­śmy w bazy­lice Naj­święt­szej Marii Panny na Zaty­brzu. - Ciotka wska­zy­wała ręką. - A teraz spójrz w dół, na tę rzeźbę z bia­łego mar­muru.

W kon­fe­sji pod ołta­rzem, zamknięte w krysz­ta­ło­wej tece obwie­dzio­nej ramą z czer­wo­nego por­firu, nad którą czu­wały złote anioły pod­trzy­mu­jące tiarę, leżało ciało kobiety uło­żone na boku. Jakby spała, pogrą­żona w spo­koj­nym, głę­bo­kim śnie. Eliza przez moment nie wie­działa, czy to żywa osoba, czy naprawdę mar­mu­rowa rzeźba.

- Jak już wspo­mi­na­łam, kar­dy­nał Sfon­drati odna­lazł sar­ko­fag z cypry­sową skrzy­nią, a w niej nie­tknięte przez czas ciało Cecy­lii. Było uło­żone na pra­wym boku, przy­kryte jedwab­nym welo­nem spla­mio­nym krwią. Wezwał wtedy rzeź­bia­rza Ste­fana Maderno, by spo­rzą­dził rysu­nek, a następ­nie wyko­nał rzeźbę. Jeżeli przyj­rzysz się dokład­nie, zoba­czysz, że ma ona trzy cięte rany na szyi. - Agnese wychy­liła się nieco do przodu, by poka­zać lepiej, gdzie bra­ta­nica ma patrzeć.

- To nie­sa­mo­wite! - wyszep­tała nasto­latka. - Naprawdę zna­le­ziono jej ciało w takim sta­nie i w tej pozy­cji po bli­sko trzy­na­stu wie­kach?

Ciotka mil­czała.

Dziew­czyna nie mogła wyjść z podziwu nad per­fek­cją rzeźby. Była taka piękna i żywa...

Aniel­ski głos chó­rzystki sopra­no­wej, o nie­ziem­sko jedwa­bi­stej tona­cji, prze­peł­niał całą bazy­likę. Uno­sił się ku górze, ku niebu. Wibro­wał jak nie­bie­skie pióra che­ru­bi­nów, naj­do­sko­nal­szych bytów nad­przy­ro­dzo­nych. Eliza pomy­ślała, że w tym miej­scu kró­luje nie­win­ność, har­mo­nia i dosko­na­łość.

Kiedy kie­ro­wały się do wyj­ścia lewą, boczną nawą, ciotka wska­zała na skle­pie­niu fresk Seba­stiana Conca Apo­te­oza św. Cecy­lii, nama­lo­wany w 1724 roku. Kazała też bra­ta­nicy raz jesz­cze spoj­rzeć na owalne okienka z kratą znaj­du­jące się pod lune­tami. Zatrzy­mały się na chwilę przed drugą kaplicą od wyj­ścia, z meta­lową furtką oraz fre­skami na sufi­cie i ścia­nach.

- Nie możemy teraz wejść do środka, ale tu znaj­do­wała się łaź­nia z cal­da­rium, w któ­rej zamknięto św. Cecy­lię - wyja­śniła ciotka.

Eliza zaj­rzała z zacie­ka­wie­niem i zro­biła zdję­cie, bo tak mogła lepiej zoba­czyć malo­wi­dła ścienne.

Przy wyj­ściu, na krze­śle sie­działa stara zakon­nica w czar­nym habi­cie, pogrą­żona w medy­ta­cyj­nej modli­twie różań­co­wej. Przy­mknęła oczy, wsłu­chu­jąc się w ciszę kojącą jej serce.

- To jesz­cze nie koniec nie­spo­dzia­nek. Mam dla cie­bie coś spe­cjal­nego! - Agnese skie­ro­wała się po małych schod­kach do drzwi po pra­wej stro­nie bazy­liki. Zadzwo­niła. Weszły do środka. Zapła­ciły za bilet i ruszyły małym kory­ta­rzy­kiem do windy.

- Poje­dziemy tylko na górę, ale pod bazy­liką prze­pro­wa­dzono wyko­pa­li­ska arche­olo­giczne, które uwi­docz­niły ważny kom­pleks rzym­skich budowli z epoki repu­bli­kań­skiej. Naj­star­szy domus pocho­dzi z dru­giego wieku przed naszą erą. To bar­dzo cie­kawe pod­zie­mia, warto je odwie­dzić - mówiła ciotka, gdy jechały windą.

Weszły do podłuż­nego pomiesz­cze­nia, w któ­rym stało kilka drew­nia­nych ław kościel­nych. Agnese wyja­śniła, że to chór mni­szek bene­dyk­tyń­skich. Wewnętrzna gale­ria okrą­żała cały kościół. Tutaj sio­stry żyjące w ści­słej klau­zuli mogły przy­słu­chi­wać się mszy. Chór wybu­do­wano dopiero w XVI wieku, gdy doko­nano reno­wa­cji bazy­liki w stylu baro­ko­wym. Budowla śre­dnio­wieczna była znacz­nie dłuż­sza, a na wewnętrz­nej stro­nie fasady znaj­do­wał się fresk Sąd Osta­teczny nama­lo­wany przez Pie­tra Caval­li­niego. Tak arcy­dzieło rzym­skiego arty­sty zostało ukryte.

Pode­szły, by widzieć lepiej trzy­na­sto­wieczne malo­wi­dło. Pośrodku arty­sta przed­sta­wił postać zmar­twych­wsta­łego Chry­stusa, sie­dzą­cego na tro­nie wysa­dza­nym dro­gimi kamie­niami i zamknię­tego w tak zwa­nym mig­dale, czyli figu­rze zna­nej z geo­me­trii eukli­de­so­wej, a powsta­łej z prze­cię­cia się dwóch okrę­gów i sym­bo­li­zu­ją­cej świę­tość. Poni­żej nama­lo­wał ołtarz bizan­tyj­ski z narzę­dziami pasji: gąbką, naczy­niem z żół­cią, gwoź­dziami, włócz­nią i krzy­żem. Mig­dał ota­czało ośmiu sera­fi­nów w bizan­tyj­skich sza­tach, roz­po­zna­wal­nych po skrzy­dłach, któ­rych pióra zda­wały się pło­nąć. Po pra­wicy Chry­stusa stała Matka Boża sku­piona na modli­twie, a za nią sie­dzieli apo­sto­ło­wie: Paweł, Tade­usz, Jakub, Mate­usz, Bar­tło­miej i Filip. Po lewej stro­nie został przed­sta­wiony Jan Chrzci­ciel, a za nim w pozy­cji sie­dzą­cej Piotr, Jan, Tomasz, Jakub, Andrzej i Szy­mon.

- Popatrz uważ­nie na ten fresk! Przyj­rzyj się pla­stycz­no­ści postaci i szat. Nie­któ­rzy kry­tycy sztuki twier­dzą, że malar­stwo współ­cze­sne zaczyna się nie od Giotta w Asyżu, ale tutaj, w Rzy­mie, w bazy­lice św. Cecy­lii - mówiła z entu­zja­zmem Agnese. - Kiedy Caval­lini je malo­wał, Arnolfo di Cam­bio rzeź­bił swoje cybo­rium. Dzieła dwóch arty­stów powsta­wały rów­no­le­gle. Wzrok Chry­stusa jest skie­ro­wany na ołtarz oraz na mozaikę w absy­dzie. Zaraz coś ci pokażę...

Pode­szły do ściany, w któ­rej znaj­do­wało się owalne okienko z dziur­ko­waną prze­słoną. Były to wła­śnie te zakra­to­wane okna, na które ciotka zwró­ciła uwagę bra­ta­nicy, gdy stały na dole w kościele. Dziew­czyna zmru­żyła oczy i popa­trzyła przez małą dziurkę w cien­kiej bla­sze. Jak przez lunetę widziała całą bazy­likę, absydę z mozaiką, koron­kowe cybo­rium, kon­fe­sję i mar­mu­rową rzeźbę św. Cecy­lii, która leżała na boku niczym pogrą­żona we śnie.

Aniel­ski głos pierw­szego sopranu przy­pra­wiał ją o dresz­cze. Było w tym wszyst­kim coś tak pod­nio­słego i uświę­co­nego, że Eliza poczuła, jak jej arty­styczny duch wznosi się na ogni­stych skrzy­dłach sera­fi­nów.

11. Zatybrze - kościół św. Franciszka a Ripa

- Ale jazda! Wró­ci­ły­śmy już pra­wie pod chatę? - wyrwało się Eli­zie.

- Co? - Ciotka zamru­gała.

- No chcia­łam powie­dzieć, że jeste­śmy już pra­wie pod domem...

Eliza ucie­szyła się, kiedy sio­stra jej ojca oświad­czyła, że znaj­dują się wła­śnie pod kościo­łem św. Fran­ciszka a Ripa64, czyli tym, który jej poka­zy­wała w oddali, gdy wyszły z domu. Bolały ją nogi i była już zmę­czona.

Budy­nek miał podłużny kor­pus podzie­lony pila­strami na pięć czę­ści, wej­ście główne, dwa boczne i cztery kwa­dra­towe okna. Na dru­giej kon­dy­gna­cji, ponad podłuż­nym kor­pusem, wzno­sił się osa­mot­niony pro­sto­kąt nawy głów­nej, z wiel­kim oknem i pół­okrą­głym tym­pa­no­nem. Dwie dziwne formy archi­tek­to­niczne po obu jego stro­nach przy­po­mi­nały skrzy­dełka. Wszystko to spra­wiało wra­że­nie zachwia­nia pro­por­cji.

Ciotka powie­działa, że póź­no­ba­ro­kową fasadę zapro­jek­to­wał Mat­tia de Rossi, a świą­ty­nia została ufun­do­wana w XI wieku jako kościół szpi­talny pod wezwa­niem św. Bła­żeja. Póź­niej, po prze­bu­do­wie zade­dy­ko­wano ją św. Fran­cisz­kowi z Asyżu, który miał noco­wać w przy­le­głym przy­tu­li­sku w roku 1209 oraz w 1223, pod­czas wizyt u papieży Inno­cen­tego III i Hono­riu­sza III. Przy kościele znaj­do­wała się cela świę­tego, a w niej jego reli­kwie: kru­cy­fiks i kamień słu­żący mu za poduszkę pod­czas snu.

- Wiesz, że tu został pocho­wany Gior­gio de Chi­rico?

- Naprawdę? Nie­sa­mo­wite! - W dziew­czynę znowu wstą­pił entu­zjazm, gdyż lubiła obrazy tego arty­sty. - Koniecz­nie muszę zoba­czyć!

Weszły do środka. Na końcu kaplicy Nie­po­ka­la­nej małe drzwiczki pro­wa­dziły do pokoju, w któ­rym znaj­do­wał się grób mistrza malar­stwa meta­fi­zycz­nego. Skromna lastra sza­rego mar­muru, oto­czona czarną ramą, przy­po­mi­nała klep­sy­drę. Wid­niał na niej napis: "GIOR­GIO DE CHI­RICO PIC­TOR OPTI­MUS". W sali znaj­do­wały się trzy jego dzieła: Auto­por­tret, Kobieta w welo­nie i Upa­dek Chry­stusa pod cię­ża­rem krzyża. Obrazy poda­ro­wała żona arty­sty, przed­sta­wiona wła­śnie jako nie­wia­sta z przy­krytą głową.

- Zoba­czymy jesz­cze coś! - Agnese zabrała bra­ta­nicę do ostat­niej kaplicy po lewej stro­nie ołta­rza. - Jak myślisz, co to jest? - zapy­tała.

Eliza popa­trzyła zdu­miona.

- Eks­taza św. Teresy Ber­ni­niego! - powie­działa dziew­czyna.

- Nie! Ale jesteś bli­sko. Ow­szem, to Ber­nini. Trudno nie roz­po­znać jego ręki, która rzeź­biła w mar­mu­rze, jakby to było mięk­kie mydło. Jed­nak Eks­taza św. Teresy znaj­duje się w kościele Matki Bożej Zwy­cię­skiej. Przed nami Posąg bło­go­sła­wio­nej Ludwiki Alber­toni. Wyjąt­kowo piękna rzeźba, którą mistrz baroku ukoń­czył w roku tysiąc sześć­set sie­dem­dzie­sią­tym czwar­tym. To jedno z naj­lep­szych i naj­bar­dziej doj­rza­łych dzieł Ber­ni­niego. Miał wtedy już sie­dem­dzie­siąt sześć lat...

Ciotka wytłu­ma­czyła rów­nież, iż rzeźba powstała na zle­ce­nie kar­dy­nała Angelo Paluzzi Altie­riego, sio­strzeńca papieża Kle­mensa X, z oka­zji odno­wie­nia kaplicy rodzin­nej.

Bło­go­sła­wiona Ludwika leżała bez­wład­nie na mięk­kim łożu, z rękami na klatce pier­sio­wej, jakby chciała powstrzy­mać emo­cje. Odrzu­coną w tył głowę okry­wał welon. Twarz była zwró­cona ku niebu i malo­wał się na niej dra­ma­tyczny wyraz bólu i roz­ko­szy. Usta, na wpół otwarte, jakby wyda­wały jęk, a przy­mknięte oczy pogrą­żały się w olśnie­wa­ją­cej wizji bosko­ści. Fałdy szat, wzór zdo­biący poduszkę, twarz, ręce, a przede wszyst­kim ciężka, pofał­do­wana mate­ria przy­kry­wa­jąca sar­ko­fag, którą mistrz wyrzeź­bił w złoto-brą­zo­wym jaspi­sie, były po pro­stu dosko­nałe.

Eliza była pod wra­że­niem.

- W tym teatral­nym dziele Ber­nini wyko­rzy­stał wszystko. Przede wszyst­kim świa­tło, które wpa­da­jąc przez górne, ukryte okna kaplicy, wydo­bywa kon­tra­sty i pla­stycz­ność form. - Agnese wciąż była zachwy­cona, choć widziała to dzieło już kilka razy. - Rów­nież obraz znaj­du­jący się w tyle, z głów­kami anioł­ków wysta­ją­cymi ze zło­tej ramy, jest czę­ścią kom­po­zy­cji sce­no­gra­ficz­nej. To dzieło Bacic­cia, Madonna z Dzie­ciąt­kiem i św. Anną.

- A kim była ta Ludwika?

- Ludwika Alber­toni uro­dziła się w Rzy­mie w tysiąc czte­ry­sta sie­dem­dzie­sią­tym czwar­tym roku, a więc bli­sko sto lat po Fran­ciszce Rzy­miance. Pocho­dziła z zamoż­nej szla­chec­kiej rodziny, wyszła za mąż i uro­dziła trzy córki. Wio­dła szczę­śliwe życie w dobro­by­cie. Gdy owdo­wiała, wstą­piła do zakonu ter­cja­rzy św. Fran­ciszka i resztę swo­ich dni spę­dziła na medy­ta­cji, modli­twie i poku­cie oraz miło­sier­nych uczyn­kach. Oddała Kościo­łowi swój cały mają­tek, co spo­tkało się z gnie­wem krew­nych. Poma­gała ludowi po złu­pie­niu Rzymu przez land­sk­nech­tów, za co była bar­dzo kochana. Doświad­czała też boskich eks­taz.

- Co to są eks­tazy? - zapy­tała bra­ta­nica.

- To mistyczne wyj­ście duszy z ciała w doświad­cze­niu zjed­no­cze­nia z Bogiem w miło­ści. Rodzaj transu - wytłu­ma­czyła ciotka.

- Wygląda na jakiś boski orgazm - rzu­ciła młoda.

- Ty to powie­dzia­łaś...

Roze­śmiały się cicho w pustym kościele.

12. Zatybrze - suppl? i Kleopatra

Plac przed kościo­łem San Fran­ce­sco a Ripa, z dziwną kolumną z krzy­żem na szczy­cie, miał w sobie coś meta­fi­zycz­nego, jak obrazy de Chi­rica. Był opu­sto­szały. Nie pusty, lecz opu­sto­szały, gdyż stały tu budynki i samo­chody, ale bra­ko­wało ludzi. Pod kolumną zatrzy­mały się tylko one. Jej długi cień skra­dał się niczym kot do ich cieni w mięk­kim świe­tle przed­wie­czoru. Pano­wała tu atmos­fera jak na płót­nie Tajem­nica i melan­cho­lia ulicy. Ciotka dodała tylko, że kolumna jest bar­dzo stara i pocho­dzi z cza­sów Okta­wiana Augu­sta, z rzym­skiej kolo­nii w Weje.

Ruszyły ulicą św. Fran­ciszka a Ripa w kie­runku domu. Jakiś facet na rowe­rze jechał pod prąd. Z gło­śnika przy­wią­za­nego pod sio­deł­kiem na cały regu­la­tor wybrzmie­wała aria Mozarta. Prze­kro­czyły ruchliwą viale di Tra­ste­vere. Znowu było pełno ludzi poru­sza­ją­cych się w nie­by­wa­łym cha­osie. Jak fala ude­rzył je rzym­ski rwe­tes, gwar, jazgot.

"Wra­camy do życia" - pomy­ślała dziew­czyna, nie wie­dząc jesz­cze, co bar­dziej jej odpo­wiada - czy siel­ski spo­kój po tam­tej, czy swoj­ski bała­gan po tej stro­nie Zaty­brza.

- To zna­ko­mita miej­scówka jedze­niowa. Nazywa się Suppl? - zare­ko­men­do­wała Agnese, gdy zatrzy­mały się przy nie­wiel­kim lokalu. - Suppl? to rodzaj kro­kie­tów ryżo­wych, sma­żo­nych na głę­bo­kim oleju. Ryż jest przy­rzą­dzany z pomi­do­ro­wym rag?, czyli z mię­sem mie­lo­nym długo goto­wa­nym w sosie, z przy­pra­wami. Do środka wkłada się kawa­łek moz­za­relli. Kiedy je się gorą­cego suppl?, moz­za­rella cią­gnie się jak guma do żucia. Chcesz spró­bo­wać, zanim pój­dziemy na kola­cję? - zapy­tała.

- Yes! - Dziew­czyna ni­gdy nie odma­wiała. Zawsze miała wil­czy ape­tyt. Wpraw­dzie zja­dła wcze­śniej lody, ale była łasa na wszyst­kie nowe wło­skie smaki. Poza tym bił z tego miej­sca taki zapach przy­praw, pomi­do­rów i świe­żego, wrzą­cego oleju, że trudno było przejść tędy obo­jęt­nie.

Gdy zna­la­zły się w środku, pocie­kła jej ślinka. Pizza z róż­nymi dodat­kami, kro­kiety ryżowe, ziem­nia­czane, z ryb i z kur­czaka, maka­rony. Wszyst­kiego chęt­nie by spró­bo­wała. Było bar­dzo tłoczno, co ozna­czało, że jadało się tu dobrze i w przy­zwo­itej cenie. Kupiły suppl? i sta­nęły na ulicy, by zjeść spo­koj­nie.

- Jaka pychota!

Moz­za­rella cią­gnęła się przy każ­dym kęsie. Kilka zia­ren ryżu upa­dło na zie­mię, co było nie­unik­nione. Szybko pod­le­ciał wró­bel i dziob­nął zdo­bycz. Rów­nież on się obja­dał. Przy­cup­nął spo­koj­nie tuż przy ich sto­pach i patrzył na nie tymi małymi, spryt­nymi oczkami, pro­sząc o jesz­cze. Zacho­wy­wał się jak pie­sek, a nie ptak. Eliza rzu­ciła mu tro­chę ryżu. W ślad za pierw­szym wró­blem przy­le­ciały kolejne, a póź­niej dwa gołę­bie i roz­po­częła się bitwa.

- Wie­dzą, co dobre. Sto­łują się tu codzien­nie - sko­men­to­wała ciotka.

Bra­ta­nica przy­glą­dała się, jak sprytny pta­szek pod­fru­nął do mło­dego chło­paka, który jadł suppl? oparty o sku­ter. Usiadł na bagaż­niku jak gdyby ni­gdy nic. Wcale się nie bał. Chło­pak podał mu kilka zia­ren ryżu na dłoni, a on zaczął jeść mu z ręki.

- Ale czad! - powie­działa Eliza z pełną buzią.

- Zanim wró­cimy do domu, by prze­brać się na kola­cję, pokażę ci jesz­cze jedną cie­ka­wostkę - obie­cała Agnese.

Poszły na piazza San Cosi­mato. Nie było tu nic spe­cjal­nego. Skwer był wręcz brzydki. Trój­kątny, beto­nowy, z pla­cy­kiem zabaw dla dzieci ogro­dzo­nym żela­zną balu­stradą oraz bud­kami, bo tu przed połu­dniem odby­wał się targ.

Na placu roiło się od ludzi, któ­rzy roz­ma­wiali ze sobą, sie­dząc na ław­kach; śmiali się, gesty­ku­lo­wali. Dzie­ciaki jeź­dziły na rower­kach, grały w piłkę, bawiły się.

- W pierw­szym wieku przed naszą erą na tych tere­nach Zaty­brza znaj­do­wały się Horti Caesa­ris, czyli Ogrody Cezara. Naj­słyn­niej­szy sta­ro­żytny rzym­ski wódz i dyk­ta­tor zaku­pił duży obszar ziemi po tej stro­nie Tybru, by paść tu luzem konie, któ­rymi prze­kro­czył Rubi­kon. Jego posia­dłość obej­mo­wała roz­le­gły obszar od willi Far­ne­sina po zbo­cza Jani­ku­lum. Tam - Agnese wska­zała ręką kie­ru­nek jani­kul­skiego wzgó­rza - znaj­do­wała się willa Cezara, w któ­rej w czter­dzie­stym szó­stym roku przed naszą erą zamiesz­kała Kle­opa­tra. To był rzym­ski dwór kró­lo­wej Egiptu. Roz­bu­do­wała willę w pałac z antycz­nymi kolum­na­dami i fre­skami. Zago­spo­da­ro­wała ogrody w stylu alek­san­dryj­skim. Były tam wspa­niałe kwiaty i egzo­tyczne drzewa, stru­mie­nie, antyczne rzeźby, egip­skie obe­li­ski, a także gigan­tyczny posąg wojow­nika galij­skiego sym­bo­li­zu­jący zwy­cię­stwo Cezara. Wznie­siono też świą­ty­nie Izydy i For­tuny65.

- Naprawdę? Chcesz powie­dzieć, że Kle­opa­tra była twoją sąsiadką? - Eliza wypo­wie­działa to z takim zdzi­wie­niem, że aż sama była zasko­czona. - I wszystko to można zoba­czyć? Chodźmy tam natych­miast! - rzu­ciła pełna entu­zja­zmu.

- Nie­stety nie - zga­siła ją od razu ciotka. - Kle­opa­tra miesz­kała w Rzy­mie nie­całe dwa lata. Po zabój­stwie Cezara musiała opu­ścić Wieczne Mia­sto. Swoje ogrody dyk­ta­tor zapi­sał w testa­men­cie rzym­skiemu ludowi. W tym miej­scu - krewna zato­czyła duży krąg ręką - od placu San Cosi­mato po plac św. Fran­ciszka z Asyżu, z któ­rego wła­śnie wra­camy, Okta­wian August, adop­to­wany syn Cezara i pierw­szy cesarz Rzymu, kazał wybu­do­wać owalny sta­dion, któ­rego główna oś prze­kra­czała ponad pięć­set metrów. Był on zale­wany wodą i odby­wały się tu nauma­chie, czyli wido­wi­ska przed­sta­wia­jące bitwy mor­skie. Zwy­kle wal­czyły w nich dwie dru­żyny, jedna była zło­żona z nie­wol­ni­ków gla­dia­to­rów, druga ze ska­zań­ców. Były to nie­zwy­kle kosz­towne imprezy masowe, ale lud je uwiel­biał. Okta­wian August w dru­gim roku naszej ery zain­sce­ni­zo­wał bitwę mor­ską, w któ­rej wzięło udział ponad trzy­dzie­ści okrę­tów i trzy­dzie­ści tysięcy osób.

Ciotka wycią­gnęła tele­fon z torebki i poka­zała bra­ta­nicy ilu­stra­cje przed­sta­wia­jące wir­tu­alną rekon­struk­cję owal­nej budowli wypeł­nio­nej wodą, po któ­rej pły­wały sta­ro­żytne okręty z wio­śla­rzami.

- Naprawdę? I to odby­wało się tutaj? - Eliza nie mogła opa­no­wać zdzi­wie­nia. - I co się z tym stało?

- Gdyby prze­pro­wa­dzono wyko­pa­li­ska arche­olo­giczne, może odna­le­ziono by ruiny fun­da­men­tów. Rzym jest pełen takich nie­spo­dzia­nek. W sumie to pra­wie trzy tysiące lat histo­rii, która na tere­nie tego mia­sta pozo­sta­wiła swoje ślady war­stwowo.

- A Kle­opa­tra? - dopy­ty­wała nasto­latka. - Razem z mamą oglą­da­ły­śmy film z Eli­za­beth Tay­lor i Richar­dem Bur­to­nem...

- Okta­wian August po zwy­cię­stwie w bitwie mor­skiej pod Akcjum w trzy­dzie­stym pierw­szym roku przed naszą erą, a następ­nie po zdo­by­ciu Alek­san­drii sta­rał się zatrzeć wszyst­kie ślady po kró­lo­wej Egiptu i Marku Anto­niu­szu, który kon­ku­ro­wał z nim o wła­dzę. Jak zapewne pamię­tasz z filmu, Marek Anto­niusz i Kle­opa­tra popeł­nili samo­bój­stwo. Ale to bar­dzo długa histo­ria. Chodźmy już do domu, opo­wiem ci po kola­cji. - Ciotka objęła bra­ta­nicę ramie­niem, bo ta była już wyraź­nie zmę­czona.

13. Zatybrze - pizza na marmurze, czyli Kostnica

Na murze wisiał wielki neon PIZ­ZE­RIA. Lokal znaj­do­wał się tuż przy ruchli­wej Viale di Tra­ste­vere. Sto­liki stały na chod­niku oddzie­lone od jezdni tylko meta­lo­wymi barier­kami. Prze­chod­nie musieli prze­ci­skać się pomię­dzy klien­tami ocze­ku­ją­cymi w kolejce. Eli­zie udało się zaj­rzeć do środka. Cóż to było za miej­sce! Wystrój był tak brzydki, że gor­szy trudno sobie wyobra­zić. Wnę­trze zale­wało tru­pie, neo­nowe świa­tło i usta­wiono tam drew­niane sto­liki z mar­mu­ro­wym bla­tem przy­kryte kawał­kiem sza­rego papieru pako­wego. Kli­mat przy­po­mi­nał komu­ni­styczne bary mleczne z lat sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głego wieku. Wszę­dzie pano­wał chaos. Kel­ne­rzy roz­no­sili nie­wia­ry­godną ilość tale­rzy z piz­zami i przy­staw­kami, poru­sza­jąc się we wszyst­kich kie­run­kach, cza­sami jakby pod prąd.

Sta­nęli w pokaź­nej kolejce, która wiła się przed loka­lem. Nikt nią nie kie­ro­wał, pole­ga­jąc jedy­nie na wło­skiej zdol­no­ści posza­no­wa­nia ładu w nie­ła­dzie.

- To piz­ze­ria Ai Marmi, czyli powiedzmy "na mar­mu­rze". Nie trudno się domy­ślić, że nazwę bie­rze od mar­mu­ro­wych bla­tów sto­li­ków - tłu­ma­czyła Agnese. - Wszy­scy nazy­wają ją jed­nak Kost­nicą.

- Co? Kost­nica? - pra­wie krzyk­nęła nasto­latka.

- Really! The Mor­gue, that is Obi­to­rio in Ita­lian66 - przy­tak­nął Ser­gio i dodał, że tę nazwę wymy­ślił Pier Paolo Paso­lini.

- Do Kost­nicy trzeba wpaść przy­naj­mniej raz w życiu. Jest to doświad­cze­nie iście antro­po­lo­giczne - powie­działa ciotka.

Eliza dowie­działa się, że Kost­nica sły­nęła z kro­kie­tów ryżo­wych zwa­nych suppl? al tele­fono, gdyż moz­za­rella cią­gnęła się w nich niczym spi­rala kabla tele­fo­nicz­nego w sta­rych apa­ra­tach. Poda­wano też inne rzym­skie spe­cjal­no­ści: fiori di zucca i filetti di baccala. Pierw­sze to kwiaty cuki­nii z moz­za­rellą w środku, a dru­gie to spe­cy­ficz­nie przy­go­to­wy­wane filety z dor­sza. Jedne i dru­gie w cie­ście nale­śni­ko­wym pie­czone w oleju. Była też biała fasola z oliwą i dodat­kiem łodygi selera, zwana "na ptaszka", fasola z cebulą, tuń­czy­kiem i skór­kami wie­przo­wymi oraz różne przy­stawki warzywne: bakła­żany, papryka pie­czona, fen­kuł, pie­czarki sma­żone, sałata mie­szana i frytki. A także zna­ko­mite tira­misu i tru­skawki z bitą śmie­taną lub cytryną. Mło­dej bły­snęło oko na myśl o jadal­nych kwia­tach.

- Lubisz pizzę? - zapy­tał Ser­gio.

- Oczy­wi­ście! - odpo­wie­działa Eliza. - Pierw­szą w życiu jadłam z tatą w Pizza Hut, gdy mia­łam pięć lat, z ana­na­sem i parów­kami.

Włoch sku­lił się, jakby ktoś pchnął go nożem w samo serce. Na jego twa­rzy odma­lo­wał się wyraz obrzy­dze­nia.

- Nie lubisz pizzy z ana­na­sem? - zapy­tała ze zdzi­wie­niem Eliza.

- On jest Wło­chem, a w dodatku pocho­dzi z Neapolu, więc jeśli cho­dzi o pizzę, jest orto­dok­syjny, tylko mar­ghe­rita i napoli - rato­wała sytu­ację Agnese.

- A co to za pizze? - dopy­ty­wała młoda Polka.

Ser­gio opo­wie­dział jej, że pizza naro­dziła się jako potrawa ludowa i była popu­larna zwłasz­cza w Neapolu, jako jedna z naj­tań­szych, ale i naj­bar­dziej sycą­cych potraw. Wystar­czyło mieć mąkę, droż­dże, tro­chę wody, szczyptę soli, oliwę, sos pomi­do­rowy i ore­gano. Tak powstała pizza mari­nara, którą chęt­nie jadali mary­na­rze i rybacy, gdyż Neapol w prze­szło­ści był wiel­kim mor­skim por­tem. Póź­niej inwen­cja neapo­li­tań­ska wzięła górę...

- Tro­chę moz­za­relli, trzy anchois, dwa liście bazy­lii i to jest pizza napoli, którą ja pamię­tam jesz­cze z dzie­ciń­stwa - opo­wia­dał Ser­gio. - Kiedy wycho­dzi­łem ze szkoły, potra­fi­łem wsu­nąć trzy takie i wyda­wa­łem na to całe moje kie­szon­kowe, bo w domu jadało się tylko goto­wane ryby, co koja­rzyło mi się z dietą szpi­talną.

Eliza dowie­działa się też od niego, że w 1889 roku, kiedy po zjed­no­cze­niu Włoch do Neapolu przy­je­chała kró­lowa Mał­go­rzata Sabaudzka, neapo­li­tań­ski szef Raf­fa­ele Espo­sito przy­go­to­wał na jej cześć pizzę z trzema skład­ni­kami w kolo­rach flagi naro­do­wej: moz­za­rellą, pomi­do­ra­miy i bazy­lią.

- Tak powstała pizza mar­ghe­rita, która jest jedyną praw­dziwą wło­ską pizzą - dodał z dumą Włoch, a potem wyraź­nie się roz­ma­rzył. - Pizza neapo­li­tań­ska to jed­nak zupeł­nie coś innego niż ta rzym­ska przy­po­mi­na­jąca zużytą pode­szwę buta.

Zaczął znowu opo­wia­dać, gesty­ku­lu­jąc przy tym namięt­nie. Tłu­ma­czył, że w przy­padku praw­dzi­wej neapo­li­tań­skiej pizzy cia­sto musi być wyro­śnięte natu­ral­nie i doj­rze­wać naj­le­piej przez dwa­dzie­ścia cztery godziny. Spód ma być gruby, pulchny, miękki. Sos pomi­do­rowy, moz­za­rellę i bazy­lię należy doda­wać ze szczo­dro­ścią, a przed poda­niem pizzę na wierz­chu trzeba polać zna­ko­mitą oliwą z oli­wek.

Mąż ciotki popa­trzył ze zgrozą na kel­nera, który wła­śnie prze­szedł obok nich, nio­sąc tale­rze z rzym­ską pizzą. Kon­ty­nu­ował:

- Taj­ni­kiem prze­pisu naj­lep­szej neapo­li­tań­skiej pizzy jest to, że pie­cze się ją oczy­wi­ście w piecu, w któ­rym pali się dobrym drew­nem. W ostat­nim momen­cie, tuż przed wyję­ciem z pieca, piz­za­iolo dorzuca do ognia garść tro­cin, wtedy bucha ogień, a tem­pe­ra­tura nagle się pod­nosi i cia­sto jest dobrze upie­czone, a w nie­któ­rych miej­scach leciutko spie­czone lub nawet przy­pa­lone. Wtedy pizza nabiera fan­ta­stycz­nego aro­matu i smaku.

Kel­ner kiw­nął wresz­cie na nich ręką i wpro­wa­dził ich do sali, gdzie zwol­nił się sto­lik w rogu. Prze­pchnęli się pomię­dzy ludźmi sie­dzą­cym w wiel­kiej cia­sno­cie i zajęli miej­sce przy zim­nym, mar­mu­ro­wym bla­cie. Przy­czó­łek w Kost­nicy został zdo­byty. Pozo­sta­wało tylko zamó­wić i zjeść.

- Jaką pizzę sobie życzysz? - ciotka prze­jęła ini­cja­tywę w swoje ręce. - Ser­gia nie trzeba pytać. On je tylko mar­ghe­ritę.

- Skoro nie ma z ana­na­sem i parów­kami... - dziew­czyna popa­trzyła na Wło­cha z wesołą miną - to jakie są?

Agnese zaczęła wymie­niać i tłu­ma­czyć, co ofe­ro­wała Kost­nica: napo­le­tana, mar­ghe­rita, mari­nara, con fun­ghi (z grzy­bami), al pro­sciutto (z szynką), con sal­sic­cia (z kawał­kami kieł­ba­ski), al pro­sciutto e fun­ghi (z szynką i grzy­bami), con sal­sic­cia e fun­ghi (z kawał­kami kieł­ba­ski i grzy­bami), alla capric­ciosa (z szynką, grzy­bami, kar­czo­chami, jaj­kiem na twardo i oliw­kami), con fiori di zucca (z kwia­tami dyni), con bre­sa­ola e rughetta (z suszoną wędliną wołową i rukolą).

Eli­zie, która wciąż kie­ro­wała się zasadą im wię­cej, tym lepiej, przy­pa­dła do gustu pizza capri­ciosa. Ciotka wybrała tę z wędliną bre­sa­olą i rukolą, a Ser­gio zde­cy­do­wał się w końcu na napoli. Zamó­wili też filety z dor­sza i kwiaty cuki­nii jako star­ter, białe wino, piwo i wodę.

W cza­sie ocze­ki­wa­nia na reali­za­cję zamó­wie­nia roz­ma­wiali oczy­wi­ście o pizzy, któ­rej histo­ria była długa, skom­pli­ko­wana i nie­pewna, jak ta maka­ronu. Dziew­czyna dowie­działa się, że pierw­sza wzmianka pisemna słowa "pizza" pocho­dziła z 997 roku67 i odno­to­wano je w wul­gar­nej łaci­nie, w mie­ście Gaeta. Nazwa wywo­dziła się naj­praw­do­po­dob­niej od słowa "pitta", pła­skiego chleba zna­nego od tysiąc­leci. Włosi poda­wali do stołu zazwy­czaj pizzę focacce, rodzaj pitty z roz­ma­ry­nem i oliwą. Etru­sko­wie już trzy tysiące lat temu wypie­kali koki, a z regionu Emi­lia Roma­gna pocho­dzi pia­dina, która stała się popu­larna na całym świe­cie.

- Pizze okrą­głe dzieli się na czer­wone z sosem pomi­do­ro­wym i białe - bez sosu pomi­do­ro­wego, ale z moz­za­rellą. Te ostat­nie mogą być poda­wane z róż­nymi suro­wymi dodat­kami oraz z warzy­wami i rukolą. Włosi uwiel­biają rów­nież cal­zoni, czyli pizze zło­żone na pół jak olbrzy­mie pie­rogi. Cal­zoni są z far­szem, na przy­kład z moz­za­rellą i szynką - opo­wia­dała Agnese. - Pizzę rze­czy­wi­ście zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wał pomi­dor, który przy­wie­ziono do Europy z Ame­ryki Łaciń­skiej dopiero w szes­na­stym wieku.

- Pierwsi pomi­do­rów zaczęli uży­wać neapo­li­tań­czycy... - wtrą­cił do roz­mowy Ser­gio.

- Ach! Rze­czy­wi­ście! Czyli sos pomi­do­rowy zawdzię­czamy Kolum­bowi... - rzu­ciła młoda.

- Wiesz, że Włosi wiele wypie­ków nazy­wają pizzą, aż sama się zdzi­wi­łam. Kla­syczna to ta okrą­gła. Jest także pizza al taglio, czyli wypie­kana na podłuż­nych bla­chach, którą można zaku­pić jako prze­ką­skę lub potrak­to­wać jak kanapkę, prze­ci­na­jąc ją na pół - tłu­ma­czyła dalej ciotka, gdy cze­kali na jedze­nie. Robili się coraz głod­niejsi od tego opo­wia­da­nia o róż­nych sma­ko­ły­kach. - Są też pizze przy­po­mi­na­jące cia­sta z serem i ze skwar­kami lub z kawał­kami szynki w środku.

- Wiel­ka­nocna pizza z serem. Uwiel­biam! - Włoch miał roz­ma­rzony wyraz twa­rzy.

W tym momen­cie na stole poja­wiły się fritti - czyli sma­żone na głę­bo­kim tłusz­czu filety z dor­sza i kwiaty cuki­nii, oraz kro­kiety ryżowe z cią­gnącą się moz­za­rellą. Rzu­cili się na nie z wil­czym ape­ty­tem. Minęła już dwu­dzie­sta pierw­sza.

- Och, jakie to pyszne! A co to wła­ści­wie jest? - Nasto­latka poże­rała kwiat cuki­nii.

- Te wspa­niałe żółte kwiaty, które już same w sobie są dzie­łem sztuki, nadziewa się moz­za­rellą i anchois. Następ­nie zamyka się, kąpie w cie­ście nale­śni­ko­wym i smaży na głę­bo­kim tłusz­czu - wytłu­ma­czyła Agnese.

Filety z dor­sza też były zna­ko­mite, a moz­za­rella w kro­kie­tach cią­gnęła się w nie­skoń­czo­ność.

Potem na mar­mu­rze wylą­do­wały pizze. Rze­czy­wi­ście były pła­skie, cien­kie, tro­chę przy­pa­lone i nasu­wały sko­ja­rze­nia z pode­szwą od butów.

- Skoro nie lubisz pizzy rzym­skiej, to dla­czego ją jesz? - zapy­tała Eliza Ser­gia.

- Pizza to pizza. Dla każ­dego Wło­cha to forma naro­do­wej reli­gii. To boski pokarm, który uszczę­śli­wia. Włoch bez pizzy nie wytrzyma. Dla­tego we wszyst­kich kra­jach świata są piz­ze­rie. Kiedy jestem chory, nie biorę lekarstw, tylko jem pizzę. Od razu mi prze­cho­dzi - odpo­wie­dział.

- Źle się czu­jesz? Jesteś chory? - zapy­tała z tro­ską dziew­czyna, gdyż źle go zro­zu­miała.

- Ależ nie! To tylko pre­wen­cja. Jedząc pizzę codzien­nie, zawsze jesteś zdrowy! - odparł i rzu­cił się na swoją mar­ghe­ritę, bo co jak co, ale pizza nie mogła cze­kać.

Nie była wcale taka zła ta rzym­ska pizza. Cienka, lekka, chru­piąca i z wie­loma dodat­kami. Eli­zie zasma­ko­wała. Pomy­ślała, że to doświad­cze­nie kuli­narne w Kost­nicy będzie wspo­mi­nać do końca życia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Do zoba­cze­nia i miłego pobytu w Rzy­mie! (wł.) [wróć]

Cześć, piękna! (wł.) [wróć]

Wyj­ście (wł.) [wróć]

Kochana! Elia! Jak się masz? (wł.) [wróć]

Dobrze! Bar­dzo dobrze! (wł.) [wróć]

Oh My God! - O mój Boże! (ang.) [wróć]

Nie­sa­mo­wite! Piękne! (ang.) [wróć]

W. Pocino, Le curiosita di Roma, Roma 2005, s. 157. [wróć]

Wło­skie imię Agnieszka (czy­taj Agnieze). [wróć]

Witaj we Wło­szech! (ang.) [wróć]

Witaj! (wł.) [wróć]

życie nocne (wł.) [wróć]

A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni e i quar­tieri di Roma, Ripa - Tra­ste­vere, vol. 6, Roma 2008, s. 207. [wróć]

wło­ski styl życia (ang.) [wróć]

Cześć, piękna! Jak się masz? Kawa? (wł.) [wróć]

Dla cie­bie? (ang.) [wróć]

Dla mnie cap­puc­cino. Pro­szę! (wł.) [wróć]

Cap­puc­cino i kawa dla pań! (wł.) [wróć]

Cóż za piękna dziew­czyna! (wł.) [wróć]

A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 285. [wróć]

S. Pasqu­ale Bay­lon - Roma­Se­greta.it. [wróć]

sztuki ulicz­nej (ang.) [wróć]

A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 286. [wróć]

W. Pocino, dz. cyt., s. 46. [wróć]

Infor­ma­cje doty­czące bazy­liki Naj­święt­szej Marii Panny na Zaty­brzu pocho­dzą z nastę­pu­ją­cych źró­deł: C. Ren­dina, La grande guida dei monu­menti di Roma, vol. 1, s. 424; W. Pocino, dz. cyt., s. 221; A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 433; Piazza di S.Maria in Tra­ste­vere - Roma­Se­greta.it. [wróć]

Piazza di S.Maria in Tra­ste­vere - Roma­Se­greta.it. [wróć]

Mt 25,6. [wróć]

Piazza di S.Maria in Tra­ste­vere - Roma­Se­greta.it. [wróć]

Zob. https://www.san­ta­ma­ria­in­tra­ste­vere.it/la-madonna-della-cle­menza/ [wróć]

Piazza di S.Maria in Tra­ste­vere - Roma­Se­greta.it. [wróć]

Tamże; S. Deli, Le fon­tane di Roma, Roma 1972, s. 30. [wróć]

Zasły­szana legenda. [wróć]

A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 295; Piazza di S.Egi­dio - Roma­Se­greta.it. [wróć]

S.Maria della Scala - Roma­Se­greta.it. [wróć]

F. San­tucci, Donne di Cara­vag­gio. Sante e pec­ca­trici, nobili e ple­bee, dame e cor­ti­giane, donne dell'imma­gi­na­rio reali­sti­ca­mente rap­pre­sen­tate, Patti 2015. [wróć]

A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 301; S.Maria della Scala - Roma­Se­greta.it. [wróć]

edy­kuł (wł.) [wróć]

A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 314. [wróć]

Tamże, s. 315, 317. [wróć]

Tamże, s. 317. Zob. też W. Pocino, dz. cyt., s. 129. [wróć]

A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 313, tłum. aut. [wróć]

Tamże, s. 306 i 445. [wróć]

Tamże, s. 364-365. [wróć]

Piazza di S.Apol­lo­nia - Roma­Se­greta.it. [wróć]

A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 427; Via della Lun­ga­retta - Roma­Se­greta.it. [wróć]

Tamże, s. 238. [wróć]

Tamże. [wróć]

Histo­ria święta zob. https://www.fan­page.it/roma/la-festa-de-noan­tri-lori­gine-delle-cele­bra­zioni-della-madonna-del-car­mine-di-tra­ste­vere/. [wróć]

Infor­ma­cje o moście Syk­styń­skim pocho­dzą z nastę­pu­ją­cych źró­deł: A. Taglia­ferri, V. Var­riale, I ponti di Roma, Roma 2007, s. 121-134; A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 309; W. Pocino, dz. cyt., s. 309; C. Ren­dina, dz. cyt., vol. 2, s. 574. [wróć]

Tu che passi gra­zie al bene­fi­cio di Sisto IV, chiedi alla Divina Pro­vvi­denza che ci con­se­rvi a lungo e in buona salute questo pon­te­fice ottimo e mas­simo e pure tu, che rivolgi questa pre­ghiera, stia bene, chiu­nque tu sia, tłum. aut. [wróć]

Cza­sow­nik "odja­nie­paw­lić" i jego forma wie­lo­krotna odja­nie­paw­lać wszedł jakiś czas temu do języka potocz­nego mło­dych ludzi i pre­ten­do­wał nawet do miana mło­dzie­żo­wego słowa roku 2017. (...) Szcze­gól­nie popu­larny stał się zwrot bez­oso­bowy - co tu się odja­nie­pawla?, czyli co się tu dzieje?, co tu się odbywa? - źró­dło obcy­je­zyk­pol­ski.pl. [wróć]

Piazza Belli GG - Roma­Se­greta.it; W. Pocino, dz. cyt., s. 55. [wróć]

A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 224. [wróć]

Tamże, s. 244; W. Pocino, dz. cyt., s. 193. [wróć]

Infor­ma­cje o piazza in Pisci­nula pocho­dzą z nastę­pu­ją­cych źró­deł: A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 241; W. Pocino, s. 297; Piazza in Pisci­nula - Roma­Se­greta.it. [wróć]

W. Pocino, dz. cyt., s. 297. [wróć]

Vicolo dell'Atleta - Roma­Se­greta.it. [wróć]

A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 255. [wróć]

Tamże, s. 249. [wróć]

Kome­dia wło­ska w rymach: G. Ber­neri, Meo Patacca overo Roma in feste ne i trionfi di Vienna, Roma 1695. [wróć]

C. Ren­dina, dz. cyt., vol. 1, s. 261. [wróć]

Tamże. [wróć]

Infor­ma­cje o moście, bazy­lice św. Cecy­lii i żywo­cie świę­tej pocho­dzą z nastę­pu­ją­cych źró­deł: A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 261-269; W. Pocino, dz. cyt., s. 97; C. Ren­dina, dz. cyt., s. 201-202; S.Ceci­lia in Tra­ste­vere - Roma­Se­greta.it. [wróć]

Infor­ma­cje o kościele św. Fran­ciszka a Ripa, placu św. Fran­ciszka z Asyżu, rzeź­bie Posąg bło­go­sła­wio­nej Ludwiki Alber­toni i żywo­cie świę­tej pocho­dzą z nastę­pu­ją­cych źró­deł: A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 276-278; W. Pocino, dz. cyt., s. 97-98; C. Ren­dina, dz. cyt., vol. 1, s. 339-340; S. Fran­ce­sco a Ripa - Roma­Se­greta.it. [wróć]

Infor­ma­cje o Ogro­dach Cezara i nauma­chii Augu­sta pocho­dzą z nastę­pu­ją­cych źró­deł: A. Mano­dori, G. Car­pa­neto, C. Ren­dina, D. Para­disi, I rioni..., dz. cyt., vol. 6, s. 289; L. Devoti, Cir­chi e stadi di Roma antica, Roma 1997, s. 59; Nauma­chia di Augu­sto - Romano Impero. [wróć]

Naprawdę! Kost­nica, czyli po wło­sku Obi­to­rio. (ang.) [wróć]

S. Ficu­ciello, Da cosa deriva il ter­mine "pizza"? La parola agli eti­mo­logi, www.espres­so­na­po­le­tano.it, 08.08.2018. [wróć]