Rozdział I. Witaj, Rzymie!
Rozdział I
Witaj, Rzymie!
1. Roma!
- Panie i panowie, podchodzimy do lądowania. Proszę zapiąć pasy i pozostać na miejscu! Wsunąć bagaże podręczne pod siedzenie! Zamknąć
stoliki! Wyłączyć urządzenia elektroniczne! Za piętnaście minut
wylądujemy na lotnisku Fiumicino. Pogoda cudowna! Dwadzieścia pięć
stopni! Miło było gościć państwa na pokładzie naszych linii lotniczych!
Arrivederci e buon soggiorno a Roma!1 - rozległ się w samolocie
wesoły głos pilota, po czym nad głowami pasażerów zapaliły się czerwone
światełka.
Eliza nie mogła uwierzyć: Rzym!
Dookoła zapanowało podniecenie. Wszyscy zaczęli kręcić się w fotelach,
szukając pasów. Grubszy, spocony pan po pięćdziesiątce, który siedział
obok niej, wciskał komórkę do kieszeni marynarki, rozpychając się przy
tym niemiłosiernie. Siostra zakonna, zajmująca fotel obok, ten od
korytarza, przeżegnała się i spoglądając na Elizę z anielskim uśmiechem,
powiedziała:
- Lubię latać do Świętego Miasta, ale wypadki zdarzają się najczęściej
przy lądowaniu. Niech Bóg ma nas w swojej opiece!
"Dobrze, że już dolatujemy!" - pomyślała Eliza i tylko westchnęła.
Po piętnastu minutach było po wszystkim. Samolot wylądował szczęśliwie
na pasie i rozległy się brawa.
Fiumicino było ulem. Ludzie różnych narodowości i ras poruszali się
hałaśliwie we wszystkich kierunkach i zatrzymywali przed świetlnymi
tablicami.
Ritiro bagagli / Baggage claim - Eliza dostrzegła wreszcie lotniskowy
kierunkowskaz, za którym ciotka kazała jej podążać.
"Na wszelki wypadek będę śledzić zakonnicę" - pomyślała i ruszyła jej
śladem. Przechodzący obok młody Włoch uśmiechnął się do niej bałamutnie
i puścił oczko. Chyba się zarumieniła, ale wyprostowała kręgosłup,
wypięła dumnie klatkę piersiową i potrząsnęła głową, zrzucając z ramienia długie, piękne, jasne włosy. Zabieg umożliwił jej zerknięcie w tył. Młody, przystojny Włoch oglądał się za nią.
"Boże, co ja teraz zrobię?" - przeraziła się, że zakocha się nagle na
lotnisku. Obok przeszedł kolejny przystojny młody Włoch. Uśmiechnął się
i rzucił: Ciao bella!2. Po nim następny i jeszcze jeden.
"Ach! To przecież Włosi!" - pomyślała. "Gdzie jest pingwin? Jak się
zgubię, to dopiero będzie wtopa na maksa!"
Gdzieś na przedzie tłumu płynącego przez lotnisko jak lawa mignął czarny
welon zakonnicy. W samą porę, bo ta właśnie skręciła w prawo i zniknęła.
Eliza przyśpieszyła kroku, idąc dumnie jak paw. Po raz pierwszy w życiu
czuła się kobietą. Młodą, atrakcyjną kobietą.
Wtedy zadzwoniła komórka.
- Ciao! Tak, już przyleciałam. Nie, nie zgubiłam się. Tak, już
dochodzę do sali odbioru bagażu - powiedziała.
- Świetnie, kochana! Zabierz szybko walizkę, bo Sergio już czeka na
ciebie przed wyjściem. Pamiętaj, kieruj się tam, gdzie jest napis
"USCITA3", tak jak ci napisałam. Tylko nie dawaj się podrywać!
Widzimy się w domu - zalecał wibrujący głos po drugiej stronie.
2. Janikulum
Przed wyjściem z lotniska czekał na nią elegancki mężczyzna, starszy od
jej ojca. Zakola na wysokim czole oraz zaczątek benedyktyńskiej aureoli
o tym przypominały.
- Amore! Elis! Come stai?4 - Sergio przywitał się z Elizą jak
zawsze bardzo serdecznie, biorąc ją w objęcia. Był zaskoczony jej
wyglądem, ale nie dał tego po sobie poznać. - Ale urosłaś!
- Bene! Molto bene!5 - odpowiedziała dziewczyna, po czym
przeszli na angielski, rozmawiając o podróży i o tym, co słychać w domu.
Walizka ledwo się zmieściła do bagażnika smarta. Młoda upychała tam ile
wlezie, choć ciotka uprzedzała, żeby nic nie brała, bo wszystko jej
pożyczy, a nawet sprezentuje.
- Zaraz zobaczysz, dlaczego w Rzymie nie można mieć innego samochodu niż
smart - powiedział włoski mąż ciotki, gdy wsiadali do auta.
Z Fiumicino prowadziła szeroka autostrada. Było na niej niezwykle
tłoczno. Stanęli w korku na dobre dziesięć minut. Sergio przeklinał po
włosku. Inni trąbili, to on też zatrąbił.
"Ależ oni mają temperament" - pomyślała dziewczyna.
Z tej perspektywy jej wymarzony Rzym nie różnił się od innych miast
zatłoczonych przez samochody. Nie mogła się doczekać, kiedy zobaczy
Wieczne Miasto, jakie oglądała na zdjęciach w przewodniku, albumach i internecie. Fontannę di Trevi, Koloseum, bazylikę św. Piotra, kaplicę
Sykstyńską, Panteon, Schody Hiszpańskie. No i obrazy Caravaggia, Rafaela
oraz dzieła innych wielkich mistrzów, przede wszystkim Michała Anioła.
Po to tu przyjechała. Obiecywała sobie tak wiele. Była podniecona.
Wreszcie spełniało się pierwsze marzenie jej życia. To nie była jej
pierwsza zagraniczna podróż. Wyjeżdżała wcześniej z rodzicami na wakacje
nad Balaton, do Chorwacji, na Słowację. Byli w Egipcie, Berlinie i Londynie. W tę podróż jednak pierwszy raz wyruszyła sama. Wiedziała, że
ciotka jest luzaczką i na wiele jej pozwoli. Na wiele więcej, niż
pozwalał jej ojciec.
Jechali przez dobre pół godziny. Eliza patrzyła przez okno z uwagą.
Miała nadzieję, że dostrzeże coś znajomego. Może zobaczy Koloseum z daleka. Widziała tylko mniej lub bardziej nowe budynki. Te ostatnie z dużymi, ukwieconymi balkonami i tarasami.
W końcu skręcili w wąską ulicę, biegnącą wzdłuż starego, wysokiego muru.
Wystawały zza niego stożki cyprysów, które Eliza bez trudu rozpoznała,
oraz inne niesamowite, ale nieznane drzewa. Przypominały sosny, miały
jednak olbrzymie, rozłożyste konary i duże, zielone czupryny. Przez
uchylone okno samochodu doleciał ją zapach sosnowego igliwia i jaśminu.
Bardzo intensywny. Podgrzany słońcem. Na szczęście ruch zrobił się
mniejszy. Zbliżało się południe.
- To via Aurelia Antica. Wychodziła ze starożytnego Rzymu i wiodła na
północ wzdłuż Morza Tyrreńskiego aż do starożytnej kolonii rzymskiej
Luni, znajdującej się w Ligurii, skąd sprowadzano marmur, z którego
zbudowano Wieczne Miasto. Jedziemy po drodze, która ma ponad dwa tysiące
lat. Maszerowali tędy rzymscy legioniści. - Sergio uśmiechnął się do
młodej blondynki, puszczając oko. - A za murem znajduje się willa Doria
Pamphili.
Widoki za szybą zaczęły się zmieniać. Przejechali pod kamiennym łukiem,
na tyle wąskim, że musieli zwolnić. Okrążyli budowlę widoczną w centrum
jakiegoś placu, przypominającą trochę bramę, a trochę łuk triumfalny.
Eliza zastanawiała się, co to jest. Może jakiś znany zabytek? Sergio
szybko wytłumaczył:
- To brama św. Pankracego. Tu przebiegały starożytne mury Rzymu i to był
jeden z wjazdów do miasta. Agnese opowie ci wszystko. Zna miasto lepiej
ode mnie.
Samochód zatrzymał się wreszcie przy placu wykładanym kostką brukową.
- Mamy szczęście. Jest miejsce. - Sergio zrobił dość karkołomny manewr,
by zaparkować dosłownie na styk pomiędzy dwoma samochodami, w alejce
porośniętej po bokach szpalerem platanów. Na środku skrzyżowania dróg
stał duży pomnik z szarego kamienia przedstawiający mężczyznę na koniu.
Eliza otworzyła drzwiczki i wysiadła w pośpiechu. Chciała podejść do
bagażnika.
- Nie, to jeszcze nie koniec naszej podróży. Zatrzymamy się tu na
chwilę. Chcę ci coś pokazać - powiedział Sergio.
- Wow! OMG!6 - tylko tyle zdołała z siebie wykrztusić, gdy doszli
do balustrady tarasu. Rzym rozpościerał się w dole, leniwy i piękny.
Dachy, tarasy, strzeliste wieże, dzwonnice, kopuły, fasady z oknami,
łukami i arkadami. Duże oraz małe formy geometryczne w różnych barwach i tonacjach, przetykane plamami zieleni, układały się na tle pasma
szaroniebieskich gór i błękitnego nieba. Widoczność była niesamowita i wszystko wydawało się takie bliskie. Kształty stały się wyraźnie i ostre. Mogła odróżnić każdy szczegół. Wieczne Miasto leżało u jej stóp.
Rozciągało się od lewej do prawej, aż po horyzont. Ogromne.
Monumentalne. Zachwycające. Zmrużyła oczy. Teraz obraz wydawał się jej
stworzony za pomocą szpachli i grubych warstw farb nałożonych na płótno.
Zapragnęła to namalować.
- Amazing! Beautiful!7 - powiedziała oszołomiona.
Na tarasie widokowym stało sporo ludzi, równie zachwyconych jak ona.
Pokazywali coś sobie nawzajem. Robili fotki i selfie. Pary zakochanych
trzymały się za ręce, z błogim uśmiechem na twarzy i przekonaniem, że
ten widok uczyni historię ich miłości najpiękniejszą, jedyną,
niepowtarzalną. Był to moment zachwytu i beztroskiego szczęścia, który
zapamiętają do końca życia i zawsze będą wspominać.
Włoski wujek przybliżył się do niej, objął ją ramieniem i zaczął
wskazywać palcem bryły oraz plamy w oddali.
- Widzisz ten biały, prostokątny budynek z kolumnami i dwiema rzeźbami
na dachu?
Eliza podążała wzrokiem za palcem. Miała trochę trudności, by zrozumieć,
o jaki budynek chodzi w tym gąszczu brył, form i kolorów. W końcu
dostrzegła go i przytaknęła.
- To Vittoriano na placu Weneckim, widziane z boku. Zapamiętaj ten
punkt, wtedy nigdy nie zgubisz się w Rzymie. Zaraz obok, po prawej, ta
wysoka wieża to dzwonnica Pałacu Senatorów, antycznego tabularium na
Kapitolu. A to kwadratowa kopuła Wielkiej Synagogi. Popatrz tam dalej.
Spójrz na tę ciemniejszą plamę zieleni. To Palatyn, a obok Koloseum -
mówił, gestykulując.
Nastolatka pochyliła się trochę do przodu, żeby widzieć lepiej. Tak!
Rozpoznawała owalną formę budowli i kondygnacje łuków. Aż klasnęła z radości. Czekała na ten moment tyle czasu. Zobaczyć Koloseum i starożytny Rzym - marzyła o tym, od kiedy przeczytała Quo vadis jako
szkolną lekturę.
Sergio puścił ją i skierował się w drugą stronę. Przeszli kilka kroków
do przodu.
- Widzisz ten wielki spodek, który niczym statek kosmiczny wylądował
pomiędzy tymi dwiema kopułami? To dach Panteonu. Największa kopuła
starożytności.
Dziewczyna popatrzyła na to coś, co przypominało jej skorupę wielkiego
żółwia, zarówno w formie, jak i w kolorze. Nigdy nie zwróciłaby na to
uwagi. Czuła się trochę rozczarowana.
"To ma być Panteon? Skarb antycznej architektury. Z tego miejsca
przypomina katowicki Spodek" - pomyślała.
- A to jest kopuła bazyliki św. Piotra? - zapytała, wskazując na
kopułkę, która była stosunkowo mała w porównaniu z Panteonem. Widziała
tyle razy bazylikę w telewizji, podczas transmisji z placu św. Piotra,
była więc pewna, że ją rozpozna. Gdyby to była ona, też poczułaby się
rozczarowana.
- Och! Nie! To kościół św. Andrzeja della Valle w centrum Rzymu,
nieopodal placu Navona. Trzecia co do wielkości kopuła, po Panteonie i San Pietro. Bardzo interesujący. Agnese na pewno ci go pokaże. Bazyliki
i Watykanu stąd nie widać. Jest po drugiej stronie - wyjaśnił.
W tym momencie rozległ się wystrzał armatni. Eliza instynktownie zakryła
uszy. Sergio śmiał się. Rozbawiło go, że dziewczyna się przestraszyła.
- Wybiła dwunasta! - oznajmił.
Podeszli bliżej murku i wychylili się, by spojrzeć w dół. Dziewczyna
ujrzała działo, z którego jeszcze unosił się dym. Obstawiali je
kanonierzy w mundurach. Po kilku minutach haubica wjechała do tyłu i została zamknięta w pomieszczeniu znajdującym się pod nimi.
- Od ponad stu siedemdziesięciu lat wystrzał z armaty pozwala rzymianom
regulować zegarki. Tradycja wywodzi się jeszcze z czasów, kiedy to w samo południe strzelano z tarasu Zamku św. Anioła. Było to ważne nie
tyle ze względów religijnych, ile praktycznych, gdyż pozwalało ustawiać
miejskie zegary8. Wcześniej nie były one zsynchronizowane i dzwony wybijały godziny różnie. Każdy więc odmierzał swój czas według
tego, kiedy i ile uderzeń biły dzwonnice kościoła przy jego domu. Pewnie
dlatego rzymianie zawsze się spóźniają. Weszło im to w krew - tłumaczył
Włoch.
Powiedział również, że na początku ubiegłego stulecia zmieniono miejsce
salwy artyleryjskiej ze względów bezpieczeństwa. Najpierw strzelano ze
wzgórza Monte Mario, a później, w 1904 roku, przeniesiono działo na
Janikulum. Tylko w okresie drugiej wojny światowej haubica milczała,
gdyż huk przerażał mieszkańców.
- Kiedyś dawano znaki z obserwatorium astronomicznego w centrum Rzymu.
Obecnie artylerzyści otrzymują sygnał przez telefon. Czas jest więc
odmierzany z absolutną precyzją. - Wujek był z siebie wyraźnie
zadowolony. - Mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę. - Wziął ją pod
rękę, by przeprowadzić na drugą stronę ulicy.
- Co to za pomnik? - spytała.
- To Garibaldi, włoski bohater narodowy. Doprowadził do zjednoczenia
Włoch. Tu, na wzgórzu Janikulum, gdzie się znajdujemy, toczyły się
zaciekłe walki o zdobycie Rzymu.
Kiedy podeszli do balustrady tarasu widokowego po drugiej stronie, Eliza
nie mogła uwierzyć własnym oczom. Tak. To była ona. Kopuła San Pietro.
Wielka. Niesamowita. Rozpoznawalna od razu. Jawiła się w oddali za
kurtyną zielonych drzew porastających zbocze Janikulum.
Zanim wsiedli do samochodu, Eliza poprosiła, by wujek zrobił jej kilka
zdjęć, i wyciągnęła telefon. Ustawiła się na tarasie, mając Rzym za
plecami.
Mężczyzna mógł teraz przyjrzeć się jej dokładnie. Ostatni raz widział ją
dwa lata temu, kiedy była jeszcze nastolatką sięgającą mu do połowy
ramienia. Z uroczej dziewczynki przeobrażała się w urokliwą kobietkę,
nieświadomą swojej urody. Wyrosła. Może nawet ponad metr siedemdziesiąt.
Nogi były długie i zgrabne. Białe jak sople lodu włosy opadały aż do
pasa. Miała na sobie czarną sukienkę podkreślającą wąską talię i biust.
Nie odsłania jednak dekoltu. Długa, biała koszula rozpięta z przodu
wisiała na niej jak na strachu na wróble, zdradzając wstydliwość. Nie
rozstawała się ze swoim czarnym plecakiem z metalowymi suwakami. Na
stopach miała to przeokropne obuwie, odbierające całkowicie wdzięk
każdej kobiecie - glany na platformie. Zrobił bratanicy swojej żony
kilka zdjęć.
3. Aglio, olio, peperoncino
W mieszkaniu unosił się przyjemny zapach czegoś dobrego do jedzenia.
Eliza była już głodna. Weszła za Sergiem do dużego, przestrzennego
korytarza. Postawiła walizkę przy drzwiach i chciała zdjąć buty.
- Nie! Co ty robisz? Nie zdejmuj, a przynajmniej nie tutaj. - Tyle
zrozumiała z angielszczyzny przeplatanej włoskim, a przede wszystkim z wymownej gestykulacji i min pana domu.
"To oni nie zdejmują butów i wnoszą zarazki do mieszkania? Dziwni" -
pomyślała. "No cóż, co kraj, to obyczaj".
Apartament już na pierwszy rzut oka wydawał się przestronny, a przede
wszystkim bardzo wysoki. Znajdowały się w nim obrazy i stylowe meble, na
których czuwały antyczne bibeloty, świeczniki, porcelana. Książki w szafkach i na półkach zajmowały dużo miejsca, jakby to one były głównymi
lokatorami domu. W mieszkaniu panował przyjemny chłód i było
klimatycznie. Eliza poczuła się jak w muzeum. Była jednak na to
przygotowana, bo przecież znała ciotkę i jej męża.
- Ach! Już jesteście? Jak minęła podróż? - dobiegł z daleka znajomy
głos. Po chwili w korytarzu pojawiła się kobieta w granatowych butach na
obcasie. - Elis! Kochana! Jak ty kwitnąco wyglądasz! Jaki look! -
powiedziała, wzięła w objęcia bratanicę i ucałowała w policzki. - Jesteś
głodna? Na pewno! Obiad już prawie gotowy! Weź walizkę, zaprowadzę cię
do twojego pokoju.
Dziewczyna była przyzwyczajona do ekspresyjności tej energicznej
kobiety, która mogłaby być jej matką. Ciotka zawsze mówiła dużo, z trudem dopuszczała innych do głosu, wszystko wiedziała lepiej. Była przy
tym taka włoska. To ją drażniło i pociągało zarazem, choć nie wiedziała
jeszcze, na czym polega smak tej włoszczyzny. Mimo wszystko w jej
towarzystwie nie czuła różnicy wieku. Zwracały się do siebie na ty.
Nazywała się Agnese9...
- Jestem bardzo głodna! W samolocie nic nie jadłam, bo byłam trochę
podenerwowana. W końcu to moja pierwsza samodzielna podróż za granicę, i to jeszcze w takim momencie. - Eliza wzięła bagaż i poszła za panią
domu, która wskazywała drogę. Weszły do pokoju przy końcu korytarza.
Pośrodku stał stół z komputerem, a przy nim duży, wygodny fotel.
Drewniane regały uginały się pod ciężarem książek i bibelotów. Pod oknem
czekało łóżko przykryte haftowaną narzutą, a obok metalowy stojak, na
którym zawieszono puste wieszaki.
- Zrobiłam dla ciebie miejsce w moim studiu. Tu możesz powiesić ubrania.
Zwolniłam ci szufladę na rzeczy osobiste. Walizkę włóż pod łóżko. Wyślij
wiadomość do rodziców, że jesteś już u nas. Zadzwonimy do nich później.
- Ciotka zarządzała jak zwykle. Miała to we krwi i była w tym podobna do
swojego brata. Elizie nie pozostawało nic innego, jak tylko się
podporządkować. - Pokażę ci jeszcze, gdzie jest łazienka. Jak się
zadomowisz, umyj ręce i przyjdź na obiad. Ja idę wrzucić pastę. Będziemy
jeść za dziesięć minut.
Przeszły do łazienki, zwiedzając przy okazji apartament:
- Tu jest salon, tam kuchnia, tu nasza sypialnia, a tam pokój Sergia.
Później pokażę ci wszystko lepiej. Idę gotować.
- Och! Jakie duże to mieszkanie! Mam nadzieję, że się nie zgubię! -
Dziewczyna szukała punktów orientacyjnych.
- Szybko się nauczysz! Cieszę się, że wreszcie przyjechałaś mnie
odwiedzić i będziemy miały czas dla siebie. - Gospodyni uśmiechnęła się,
ukazując drugą, ciepłą stronę swojego charakteru. Jej twarz zrobiła się
okrągła jak księżyc w pełni, co podkreślała krótka fryzura. Była
szatynką jak ojciec Elizy i tak jak on miała piwne oczy.
Z kuchni odezwał się znajomy głos. Eliza zrozumiała tylko jedno słowo:
spaghetti. Zapach, który stamtąd dobiegał, był obiecujący i podrażnił
jej pusty żołądek. Postanowiła już więcej nie marudzić i szybko wykonać
zadania. Dobrze wiedziała, że we włoskim domu spaghetti jest priorytetem
i nie może czekać.
Na okrągłym stole w salonie, przykrytym obrusem w zielono-niebieską
kratkę, rozstawiono malowane talerze, duże kieliszki do wina i szklanki
na wodę. Sztućce ułożone równo na serwetce. Na przystawianym stoliku,
obok koszyczka z chlebem, stała butelka białego wina. Jak lisi kołnierz
otulała ją serwetka. Krople skrzyły się na zielonym szkle niczym poranna
rosa.
- Proszę, usiądź tutaj. - Pan domu wskazał miejsce przy stole. W tym
momencie do salonu weszła Agnese, niosąc głęboki półmisek, i postawiła
go na środku. Cienkie, długie kluski jeszcze parowały.
- Jemy, bo spaghetti szybko stygnie. Proszę, podajcie mi talerze. -
Gospodyni wprawnym ruchem zamieszała w misce. - Elis, ile ci nałożyć?
- A co to jest? - zapytała młoda.
- Aglio, olio, peperoncino, czyli czosnek, oliwa i pikantna papryczka.
Ulubiony makaron każdego Włocha, a Sergia w szczególności.
- Jeżeli bardzo pikantne, to poproszę troszkę. - Dziewczyna podstawiła
talerz.
Ciotka nałożyła jej porcję. Sergio w tym czasie nalał każdemu wino do
kieliszka i wodę do szklanki.
- Mniam! Uwielbiam! Duzio, duzio... - Włoch popisywał się swoją
znajomością języka polskiego. Nakładanie poszło sprawnie i wszyscy
zaczęli wiosłować widelcami.
- Och! Pali! Ale jest bardzo smaczne! - pochwaliła nastolatka,
otwierając usta, wybałuszając oczy i krzywiąc się niemiłosiernie. Długi,
cienki makaron był twardy, czosnek, świeża oliwa i pikantna papryczka
szczypały w język i rozgrzewały cały organizm. Chciała złapać trochę
zimnego powietrza.
- Moja pierwsza reakcja była taka sama. Później zrozumiałam, dlaczego
Włosi ją tak lubią - powiedziała ciotka.
Wyjaśniła, że to esencja włoskiej kuchni, która łączy prostotę, jakość
składników, kunszt perfekcyjnego wykonania i przesłanie zdrowego
jedzenia. Włosi kochają tę pastę, gdyż gotuje się ją łatwo i szybko ze
składników, które zawsze są we włoskim domu. Dla Włochów to symbol
wspólnego jedzenia i bycia razem.
- Nawet gdy przyjaciele zaskoczą cię o północy, zawsze możesz zrobić im
spaghetti aglio, olio, peperoncino.
- A jak się ją przygotowuje? - Dziewczyna postanowiła podczas tej
podróży poznać też sekrety włoskiej kuchni.
- Bardzo prosto. Wstawiamy wodę i solimy ją, aby szybciej się
zagotowała. Dwa ząbki czosnku i jedną świeżą papryczkę szatkujemy
drobno, a następnie prużymy na patelni w czterech łyżeczkach oliwy.
Spaghetti gotuje się krótko i musi być - jak to mówią Włosi - al dente
- czyli twarde, na ząb. Odcedzamy, mieszamy wszystko na patelni. Gotowe!
- Ciotka mówiła z pasją o jedzeniu.
- Welcome to Italy!10 - Sergio podniósł kieliszek z winem. - Na
zdrowie. Benvenuta!11
Po toaście rzucił się na swój talerz z takim apetytem, że Eliza nie
mogła się nadziwić, iż można tak szybko i sprawnie nawijać spaghetti na
widelec.
"Teraz rozumiem, dlaczego nazywają Włochów makaroniarzami" - pomyślała.
Jej nie wychodziło. Kluski długie jak sznurówki zsuwały się ze sztućców.
Próbowała pomóc sobie palcem, ale Włoch popatrzył na nią ze zgrozą.
Na drugie była caprese, czyli sałatka z pomidorów i mozzarelli z bazylią oraz grillowane warzywa w ziołach. Pyszności. Palce lizać.
- Jakie to wszystko smaczne. Tak się najadłam, że więcej nie zmieszczę!
- Dziewczyna osunęła się na krześle.
- Nie przygotowałam deseru. Jak odpoczniesz, wyjdziemy na lody -
oznajmiła pani domu i zaczęła zbierać puste talerze, by odnieść je do
kuchni.
- Czy mogę w czymś pomóc?
- Dziś masz wolne. - Ciotka uśmiechnęła się. - Odpocznij z godzinkę, a później zwiedzimy Zatybrze. Czeka nas dużo chodzenia w tym tygodniu. Nie
przyjechałaś tu przecież na wypoczynek, ale na swoje najpiękniejsze
rzymskie wakacje.
- Możesz mi dać hasło do wi-fi?
Weszła do pokoju, w którym miała mieszkać przez następny tydzień, i rzuciła się na łóżko. Zaczęła przeglądać fotki w telefonie, które zrobił
jej Sergio na tarasie Janikulum. Na jednej z nich wyszła jak modelka. Na
tle błękitnego nieba usianego białymi obłoczkami. Podobała się sobie. To
była fotka naprawdę cool. Wrzuciła ją szybko na Facebooka i Instagram
z podpisem: "Tak zaczynają się najpiękniejsze rzymskie
wakacje!!!:):):)". Od razu posypały się lajki.
4. Zatybrze - ulica św. Franciszka a Ripa i plac św. Kaliksta
- To bardzo charakterystyczna dzielnica, z mnóstwem klimatycznych
restauracji, knajpek i barów. Zobaczysz, spodoba ci się - mówiła Agnese,
gdy wychodziły na ulicę. - Tu przychodzą wszyscy, zarówno turyści, jak i Włosi. W ciągu dnia Zatybrze przypomina małe, prowincjonalne miasteczko,
nocą przetacza się przez nie szaleńcza movida12, co czasami
przypomina najazd landsknechtów.
Eliza próbowała się skoncentrować, ale wszystko ją rozpraszało. Na ulicy
było ruchliwie i gwarno. Ludzie chodzili środkiem jezdni wybrukowanej
kocimi łbami, nie zważając na samochody i skutery próbujące ich wymijać.
Rowerzysta jechał pod prąd i niczym się nie przejmował. Motorynka
władowała się na chodnik. Wszyscy trąbili.
Nastolatkę zaskoczył ten chaos i uderzył z wielką siłą. Było w tym
jednak coś uwodzicielskiego, jakby weszła w wartki nurt życia.
Postanowiła, że podda mu się bezwiednie i popłynie niesiona prądem.
Jeszcze przed wyjściem z domu dowiedziała się, że Trastevere bierze
swoją nazwę od trans Tiberim, czyli za Tybrem. Tereny znajdujące się
na prawym brzegu rzeki zostały przyłączone do Rzymu za czasów cesarza
Oktawiana Augusta. Obszar wcielono do miasta, kiedy to cesarz Aurelian
otoczył Rzym nowymi murami13. W rzeczywistości dopiero papież
Sykstus V, który rozpoczął gruntowną przebudowę miasta pod koniec XVI
wieku, podzielił je na dzielnice zwane rejonami. Zatybrze było
trzynastym rejonem Wiecznego Miasta, a jego symbolem został lew. Przez
stulecia stanowiło jedną z najbardziej autentycznych dzielnic,
zamieszkaną przez rzymski lud i tętniącą życiem dzień i noc, również ze
względu na pobliski, nieistniejący już port rzeczny Ripa Grande.
Tawerny, warsztaty rzemieślnicze czy emporia przyciągały rzymian i podróżnych.
Gdy zatrzymały się na rogu, ciotka wyjaśniła, że ulica, którą będą szły,
to via San Francesco a Ripa i bierze swoją nazwę od św. z Asyżu, który
według legendy w czasie pobytów w Rzymie mieszkał w klasztorze nieopodal
portu nad Tybrem. Wskazała na plac z kościołem św. Franciszka.
Elizie kręciło się już w głowie zarówno od kieliszka wina, który wypiła
do obiadu, jak i od ilości informacji, jakie uzyskała w ciągu tych kilku
minut. A był to dopiero początek...
Zaczęła przyglądać się ludziom. Niska pani w śmiesznych okularach, z czterema jamnikami na smyczy, przeszła obok nich. Potem minął je pan z siwymi wąsami, pod muszką i w słomianym kapeluszu. Paląc grube cygaro,
kroczył jak lunatyk. Starsza kobieta, obwieszona biżuterią i z kwiatem
we włosach, ciągnęła za sobą wózek z zakupami. Po drugiej stronie ulicy
maszerował rasta z dredami, w wyciągniętej koszulce z liściem marihuany.
Wyminęła go ciemnoskóra dziewczyna z fryzurą afro, a później wysoka,
krótkowłosa blondynka z torebką od Gucciego. Facet w eleganckim
garniturze i pod krawatem dosiadał skutera jak wierzchowca, zakładając
kask i rozmawiając przez telefon.
Było już grubo po piętnastej. W restauracjach i barach siedzieli ostatni
klienci, a kelnerzy krzątali się, sprzątając po obiedzie i szykując
stoły na wieczór. Witryny mijanych sklepów spożywczych i piekarni
eksponowały same pyszności, na które dziewczynie przychodziła ochota
pomimo pełnego żołądka. Właściciele sklepików i knajp stali na ulicy
oparci o framugi drzwi. Dyskutowali ze sobą na odległość, krzycząc
głośno oraz wymownie gestykulując. Oprócz głosów słychać było piski,
zgrzyty, uderzenia, gruchanie gołębi i jakiś dziwny jazgot, podobny do
psiego skowytu.
Elizie wszyscy i wszystko dookoła wydawało się co najmniej osobliwe.
Jeszcze nie wytknęła nosa za róg, a już zasmakowała artystycznego i luzackiego klimatu Zatybrza. Poczuła się od razu swojsko. To były jej
klimaty.
- Caff?? - zapytała ciotka.
- Raczej cappuccino... - Bratanica była wyraźnie oszołomiona.
- Chodź, pokażę ci fajny bar na włoskie śniadanie...
Lokal stanowił esencję tego, czym dla obcokrajowca jest italian
lifestyle14. Wnętrze zachęcało nowoczesnym designem i prostotą. Od razu przyciągał wzrok długi, szary bar z przeszkloną
lodówką, w której wystawiono różne pyszności: tramezzini, pizzette,
ciastka, kornety, wypieki, sałatki. Kolorowe krzesła i stoliki
zapraszały, aby się przy nich rozgościć. Na regałach kusiły produkty
biologiczne i piękne albumy o włoskim jedzeniu. Menu wypisano kredą na
wielkiej tablicy za barem, aby dało się odczytać je już z ulicy. Zrobiła
to oczywiście wprawna ręka grafika, wykorzystując modny krój pisma.
Ściany zdobiły obrazy młodych artystów, którzy organizowali tu swoje
wernisaże. Wszystko było designerskie. Nawet logo na serwetkach miało
swój niepowtarzalny styl.
- Ciao bella! Come stai? Caff??15 - pozdrowił ciotkę młody
mężczyzna stojący za barem i uśmiechnął się zalotnie do Elizy, patrząc
jej głęboko w szaroniebieskie oczy. - For you?16 - spytał
aksamitnym głosem.
- Cappuccino for me. Please!17 - Lekko zmieszana nastolatka
odrzuciła w tył długie jasne włosy. Wyprostowała się i wypięła pierś.
Zrobiło jej się ciepło, bo facet był cholernie przystojny. Miał około
trzydziestki. Wysoki, dobrze zbudowany. Grzbietem dłoni głaskał lekki
zarost na pięknie zarysowanej szczęce i szczerzył w uśmiechu
śnieżnobiałe zęby. Kręcone, ciemne włosy były gęste jak dżungla, a czarne oczy błyszczały niczym węgle. Przypominał trochę Antonia
Banderasa, choć miał zbyt duży nos. Nie wiedzieć czemu, Elizie wszyscy
Włosi przypominali młodego Banderasa, choć przecież był on Hiszpanem.
- Cappuccino e caff? per le signore!18 - rzucił włoski
Banderas do barmana, który stał przy wielkim, błyszczącym ekspresie do
parzenia kawy, syczącym jak lokomotywa parowa.
- Giulio, to moja bratanica Elis - przedstawiła ją po włosku ciotka
młodemu mężczyźnie, a później zwróciła się po polsku do jasnowłosej
dziewczyny: - Elis, to jest Giulio, czyli Juliusz, właściciel tego
lokalu.
- Che bella ragazza!19
Tyle Eliza rozumiała już po włosku i zaczerwieniła się.
- Wy, Polki, jesteście wszystkie bardzo ładne - powiedział po angielsku
do ciotki, uśmiechając się.
Na bufecie z czarnego marmuru stanęło espresso i cappuccino z pianką w formie serduszka.
- Chcecie trochę kremu zabajone zamiast cukru? - zapytał Giulio.
- Oczywiście - potwierdziła Agnese.
Właściciel lokalu podsunął im czarkę z jajecznym kremem, którą wyjął z lodówki.
Kiedy Eliza, oblizując się ze smakiem, piła swoje pierwsze włoskie
cappuccino jak prawdziwa Włoszka, na stojąco przy barze, ciotka
zamieniła jeszcze kilka zdań po włosku z przystojniakiem. Eliza
rozumiała tylko jedno słowo: "koza". Ta "koza" powtarzała się bez
przerwy.
Zapłaciły, pożegnały właściciela jak dobrego znajomego i wyszły.
Naprzeciw nich znajdował się barokowy kościół z biało-żółtą fasadą.
Drzwi były zamknięte. Na schodach leżał kloszard, ucinając sobie
popołudniową drzemkę.
- Widzisz tę klęczącą postać namalowaną w owalu zdobiącym górną część
fasady? - Ciotka wskazała palcem.
- Tak.
- To św. Paschalis Baylón, patron starych panien.
- Co?
Eliza wcale się nie przesłyszała. Dowiedziała się od razu, że pierwszy
kościół w tym miejscu kazał wznieść w średniowieczu papież Kalikst II i poświęcił go czterdziestu męczennikom, rzymskim żołnierzom z Legio XII
Fulminata, zwanego "Piorunującym", którzy przyjęli wiarę chrześcijańską
i nie chcąc się jej wyrzec, zostali wystawieni bez odzienia na mróz, na
tafli jeziora, aż do zamarznięcia na śmierć, a następnie ciała ich
spalono w okolicach Sebasty, w Armenii. Dlatego kościół nosił nazwę
Czterdziestu Męczenników i św. Paschalisa Baylóna. Paschalis,
XVI-wieczny mnich pochodzący z Hiszpanii, zanim przyjął święcenia, był
pasterzem owiec. Został zakonnikiem i naśladował św.
Franciszka20. Nie umiał czytać i pisać. Pełnił funkcję
odźwiernego w kościele. Według legendy, po śmierci, na własnej mszy
pogrzebowej otworzył dwukrotnie oczy.
- Dawniej kobiety niezamężne zwracały się do Paschalisa, by w nowym roku
zesłał im męża. Modlitwy trwały dziewięć dni. Młódki dostawały dyspensę,
zatwardziałe stare panny dodatkową pokutę. Wszystkie były jednak
przekonane, że wcześniej czy później Baylón sprawi cud - mówiła ciotka,
uśmiechając się do bratanicy. - Do Paschalisa zwracały się również
mężatki, których mężowie nie wypełniali swoich męskich obowiązków.
Podobno jedna z nich miała sen, podczas którego święty wyjawił jej
przepis na afrodyzjak z jaj21.
- Szkoda, że nie na viagrę - rzuciła Eliza ironicznie. - Nie musisz
owijać w bawełnę, od marca jestem już pełnoletnia.
Obie wybuchnęły śmiechem.
- Pamiętaj, aby przed wyjazdem wstąpić do tego kościoła i pomodlić się
na zapas. - Agnese w zgryźliwości przypominała swojego brata.
- Zastanowię się. Jeszcze nie wiem, czy na pewno chcę zostać mężatką -
żachnęła się młoda. - A czy do dziś stare panny przychodzą tu na mszę?
No i czy przychodzą mężatki?
- No nie, mężatki przychodzą na kawę z kremem zabajone do baru
naprzeciwko.
Znowu się roześmiały.
Ciotka wzięła bratanicę pod rękę i szybkim krokiem przeszły jakieś sto
metrów, żeby wejść na trójkątny plac. Minęły kilka urokliwych
restauracji, w których jeszcze jedli turyści. Musiały stanowczo odmawiać
naganiaczom proponującym coś do jedzenia lub do picia. Na stolikach
przed lokalami prezentowano malowniczo włoskie dania: bruschettę, pizzę,
pasty, karafki z winem. Wszystko było przybrane świeżą bazylią, która
uwodziła zapachem. Już na sam widok tej scenografii człowiek robił się
głodny.
Naprzeciw małego kościółka znajdował się bar z ogródkiem i wielkim,
neonowym szyldem. Napis na płóciennym zadaszeniu głosił: "S. Calisto".
Uliczny muzyk całkiem nieźle grał na gitarze, za co zbierał oklaski i trochę monet do kapelusza. Obok baru plotkowały zatybrzańskie matrony w domowych podomkach w drobne kwiatki. Rozsiadły się w kręgu na krzesłach
przyniesionych z domu, prostując żylaste, spuchnięte nogi odziane w papcie. Jakiś bezdomny z psem oraz dwaj ciemnoskórzy handlarze uliczni
koczowali na schodach kościoła. Przy stoliku ustawionym w jego lepkim
cieniu czterech mężczyzn rżnęło w pokera. Wokół nich zrobiło się małe
zbiegowisko. Ciekawscy zaglądali im zza pleców w karty. Na szarej
ścianie pobliskiego zabytkowego pałacu przyciągało uwagę dzieło street
artu22: Pier Paolo Pasolini jako umęczona pieta. Poeta w skórzanej
kurtce, niosący własne martwe ciało na rękach, był jak zjawa, rzymski
duch.
Takiego Rzymu Eliza się nie spodziewała. Gdyby ktoś dał jej czarno-białe
okulary, pomyślałaby, że znalazła się na planie neorealistycznego filmu.
- Złodziej rowerów. - Ciotka wskazała chudego faceta o pociągłej twarzy,
z niechlujną fryzurą. Usta półotwarte jak ryba przydawały mu
gamoniowatego wyrazu. - Ukradł mi już dziewiętnaście rowerów. Kiedy
mając tyle lat co ty, po raz pierwszy zobaczyłam film Vittoria De Sica
Złodzieje rowerów, nie wierzyłam, że takie rzeczy się zdarzają.
Dziewczyna przyglądała się zastanej scenie. Włosi nie potrafili żyć bez
chaosu i bliskich relacji. Obserwowała ich. Dotykali się bez przerwy,
klepali po plecach, gestykulowali, śmiali serdecznie, a usta im się nie
zamykały. Praktycznie nie było tu ludzi smutnych czy posępnych. Najwyżej
na jakimś obliczu odmalowywało się znudzenie i poobiednie lenistwo.
- No dobrze, wybrałyśmy się na zwiedzanie Zatybrza. - Agnese wczuła się
w rolę idealnej przewodniczki. - Ten plac i bar biorą nazwę od papieża
Kaliksta I, szesnastego biskupa Rzymu i następcy św. Piotra na początku
trzeciego wieku. Prawdopodobnie był wyzwoleńcem. Jego życiorys jest dość
burzliwy.
Stanęły trochę z boku. Kobieta opowiadała, że św. Kalikst został
wtrącony do więzienia, a potem zesłany na Sardynię do pracy w kopalni,
gdyż wszczął tumult w zatybrzańskiej synagodze. Powrócił do Rzymu
zawezwany przez papieża Zefiryna, który mianował go zarządcą
chrześcijańskiego cmentarza, znanego dziś jako katakumby św. Kaliksta
przy via Appia. Po śmierci Zafiryna wybrano go na tron Piotrowy.
Sprzeciwiał się temu św. Hipolit, uważany za pierwszego antypapieża. Jak
głoszą wczesne legendy chrześcijańskie, Kalikst I zginął śmiercią
męczeńską za panowania cesarza Aleksandra Sewera. Wrzucono go do studni
z żelaznym łańcuchem na szyi. Studnia ta znajdowała się właśnie w tym
małym renesansowym kościele. W VII wieku jego resztki złożono w bazylice
Najświętszej Marii Panny na Zatybrzu23.
- Opowiadam ci o Kalikście, gdyż to barwna postać. Zatybrzanin z krwi i kości. Czasami myślę, że ten zakątek najlepiej charakteryzuje
Trastevere, a św. Kalikst nigdy go nie opuścił. Patrzy z nieba, jak
tutejsi szulerzy grają w karty pod jego kościołem - mówiła ciotka. -
Placu św. Kaliksta nie byłoby bez baru San Calisto. To chyba jeden z najbardziej charakterystycznych barów Rzymu.
Ciotka ujawniła bratanicy dalsze zatybrzańskie sekrety. Przy stoliku w San Calisto można było siedzieć na słońcu, nie płacąc dodatkowo za tę
przyjemność. Oczywiście obowiązywała tu samoobsługa i zakaz narzekania,
że stolik jest brudny. Czasami należało go sobie wytrzeć samemu. Bar był
zawsze pełen ludzi, którzy przesiadywali tu godzinami, więc na miejsce
trzeba było polować, dosiąść się do kogoś lub kogoś podsiąść, co stawało
się przyczynkiem do zadzierzgnięcia znajomości. Bywali tu awangardowi
pisarze, aktorzy, filmowcy, lewicowi intelektualiści, anarchiści,
zatybrzańscy artyści, studenci elitarnego, amerykańskiego Uniwersytetu
Johna Cabota, duchowni po cywilnemu i obcokrajowcy mieszkający na
Zatybrzu. Turyści zaglądali rzadziej, jeżeli już, to koneserzy Rzymu. Tu
zaczynało się i kończyło nocne życie na dzielnicy. Specjalnościami
zakładu było: sgroppino (czysta wódka z lodem cytrynowym), pyszne
caff? affogato (gałka lodów w kawie) oraz kawowa granita i lody
własnej produkcji. Właścicielem był mały, przesympatyczny facet o imieniu Marcello. Bar stał się pulsującym sercem kibiców AS Roma, którzy
świętowali tu sukcesy swojej drużyny. Lokal biorący swoją nazwę od
papieża pojawiał się w kilku filmach. Kręcono tu nawet porno z udziałem
włoskiego króla seksu Rocco Siffrediego.
- Naprawdę? - zapytała Eliza. - I ty też tu przychodzisz?
- Dawniej... To był bar mojej młodości. Czasami do San Calisto
przyprowadzam moich specjalnych gości, którzy chcą poznać prawdziwy
Rzym. Św. Kalikst sprowadza na grzeszną drogę. - Ciotka żartobliwie
pogroziła palcem bratanicy, a potem chwyciła ją za ramiona i obróciła w stronę budynku z ukwieconym balkonem. Wskazując ręką, powiedziała: -
Przyszłyśmy tędy, ulicą św. Franciszka. Ta ulica natomiast to via San
Cosimato. Bierze swoją nazwę z połączenia imion dwóch świętych: Kosmy i Damiana. Ten święty trójkąt to bardzo szczególne miejsce. Wiele się
działo tu zarówno przed narodzeniem Chrystusa, jak i później. Ale o tym
opowiem ci kiedy indziej. Idziemy dalej. Pokażę ci szybciutko
najmniejszy domek Zatybrza, a potem zwiedzimy bazylikę.
Skręciły za barem w prawo i przeszły pod łukiem. Nad uliczką
rozpościerała się winorośl, tworząc kolejne naturalne łuki. Pędy z zieloniutkimi liśćmi uprawiały karkołomną wspinaczkę po szarym murze. W zacienionym zaułku nakryte stoliki lśniły białymi, czystymi obrusami. Na
jednym z nich wystawiono kosz pełen dorodnych borowików. Ich leśna woń
odurzała każdego przechodnia, mieszając się z zapachem krochmalu.
- Jak tu uroczo! - wykrzyknęła Eliza.
- To oczywiście łuk św. Kaliksta, a to restauracja o tej samej nazwie.
Robią tu znakomitą pastę z grzybami leśnymi, a także wyrafinowany
przysmak włoski Mare e monti, czyli "Morze i góry". To pasta z borowikami i owocami morza. Palce lizać. - Ciotka gestykulowała niczym
rasowa Włoszka.
Kilka kroków dalej zatrzymały się przed malusieńkim, żółtym domkiem z wysokimi zewnętrznymi schodami. Prowadziły one na podwyższone piętro,
gdzie znajdowały się malutkie drzwi i niewielkie półkoliste okno, a pomiędzy nimi ołtarz Madonny z Dzieciątkiem w rzeźbionym obramowaniu.
Żółty domeczek przycupnął wśród kamienic wyższych od niego. Rosło przed
nim drzewko oliwne w dużej donicy. Radośnie ćwierkały wróble, które
uwiły sobie gniazdo w jaśminie okalającym schody i wejście. Od
jaśminowej woni aż kręciło w nosie.
- O, jakie cudo! - zachwyciła się nastolatka.
- Zabudowę średniowiecznego Zatybrza stanowiły nieduże domy i wieże
obronne. Uliczki były wąskie i ciemne, a takie wystające schody
stanowiły ochronę przed przejeżdżającymi wozami. W tym domku, pod
schodami znajdowało się pomieszczenie gospodarcze przeznaczone na
stajnię, piekarnię lub magazyn. Na górze natomiast w jednej izbie
mieściła się kuchnia, sypialnia i cała reszta. Ulice nie były jeszcze
wybrukowane. Ludzie grzęźli po kolana w błocie nie tylko po deszczu, ale
także po wylewach Tybru - mówiła Agnese. - Dawniej był to najmniejszy i najuboższy domek Zatybrza24. Dziś to prawdziwy zabytek piękna i poezji.
Kiedy powróciły na plac św. Kaliksta, dziewczyna osłupiała. Przy
karcianym stoliku zatrzymał się dziwaczny człowiek. Mocno opalony,
odziany w krokodylą skórę przepasaną na torsie i zwierzęce futro, które
przywdział jak spódnicę. Na stopach miał skórzane sandały. Kostki i przeguby dłoni zdobiły bransolety z kłów dzikich zwierząt i rzemieni. Na
piersi błyskały kolejne sznury kłów i amulety. Dłuższe włosy zbierała
przepaska z wężowej skóry, z głową kobry. W ręku trzymał kij
przypominający maczugę. Prowadził na smyczy dwa małe pieski chihuahua w kolorze miodowym. Na jego ramieniu siedziało małe zwierzątko - surykatka
lub lemur.
- Uszczypnij mnie, proszę! - zwróciła się do Agnese. - Tu kręcą jakiś
film? Ja śnię? Czy może przeniosłyśmy się w czasie...? Kto to?
Ciotka, która patrzyła w drugą stronę, dopiero teraz dostrzegła
dziwoląga i wcale nie zrobiło to na niej wrażenia.
- To Mauricius! Codziennie chodzi tak po Rzymie. Kiedyś zamieniłam z nim
kilka słów. Chce być wolnym człowiekiem. Gdyby Fellini jeszcze żył, na
pewno zaangażowałby go do filmu.
Eliza była w lekkim szoku. Przeszła zaledwie trzysta metrów i nie minęła
jeszcze pierwsza godzina zwiedzania Rzymu, a już postanowiła, że nie
będzie się już niczemu dziwić, przynajmniej w Wiecznym Mieście.
5. Zatybrze - plac Najświętszej Marii Panny
Pośrodku prostokątnego placu, zamkniętego z czterech stron budynkami,
tronowała fontanna. Duży kielich wyrastał z wielokątnej balustrady
ozdobionej barokowymi muszlami z napisem "SPQR", umieszczonej na
ośmiobocznej platformie tworzącej schody. Siedzieli na nich ludzie,
szukając wytchnienia od prawie letniego upału. Zatybrzańska fontanna
śpiewała im, rosząc ich hojnie kropelkami wody z protomów w kształcie
wilczych głów. Cień monumentalnego, renesansowego pałacu skradał się jak
kot na środek placu. Fasadę budynku zdobiły wielkie drewniane wrota,
okolone boniowaniem z kariatydą. Powyżej znajdował się balkon z reprezentacyjnym oknem, ukoronowany herbem. Dwa górne rzędy okien miały
charakterystyczne kandelabry po bokach framug. Gmach wzbogacały
zadziwiające detale architektoniczne, na które można było patrzeć i patrzeć...
Uwagę przyciągała jednak inna fasada - kościoła zajmującego drugi bok
placu. Nad pięciołukowym portykiem, zwieńczonym balustradą z czterema
posągami, górował lekko wycofany korpus średniowiecznej budowli z tympanonem ozdobionym mozaikami na złotym tle. Mozaiki lśniły jak
drogocenne klejnoty i olśniewały swoim pięknem. Po prawej stronie
wznosiła się czterokondygnacyjna romańska dzwonnica z arkadowymi
triforiami i biforiami oraz olbrzymim, okrągłym zegarem.
Wybiła szesnasta. Kilka uderzeń dzwonów oznajmiło godzinę. Ciotka znowu
zmieniła się w przewodniczkę.
- Znajdujemy się na głównym placu Zatybrza, a przed nami jest bazylika
Najświętszej Marii Panny25. To pierwsza świątynia poświęcona Matce
Bożej i jedno z najstarszych miejsc kultu chrześcijańskiego w Rzymie,
wzniesiona na miejscu starożytnego, pogańskiego budynku zwanego Taberna
Meritoria. Były to koszary dla emerytowanych rzymskich legionistów, w których mogli żyć na starość - mówiła, gdy przystanęły w cieniu. -
Według legendy w tym miejscu z gruntu wytrysnął strumień czarnego oleju
i rozlał się na całą dzielnicę aż po Tyber, spływając obficie do rzeki
przez jeden dzień. Być może była to ropa naftowa, a może błoto, gdyż
Zatybrze znajdowało się na terenach bagnistych. Zinterpretowano to jako
znak przyjścia na świat Zbawiciela i zaczęto czcić to miejsce, nazywane
fons olei, co możemy przetłumaczyć jako "źródło oleju" lub "źródło
oliwy".
Agnese wyjaśniła, że to właśnie papież Kalikst I zwrócił się do cesarza
Septymiusza Sewera o zezwolenie na to, aby tu powstało jedno z pierwszych miejsc kultu chrześcijańskiego. Tutaj, gdzie stoi renesansowy
pałac będący do dziś siedzibą kardynalską, znajdował się skromny dom
Kaliksta. W nim odbywały się spotkania modlitewne chrześcijan. Stąd
zatybrzański biskup Rzymu miał zostać zabrany podczas prześladowań w 222
roku, a potem wrzucony do studni z żelaznym łańcuchem i kamiennym
odważnikiem na szyi. Po śmierci Kaliksta koszary uzyskały status
chrześcijańskiego domu zgromadzeń Titulus Callixti. Pierwszy kościółek
wzniesiono tu już z woli papieża Juliusza I w 340 roku. W VI wieku
świątynię poświęcono Marii. Bazylika została przebudowana sześć wieków
później z woli innego zatybrzańskiego papieża, Innocentego II, przy
wykorzystaniu materiałów pochodzących z term Karakalli26.
- Kardynał Pietro Aldobrandini ufundował rzeźbiony sufit, a papież
Klemens XI w tysiąc siedemset drugim roku kazał architektowi Carlowi
Fontanie zbudować portyk zewnętrzny. Ten sam architekt zajął się
ostateczną przebudową fontanny na placu. - Ciotka uprzedziła Elizę, że
musi opowiedzieć jej te szczegóły tutaj, ponieważ w kościele nie może
mówić dużo i za głośno. - Spójrz, jakie piękne są te mozaiki...
- Fantastyczne!
- Uwielbiam ten kościół, ponieważ jest jak bombonierka. Każdy detal
architektoniczny wykonano z taką perfekcją, że można przyglądać się im
godzinami...
Romańska fasada była podzielona na trzy części. Tympanon zdobił fresk
przedstawiający Chrystusa i archaniołów. Pod spodem znajdowała się
mozaika na złotym tle z karmiącą Madonną na tronie, której po obu
stronach towarzyszyły kobiece postacie niosące lampki oliwne.
- To biblijna przypowieść o Pannach Mądrych i Pannach Głupich -
kontynuowała Agnese. - Pamiętasz słynny cytat ze św. Mateusza? "Lecz o północy rozległo się wołanie: "Pan młody idzie, wyjdźcie mu na
spotkanie!". Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: "Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze
lampy gasną""27.
- Uhm... - westchnęła nastolatka.
Siostra jej ojca miała pamięć słonia. Tak jak on cytowała fragmenty, o których Eliza nawet nie słyszała, domagając się, by ta wiedziała, o co
chodzi.
- Popatrz na dzwonnicę, również tam, na samej górze, jest mała mozaika
Matki Bożej. - Wskazała ręką.
Ruszyły w stronę bazyliki.
Pierwsza niespodzianka czekała Elizę już pod portykiem. W ściany
przedsionka wmurowano fragmenty łacińskich inskrypcji pochodzących z katakumb, rzymskich sarkofagów, antycznych lapid i inne elementy
architektoniczne. Dziewczyna chciała dotknąć tych kamieni, by poczuć
zaklętą w nich historię. Jej uwagę przykuł sarkofag z lwem. Wrota
kościoła otaczały rzeźbione framugi wykonane z niezwykłym kunsztem.
- Och! Ale odlot! - wymknęło jej się, gdy przekroczyły próg bazyliki.
Nie wiedziała, co najpierw podziwiać: złoty, kasetonowy sufit, ogromne
kolumny z granitu czy fantastyczne mozaiki w absydzie, które wabiły z daleka. Zatrzymała się pośrodku kościoła i nieświadomie otworzyła usta z zachwytu, jak małe dziecko.
Sufit był wspaniały. Polichromowane wzory geometryczne i wycięte w drewnie rozety wyglądały jak pudełko na czekoladki. Środek wyznaczał
sześciokąt przedstawiający wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny w otoczeniu aniołków.
- Drewniany strop zaprojektował Domenichino. On jest też autorem
Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. - Ciotka zbliżyła się do
bratanicy i szeptała jej do ucha: - Zwróć uwagę na te kolumny. Jest ich
dwadzieścia dwie. Każda inna. Pochodzą z term Karakalli i liczą sobie
ponad tysiąc osiemset lat. Popatrz na podłogę wykonaną przez Cosmatich.
Były to rodziny rzymskich kamieniarzy, którzy w dwunastym wieku
zasłynęli z układania posadzek, stworzyli niepowtarzalny styl i szkołę.
Dziewczyna nie mogła się napatrzeć. Trójnawowa bazylika wydawała jej się
taka proporcjonalna, bogata, pyszna. Rzeczywiście każda z kolumn różniła
się od innych. Niektóre miały kapitele jońskie, inne korynckie z liśćmi
akantu. Różne abakusy i stylobaty. Były wyniosłe, wytoczone z różowego i szarego granitu.
"Jak oni to robili? Jacy byli zręczni i precyzyjni. Chyba nikt dziś nie
zdołałby wykonać takiej pracy ręcznie" - Eliza pomyślała o artystach z przeszłości, którzy pozostali anonimowi.
Podłoga wyglądała jak wzorzysty dywan. Jej główny motyw stanowiły kręgi
z szarego i kolorowego marmuru, rozchodzące się po całej świątyni jak
kręgi po wodzie. Ciepłe światło sączyło się z okien nawy głównej,
zalewając kościół. Freski pomiędzy oknami przedstawiały świętych i męczenników.
Wielki łuk, wsparty na dwóch imponujących kolumnach z kapitelami
doryckimi, oddzielał nawę główną od prezbiterium. Na jego szczycie
górował okrągły wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem, a po jego bokach
aniołowie i fundator bazyliki.
Podeszły bliżej do ołtarza. Eliza mogła dostrzec więcej szczegółów, w tym roślinny fryz namalowany wewnątrz łuku. Kwiaty i owoce wyglądały jak
prawdziwe.
Również absydę dekorowały drogocenne mozaiki w stylu bizantyjskim.
- W centrum widzimy Matkę Bożą i Chrystusa na tronie - szeptała jej do
ucha ciotka. - Ona zasiada po jego prawicy, a on kładzie jej rękę na
ramieniu na znak wyniesienia jej do godności Bogurodzicy. Po obu
stronach zostali przedstawieni święci. Po prawej Piotr, Korneliusz,
Juliusz i Kalepodiusz. Po lewej papież Innocenty z modelem kościoła w rękach, Wawrzyniec i Kalikst.
Mozaikę absydalną zamykał pas przedstawiający Baranka Bożego i dwanaście
owiec. Baranek symbolizował Chrystusa, a owce jego apostołów. Poniżej
znajdował się cykl ze scenami z życia Marii. Od lewej strony na sześciu
panelach ukazano historie narodzin Marii, zwiastowania, narodzin Jezusa,
pokłonu Trzech Króli, wizyty w świątyni i zaśnięcie Matki Bożej.
- To dzieło Pietra Cavalliniego, jednego z najwybitniejszych rzymskich
artystów z przełomu trzynastego i czternastego wieku. Jego mozaiki
znajdują się także w bazylice św. Pawła za Murami, w bazylice św.
Cecylii, w bazylice Matki Bożej Ołtarza Niebiańskiego, w kościele św.
Jerzego na Velabrum. Cavallini pierwszy w Rzymie zerwał z bizantyjską
hieratycznością, wprowadzając trzeci wymiar. W jego dziełach namalowane
elementy architektoniczne są jak dekoracje towarzyszące aktorom na
scenie. Popatrz na to bogactwo szczegółów i światłocień szat! - Ściszony
głos ciotki wibrował entuzjazmem. Jej pasja zarażała bratanicę.
Nad ołtarzem w absydzie wznosiło się marmurowe cyborium wsparte na
czterech kolumnach z czerwonego porfiru ze złotymi kapitelami. Po prawej
stronie konfesji, pod ołtarzem, wmurowano w podłogę płytę z łacińską
inskrypcją upamiętniającą cud wybicia źródła oliwy. Agnese zwróciła na
nią uwagę i wskazała również napis na suficie, przypominający, że w tym
miejscu mieściła się rzymska taberna.
Kiedy dziewczyna zadarła głowę, by go zobaczyć, spostrzegła na
sklepieniu płaskorzeźbę Matki Boskiej, wprost nad ołtarzem. Wyglądała,
jakby wznosiła się ku niebu, w locie. Nie wiedzieć czemu, przypomniała
jej się siostra zakonna, z którą podróżowała samolotem.
- Pod ołtarzem głównym jest konfesja z relikwiami świętych: Kaliksta,
Korneliusza, Juliusza i Kalepodiusza, które zostały przeniesione w to
miejsce z katakumb pod koniec ósmego wieku - powiedziała Agnese,
wskazując palcem.
Następnie podprowadziła bratanicę do miejsca w prawej nawie, gdzie w niszy zamkniętej kratą wyeksponowano narzędzia męczeństwa Kaliksta:
gruby żelazny łańcuch i wielki kamienny odważnik. Nastolatka przyglądała
się im przez chwilę z przerażeniem28.
Przeszły na drugą stronę kościoła i udały się po schodkach do lewej
kaplicy przy ołtarzu.
- To kaplica Altemps, którą ufundował kardynał Marco Sittico Altemps,
bratanek Piusa IV. Pochodził z potężnego austriackiego rodu, osiadłego w Rzymie. Wybudował pałac na tyłach placu Navona, w którym znajduje się
dziś muzeum z ważnymi zbiorami sztuki. Pochowano go tutaj, w Najświętszej Marii Pannie na Zatybrzu - tłumaczyła ciotka, wskazując
grób kardynała. - W ołtarzu tej kaplicy znajduje się ważna rzymska ikona
acheiropoietos, czyli stworzona w sposób nadprzyrodzony, bez udziału
człowieka. Ma ponad tysiąc pięćset lat.To Matka Boża Łaskawa29.
Obraz pomimo renowacji był bardzo zniszczony. Maria w hieratycznej
pozie, w koronie i bogatych szatach - tych samych, które ma na sobie
cesarzowa Teodora przedstawiona na mozaikach w Rawennie - trzymała
dziecko na kolanach. Towarzyszyły jej dwie postacie, z których jedna
mogła przedstawiać papieża Jana VII pochodzącego ze Wschodu.
- Ikonę Matki Bożej Łaskawej rzymianie czczą w sposób szczególny -
powiedziała Agnese. - Jest dla nich jak wybaczająca matka, gotowa utulić
w żalu strapione dzieci.
Eliza zaintrygowana opowieścią o nadprzyrodzonym wizerunku przybliżyła
się do kraty oddzielającej kaplicę od schodów. Nie udało się jej wiele
zobaczyć. Malowidło na ołtarzu było zbyt zniszczone.
Skierowały się ku wyjściu lewą nawą boczną. Spojrzały jeszcze na pomnik
nagrobny papieża Innocentego II, który został tu przeniesiony z Lateranu, oraz na kaplicę Avila z obrazem św. Hieronima, namalowanym
przez Antonia Gherardiego. Ołtarz był umieszczony w "teatrze
perspektywicznym", zbudowanym z marmurowych kolumn, i wzorował się na
dziełach Berniniego oraz Borrominiego30. Kaplicę wieńczyła
kopuła z czterema aniołami podtrzymującymi latarnię, przez którą wpadało
światło. Elizę zachwyciła też inna kaplica, gdzie na bocznych ścianach
namalowano bogato zdobione tkaniny. Ręka malarza wykazała się takim
mistrzostwem, że aż chciało się dotknąć ciemnej satyny haftowanej
złotem, by sprawdzić, czy to naprawdę tylko malowidło...
Kiedy wyszły przed bazylikę Najświętszej Marii Panny, dziewczyna stanęła
jak wryta.
- Pingwin! - wyszeptała.
- Co? - zapytała zdziwiona Agnese.
- Nic. Wyrwało mi się. Teraz tak się mówi...
Przed bazyliką czekała grupka turystów, a wśród nich siostra zakonna,
która siedziała obok Elizy w samolocie. Słychać było język polski.
Powiedziały więc "Dzień dobry!" na przywitanie.
- Dzień dobry! Szczęść Boże! Cieszę się, że dotarłaś bezpiecznie i znowu
się widzimy - zwróciła się do Elizy kobieta w habicie i z welonem na
głowie. Srebrny krzyż na piersi błyszczał w słońcu. Była młodsza od jej
ciotki. Jej twarz wyglądała jak świeża róża. Workowaty habit ukrywał
sylwetkę. Trudno było określić, czy była szczupła, czy nie. Cienkie
przeguby dłoni i chude kostki wskazywały jednak na to pierwsze.
- A co siostra tu robi? - zapytała Eliza.
- Zwiedzamy bazyliki! Najświętsza Maria Panna na Zatybrzu to jeden z kościołów tytularnych polskich kardynałów Stefana Wyszyńskiego i Józefa
Glempa. Kardynał Stanisław Hozjusz, który był inicjatorem budowy
polskiego kościoła św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Rzymie, jest tu
pochowany. Trzeba odwiedzić jego grób, bo dzięki niemu możemy
przyjeżdżać do Rzymu. - Siostra uśmiechnęła się serdecznie. - Skoro
spotkałyśmy się już pierwszego dnia, to pewnie jeszcze się gdzieś
zobaczymy. Rzym jest mały.
Eliza nie była zachwycona tą perspektywą, ale powiedziała grzecznie:
- Na pewno. Szczęść Boże i miłego dnia!
Kiedy odeszły trochę dalej, zapytała:
- Kim był ten Hozjusz?
- Wielkim człowiekiem. Humanistą, poetą, sekretarzem królewskim Zygmunta
I Starego, dyplomatą, jednym z czołowych przywódców polskiej i europejskiej kontrreformacji. Był ambasadorem Rzeczypospolitej w Państwie Kościelnym. Zagwarantował Polakom ich miejsce w Rzymie. Z jego
inicjatywy zbudowano Kościół Polski. Jego płyta nagrobna została
wmurowana w pobliżu ołtarza po prawej stronie - odpowiedziała Agnese z poczuciem winy, że nie pokazała nagrobka bratanicy. - Masz powód, żeby
wrócić do bazyliki i jej poszukać.
Przeszły pod fontannę i stanęły w cieniu pałacu św. Kaliksta.
- Pozwól, że powiem ci jeszcze dwa słowa o fontannie. Według tradycji to
najstarsza rzymska fontanna, pochodząca z pierwszego wieku naszej ery, z czasów cesarza Oktawiana Augusta. Pierwotnie znajdowała się trochę
dalej, tam gdzie stoi ten szaroniebieski pałac. Pracował przy jej
budowie Donato Bramante, a także Giovanni Lorenzo Bernini, który
przestawił ją na środek placu w tysiąc sześćset pięćdziesiątym ósmym
roku i zasilił wodą pochodzącą z fontanny Paulińskiej na Janikulum. O wspaniałych rzymskich fontannach dowiesz się więcej podczas naszych
kolejnych spacerów. - Ciotka uśmiechnęła się i kontynuowała: - Już w siedemnastym wieku został wydany edykt papieski zakazujący pływania,
kąpania się, prania, mycia naczyń oraz kąpania psów i kotów w fontannach. Jednak nigdy nie był respektowany...31
Agnese wzięła siostrzenicę pod rękę i powiedziała:
- A teraz opowiem ci pewną anegdotę, którą znają tylko prawdziwi
rzymianie.
Stanęły przodem do fasady bazyliki.
- Widzisz te cztery posągi na kolumnadzie portyku? Zapewne już się
domyślasz, że to święci Kalikst, Korneliusz, Juliusz i Kalepodiusz.
Kalikst trzyma się za brzuch, jakby chciał powiedzieć: "Jestem głodny".
Korneliusz wskazuje ręką przed siebie, sugerując: "To chodźmy do
restauracji Sabattini" po drugiej stronie placu. Juliusz wykonuje gest,
jakby chciał się popukać w głowę: "Co ty? Zgłupiałeś? Tam nas oskubią z kasy". Kalepodiusz pokazuje inny kierunek: "Chodźmy jak zawsze do
"chińczyka", przynajmniej się najemy, zapłacimy mało i posiedzimy na
słońcu, patrząc na ten piękny plac"32.
Dziewczyna spojrzała na balustradę. Rzeczywiście święci odgrywali
pantomimę.
- Tam jest chińska restauracja, w której stołują się wszyscy
zatybrzanie. - Ciotka wskazała zaułek, na którego końcu widać było
czerwone drzwi z zawieszonymi nad nimi lampionami. - Nazywa się Ci-Lin,
ale jej właścicielką jest Chinka, która ma na imię Maryja. Więc wszyscy
mówią "chodźmy do Maryi". Podają tam znakomite krewetki z zieloną cebulą
i imbirem.
Eliza uniosła lewą brew. "W Rzymie do Chińczyka?" - pomyślała
sceptycznie.
Obiecała sobie ponownie, że w Wiecznym Mieście już niczemu nie będzie
się dziwić...
6. Zatybrze - plac św. Idziego, ulica Matki Bożej ze Schodów
Przed wyjściem z domu Agnese włożyła granatową, lnianą marynarkę. Nie
zmieniła butów na obcasie. Stąpała w nich po kocich łbach, jakby
płynęła, chybocząc się czasami. Po ekspercku omijała wyrwy w bruku.
Eliza zdążyła wziąć szybki prysznic i przebrać się. Włożyła dżinsową
spódniczkę oraz swoją ulubioną, czarną koszulkę z napisem "PINK FLOYD" i z trójkątem, przez który przechodziła wiązka światła, rozszczepiająca
się w tęczę. Na to zarzuciła jak zwykle białą koszulę. Nie zrezygnowała
ze swoich oryginalnych, czarnych martensów timberek na platformie.
Praktycznie nie rozstawała się z nimi od dnia osiemnastych urodzin,
kiedy to otrzymała je od mamy w prezencie. Nie rozstawała się też ze
swoim plecakiem.
- Dobrze ci w tych włosach. - Ciotka przyglądała się jej z uwagą.
- To najmodniejszy kolor w tym roku. Zrobiłam go sobie zaraz po maturze.
- Eliza była wyraźnie zadowolona.
- A co na to mój brat?
- Powiedział, że woli naturalne blondynki...
Agnese parsknęła śmiechem.
- Z czego się śmiejesz?
- Twoja babcia, a moja mama, też mi kiedyś powiedziała, że "on ożenił
się z Zosią, bo woli naturalne blondynki". - Ciotka zrobiła się znowu
sarkastyczna. - A studia?
- Pewnie jesienią pójdę na uniwerek, na wydział prawa, tak jak chce
ojciec. - Dziewczyna patrzyła pod nogi. - Wszystko zależy jeszcze od
tego, ile punktów będę miała na maturze, no i czy w ogóle ją zdam.
Wyniki dopiero czwartego lipca.
- No przecież wiesz, że zdasz. Wszystko pójdzie dobrze.
- Ty jesteś zawsze taka pewna siebie. Zazdroszczę ci tego...
- To nie tak. Chcę tylko utwierdzić cię w przekonaniu o własnej
wartości.
- Wiesz, że Krzysia, ta, z którą przyjaźnię się od początku liceum,
składa papiery na konserwację i restaurację dzieł sztuki do Krakowa i do
Torunia... Ale tam trzeba przedstawić prace malarskie i jest tylko
dziesięć miejsc... - powiedziała Eliza, jakby przypadkiem.
- Chodziłyście razem na kółko plastyczne do domu kultury. Ty też umiesz
rysować i malować. Widziałam twoje prace. Twoja mama się pochwaliła.
Niektóre są całkiem niezłe.
- Co oni jedzą? - zapytała Eliza, gdy przechodziły obok restauracji.
Przy stolikach siedziało mnóstwo turystów, inni stali w długiej kolejce,
czekając, aż zwolni się miejsce. Obrusy w czerwoną kratkę, pękate
butelki wina, wiklinowe koszyczki z chlebem, a przede wszystkim
aluminiowe patelnie, na których podawano pachnące i jeszcze dymiące
dania, czyniły to miejsce niezwykle atrakcyjnym, przyciągając masę
ludzi.
- Carbonara! - odparła Agnese. - To jedno z najbardziej
charakterystycznych rzymskich dań. Wszyscy bardzo je lubią.
- A jak się je przyrządza?
- W sumie przepis jest bardzo prosty, ale niełatwy w wykonaniu...
Ciotka wyjaśniła, że trudność polega na synchronizacji pomiędzy
ugotowaniem spaghetti a przyrządzeniem sosu. Sos jest przygotowany z dwóch surowych żółtek, które ubija się z rzymskim owczym serem, zwanym
pecorino, pieprzem i solą, rozcieńczając go dwiema lub trzema łyżkami
gotującej się wody. Na patelni, bez dodatkowego tłuszczu, należy
zrumienić boczek pocięty w krótkie paski. Po ugotowaniu i odcedzeniu
spaghetti trzeba je przełożyć do głębokiego półmiska i okrasić
chrupiącym boczkiem oraz tłuszczem, mieszając, a następnie dodać
kremowego sosu jajeczno-serowego.
- Musi być pyszne! - powiedziała bratanica. - Muszę spróbować.
- Na pewno! Carbonara to rzymska specjalność!
Wyszły na mały placyk, z budynkami w barwach ochry, terakoty oraz miodu,
barem i restauracją z ogródkami zadaszonymi przez winorośl oraz
bukszpan. Uliczni artyści rozstawili tu swoje straganiki, sprzedawali
wyroby rzemieślnicze, biżuterię, bibeloty, piękne fotografie. Wszystko
było takie malownicze i takie klimatyczne. Kolory domów, zieleń, kwiaty,
artyści, weseli i zrelaksowani ludzie siedzący przy stolikach. Jakby
młodość i radość życia były tu obowiązkowe.
- To piazza Sant'Egidio. Bierze swoją nazwę od św. Idziego, który w piątym wieku porzucił wszystkie swoje dobra i żył, służąc ubogim oraz
Bogu. Tu ma swoją siedzibę Wspólnota św. Idziego, katolicka świecka
organizacja krzewiąca idę ekumenizmu i niosąca wsparcie rzymskiej
biedocie, migrantom oraz osobom samotnym. To bardzo ważna instytucja,
pomagająca wielu ludziom - tłumaczyła Agnese.
Eliza popatrzyła na wskazany kościółek. Miał tylko jedną kondygnację,
tympanon, dwa olbrzymie pilastry z korynckimi kapitelami po bokach,
jedno wejście i jedno okno. Przed kościołem stała rzeźba przedstawiająca
bezdomnego śpiącego na ławce.
- W tym dużym budynku obok kościoła po lewej stronie, który dawniej był
klasztorem św. Idziego, dziś na parterze mieści się Muzeum Rzymu na
Zatybrzu. Organizują tu interesujące wystawy fotograficzne. Na pierwszym
piętrze można zobaczyć obrazy, rysunki, akwarele i stare zdjęcia
przedstawiające Zatybrze w ubiegłych wiekach. Jest też rekonstrukcja
pokoju poety Trilussy, który tworzył sonety w dialekcie rzymskim. -
Ciotka odwróciła się w drugą stronę. - Natomiast ten piękny
czternastowieczny budynek to pałac Velli. Należał do ważnej rzymskiej
rodziny, z której wywodzili się politycy i szefowie ulic Zatybrza, gdyż
dawniej każda ulica miała swojego nadzorcę, odpowiedzialnego za porządek
i administrację33. Spójrz na ten rudy kolor tynku. Bardzo
rzymski. Można zakochać się w tym kolorze.
Wprawdzie Eliza postanowiła, że w Rzymie nic już jej nie zaskoczy, ale
to, co zobaczyła, wywołało jej wielkie zdziwienie. Nad wąską ulicą,
pomiędzy jednym a drugim budynkiem, rozwieszono sznury, a na nich
suszyło się pranie. Prześcieradła, ręczniki, skarpetki i majtki...
falowały jak latawce na niebie.
- Ojej! Masz rację. Zatybrze to naprawdę małe, prowincjonalne
miasteczko. Ale to urokliwe. Koniecznie muszę zrobić tu zdjęcie. -
Wyciągnęła telefon z plecaczka i pstryknęła fotkę.
Jej uwagę zwrócił też wspaniały ołtarz maryjny namalowany na bocznej
ścianie kościoła. Matka Boska z otwartymi ramionami siedziała na
chmurach wśród cherubinów. Zauważyła, że takie ołtarzyki znajdowały się
na domach i narożnikach ulic, niemal na każdym kroku. Chciała zapytać o to ciotkę, ale znowu coś rozproszyło jej uwagę.
W chłodnym zaułku, zaraz za rozwieszonym praniem, znajdował się malutki
sklepik lutnika, a przed nim stało drewniane krzesło. Na wygodnej
poduszce wylegiwał się gruby, szarobury kocur.
- O rany, ale odlot! - wykrzyknęła dziewczyna i rzuciła się, by
pogłaskać zwierzaka. Zatrzymał ją napis po angielsku: "Proszę nie
dotykaj mnie! Nie jestem zabawką dla turystów. Jestem już bardzo stary,
nie przeszkadzaj mi. To mój dom".
"Hmm... Kot ma rację!" - pomyślała i tylko pstryknęła zdjęcie.
- Jak się nazywa ta uliczka?
- Vicolo del Cedro, czyli zaułek Cedru.
Dotarły na kolejny placyk ze starą zatybrzańską zabudową i uroczymi
tawernami, których stoliki zajmowały jego dużą część. Ciotka wyjaśniła,
że to plac Matki Bożej ze Schodów, którego nazwa bierze się od świętego
obrazu Maryi znajdującego się dawniej pod schodami jednego z domów.
Uboga Kornelia modliła się pod nim każdego dnia o uzdrowienie dziecka
niemego od urodzenia34. Została wysłuchana. Cud zyskał taką
sławę, że pod obraz Matki Bożej ze Schodów przybywały tłumy. Zdecydowano
więc postawić na jego miejscu kościół i przenieść do niego cudowne
malowidło. Świątynię wzniesiono w latach 1593-1624, według projektu
Francesca da Volterry, a jej budowę dokończył Girolamo Rainaldi. Z woli
papieża Klemensa VII została ona powierzona karmelitom bosym.
- Zakonnicy zamówili u Caravaggia obraz przedstawiający śmierć Maryi,
aby umieścić go na jednym z głównych ołtarzy. Michelangelo Merisi był
wtedy najbardziej cenionym i popularnym malarzem w Rzymie. Namalował już
płótna zdobiące kaplicę Contarellich w kościele św. Ludwika Króla
Francji oraz obraz do bazyliki św. Augustyna na Polu Marsowym i Złożenie do grobu przeznaczone pierwotnie dla kościoła Matki Bożej in
Vallicella, a znajdujące się dziś w Muzeach Watykańskich - opowiadała
Agnese, gdy schowały się w cieniu. - Malując zamówiony obraz, Caravaggio
oparł się na apokryficznej opowieści zawartej w Złotej Legendzie. Według
niej w dniu śmierci Marii uczniowie Chrystusa rozproszeni po świecie w cudowny sposób stanęli u jej łoża w Jerozolimie i byli obecni na
pogrzebie. Motyw Złotej Legendy wykorzystał również Dan Brown w swojej
książce Kod Leonarda da Vinci.
- Tak. Chyba wiem, o który obraz chodzi. - Dziewczyna była zafascynowana
tym artystą.
- Scena przedstawia jedenastu apostołów zebranych wokół kobiety w czerwonej szacie, przykrytej brązowym płaszczem i leżącej na łożu. Ma
ona lekko wzdęty brzuch i bose stopy widoczne na pierwszym planie. Obok
niej siedzi skulona, rozpaczająca Maria Magdalena.
- Tak, już wiem...
- Bose stopy symbolizowały karmelitów, a Maria Magdalena niewiasty, nad
którymi roztaczał opiekę kościół Matki Bożej ze Schodów. W jego pobliżu
znajdował się instytut pomagający kobietom upadłym, ubogim i porzuconym.
A jednak zakonnicy odrzucili dzieło w tysiąc sześćset szóstym roku,
uznawszy je za skandaliczne... - kontynuowała ciotka. - Jednym z powodów
było to, że pozowała do niego nierządnica. Była nią Annuccia Bianchini,
jedna z modelek Caravaggia35. Dziewczyna utonęła w Tybrze.
Malarz najprawdopodobniej widział jej spuchnięte zwłoki. Nabrzmiały
brzuch Najświętszej Marii Panny miał symbolizować łaskę boską, w którą
była brzemienna. Cały obraz ma konwencję bardzo ubogą. Scena mogła
wydarzyć się na Zatybrzu, w jednym z domów biedoty, a jej bohaterami
mogli być zatybrzańscy rybacy, portowcy, rzemieślnicy. I najprawdopodobniej właśnie tacy ludzie pozowali Caravaggiowi. Jednak
zdaniem karmelitów jego obraz nazbyt gloryfikował ubóstwo.
- Naprawdę go odrzucili? Czytałam, że kilka jego obrazów zostało
uznanych za kontrowersyjne. Gdzie on teraz jest?
- Zakupił go książę Gonzaga z Mantui, później w jego posiadanie weszli
królowie Anglii i Francji, w końcu trafił do Luwru. Dziś podziwiają go
tam miliony osób, a kościół Matki Bożej ze Schodów stracił okazję, aby
być znanym na całym świecie i odwiedzanym przez tłumy...
Pokonały schodki prowadzące do białej świątyni. Już od wejścia
dziewczynę uderzył jej przepych. Ciężkie barokowe złocenia, pilastry
wykonane techniką "fałszywego marmuru" i przypominające czerwony kamień
z Werony, stiuki, barokowe anioły. Spod łuku oddzielającego główną nawę
od prezbiterium zwisały olbrzymie kryształowe żyrandole z pozłacanymi
kandelabrami. Lewa boczna nawa gościła cudowny obraz Matki Bożej ze
Schodów w bogatej, złotej ramie z aniołami. Malowidło, które zdjęto ze
ściany ubogiego domu, nie pasowało do tego całego przepychu. Miało w sobie coś naiwnego i poetyckiego, jak obrazy Chagala. Matka i dziecko. Z ich słodkich twarzyczek biła prostota oraz takie jakieś zwyczajne
piękno.
Kiedy kierowały się ku wyjściu, ciotka wskazała bratanicy płyty nagrobne
w podłodze z marmurowymi mozaikami, epitafiami i motywem kościotrupów.
Elizie szczególnie spodobała się lapida z uskrzydlonym szkieletem, który
niósł pod pachą olbrzymie epitafium. Zrobiła zdjęcie. Wydawało jej się,
że kościotrup się do niej uśmiechał.
Po wyjściu z kościoła zajrzały jeszcze przez szybę w drzwiach apteki
mieszczącej się w przyległym budynku. Nie można było wejść do środka,
ale ciotka powiedziała, że tu właśnie mieściła się jedna z najstarszych
aptek w Rzymie. Nazywano ją zielarnią. Dawniej wśród renomowanych
specjałów sprzedawano tu wodę przeciwko dżumie i wodę przeciw histerii.
Tę ostatnią stosowano zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie przy
konwulsjach, bólach głowy i serca, a także bólach zębów. Jej wynalazcą
był brat Bazyliusz, którego portret zdobił aptekę. W niewielkim
pomieszczeniu stały szesnastowieczne drewniane regały apteczne i szafki,
a na nich różne dziwne rekwizyty zielarskie, odważniki, wagi, słoje,
figurki święte. Wśród ciekawostek była waza do przechowywania teriaku -
substancji uznawanej przez wieki za wszechstronną odtrutkę oraz lek na
wszelkie dolegliwości. Udoskonalił ją lekarz Nerona - Andromachos z Krety36. Podłogę antycznej zatybrzańskiej apteki zdobiła
geometryczna mozaika, a sufit - fresk z elementami kwiatowymi oraz
kotarą, która spadała ku ziemi niczym prawdziwe zasłony z ciężkiego
materiału.
- Chciałam cię zapytać o te święte kapliczki i obrazy, których jest
bardzo dużo na Zatybrzu. Skąd się wzięły? Jakie funkcje pełnią? Niektóre
są bardzo piękne.
- Włosi nazywają je edicole sante37, ale jak słusznie
zauważyłaś, czasami są to kapliczki, a czasami obrazy ołtarzowe
znajdujące się na ścianach domów, rogach ulic lub na bramach.
Ciotka wyjaśniła również, że niektóre z nich były proste, inne natomiast
bardzo bogate, w ramach z marmuru lub stiuku gipsowego. Większość miała
zadaszenia w formie baldachimu, a dawniej także klęczniki. W Rzymie
takich ołtarzyków ulicznych do dziś pozostało ponad pięćset. Były
dedykowane najczęściej Matce Boskiej, uznawanej za opiekunkę ludzkości.
Można było się tu modlić o łaski osobiste, zdrowie, wstawiennictwo. W minionych wiekach, gdy w mieście nie było elektryczności, ołtarzyki te
stanowiły jedyne miejsca, przy których zawsze paliło się światło lamp
oliwnych, latarni lub pochodni, dlatego też wymagały zadaszenia. W nocy
wyznaczały drogę tym, którzy błąkali się w ciemnościach zaułków, choć
eskapady o tej porze były bardzo niebezpieczne. Czasami wydarzał się
jakiś cud, wtedy obraz uznawano za cudowny i budowano kościół, do
którego go przenoszono, na przykład Matki Bożej ze Schodów.
7. Zatybrze - brama Septymiańska, plac Trilussy, via del Moro, plac św. Apolonii
Dotarły do Porta Settimiana. Przejście obronne przypominające łuk
triumfalny miało otwory strzeleckie i gwelfickie merlony na górze oraz
ołtarz uliczny z zadaszeniem po boku prześwitu bramowego.
Eliza dowiedziała się, że dawniej była to granica miasta i rejonu i tędy
wiodła droga do Watykanu. Brama była bardzo stara. Pod obdartym tynkiem
pokazywała dumnie zszarzałe cegły, zropiałe rany czasu. Nazwę przyjęła
od cesarza Septymiusza Sewera, gdyż stanowiła wejście do łaźni
miejskich38 wzniesionych przez niego na tym obszarze w II
wieku naszej ery. Sto lat później cesarz Aurelian włączył ją do murów
obronnych, otaczając nimi miasto, które rozrosło się w czasach
republikańskich. Były one znacznie bardziej okazałe niż pierwsze mury
Rzymu, wzniesione w IV wieku przed naszą erą przez rzymskiego króla
Serwiusza Tuliusza.
Zatrzymały się na skrzyżowaniu, z którego rozchodziły się cztery ulice.
Ta po prawej nosiła imię św. Doroty, dziewicy i męczennicy z Cezarei.
- Widzisz to okno z gotyckim łukiem na piętrze? - spytała Agnese.
- Tak...
- Według legendy tu mieszkała Margherita Luti, znana jako Fornarina,
czyli Piekareczka. Modelka i ukochana Rafaela Santi39.
- Naprawdę?
- Tam dalej, za bramą Septymiańską, jest willa Farnesina, w której
Rafael namalował swoje słynne freski. Ujrzał dziewczynę w tym oknie, gdy
szedł do pracy. Ona miała wtedy trzynaście lat, on trzydzieści. Stracił
dla niej głowę. Ich miłość trwała aż do jego śmieci. Uwiecznił ją na
słynnym obrazie La Fornarina, znajdującym się dziś w Muzeum Narodowym
Sztuki Dawnej w pałacu Barberinich. W rzeczywistości nie wiemy, czy
Fornarina naprawdę istniała i gdzie mieszkała - tutaj czy na vicolo del
Cedro lub via del Governo Vecchio40. Ja jednak lubię sobie
wyobrażać, jak Rafael idzie tamtą drogą, przechodzi pod bramą i zatrzymuje się w tym miejscu, w którym właśnie stoimy.
- Naprawdę? Rafael stał w tym miejscu? Ależ to niesamowite!
Eliza zrobiła zdjęcie okna z gotyckim łukiem. Poprosiła, żeby ciotka
cyknęła jej fotkę na tle domu. Pomyślała, że jak tylko wrócą, wrzuci ją
na Facebooka i Instagram, i podpisze: "W tym oto miejscu stał wielki
artysta Rafael Santi, pod oknem swojej ukochanej Piekareczki".
Nagle jej telefon zaczął dzwonić. Odebrała.
- Mamo, to ty? Tak, wszystko w porządku, napisałam ci przecież esemesa.
Nie. Nie widziałam jeszcze Koloseum. To znaczy, widziałam, ale tylko z daleka. Rzym jest taki wielki. Właśnie zwiedzamy Zatybrze. Nie
uwierzysz! Stoję pod oknem dziewczyny Rafaela, w tym samym miejscu co on
- prawie krzyczała do telefonu. - Mama chce z tobą porozmawiać. - Po
krótkiej chwili podała ciotce komórkę.
- Cześć, Zosiu! Co słychać? My się świetnie bawimy - mówiła do bratowej
spokojnie. - Tak, bardzo dobrze, że w końcu zgodziliście się na ten
wyjazd Elizy. Zasłużyła na niego.
Rozmowa trwała kilka minut.
- Koniecznie pozdrów mojego brata. I niech się nie martwi. Eliza jest
już dorosła - powiedziała na koniec ciotka.
Ruszyły dalej. Agnese wskazała kościół św. Doroty. Dziewczyna zachwyciła
się wodospadem liści bukszpanu, który spadał z tarasu domu stojącego
naprzeciw, kąpiąc w soczystej zieleni całą fasadę i ulicę i nadając jej
zielonkawą poświatę. Dotarły na piazza di S. Giovanni della Malva. Plac
oraz kościół na nim brały nazwę od kwiatów malwy rosnących tu w starożytności lub od zwrotu Mica Aurea, czyli złoty piasek, jakiego
używano dla określenia tej części Zatybrza. W końcu doszły na plac
Trilussy. Olbrzymia fontanna, stojąca licem do mostu Sykstyńskiego, była
pomyślana jako monumentalny łuk triumfalny z centralną niszą, otoczoną
dwiema kolumnami w stylu jońskim, z zaokrąglonym tympanonem ozdobionym
herbem rodziny Borghese, z orłem i smokiem, oraz z tablicą
upamiętniającą.
- "Paweł V Pont. Max. Wodę, którą z jego wspaniałomyślności poprowadzono
na szczyt Janikulum, sprowadzono na tę stronę Tybru na użytek całego
miasta w roku tysiąc sześćset trzynastym, ósmym jego pontyfikatu" -
przetłumaczyła łaciński napis ciotka i dodała, że fontanna przyjęła
swoją zwyczajową nazwę od mostu Sykstyńskiego.
Pomnik wznosił się na szczycie wysokich schodów. Siedziało na nich już
sporo ludzi. Tu umawiała się rzymska młodzież, by wyruszyć później razem
na Zatybrze. Niektórzy gawędzili w małych grupkach, popijając piwo z butelek i paląc papierosy, inni samotnie czekali na kogoś. Elizie
podobała się ta atmosfera. Też z chęcią posiedziałaby tutaj i z kimś
pogadała.
Na brukowanym skwerze przed fontanną pojawił się człowiek w surducie,
pod muszką i w cylindrze na głowie. Przyjechał na małym, składanym
rowerze. Wyglądał na Hindusa. Jego brązowa twarz lśniła jak masło
orzechowe, a kolorowy, wysoki cylinder opierał się na odstających
uszach. Z dużej torby wyciągnął kilka rekwizytów. Pokazywał proste, ale
zabawne sztuczki. Najpierw jego krawat stawał się nagle sztywny. Później
wkładał rękę do małej gilotyny, która jednak jej nie odcinała, a następnie szyję zamykał w obroży i przeszywał ją szpikulcem. Krzyczał
przy tym donośnie monotonnym głosem: PATRZ! JESTEM MAGIEM!
- Na Zatybrzu nazywają go Mag Patrz - wyjaśniła ciotka, widząc
zainteresowanie bratanicy.
Podeszły do pomnika Trilussy. Leżało przy nim kilka kwiatków i sporo
butelek.
- Oto Carlo Alberto Salustri, znany jako Trilussa, wielki rzymski poeta
tworzący w dialekcie. Żył w latach tysiąc osiemset siedemdziesiąt trzy -
tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt. Pisał humorystyczne utwory krytykujące
władzę, wiersze o historii i obyczajach ludu, sonety oraz baśnie
rzymskie. Używał często przekleństw i wulgaryzmów - przedstawiła
bratanicy słynną zatybrzańską statuę, wyjaśniając, że pseudonim poety
był anagramem jego nazwiska.
Postać zatybrzańskiego wieszcza przybrała nieudolną formę zaśniedziałej
bryły. On sam wyglądał jak brązowy kadłubek, bez nóg, pokrzywiony, z nieproporcjonalnie wielkimi dłońmi, pochylony do przodu. Rzeźba była tak
nieudana, że wieszcz budził litość...
- Cztery lata po śmierci wystawiono mu ten brązowy pomnik. Zamiarem
artysty, Lorenza Ferri, było przedstawienie mistrza w chwili, gdy ten
deklamuje swoje sonety oparty o fragment antycznego muru z kolumną... Z zamiaru wyszła jednak makabreska. - Ciotka przyglądała się rzeźbie z politowaniem. - Jeden z przyjaciół poety napisał wtedy wiersz, który
brzmi mniej więcej tak: "Kto cię tak wykrzywił? /Ty, który za życia
byłeś monumentem /na monumencie wyglądasz jak nieszczęście /Ty, który
byłeś piękny za życia, teraz straszysz... /Gdybyś się widział (...) Ma
szczęście ten, który zrobił cię bez nóg /bo kto wie, ile byś mu
nakopał"41.
- Nie dziwię się! Też bym nakopała, gdyby mnie tak ktoś urządził po
śmierci. - Nastolatka spojrzała ze współczuciem na posąg.
Ruszyły w kierunku via del Moro. Elizie podobały się sklepiki i puby.
Szły zygzakiem i zatrzymywały się przed witrynami, by popatrzeć na
malowane ręcznie tenisówki, buty i torebki ze skóry. Nad jednym z barów
na rogu wisiał duży, stary szyld z napisami: "ANTICO CAFF? DEL MORO" na
górze, a na dole "FERNET BRANCA". Malunek w środku przedstawiał
żołnierzy w dziwnych kapeluszach z piórami na głowie i z butelką w ręku,
podających kieliszek ciemnoskórym kobietom42.
- Niektórzy myślą, że nazwa ulicy bierze się właśnie od tej
osiemnastowiecznej kafeterii i tej stylowej reklamy - tłumaczyła krewna.
- W rzeczywistości jednak to lokale brały nazwy od ulic. Był to ciemny
zaułek, w którym snuły się typy spod ciemnej gwiazdy. Tu na początku
ubiegłego wieku został zamordowany rzymski rozrabiaka Romeo Ottaviani, a na kanwie historii kryminalnej powstała sztuka, która rozsławiła ulicę.
Zawitały jeszcze na uroczy placyk w samym sercu Zatybrza - piazza de'
Renzi. Stare, krzepkie magnolie rosnące pośrodku były jak spiżowe
posągi. Czarną zieleń mięsistych liści przystroiły białymi kwiatami. Ich
woń kładła się na włosach jak perfumy. Ciotka opowiedziała, że dawniej,
zanim zbudowano wały rzeczne, tu, na tym placu, na miejscu samochodów
zaparkowanych w cieniu drzew cumowano łódki rybackie, gdyż Tyber
rozlewał się tak szeroko.
Doszły wreszcie do placu św. Apolonii. Agnese wskazała budynek po lewej.
- Tutaj dawniej stał kościół św. Apolonii zburzony w osiemnastym wieku.
Zastąpił go nowy, pod wezwaniem św. Małgorzaty. Tu mieścił się klasztor
franciszkanek, w którym po nagłej śmierci Rafaela schroniła się jego
ukochana Fornarina. Zmarła z rozpaczy dwa lata po nim. Św. Apolonia jest
patronką dentystów. Zginęła śmiercią męczeńską w podeszłym wieku.
Podczas tortur zmiażdżono jej szczęki i wybito wszystkie zęby, a następnie spalono ją na stosie43.
Elizę przeszedł dreszcz.
Po drugiej stronie placu ciotka wskazała Teatr Belli, na którego deskach
od wieków występowali najlepsi włoscy aktorzy.
- Na początku ubiegłego stulecia przemieniono go w pierwsze włoskie kino
o nazwie Amore, czyli Miłość - powiedziała i odwracając się w drugą
stronę, dodała: - A to pałac Pizzarinich, z imponującym wejściem, nad
którym góruje królewski orzeł. Tutaj znajdował się dom dobroczynności,
jeden z wielu instytutów, w którym goszczono stare panny do osiemnastego
roku życia44.
- Jak to stare panny do osiemnastego roku życia?
- Dawniej osiemnastki były już starymi pannami. Nawet bardzo starymi,
gdyż dziewczęta wydawano za mąż w wieku lat trzynastu. Dlatego
poradziłam ci, abyś na wszelki wypadek pomodliła się do św. Pascala
Baylóna.
Ciotka po mistrzowsku przemieniała się z jędzy w anioła i z anioła w jędzę.
Eliza odwróciła głowę w prawo. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wróciły
na plac Najświętszej Marii Panny i w jego głębi błyszczały złote mozaiki
bazyliki. Ucieszyła się, że coś wydawało jej się już znajome, było
rozpoznawalne. To znak, że powoli zaczęła zadamawiać się w Rzymie.
Na chwilę weszły z powrotem na plac, gdyż przed fontanną zrobiło się
duże zbiegowisko. Ludzie stali w kręgu, zasłaniając widoczność. Ze
środka dobiegała rytmiczna muzyka, a później gromkie wybuchy śmiechu i oklaski. Zaciekawiona nastolatka podeszła bliżej. Dwóch mimów zabawiało
dzieci i dorosłych. W pasiastych koszulkach i opadających portkach, z twarzą wymazaną białą kredą oraz czerwoną piłką na nosie, kołysali
biodrami i podskakiwali jak marionetki. Gawiedź, niczym kury, obsiadła
schody fontanny. Patrzyli, gadali, pili, jedli lody, czekali na kogoś
lub na coś, ciesząc się lekkim wietrzykiem przynoszącym ulgę po gorącym
dniu. Zatybrze przygotowywało się do nocnego życia...
- Chodź. Idziemy dalej. Mamy jeszcze dużo do zobaczenia, zanim zasłużysz
sobie na kolację... - Agnese pociągnęła bratanicę za rękę.
8. Zatybrze - via della Lungaretta, kościół św. Agaty, most Sykstyński
Z placu Najświętszej Marii Panny prowadziła długa, prosta via della
Lungaretta45. Turyści ochrzcili ją mianem "ulicy tysiąca
knajp". Odpowiadała starożytnemu traktowi z II wieku przed naszą erą,
zwanemu drogą Aureliańską, która od mostu Emiliusza wspinała się na
Janikulum i przez bramę Aureliańską kierowała na północny zachód
imperium rzymskiego. Później, gdy Zatybrze stało się dzielnicą Rzymu,
nazywano ją Transtiberina. Słowo lungaretta było zdrobnieniem od
lungara, czyli od nazwy via della Lungara, ulicy, która za bramą
Septymiańską prowadziła do Watykanu. Tamta mierzyła równy kilometr, ta
natomiast siedemset metrów.
- Co oni piją? - Elizę zaintrygował pomarańczowy napój podawany w kielichu, z lodem, kawałkiem pomarańczy i oliwką. Delektowała się nim
zakochana para siedząca przy stoliku jednej z restauracji. Sączyli przez
słomkę złocisty nektar i zajadali różne pyszności ułożone na dużej
drewnianej desce. Wyglądali tak romantycznie. Ona w słomkowym kapeluszu
i w zwiewnej, kwiecistej sukni, on w białej koszuli z lnu.
Agnese spojrzała w ich kierunku.
- Spritz!
- Czyli?
- Obecnie to już włoski aperitif narodowy, a nawet międzynarodowy. Po
polsku nazywamy to "szprycer" od spritzen, czyli pryskać. Wywodzi się
z Wenecji Euganejskiej, gdzie podczas panowania Habsburgów oficerowie
austriaccy nieprzyzwyczajeni do picia mocnego włoskiego wina kazali je
rozcieńczać wodą sodową. Z czasem zaczęto dodawać wermut lub gorzkawy
likier. Przepisów jest kilka. Można mieszać wino lub prosecco, wodę
sodową oraz campari, aperol, select, martini lub cynar - wytłumaczyła
ciotka. - To wspaniały, stosunkowo słaby i orzeźwiający trunek, którym
rozpoczyna się posiłek. Coś w sam raz dla ciebie.
Eliza zgodziła się z nią w pełni. To było coś dla niej. Już sobie
wyobrażała, że jest na romantycznej randce z jakimś przystojnym Włochem,
na głowie ma słomkowy kapelusz, a w ręku spritza. Rozmarzyła się przez
moment.
Podobała się jej ta uliczka i knajpki na niej. Warkocze czerwonych
papryczek i fiasca wina bujały się pod sufitem w jednym z lokali i okalały wejście. Zadziwiała ją pomysłowość Włochów. Kwietniki zrobiono z drewnianych skrzynek. Konewki i butelki wykorzystano jako donice. Stare
rowery, motorynki i samochody posłużyły jako rekwizyty, by przyciągać
uwagę turystów. Wszystko było tu takie artystyczne, ale w sumie bardzo
proste. "Jak zrobić coś z niczego. Na tym chyba polega włoski geniusz" -
pomyślała.
Rzym był miastem, które żyło z turystów, musiało więc ich wabić, kusić
nieustannie, mamić, olśniewać, czarować, budząc ich pożądanie i podziw.
"Patrz na mnie, mów mi, jaka jestem piękna, kochaj mnie... i płać" - z każdego rogu i zaułka wołała próżna Roma.
Doszły na plac, na którym rósł stary platan z rozłożystą koroną i cętkowaną korą pnia. Ciotka wskazała przybytek z romańską dzwonnicą,
stojący do nich bokiem. Wyjaśniła, że to druga zatybrzańska bazylika,
tym razem pod wezwaniem św. Chryzogona. Był on pogańskim kapłanem, który
nawrócił się na chrześcijaństwo i za to, podczas prześladowań
Dioklecjana, został zesłany do Akwilei, gdzie poniósł męczeńską śmierć.
W tym miejscu znajdował się jego dom, przekształcony później w pierwszy
kościół i przebudowywany wielokrotnie na przestrzeni stuleci. Również do
budowy tej bazyliki wykorzystano antyczne kolumny zabrane ze
starożytnych ruin.
Na placu stała mała fontanna uliczna w kształcie cylindra, z kapeluszem
i rurką, z której woda ciekła ciurkiem. Z profilu wyglądała, jakby miała
nos. Kryształowa woda spływała wartką strużką wprost do kanału z kratką
umieszczonego na poziomie bruku.
- Rzymianie nazywają je nasoni, czyli "nochale", właśnie ze względu na
ich profil - wyjaśniła krewna. - Zostały ustawione po zjednoczeniu Włoch
przez pierwszego burmistrza Rzymu, Luigiego Piancianiego. Od razu
zyskały duże powodzenie. Do dziś na terenie całego miasta znajduje się
blisko dwa i pół tysiąca takich fontann, z których bije darmowa pitna
woda. A teraz pokażę ci, jak się ją pije...
W zakrzywionej rurce przypominającej nos były dwie dziurki, jedna na
wylocie, druga na zakrzywieniu metalowego kolanka. Agnese schyliła się i kciukiem zatkała dolny otwór. Woda pod ciśnieniem trysnęła dużym łukiem
z górnej dziurki prosto w jej otwarte usta.
- Ha! Ha! - roześmiała się bratanica. - Świetny pomysł. Też chcę
spróbować!
Podeszła do nochala i próbowała naśladować ciotkę. Nie poszło jej to tak
zgrabnie za pierwszym razem. Nie trafiła prosto do ust. Polało jej się
po brodzie, koszuli i butach. Ale nie miało to znaczenia. Chłodna i smaczna woda orzeźwiała. Picie z fontanny ulicznej było fantastyczną
zabawą.
- Rzymianie nazywają ją "wodą burmistrza", gdyż można czerpać ją
nieodpłatnie. To olbrzymi przywilej w dzisiejszych czasach, gdy
niektórzy na świecie wcale nie mają wody, a my musimy płacić słono za tę
w butelkach. - Agnese patrzyła na krople odbijające się od bruku i rozlewające w mokrą plamę dookoła ulicznego źródła. To marnotrawstwo
czasami ją raziło, ale doceniała ten bezcenny skarb.
Eliza spróbowała raz jeszcze napić się z nochala. Tym razem się udało.
Rzymska woda była naprawdę smaczna.
- Zajrzymy do św. Agaty. To bardzo ważny kościół dla zatybrzan. - Ciotka
odwróciła się w drugą stronę, wskazując na późnobarokową fasadę
charakteryzującą się miękkimi, falującymi liniami. Weszły do środka.
Jednonawowe wnętrze z trzema kaplicami wzdłuż każdego boku przykrywało
kolebkowe sklepienie z lunetami. Sączyły się przez nie wąskie strumienie
słońca. Panował tu wilgotny chłód. Marmurowa posadzka przypominała
biało-szarą planszę do gry w warcaby. Ołtarz główny zdobił duży obraz w prostej, złotej ramie, przedstawiający męczeństwo św. Agaty. Po lewej
stał posąg Matki Bożej, naturalnej wielkości, z rozpostartymi ramionami.
Podeszły, by przyjrzeć mu się z bliska. Piękne, smukłe dłonie jakby
zatrzymały się w ruchu. Najbardziej zdumiewające były jednak bogate
szaty uszyte z drogocennych materiałów. Madonna wyglądała jak
księżniczka z bajki lub jak jakaś wielka królowa. Złota korona zdobiła
jej skroń, a długi, niebieski welon spływał aż do ziemi.
W pierwszych ławkach kilkoro ludzi modliło się żarliwie. Na ich ustach
zamierał cichy szept, litościwe błaganie, prośby o wsparcie,
niewypłakane żale.
- To opiekunka Zatybrza, zwana oficjalnie Matką Boską Rzeczną, ale także
Madonną Zatybrzańską, Madonną z góry Karmel, Madonną Karminową, a przede
wszystkim Naszą Madonną - szeptała ciotka. - W Polsce znamy ją jako
Matkę Bożą Szkaplerzną. To patronka zakonu karmelitów. Pierwszymi
karmelitami byli średniowieczni pustelnicy mieszkający na górze Karmel w Ziemi Świętej. Kult tej Madonny jest związany z objawieniem Szymonowi
Stockowi, generałowi zakonu, do którego doszło w nocy z piętnastego na
szesnastego lipca tysiąc dwieście pięćdziesiątego pierwszego roku. Wtedy
Matka Boża wskazała mu szkaplerz, który poleciła nosić, aby chronił go
od ognia piekielnego46. Od trzynastego wieku kult ten
rozpowszechnił się w całym Kościele katolickim i powstały bractwa
szkaplerzne.
- A co to jest szkaplerz? - Eliza zapytała szeptem.
- To wierzchnia część habitu w postaci szerokiego płata materiału z otworem na głowę, używana w niektórych zakonach. Ich kolor informuje o przynależności do danego bractwa. Karmelici noszą brązowy.
Nagle ktoś z pierwszych rzędów ławek chrząknął donośnie za ich plecami,
dając znak, że przeszkadzają w modlitwie.
Przesunęły się w kierunku kaplic bocznych, a potem ruszyły do wyjścia.
Po drodze podziwiały inne wspaniałe suknie Madonny Karminowej
umieszczone w gablotach.
- W każdą pierwszą sobotę po szesnastym lipca na Zatybrzu jest
obchodzona Festa de' noantri, czyli Nasze Święto - opowiadała Agnese,
gdy wyszły na zewnątrz. - Madonna Zatybrzańska wyrusza z kościoła św.
Agaty w niezwykłą procesję po dzielnicy. Jest niesiona na ramionach
mężczyzn w specjalnej lektyce z baldachimem. W procesji idą dzieci w komunijnych strojach, orkiestra wojskowa, biskup z monstrancją,
duchowni, przedstawiciele władz i cała ludność Zatybrza. Posąg jest
ubierany we wspaniałe szaty pochodzące z różnych epok47.
- A skąd nazwa Matka Boska Rzeczna? - Elizę zaciekawiły te zwyczaje.
- Właśnie miałam ci opowiedzieć...
Ciotka wyjaśniła słowem wstępu, że w 1535 roku dwaj żeglarze pochodzący
z Korsyki i należący do zatybrzańskiego bractwa Compagnia dei
Vascellari wyłowili w delcie Tybru, nieopodal Ostii, skrzynię z rzeźbą
Madonny wykonaną z drzewa cedrowego i podarowali ją bazylice św.
Chryzogona. Posąg zastąpiono jednak w ubiegłym stuleciu i wyrzeźbili go
dwaj rzemieślnicy, bracia Fascina. Procesja przez Zatybrze odbywała się
więc od pięciu wieków. Nasze Święto ustanowiono natomiast w okresie
faszyzmu.
- Podczas zatybrzańskiego festynu świętuje się na ulicach. Tradycja
obchodów jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, a także wszystkie czynności z nim związane, jak przygotowanie i noszenie
lektyki Matki Bożej, strojenie kościołów i ulic - mówiła Agnese, gdy
ruszyły w stronę Tybru wzdłuż viale di Trastevere, dużej, ruchliwej
ulicy przecinającej Zatybrze na dwie części, której środkiem jeździł
tramwaj. - W ostatnią niedzielę lipca odbywa się natomiast procesja
rzeczna. Figura Matki Boskiej jest przewożona w pobliże mostu św. Anioła
i zostaje przeniesiona na łódź policyjną, która transportuje ją aż na
wysokość Wyspy Tyberyjskiej w asyście innych łódek płynących z tyłu. To
bardzo teatralne i fotogeniczne wydarzenie48.
- Naprawdę? - Nastolatce zaświeciły się szaroniebieskie oczy. - To musi
być niezłe widowisko.
Eliza już żałowała, że nie może tego zobaczyć. Pomyślała, że to pierwszy
powód, dla którego wróci jeszcze do Rzymu.
- Chcesz lody? - zapytała ciotka.
- Uhm! Czemu nie? - Bratanica nigdy nie odmawiała.
Weszły do małej lodziarni z białymi regałami i przeszkloną lodówką, z metalowymi studzienkami z różnymi smakami lodów. Nastolatka wybrała
klasykę: stracciatella, czekolada i pistacja, z dużą ilością bitej
śmietany.
- Pychota! - Oblizywała łakomie kąciki ust.
- O lodach opowiem przy okazji, najpierw coś ci pokażę...
Przeszły na drugą stronę szerokiej, ruchliwej ulicy, gdy wszystkie
samochody zatrzymało wreszcie czerwone światło. Stanęły, tarasując pasy
dla pieszych.
"Jak oni jeżdżą? Kto im dał prawko?" - pomyślała dziewczyna.
Nie miała jednak zbyt wiele czasu na rozważania dotyczące rzymskiego
ruchu drogowego, gdyż znalazły się nad Tybrem i jej oczom ukazało się
coś nieoczekiwanego.
- Ach! Przecież to widok, który masz u siebie na okładce Facebooka! -
wykrzyknęła. - Patrzyłam na to twoje zdjęcie, marząc o przyjeździe do
Rzymu...
Ujęty w rzeźbione ramy gibkich gałęzi platanu, na tle zielonkawej tafli
rzeki, wznosił się dostojny garb historii - most z trawertynu, z czterema arkadami i okrągłym otworem pośrodku, a za nim, w oddali, na
tle błękitnego nieba, w całym swoim majestacie jawiła się kopuła
bazyliki św. Piotra.
Eliza wyciągnęła telefon i zrobiła zdjęcie. Obejrzała je od razu.
Wyglądało jak akwarela.
- To most Sykstyński49, widziałyśmy go z placu Trilussy.
Został odbudowany z woli papieża Sykstusa IV, z okazji Roku Świętego
tysiąc czterysta siedemdziesiątego piątego, który to zadanie powierzył
architektowi Baccio Pontellemu, pozwalając mu wykorzystać budulec z Koloseum. Wówczas, podczas Roku Jubileuszowego, pielgrzymi poruszali się
tylko w ruchu jednostronnym. Podążali do Watykanu przez most św. Anioła
i wracali tym mostem, który jeszcze wtedy nie miał nazwy - opowiadała
Agnese, gdy oparły się wygodnie o murek.
Eliza dowiedziała się, że to Sykstusowi IV zawdzięcza się budowę kaplicy
Sykstyńskiej, a także mecenat artystyczny, dzięki któremu do Rzymu
przybyli najwybitniejsi artyści, aby ją udekorować. Na jego dworze było
wielu humanistów, a on sam chętnie kolekcjonował manuskrypty. Przed jego
pontyfikatem Rzym był zrujnowanym, wyludnionym, średniowiecznym grodem,
któremu daleko było do blasków i splendoru starożytnej przeszłości.
Podczas jego rządów stolica wzbogaciła się o nowe kościoły, zyskała
uporządkowane, szersze ulice, ważny szpital Ducha Świętego, odnowiono
akwedukty i miejskie mury, wybrukowano pierwsze ulice kamieniami zwanymi
sanpietrini. Biorą one nazwę od San Pietro. Wprawdzie della Rovere
pozyskiwał środki finansowe skutecznie, aczkolwiek kontrowersyjnie,
między innymi poprzez symonię, wojny i nepotyzm, przeszedł jednak do
historii jako jeden z "wielkich" papieży. Podobno kazał wybudować most,
gdyż jako kardynał mieszkał po drugiej stronie rzeki i za każdym razem,
kiedy zmierzał do Watykanu, musiał pokonywać długą drogę, przechodząc
przez most św. Anioła. Wtedy w Rzymie działały tylko dwa mosty: św.
Anioła i na Wyspie Tyberyjskiej. Wcześniej stał tu antyczny most zwany
Pons Aurelius lub Pons Antoninus, wzniesiony w III wieku naszej ery
prawdopodobnie przez Karakallę. Przed nim zaś musiała istnieć jeszcze
inna struktura, którą zbudował Marek Wipsaniusz Agrypa, wódz, przyjaciel
i zięć cesarza Oktawiana Augusta, prowadząca do augustiańskiej naumachii
na Zatybrzu. Pons Aurelius został poważnie uszkodzony podczas powodzi w 590 roku, a dwieście lat później prawie kompletnie zniszczony. Odbudował
go wreszcie Sykstus IV i prace trwały kilka lat. Ozdobiono go herbami
papieskimi oraz pamiątkową tablicą, której treść napisał bibliotekarz
papieski Bartolomeo Platina, zapraszającą przechodniów do modlitwy,
która na pewno zostanie wysłuchana: "Ty, który przechodzisz tędy dzięki
dobroduszności Sykstusa IV, proś Bożą Opatrzność, aby zachowała tego
wspaniałego i największego Papieża przez długi czas i w dobrym zdrowiu,
a także ty, który wznosisz tę modlitwę, bądź zdrowy, kimkolwiek
jesteś"50.
- Dawniej nie było wałów rzecznych. Wybudowano je dopiero po wielkiej
powodzi, kiedy to dwudziestego ósmego grudnia tysiąc osiemset
siedemdziesiątego roku stan wody w Tybrze przekroczył siedemnaście
metrów. Powodzie w Rzymie były częste, Tyber rozlewał się bardzo szeroko
i niszczył domy oraz zabytki. - Ciotka oparła brodę na ręce i zapatrzyła
się przed siebie. - Jak widzisz, most Sykstyński składa się z czterech
przęseł pokrytych trawertynem i ma okrągły otwór w środku głównego
wspornika, zwany occhialone, czyli wielkim okiem. Pełnił on dwie
funkcje. Pozwalał przede wszystkim obniżyć napór wody na strukturę, bo
dziura ta nie jest wcale taka mała, jak nam się wydaje z tej odległości.
Jeżeli natomiast woda zakryła go kompletnie, był to znak, że zbliżała
się straszna powódź i należało uciekać. - Wskazując ręką, dodała: - A ten most, po którym jedzie tramwaj, to most Garibaldiego, łączy Zatybrze
z resztą miasta. Przejdźmy tam.
Na moście Garibaldiego turyści robili sobie zdjęcia z kopułą bazyliki
św. Piotra w tle. Eliza poprosiła, aby ciotka też pstryknęła jej fotkę w tym miejscu.
Nastolatka popatrzyła w dół. Wzdłuż rzeki, na jej wyasfaltowanych
nabrzeżach, otoczonych przez wysoki betonowy wał, stały namioty
restauracyjne, barowe i sklepowe. Małe lokale z ogródkami przylegającymi
do rzeki, przytulnymi i klimatycznymi, w których można było spędzić
upalny wieczór, ciesząc się orzeźwiającą bryzą powiewającą od Tybru,
wabiły wszystkich. Po nadbrzeżu spacerowali ludzie, a w knajpkach wrzały
przygotowania. Rozstawiano lampiony i świeczki, które miały rozświetlić
czerwcową rzymską noc. Jaka tam panowała atmosfera! Eliza była nią
zauroczona.
- Co tam się odjaniepawla51? - zapytała.
- Słucham? - zdziwiła się ciotka.
- Chciałam powiedzieć: co tam się dzieje? Przepraszam. Zapominam, że nie
znasz polskiej nowomowy - zażartowała dziewczyna.
- To coroczny letni festiwal Estate Romana, czyli Rzymskie Lato.
- Przyjdziemy tutaj? - bratanica nie odpuszczała.
- Tak. Przejdziemy się, ale nie dziś - odpowiedziała ciotka wymijająco i już ciągnęła młodą w dalszą drogę.
Eliza z żalem oderwała się od balustrady. Przeszły na drugą stronę
ulicy.
- Widzisz, to jest Wyspa Tyberyjska. Ale zwiedzimy ją innego dnia...
9. Zatybrze - via della Lungaretta, plac in Piscinula, zaułek Atlety, dom św. Franciszki Rzymianki, plac Kupców
Pan w cylindrze, długim płaszczu i obcisłym surducie, wsparty niedbale
na hebanowej lasce, Elizie wydał się melancholijny. Sterczał samotnie
przy skrzyżowaniu, wbijając wzrok w ziemię. Stanąwszy pod białym
pomnikiem po drugiej stronie ulicy, przyglądały mu się.
- To Giuseppe Gioacchino Belli, rzymski poeta piszący gwarą ludową,
zwaną romanesco - przedstawiła ciotka jegomościa wykutego w trawertynie. - Stworzył ponad dwa tysiące niesamowitych sonetów
obrazujących życie prostego ludu. Co prawda nie mieszkał nigdy na
Zatybrzu, ale uznano, że jest najbardziej reprezentacyjnym wieszczem
ludowym i wita wszystkich w tej popularnej dzielnicy.
Belli opierał się o balustradę mostu Fabrycjusza, tuż obok czterogłowej
hermy symbolizującej boga Janusa. Podstawę pomnika zdobiły dwie
płaskorzeźby. Z jednej strony personifikacja Tybru, a z drugiej - tak
zwany mówiący posąg Pasquina, otoczony ludźmi. Napis na pomniku głosił:
"Swojemu poecie G.G. Belli, rzymski lud". Po bokach dwie bliźniacze
fontanny tryskały strużkami wody z ust maszkaronów symbolizujących
Poezję i Satyrę.
- Spójrz na prawą dłoń poety. Jest złożona w "O". Ten gest po rzymsku to
zaproszenie, by twój dyskutant udał się do wszystkich diabłów. Laska,
którą trzyma w lewym ręku, to metalowy kij pomalowany na czarno,
naśladujący heban. Zastąpił wiele drewnianych oryginałów, które
kilkakrotnie skradziono52. - Agnese położyła rękę na biodrze,
niemal jak rzeźba.
- Czyli jak pokażę takie kółeczko, to w rzymskim dialekcie migowym
oznacza: "Czy chcesz zobaczyć, gdzie mam tasiemca...?" - Eliza wychwyciła
sedno całej opowieści.
Ciotka aż zamrugała. Gdy ochłonęła z wrażenia, spojrzała z zaciekawieniem na bratanicę i dodała:
- Jeszcze taka polska ciekawostka. Belli był przez rok na służbie u księcia Stanisława Poniatowskiego, wnuka ostatniego króla Polski, gdy
ten osiadł w Rzymie. Niestety wszedł w konflikt z jego kochanką,
szewcową Cassandrą Luci, i musiał odejść. Była to kobieta z niezwykłym
temperamentem. Uwiodła Poniatowskiego i dała mu piątkę nieślubnych
dzieci. On tak szalał za Cassandrą, że wyprowadził się z Państwa
Kościelnego do Wielkiego Księstwa Toskanii, gdzie wziął z nią ślub.
Kilka kroków dalej przed Elizą wyrosła wysoka średniowieczna wieża, z malutkimi okienkami. Naszpikowana merlonami sterczała dumie niczym
drapacz chmur. Stanowiła część większego kompleksu zabudowań
przypominających niewielką twierdzę z arkadowym dziedzińcem.
- To wieża rodu Anguillara z dwunastego wieku. Jedyna zatybrzańska
wieża, która ostała się do dziś. Pomyśl, że w średniowieczu tak
wyglądało całe Zatybrze, jak zresztą wiele włoskich miast. To był las
wież. - Ciotka zadarła głowę. - Most Garibaldiego został zbudowany
dopiero w tysiąc osiemset osiemdziesiątym ósmym roku. Wcześniej
nadbrzeże Tybru było usiane małymi, ubogimi domkami.
Ciotka dodała, że kompleks zabudowań wyrosłych wokół wieży i tworzący
wraz z nią rodzaj małej twierdzy zmieniał właścicieli na przestrzeni
wieków. W końcu przejął go Urząd Miasta Rzymu i odnowił, a od 1921 roku
mieści się tu dom Dantego, poświęcony pamięci największego włoskiego
poety Dantego Alighieri, twórcy Boskiej komedii53.
Skręciły za rogiem w lewo i znów znalazły się na via della Lungaretta,
po drugiej stronie Zatybrza. Mijały kolejne knajpki i restauracyjki
wabiące wystrojem i scenograficznym przedstawieniem menu. Dziewczyna
podziwiała ładne, stare domy skąpane w zieleni pnączy wijących się po
murach. Dostrzegała małe maryjne ołtarzyki na fasadach.
Kiedy doszły do via della Luce, Agnese wytłumaczyła, że nazwa ulica
Światła przyjęła się od cudu, który miał tu miejsce. W tym właśnie
miejscu Matka Boska ukazała się niewidomemu żebrakowi idącemu z portu.
Odzyskawszy wzrok, krzyknął: "Światło!". Po tym wydarzeniu zarówno
pobliskiemu kościołowi, jak i ulicy nadano tę nazwę54.
- Spójrz na tę tablicę. - Agnese wskazała marmurową płytę wmurowaną w ścianę i przetłumaczyła napis: - "Nakaz Panów Illmo i Remo, nadzorców
ulic. Zabrania się wyrzucania i pozostawiania w tym miejscu śmieci.
Tworzenie wysypisk będzie karane chłostą dziesięciu batów i innymi
karami cielesnymi". Niestety śmieci były zawsze problemem Rzymu...
Pod tablicą właśnie leżała ich spora sterta.
Dotarły na piazza in Piscinula55. Ten rozległy i malowniczy
plac w pobliżu Tybru brał nazwę od słowa "basenik", gdyż tu w starożytności znajdowały się termy.
- Spójrz na ten czternastowieczny budynek przed nami. To domy Matteich,
pierwsza siedziba jednego z najstarszych patrycjuszowskich rodów Rzymu
na usługach papieży. - Ciotka wskazała ręką okazałą budowlę. - W tysiąc
pięćset pięćdziesiątym piątym roku doszło tu podczas wesela do rodowej
tragedii. Mattei, jak większość potężnych i możnych rodzin rzymskich,
byli niezwykle kłótliwi i zadziorni. Czterej bracia - Marcantonnio,
Pietro, Alessandro i Curzio - nienawidzili się tak bardzo, że pozabijali
się wzajemnie56.
Średniowieczny zameczek składał się z trzech korpusów przyklejonych do
siebie. Nieotynkowana fasada odsłaniała starą cegłę w kolorze sepii i prezentowała dumnie okna różnych wielkości i kształtu, obramowane jasnym
piaskowcem lub marmurem, z cennymi, antycznymi detalami. Niektóre z nich
miały formę arkad z kolumną pośrodku. Z boku wysuwała się loża,
upiększały ją kwietniki z bujną roślinnością, pełne kolorowych kwiatów.
Elementy antyczne, wmurowane w fasadę niczym klejnoty, zdobiły lico
domu. Stulecia wypłukały je deszczem i starły wiatrem. W tym zwalistym
kamiennym cielsku wielokształtnej bryły kryła się jakaś tajemna moc.
Trudno było wymknąć się jej czarowi.
"Mieć taki zameczek..." - rozmarzyła się Eliza.
Agnese opowiadała, że rodzina Matteich skoligaciła się niemal ze
wszystkimi liczącymi się rzymskimi familiami, dzięki czemu sprawowała
władzę i kontrolę nad terytorium przez wieki. Mattei pełnili funkcję
"Nieustannych strażników mostów i nabrzeży podczas wakatu w Stolicy
Apostolskiej". Po śmierci papieża członkowie rodu kontrolowali punkty
strategiczne miasta aż do wybrania przez konklawe kolejnego następcy
tronu Piotrowego. Byli naprawdę liczni... Z Matteich wywodziło się wielu
kardynałów, a także papież Innocenty II.
W eleganckich restauracjach mieszczących się na placu krzątali się
kelnerzy, którzy szykowali stoły na wieczór. Zbliżała się pora kolacji.
- To kościół św. Benedykta z Nursji. Zbudowano go w połowie piątego
wieku, na ruinach Domus Aniciorum, domostwa Anicich - bogatej rodziny
nobilów, w którym to w czterysta siedemdziesiątym roku miał gościć mnich
pustelnik, założyciel zakonu benedyktynów, ojciec monastycyzmu
chrześcijańskiego, przyszły święty, Ojciec Kościoła i patron Europy. -
Agnese wskazała malusieńki, prawie niezauważalny kościółek. - Dzwonnica
szczyci się tym, że jest najmniejsza w Rzymie, a jej dzwon jest
najstarszy i pochodzi z tysiąc sześćdziesiątego dziewiątego roku.
- Nie wiedziałam, że św. Benedykt jest patronem Europy. - Eliza
spojrzała na budowlę z zainteresowaniem.
Obejrzały jeszcze pałac Nu?ez Leslie, który w XVI wieku zakupili
hiszpańscy arystokraci Nu?ez, a w ubiegłym stuleciu w jego posiadanie
wszedł John Leslie, potomek węgierskiego rycerza Bartolfa Leslie,
wybawcy królowej Małgorzaty Szkockiej, która na Wyspy wprowadziła zakon
benedyktyński. Przewożąc ją na wierzchowcu, rycerz krzyczał do niej:
"Trzymaj się!". Dla upamiętnienia tej historii Leslie ozdobił wejście do
pałacu swoim herbem z końskimi strzemionami. W domu obok przed wiekami
znajdował się słynny zajazd, w którym służyła i zakończyła żywot Tulia
d'Aragona, jedna z najsłynniejszych poetek i kurtyzan doby renesansu.
Uwagę nastolatki przyciągnął ołtarz maryjny na rogu jednego z domów.
Wielki dysk z terakoty, okolony metalowymi promieniami, przedstawiał
renesansową Mater Misericordiae. Duży baldachim chronił go przed
kaprysami pogody, a podświetlał stary lampion.
Skręciły w boczną uliczkę.
Ta część Zatybrza nie była turystyczna. Małe zaułki nieznające słońca,
wąskie uliczki, stare domy porośnięte bluszczem, tarasy, cisza, spokój i śpiew ptaków oraz zapach jaśminu. Snuli się tu nieliczni przechodnie,
głównie miejscowi. To było naprawdę małe, ciche i przytulne miasteczko w sercu wielkiej, chaotycznej metropolii. Enklawa spokoju, z dala od
turystycznych szlaków Wiecznego Miasta wydeptywanych przez miliony
ludzi. Dziewczyna pomyślała, że fajnie byłoby tu mieszkać.
Zatrzymały się nagle i ciotka wskazała na marmurową tablicę z napisem
"Vicolo dell'Atleta". Zaułek był tak wąski, że rozłożywszy ręce, palcami
można było dotknąć murów pachnących historią.
- Wyobraź sobie, że ten ciasny zaułek bierze swoją nazwę od jednej z najwspanialszych antycznych rzeźb, stworzonych przez Lizypa w czwartym
wieku przed naszą erą, której marmurową rzymską kopię można dziś
podziwiać w Muzeach Watykańskich - powiedziała ciotka z entuzjazmem. -
Odnaleziono ją w tym miejscu w dziewiętnastym wieku. To posąg greckiego
atlety, który po zawodach czyści ciało skrobaczką, nazywany
Apoksyomenosem. Prawdopodobnie do Rzymu rzeźbę sprowadził Agrypa i ustawił przed swoimi termami. Rzymski lud był do niej tak przywiązany,
że kiedy cesarz Tyberiusz zabrał ją do swojego pałacu, obywatele
domagali się jej zwrotu za każdym razem, gdy władca pokazywał się
publicznie57.
Skręciły w uliczkę. Eliza była zachwycona. W tym miejscu czas się
zatrzymał. Aura tajemniczości i mistycyzmu, którą tak bardzo kochała,
wisiała w powietrzu jak mgła. Patrzyła na średniowieczny dom z krużgankową lożą na piętrze i z arkadowym gzymsem. Agnese wyjaśniła, że
tu znajdowała się stara synagoga zatybrzańska założona przez Nathana
Chaya w XI wieku. Tę okolicę zamieszkiwała dawniej pierwsza wspólnota
żydowska przybyła z Judei i na pamiątkę tego w zaułku rosły
palmy58. Zatybrze od zawsze było rejonem wielokulturowym, gdzie
żyli obok siebie wyznawcy różnych religii. Było przybraną ojczyzną
obcokrajowców i podróżników.
Niepostrzeżenie znalazły się na via dei Vascellari. Ciotka wyjaśniła, że
dawniej mieli tu swoje garncarnie rzemieślnicy wytwarzający gliniane
dzbany, zrzeszeni w cechu z siedzibą w pobliskim kościele. Wskazując na
dom pod numerem 61, powiedziała:
- Tu żyła św. Franciszka Rzymianka. Wiesz, kim była?
- Nie...
- Franciszka Rzymianka to jedna z najbardziej kochanych rzymskich
świętych i najbardziej czczona. Żyła w piętnastym wieku. Nazywała się
Francesca Bussa i pochodziła z patrycjuszowskiej rodziny Bussa de Leoni
- kontynuowała ciotka. - W wieku dwunastu lat wydano ją za Wawrzyńca di
Ponziani, z bogatej rodziny zatybrzańskich rzeźników. Mieszkała z nim
właśnie w tym domu i tutaj zmarła. Francesca pomagała ubogim i do domu
teściów pukali potrzebujący o każdej porze dnia i nocy. Ona rozdawała im
wszystko, przez co doprowadzała do domowych kłótni. Po śmierci męża
poświęciła się służbie bliźnim, opiekowała się chorymi podczas epidemii
malarii. Założyła stowarzyszenie Oblatek Benedyktynek z Góry Oliwnej,
zatwierdzone przez papieża Marcina V. Przeniosła się do kościoła przy
Forum Romanum, gdzie prowadziła życie prawie monastyczne. Po śmierci tam
złożono jej relikwie i nazwano kościół jej imieniem. Została patronką
oblatów benedyktyńskich, kobiet oraz patronką Rzymu. Rzymianie nazywają
ją Ceccolella59.
Szły uliczką z wysokimi, starymi domami, zadaszoną wąskim przesmykiem
błękitnego nieba.
Elizie podobała się ta ulica, gdzie zdawało się słyszeć jeszcze turkot
kół garncarskich i czuć w powietrzu cierpki zapach gliny. Dostrzegła
dziwny, wysoki i na pewno bardzo stary dom w kształcie wieży, z niezwykłymi detalami architektonicznymi. Fragmenty antycznych marmurów
dekorowały nadproża okien. Piękną kolumnę wykorzystano jako wspornik
loży na przedostatnim piętrze. Powyżej wychylał się narożny balkon ze
ściętym daszkiem. Półokrągła nisza w murze gościła rzeźbę Matki Boskiej.
Zaprawdę osobliwy był ten dom.
Młoda Polka zaglądała przez okna przeszklonych witryn do rzemieślniczych
pracowni. Ktoś robił sztukaterię, ktoś inny szkło artystyczne, wyroby
skórzane.
"Jak cudownie byłoby mieć tu swoją pracownię renowacji i cieszyć się tą
atmosferą sztuki oraz antyku" - rozmarzyła się i snuła plany na
przyszłość.
Via dei Vascellari doprowadziła je na kolejny rozległy plac, którego
najdłuższy bok zamykał jasny gmach z bramą i dwiema bocznymi furtami,
ozdobiony przez cztery kolumny oraz tympanon z dużym herbem. Panował tu
taki spokój, jakby to nie był Rzym. Aż chciało się tę błogą ciszę zabrać
w uszach.
Po przeciwnej stronie wyrastała jeszcze jedna zachwycająca
średniowieczna bryła, z uciętą, przeszkloną i zadaszoną wieżą. Antyczne
kolumny wmurowane w fasadę wspierały trzy ślepe łuki. Agnese wyjaśniła,
że był to trzynastowieczny dom Ettore Fieramoski, kondotiera, który 13
lutego 1503 roku poprowadził trzynastu włoskich rycerzy przeciwko
trzynastu Francuzom i wygrał słynne wyzwanie pod Barletta w Apulii. Tak
kiedyś rozstrzygano wojny.
- Zanim wejdziemy do bazyliki św. Cecylii, jeszcze coś ci pokażę. -
Ciotka pociągnęła bratanicę za rękę.
Przeszły na kolejny mały placyk.
- Wow! Ale odlot! - nastolatka się ożywiła.
Po jej lewej stronie stał stary budynek gospodarczy z małymi oknami,
kwietnikami i charakterystyczną latarnią. Po prawej zaś kamienica
zarośnięta bluszczem. Liście spadały z dachu niczym frędzle. Butelkowa
zieleń kontrastowała z amarantem tynku, nasycając barwy radością. W ogródkach restauracyjnych, zajmujących niemal cały skwer, długie stoły
nakryte obrusami w czerwoną kratkę karmiły hordy turystów.
Przekrzykiwali się we wszystkich językach, zajadając włoskie przysmaki.
Wino lało się litrami. Kelnerzy w dziwacznych strojach: czarne, obcisłe
spodnie, buty ze sprzączkami, białe, luźne koszule, czapki na głowie
przypominające grzyby i chusty na karku, obskakiwali ich sprawnie,
tańcząc jakby w rytm skocznej muzyki, która dobiegała z wnętrza lokalu.
Przy wejściu paliły się dwie pochodnie. Ktoś śpiewał, wydzierając się na
całe gardło. Ta wielka, zbiorowa biesiada była jak nie z tej epoki.
Zanim ciotka otworzyła usta, kelner zaczął kiwać ręką i chciał je
usadzić przy stoliku z Niemcami. Agnese odpowiedziała mu po włosku, więc
dał sobie spokój.
- To piazza dei Mercanti, czyli plac Kupców. Znajdował się najbliżej
portu Ripa Grande. W dawnych wiekach kwitło tu życie handlowe, a w tawernach biesiadowali marynarze, kapitanowie i właściciele żaglowców.
Przed tobą historyczna restauracja da Meo Patacca. Jej nazwa to imię i nazwisko bohatera siedemnastowiecznej komedii w dialekcie
rzymskim60 - zdradziła sekret tego niecodziennego miejsca. -
Meo był zatybrzańskim zbirem, bezczelnym i dowcipnym. Chciał
zorganizować wyprawę do Wiednia obleganego przez Turków. Nie chodziło
jednak o odsiecz wiedeńską, lecz o inny, późniejszy epizod zbrojny.
Ponieważ wojna z niewiernymi skończyła się, zanim ochotnicy wyruszyli z Rzymu, zebrane pieniądze wydano na ucztę. W restauracji codziennie
odtwarza się scenę zatybrzańskij biesiady, angażując w to turystów.
Eliza zrobiła kilka fotek. Przepięknie wyszła amarantowa kamienica z butelkowym bluszczem.
10. Zatybrze - bazylika św. Cecylii
Przekroczyły furtę. To, co z daleka wydawało się barokową fasadą dużego
gmachu, w rzeczywistości było portalem wspartym na czterech kolumnach,
prowadzącym na rozległy dziedziniec, pośrodku którego znajdowała się
kwadratowa fontanna z dużą kamienną amforą. Szmer wody witał przybyszów,
stając się jedynym motywem towarzyszącym ciszy, jaka tu panowała. Tępy
dźwięk tej ciszy dudnił w uszach, a potem je pieścił. Dziedziniec z ogrodem zamykały po obu stronach dwa budynki z małymi oknami. Urzekało
milczenie tych starych murów. W głębi widać było portyk kościoła i wysoką romańską dzwonnicę po prawej stronie. Kiedy podchodziły bliżej,
Agnese tłumaczyła:
- Portal zaprojektował najprawdopodobniej Ferdinando Fuga, a fontanna
jest dziełem Antonia Mu?oza. Ta kamienna amfora to symbol
wczesnochrześcijańskiej chrzcielnicy, starożytnego cantharusa, czyli
fontanny na rytualne ablucje przed wejściem do bazyliki. W budynkach po
obu stronach ogrodu znajdują się dwa żeńskie klasztory zamknięte,
franciszkanek po prawej i benedyktynek po lewej61.
Podeszły do bazyliki. Podobnie jak u Najświętszej Marii Panny na
Zatybrzu, również tu cofniętą fasadę poprzedzał portyk wsparty na
antycznych kolumnach z jońskimi kapitelami. Fryz zdobiła dwunastowieczna
mozaika oraz napis w antykwie głoszący, że jednym z głównych
dobroczyńców tej świątyni był kardynał Troiano Acquaviva d'Aragona. Na
balustradzie stały rzeźby przypominające amfory. W ściany portyku
wmurowano fragmenty antycznych sarkofagów, lapid i inskrypcji. Po prawej
stronie natomiast znajdował się wystawny pomnik nagrobny kardynała
Sfondrati62. Jego marmurowa podobizna wychylała się z suto
zdobionego owalu w centrum monumentu, z rękami złożonymi w modlitwie.
Miał modną bródkę w szpic i wielkie odstające uszy. Eliza pomyślała, że
nie lubi baroku, gdyż oprócz przepychu trąci kiczem.
- Zanim wejdziemy do bazyliki św. Cecylii, opowiem ci jej
historię63. - Agnese zrobiła się poważna i posmutniała. -
Cecylia urodziła się na początku trzeciego wieku. Jako chrześcijanka
złożyła ślub czystości. Również ona, zgodnie z panującym obyczajem,
musiała wyjść za mąż wbrew własnej woli za rzymskiego patrycjusza
Waleriana. Podczas nocy poślubnej wyznała mężowi, że towarzyszy jej
anioł, który strzeże jej dziewictwa. Walerian będzie mógł go ujrzeć
tylko wtedy, gdy przyjmie jej wiarę.
- I on w to uwierzył? - wyrwało się Elizie.
- Mąż, czy z przekonania, czy z ciekawości, przyjął chrzest z rąk
papieża Urbana. Stał się bardzo pobożny i cnotliwy - kontynuowała ciotka
ze śmiertelną powagą. - Nową wiarę przyjął również jego brat Tyburcjusz.
Obaj zajmowali się pochówkiem chrześcijan zamordowanych podczas
prześladowań za panowania Aleksandra Sewera, których zwłoki porzucano
przy drodze, aby były ostrzeżeniem dla wszystkich. Grzebanie
chrześcijańskich męczenników było wtedy karane śmiercią, więc kiedy
pojmano dwóch braci, torturowano ich i ścięto. Aresztowano również
Cecylię modlącą się na ich grobie. Gdy odmówiła oddania czci antycznym
bóstwom, zamknięto ją w łaźni jej patrycjuszowskiego domu, w miejscu
zwanym caldarium, aby udusiła się gorącymi oparami.
- OMG! - Na twarzy dziewczyny odmalowało się przerażenie.
- Po trzech dniach jeszcze żyła, więc rzymski prefekt kazał ją ściąć.
Trzy uderzenia mieczem nie zdołały oderwać jej głowy od szyi, kat
pozostawił ją konającą we krwi. Cecylia zmarła po trzech dniach udręki,
podczas której nawróciła wiele osób na chrześcijaństwo - dokończyła
kobieta.
- Jakie to wszystko straszne! - prawie wykrzyknęła Eliza, przypominając
sobie męczeństwo św. Apolonii, której wybito zęby, i św. Kaliksta
wrzuconego do studni z marmurowym odważnikiem na łańcuchu u szyi, i jeszcze tych czterdziestu męczenników zamarzniętych i spalonych...
- I tak nie opowiadam ci wszystkiego... - Agnese westchnęła ze smutkiem. -
Niestety, historia jest pisana krwią...
Bratanica dowiedziała się jeszcze, że ciało Cecylii odnaleziono w katakumbach św. Kaliksta. Historia męczeństwa zatybrzańskiej dziewicy
była bardzo znana, toteż zwłoki przeniesiono tutaj, do
starochrześcijańskiej bazyliki wybudowanej na ruinach domu Waleriana w 821 roku przez papieża Paschalisa I, który już dwieście lat wcześniej
uzyskał status Titulus Caeciliae. Ciało świętej w cyprysowej skrzyni,
odziane w suknię wyszywaną złotem, było w stanie nienaruszonym, tak jak
pochował je papież Urban I w 225 roku. Sarkofag jednak dobrze ukryto. Na
całe szczęście, gdyż ćwierć wieku później Rzym splądrowali Saraceni.
Dopiero w 1599 roku kardynał tytularny bazyliki, Paolo Emilio Sfondrati,
odnalazł go podczas prac renowacyjnych.
Weszły do środka. Kościół był pusty. Elizę uderzyła przede wszystkim
podniosła atmosfera. Miękkość i okrągłość elementów architektonicznych
kontrastowała z ciemnymi, geometrycznymi liniami i jasnymi kwadratami
marmurowych płyt posadzki. Jakby yin i yang były tu zakodowane w innej,
chrześcijańskiej formie. Trójnawową bazylikę dzieliły dwa szeregi dość
masywnych pilastrów wspierających łuki, pełne i puste. Nad nimi ciągnął
się szeroki fryz z owalnymi i okrągłymi niby-oknami z kratownicą. Sufit
z centralnym malowidłem w złotej ramie wznosił się na lunetach. Miękkie
światło sączyło się przez nie jak przez muślin, nadając wnętrzu poświatę
słodyczy. Wzrok kierował się jednak ku prezbiterium, gdzie stało
cyborium przypominające koronę. Dziewczyna nie mogła dostrzec więcej z tej odległości. Wszystko jednak wydawało się takie harmonijne, jakby
boska perfekcja objawiła się tu pod postacią mistycznego zjednoczenia
duszy i umysłu. W tym momencie świątynię wypełnił dźwięk organów i słowiczy głos. Wydawało się, że anielskie chóry zstąpiły z nieba...
- Zapomniałam ci powiedzieć, że św. Cecylia jest patronką chórzystów,
lutników, organistów i zespołów wokalno-muzycznych. W tym kościele
występuje Narodowa Akademia św. Cecylii, jedna z najstarszych instytucji
muzycznych na świecie, założona w szesnastym wieku. Ich koncerty
zapierają dech w piersiach. Jesteśmy szczęściarami, chyba ktoś ma próbę
- wyszeptała ciotka.
Kiedy szły nawą główną w stronę ołtarza, Elizie przechodziły ciarki po
plecach.
- Popatrz na to fantastyczne cyborium, dzieło Arnolfa di Cambio,
wielkiego rzeźbiarza i urbanisty późnego gotyku, który jako uczeń
współpracował z Nicolo Pisanem przy pulpicie katedry w Sienie. Jaka
elegancja! Jakie proporcje! Jaka doskonałość! - zachwycała się Agnese,
wskazując koronkowy baldachim z marmuru oparty na wysmukłych,
biało-czarnych kolumnach. Jego szczyt wyglądał jak koronka brugijska,
jakby ręka artysty wyhaftowała marmur. - W absydzie znajduje się duża
mozaika przedstawiająca Odkupiciela ze świętymi: Agatą, Pawłem,
Paschalisem I, Piotrem, Walerianem i Cecylią. Postacie są sztywne,
hieratyczne, zupełnie inne niż te mistrza Cavalliniego, które
oglądałyśmy w bazylice Najświętszej Marii Panny na Zatybrzu. - Ciotka
wskazywała ręką. - A teraz spójrz w dół, na tę rzeźbę z białego marmuru.
W konfesji pod ołtarzem, zamknięte w kryształowej tece obwiedzionej ramą
z czerwonego porfiru, nad którą czuwały złote anioły podtrzymujące
tiarę, leżało ciało kobiety ułożone na boku. Jakby spała, pogrążona w spokojnym, głębokim śnie. Eliza przez moment nie wiedziała, czy to żywa
osoba, czy naprawdę marmurowa rzeźba.
- Jak już wspominałam, kardynał Sfondrati odnalazł sarkofag z cyprysową
skrzynią, a w niej nietknięte przez czas ciało Cecylii. Było ułożone na
prawym boku, przykryte jedwabnym welonem splamionym krwią. Wezwał wtedy
rzeźbiarza Stefana Maderno, by sporządził rysunek, a następnie wykonał
rzeźbę. Jeżeli przyjrzysz się dokładnie, zobaczysz, że ma ona trzy cięte
rany na szyi. - Agnese wychyliła się nieco do przodu, by pokazać lepiej,
gdzie bratanica ma patrzeć.
- To niesamowite! - wyszeptała nastolatka. - Naprawdę znaleziono jej
ciało w takim stanie i w tej pozycji po blisko trzynastu wiekach?
Ciotka milczała.
Dziewczyna nie mogła wyjść z podziwu nad perfekcją rzeźby. Była taka
piękna i żywa...
Anielski głos chórzystki sopranowej, o nieziemsko jedwabistej tonacji,
przepełniał całą bazylikę. Unosił się ku górze, ku niebu. Wibrował jak
niebieskie pióra cherubinów, najdoskonalszych bytów nadprzyrodzonych.
Eliza pomyślała, że w tym miejscu króluje niewinność, harmonia i doskonałość.
Kiedy kierowały się do wyjścia lewą, boczną nawą, ciotka wskazała na
sklepieniu fresk Sebastiana Conca Apoteoza św. Cecylii, namalowany w 1724 roku. Kazała też bratanicy raz jeszcze spojrzeć na owalne okienka z kratą znajdujące się pod lunetami. Zatrzymały się na chwilę przed drugą
kaplicą od wyjścia, z metalową furtką oraz freskami na suficie i ścianach.
- Nie możemy teraz wejść do środka, ale tu znajdowała się łaźnia z caldarium, w której zamknięto św. Cecylię - wyjaśniła ciotka.
Eliza zajrzała z zaciekawieniem i zrobiła zdjęcie, bo tak mogła lepiej
zobaczyć malowidła ścienne.
Przy wyjściu, na krześle siedziała stara zakonnica w czarnym habicie,
pogrążona w medytacyjnej modlitwie różańcowej. Przymknęła oczy,
wsłuchując się w ciszę kojącą jej serce.
- To jeszcze nie koniec niespodzianek. Mam dla ciebie coś specjalnego! -
Agnese skierowała się po małych schodkach do drzwi po prawej stronie
bazyliki. Zadzwoniła. Weszły do środka. Zapłaciły za bilet i ruszyły
małym korytarzykiem do windy.
- Pojedziemy tylko na górę, ale pod bazyliką przeprowadzono wykopaliska
archeologiczne, które uwidoczniły ważny kompleks rzymskich budowli z epoki republikańskiej. Najstarszy domus pochodzi z drugiego wieku przed
naszą erą. To bardzo ciekawe podziemia, warto je odwiedzić - mówiła
ciotka, gdy jechały windą.
Weszły do podłużnego pomieszczenia, w którym stało kilka drewnianych ław
kościelnych. Agnese wyjaśniła, że to chór mniszek benedyktyńskich.
Wewnętrzna galeria okrążała cały kościół. Tutaj siostry żyjące w ścisłej
klauzuli mogły przysłuchiwać się mszy. Chór wybudowano dopiero w XVI
wieku, gdy dokonano renowacji bazyliki w stylu barokowym. Budowla
średniowieczna była znacznie dłuższa, a na wewnętrznej stronie fasady
znajdował się fresk Sąd Ostateczny namalowany przez Pietra
Cavalliniego. Tak arcydzieło rzymskiego artysty zostało ukryte.
Podeszły, by widzieć lepiej trzynastowieczne malowidło. Pośrodku artysta
przedstawił postać zmartwychwstałego Chrystusa, siedzącego na tronie
wysadzanym drogimi kamieniami i zamkniętego w tak zwanym migdale, czyli
figurze znanej z geometrii euklidesowej, a powstałej z przecięcia się
dwóch okręgów i symbolizującej świętość. Poniżej namalował ołtarz
bizantyjski z narzędziami pasji: gąbką, naczyniem z żółcią, gwoździami,
włócznią i krzyżem. Migdał otaczało ośmiu serafinów w bizantyjskich
szatach, rozpoznawalnych po skrzydłach, których pióra zdawały się
płonąć. Po prawicy Chrystusa stała Matka Boża skupiona na modlitwie, a za nią siedzieli apostołowie: Paweł, Tadeusz, Jakub, Mateusz, Bartłomiej
i Filip. Po lewej stronie został przedstawiony Jan Chrzciciel, a za nim
w pozycji siedzącej Piotr, Jan, Tomasz, Jakub, Andrzej i Szymon.
- Popatrz uważnie na ten fresk! Przyjrzyj się plastyczności postaci i szat. Niektórzy krytycy sztuki twierdzą, że malarstwo współczesne
zaczyna się nie od Giotta w Asyżu, ale tutaj, w Rzymie, w bazylice św.
Cecylii - mówiła z entuzjazmem Agnese. - Kiedy Cavallini je malował,
Arnolfo di Cambio rzeźbił swoje cyborium. Dzieła dwóch artystów
powstawały równolegle. Wzrok Chrystusa jest skierowany na ołtarz oraz na
mozaikę w absydzie. Zaraz coś ci pokażę...
Podeszły do ściany, w której znajdowało się owalne okienko z dziurkowaną
przesłoną. Były to właśnie te zakratowane okna, na które ciotka zwróciła
uwagę bratanicy, gdy stały na dole w kościele. Dziewczyna zmrużyła oczy
i popatrzyła przez małą dziurkę w cienkiej blasze. Jak przez lunetę
widziała całą bazylikę, absydę z mozaiką, koronkowe cyborium, konfesję i marmurową rzeźbę św. Cecylii, która leżała na boku niczym pogrążona we
śnie.
Anielski głos pierwszego sopranu przyprawiał ją o dreszcze. Było w tym
wszystkim coś tak podniosłego i uświęconego, że Eliza poczuła, jak jej
artystyczny duch wznosi się na ognistych skrzydłach serafinów.
11. Zatybrze - kościół św. Franciszka a Ripa
- Ale jazda! Wróciłyśmy już prawie pod chatę? - wyrwało się Elizie.
- Co? - Ciotka zamrugała.
- No chciałam powiedzieć, że jesteśmy już prawie pod domem...
Eliza ucieszyła się, kiedy siostra jej ojca oświadczyła, że znajdują się
właśnie pod kościołem św. Franciszka a Ripa64, czyli tym, który jej
pokazywała w oddali, gdy wyszły z domu. Bolały ją nogi i była już
zmęczona.
Budynek miał podłużny korpus podzielony pilastrami na pięć części,
wejście główne, dwa boczne i cztery kwadratowe okna. Na drugiej
kondygnacji, ponad podłużnym korpusem, wznosił się osamotniony prostokąt
nawy głównej, z wielkim oknem i półokrągłym tympanonem. Dwie dziwne
formy architektoniczne po obu jego stronach przypominały skrzydełka.
Wszystko to sprawiało wrażenie zachwiania proporcji.
Ciotka powiedziała, że późnobarokową fasadę zaprojektował Mattia de
Rossi, a świątynia została ufundowana w XI wieku jako kościół szpitalny
pod wezwaniem św. Błażeja. Później, po przebudowie zadedykowano ją św.
Franciszkowi z Asyżu, który miał nocować w przyległym przytulisku w roku
1209 oraz w 1223, podczas wizyt u papieży Innocentego III i Honoriusza
III. Przy kościele znajdowała się cela świętego, a w niej jego relikwie:
krucyfiks i kamień służący mu za poduszkę podczas snu.
- Wiesz, że tu został pochowany Giorgio de Chirico?
- Naprawdę? Niesamowite! - W dziewczynę znowu wstąpił entuzjazm, gdyż
lubiła obrazy tego artysty. - Koniecznie muszę zobaczyć!
Weszły do środka. Na końcu kaplicy Niepokalanej małe drzwiczki
prowadziły do pokoju, w którym znajdował się grób mistrza malarstwa
metafizycznego. Skromna lastra szarego marmuru, otoczona czarną ramą,
przypominała klepsydrę. Widniał na niej napis: "GIORGIO DE CHIRICO
PICTOR OPTIMUS". W sali znajdowały się trzy jego dzieła: Autoportret,
Kobieta w welonie i Upadek Chrystusa pod ciężarem krzyża. Obrazy
podarowała żona artysty, przedstawiona właśnie jako niewiasta z przykrytą głową.
- Zobaczymy jeszcze coś! - Agnese zabrała bratanicę do ostatniej kaplicy
po lewej stronie ołtarza. - Jak myślisz, co to jest? - zapytała.
Eliza popatrzyła zdumiona.
- Ekstaza św. Teresy Berniniego! - powiedziała dziewczyna.
- Nie! Ale jesteś blisko. Owszem, to Bernini. Trudno nie rozpoznać jego
ręki, która rzeźbiła w marmurze, jakby to było miękkie mydło. Jednak
Ekstaza św. Teresy znajduje się w kościele Matki Bożej Zwycięskiej.
Przed nami Posąg błogosławionej Ludwiki Albertoni. Wyjątkowo piękna
rzeźba, którą mistrz baroku ukończył w roku tysiąc sześćset
siedemdziesiątym czwartym. To jedno z najlepszych i najbardziej
dojrzałych dzieł Berniniego. Miał wtedy już siedemdziesiąt sześć lat...
Ciotka wytłumaczyła również, iż rzeźba powstała na zlecenie kardynała
Angelo Paluzzi Altieriego, siostrzeńca papieża Klemensa X, z okazji
odnowienia kaplicy rodzinnej.
Błogosławiona Ludwika leżała bezwładnie na miękkim łożu, z rękami na
klatce piersiowej, jakby chciała powstrzymać emocje. Odrzuconą w tył
głowę okrywał welon. Twarz była zwrócona ku niebu i malował się na niej
dramatyczny wyraz bólu i rozkoszy. Usta, na wpół otwarte, jakby wydawały
jęk, a przymknięte oczy pogrążały się w olśniewającej wizji boskości.
Fałdy szat, wzór zdobiący poduszkę, twarz, ręce, a przede wszystkim
ciężka, pofałdowana materia przykrywająca sarkofag, którą mistrz
wyrzeźbił w złoto-brązowym jaspisie, były po prostu doskonałe.
Eliza była pod wrażeniem.
- W tym teatralnym dziele Bernini wykorzystał wszystko. Przede wszystkim
światło, które wpadając przez górne, ukryte okna kaplicy, wydobywa
kontrasty i plastyczność form. - Agnese wciąż była zachwycona, choć
widziała to dzieło już kilka razy. - Również obraz znajdujący się w tyle, z główkami aniołków wystającymi ze złotej ramy, jest częścią
kompozycji scenograficznej. To dzieło Baciccia, Madonna z Dzieciątkiem
i św. Anną.
- A kim była ta Ludwika?
- Ludwika Albertoni urodziła się w Rzymie w tysiąc czterysta
siedemdziesiątym czwartym roku, a więc blisko sto lat po Franciszce
Rzymiance. Pochodziła z zamożnej szlacheckiej rodziny, wyszła za mąż i urodziła trzy córki. Wiodła szczęśliwe życie w dobrobycie. Gdy
owdowiała, wstąpiła do zakonu tercjarzy św. Franciszka i resztę swoich
dni spędziła na medytacji, modlitwie i pokucie oraz miłosiernych
uczynkach. Oddała Kościołowi swój cały majątek, co spotkało się z gniewem krewnych. Pomagała ludowi po złupieniu Rzymu przez
landsknechtów, za co była bardzo kochana. Doświadczała też boskich
ekstaz.
- Co to są ekstazy? - zapytała bratanica.
- To mistyczne wyjście duszy z ciała w doświadczeniu zjednoczenia z Bogiem w miłości. Rodzaj transu - wytłumaczyła ciotka.
- Wygląda na jakiś boski orgazm - rzuciła młoda.
- Ty to powiedziałaś...
Roześmiały się cicho w pustym kościele.
12. Zatybrze - suppl? i Kleopatra
Plac przed kościołem San Francesco a Ripa, z dziwną kolumną z krzyżem na
szczycie, miał w sobie coś metafizycznego, jak obrazy de Chirica. Był
opustoszały. Nie pusty, lecz opustoszały, gdyż stały tu budynki i samochody, ale brakowało ludzi. Pod kolumną zatrzymały się tylko one.
Jej długi cień skradał się niczym kot do ich cieni w miękkim świetle
przedwieczoru. Panowała tu atmosfera jak na płótnie Tajemnica i melancholia ulicy. Ciotka dodała tylko, że kolumna jest bardzo stara i pochodzi z czasów Oktawiana Augusta, z rzymskiej kolonii w Weje.
Ruszyły ulicą św. Franciszka a Ripa w kierunku domu. Jakiś facet na
rowerze jechał pod prąd. Z głośnika przywiązanego pod siodełkiem na cały
regulator wybrzmiewała aria Mozarta. Przekroczyły ruchliwą viale di
Trastevere. Znowu było pełno ludzi poruszających się w niebywałym
chaosie. Jak fala uderzył je rzymski rwetes, gwar, jazgot.
"Wracamy do życia" - pomyślała dziewczyna, nie wiedząc jeszcze, co
bardziej jej odpowiada - czy sielski spokój po tamtej, czy swojski
bałagan po tej stronie Zatybrza.
- To znakomita miejscówka jedzeniowa. Nazywa się Suppl? -
zarekomendowała Agnese, gdy zatrzymały się przy niewielkim lokalu. -
Suppl? to rodzaj krokietów ryżowych, smażonych na głębokim oleju. Ryż
jest przyrządzany z pomidorowym rag?, czyli z mięsem mielonym długo
gotowanym w sosie, z przyprawami. Do środka wkłada się kawałek
mozzarelli. Kiedy je się gorącego suppl?, mozzarella ciągnie się jak
guma do żucia. Chcesz spróbować, zanim pójdziemy na kolację? - zapytała.
- Yes! - Dziewczyna nigdy nie odmawiała. Zawsze miała wilczy apetyt.
Wprawdzie zjadła wcześniej lody, ale była łasa na wszystkie nowe włoskie
smaki. Poza tym bił z tego miejsca taki zapach przypraw, pomidorów i świeżego, wrzącego oleju, że trudno było przejść tędy obojętnie.
Gdy znalazły się w środku, pociekła jej ślinka. Pizza z różnymi
dodatkami, krokiety ryżowe, ziemniaczane, z ryb i z kurczaka, makarony.
Wszystkiego chętnie by spróbowała. Było bardzo tłoczno, co oznaczało, że
jadało się tu dobrze i w przyzwoitej cenie. Kupiły suppl? i stanęły na
ulicy, by zjeść spokojnie.
- Jaka pychota!
Mozzarella ciągnęła się przy każdym kęsie. Kilka ziaren ryżu upadło na
ziemię, co było nieuniknione. Szybko podleciał wróbel i dziobnął
zdobycz. Również on się objadał. Przycupnął spokojnie tuż przy ich
stopach i patrzył na nie tymi małymi, sprytnymi oczkami, prosząc o jeszcze. Zachowywał się jak piesek, a nie ptak. Eliza rzuciła mu trochę
ryżu. W ślad za pierwszym wróblem przyleciały kolejne, a później dwa
gołębie i rozpoczęła się bitwa.
- Wiedzą, co dobre. Stołują się tu codziennie - skomentowała ciotka.
Bratanica przyglądała się, jak sprytny ptaszek podfrunął do młodego
chłopaka, który jadł suppl? oparty o skuter. Usiadł na bagażniku jak
gdyby nigdy nic. Wcale się nie bał. Chłopak podał mu kilka ziaren ryżu
na dłoni, a on zaczął jeść mu z ręki.
- Ale czad! - powiedziała Eliza z pełną buzią.
- Zanim wrócimy do domu, by przebrać się na kolację, pokażę ci jeszcze
jedną ciekawostkę - obiecała Agnese.
Poszły na piazza San Cosimato. Nie było tu nic specjalnego. Skwer był
wręcz brzydki. Trójkątny, betonowy, z placykiem zabaw dla dzieci
ogrodzonym żelazną balustradą oraz budkami, bo tu przed południem
odbywał się targ.
Na placu roiło się od ludzi, którzy rozmawiali ze sobą, siedząc na
ławkach; śmiali się, gestykulowali. Dzieciaki jeździły na rowerkach,
grały w piłkę, bawiły się.
- W pierwszym wieku przed naszą erą na tych terenach Zatybrza znajdowały
się Horti Caesaris, czyli Ogrody Cezara. Najsłynniejszy starożytny
rzymski wódz i dyktator zakupił duży obszar ziemi po tej stronie Tybru,
by paść tu luzem konie, którymi przekroczył Rubikon. Jego posiadłość
obejmowała rozległy obszar od willi Farnesina po zbocza Janikulum. Tam -
Agnese wskazała ręką kierunek janikulskiego wzgórza - znajdowała się
willa Cezara, w której w czterdziestym szóstym roku przed naszą erą
zamieszkała Kleopatra. To był rzymski dwór królowej Egiptu. Rozbudowała
willę w pałac z antycznymi kolumnadami i freskami. Zagospodarowała
ogrody w stylu aleksandryjskim. Były tam wspaniałe kwiaty i egzotyczne
drzewa, strumienie, antyczne rzeźby, egipskie obeliski, a także
gigantyczny posąg wojownika galijskiego symbolizujący zwycięstwo Cezara.
Wzniesiono też świątynie Izydy i Fortuny65.
- Naprawdę? Chcesz powiedzieć, że Kleopatra była twoją sąsiadką? - Eliza
wypowiedziała to z takim zdziwieniem, że aż sama była zaskoczona. - I wszystko to można zobaczyć? Chodźmy tam natychmiast! - rzuciła pełna
entuzjazmu.
- Niestety nie - zgasiła ją od razu ciotka. - Kleopatra mieszkała w Rzymie niecałe dwa lata. Po zabójstwie Cezara musiała opuścić Wieczne
Miasto. Swoje ogrody dyktator zapisał w testamencie rzymskiemu ludowi. W tym miejscu - krewna zatoczyła duży krąg ręką - od placu San Cosimato po
plac św. Franciszka z Asyżu, z którego właśnie wracamy, Oktawian August,
adoptowany syn Cezara i pierwszy cesarz Rzymu, kazał wybudować owalny
stadion, którego główna oś przekraczała ponad pięćset metrów. Był on
zalewany wodą i odbywały się tu naumachie, czyli widowiska
przedstawiające bitwy morskie. Zwykle walczyły w nich dwie drużyny,
jedna była złożona z niewolników gladiatorów, druga ze skazańców. Były
to niezwykle kosztowne imprezy masowe, ale lud je uwielbiał. Oktawian
August w drugim roku naszej ery zainscenizował bitwę morską, w której
wzięło udział ponad trzydzieści okrętów i trzydzieści tysięcy osób.
Ciotka wyciągnęła telefon z torebki i pokazała bratanicy ilustracje
przedstawiające wirtualną rekonstrukcję owalnej budowli wypełnionej
wodą, po której pływały starożytne okręty z wioślarzami.
- Naprawdę? I to odbywało się tutaj? - Eliza nie mogła opanować
zdziwienia. - I co się z tym stało?
- Gdyby przeprowadzono wykopaliska archeologiczne, może odnaleziono by
ruiny fundamentów. Rzym jest pełen takich niespodzianek. W sumie to
prawie trzy tysiące lat historii, która na terenie tego miasta
pozostawiła swoje ślady warstwowo.
- A Kleopatra? - dopytywała nastolatka. - Razem z mamą oglądałyśmy film
z Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem...
- Oktawian August po zwycięstwie w bitwie morskiej pod Akcjum w trzydziestym pierwszym roku przed naszą erą, a następnie po zdobyciu
Aleksandrii starał się zatrzeć wszystkie ślady po królowej Egiptu i Marku Antoniuszu, który konkurował z nim o władzę. Jak zapewne pamiętasz
z filmu, Marek Antoniusz i Kleopatra popełnili samobójstwo. Ale to
bardzo długa historia. Chodźmy już do domu, opowiem ci po kolacji. -
Ciotka objęła bratanicę ramieniem, bo ta była już wyraźnie zmęczona.
13. Zatybrze - pizza na marmurze, czyli Kostnica
Na murze wisiał wielki neon PIZZERIA. Lokal znajdował się tuż przy
ruchliwej Viale di Trastevere. Stoliki stały na chodniku oddzielone od
jezdni tylko metalowymi barierkami. Przechodnie musieli przeciskać się
pomiędzy klientami oczekującymi w kolejce. Elizie udało się zajrzeć do
środka. Cóż to było za miejsce! Wystrój był tak brzydki, że gorszy
trudno sobie wyobrazić. Wnętrze zalewało trupie, neonowe światło i ustawiono tam drewniane stoliki z marmurowym blatem przykryte kawałkiem
szarego papieru pakowego. Klimat przypominał komunistyczne bary mleczne
z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wszędzie panował chaos.
Kelnerzy roznosili niewiarygodną ilość talerzy z pizzami i przystawkami,
poruszając się we wszystkich kierunkach, czasami jakby pod prąd.
Stanęli w pokaźnej kolejce, która wiła się przed lokalem. Nikt nią nie
kierował, polegając jedynie na włoskiej zdolności poszanowania ładu w nieładzie.
- To pizzeria Ai Marmi, czyli powiedzmy "na marmurze". Nie trudno się
domyślić, że nazwę bierze od marmurowych blatów stolików - tłumaczyła
Agnese. - Wszyscy nazywają ją jednak Kostnicą.
- Co? Kostnica? - prawie krzyknęła nastolatka.
- Really! The Morgue, that is Obitorio in Italian66 -
przytaknął Sergio i dodał, że tę nazwę wymyślił Pier Paolo Pasolini.
- Do Kostnicy trzeba wpaść przynajmniej raz w życiu. Jest to
doświadczenie iście antropologiczne - powiedziała ciotka.
Eliza dowiedziała się, że Kostnica słynęła z krokietów ryżowych zwanych
suppl? al telefono, gdyż mozzarella ciągnęła się w nich niczym spirala
kabla telefonicznego w starych aparatach. Podawano też inne rzymskie
specjalności: fiori di zucca i filetti di baccala. Pierwsze to
kwiaty cukinii z mozzarellą w środku, a drugie to specyficznie
przygotowywane filety z dorsza. Jedne i drugie w cieście naleśnikowym
pieczone w oleju. Była też biała fasola z oliwą i dodatkiem łodygi
selera, zwana "na ptaszka", fasola z cebulą, tuńczykiem i skórkami
wieprzowymi oraz różne przystawki warzywne: bakłażany, papryka pieczona,
fenkuł, pieczarki smażone, sałata mieszana i frytki. A także znakomite
tiramisu i truskawki z bitą śmietaną lub cytryną. Młodej błysnęło oko na
myśl o jadalnych kwiatach.
- Lubisz pizzę? - zapytał Sergio.
- Oczywiście! - odpowiedziała Eliza. - Pierwszą w życiu jadłam z tatą w Pizza Hut, gdy miałam pięć lat, z ananasem i parówkami.
Włoch skulił się, jakby ktoś pchnął go nożem w samo serce. Na jego
twarzy odmalował się wyraz obrzydzenia.
- Nie lubisz pizzy z ananasem? - zapytała ze zdziwieniem Eliza.
- On jest Włochem, a w dodatku pochodzi z Neapolu, więc jeśli chodzi o pizzę, jest ortodoksyjny, tylko margherita i napoli - ratowała sytuację
Agnese.
- A co to za pizze? - dopytywała młoda Polka.
Sergio opowiedział jej, że pizza narodziła się jako potrawa ludowa i była popularna zwłaszcza w Neapolu, jako jedna z najtańszych, ale i najbardziej sycących potraw. Wystarczyło mieć mąkę, drożdże, trochę
wody, szczyptę soli, oliwę, sos pomidorowy i oregano. Tak powstała pizza
marinara, którą chętnie jadali marynarze i rybacy, gdyż Neapol w przeszłości był wielkim morskim portem. Później inwencja neapolitańska
wzięła górę...
- Trochę mozzarelli, trzy anchois, dwa liście bazylii i to jest pizza
napoli, którą ja pamiętam jeszcze z dzieciństwa - opowiadał Sergio. -
Kiedy wychodziłem ze szkoły, potrafiłem wsunąć trzy takie i wydawałem na
to całe moje kieszonkowe, bo w domu jadało się tylko gotowane ryby, co
kojarzyło mi się z dietą szpitalną.
Eliza dowiedziała się też od niego, że w 1889 roku, kiedy po
zjednoczeniu Włoch do Neapolu przyjechała królowa Małgorzata Sabaudzka,
neapolitański szef Raffaele Esposito przygotował na jej cześć pizzę z trzema składnikami w kolorach flagi narodowej: mozzarellą, pomidoramiy i bazylią.
- Tak powstała pizza margherita, która jest jedyną prawdziwą włoską
pizzą - dodał z dumą Włoch, a potem wyraźnie się rozmarzył. - Pizza
neapolitańska to jednak zupełnie coś innego niż ta rzymska
przypominająca zużytą podeszwę buta.
Zaczął znowu opowiadać, gestykulując przy tym namiętnie. Tłumaczył, że w przypadku prawdziwej neapolitańskiej pizzy ciasto musi być wyrośnięte
naturalnie i dojrzewać najlepiej przez dwadzieścia cztery godziny. Spód
ma być gruby, pulchny, miękki. Sos pomidorowy, mozzarellę i bazylię
należy dodawać ze szczodrością, a przed podaniem pizzę na wierzchu
trzeba polać znakomitą oliwą z oliwek.
Mąż ciotki popatrzył ze zgrozą na kelnera, który właśnie przeszedł obok
nich, niosąc talerze z rzymską pizzą. Kontynuował:
- Tajnikiem przepisu najlepszej neapolitańskiej pizzy jest to, że piecze
się ją oczywiście w piecu, w którym pali się dobrym drewnem. W ostatnim
momencie, tuż przed wyjęciem z pieca, pizzaiolo dorzuca do ognia garść
trocin, wtedy bucha ogień, a temperatura nagle się podnosi i ciasto jest
dobrze upieczone, a w niektórych miejscach leciutko spieczone lub nawet
przypalone. Wtedy pizza nabiera fantastycznego aromatu i smaku.
Kelner kiwnął wreszcie na nich ręką i wprowadził ich do sali, gdzie
zwolnił się stolik w rogu. Przepchnęli się pomiędzy ludźmi siedzącym w wielkiej ciasnocie i zajęli miejsce przy zimnym, marmurowym blacie.
Przyczółek w Kostnicy został zdobyty. Pozostawało tylko zamówić i zjeść.
- Jaką pizzę sobie życzysz? - ciotka przejęła inicjatywę w swoje ręce. -
Sergia nie trzeba pytać. On je tylko margheritę.
- Skoro nie ma z ananasem i parówkami... - dziewczyna popatrzyła na Włocha
z wesołą miną - to jakie są?
Agnese zaczęła wymieniać i tłumaczyć, co oferowała Kostnica:
napoletana, margherita, marinara, con funghi (z grzybami), al
prosciutto (z szynką), con salsiccia (z kawałkami kiełbaski), al
prosciutto e funghi (z szynką i grzybami), con salsiccia e funghi (z kawałkami kiełbaski i grzybami), alla capricciosa (z szynką, grzybami,
karczochami, jajkiem na twardo i oliwkami), con fiori di zucca (z kwiatami dyni), con bresaola e rughetta (z suszoną wędliną wołową i rukolą).
Elizie, która wciąż kierowała się zasadą im więcej, tym lepiej,
przypadła do gustu pizza capriciosa. Ciotka wybrała tę z wędliną
bresaolą i rukolą, a Sergio zdecydował się w końcu na napoli. Zamówili
też filety z dorsza i kwiaty cukinii jako starter, białe wino, piwo i wodę.
W czasie oczekiwania na realizację zamówienia rozmawiali oczywiście o pizzy, której historia była długa, skomplikowana i niepewna, jak ta
makaronu. Dziewczyna dowiedziała się, że pierwsza wzmianka pisemna słowa
"pizza" pochodziła z 997 roku67 i odnotowano je w wulgarnej
łacinie, w mieście Gaeta. Nazwa wywodziła się najprawdopodobniej od
słowa "pitta", płaskiego chleba znanego od tysiącleci. Włosi podawali do
stołu zazwyczaj pizzę focacce, rodzaj pitty z rozmarynem i oliwą.
Etruskowie już trzy tysiące lat temu wypiekali koki, a z regionu
Emilia Romagna pochodzi piadina, która stała się popularna na całym
świecie.
- Pizze okrągłe dzieli się na czerwone z sosem pomidorowym i białe - bez
sosu pomidorowego, ale z mozzarellą. Te ostatnie mogą być podawane z różnymi surowymi dodatkami oraz z warzywami i rukolą. Włosi uwielbiają
również calzoni, czyli pizze złożone na pół jak olbrzymie pierogi.
Calzoni są z farszem, na przykład z mozzarellą i szynką - opowiadała
Agnese. - Pizzę rzeczywiście zrewolucjonizował pomidor, który
przywieziono do Europy z Ameryki Łacińskiej dopiero w szesnastym wieku.
- Pierwsi pomidorów zaczęli używać neapolitańczycy... - wtrącił do rozmowy
Sergio.
- Ach! Rzeczywiście! Czyli sos pomidorowy zawdzięczamy Kolumbowi... -
rzuciła młoda.
- Wiesz, że Włosi wiele wypieków nazywają pizzą, aż sama się zdziwiłam.
Klasyczna to ta okrągła. Jest także pizza al taglio, czyli wypiekana
na podłużnych blachach, którą można zakupić jako przekąskę lub
potraktować jak kanapkę, przecinając ją na pół - tłumaczyła dalej
ciotka, gdy czekali na jedzenie. Robili się coraz głodniejsi od tego
opowiadania o różnych smakołykach. - Są też pizze przypominające ciasta
z serem i ze skwarkami lub z kawałkami szynki w środku.
- Wielkanocna pizza z serem. Uwielbiam! - Włoch miał rozmarzony wyraz
twarzy.
W tym momencie na stole pojawiły się fritti - czyli smażone na
głębokim tłuszczu filety z dorsza i kwiaty cukinii, oraz krokiety ryżowe
z ciągnącą się mozzarellą. Rzucili się na nie z wilczym apetytem. Minęła
już dwudziesta pierwsza.
- Och, jakie to pyszne! A co to właściwie jest? - Nastolatka pożerała
kwiat cukinii.
- Te wspaniałe żółte kwiaty, które już same w sobie są dziełem sztuki,
nadziewa się mozzarellą i anchois. Następnie zamyka się, kąpie w cieście
naleśnikowym i smaży na głębokim tłuszczu - wytłumaczyła Agnese.
Filety z dorsza też były znakomite, a mozzarella w krokietach ciągnęła
się w nieskończoność.
Potem na marmurze wylądowały pizze. Rzeczywiście były płaskie, cienkie,
trochę przypalone i nasuwały skojarzenia z podeszwą od butów.
- Skoro nie lubisz pizzy rzymskiej, to dlaczego ją jesz? - zapytała
Eliza Sergia.
- Pizza to pizza. Dla każdego Włocha to forma narodowej religii. To
boski pokarm, który uszczęśliwia. Włoch bez pizzy nie wytrzyma. Dlatego
we wszystkich krajach świata są pizzerie. Kiedy jestem chory, nie biorę
lekarstw, tylko jem pizzę. Od razu mi przechodzi - odpowiedział.
- Źle się czujesz? Jesteś chory? - zapytała z troską dziewczyna, gdyż
źle go zrozumiała.
- Ależ nie! To tylko prewencja. Jedząc pizzę codziennie, zawsze jesteś
zdrowy! - odparł i rzucił się na swoją margheritę, bo co jak co, ale
pizza nie mogła czekać.
Nie była wcale taka zła ta rzymska pizza. Cienka, lekka, chrupiąca i z wieloma dodatkami. Elizie zasmakowała. Pomyślała, że to doświadczenie
kulinarne w Kostnicy będzie wspominać do końca życia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki