Rzym - Emil Zola

Kup ebooka

24.49 zł
20.08 zł (19,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

W czasie nocy pociąg spóźnił się znacznie pomiędzy Pizą i Civita-Vecchia. Była już blizko godzina dziewiąta rano, gdy ksiądz Piotr Fromont dojechał do Rzymu, po dwudziestu pięciu godzinach podróży. Miał z sobą tylko ręczną walizkę, wyskoczył więc z wagonu i, niosąc lekki swój tłomoczek, przeciskał się wśród tłumu popychającego się przed pociągiem, odsuwając na bok i opędzając się tragarzom ofiarującym mu swoje usługi. Rad, że wreszcie stanął na miejscu, spragniony był oglądania i chciał co prędzej pozostać sam z sobą. Przeszedłszy na drugą stronę dworca, ujrzał się na Piazza Cinquecento. Wsiadł do jednego z licznych małych powozików stojących wzdłuż chodnika i położywszy przy sobie walizkę, dał adres woźnicy: - Via Giulia, palazzo Boccanerra. Był to poniedziałek, 3-go września. Poranne niebo było jasne, lekkie, zachwycająco łagodne. Woźnica, mały, opalony brunet o błyszczących oczach i białych zębach, uśmiechnął się, poznawszy że ma do czynienia z francuzkim księdzem, co rozeznał natychmiast po akcencie Piotra. Uderzył biczem chudego swego konia i powóz potoczył się żwawo, obyczajem rzymskich dorożek, zachęcająco czystych i wesołych. Minąwszy zielony, niewielki skwer, przed dworcem i wjechawszy na plac Termów, dorożkarz odwrócił się na koźle i, zawsze uśmiechnięty, rzekł złą francuzczyzną, lecz z uprzejmością woźnicy, chcącego sobie zapewnić względy przyjezdnych cudzoziemców: - Łaźnie Dyoklecyana. To mówiąc, wskazywał batem w stronę walących się murów starożytnego gmachu. Koń biegł kłusem po spadzistej Via Nationale, łączącej Monte Viminale, na którym jest dworzec, ze środkową częścią miasta. Woźnica co chwila obracał głowę w stronę Piotra i tym samym giestem co poprzednio, wskazywał mu różne gmachy, wymieniając ich nazwy. Lecz wśród świeżo ukończonej ulicy, znajdowały się tylko nowe budowle. Gdy dojechali do ogromnego niedawno wzniesionego gmachu, piętrzącego się stosami białawych, ciosowych kamieni, woźnica spojrzał nań z pewną dumą a zarazem z odcieniem ironii. Donośniejszym głosem, jakby przez poszanowanie dla bogactwa, rzeźbami przeładowanych frontonów, zawołał: - Bank narodowy! Podróż Piotra do Rzymu zdecydowaną została przed tygodniem i cały ten czas poświęcił on na rozglądanie się w topograficznym planie miasta, czytając przytem szczegółowe jego opisy. Znał też wybornie rozkład ulic i byłby mógł wszędzie trafić, nie pytając się o drogę. Objaśnienia, których mu udzielał dorożkarz, były zupełnie zbyteczne. Myliły go jedynie niespodziewane spadki ulic i coraz to inne dzielnice, ukazujące się jedne po nad drugiemi na pagórkach, o których wiedział, lecz inaczej je sobie wyobrażał. Na prawo widział teraz smugę zieloności, pnącej się ku górze a na jej szczycie ciągnął się długi, żółty, prosty budynek, zapewne jakiś klasztor lub koszary. - Kwirynał, pałac królewski, rzekł woźnica, wskazując biczem w tę stronę. Zjechawszy w dół Via Nationale, powóz skręcił na trójkątny plac a Piotr, podniósłszy oczy w górę, zobaczył po nad wysokim murem wiszący ogród, wśród którego strzelał wyniośle, wytworny profil wspaniałej, wiekowej pinii, roztaczającej swój iglasty parasol na tle pogodnego nieba. Zachwycony był wytwornością i dumą tego drzewa, uprzytamniającego piękność i wdzięk Rzymu. - Villa Aldobrandini! Spuścili się jeszcze niżej i tu ukazał się niespodziewanie widok podbijający Piotra ostatecznie. Ulica załamywała się gwałtownie a na skręcie, po za ciemnym kawałkiem uliczki, błysnęła świetlana przestrzeń, przestrzeń niewielka, w dole, jakby studnia wypełniona słońcem rozpryskującem się w złote pyły. Był to plac biały, w pośrodku którego wznosiła się olbrzymia marmurowa kolumna, promienna słoneczną chwałą, cała ozłocona z jednego boku porannem słońcem, które od długich wieków kąpało ją w swych blaskach codziennego wschodu. Piotr ździwił się, gdy dorożkarz wyrzekł jej nazwę, nie wyobrażał sobie bowiem, że ją ujrzy w tej świetlanej przepaści, odbijającej olśniewająco od sąsiednich, ciemnych i wysokich murów. - Kolumna Trajana. Dojechawszy do końca spadzistej ulicy Narodowej, powóz zakręcił znowu a woźnica coraz częściej wymieniał nazwy mijanych pałaców. Podczas gdy koń rączym biegł kłusem, Piotr słyszał nazwy: palazzo Colonna i ujrzał brzegiem ogrodu rosnące chude cyprysy; palazzo Torlonia wpół rozwalony z powodu upiększeń nowego, rozszerzającego swe ulice Rzymu; palazzo di Venezia nagi i srogi, o zębatych basztowych murach, surowo tragiczny swą średniowiecczyzną wśród banalności nowoczesnych domów. Rozciekawienie Piotra wciąż się wzmagało, wobec różnicy obrazu, jaki sobie wytworzył w pojęciu i rzeczywistości rzeczy po raz pierwszy widzianych. Drgnął zadziwiony, gdy woźnica ukazał mu tryumfalnem machnięciem bicza Corso, ulicę długą, wązką, białą od słońca z lewej, czarną i spoczywającą w cieniu z prawej strony i zakończoną w głębi świetlanym punktem, błyszczącym jak gwiazda, takim bowiem w oddaleniu wydawał się plac del Popolo, zalany promieniami słońca. Więc to jest owo słynne Corso?... to serce miasta, sławne miejsce spacerowe, najruchliwsza z ulic stolicy, główna arterya Rzymu?... Piotr wyobrażał ją sobie o wiele szerszą i piękniejszą. Dorożka wjechała teraz na ulicę Wiktora Emanuela, która świeżo wytknięta przez starą dzielnicę miasta, stanowi dalszy ciąg również nowej ulicy Narodowej, łącząc tym sposobem dworzec kolei żelaznej z mostem św. Anioła. Na lewo, okrągła nawa jezuickiego kościoła jaśniała w wesołem świetle poranku. Staroświeckiego pałacu Altieri nie śmiano zwalić dla rozszerzenia nowej ulicy, która zwęża się pomiędzy pałacem i kościołem a nieprzepuszczając dostatecznej ilości światła, jest w tem miejscu wilgotna, ponura i lodowata. Lecz zaraz przed jezuickim kościołem jest plac i słońce promienieje, ogrzewając go złotem swych blasków. W oddaleniu, po za ciemną ulicą Aracoeli, widnieją palmowe drzewa skąpane słońcem. - Kapitol! - rzekł woźnica, wskazując. Piotr wychylił się z dorożki, lecz po za mrocznym korytarzem, ujrzał tylko jasną, zieloną plamę. Uderzyła go ta ciągła zmiana oświetlenia. Obok miejsc ciepło oświetlonych, nagle występowały inne, zimno-cieniste. Przejeżdżając koło pałacu di Venezia, koło Gesci, zdawało mu się, że nocny chłód wieków minionych spadł mu na ramiona a na każdym placu spotykając znów ciepło i słońce, doznawał wrażenia powrotu do łagodnej normalności życia. Strugi żółtego słońca, opadając z dachów, znaczyły ich cienie wyraźnie, fiołkowo. A pomiędzy fasadami ukazywały się kawałki nieba o czysto niebieskim i łagodnym tonie. Powietrze, jakiem oddychał, miało jakiś smak sobie właściwy, jeszcze nieokreślony, lecz przypominający mu owoce. Wszystko dla Piotra było tu nowością i czuł się gorączkowo podniecony chęcią poznania. Mimo swej nieregularności, nowo wytknięta ulica Wiktora Emanuela jest ładną, na sposób nowoczesny i Piotr, patrząc na bogate jej kamienice, mógł chwilowo przypuszczać, że znajduje się w któremkolwiek z wielkich miast, podobnych jedne do drugich. Lecz znów ogarnęło nim wrażenie już doznane na widok średniowiecznych pałaców, które przed nim mignęły, gdy dojechał przed Kancelaryę państwa, gmach wzniesiony przez Bramantego w stylu Odrodzenia i uchodzący za arcydzieło tego mistrza. Piotr dziwił się, patrząc na te olbrzymie, ciężkie rzymskie pałace, wyobrażał sobie, iż więcej posiadają wdzięku i zewnętrznej wspaniałości? Nie myślał, by tak prostą była ich architektura. Podobnemi były do kolosalnych kamiennych sześcianów, w których mieszczą się szpitale i koszary. Musiało to mieć swoje piękno, którego jeszcze nie rozumiał, lecz powinien postarać się zrozumieć. Nagle dorożka skręciła w bok i opuściwszy ludną ulicę Wiktora Emanuela, jechała ciasnemi, krętemi zaułkami, z trudem torując sobie drogę. Panowała tu głucha cisza. Stara dzielnica miasta była senna i zimna, w porównaniu z nową, pełną ruchu i słońca. Piotr przypomniał sobie plany miasta, w których się rozpatrywał przed wyjazdem i nabrał pewności, że się zbliża do via Giulia. Ogarnął nim żal, iż tak mało widział. Pragnienie zobaczenia czegoś więcej, zaczęło mu coraz żywiej dokuczać. Podniecony przebytą podróżą, w czasie której nie przestawał się dziwić, nie znajdując rzeczy takiemi jak je sobie wyobrażał, rozgorączkowany ciekawością, czuł, że nim opanowywa żądza widzenia i że musi ją zadowolnić. Była dopiero godzina dziewiąta, zatem miał przed sobą cały poranek, by się stawić w pałacu Boccanera. Dlaczegóż więc nie kazać się zawieźć do klasycznego miejsca, z którego można ujrzeć cały Rzym, rozsiadły na siedmiu pagórkach?... Myśl ta nie dawała mu teraz spokoju, dręczyła go i skończyło się na tem, że jej uległ. Dorożkarz nie odwracał się teraz dla dawania objaśnień, więc Piotr podniósł się dla dania mu nowego adresu: - Do San Pietro in Montorio. W pierwszej chwili włoch popatrzył na niego jakby nie rozumiejąc, wreszcie ruchem bata wskazał kierunek, że to było tam, gdzieś bardzo daleko. Lecz Piotr powtórzył wyrzeczone słowa, więc dorożkarz znów się zaczął uprzejmie uśmiechać, kiwając po przyjacielsku głową, na znak, że wie, czego sobie życzy jego klient: dobrze, dobrze, ja chętnie na to przystaję, pojedziemy! Popędził konia i dorożka szybciej ruszyła, turkocząc po labiryncie wązkich uliczek. Jedna z nich zwłaszcza tak była ciasna a mury jej były tak wysokie, że światło dzienne padało na nią jakby przez czeluść. Nagle wjechali na przestrzeń pełną słońca po nad Tybrem. Jadąc po starym moście Sykstusa IV, przypatrywał się Piotr nowym, kamiennym wybrzeżom ciągnącym się daleko po obu stronach rzeki a nagromadzone stosy wapna świadczyły, że budowano tu całe dzielnice. Przedmieście Transtevere też uległo przemianom. Dorożka pięła się na pagórek Gianicolo, jadąc szeroką ulicą, zwaną Garibaldi, której miano licznie było wypisane na wielkich tablicach. Wszakże mimo to obrócił się woźnica z zadowolenia dumą w stronę Piotra i rzekł, wskazując na tryumfalną drogę: - Via Garibaldi. Koń szedł teraz noga za nogą a Piotr, ogarnięty dziecinną niecierpliwością, odwrócił się i patrzał po za siebie, na miasto coraz lepiej widzialne w miarę, jak wjeżdżali na górę. Coraz to nowe ukazywały się dzielnice, wreszcie pokazały się wzgórza leżące po za miastem. Serce Piotra biło coraz żywszem wzruszeniem. Zauważył jednak, że tem stopniowem zdobywaniem horyzontu rozprasza i psuje sobie wrażenie o jakiem marzył, chcąc jednym rzutem oka objąć Rzym cały, odrazu, raptownie. Zapanował nad sobą i pomimo żądzy obrócenia się i patrzenia na święte miasto, dojechał na górę nie odwróciwszy już głowy. Kościół San Pietro in Montorio, podobno, że stoi na miejscu, gdzie św. Piotr został ukrzyżowany. Plac przed kościołem jest pusty, ryży, wypieczony słońcem podczas lata. W pobliżu, po za placem znajduje się monumentalny wodotrysk Aqua Paola w kształcie potrójnego kielicha, z którego bezustannie przelewa się z szumem kryształowa i zimna woda. Płaskowzgórze tworzy taras ścięty prostopadle od strony Transtevere. Wzdłuż tarasu ciągnie się parapet około którego zawsze stoi szereg turystów. Szczupli anglicy, rozrośli niemcy, z "przewodnikiem" w ręku, zachwycają się tradycyjnym zwyczajem i zaglądają do książki, by rozpoznać miejscowość i gmachy stolicy. Piotr lekko wyskoczył z dorożki i zostawiając w niej walizkę na ławeczce, dał znak woźnicy, by na niego czekał. Włoch, skinąwszy na znak zgody, odjechał i zatrzymał się obok długiego szeregu innych dorożek a pozostając na koźle pomimo słońca, spuścił tylko nieco głowę, równie jak jego koń; obadwaj zdawali się wiedzieć, że w tem miejscu przystanek jest zwykle długi. Piotr, stanąwszy na skraju tarasu, zapatrzył się w dal całą siłą wzroku. Gorączkowo rozpalone ręce zaciskał nerwowo, założywszy je na opiętej, czarnej sutannie. Rzym! Rzym! Miasto cezarów, miasto papieży! Wieczysta stolico, któraś dwukrotnie świat zhołdowała! Miasto, przeznaczeniem do przodowania powołane! Piotr patrzał i myślał o tem, jak gorąco pragnął módz urzeczywistnić tutaj żarliwe swe marzenia. Jest wreszcie w Rzymie! Patrzy i widzi go przed sobą! Burze dni poprzednich wystudziły upalne sierpniowe powietrze. Dzisiejszy wrześniowy poranek niósł z sobą orzeźwiająco chłodnawe powiewy a niebo roztaczało bezchmurną bladą niebieskość, gdzieś aż w nieskończoność. Miasto występowało łagodnie, jak widzenie zanikające w falach porannych blasków. Lekkie niebieskawe mgły unosiły się nad dachami domów w dolinach, lecz mgły te były ledwie widzialne i delikatne, jak gaza. Okolice poza miejskie, oraz dalekie wzgórza gubiły się w blado różowych i złotych pyłach. W pierwszej chwili nie rozróżniał nic, nie chciał zatrzymywać się na szczegółach, chcąc objąć Rzym cały, ten olbrzymi żywy kolos, spoczywający przed nim na gruncie powstałym z tylu zpopielonych pokoleń. Rzym! Wiek każdy odnawiał jego sławę nieśmiertelną, nadając mu nową młodość. Piotr patrzał i serce biło mu tem gwałtowniej, iż po raz pierwszy widząc Rzym, ujrzał go właśnie takim, jakim chciał i pragnął oglądać, porannym, młodzieńczym, wesoło jaśniejącym, prawie nieziemskim, uśmiechniętym nadzieją jutrzenki życia, pięknym zaraniem odnowionej przyszłości... Zaciskając rozpalone ręce, Piotr stał nieruchomy przed wspaniałością horyzontu a rozgorączkowane jego myśli sprawiły, że w chwil kilka ogarnął całość swego życia w ostatnich trzech latach spędzonych w Paryżu. Ach jakże okrutnym był rok pierwszy, który przeżył zamknąwszy się w swoim domku w Neuilly, zatarasowawszy drzwi i okna, zakopawszy się jak zwierz śmiertelnie zraniony! Powrócił z Lourdes z duszą zamarłą, z rozkrwawionem sercem. Był tylko już popiołem. Cisza i noc zaległy na ruinach jego miłości i jego wiary. Mijały dnie jeden za drugim, pasmo dni ciężkich, grobowych a żadne światełko nie pojawiało się, by rozjaśnić ciemności straszliwej pustki, którą czuł w opuszczeniu swojem. Żył machinalnie, oczekując, by mu przyszła odwaga do nowego bytu po całopaleniu, jakie uczynił, znaglony rozkazem rozumu. Dlaczego bolał tak srogo? Dlaczego brakło mu siły, by urządzić sobie spokojne życie, zgodne z nowemi przekonaniami?... Nie chciał zrzucić sutanny, brzydząc się wiarołomstwem i pragnąc pozostać wiernym jedynemu doznanemu w życiu uczuciu, lecz dlaczegóż trwa w bezczynności?... Dlaczego nie zajmuje się jaką gałęzią wiedzy dozwolonej duchownym? Astronomią, albo archeologią?... Lecz niemoc obezwładniała go, jęk w nim płakał serdeczny, może była to żałość za utraconemi przez niego marzeniami pobożnej matki a może ból powstały z przeświadczenia, że ogrom uczuć, które w nim szalały, nigdy zadowolenia swego nie znajdzie!... Cierpiał w swej samotności, jątrzyła się rana sercu zadana, lecz zamykał się w dumie odzyskanego prawa swobody myślenia. Któregoś jesiennego, dżdżystego wieczoru wypadek zrządził, że się poznał ze starym księdzem Rose, wikaryuszem przy kościele św. Małgorzaty na przedmieściu św. Antoniego. Piotr poszedł go odwiedzić. Odnalazł go w głębi nędznego domu przy ulicy Charonne. Mieszkanie starego księdza składało się z trzech wilgotnych pokoików na dole, zamienionych na przytułek dla dzieci, które zbierał porzucone wśród ubogich ulic przedmieścia. Od tego dnia życie Piotra odmieniło się najzupełniej. Zainteresował się działalnością księdza Rose i stał się żarliwym jego pomocnikiem. Przestrzeń była wielka pomiędzy Neuilly a ulicą Charonne. W pierwszych czasach Piotr przychodził tylko dwa razy na tydzień. Wkrótce, przychodzić począł codziennie. Wychodził z domu rano a wracał wieczorem. Trzy pokoiki księdza Rose okazały się zbyt ciasne, więc Piotr wynajął mieszkanie na pierwszem piętrze, zachowując jeden pokój dla siebie. Zdarzało się, że pozostawał w nim na noc. Całość szczupłych swych dochodów poświęcał na ratowanie opuszczonych dzieci. Ksiądz Rose, uszczęśliwiony, rozczulony, całował go płacząc i mawiał, że to Bóg mu zesłał takiego pomocnika. Przez całe dwa lata żył Piotr w tych warunkach, zapoznając się zblizka z nędzą, ze straszliwą, okrutną nędzą paryzkiego przedmieścia. Przytułek pełen był dzieci porzuconych na ulicy. Ludzie zaczęli oceniać miłosierną działalność tych dwóch księży i przyprowadzano im wynędzniałe, opuszczone sieroty. Były to dzieci kilkoletnie, czasami młodsze, które znalazły się wśród ulicznego kału, podczas gdy ojciec i matka byli przy pracy, albo też pili w szynku lub umierali w szpitalu. Często zdarzało się, że ojciec był niewiadomy, lub też opuścił matkę swego dziecka, która wtedy szukała pracy a nie znajdując jej upijała się i prostytucyą zdobywała chwilowy zarobek. Lecz dzieci nie posiadały już wtedy rodzinnego kąta. Jeżeli były małe, ulica stawała się ich domem i obumierały z głodu na chłodnym bruku a jeżeli były nieco starsze, rozpraszały się po mieście, żyjąc zbrodnią i występkiem. Pewnego wieczoru Piotr podniósł prawie z pod wozu, który najeżdżał, dwoje maleńkich chłopiąt, dwóch braci, nieumiejących nawet wskazać adresu, ani też wieści o rodzicach swoich. Innego wieczora przyniósł na ręku trzyletnią, jasnowłosą dziewczynkę, którą znalazł płaczącą na ławce. Mówiła, że matka pozostawiła ją tu oddawna. Zajmując się tym opuszczonym drobiazgiem, Piotr starał się odnaleźć rodziców. To go zmusiło do zapoznania się z zabójczą atmosferą zaułków i nor, zamieszkiwanych przez najnędzniejszą ludność Paryża. Z każdym dniem zgłębiał piekielne przepaści nędzy i poznał całą jej ohydę. Wracał zgnębiony, z sercem krwawiącem się z żalu i litości, strwożony i zrozpaczony ogromem zła, któremu miłosierdzie nie jest w stanie zaradzić. Ach jakże straszliwie bolesnem było to zetknięcie się z nieszczęsną siedzibą niedostatku, jak bezmierną ten niedostatek wywołał głębię cierpień i poniżenia ludzkiego! Dwuletnie wędrówki Piotra po tych przepaściach nędzy i głodu wstrząsnęły całą jego istotą. W dzielnicy św. Małgorzaty, w pośrodku przedmieścia św. Antoniego, które wre pracowitością i przemysłem swych mieszkańców, Piotr znał całe szeregi ciasnych zaułków, brudnych domów, klitek i przystawek pozbawionych światła, powietrza a natomiast wilgotnych jak piwnice, gdzie mieszkały tysiące nędzarzy gnijących i zdrętwiałych z niedostatku. Ileż razy piął się po ciemnych schodach o wyszczerbionych stopniach, pozbawionych poręczy, śliskich od nagromadzonego na nich błota. Mieszkania w takich domach jeszcze groźniej odrażający przedstawiały widok. Przez okna bez szyb wpadały wiatry i deszcze a brud i ciasnota cuchnęły pomimo tego. Sypiano tu na gołej ziemi, nigdy się nie rozbierając. Nie znano sprzętów ani bielizny a ludzie tam żyjący, pogrążali się w pijaństwie, w niem szukając ulgi. Podłoga była im łóżkiem, pościelą dla wszystkich śpiących gromadą zbitą bez różnicy płci i wieku. Zezwierzęceni niedostatkiem, zadawalali swe instynkta nie czyniąc wyboru a przyniesione resztki pożywienia, wygrzebane ze śmietnika, wyrywali sobie i bronili ich, szczerząc zęby jak psy zgłodniałe. Poniżający godność ludzką stan tych nędzarzy o ileż był okrutniejszy od losu dzikiego człowieka, swobodnie polującego na zdobycz wśród puszcz pełnych zwierząt; jadł on do syta i chodzić mógł bez odzienia, zdrowe przytem mając ciało, podczas gdy wielkomiejscy nędzarze, zdegenerowani chorobą, dziedzicznością, zbrukani, potworni szpetotą, słabi i byt swój wiodą nie w przestronnym dzikim lesie, lecz wśród Paryża, królującego światu swym zbytkiem i wyrafinowaną cywilizacją. Piotr rozpytywał się tych ludzi i wszyscy opowiadali mu jednakowe dzieje swej przeszłości. Gdy zeszli się z sobą mieli młodość i wesołość, na konieczność pracy zapatrywali się odważnie. Lecz z latami ogarniało ich zmęczenie. Pocóż ciągle pracować? Mąż zaczynał się upijać, chcąc zdobyć chociażby ułudę szczęśliwości, żona opuszczała się w domowych zajęciach i zaglądała również do szynku, pozostawiając dzieci na los szczęścia. Brnąc w ten sposób coraz głębiej, nie podtrzymywani oświatą, odepchnięci, wpadali w otchłań bezratunkowej nędzy. Częściej jeszcze brak roboty stawał się początkową przyczyną niedostatku tych ludzi. Brak pracy był tym wielkim winowajcą, nietylko wypróżniającym resztki oszczędzonych pieniędzy, lecz rodzącym zniechęcenie, wyczerpującym odwagę i przyzwyczajającym do próżniactwa. W fabrykach bywa często kilkotygodniowy zastój w robocie, warsztaty milkną a pozbawieni pracy ludzie leniwieją najpierw z musu a potem z zamiłowania. Szukającym zaś zajęcia, jakże je trudno znaleźć w tym gorączkowo czynnym Paryżu! Pierwszych dni mąż wraca do domu z oczyma łez pełnemi, był wszędzie i wszędzie ofiarował swe usługi, lecz wszędzie napróżno, wszędzie odmówiono. A jeżeli ma żonę i dzieci i patrzy na głodowe ich męczarnie?... Czarna nędza, pijaństwo, upodlenie - są następstwami ciążącemi nad słabością tych istot na śmierć skazanych. Przebijający się przez życie, znajdujący pracę dzięki sprzyjającem okolicznościom, jakąż ma starość, gdy lata wycieńczą siłę jego muskułów?... Uzbierać oszczędności nie mógł, pomimo piędziesięciu lat wytrwałej pracy. W starości więc pada na barłóg, gdzie na strychu kona powoli, wyczekując śmierci. Większość rzeszy kończy swój żywot w szpitalach, inni gdzieś giną z oczu, przepadają bez wieści, uniesieni falą błota płynącego z ulic do ścieków. Podczas porannej wycieczki Piotr kiedyś znalazł jednego z tych biedaków, zmarłego z głodu w rozwalającej się lepiance. Umrzeć on musiał od dni kilkunastu a szczury wygryzły mu twarz do kości. Podczas zimy litość Piotra wystawiona była na cięższe jeszcze próby. Zimą, cierpienie nędzarzy, wzmaga się wraz z mrozem i śniegiem gospodarującym w nieopalanych nigdy norach, które zamieszkują. Na Sekwanie płyną lody i powstrzymują żeglugę, zamarznięta ziemia przeszkadza także w niektórych robotach a skutkiem tego mnoży się ilość rąk bezczynnych, żądnych zarobku i chleba. W uliczkach zamieszkiwanych przez gałganiarzy panuje głód wraz z przerwą roboty. Stada bosonogich i zaledwie odzianych dzieci domagają się strawy, kaszląc złowrogo. Suchoty kładą istotne pokosy tych wyrostków. Piotr napotykał całe rodziny, matki z kilkorgiem dzieci, stulone razem na barłogach z gałganów. Cisnęli się do siebie, by ciepło w sobie utrzymać i jęczeli z głodu, nie mając co jeść po dni kilka. W pamięci Piotra wyrył się złowrogo ów straszny widok, jaki ujrzał wchodząc do dusznej izby w ciemnem jak piwnica podwórzu. Matka, nie mogąc znieść dłużej głodowej męczarni, zaczadziła się wraz z pięciorgiem swych wychudłych dziatek. Dramat ten, spowodowany nędzą, opisały dzienniki, wywołując na chwilę dreszcz oburzenia i zgrozy wśród sytych i odzianych. W izbie rozgościła się pustka, sprzęty, bielizna, wszystko już było sprzedane, wyniesione, sztuka po sztuce do sąsiedniego kramarza. Pozostał tylko blaszany piecyk, dymiący jeszcze resztką węgli kupionych dla sprowadzenia śmierci. Na podartym sienniku leżała matka, która nań padła, trzymając trzymiesięczne dziecko u piersi. Zamiast mleka, wystąpiła kropla krwi, ku której wyciągały się usteczka zmarłego maleństwa. W pobliżu matki leżały obok siebie dwie ładne dziewczynki kilkoletnie i w uścisku spały snem wiecznym. Siedmioletni chłopiec skonał z głową pochyloną na dłonie i przyparty do muru, podczas gdy nieco starszy jego brat musiał się borykać ze śmiercią; bo leżał prawie na czworakach, w pobliżu okna, jakby chciał tam dopełznąć i szukać ratunku. Czad zwrócił uwagę sąsiadów, lecz było już zapóźno. Zbiegła się chmara ludzi i rozprawiano o smutnych dziejach nieżyjącej już rodziny. Rzecz była zwykła, banalna, podobna do tylu innych. Bieda waliła się zwolna, ojciec coraz rzadziej znajdował robotę. Z rozpaczy pić począł. Zalegało komorne. Gospodarz groził wyrzuceniem, znudzony zbyt długiem wyczekiwaniem pieniędzy. Wtedy matka powzięła zamiar szukania ratunku w śmierci i namówiła dzieci, by razem z nią pomarły. Wykonała swój plan, korzystając z nieobecności męża, który raz jeszcze wyszedł na miasto dla szukania zarobku. Gdy przybył komisarz policyi dla sprawdzenia samobójstwa, nadszedł i ojciec. A gdy spojrzał i zrozumiał, runął na ziemię jak byk uderzony obuchem i zawył jękiem bez końca, jękiem śmiertelnego bólu, przerażając ludzi, wstrząsając ich do głębi tak, że wtórować mu poczęli. Tragizm tego krzyku zawodzącego nad całem pokoleniem zmarłem z niedostatku i opuszczenia, echem jeszcze się odbijał w uszach Piotra, bólem napełniając mu serce. Tego dnia nie jadł i noc spędził bezsenną. Piotr czuł się uniesiony najwyższem oburzeniem. Nawet przez chwilę wątpił, by miłosierdzie i ofiarność mogły mieć jakiekolwiek znaczenie. Pocóż więc czas swój poświęca na zbieranie opuszczonych dziatek, na niesienie pomocy ich rodzicom, na przedłużanie życia a zatem cierpienia starych, konających na przegniłych barłogach?... Posłyszawszy płacz i jęk bolejącego Piotra, ksiądz Rose wszedł do jego komnatki, łając go z ojcowską dobrotliwością. Ksiądz Rose był świętym człowiekiem niewyczerpanej łagodności i słodkich nadziei. Wielki Boże, jakże można rozpaczać, mogąc się wesprzeć na Ewangelii! Czyż boska maksyma: kochajcie jedni drugich, nie wystarcza dla zbawienia świata?... Gardził on gwałtownością środków. Zwykł był mawiać, że gdyby nawet rozrosnąć się miało zło już istniejące, przykrócić je można będzie łatwo i szybko w dniu gdy ludzie, spostrzegłszy manowce, po jakich pędzą, zawrócą w tył, do dawnej prostoty i czystości, do szczęśliwej epoki chrześciańskiej szczerego braterstwa. Na tem tle snuł przepiękne obrazy szczęśliwości życia, wywoływał je z własnego serca ze spokojną, wesołą ufnością, wierząc w jutrzejszą ich rzeczywistość. Piotr, słuchając opowieści starego księdza, promieniał i wchłaniał spływające z nich pocieszenie, znajdując ulgę po straszliwych zmorach dnia dzisiejszego. Tej nocy rozmawiali z sobą długo a następnie często wracali do tego przedmiotu rozmowy. Ksiądz Rose był niewyczerpany w rozwijaniu coraz to nowych szczegółów przyszłego ustroju społecznego, gdy wszyscy ludzie podlegać będą władzy miłości bliźniego, gdy zapanuje sprawiedliwość. Mówił ze wzruszającą wiarą uczciwego człowieka, który nie wątpi, że przed śmiercią ujrzy Boga na ziemi. Piotr począł ulegać nowej fazie ewolucyjnej. Uprawiając miłosierdzie wśród biednej dzielnicy, doszedł do bezmiernego roztkliwienia. Żył tylko sercem, które bólem wzbierało na widok nędzy. Rozpaczał, że zła uleczyć nie jest w stanie. Czasami zdawał sobie sprawę, iż rozum jego podwładnym być poczyna sercu. Nie zastanawiał się nad tem dłużej i wracał ku młodocianym myślom, ku zaraniu chłopięcych lat, gdy matka miłością rządzić mu się kazała. Wyobraźnia Piotra zaczęła mu podsuwać chimeryczne sposoby natychmiastowej ulgi ogólnej. Wyczekiwać począł pomocy sił i potęg niezbadanych. Odrzucając brutalność faktów, lękając się gwałtownych środków, coraz to goręcej pragnął zbawienia drogą miłości. Chcąc zapobiedz zbrodniczym gwałtom, Piotr marzył o możliwości pokojowego załatwienia i rozstrzygnięcia zadania. Niechaj ludzie poczną się miłować bratniem uczuciem, niechaj zawrócą wstecz ku czystości zasad Ewangelii głoszonej przez Jezusa. Na tej tylko drodze odnajdą szczęśliwość, wieczysty pokój ubezpieczony pocałunkiem ogólnej zgody. Lecz zaczęły go męczyć wątpliwości: czy możebnem jest to odmłodzenie starego katolicyzmu? Czy można mu przywrócić młodzieńczość naiwnych wierzeń pierwotnego chrystyanizmu? I Piotr pogrążył się w badaniach i czytaniu. Z gorączkowem upodobaniem rozpatrywał się w tej kwestyi, która od lat kilku nabierała coraz donośniejszego rozgłosu. Roztkliwiony miłością dla nieszczęsnych nędzarzy, roznamiętniony myślą cudu mającego powstać z braterstwa, Piotr zatracał skrupuły stawiane przez zepchnięty uczuciem umysł swój i poczynał wierzyć w powtórne odkupienie cierpiącej ludzkości. Wreszcie, jasno już formułował pewność, że oczyszczony, przywrócony do pierwotnych swych dążeń, katolicyzm jest w stanie być owym paktem najwyższym, prawem najistotniejszem, zbawcą społecznym, zapobieżycielem bratobójczych walk będących w przededniu wybuchu. Dwa lata mijały, jak wrócił z Lourdes oburzony bałwochwalczością tamtejszą, która zabiła w nim wiarę a którą pragnął tam utrwalić. Dusza jego pozostała wszakże trwożna skutkiem nieodłącznie zespolonego z nią pragnienia boskości wierzeń. Z głębi swej istoty wołał zrozpaczony: trzeba nam nowych ideałów. Otóż dzisiaj stawały przed nim te nowe ideały a raczej ta odnowiona wiara, którą zdawało mu się, że odkrył w celu społecznego zbawienia. Chciał spożytkować dla szczęśliwości ludzi jedyną, która się ostała zniszczeniu moralną władzą i jej długowieczną organizacyę, stanowiącą wypróbowane narzędzie, z niezrównanym wykonane kunsztem dla skutecznego rządzenia narodami. Podczas peryodu formowania się nowych poglądów Piotra, dwóch ludzi, oprócz księdza Rose, miało wielki wpływ na niego. Z okazyi jednego ze swych miłosiernych uczynków, Piotr zapoznał się z biskupem Bergerot, który niedawno został mianowany przez papieża kardynałem, w nagrodę życia pełnego cnoty i przedziwnej dobroci. Otoczenie papieża sprzeciwiało się tej nominacyi, skrycie uobwiniając francuzkiego prałata o zbyt wyraźną swobodę myśli i zbyt ojcowskie rządzenie dyecezyą. Piotr bardziej jeszcze rozgorzał w swym szale, przypatrując się zblizka życiu tego apostoła, prawdziwego dusz pasterza, jednego z tych szczerych i dobrych przywódców, jakich pragnął widzieć na czele przyszłego, odnowionego społeczeństwa. Większy jeszcze wpływ na Piotra wywarł wice hrabia Filibert de la Choue, z którym się poznał w jednem ze stowarzyszeń katolicko-rzemieślniczych. Wice-hrabia był człowiekiem przystojnym, o wojskowej postawie, twarzy ściągłej i szlachetnej, nieco zeszpeconej małym, jakby przyłamanym nosem, który był niby wskazówką ostatecznego niepowodzenia niezrównoważonej natury. Filibert de la Choue był jednym z najzagorzalszych czynnych agitatorów partyi katolickiej we Francyi. Posiadał rozległe dobra ziemskie, znaczne kapitały, wszakże mówiono, że stracił już połowę mienia w nieszczęśliwie obmyślanych przedsiębiorstwch rolnych. W departamencie, w którym leżały jego majątki, silił się na urządzenie wzorowo prowadzonego gospodarstwa a w licznych swych folwarkach zastosowywał ideje neokatolickie, lecz niepowodzenie źle wróżyło o praktyczności systemu. Przecie dzięki temu został wybrany na deputowanego. W izbie przemawiał często, wykładając program swego stronnictwa. Mowy jego były długie i ogólną zwracały uwagę. Niezmordowany w obranym zawodzie agitatora, wiódł pielgrzymów do Rzymu, przewodniczył zebraniom, miewał prelekcye, pragnął przedewszystkiem pozyskać dla swej sprawy lud, który jak wyrażał się poufnie, raz podbity, mógł zapewnić tryumf Kościołowi. Piotr z całą naiwnością podziwiał jego działalność i przymioty jakich jemu samemu brakło, to jest spryt organizacyjny, wytrwałość woli, która, jakkolwiek była nieścisłą w przewidywaniach, cała była oddana przywróceniu Francyi ducha chrześciańskiego. W obcowaniu z wice-hrabią Piotr wiele się nauczył, pozostał wszakże uczuciowym, oderwanym marzycielem, odrzucającym giętkości środków politycznych a dążącym wprost do celu polegającego na zapewnieniu ludziom błogiej szczęśliwości. Wice-hrabia zaś, podzielając tę dążność, pragnął jeszcze ostatecznego zniweczenia liberalnych idei Wielkiej rewolucyi, używając jako środka do zawrócenia wstecz, rozczarowania ku nim całego stronnictwa demokratycznego. Piotr spędził wtedy kilka czarownych miesięcy. Żaden neofita nie płonął nigdy żarliwszą żądzą szczęścia bliźnich. Stał się miłością i wcieleniem swego apostolstwa. Patrząc teraz na nędzarzy zamieszkujących ciemne zaułki, na robotników pozbawionych pracy, na matki niemające kawałka chleba do podania zgłodniałem dziatkom, nabierał pewności, że musi nadejść nowa epoka przykrócająca tak wielką niesprawiedliwość, powstrzymująca świat zbuntowany od wytępienia się wzajemnego. To wstawienie się bóstwa, to odrodzenie się pierwotnego chrystyanizmu, można było wywołać, przyśpieszyć. Postanawiał w tym kierunku działać i pracować całym wysiłkiem swej istoty. Dawne jego wierzenia bezpowrotnie wymarły. Zadawalał się najzupełniej świeżo zrodzoną w sobie nadzieją, że Kościół może jeszcze wywierać wpływ zbawienny, chwyciwszy silną dłonią nieprzeparcie zaznaczający się wszędzie ruch demokratyczny. Tylko Kościół może uchronić narody od strasznej socyalnej katastrofy zewsząd zagrażającej. Z chwilą jak zrodziły się i utrwaliły w nim te myśli, Piotr doznał uspokojenia. Rzucił się więc zapamiętale ku szerzeniu swej misyi, polegającej na szczepieniu zasad Ewangelii w sercach zgłodniałej rzeszy, odgrażającej się na przedmieściach. Zaprzepaściwszy się w tej pracy, przestał myśleć i cierpieć nad pustką, jaką czuł w sobie od czasu powrotu z Lourdes. Przestał pytać sam siebie a ztąd męczarnia niepewności przestała go zabijać. Obowiązek odprawiania codziennej mszy spełniał już bez przykrości. Zaczął nawet myśleć, że tajemniczy ten obrządek który celebrował, był symbolem - jak również były nim wszystkie inne tajemnice wiary, dogmaty i rytuały, niezbędne dla umysłów prostych. W miarę jak ludzkość dojrzewała, mogły je bezkarnie i stopniowo odrzucać, by ostatecznie dojść do pojęć wszechstronniejszych, czystszych, jaśniejących niezłomnością prawd nagich, z symboli wyswobodzonych. Uniesiony zapałem swoich przekonań, Piotr zapragnął podzielić się niemi ku dobru powszechnemu. Sam nie wiedział, jaką siłą popchnięty zasiadł do napisania książki. Przyszło to naturalnie, karty książki zapisywał czerpiąc w swem sercu, nie myśląc o literackiej jej formie. Podczas jednej z bezsennych nocy tytuł błysnął przed nim ognistemi zgłoskami, jawiąc się nagle wśród ciemności: La Rome nouvelle. Słowa te wypowiadały treść przewodniej jego myśli, bo tylko wieczysty i święty Rzym mógł przedsięwziąć pracę około odkupienia ludów. Jedyna z władz istniejących tam miała swoją stolicę, tam więc, na świętym gruncie, na którym rozrósł się stary dąb katolicyzmu, powinno rodzić się i zakwitnąć odnowienie. W dwa miesiące Piotr ukończył pisanie swojej książki, bowiem nie zdając sobie sprawy nosił ją od roku w swem sercu, przygotowanym będąc do tej pracy badaniami nad rozwojem współczesnego socyalizmu. Wrzał natchnieniem jak poeta w chwili tworzenia, zdawało mu się czasami, że pisze w rozmarzeniu, słuchając głosu wewnętrznego, który gdzieś z oddali dyktuje mu słowa. Zdarzało się, że napisane w przeddzień kartki odczytywał wice-hrabiemu Filibertowi de la Choue, który chwalił je gorąco, jako wybornie nadające się dla szerzenia propagandy. Twierdził, bowiem że trzeba działać na serce ludu, chcąc go pociągnąć za sobą. W tym celu wice-hrabia życzył sobie, by Piotr lub kto inny ułożył seryę pobożnych a zarazem wesołych piosnek, któreby lud mógł polubić i śpiewać podczas godzin roboczych. Zaś biskup Bergerot, nie zagłębiając się nad książką Piotra ze strony dogmatycznej, zachwycał się chrześciańskim jej duchem, tchnącym współczuciem miłosiernem na każdej jej stronicy. Rozczulony, pod świeżem wrażeniem, biskup, nie obliczając wyników, napisał do autora książki list, upoważniając go do umieszczenia jako przedmowy do dzieła. Książka wydrukowaną została w czerwcu. Niespodziewanie Piotr otrzymał wiadomość, że ma zostać zakazaną przez kongregacyę Indeksu. Wieść ta stała się przyczyną jego przyjazdu do Rzymu. Przybiegł, by się wytłomaczyć, by sam osobiście obronić napisane przez siebie dzieło. Był tem zdziwiony a zarazem silnie podniecony, płonął żądzą wyjawienia swych poglądów, ujrzenia tryumfu swoich wierzeń, chciał stanąć i wytłomaczyć się przed papieżem, mając najgłębsze przekonanie, iż był tylko rozkrzewicielem własnych jego poglądów. Nieruchomie stojąc przy kamiennym parapecie, patrząc na ten Rzym, ku któremu od tak dawna rwały się jego pragnienia i porywy. Piotr przebiegał myślą wątek swego życia podczas trzech lat ostatnich. Z tyłu, pozanim, przyjeżdżały i odjeżdżały powozy i defilowały bez przerwy liczne postacie chudych anglików i ociężałych niemców, nie zatrzymując się na tarasie dłużej jak pięć minut oznaczonych w "Przewodniku". Woźnica Piotra i koń zaprzężony do dorożki, grzeli się na coraz silniejszem słońcu, pospuszczawszy głowy a mała walizka leżała samotnie opuszczona na ławeczce powozu. Porwany pięknością widoku, Piotr zdawał się rosnąć, wydłużać w swej obcisłej czarnej sutannie. Od powrotu z Lourdes znacznie wychudł, mięśnie twarzy stopiły się, znikły. Usposobienie matki zaczęło w nim przeważać i pod tym nowopowrotnym wpływem czoło, które miał wyniosłe, podobne do ojca, zdawało się maleć, wydatność swoją ustępując ustom, coraz to głębszą wyrażającym dobroć i brodzie o delikatnym owalu. Cały dół twarzy, oraz oczy płonące ogniem miłosiernego apostolstwa, które stało się rdzeniem jego myśli, zacierały dominującą dawniej rozumność czoła, zarysowanego linią prostą, śmiałą. Ach jakże tkliwie i gorąco patrzały teraz jego oczy na Rzym, na ten Rzym widziany podczas tworzenia o nim książki, na ten Rzym nowego odrodzenia, o którem marzył! Lecz powoli mijała pierwsza gwałtowność ekstazy i Piotr, pochwyciwszy już całość miasta mięko owiniętego poranną gazą, zaczął rozpatrywać się w szczegółach, zatrzymując się przy ważniejszych gmachach. Cieszył się jak dziecko, poznając wszystkie. Znał je bowiem od dawna z planów miasta, które przeglądał, oraz z rycin i z fotografij. U stóp Monte Gianicolo, ze szczytu którego spoglądał na miasto, ciągnęło się przedmieście Transtevere, o starych, chaotycznie rzuconych domach z czerwonej cegły. Dachówką wyblakłą na słońcu, pokryte ich dachy zasłaniały bieg Tybru. Piotr był nieco zdziwiony płaszczyzną miasta widzianego z tego wyniosłego tarasu. Owe sławne siedem pagórków wydawały się tylko lekką falistością wśród morza rozpłaszczonych domów. Na prawo, na tle niebieszczących się w dalekiej głębi gór Albańskich, występował naprzód w ciemno-fioletowych tonach monte Aventino z trzema kościołami do połowy zakrytemi zielonością. Ogołocony ze swej korony pałaców monte Palatino obiegała ciemna frendzla cyprysów rosnących szeregiem. Monte Celio rozpływał się z tyłu, ukazując tylko drzewa willi Mattei, zanikającej w złotym pyle słońca. Wysmukła dzwonnica i dwie małe kopuły kościoła Santa Maria Maggiore, oznaczały szczyt monte Esquilino, wprost tarasu, lecz daleko, po drugiej stronie miasta. Na stokach monte Viminale bieliły się stosy kamieni wśród ciemniejszych pręgów; nowobudujące się ulice i domy zlewały się bezładnie w rodzaj opuszczonej kopalni kamieniołomu zalanej jaskrawem światłem. Napróżno Piotr szukał Kapitolu, nie mógł go odnaleźć. Dopiero zoryentowawszy się za pomocą kościoła Santa Maria Maggiore, przekonał się, że kwadratowa, skromnego wyglądu wieża, gubiąca się wśród sąsiednich dachów jest tem, czego szukał. Monte Quirinale poznał natychmiast po długiej fasadzie królewskiego pałacu, fasadzie przypominającej szpital lub koszary, jaskrawo-żółtej, płaskiej i regularnie poprzetykanej nieskończoną ilością okien. Wzrok Piotra podążył dalej na lewo i drgnął uderzony nagłością niespodzianego widoku. Po za miastem, po nad drzewami willi Corsini, ujrzał kopułę św. Piotra. Zdawała się spoczywać na zieloności. Niebo było czysto błękitne a kopuła lżejszego tonu niebieskością znaczyła się na niem powiewnie, prawie nieznacznie, tylko olbrzymia, kamienna latarnia, będąca na jej wierzchołku, występowała biało, olśniewająco jasno, jakby zawieszona w powietrzu. Piotr wodził nienasyconym wzrokiem po wszystkich krańcach horyzontu. Z upodobaniem przypatrywał się żłobionej linii szczytów gór Sabińskich i Albańskich, których dumne, szlachetne i wdzięczne pasma zasiane miastami, otaczały pasmem granicznym część widnokręgu. Po za stolicą, rzymska Kampania ciągnęła się olbrzymią równiną, pustą i majestatyczną jak pustynia śmierci, płowa jej zieloność przypominała uśpione morze. Wzrok Piotra zaostrzał się. Dostrzegł teraz nizką, okrągłą wieżę grobowca Cecylii Metelli a po zatem wązką, bladą linię oznaczającą starożytną via Appia. Tu i owdzie szczątki wodociągów rozsypywały się wśród równiny, łącząc się z pyłem dawniejszych światów. Zatrzymując wzrok bliżej, znów widział miasto i rozeznawał ten lub inny gmach pomiędzy tylu innemi. Tuż blizko napotkał olbrzymi, ryży sześcian pałacu Farnese, którego logia zwróconą była ku rzece. Nieco dalej, ta nizka, ledwie widzialna kopuła, musiała być kopułą Panteonu. A ten odnowiony kościół, tam het daleko, zwany był San Paolo fuori le muri, architekturą swą przypominał olbrzymią stodołę. Posągi wieńczące kościół św. Jana z Lateranu wydawały się z tej odległości niewiększe od drobnych owadów. Wyrastając jedne przy drugich, widniały kopuły: Gesu, św. Karola, św. Andrzeja, św. Jana florenckiego, i tylu, tylu innych gmachów pamiątkowego, doniosłego znaczenia. Statua pałacu św. Anioła błyszczała w słońcu, willa Medici wznosiła się wysoko na skraju miasta a wśród tarasu na monte Pincio bieliły się marmurowe posągi w ogrodzie złożonym z drzew rzadkich gatunków. Willa Borghese zamykała horyzont w tej stronie obszarem widniejącej na tle nieba zieloności. Piotr szukał jeszcze Kolizeum, lecz dostrzedz go nie zdołał. Lekki, północny wietrzyk zaczynał zdmuchiwać poranne opary. Z po za dalekich mgieł występowały coraz wyraźniej całe nowe dzielnice miasta, rysując się jak przylądki na morzu światła. Wśród nagromadzonych chaotycznie domów wyrastał jakiś białością rażący kawał muru, szereg szyb rzucał płomienie, lub ogród ciągnął się czarną plamą. Wszystko nabierało potężnie silnego kolorytu. Niektóre ulice i place lśniły się, jakby wyspy wśród zanikającego w szczegółach natłoku domów a po nad ich kominami falowały lekkie, białe dymy, unosząc się wysoko i zwolna ku jasnym błękitom nieba. Tajemniczym instynktem powodowany, Piotr zainteresował się teraz wyłącznie trzema punktami olbrzymiego horyzontu. Oczy jego uparcie biegły ku monte Palatino. Patrzał ze wzruszeniem na czarną linię wysmukłych cyprysów, po za któremi nie było już starożytnych pałaców rzymskich cezarów. Runęły, znikły, powalone czasem. Wywoływał więc ich wspomnienie i zdawało mu się, że widzi złociste ich cienie majaczące w purpurze porannego słońca. Odwróciwszy się na lewo pogrążał się w innych myślach, wpatrując się w św. Piotra. Potężna kopuła kościoła trwałą się jeszcze zdawała. W jej cieniu ciągnął się pałac Watykanu, tuż po za świątynią, która go kryła po tej stronie. Jakże tryumfalną, potężną i olbrzymią była ta kopuła! Była ona jakby monarcha najwyższy królujący miastu, zewsząd widoczny i wiecznotrwały. Trzecim punktem pociągającym oczy Piotra był monte Quirinale. Stojący na tem wzgórzu pałac królewski, coraz podobniejszym mu się wydawał do koszar o banalnej, nizkiej architekturze, oszpeconych żółtem otynkowaniem. Monte Palatino, monte Vaticano, monte Quirinale, te trzy wzgórza spoglądające na siebie z ponad morza domów i przez Tyber, stanowiły symboliczny trójkąt, zamykający w sobie całość dziejów odwiecznego Rzymu, stolicy wstrząśniętej tylu przemianami, lecz zawsze odradzającej się, zawsze żywotnej. Rzym starożytny kwitł obfitością pałaców i świątyń, które, jakby potwornej wielkości kwiaty, mówiły o potędze i świetności cesarstwa. Rzym papieżów, zwycięski w średnich wiekach, władał wówczas światem, gnąc pod przewagę Kościoła chrześciańskie karki, korzące się przed jego wolą. Rzym teraźniejszy mniej był dla Piotra znanym, mało się nim dotychczas zajmował a patrząc na szpetotę królewskiego pałacu, ujemnie myślał o nowych rządach, którym ulegało wieczyste miasto. Musiała to być jakby biurokratyczna próba, chęć przekształcenia Rzymu na miasto współczesne. Porywy te Piotr uważał za świętokradztwo. Rzym powinienby pozostać nietykalnem miastem o niezrównanej przeszłości, pobudzającej do marzeń o jutrze. Nad teraźniejszością Rzymu Piotr nie chciał się w tej chwili zastanawiać, odsuwał ją na bok, pomijając wzrokiem całą część nowobudującego się miasta nad Tybrem, naprzeciwko św. Piotra. Patrzał on na Rzym nowo odrodzony, Rzym, który nosił w swem sercu, o którym marzył który chciał wskrzesić, nawet teraz, stojąc naprzeciwko Palatyńskiego wzgórza mieszczącego prochy zniweczonej przeszłości, naprzeciwko kopuły św. Piotra osłaniającej sennym cieniem pałac Watykanu a nawet naprzeciwko odnowionego królewskiego pałacu, zamierzającego rządzić burżuazyjnie budowanem przez siebie miastem, którego dzielnice coraz to liczniejsze, mnożyły się wśród rdzawych, starych domostw dawniejszego Rzymu.La Rome nouvelle, znów te słowa, będące tytułem jego książki, zajaśniały ognistemi zgłoskami przed oczyma Piotra. Patrząc na Rzym, przesnuł w myśli wątek swego życia trzech ostatnich lat, obecnie zaś stanęła przed nim treść napisanej książki. Stworzył ją w gorączkowem uniesieniu. posługując się notatkami, które zbierał na wszelki wypadek. Podział książki na trzy części narzucił się sam przez się: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Przeszłością była wyjątkowo nadzwyczajna historya wytworzenia się pierwotnego chrystyanizmu, jego powolnej ewolucyi przekształcającej ten chrystyanizm w dzisiejszy katolicyzm. W tej części książki Piotr wykazywał, że w każdej religijnej ewolucyi kryje się kwestya ekonomiczna i że rzeczywistem, wiecznem złem jest i po wszystkie czasy był stosunek pomiędzy bogaczem i nędzarzem. W dziejach żydowskiego społeczeństwa po ukończonym peryodzie koczowniczego życia, wraz z zawładnięciem ziemią Chanaan, utworzyło się prawo własności a razem z niem zrodziła się i wybuchła walka klas. Byli bogacze i byli ubodzy: to natychmiast stworzyło kwestyę społeczną. Przejście z życia koczowniczego do osiadłego z prawem własności stało się nagle i nagle też wybuchły niezadowolenia nic nie posiadających, którzy miniony wiek złoty, pasterski wspominając z wzrastającym żalem, zaostrzali swe cierpienia, próżno dopominając się jego powrotu. Aż do czasów Jezusa, prorocy byli przywódcami tego bolejącego tłumu, wyrazicielami jego cierpień, ujmując się za sprawą nędzarzy, z których łona wyszli, gromiąc bogaczów i przepowiadając im i przywołując na nich wszystkie plagi, by ich skarciły i upokorzyły za ich niesprawiedliwość. Jezus, ostatni w tym poczcie proroków, jest ucieleśniałem prawa maluczkich. Poprzedzający go prorocy domagali się równości społecznej, albo zburzenia świata, gdyby tak być nie miało. Jezus, w naukach swoich też występuje przeciwko bogaczom tego świata. Królestwo niebieskie, które obiecywał, stałoby się rzeczywistością na ziemi, wraz ze ścisłem zastosowaniem jego nauki o miłości bliźniego. Byłby to powrót do złotego wieku pasterskiego żywota, którego marzenie po części w czyn wprowadzili jego uczniowie, już znacznie później gromadząc wiernych dokoła siebie. Przez pierwsze trzy wieki każdy Kościół był rodzajem gminy, w której wszystko było wspólne stowarzyszonym, wszystko z wyjątkiem niewiast. Opierając się na apologistach, oraz na pierwszych ojcach Kościoła, mamy pewność, że chrystyanizm w pierwszej fazie swego rozwoju był religią ubogich i maluczkich, był czynnikiem walczącym przeciwko rzymskiemu społeczeństwu, które niedługo paść miało, ostatecznie stoczone nadmiernym zbytkiem, zgnilizną szacherek, oszustw, wyzysku. Spekulacye pieniężne, chciwość i pogoń za zyskiem, więcej się przyczyniły do upadku państwa Rzymskiego, aniżeli najazd hord barbarzyńskich i podziemne knowania pierwszych chrześcian. Kwestya pieniężna jest zawsze podstawą wszystkiego. Ponownie dowód dostarczył później Kościół katolicki, gdy dzięki różnego charakteru okolicznościom stał się tryumfującym i uznanym za religię Państwa. Chcąc zabezpieczyć sobie zwycięztwo, był zmuszony sprzyjać bogaczom. Potrzeba znagliła go ku temu. Teraz dopiero chrystanizm mógł sobie rościć prawo do politycznego bytu, za tę cenę stał się katolicyzmem, to jest religią powszechną. Odtąd, organizacya Kościoła olbrzymieje, doskonali się. U szczytu stają władcy i bogacze, przyjmujący niewykonany obowiązek dzielenia się z ubogimi; poniżej staje tłum maluczkich, skazany na bezustanną troskę, za co ma sobie obiecane Królestwo niebieskie, jako nagrodę zgładzającą doznane na ziemi krzywdy, nagrodę natury boskiej i wiekuistej. Na tej podstawie wyrosły gmach przetrwał wieki. Obietnica zaspakajała żary pragnień nieśmiertelności i sprawiedliwości, których ludzkość nigdy nie przestaje łaknąć i pożądać. Pierwszą część swej książki, część poświęconą przeszłości, Piotr uzupełnił zarysem historyi katolicyzmu aż do dni ostatnich. Najpierw więc zaznaczył przybycie św. Piotra do Rzymu. Apostoł nieświadomy przepowiedni, mówiącej o niespożytej sławie i wieczystości Kapitolu, stawał się jej urzeczywistnieniem. Szedł dalej korowód pierwszych papieży, będących naczelnikami obrządków i stowarzyszeń grzebiących zmarłych. Zwolna papieże ci nabierali coraz większego znaczenia, walczyli o pozyskanie władzy, o zdobycie świata, bezustannie dążąc do zadowolenia marzeń powszechnego sterownictwa wszelkiemi sprawami świata. W wiekach średnich, za panowania wielkich papieży, Kościół stanął prawie u celu wszechwładnego rozporządzania losami narodów. Jako pewnik stawiał zasadę, iż papież, najwyższy kapłan, powinien być zarazem królem nad królami ziemi. Powinien być władcą dusz i ciał ludzkich, jako nim jest Bóg, którego on jest przedstawicielem. Wszak bezmierna śmiałość tej żądzy, w całości została dopiętą przez Augusta, cesarza i kapłana, bezpodzielnego władcy świata. Toż samo zadanie postawili sobie papieże. Wznowić oni chcieli w swej osobie bezgraniczne możnowładztwo Augusta, potężna jego postać unosząca się nad zwaliskami starożytnego Rzymu, kusiła swem widzeniem ambicye papieży. Lecz po upadku państwa Rzymskiego, władza rozpadła się na dwoje. Papież zmuszony był ustąpić cesarzowi władzy świeckiej, pozostawiając sobie prawo namaszczania w imieniu Boga, którego był przedstawicielem. Ludy należały do Boga, papież w imieniu Boga oddawał je i zlecał cesarzowi, zachowując wszakże możność odebrania ich, używając ku temu prawa klątwy kościelnej. Broń to była wszechpotężna, z jej pomocą papieże posiadali rzeczywistą i nieograniczoną władzę na ziemi. Nieustającą przyczyną nieporozumień pomiędzy cesarzem i papieżem był lud, ta zbiorowa masa uciśnionych i nieszczęśliwych, niemających prawa głosu, lecz jękiem swym świadczących o nędzy swego istnienia. Rozporządzano ludem, jak wieczyście małoletnią dzieciną, o której dobru inni mają stanowić. Kościół zaczął kłaść zasługi cywilizacyjne i społeczne, szerzył jałmużny, wspierał nędzarzy. W klasztorach przechowywały się resztki wspomnień o pierwotnej chrześciańskiej wspólności, bo zebrane fundusze dzielono na trzy części: pierwsza szła na podtrzymanie świetności obrządków kościelnych, druga na księży a trzecia dzielona była pomiędzy ubogich. Klasztorna prostota życia nęciła ku sobie wielu, którzy, zrzekając się dóbr i rozkoszy tego świata, pragnęli doczekać w modlitwie przyobiecanej wiekuistej szczęśliwości w niebie. System klasztornych urządzeń zdawał się mówić: oddajcie nam ziemię całą w moc rozporządzalności naszej a my podzielimy jej owoce na trzy równe działy, by zapanował wiek złoty pomiędzy ludźmi, którzy pełnymi wówczas będą bezwzględnej pokory i bezwarunkowego posłuszeństwa. Piotr wykazywał następnie w swej książce jak wielkie niebezpieczeństwo zewsząd zagrażało wszechwładzy papieża w epoce Odrodzenia. Wzgardzona, okiełznana, nieledwie że trupem już będąca ludzka doczesność, naraz ożyła ze średniowiecznego letargu i szalejąc bujnością odzyskanych praw naturalnych, nie znała granic w manifestowaniu swej siły. Wszechmocna dotychczas władza papieży nieomal zniesioną doszczętnie nie została. Groziło jej także przebudzenie się samopoznania w ludzie; niema moc jego zapragnęła przemówić i ująć się za prawa swoje. Reformacya była protestem rozumu przeciwko istniejącemu porządkowi rzeczy, domagała się sprawiedliwości, powołując na prawdy zapomnianej Ewangelii. By uratować Rzym od zupełnej zagłady ustanowiono srogi trybunał Inkwizycyi, który okrucieństwem swej działalności i z pomocą pracowitych zabiegów soboru Trydenckiego, wzmocnił zachwianą budowlę i zapewnił siłę władzy, świeckiej. Przez dwa następne wieki panował pokój, połączony z przyćmieniem władzy papieży. Państwa o absolutnych rządach ustaliły swój podział Europy i czuły się dość silne, by pomijać rozkazy nadchodzące z Rzymu. Monarchowie przestali drżeć przed groźbą klątwy Kościoła, stała się ona dla nich igraszką a papież najwyższym mistrzem ceremonii, potrzebnym do przewodniczenia religijnym obrządkom. Dzierżona dotychczas przez Rzym równowaga wytrąconą została. Monarchowie, uważając się za władzę, jako przez Boga im nadaną, chcieli by papież tę otrzymaną przez nich donacyę uznawał za fakt dokonany po za obrębem swego urzędu i nie wtrącał się w ich świeckie sprawy. Rzym dalekim był teraz od urzeczywistnienia swych tradycyjnych dążności rządzenia światem. Zdawało się, że w końcu zeszłego wieku Francya, ogłaszając prawa człowieka, ostatecznie dobije władzę papieży, władzę mianującą się za ustanowioną nad ludźmi z łaski samegoż Boga. Trwoga i gniew zawrzały wtedy w Watykanie, postanawiającym przeszkadzać rozprzestrzenieniu się tego nowego credo, powstałego w imię uwolnionego z więzów rozumu, przez ludzkość, chcącą samoistnie stanowić o swoich losach. Piotr kończył pierwszą część swej książki porównaniem pierwotnego chrystyanizmu do katolicyzmu dzisiejszego, który stał się tryumfem bogaczów. Jezus, przemawiając w imieniu biednych i uciśnionych, zniweczył rzymską potęgę, lecz katolicki Rzym, niepomny swych początków, długim szeregiem wieków rządził się polityką odmienną, kroczącą ku zawładnięciu świata, wzorem dumnych i chciwych złota Augustów. W ośmnaście wieków po Jezusowej Ewangelii świat stanął nad tąż samą przepaścią. Znów mu grozi ta sama, co wówczas zagłada, pożera go agio, szachrajskie banki, finansowe katastrofy, najsroższa niesprawiedliwość, dająca garstce ludzi nadmiar bogactwa, podczas gdy reszta ich braci ginie w głodowych męczarniach. A więc obronę maluczkich na nowo podjąć należy! Piotr wypowiadał tę konieczność w słowach pełnych miłości i nadziei, słodycz jego marzeń odbierała książce charakter burzycielski. Przytem na kartach jej nie występował on przeciwko dogmatom. Książka była głosem wołającego apostoła, formą swą zaś: sentymentalnym poematem, płonącym miłością ku bliźnim. Druga część dzieła mówiła o teraźniejszym katolicyzmie. Piotr zebrał w niej obrazy widzianej przez siebie nędzy, kryjącej się na przedmieściach stolicy, tej okrutnej nędzy, nad której zatrutemi ranami serce krwawiło mu się z bólu. Taka niesprawiedliwość nie mogła być dłużej tolerowaną, bo cierpień ubogiego nie słodziła nawet nadzieja a wszelka dorywcza pomoc nie wpływała na zapobieżenie ogromowi złego. Biedak nieszczęsny tracił resztę dawnych swych wierzeń, widząc, że chrześciańskie rządy zezwalają na wielką jego niedolę a zbytek i rozpusta bogaczów krzewiły w nim nienawiść i chęć odwetu. Naszkicowawszy zarys dzisiejszej zgnilizny społecznej i walącej się z zepsucia cywilizacyi, Piotr kładł nacisk na chwilę, gdy schyłek zeszłego wieku rozbudził nadzieje szczęścia, głosząc światu swe ideje. Stan trzeci, mieszczański, czyli liberalne stronnictwo zagarnęło władzę, obiecując zadowolenie pragnień każdej jednostki. Sto lat ubiega od owej epoki a obietnica w niczem urzeczywistnioną nie została. A więc wszystko było ułudą?... Rozczarowanie przenika serca ludzi. Jeżeli bowiem stan trzeci, u władzy dziś będący, wyraża z tryumfem własne zadowolenie, natomiast stan czwarty cierpi i nie przestaje dopominać się o część sobie przynależną. Nadano mu wolność i równość polityczną, lecz są to czcze bawidełka i ułudne dary, z których korzystać nie może. Zdycha więc z głodu, jak za czasów ekonomicznej swej zależności, wolność pod tym względem zachował w całej pełni. Dochodzenie praw przynależnych biedakom biorą ich przywódcy za punkt wyjścia stawianego przez siebie zagadnienia, którego rozwiązanie grozi ruiną istniejącemu porządkowi społecznemu. Przeciw sobie stoją: praca i kapitał. Gdy najem robotnika zastąpił praktykowane przez starożytnych niewolnictwo, przewrót stosunków był olbrzymi a chrześciańska religia była niewątpliwie jednym z najdzielniejszych czynników zniesienia niewolnictwa. Dziś trzeba to zastąpić czemś innem i czemużby Kościół nie miał obmyślać tej nowej formy, czemużby nie miał objąć steru nowej przemiany stosunków?... Rzym nie może pozostać obojętnym tego świadkiem, papież musi wypowiedzieć swoje zdanie, inaczej dzierżone przez niego posłannictwo runie bezpowrotnie, jako niepotrzebne kółko w maszynie, puszczonej w bieg bez niego. Ten wzgląd usprawiedliwiał utworzenie się stronnictwa katolicko-społecznego. Gdy ze wszech stron sekty, mnożąc się, słały coraz to nowe rozwiązania kwestyi, mające zapewnić szczęście ludzkości, obowiązkiem Kościoła było stawić się ze swojem. Na tej tylko drodze nastąpi odrodzenie się Rzymu i nowa jego ewolucya ku coraz szerszym zakresom rozbudzonych nadziei, nieznających granic. W zasadzie, Kościół katolicki nie mógł być przeciwnym ubogim. By odrodzenia swego dokonać, potrzebował natchnąć się duchem pierwotnej swej tradycyi i w imię Ewangelii stanąć po stronie uciśnionej rzeszy, chcieć przywrócić dla niej chrześciańskie braterstwo, wsparte na wspólnem używaniu wszelkiego dobra. Kościół z łona ubogich powstały, tylko chwilowo mógł iść ręka w rękę z bogaczami ziemi, tą ceną okupując zachwiane prawo swego istnienia; chrystyanizm, przedzierzgnąwszy się w katolicyzm, z konieczności poświęcił pierwotną czystość swych zasad. Lecz dziś, usuwając się od skazanych na zagładę klas, dowiedzie Kościół niespożytej siły żywotnej i wiekuiście odradzającej się młodości swojej a zbliżenie się jego ku maluczkim będzie tylko powrotem do nauki Chrystusa, oczyszczeniem się z ugodowej polityki, której jarzmo musiał dźwigać dla okupienia swego bytu. Po wszystkie czasy Kościół umiał naginać się i stosować do wymagań wieku, nigdy nie wyrzekając się absolutu swojego. Dzięki tej cierpliwej wytrwałości, zachował Kościół całość majestatu swej władzy, która, jakkolwiek ulegała przyćmieniu, gotową jest w każdej chwili objąć panowanie nad światem. Czy chwilą ku temu sposobną nie będzie dzień jutrzejszy? Znów zapanował niepokój i monarchie współubiegają się we wzbudzaniu ufności ludów, rządzonych. Lud, poznawszy znaczenie oświaty, stał się siłą, poznał ważność stanowiska własnego i objawia już wolę swoją. Świeżo ocknioną istotę jego rządy pragną przyswoić sobie. Chcą panować, poparte przez lud i chociażby z ludem. Zrozumiałem to jest dla wszystkich, iż czasowo przez stan trzeci na prezydentów wyniesieni rządcy respublik, ambitni trybunowie, marzący o pochwyceniu władzy, wszyscy zgodnie wtórują, że przewaga wywierana dziś przez kapitał wiedzie wstecz ku pogańskiemu ustrojowi społeczeństwa, ku niewolnictwu. Narzekają na srogość i dokuczliwość warunków pracy, która, sprzedając się jak każdy inny towar, ulega niecnym wyzyskom, bo płaca za nią jest ściśle obliczona w celu niedawania pracownikowi nic więcej nad pożywienie potrzebne do podtrzymania życia. Wśród ciżby pracowników szerzy się plaga nędzy, mrą z głodu, podczas gdy nad ich głowami wre spór krzyżujących się systemów, mających złe zażegnać. Ale wszelkie ku temu wysiłki marnieją, popłoch ogólny się wzmaga. Wśród głosów, nawołujących do szukania sposobów obrony, do znalezienia ujścia dla dokuczliwych plag, stanął Kościół walczący ze swym wrogiem o lepsze, chcąc zwycięztwo po swojej zatrzymać stronie. Piotr rozwijał w swej książce zwiększającą się z dniem każdym działalność katolickiego ruchu. Rzecz dziwna, miał on szersze pole działania, większą siłę i żywotność w krajach protestanckiego wyznania. Tam księża wiedli bój zażarty z pastorami chcącymi lud utrzymać po swojej stronie. O ten lud ubiegając się, katoliccy księża wypowiadali niespodziewanie śmiałe, demokratyczne teorye. W Niemczech biskup Ketteler był jednym z pierwszych żądających opodatkowania kapitału; stworzył jądro agitacyjne, składające się z licznych stowarzyszeń, mających swoją prasę a kierownictwem ruchu zajmują się wyłącznie księża. W Szwajcaryi, biskup Mermillod stał się rzecznikiem klas ubogich a przykład jego pociągnął innych biskupów, którzy mają nadzieję nawrócić te warstwy i ku wierze nakłonić w dniu ostatecznego zwycięztwa. W Anglii, gdzie socyalizm niezmiernie powolne czyni postępy, kardynał Manning odznaczył się niejednokrotnem zwycięztwem, od chwili, gdy stanął po stronie pracujących, podczas jednego z najgłośniejszych strejków. Przedewszystkiem podatnym gruntem dla rozwoju katolickiego ruchu, okazują się amerykańskie Stany Zjednoczone, gdzie z demokratycznego społeczeństwa wyrośli biskupi, z biskupem Ireland na czele, są kierownikami dopominających się o przynależne sobie prawa społeczne. Katolicyzm w Stanach Zjednoczonych nabiera skutkiem tego niebywałego znaczenia i młodzieńczej żywotności, budzącej w sercach bezgraniczne nadzieje, jaśniejące jak wschodząca zorza lepszego jutra. W krajach nawskroś katolickich działalność nowego kierunku o wiele jest słabszą. W Austryi katolicki ruch łączy się z ideją antysemityzmu. W Belgii nie posiada żadnego wyraźnego stronnictwa. W Hiszpanii i we Włoszech prawie dopatrzeć się nie można jego istnienia. Hiszpańscy biskupi, uparcie stojąc przy skrajności i gwałtowności wiary swych poprzedników, zadawalniają się ciskaniem gromów kościelnych na niedowiarków i odszczepieńców, jak za czasów Inkwizycyi. Zaś włoskie duchowieństwo, zasklepione w tradycyi, wyrzeka się inicyatywy i milczy w pokorze, zapatrzone w stolicę apostolską. We Francyi wre żwawa utarczka, lecz jest to tylko utarczka idei. Duchowieństwo walczy wyłącznie przeciwko dziełu stworzonemu w końcu zeszłego wieku, sądząc, że przywrócenie dawnej organizacyi monarchicznej, przyniesie z sobą ponowny rozkwit marzonej złotej epoki. Z tego punktu wychodząc, postawiono i naprzód wysunięto kwestyę dawnych robotniczych stowarzyszeń cechowych, które wznowione, uleczyłyby wszystkie niedole. W zapatrywaniu jednak na tę kwestyę, niema zgodności: jedni pragną widzieć samorząd cechowy bez współudziału państwa, drudzy zaś, należący do młodszego i burzliwszego obozu katolickiego, chcieliby stawić cechy pod opieką władzy monarszej ze swobodą rozporządzania posiadanym kapitałem, oraz z prawem przymusu do obowiązkowego należenia do odnośnego stowarzyszenia. Wice-hrabia Filibert de la Choue był propagatorem obowiązkowego zaciągania się do cechów, i kwestyę te popierał słowem i piórem, bolejąc, że papież nie wypowiedział stanowczego zdania w tej mierze. Kwestya cechów ze swobodnym do nich wstępem, lub też z przymusowem należeniem, była według niego najważniejszą. Zbawienie albo zguba społeczeństwa zawisły od rozstrzygnięcia tego dwoistego zadania. Jakkolwiek nie wyznawał tego głośno, wice-brabia był zwolennikiem państwowego poparcia i przymusu. Pomimo braku jedności, stronnictwo to we Francyi bardzo było ruchliwe. Nie zniechęcano się niepowodzeniem i zakładano korporacyjne stowarzyszenia spożywcze, budowano na tejże zasadzie mieszkalne domy dla robotników, tworzono banki ludowe, starano się nadać tym instytucyom pozory wspólnej własności, powrotu do samorządu pierwotnych gmin chrześciańskich. Niesnaski polityki bieżącej, roztrój ogólny i brak jednolitości dążeń narodu, rozniecał odwagę ruchliwego stronnictwa katolickiego, które, oślepiając się chwilową ułudą pozorów, zaczynało marzyć o możności pochwycenia rządów nietylko we Francyi, lecz nad całością chrześciańskiego świata. Drugą część swej książki Piotr kończył obrazem uprzytomniającym stan ogólnego rozprzężenia, tak pod względem intelektualnym jak moralnym. Wiek dobiegał końca wśród chorobliwego rozstroju. Bo jeżeli warstwa ludu ubogiego, jęcząc z nędzy, domagała się zapewnienia chociażby suchego kawałka codziennego chleba, tą samą głębią niezadowolnienia szemrali syci, lecz duchowo łaknący, wyrzekając na pustkę odartą z rojeń, przez wyzwolony z pęt swoich rozum. Było to owo osławione bankructwo racyonalizmu, pozytywizmu i samej nawet wiedzy. Umysły, trawione potrzebą absolutu, łatwo poddają się zniechęceniu względem wiedzy, która postępuje ostrożnie i powoli, uznając tylko prawdy doświadczalne. Nie otrzymując z tej strony pożądanych odpowiedzi na wszystko, zwracają się trwożnie ku dawnym wiarom, by drzemać spokojnie, padłszy na kolana przed Bogiem i powtarzając credo, stwierdzające objawienie rzeczy nadprzyrodzonych. Dzisiejszy stan wiedzy nie zaspakaja naszego pragnienia sprawiedliwości, nie potwierdza nam i nie mówi o pozagrobowem życiu, o wieczności złączonej z rozkoszą marzonego szczęścia. Wiedza zapoznawać się dopiero poczyna z otaczającym nas światem, nakazuje nam surową solidarność obowiązku życia, mówiąc, że jesteśmy jednym z czynników bezustannie odnawiającej się jego formy. Wobec podobnych twierdzeń, zrozumiałym staje się bunt serc, ich żal za chrześciańskiem niebem, zaludnionem przez aniołów, pełnem światła, muzyki i kadzideł. O ileż lżejszem jest wtedy pożegnanie z istotą ukochanych zmarłych, wszak rozłąka z nimi jest tylko chwilową przed wieczystem połączeniem się w nieśmiertelnej chwale! Jakąż potężną dźwignią dla znoszenia przykrości życia jest wiara w wymiar pozaświatowej sprawiedliwości; ulatuje wtedy przerażająca myśl o nicości i zaniku swojego ja, pozostawiając niewzruszoną wiarę w jutro śmierci i szczęśliwe rozwiązanie wszystkich zagadnień przeznaczenia. Wierzenia te na długo jeszcze pozostaną niezachwianemi myślami większości. Wiekami nabrana przez nie siła oddziaływa na zmęczone wysiłkiem umysły. Świat nasz jest w przededniu nowego porodu, trwoży się więc i w słabości swej wraca ku religijnym wierzeniom, wypowiada swą tęsknotę za ideałem i nieskończonością, wymaga praw etyki i zapewnienia wyższej sprawiedliwości. Teraz właśnie ujawniła się potrzeba nowych ideałów. W łaknący i uprawny grunt, czyż stary katolicyzm nie rzuci swego ziarna, by odrodzić się mógł z młodzieńczą siłą i wyrosnąć z bujnością kwiecia ogarniającego świat cały wonnością swoich nadziei?... Trzecią część swej książki, Piotr poświęcił rzuceniu zarysu, czem będzie przyszłość tego odrodzonego katolicyzmu, niosącego konającym w bólach narodom zdrowie i siłę, spokój i szczęście złotego wieku, utraconego wraz z przeistoczeniem się pierwotnych dążności chrystyanizmu. Mówił o tem z zapalczywością przekonań apostoła, rozpoczynając od nakreślenia portretu Leona XIII, tego idealnego papieża, wyznaczonego do chlubnego posłannictwa niesienia pociechy i zbawienia zrozpaczonej ludzkości. Wywołując postać tego nowego zbawcy, otoczył go majestatem i chwałą, widząc go już kładącym koniec nędzom narodów. Nie był to portret wierny i ścisły, lecz upostaciowanie potrzebnego zbawcy, pasterza o nieprzebranem miłosierdziu, sercu i inteligencyi podniosłej, odnowiciela świata jakiego pożądały gorączkowe marzenia roztkliwionego Piotra. Wszakże nim przystąpił do zestawienia tego portretu, przerzucił ogrom dokumentów, zastanawiał się nad każdą encykliką Leona XIII, wytwarzając sobie o nim pojęcie oparte na faktach: religijnego przygotowania, pobieraną przez przyszłego papieża w Rzymie nauką, przebiegiem jego nuncyatury w Brukselli i długim pobytem w Perugii w roli biskupa. Pius IX trudne do podtrzymania pozostawił po sobie dziedzictwo. Wstąpiwszy na tron papieski, Leon XIII okazuje natychmiast dwoistość swej natury: jest niewzruszenie wiernym stróżem dogmatu a zarazem giętkim politykiem, zdecydowanym na wszelkie ustępstwa ugodowe. Zrywa ze współczesną filozofią i, sięgnąwszy poza epokę Odrodzenia aż do wieków średnich, przywraca w katolickich szkołach chrześciańską filozofię św. Tomasza z Akwinu, doktora anielskiej dobroci. W ten sposób ubezpieczywszy nienaruszalność dogmatu, stara się o utrzymanie równowagi, dając rękojmię swej życzliwości rządom, z zamiarem korzystania z każdej sprzyjającej okoliczności. Niezrównanie czynny, godzi stolicę apostolską z cesarzem niemieckim, pragnie zbliżenia z dworem ruskim, chce zadowolnić Szwajcaryę, ubiega się o przyjaźń Anglii, pisze do cesarza chińskiego, polecając jego opiece misyonarzy i chrześcian znajdujących się w granicach jego państwa. Ostatecznie zwraca się ku Francyi, uznając prawowitość jej republikańskiej formy rządu. Zaraz na wstępie swego panowania Leon XIII wzbudza przekonanie ogólne, iż będzie jednym z wielkich papieży i polityków, pracującym około węgielnej myśli swych poprzedników, dążących ku panowaniu nad światem i dysponowaniu ludźmi z wysokości papieskiego tronu jaśniejącego w stolicy, w Rzymie. Wolą i celem Leona XIII jest urzeczywistnienie jedności Kościoła przez przywrócenie na jego łono wszystkich dysydentów. Wtedy dopiero Kościół będzie niezdobytą twierdzą, ostającą się grożącym światu przewrotom społecznym. W tej idei działając, Leon XIII pragnie, by Anglia i jej anglikańskie Kościoły zawarły z nim braterski sojusz, by schizmatyckie Kościoły Wschodu zwróciły się ku niemu z chęcią przymierza. Pragnie on przedewszystkiem pozyskania Wschodu i z ojcowską wyrozumiałością traktuje jego Kościoły, jakby chwilowo tylko zwaśnione młodsze córy Rzymu. Pozyskawszy i odzyskawszy dla swej stolicy rozproszone dziś Kościoły, postawiłby Rzym u szczytu potęgi, zapewniając swym następcom panowanie nad całem chrześciaństwem. Piotr ze szczególniejszem upodobaniem zaznaczał w swej książce, jak żywo Leon XIII interesował się zawsze kwestyą socyalną. Będąc biskupem Perugii napisał list pasterski zabarwiony humanitarnym socyalizmem. Lecz przywdziawszy tiarę papieską zmienił opinię i cisnął gromy na rewolucyonistów, którzy śmiałością akcyi, przerazili Włochy. Jednakże zapoznawszy się bliżej z rozwojem nowych dążności ludów, Leon XIII cofa się. Dostrzegł śmiertelne niebezpieczeństwo, w razie gdyby ruch ten został opanowany przez nieprzyjaciół katolicyzmu. Chętnie udziela posłuchania popularnym biskupom szerzącym propagandę katolickiego socyalizmu, przestaje brać udział w zatargach w Irlandyi, cofa klątwę rzuconą na "rycerzy pracy" w Stanach Zjednoczonych, zabrania stawiania na indeksie książek o najśmielszych teoryach pisanych przez autorów katolicko-socyalistycznego stronnictwa. Ta ewolucya ku demokracyi widnieje w najgłośniejszych encyklikach Leona XIII: Immortale Dei o konstytucyi państw; Libertas o wolności ludzkiej; Sapientiae o obowiązkach chrześciańskiego człowieka; Rerum novarum o położeniu klas pracujących; zwłaszcza ta ostatnia była jakby zwiastowaniem nadziei chcącego się odrodzić Kościoła. Papież ubolewał w niej nad nędzą gniotącą robotników, nad zbyt długą ilością godzin pracy i nad marnością ich zarobku. Każdy bowiem człowiek ma prawo do życia a groźbą głodu wydarte zobowiązania są niesprawiedliwością. W innem znów miejscu encyklika mówi, że nie należy wydawać bezbronnej klasy roboczej na łup wyzysku, który, bogacąc jednostki, skazuje na nędzę setki tysięcy ludzi. Nie wdając się w szczegóły pożądanych przemian w istniejącej dziś organizacyi, papież zachęca do zakładania stowarzyszeń cechowych, które poleca opiece państwa, a zaznaczywszy i uznawszy przodownictwo należne władzy cywilnej, poleca je Bogu wszechmocnemu. Zbawczym środkiem przeciwko złemu jest szerzenie moralności, poszanowania rodziny, oraz prawa własności. Tak więc przedstawiciel Chrystusa na ziemi wyciągnął miłosierną dłoń ku maluczkim i głosił swą troskliwość o ich dobro. Nie byłobyż to zapowiedzią nowego przymierza i ponownego panowania Chrystusa nad światem?... Odtąd ludy wiedziałyby, że mają opiekuna swojego, że jęczeć nie będą w srogości dotychczasowego opuszczenia. Wszak ta encyklika sprawiła, iż wszystkie oczy zwróciły się ku Rzymowi, w którym królował papież otoczony chwałą. Całe chrześciaństwo ze czcią obchodziło jubileusz Leona XIII, zbiegły się ku niemu tłumy, nadesłano niezliczone dary a monarchowie napisali do jubilata listy tchnące najwyższem uznaniem. W następnym rozdziale Piotr mówił z całą swobodą o władzy świeckiej papieży. Wiedział, że Leon XIII w zatargach z rządem włoskim obstaje przy swoich prawach nad Rzymem, lecz uważał to za konieczność zachowania pozorów, kwestyę podrzędną, podtrzymaną sztucznie ze względów politycznych, czasowo i zniknąć mającą z chwilą blizkiego odrodzenia Kościoła. Piotr był przekonany, że wyjątkową swą wielkość i potęgę wzrastającego wpływu moralnego, papież częściowo zawdzięcza postradaniu dawnej swej świeckiej władzy. Przez piętnaście wieków posiadane przez papieży niewielkie państwo Kościelne ileż spowodowało niesnasek i błędów! W czwartym wieku gdy Konstantyn opuścił Rzym, pozostawiając na Palatynie rzeszę podrzędnych urzędników, papież ujął władzę w swe ręce i dawne życie grodu zapulsowało w Laterańskim pałacu. Lecz dopiero w cztery wieki później Karol Wielki uznaje świecką władzę papieża, nadając mu w posiadanie państwo Kościelne. Odtąd nieustannie wrzała walka pomiędzy władzą świecką i władzą duchowną, lała się krew i płonęły pożogi. Pocóż więc dziś marzyć o odtworzeniu świeckiej władzy papieża? Jakież znaczenie mieć może to posiadanie drobnego państewka, na którego obronę należałoby wystawić potężną armię, równie wyćwiczoną i silną jak armie innych mocarstw europejskich?... Czemże stałoby się to państwo Kościelne bronione przez płatnych obcokrajowców, gdyby ci ulegli przewadze sił nieprzyjacielskich?... O ileż stanowisko papieża zadawalniającego się władzą duchowną jest wyższe, szlachetniejsze i czystsze! Zrzekłszy się władzy świeckiej, nabiera on nieograniczonej władzy nad światem dusz wszystkich! W pierwszych czasach swego istnienia Kościół miał znaczenie czysto miejscowe, rzymskie a później dopiero stał się katolickim, czyli uniwersalnym, rozszerzając swe panowanie na całe chrześciaństwo. Też same koleje przebyło święte kolegium, które początkowo zastępując rzymski senat, przekształciło się w ciało międzynarodowe, złożone z kardynałów wszelkiej narodowości. Papież otoczony tym pocztem, stał się jedyną, wielką, międzynarodową władzą, tem potężniejszą, że wolną od trosk monarchicznych a natomiast przemawiającą w imieniu całego społeczeństwa, jaśniejącą wyżej ponad wszystkie narody. Jakże płonnemi wydają się wyniki długich i krwawych walk trwających tyle wieków bez rozstrzygnięcia zadania, które spoczywało w tej a nie innej kwestyi: oddać papieżowi królestwo ziemi i świecką władzę nad światem lub pozostawić go jedynie władcą duchownym. Papież, przedstawiciel Boga na ziemi, wszechwładzę i nieomylność z łaski bożej posiadający, rozporządziciel dusz ludzkich, panować powinien na tronie wzniesionym w przybytku Pańskim, jeżeli narody same go nie ogłoszą mocarzem świata, królem nad królami. Jakże niespodziewanem zrządzeniem, mogą zasiewy, rzucone przez Wielką rewolucyę, przyczynić się do urzeczywistnienia dążeń trwale pielęgnowanych przez wszystkich papieży mających na celu objęcie najwyższej władzy nad światem! Wobec grożących upadków wszelkich władz istniejących, jedna tylko stolica apostolska promienieje nietknięta, w nienaruszonej swej całości. Stać się ona może ową arką przymierza gromadzącą dokoła siebie ufające jej i zbratane z nią ludy. Dlaczegóż nie miałyby się jej oddać, zawiódłszy się w dotychczasowych swych nadziejach, zniechęciwszy się do idei swobody, która je zawiodła! Wszak stronnictwo liberalne zdaje się, że ostatnią ponosi porażkę na polu ekonomicznem. Warstwy ludowe przestają wierzyć w zbawienność zasad 1789 roku, narzekają na zwiększoną swą nędzę, niepokoją się i gorączkowo pragną znaleźć ulgę dla swych cierpień. Zaszła w formie rządzenia przemiana dozwoliła zaostrzyć charakter międzynarodowościowy Kościoła, we wszystkich parlamentach znajdują się wśród członków duchowni. Tak więc wytwarzają się coraz to liczniej okoliczności, potężnie przygotowujące grunt mający wydać odrodzenie się starego katolicyzmu. Nawet wiedzę ogłoszono za upadłą a to rzucone na nią oszczerstwo bankructwa, chroni Syllabus przed pośmiewiskiem ogółu, trwożąc chwiejniejsze umysły i nawracając je ku niezbadanym i bezgranicznym tajemnicom rzeczy nadprzyrodzonych. Jaśnieć znów zaczyna dawna przepowiednia, wróżąca papieżom nieograniczoną władzę na ziemi z dniem połączenia się obu Kościołów, z dniem, gdy Kościół wschodni zleje się w jedno z Kościołem katolickim, rzymsko-apostolskim. Rzym wtedy zapanuje nad światem, stanąwszy na czele demokratycznej dążności ludów a papież wzorem Jezusa, odwróciwszy się od możnych i bogaczów zwróci się ku biedakom łaknącym chleba, ku nędzarzom nieposiadającym dachu. Może już tylko lat kilka cierpieć i jęczeć oni będą, może już tylko lat kilka trwać będzie dzisiejszy niepokój, zamięszanie i trwoga a minie nazawsze niebezpieczeństwo chwili obecnej, bo lud, z biernej swej roli wyszedłszy, przemówi i, we wznowionej pokorze wiary schroniwszy się pod opiekę jednolitego Kościoła, uratuje ludzkość od grożącej nawałnicy zniszczenia. W ostatnich rozdziałach swej książki Piotr mówił z radosnym zachwytem, czem będzie wówczas odrodzona władza papieska, nowy Rzym duchowy, panujący nad narodami miłującemi się bratnią miłością, otwierającą wnijście do nowożytnej złotej epoki. Pomijając obalenie a nawet krytykowanie dogmatów, Piotr mówił o bezpowrotnem zniknięciu przesądów, marzył i płomienne swe marzenia wypowiadał, przewidując, że nowe wierzenia zniosą rytuały, zadawalniając się religią miłości bliźniego. To wypowiedzenie myśli przyniosło Piotrowi ulgę, uzdrawiając mu serce, jeszcze bolejące po ciosach zadanych mu w Lourdes. Te oburzające przesądy, praktykowane w Lourdes, czyż nie były symptomatami epoki przeciążonej cierpieniem?... Z chwilą gdy Ewangelia ponownie zagości w sercach ludzi, przestaną oni koić swe cierpienia ułudą leków przed daleką grotą, bo odnajdą pocieszenie w samych sobie a pomoc i opiekę w chorobie wśród swoich najbliższych. Jakże tragicznie przedstawiały się w umyśle Piotra warunki długiej podróży i uciążliwego pobytu w Lourdes! Znając to wszystko, można było zwątpić w miłosierdzie boże. Lourdes przytem, zagarniając olbrzymie dochody, ciągnąc zyski, przyczyniało się do gorszących zatargów, które znikną dopiero z jutrem społeczeństwa, gdy żyć będzie na łonie odrodzonego Kościoła. Książka Piotra tchnęła żarem miłości dla tego jutrzejszego społeczeństwa. Dla niego to on pragnął wznowienia obyczajów pierwotnych czasów chrystyanizmu, tej religii sprawiedliwości i prawdy, jaką był chrystyanizm przed złączeniem się swojem ze sprawą możnych i bogaczy. Wraz z religijnem odrodzeniem nastąpi panowanie maluczkich, doczesna ich szczęśliwość, równość rzeczywista ustalona podziałem pracy. Po nad braterską równością społeczeństwa jaśnieć będzie jedna tylko postać - w chwale i pokoju królującego papieża. Będzie on najwyższą treścią, regulatorem moralnego porządku, łącznikiem miłości pełnym, duchowym ojcem każdego stworzenia. Nadchodzą czasy pojednania się ludzi, panowania zgody i szczęścia pomiędzy nimi, blizkim jest tryumf błogosławionej tej epoki, przepowiedzianej przez wszystkich proroków. Ustaną walki, ustanie antagonizm pomiędzy duchem i ciałem; cudotwórcza równowaga zabije zło, by panowało królestwo boże na ziemi. Rzym odrodzony stanie się środowiskiem świata, ogarniając go tchnieniem nowej religii!... Rozmarzenie Piotra wprawiło go w zapomnienie; nie widząc zdziwienia, jakie wywołuje pośród chudych anglików i przysadzistych niemców, stojących wzdłuż parapetu na tarasie, wyciągnął ramiona ku rzeczywistemu Rzymowi, na który patrzał i z oczyma pełnemi łez, wzruszony, modlić się zdawał do miasta ciągnącego się u stóp pagórka. Będzież ono przychylne jego wielkim nadziejom?... Znajdzież on w tym Rzymie uleczenie na troski i nędzę swych bliźnich?... Czy katolicyzm może się odrodzić?... wrócić do pierwotnego swego posłannictwa i być religią niosącą ukojenie, przywracającą wiarę, darzącą szczęściem i życiem, konające dziś w męczarniach ludy?... Piotr słał te pytania ku opromienionemu słońcem miastu, płonąc porywem szlachetnego uniesienia i wierząc w prawdę swoich przekonań. Wspomniał myślą starego księdza Rose, zalewającego się łzami w czasie czytania świeżo napisanych rozdziałów książki. Słyszał głos wice-hrabiego Filiberta de la Choue, twierdzącego, że taka książka równa się potężnej armii; pokrzepieniem dla Piotra było przedewszystkiem zachowanie się kardynała Bergerot, którego list pełen uznania rozpoczynał napisane dzieło. Dlaczegóż więc kongregacya Indeksu chce wzbronić czytania tej książki? Wiadomość tę otrzymał Piotr przed dwoma tygodniami drogą prywatną i od tej chwili nieustannie zadawał sobie to pytanie, nie znajdując nań odpowiedzi. Zawiadomiono go, by czemprędzej zjechał do Rzymu, jeżeli chce bronić swej książki. Któreż to stronnice ściągnąć mogły niezadowolenie?... Wszak każda z nich we wszystkiem była zgodna z zasadami chrześciańskiemi. Piotr pełen był otuchy. Śpieszno mu było znaleźć się u stóp papieskiego tronu, by wyjednać dla dzieła swego najwyższą aprobatę, by wypowiedzieć, że je napisał przejąwszy się duchem encyklik Leona XIII i że najgorętszem jego pragnieniem jest tryumf polityki papieża. Jakimże sposobem potępioną mogła być książka sławiąca dążności Leona XIII?... Piotr bowiem najmocniej był przekonany, że napisał dzieło, dopomagające polityce papieża, dążącego do jedności chrześciańskich Kościołów i pragnącego szczęśliwości, oraz pokoju pomiędzy ludźmi. Otrząsnąwszy się z zadumy, Piotr stał jeszcze czas jakiś na tarasie, nie mogąc nasycić swego wzroku wielkością Rzymu: jakże pragnął módz go objąć w uścisku i otrzymać odpowiedź na swoje pytania! Dlaczegóż wszystko to pozostaje jeszcze dla niego zagadnieniem, pojąć się nie dającem, nieznanem! Raz jeszcze postanawiał doświadczyć siebie i wystawić na ostateczną próbę. Była ona ważniejszą i bardziej jeszcze stanowczą, niż próba uczyniona w Lourdes. Wiedział, że jeżeli spotka go teraz zawód, to śmiertelnie zostanie nim rażony. Tym razem nie żądał dla siebie przywrócenia wiary, naiwnych pojęć dziecięcych, lecz chciał utrwalenia swych wierzeń dzisiejszych, wyższych ponad rytuały i symbole, chciał nabrać pewności, czy za pomocą religii można dźwignąć ludzkość i wskazać jej drogę do rzeczywistej szczęśliwości. Serce w nim wzbierało naprzemiany radością i trwogą: jaką Rzym da na to odpowiedź?... Słońce wzbiło się już ku górze i wyżej położone dzielnice Rzymu występowały jaskrawo na tle pałającem od żaru. Dalekie wzgórza złociły się purpurą a domy w bliższych ulicach stojące o murach coraz to jaśniejszych, fasadach ostro zarysowanych, ukazywały tysiące okien o wyraźnych wgłębieniach. Wszakże poranne mgły jeszcze nie znikły w zupełności. Unosić się zdawały z najniżej leżących ulic i snując się lekką parą ku pagórkom, topniały, gubiąc się w powietrzu, rozpływając się zda pod gorącem niebem, w przestworzach niebieskich. Monte Palatino zmalało, jakby zasłonięte powstałym z swych gruzów pyłem i Piotr widział tylko majaczącą na niem linię ciemnych cyprysów; monte Quirinale prawie że zupełnie znikło, ciągnąca się na jego szczycie nizka i płaska fasada królewskiego pałacu zasunęła się w głąb, przysłonięta oparem; daleką była teraz i prawie niewidzialną. Natomiast na lewo, tam po nad drzewami, wyrosła jeszcze i spotężniała wspaniałość kopuły św. Piotra. Błyszczała wyraźnie i pogodnie w słonecznem złocie, zajmując część nieba, królując po nad całością miasta. Ach ten Rzym dziś poraz pierwszy widziany, jakże był ponętny w porannej krasie! Piotr rozgorączkowany zmęczeniem po długiej podróży koleją, rozegzaltowany myślami, patrzał nań rozradowany, widząc go takim, jakim go widzieć pragnął w swych marzeniach. W upojeniu swojem, Piotr dopatrywał się w nim życia. Okrzyk zmartwychpowstania zdawał się rozbrzmiewać po nad tysiącami domów, okrzyk, będący obietnicą szczęścia dla ludzkiego rodu, wydawała ta święta ziemia Rzymu, dwukrotnego już władcy świata. Teraz trzeci Rzym, Rzym nowego Odrodzenia, Rzym ojcowskiego dla świata uczucia wyciągnął ku bolejącej ludzkości rozwarte swe ramiona, niosąc nadzieję pocieszenia, przywołując wszystkie ludy do wzajemnego uścisku. Piotr widział to i słyszał. W chwale pogodnego dnia podziwiał ten Rzym zawsze młodzieńczy, łagodny jak dziecię, skąpany blaskiem jaśniejącego nieba, promienny pięknością poranku, przeczysty i gorejący jak chciały go widzieć własne jego marzenia. Wreszcie Piotr oderwał się od czarującego widoku. Z boku tarasu, na słońcu, czekała go dorożka; woźnica i koń, pochyliwszy głowy, nie ruszyli się z miejsca. Żarem piekących promieni rozpalona walizka leżała na przedniej ławeczce w powozie. Piotr, stanąwszy w dorożce, dał raz jeszcze swój adres: - Via Giulia, palazzo Boccanera.

Rozdział II

Via Giulia ciągnie się na przestrzeni blisko pięciuset metrów, linią prostą od pałacu Farnese do kościoła San-Giovani Fiorentini. W tej porze dnia słoneczna jasność wypełniała ją na całej długości, bieląc drobny, kwadratowy bruk wykładający ją równo, nie posiadała bowiem bocznych chodników. Dorożka, wioząca Piotra przebyć ją musiała prawie w całości. Wznoszące się po obu stronach wielkie, staroświeckie domy, były szare, jakby zaspane i puste, miały okna okratowane, bramy głębokie, po za któremi widzieć można było niewielkie podwórza, ciemne, podobne do studni. Via Giulia otwartą została z rozkazu papieża Juliusza II, który marzył o przyozdobieniu jej szeregami wspaniałych pałaców. Była to niegdyś najpiękniejsza i najregularniejsza z ulic Rzymu i w swoim czasie, to jest w XVI wieku służyła za spacerowe Corso. Dziś, pozostało tylko o tem wspomnienie. Wygląd pozwalał się domyślać, że niegdyś stanowiła ozdobę stolicy, lecz obecnie była cichą, pustą, opuszczoną, tchnęła rodzajem dobroci i przezorności klerykalnej. Piotr patrzał z zajęciem na mknące jedna za drugą stare fasady, przymknięte ażurowe okiennice, żelazne okratowania, wzdłuż których gdzieniegdzie pięły się kwitnące rośliny. Czasami w bocznem skrzydle domu, otwarty był skromny sklepik a na progu siedział kot grzejący się na słońcu. Ruchu na tej ulicy nie było prawie wcale. Ludzi było mało, zaledwie kilka matek z gołemi głowami i w otoczeniu gromadek dziatwy. Wóz zaprzężony w muła i wiozący siano, wspaniale piękny mnich, udrapowany w ciężki habit, welocypedysta sunący bez hałasu na maszynie połyskującej od słońca. Wreszcie, woźnica się odwrócił i pokazując Piotrowi olbrzymi, ciężki, kwadratowy budynek na rogu uliczki spuszczającej się ku Tybrowi rzekł: - Palazzo Boccanera. Piotr spojrzał zaciekawiony, lecz widok tego surowego gmachu, zczerniałego od starości, o masywnej a zarazem gołej architekturze, ścisnął mu serce. Pałac Boccanera, również jak sąsiednie z nim pałace Farnese i Sacchetti, był zbudowany w połowie XVI wieku przez Antonio da San Galio. Tradycya niosła, że słynny ten architekt użył dla zbudowania tych trzech pałaców, kamieni skradzionych w Koloseum i teatrze Marcellusa. Olbrzymia, kwadratowa fasada pałacu Boccanera, od ulicy dzieliła się na trzy piętra o siedmiu oknach. Pierwsze piętro, niezwykle wysokie, wywierało imponujące wrażenie. Jedyną dekoracyę stanowiły potężne, jakby forteczne występy przy mocno okratowanych oknach parteru. Ponad temi oknami, rysowały się atyki spoczywające na konsolach nieco mniejszych niż dolne. Monumentalnej wielkości brama o bogatych okuciach, zasuwała się wgłąb pod balkonem okalającym środkowe okno pierwszego piętra. W górze fasady, już pod niebem, ostatni szereg kamieni tworzył wyskok o fryzie niezmiernie bogatym, rysującym się czysto i z wdziękiem. Ów fryz, konsole i atyki nad oknami, oraz potężna framuga dokoła bramy były wykute w białym marmurze, lecz stracił on z latami swój połysk i stał się podobny do żółtego, zwykłego kamienia. Na prawo i na lewo przy bramie, ciągnęły się ławy, spoczywające na grzbietach marmurowych gryfów. Przy jednym z rogów pałacu, w ściętem wyżłobieniu, była prześliczna fontanna w stylu Odrodzenia, lecz wyschłą była już oddawna a kunsztowna rzeźba wyobrażająca Amora jadącego na Delfinie, zacierała się i kruszyła, zżarta przez czas. Wzrok Piotra zatrzymał się na tarczy herbowej rodziny Boccanera, której rzeźbione godło wyobrażało skrzydlatego smoka, zionącego płomienie. Wyryta na tarczy dewiza występowała wyraźnie, nieuszkodzona: " Bocca nera, Alm arossa" (usta czarne, dusza czerwona). Tej tarczy herbowej, po nad drugiem parterowem oknem, odpowiadał rodzaj kapliczki, jakich sporo napotyka się w Rzymie: Matka Boska ubrana w atlasową suknię a przed nią lampka płonąca dniem i nocą. Podług przyjętego obyczaju, dorożkarz chciał skręcić w podwoje otwartej bramy, lecz Piotr powstrzymał go, nagle onieśmielony. - Nie, nie, ja tutaj wysiądę. Zapłaciwszy dorożkarza, wszedł pod ciemne sklepienie bramy, po drugiej stronie której znalazł się na środkowem pałacowem podwórzu, nie napotkawszy żywego ducha. Kwadratowy, obszerny dziedziniec był dokoła okrążony portykiem jak klasztor. Po bokach cichego krużganku, leżało mnóstwo zdruzgotanych rzeźb, wykopalisk i uszkodzonych posągów. Apollo z odtrąconemi ramiony, Venus z połową tylko postaci. Drobniutka trawka zarastała pomiędzy kamieniami wykładającemi ziemię w mozajkę białą i czarną. Zdawało się, że słońce nigdy nie zagląda w ten pleśniejący dziedziniec. Mroczno tu było, wilgotno i cisza panowała jak w grobie, pustkowie to zaległ śmiertelny smutek, zgasłej, dawnej wielkości. Piotr, trzymając w ręku swą walizkę, szukał napróżno odźwiernego lub sługi. Wtem, po za inną sklepioną bramą, zdawało mu się, że dostrzegł jakąś przemykającą się ludzką postać, pośpieszył więc tam i znalazł się wśród niewielkiego ogrodu, spuszczającego się aż do Tybru. Pałac od strony ogrodu, żadnych nie posiadał ozdób. Fasada przeciętą była trzema rzędami symetrycznych okien. Ogród był w najzupełniejszem zaniedbaniu. Pośrodku stojący basen, zawalony był gruzami, wśród których rosły bukszpany a między chwastami i trawą, rzędy pomarańczowych drzew o złotych, dojrzewających owocach przypominały kierunek dawniejszych ogrodowych ulic. Pomiędzy dwoma olbrzymiemi laurami wznosił się ponad dziką, nizką roślinnością, sarkofag z drugiego wieku, zdobny szalejącą bachanalią satyrów ścigających w uściskach miłośnych rzeszę nagich kobiet. Tego rodzaju erotyczne sceny dekadencki Rzym rzeźbił na marmurze swych grobowców. Sarkofag ten, zamieniony na zbiornik, stał wzdłuż muru, gdzie z ust tragicznej maski, tryskał strumień wody. Ogród kończył się portykiem i tarasem a podwójne schody z tak zwanej loggia, spuszczały się aż do rzeki. Lecz skutkiem budowy nadbrzeżnej ulicy, porobiono nasypy dla wyrównania gruntu, otóż szły one wyżej niż ogrodowy taras, który cały był zawalony porzuconemi łomami kamieni, osypującą się kredową ziemią, przedstawiając widok gruzów i niedającej się powetować ruiny. Tym razem Piotr najwyraźniej dostrzegł jakąś kobietę w pierwszem podwórzu a podążywszy tam, znalazł się wobec piędziesięcioletniej imości, o twarzy wesołej, czarnych włosach i przysadzistej figurze. Na widok księdza, twarz a przedewszystkiem jasne, małe oczy kobiety przybrały wyraz podejrzliwej nieufności. Piotr, zebrawszy niewielki zasób włoskich słów, jakie umiał, zaczął jej tłómaczyć swoją obecność. - Jestem księdzem Piotrem Fromont... Nie pozwalając mu na dalsze objaśnienia, przerwała, odzywając się doskonałą francuzczyzną, z wyraźnym akcentem wieśniaków ze środkowej Francyi. - A, to pan jesteś księdzem Piotrem Fromont... Wiem, wiem... Spodziewałam się pańskiego przybycia.. otrzymałam rozkazy. Piotr patrzał na nią zdumiony, więc dla zaspokojenia jego ciekawości, dodała: - Jestem francuzką... Od dwudziestu pięciu lat mieszkam w tym obcym kraju i ani rusz nie mogę się przyzwyczaić do ich włoskiego paplania... Teraz dopiero Piotr przypomniał sobie, że wicehrabia, opowiadając mu szczegóły urządzenia domu rodziny Boccanera, wspomniał także o Wiktoryi Bosquet. Mając lat dwadzieścia dwa, przyjechała do Rzymu wraz ze swoją panią, chorą na suchoty a gdy ta umarła, Wiktorya znalazła się w nędzy i opuszczeniu, równie obca jak w dzikim kraju. Na szczęście hrabina Brandini z domu Boccanera, wypadkowo dowiedziawszy się o tej francuzkiej dziewczynie, zaliczyła ją pomiędzy swoją służbę, z poleceniem, by nauczyła z czasem swej mowy małą, dopiero co urodzoną jej córkę Benedettę. Od tej chwili Wiktorya nie opuściła służby w rodzinie Boccanera, przywiązawszy się do niej duszą i ciałem. Chociaż nie umiała ani czytać, ani pisać i przez lat dwadzieścia pięć nie nauczyła się mówić po włosku, Wiktorya wyniesioną została do godności ochmistrzyni pałacu a służba z trudnością rozumiejąc kaleczone i przekręcane przez nią słowa, starała się odgadywać rozporządzenia, słuchając jej z uległością. Z familiarną otwartością, Wiktorya zapytała Piotra: - A pan wicehrabia czy zdrów?... My go bardzo lubimy tutaj i z radością czekamy na każde jego przybycie... Wiem, że panie moje miały wczoraj list od niego, zapowiadał pański przyjazd... tak mi powiedziała księżna i nasza contessina. Rzeczywiście tak było. Wicehrabia Filibert de la Choue, gorliwie się zajął ułatwieniem pobytu Piotra w Rzymie. Ze starożytnego i dzielnego rodu Boccanera, żyli obecnie: kardynał Pius Boccanera, księżniczka jego siostra, którą, chociaż była starą panną, tytułowano przez poszanowanie donna Serafina, ich siostrzenica Benedetta, córka Ernestyny Boccanera, która, owdowiawszy po śmierci hrabiego Brandini, w kilka lat po nim zmarła, wreszcie był młody książę Dario Boccanera syn Onufrego Boccanera, po którego śmierci, żona, z domu Montefiori, wyszła za mąż powtórnie. Wicehrabia Filibert de la Choue był zpowinowacony z rodem Boccanera, przez młodszego swego brata, ożenionego z hrabianką Brandini, siostrą ojca Benedetty; tytułowany przez nią wujem za życia jej ojca, niejednokrotnie bawił po kilka tygodni w pałacu Boccanera, okazując swej siostrzenicy wiele przywiązania, zwłaszcza od chwili, gdy nieszczęśliwie wyszedłszy za mąż, rozpoczęła starania o unieważnienie swego małżeństwa. Rozłączywszy się z mężem, Benedetta zamieszkała przy swoim wuju, kardynale Boccanera, i przy swej ciotce Serafinie a wicehrabia, chcąc ją rozerwać, pisywał do niej często, przysyłając jej zarazem książki z Paryża. Między innemi, przysłał jej książkę napisaną przez Piotra, co spowodowało wymianę kilku listów siostrzenicy z wujem. W przedostatnim Benedetta zawiadamiała go, że książka Piotra, którą tak żywo popierał, została zadenuncyowana przed kongregacyę Indeksu, radziła więc, by autor zjechał do Rzymu, ofiarując przytem gościnne dla niego przyjęcie w pałacu na via Giulia. Wicehrabia równie się temu dziwił, jak powiadomiony przez niego Piotr, nierozumiejący przyczyny grożącej klątwy. Wszakże namówił Piotra do wyjazdu do Rzymu, pewnym przytem będąc zwycięztwa, które z góry sobie przeważnie przypisywał. Znaglony do spiesznego wyjazdu, oraz do przyjęcia gościnności wśród nieznanej sobie rodziny cudzoziemskich książąt, Piotr czuł się niepewny, trwożny. Miał przed sobą walkę z potężną kongregacyą Indeksu, nieznając przyczyn i warunków. Popatrzywszy przez chwilę w milczeniu na nieznaną sobie postać Piotra, Wiktorya rzekła: - Co też ja robię najlepszego!... Zatrzymuję pana tutaj, zamiast go zaprowadzić do przygotowanego dla niego pokoju... Gdzież są pańskie rzeczy?.. Wskazał jej na walizkę, którą położył na ziemi, objaśniając, że przybywszy tutaj na parę tygodni, wziął z sobą tylko nową sutannę na zmianę i trochę bielizny. Bardzo była tem zadziwiona. - Na parę tygodni! Pan przypuszcza, że z nami zostaniesz tylko kilkanaście dni?... No, ale to nie moje sprawy... sam pan się przekona, że to potrwa znacznie dłużej... Piotr czuł się pokrzepiony i ucieszony tem spotkaniem z wesołą i dobrą swoją rodaczką. Pałac Boccanera mniej przygnębiająco na niego oddziaływał skutkiem tej niespodziewanej okoliczności. Szli teraz obok siebie i Wiktorya opowiadała mu, że księżna wyszła a contessina nieco dziś cierpiąca, jeszcze jest w swoich pokojach. Piotr wiedział, że pomimo małżeństwa Benedetty, domownicy pałacu Boccanera, niezmiernie do niej przywiązani, zowią ją po dawnemu hrabianką. Wiktorya upewniała, że nie potrzebuje meldować paniom przybycia gościa, albowiem otrzymała rozkazy odnośnie do jego osoby. Główne wejście na pałacowe schody, znajdowało się w rogu podwórza pod sklepionym krużgankiem. Sień i schody miały monumentalny wygląd, stopnie były nizkie, szerokie a spadek tak łagodny, że możnaby konno wjeżdżać na piętra. Ale kamienne ściany świeciły nagością a przedsionki na zakrętach były puste, głuche; melancholia śmierci zdawała się opadać z wyniosłych tych sklepień. Przystanąwszy na pierwszem piętrze, Wiktorya uśmiechnęła się, widząc zdziwienie Piotra. Pałac zdawał się być pusty, niezamieszkany, najlżejszy szmer nie dolatywał z zamkniętych salonów. Wskazawszy wielkie, dębowe podwoje, rzekła: - Jego Eminencya zajmuje całe skrzydło wychodzące na podwórze i na rzekę... Jest to zaledwie czwarta część pierwszego piętra, sale od paradnych przyjęć oddawna stoją zamknięte... Trudno utrzymać w porządku taką stodołę, wreszcie po co?... Trzebaby chyba spraszać połowę Rzymu, żeby to zapełnić... Szli teraz schodami, wiodącemi na drugie piętro. Wiktorya mówiła raźnie, obojętnie, widocznie że pozostała obcą tym ścianom, zbyt od tutejszych ludzi odmienną, by przejąć się mogła otoczeniem. Zatrzymawszy się w przedsionku, na drugiem piętrze, objaśniła: - Na lewo są pokoje donny Serafiny a na prawo mieszka contessina. To jedyny kąt w tym domu, w którym jest trochę ciepła i życia... A dziś mamy poniedziałek... zatem to dzień, w którym donna Serafina, przyjmuje gości... Zobaczy pan... to ciekawe. Odwróciwszy się, otworzyła drzwi, po za któremi były wązkie schody. - Służba mieszka na trzeciem piętrze... tam znajdują się jeszcze i gościnnne pokoje. Pan pozwoli że pokażę mu drogę. Paradne schody kończyły się na drugiem piętrze. Wiktorya objaśniała w dalszym ciągu, że trzecie piętro ma oddzielne, boczne schody, wychodzące na uliczkę idącą aż do Tybru. Brama tych bocznych schodów była o wiele mniejszą a zarazem bardzo dogodną. Wszedłszy na korytarz trzeciego piętra, znów wskazywała drzwi, mówiąc: - Tutaj mieszka don Vigilio, sekretarz Jego Eminencyi... Te drzwi są moje... A te prowadzą do mieszkania przygotowanego dla pana. Ile razy pan wicehrabia przyjeżdża do Rzymu, zawsze chce mieć te pokoje a nie inne. Powiada, że jest w nich najswobodniejszy, może wychodzić i wracać kiedy mu się podoba. Dam panu klucz pana wicehrabiego od bramy na dole... A zaraz pan też zobaczy, jaki z tych pokojów jest ładny widok! Mieszkanie, do którego weszli, składało się z dwóch pokojów. Salon był obszerny i wyklejony czerwonym papierem w ogromne kwiaty, w sypialni ściany były jasno lnianego koloru w bladoniebieskie bukiety. Okna w salonie były narożne, na boczną uliczkę i na Tyber. Wiktorya roztworzyła je natychmiast. Po za jednem widać było bieg rzeki ku morzu, a przez drugie był widok na przedmieście Transtevere i Monte Gianicolo po drugiej stronie Tybru. - Ach tak! Widok jest bardzo piękny i przyjemny! - zawołał Piotr, stanąwszy z kolei przy otwartych oknach. Giacomo, nie śpiesząc się, wniósł walizkę Piotra, którą Wiktorya zaleciła mu zanieść na górę. Było już około południa. Widząc, że Piotr jest bardzo zmęczony i domyślając się, że jest głodny po tak długiej podróży, Wiktorya powiedziała, iż każe mu natychmiast podać śniadanie, tutaj w salonie. Będzie miał następnie całe popołudnie do rozporządzenia, położy się spać, by wypocząć, albo też wyjdzie na miasto, bo z paniami zobaczy się dopiero przy obiedzie, albo wieczorem. Piotr zapewnił ją, że spać nie będzie, bo szkoda byłoby marnować popołudniowe godziny, ale za to z wdzięcznością przyjął propozycyę śniadania, bo czuł się niezmiernie głodnym. Upłynęło dobre pół godziny, nim podano obiecane śniadanie. Giacomo, wyznaczony przez Wiktoryę do obsługiwania Piotra, nigdy się nie śpieszył. Wiktorya znała tę jego przywarę, więc pozostała dla nadzoru, by niczego nie brakowało gościowi a między jednym rozkazem a drugim, narzekała, mówiąc do Piotra: - Co to za ludzie są w tym kraju! To trudno sobie wyobrazić coś podobnego, gdy się samemu ich nie widziało zblizka! Mogłabym tu między nimi wieki całe spędzić i jeszczebym się do nich nie przyzwyczaiła. O gdyby nie ta śliczna i dobra contessina, od dawnaby mnie tu nie było! Zaczęła się sama krzątać przy nakrytym już stole a układając figi na deserowy talerz, mocno zadziwiła Piotra, oświadczając, że w mieście, gdzie tylu jest księży, nie może być ładu i takie miasto nie może być przyjemnem miastem. - Jakto?... więc pani jesteś bezreligijną? - Lepiej o tem nie mówić, ale wiem, że księży nie mogę znieść na oczy. Jeszcze we Francyi znałam ja jednego... i chociaż byłam wtedy niewielką dziewczyną, popamiętam go nazawsze. A co tutaj w Rzymie, to napatrzyłam się na nich od dawna do sytości... oj tak, za dużo ich widziałam... za dużo... to też znieść ich nie mogę... Nie mówię tego z powodu Jego Eminencyi, bo to święty człowiek i godzien szacunku... Jestem na służbie w pałacu już od ćwierć wieku i każdy może powiedzieć, że jestem porządna kobieta. Więc nikt mnie nie zaczepia o religię, bo przecież cóżby mi można zarzucić, kiedy kocham moich państwa i służbę swoją spełniam jak mogę najlepiej. Znów się zakręciła po pokoju, roześmiawszy się głośno i szczerze. A potem mówiła dalej: - Przyznam się panu. że gdy się dowiedziałam, że ksiądz zjeżdża do nas w gościnę, mamrotałam całemi dniami, bo chyba tych dobrodziejów dosyć już mamy w Rzymie. Ale gdy spojrzałam na pana, zaraz zmiarkowałam, że pan jesteś jakiś poczciwy człowiek i że będę z panem żyła w jaknajlepszej zgodzie. Nie wiem dlaczego tyle gadam i tak otwarcie z serca. Może to dla tego, że pan z Francyi... a może dlatego, że contessina bardzo się panem interesuje? W każdym razie proszę mi wybaczyć moje gadulstwo i jeszcze o jedno pana proszę: Oto trzeba się położyć i wypocząć po drodze. Niewarto lecieć tak zaraz na miasto. Przecież jestem tutaj od dawna, więc mogę pana upewnić, że niema tu ani części tych ciekawości, któremi oni lubią się przechwalać, kiedy mówią o swoim Rzymie. Gdy Piotr znalazł się wreszcie sam, poczuł ogrom swego zmęczenia. Strudzony był podróżą oraz gorączkowem uniesieniem, jakie go przejęło gdy patrzał na Rzym. Zjadłszy pośpiesznie śniadanie, składające się z dwóch jaj i kotleta, rzucił się nie rozbierając na łóżko, z zamiarem półgodzinnego wypoczynku. Zbyteczne znużenie odbierało mu sen, zaczął więc myśleć o znanych sobie szczegółach, odnoszących się do rodu Boccanera, poddając się zdziwieniu, jakie go opanowało z chwilą wejścia do tego olbrzymiego i pustego pałacu, cichego jak cmentarzysko opuszczone i melancholiczne. Myśli Piotra stawały się coraz mniej wyraźne, ogarniała go stopniowo senność i zdawało mu się, że napotyka mnóstwo postaci, krążących jak cienie, o twarzach tragicznych lub słodkich, a wszyscy ci dawni dziedzice pałacu patrzyli na niego w sposób dziwny, zagadkowy i rozpływali się gdzieś, niknąc w nieznanych przestrzeniach. Ród Boccanera wydał z siebie dwóch papieży, jednego w trzynastym wieku a drugiego w piętnastym. Ci dwaj wybrańcy, ci dwaj wszechpotężni władcy świata nadali swemu rodowi nieprzebrane skarby, obszary dóbr ziemskich, kilka pałaców w Rzymie i niezliczone ilości dzieł sztuki, mogące zapełnić olbrzymie galerye. Rodzina ta uważaną była za najpobożniejszą wśród rzymskich patrycyuszów, słynęła żarliwością wiary a miecz jej był zawsze w pogotowiu na usługi Kościoła. Lecz jeżeli miała ona ustaloną sławę przykładnej pobożności, była zarazem słynną z gwałtowności. Ród Boccanera był w ustawicznej wojnie i zatargach, a gniew członków tej rodziny miał dzikie wybuchy, ztąd przeszedł w przysłowie i tem się tłomaczy ich godło herbowe, wyobrażające skrzydlatego smoka, zionącego płomienie, oraz dewiza: Bocca nera, Alma rossa, (usta czarne, dusza czerwona), usta rykiem gniewu zczerniałe a dusza czerwona żarem wiary i miłości. Dotychczas powtarzane są legendy o straszliwych żądzach i okrutnych wymiarach sprawiedliwości, spełnianych przez ten ród potężny. Onfredo Boccanera, żyjący w szesnastym wieku, właśnie ten, który wzniósł pałac przy Via Giulia na miejscu staroświeckiej siedziby swych przodków, wsławił się szczególniejszym pojedynkiem. Dowiedziawszy się, że młody hrabia Costamagna pocałował usta pięknej jego żony, kazał hrabiego pochwycić i przed siebie, związanego sznurami, przywieść. Sprowadziwszy mnicha do największej pałacowej sali, kazał winowajcy wyspowiadać się, a następnie przeciąwszy mu więzy sztyletem, pogasił płonące lampy i rzuciwszy drugi sztylet, krzyknął hrabiemu, by bronił swego życia. Wśród ciemności i sprzętów, w olbrzymiej sali zamienionej na plac pojedynku, dwaj przeciwnicy ścigali się, unikali i kaleczyli. Walka trwała przeszło godzinę a gdy wyłamawszy drzwi, ludzie wbiegli, by bój powstrzymać, znaleziono wśród przewróconych, połamanych i krwią zbryzganych mebli, hrabiego Costamagna na ziemi, z odciętym nosem i trzydziestu dwoma ranami na ciele, podczas gdy Onfredo utracił dwa palce u prawej ręki i był pokłuty jak sito. Rzecz szczególna, iż żaden z nich nie umarł skutkiem tego pojedynku. W piętnastym wieku, nad temże wybrzeżem Tybru, Cassia Boccanera, szesnastoletnia piękna księżniczka, energią gwałtownej swej miłości w podziw wprawiła Rzym cały. Kochała Flavia Corradini, syna nieprzyjaznej rodziny swego rodu. Książe Boccanera wzbronił córce tej miłości a brat jej starszy Ercole poprzysiągł, że zabije jej kochanka. Flavio Corradini widywał się z Cassią wieczorami, przybijając łódką do stóp ogrodowych schodów, dochodzących do Tybru. Ercole ich podpatrzył i wskoczywszy do łodzi, zabił Flaria pchnięciem sztyletu w serce. Później, zbadano zaszłą scenę nad rzeką i zrozumiano, że Cassia, podniecona rozpaczą, wymierzyła sprawiedliwość na razie. Nie chcąc przeżyć ukochanego, chwyciła brata i, przeważywszy łódź, wpadła z nim w rzekę, wraz z trupem zabitego Flavia. Gdy odnaleziono ich ciała, Cassia trzymała jeszcze w śnieżnych swych ramionach obu przeciwników, którzy ścierali się z sobą twarzami. Lecz były to czasy dawno minione. Dzisiaj, jeżeli wiara pozostała nienaruszoną i płomienną w duszy rodu Boccanera, krew jego utraciła dawną zapalczywość. Zmalało również bogactwo, topniejąc przez cały bieg ostatniego wieku, który przyniósł ruinę większości patrycyuszów rzymskich. Dobra ziemskie zostały sprzedane a pałac opustoszał, chyląc się ku upadkowi. Ród Boccanera wiódł życie skromne, prawie ubogie, strzegąc się wszakże z dawną zawziętością domieszki obcej krwi, dumny przechowaniem czystości swoich związków. Czerpiąc w tem zadowoleniu swych przekonań, nie narzekali na ubóstwo, żyjąc zdala od uciech światowych w ciszy i odosobnieniu. Ród ich, już tylko jednego miał potomka, jakkolwiek książę Ascanio Boccanera, umierając w r. 1848 pozostawił czworo dzieci zrodzonych z księżniczki Corvisieri, którą poślubił w młodości. Dziećmi temi byli: Pius, kardynał; Serafina, która nie wyszła zamąż, chcąc pozostać przy bracie; Ernestyna, która zmarła, pozostawiając tylko córkę i Onofrio, ojciec obecnego dziedzica rodu, trzydziestoletniego księcia Dario Boccanera. Jeżeliby ten zgasł bezpotomnie, zgasłby z nim potężny niegdyś ród książąt Boccanera, których czyny zapisała historya narodu. Jeszcze w dziecinnych latach Dario i kuzynka jego Benedetta pokochali się głębokiem, szczerem, naturalnem uczuciem. Zdawało się im, że żyć bez siebie nie mogą i że racyą ich pojawienia się na świecie, jest małżeństwo, które ich połączy, gdy dojdą do odpowiedniego wieku. Ojciec Daria, książę Onofrio, był człowiekiem niezmiernie popularnym w Rzymie. Szczodrobliwy, trwonił resztę swej fortuny z młodzieńczą lekkomyślnością a zostawszy wdowcem, namiętnie się rozkochał w pięknej margrabiance Montefiori, którą porównywał do młodej Junony. Flavia Montefiori zamieszkiwała z matką willę stanowiącą ostatnie bogactwo możnego niegdyś rodu. Książę Onofrio, poślubiwszy Flavię, zamieszkiwał w willi Montefiori, położonej w pobliżu kościoła św. Agnieszki. Ogród otaczający willę był raczej parkiem ze względu na swą rozległość. Rosły w nim olbrzymie, setki lat mające drzewa, dom zaś mieszkalny, wzniesiony w siedemnastym wieku, nie odznaczał się pięknością architektury i obecnie walił się w gruzy. Panie Montefiori, matka i córka, niejednokrotnie dostarczały powodów do ludzkiej obmowy, znajdowano mnóstwo zarzutów pełnych słuszności. Z tego też względu, małżeństwo czterdziestoletniego, owdowiałego księcia Onofrio, wywołało niezadowolenie jego siostry, surowej i dumnej Serafiny, oraz starszego brata, Piusa, który nie był wtedy kardynałem, lecz tylko kameryerem Ojca Świętego i kanonikiem przy bazylice watykańskiej. Tylko Ernestyna zachowała z bratem dawny swój stosunek serdeczny, kochała go bowiem zawsze, znajdując urok w jego towarzystwie pełnem humoru. Jedyną rozrywką Ernestyny była co tydzień składana przez nią wizyta w willi Montefiori. Jeździła tam na cały dzień zabierając z sobą swoją córkę Benedettę. W epoce powtórnego małżeństwa swego ojca, Dario miał lat piętnaście. O lat pięć od niego młodszą była jego kuzynka Benedetta. Jakże lubili się razem bawić w tym obszernym ogrodzie willi Montefiori. Dzień schodził im szybko wśród olbrzymich drzew, parasolowatych pinij, rozrosłych bukszpanów, gajów dębowych, gubili się w tej dziko rosnącej zieleni, sądząc, że błądzą w dalekich, nieznanych, dziewiczych lasach. Matka Benedetty posiadała duszę ognistą, lecz stłumioną i starganą życiową walką. W młodości rwała się ku życiu, ku słońcu, pragnęła szczęścia, wolności, czynu. Wielkie i jasne jej oczy słynęły z piękności, również jak śliczny owal łagodnej jej twarzy. Maleńki zasób posiadanych wiadomości nabyła na pensyi utrzymywanej przez zakonnice francuzkie; brakiem wykształcenia stała na równi z innemi córkami arystokratycznych rodzin rzymskich, świat zaś znała jedynie z codziennych spacerów powozem, odbywanych z matką po Corso i po ogrodach Monte Fincio. Do lat dwudziestu pięciu żyła w ciszy i samotności ponurego pałacu Boccanera a znudzona i zrozpaczona pustką swego dotychczasowego życia, wyszła zamąż za hrabiego Brandini, najmłodszego syna rodziny licznej, ubogiej, lecz starożytnej. Młode małżeństwo zamieszkiwało część skrzydła pałacu Boccanera. Prawie więc żadna nie zaszła zmiana w życiu Ernestyny. Dnie płynęły z dawną monotonnością, wśród głuchej pustki pałacu, gasząc porywy Ernestyny i pchając ją za życia w cienie zimnego grobowca. Tylko rodziny były zobopólnie zadowolnione z tego małżeństwa, łączącego dwa patrycyuszowskie rody rzymskie. Mąż Ernestyny uważany był za jednego z najgłupszych a zarazem najdumniejszych ludzi w Rzymie. Bardzo pobożny, z zamiłowaniem przestrzegał ścisłego zachowywania przepisów religijnych i formułek, wyznawał zasady skrajnej nietolerancyi a ostatecznie pysznić się niemi zaczął, gdy po dziesięciu latach bezustannych zabiegów i tajemnych intryg, został mianowany wielkim koniuszym dworu Watykańskiego. Wraz z objęciem tego urzędu, hrabia Brandini wniósł do swego domu część strupieszałego ceremoniału, otaczającego majestat papiezki. Za panowania Piusa IX, zwłaszcza do roku 1870 mniej srogo dawało się to uczuć Ernestynie, bywała wtedy u znajomych i przyjmowała ich u siebie, lecz z chwilą, gdy wojska króla włoskiego zdobyły Rzym i papież oznajmił światu, że jest więźniem, pałac Boccanera stał się grobowcem. Zamknięto bramę, zaryglowano ją i zagwożdżono na znak żałoby. Przez lat dziesięć mieszkańcy pałacu wymykali się na ulicę bocznemi drzwiami, przez schody służebne wychodzące na zaułek, wiodący ku rzece. Zabronionem również było otwieranie okien od ulicy, fasada pałacu była martwa, z okiennicami szczelnie zamkniętemi. Stronnictwo papiezkie objawiało w ten sposób swoje niezadowolenie; zamykano się u siebie, zaprzestano odwiedzać się wzajemnie. W pałacu Boccanera tylko w poniedziałki ukazywały się jak błędne cienie postacie bliższych znajomych donny Serafiny, prześlizgując się wzdłuż wązkiej uliczki i wchodząc bocznemi drzwiami uchylającemi się tajemniczo. Przez lat dziesięć Ernestyna żyła w tym grobie, płacząc po nocach nad powolnem swem konaniem, zrozpaczona jej dusza umierała obezwładniona surowością ciążącego nad nią jarzma. Dopiero w kilka lat po zamążpójściu, mając lat trzydzieści trzy, została matką. Dziecku stało się jej jedyną rozrywką. Lecz gdy Benedetta wyrosła na kilkunastoletnią dziewczynkę, matka zmuszona stosować się do reguł przyjętych, oddała ją na pensyę do tychże samych zakonnic francuzkich, które niegdyś ją wychowywały. Gdy Benedetta powróciła do domu mając lat dziewiętnaście, umiała mówić po francuzku, znała ortografię, nieco arytmetyki, cały katechizm, oraz trochę urywków z historyi i geografii. Matka i córka prowadziły teraz razem życie zamknięte, jak w gineceum wschodniem, nigdy nie ukazując się po za domem w towarzystwie męża i ojca. Jedyną ich rozrywkę stanowił codzienny, nieodzowny spacer w powozie po Corso i Monte Pincio. Przywykłe do biernego posłuszeństwa, znosiły bez skargi ciążącą nad niemi władzę hrabiego, bunt przeciwko tej władzy rodzinnej nie postał nawet w ich pojęciu, nawyknienie do formułek przewidujących każdą chwilę życia, łamało je bez oporu, miażdżąc serce matki i córki. Do władzy wywieranej nad niemi przez hrabiego, przyłączała się jeszcze władza donny Serafiny i kardynała, czujnie i surowo przestrzegających przechowywania całości tradycyjnych obyczajów. Z chwilą, gdy papież, uznawszy się więźniem, przestał ukazywać się po za pałacem Watykańskim, hrabia stał się prawie bezczynnym, albowiem stajnie przedtem obficie zaopatrzone w konie, opustoszały; pomimo to wielki koniuszy odbywał swą służbę, zawsze pyszniąc się swem dostojeństwem, którego tylko pozory pozostały. Rozniecił w sobie tem żarliwszą pobożność, chcąc nią wyrazić swój protest przeciwko "najezdcy" królującemu w Kwirynale. Benedetta miała już lat dwadzieścia, gdy pewnego wieczoru ojciec jej wrócił do domu chory po całodziennej służbie w bazylice św. Piotra. Rozchorował się na zapalenie płuc i w tydzień po położeniu się do łóżka umarł. Ernestyna i Benedetta przywdziały żałobę, lecz nie zwierzając sobie wzajemnych swych uczuć, odetchnęły swobodniej. Ernestyna żyła teraz myślą znalezienia sposobu wyratowania córki z ciasnoty życia, którego smutek na samej sobie odczuwała. Znękana i znużona nic już nie żądała dla siebie, lecz nie chciała widzieć swej Benedetty skazaną na męczarnię przebywania w dobrowolnym grobie. Uważała to za zbrodnię przeciwko naturze. Z zadowoleniem dostrzegła, że tenże sam bunt opanował kilka patrycyuszowskich rodzin, które zapominać się zdawały o swej niechęci, szukając sposobu zbliżenia się do dworu Kwirynalskiego. Dlaczegóżby bowiem dzieci miały marnować się w ukryciu z powodu niewygasłych nienawiści swych rodziców?... Objawy w tym kierunku były jeszcze niewyraźne, nieśmiałe, lecz zapalczywość niechęci gasła, stronnictwo czarne zawierało rodzaj przymierza ze stronnictwem białych. Ernestyna nie zajmowała się polityką, nie znała nawet znaczenia tego wyrazu, natomiast gorąco pragnęła, by jej dziecko żyć mogło swobodnie, po za okropnością głuchej i niemej ciszy pałacu Boccanera, w którym tyle lat konała, nie zaznawszy żadnej radości. Będąc bardzo pobożną i nie chcąc nic przedsięwziąść bez przyzwolenia swego spowiednika, Ernestyna postanowiła zmienić tego, którego miała z rąk swego męża. Wybór jej padł na księdza Pisoni, proboszcza sąsiedniego kościoła pod wezwaniem św. Brygidy. Ksiądz Pisoni miał lat około piędziesięciu, usposobienie łagodne, był dobry i miłosierny, co rzadką bywa cnotą w sferach rzymskich. Z zamiłowaniem zajmował się archeologią a przywiązanie do starych kamieni wyrobiło w nim miłość dla rodzinnego kraju. Krążyły o nim pogłoski, że pomimo swej wielkiej skromności, służył już niejednokrotnie za pośrednika pomiędzy Watykanem i Kwirynałem, że niejedną sprawę drażliwej natury załatwił pomyślnie. Zostawszy spowiednikiem Ernestyny i Benedetty, chętnie im opowiadał o ważności zjednoczenia się Włoch w jednolitą całość, wróżąc pierwszorzędne znaczenie ojczyźnie, skoro nastąpi zgoda pomiędzy papieżem i królem. Benedetta i Dario kochali się zawsze równie niezłomną miłością, ufni w swoją przyszłość, która miała im być wspólną. Czuli, że wzajemnie należą do siebie. Lecz po śmierci męża Ernestyna postanowiła ich rozdzielić, stanowczo opierając się ich małżeństwu. Nie, niechciała, by Dario miał poślubić Benedettę, nie chciała, by ten ostatni potomek rodu miał być jej zięciem. Zamknąłby on swoją żonę w ponurym pałacu Boccanera, w tym czarnym grobowcu, który był własnem jej więzieniem. Pocóż jej córka miałaby cierpieć tak samo jak ona cierpiała?... Obumierać wśród pustki, znosić niedostatek, pogrążać się w dumie rodu i w martwocie ztąd wynikającej?... Przedłużanie niezadowolenia osłabia i ubezwładnia. Wszak znała ona dobrze tego młodego krewnego. Był egoistą, słabej woli, niezdolnym do samoistnej myśli i czynu. Patrzeć on będzie z biernym uśmiechem na ostateczny upadek i koniec swego rodu, zginie pod gruzami walącego się gmachu, nie uczyniwszy najlżejszego wysiłku, by zapobiedz temu, by dźwignąć się i założyć odnowioną rodzinę. Ernestyna z najwyższą odrazą odrzucała myśl związku z tym człowiekiem. Innego pragnęła losu dla swego dziecka. Chciała dla Benedetty bogactwa i możności życia na szerokim, jasnym świecie, wraz z zwycięzcami a nie zwyciężonymi. Postanowiła zapewnić córce szczęście pomimo jej woli a chcąc ją zmusić do zerwania projektowanego małżeństwa z kuzynem, opowiadała jej gorycze własnego życia, palące łzy swych bezsennych nocy, błagając, by nie skazywała się na taką samą dokuczliwą męczarnię. Benedetta słuchała spokojnie, zbrojna miłością, jaką poprzysięgła towarzyszowi swej młodości. Spokojem tym byłaby może przezwyciężyła opór matki, gdyby ta nie była napotkała właśnie takiego zięcia, o jakim marzyła. Był nim hrabia Prada, syn Orlando Prada, jednego z bohaterów zjednoczenia włoskiego. Przybył z ojcem z Medyolanu do Rzymu, mając lat osiemnaście i po zajęciu stolicy przez króla, wstąpił do ministeryum finansów, gdzie pracował jako urzędnik. Ojciec jego Orlando Prada, w nagrodę zasług i bohaterskich czynów, został mianowany senatorem i żył na uboczu z resztek znacznej niegdyś fortuny, którą złożył w ofierze na ołtarzu ojczyzny... Syn nie tak wojenne i rycerskie miał porywy. Pragnął on korzystać z owoców zdobytych przez ojca, towarzysza i współpracownika Garibaldiego. Żądzą bogactwa opanowany, rzucił się na Rzym, jako na łup szczęśliwą wojną pozyskany i stał się jednym z licznej zgrai ludzi, którzy ćwiertowali i wysysali miasto, jako zdobycz mającą zaspokoić ich chciwość. W krótkim stosunkowo czasie przyszedłszy do majątku, hrabia Prada spekulował, zakupując grunta przeznaczone na wzniesienie nowych dzielnic Rzymu. W tym celu namówił księcia Onufrego Boccanera do sprzedania willi Montefiori. Mówiono, że był kochankiem jego żony, pięknej Flawii, która chociaż była o dziewięć lat od niego starszą, zachowała urok wdzięku niewieściego. Hrabia Prada był rzeczywiście człowiekiem żądz nienasyconych, był to zdobywca pędzony namiętnością użycia, namiętnością usuwającą skrupuły w przywłaszczaniu sobie mienia cudzego, oraz żony cudzej. Od chwili, gdy ujrzał Benedettę zapragnął ją posiadać. Nie mogąc jej mieć za kochankę, postanowił mieć ją jako żonę. Zerwał natychmiast swój stosunek z Flawią, pragnąc usunąć przeszkody zbliżenia się do Benedetty, która pociągała go swoją pięknością, młodością a zarazem nęciła go wielkość jej patrycyuszowskiego pochodzenia. Natychmiast zrozumiał, że Ernestyna chętnie wyda za niego swoją córkę, nie zwlekając więc oświadczył się o rękę Benedetty. Wieść o tem wywołała ogólne zdziwienie. Rzym cały zajmował się tem małżeństwem człowieka o piętnaście lat starszego od narzeczonej, zbieracza milionów, ulubieńca Kwirynału, szczęśliwca, noszącego nazwisko świeżo zapisane w historyi a zasługom odleglejszych przodków, zawdzięczającego tytuł hrabiego. Benedetta nigdy niemówiła, dlaczego zgodziła się zostać żoną hrabiego Prada. Małżeństwo to zostało zawarte w szczególniejszej chwili napięcia stosunków pomiędzy stronnictwem czarnem a białem. Na sześć miesięcy przedtem, lub w sześć potem, ulęknionoby się obustronnie zbyt głośnego skandalu. Wszak Benedetta była ostatnią przedstawicielką rodu Boccanera, rodu podtrzymującego wiernie i wspaniale blask papiezkiego tronu, jakże więc mogła zaślubić człowieka należącego do pogromców i krzywdzicieli Kościoła! Lecz szalony w swej śmiałości projekt połączenia małżeństwem dwóch rodów tak odmiennej polityki, przypadł właśnie w chwili, gdy przygotowywano zbliżenie się i porozumienie pomiędzy Watykanem a Kwirynałem. Puszczono pogłoskę, że król ustąpi papieżowi władzę i posiadanie części Rzymu po za Tybrem, wydzielając mu zarazem szeroki pas ziemi aż do morza. Małżeństwo Benedetty Boccanera z hrabią Prada, uważano za rodzaj symbolu zgody i ostatecznego ustalenia się stosunków jedności Włoch, tchnących już tylko chęcią pokoju. Piękna dziedziczka potężnego rodu, lilia wyrosła pod strażą Kościoła, składała z siebie ofiarę dla ogólnego dobra, przyjmowała rolę zakładniczki dobrowolnie wstępującej do przeciwnego obozu. Tylko o tem mówiono, komentowano, rojono nadzieje, wylewając łzy rozczulenia. Benedetta nie znała tych okoliczności a znając je, nie byłaby rozumiała ich wagi. Wiedziała natomiast, że serce swe oddała już komu innemu, że więc nie może niem rozporządzać. Powtarzała to matce błagającej ją, by nie odrzucała małżeństwa przynoszącego jej bogactwo i życie. Nalegania Ernestyny popierał ksiądz Pisoni, który, jako spowiednik, stanowczy posiadał wpływ na umysł Benedetty. Ksiądz Pisoni z patryotycznym zapałem poświęcił się sprawie skojarzenia tego małżeństwa. Wierzył, iż stanowić ono będzie ważny krok ku pożądanej przez niego zgodzie pomiędzy papieżem i królem, w modłach swych dziękował Opatrzności za nadzwyczajność łaski jakiej doznał, będąc obranym za pośrednika wiążącego przeszłość Włoch z ich przyszłością. Wszak od zgody papieża z królem, zależy tryumf Włoch i Kościoła, tryumf Boga na ziemi, ku urzeczywistnieniu czego padł wybór na jedną z owieczek powierzonych duchownej jego pieczy. Ksiądz Pisoni wywierał wpływ wielki na pobożną Benedettę; tylko dzięki jego naleganiom zgodziła się na małżeństwo z hrabią Prada. Benedetta szczególniejsze miała nabożeństwo do Madonny w maleńkim kościółku przy Piazza Farnese, chodziła się do niej modlić w każdą niedzielę. Otóż ksiądz Pisoni ją zapewnił, że płomień lampki gorejącej przed obrazem Madonny natychmiast bieleje, skoro on modli się przed nim, wzywając Najświętszą Pannę, by skłonić raczyła serce Benedetty do zawarcia małżeństwa, które błogosławieństwo na kraj sprowadzić miało. Wobec tej wyraźnej woli nieba, Benedetta nie śmiała stawiać dłuższego oporu i posłuszną się okazała wobec matki. Kardynał oraz donna Serafina, przeciwnymi byli temu małżeństwu, lecz z chwilą gdy niebo tak chciało, ustąpili, pozostawiając Ernestynie zupełną swobodę w rozporządzaniu losem córki. Benedetta wzrosła w takiem odosobnieniu i czystości, że nieświadomą jeszcze była samej siebie, i wszystkiego co do życia się odnosi. Kochała swego kuzyna i chciała wspólne z nim wieść życie a teraz, gdy rojone w tym kierunku marzenia prysły, niepoczuła fizycznego bólu odłączając się od tego, który miał być jej dozgonnym towarzyszem. Płakiwała tylko często, lecz pomimo to wyszła za hrabiego Prada, nie znajdując w sobie siły do dalszego opierania się przeciwko skojarzonej woli ludzi i nieba. Po ślubie, wieczorem, padł grom niweczący spokój małżeńskiego pożycia nowożeńców. Przyczyny pozostały nieznane. Czy Prada, ten północny włoch, dumny z podboju Rzymu, chciał z brutalnością zwycięzcy posiąść młodą swoją żonę? Czy niecierpliwością zadowolnienia swej żądzy oburzył dziewiczą jej niewinność?... Czy też niespodziewany i nieznany przez nią akt miłości wywołał w niej odrazę do człowieka, którego niekochała i któremu uledz niechciała?... Nigdy o tem Benedetta nie wspominała. Lecz ogólnie wiedziano, iż uciekłszy z sypialni, zamknęła się przed mężem i ubłagać się nie dała. Obrażony, zraniony w swej dumie i żądzy, Prada poprzysiągł, iż przezwycięży opór swej żony, chociażby miał zmusić ją szpicrutą jak klacz niedającą się powodować. Lecz gniew i wściekłość roznamiętnionego małżonka rozbijały się o niezłomną wolę Benedetty, wolę naraz zrodzoną w maleńkiej i ślicznej jej główce. Stanowczość jej w tym wypadku okazywała się godną rodu, z którego pochodziła. Spokojnie rzekła że nie chce i niechciała, chociażby to miała zaraz życiem przypłacić. Teraz, świadoma miłości, myślą całą oddała się swemu kuzynowi, księciu Dario, nabrała pewności, że jemu ciało swe jest obowiązana złożyć w ofierze, ponieważ jemu przyrzekła dozgonne przywiązanie. Dario, od chwili postanowionego małżeństwa Benedetty z hrabią Prada, opuścił Włochy i podróżował po Francyi. Lecz otrzymał teraz list od kuzynki, list, o którym mówiła swobodnie do krewnych i znajomych. Wzywała go, by powrócił i zobowiązywała się, że nigdy nie zgodzi się być niczyją jak tylko jego. Stała się teraz jeszcze pobożniejszą i modły swe mięszając z imieniem Daria, przysięgała dochowania swej dziewiczej czystości dla ukochanego, dla obranego przez siebie kochanka. Żar mistyczny miłości owładnął jej serce i gotową była na śmierć męczeńską, byle dochować wiary temu, którego ukochała. A gdy matka, złożywszy przed nią ręce, zaklinała ze łzami, by poddała się spełnieniu obowiązków małżeńskich, Benedetta odpowiadała spokojnie, że nie jest do nich zobowiązana, nic o nich nie wiedząc aż do ślubnej, nieszczęsnej nocy. Duch bieżącej polityki też się odmienił, projektowane zbliżenie pomiędzy Watykanem a Kwirynałem spełzło na niczem a obu stron dzienniki wznowiły przyciszoną na czas jakiś zaciekłą walkę na słowa. Tak więc małżeństwo Benedetty z hrabią Prada, symboliczne małżeństwo, mające wieńczyć sprzymierzenie się dwóch przeciwnych stronnictw, odźwierciadlało w dalszym ciągu nastrój rzymskiej polityki rozsypującej się w niwecz, walącej się w gruzy jak tyle innych ludzkich dążności i pragnień. Nieszczęśliwe małżeństwo Benedetty stało się przyczyną śmierci Ernestyny. Spostrzegła że się pomyliła, pragnąc los zapewnić córce. Znękana własnem życiem pełnem niedoli, umarła ze zmartwienia, bolejąc nad zmarnowaniem życia jedynego swego dziecka. Troskę tej pomyłki dźwigała sama, albowiem brat jej, kardynał, oraz siostra jej, donna Serafina, obciążali ją wymówkami, na nią składając cały ciężar winy. Pocieszeniem Ernestyny mogła być tylko rozpacz księdza Pisoni, który podwójnie bolał zawiedziony w swych patryotycznych nadziejach, oraz przygnieciony ciosem małżeństwa Benedetty, do którego tak czynnie się przyłożył. Któregoś ranka, znaleziono Ernestynę martwą, już zimną i skostniałą w łóżku, na którem skonała. Mówiono że zmarła skutkiem pęknięcia żyły w sercu, lecz w rzeczywistości zabiło ją nieszczęście córki. Cierpiała nad tem srodze a zarazem skrycie, bez skargi, bez jęku, jak przywykła poprzednio boleć nad własnem nieszczęściem. Zmarła w rok po zamążpójściu Benedetty, która, niepołączywszy się z mężem, żyła wszakże pod jednym z nim dachem, chcąc oszczędzić matce zmartwienia, jakieby jej przyniósł skandal publicznego zerwania małżeństwa. Donna Serafina podtrzymywała w Benedecie nadzieję możności unieważnienia małżeństwa i w tym celu namawiała ją, by uprosiła sobie tę łaskę, ukorzywszy się u stóp papieża. Wpłynęła na siostrzenicę, by zmieniła spowiednika. Benedetta, opuściwszy konfesyonał księdza Pisoni, oddała swą duszę pod dyrekcyę jezuity, ojca Lorenza, który od jakiegoś czasu był spowiednikiem donny Serafiny; był to człowiek jeszcze młody, miał lat trzydzieści pięć, uprzejmy a zarazem poważny, oczy miał przejrzyste i moc łagodnego narzucania swej woli. Pod jego pozostając wpływem, Benedetta natychmiast po śmierci matki opuściła dom męża i, powróciwszy do pałacu Boccanera, zamieszkała w pokojach gdzie się urodziła, wychowała, cierpiała i gdzie z bólu zgasła jej matka. Równocześnie podała prośbę o unieważnienie małżeństwa, powierzając swą sprawę pieczy kardynała-wikarego przy rzymskiej dyecezyi. Mówiono, że contessina tak uczyniła po tajemnie złożonej wizycie Ojcu świętemu, który okazał jej wiele szczerego współczucia. W pierwszej chwili hrabia Prada utrzymywał, że na drodze sądowej zmusi swoją żonę do powrotu pod dach małżeńskiego domu. Zaniechał tego zamiaru, uproszony przez swego ojca, który niezmiernie bolał nad całą tą sprawą. Hrabia Prada przyjął więc do wiadomości, że jego małżeństwo unieważnionem zostanie przez władzę kościelną, na żądanie pozywającej, która się powoływała na nienaruszone panieństwo swoje, skutkiem niemocy męża. Prada oburzał się na nieprawość tej przyczyny, która wszakże była najpewniejszym ze względów uznanych za słuszne przez prawo kanoniczne. Morano, adwokat przy konsystorzu a zarazem jeden z najznakomitszych prawników w Rzymie, spisując podanie i wyłuszczając przyczyny, zręcznie ukrył, iż w danym razie niemoc męża pochodziła skutkiem oporu stawianego przez żonę. Rozpoczęły się rokowania strony pozwanej i pozywającej, roztrząsano szczegółowo tajemnice małżeńskiej alkowy, chciano udawadniać prawdę, niedającą się ująć a cytaty drażliwszej natury, wymieniano po łacinie. Jako świadków, przywoływano służbę, która przez rok pożycia Benedetty z mężem, słyszała i widziała niejedną scenę, opowiadając teraz głośno zatargi swoich państwa. Główną podstawę procesu stanowiło świadectwo podpisane przez dwie akuszerki, które, sprawdziwszy zawodowo, ręczyły o dziewiczości contessiny. Kardynał-wikary, posiadający władzę biskupa Rzymu, zlecił wtedy proces w ręce kongregacyi Konsylium, co oznaczało, że sprawa przychylała się korzystnie na stronę Benedetty. Oczekiwała ona obecnie, by kongregacya wyrzekła swój wyrok, którego następstwem będzie unieważnienie małżeństwa, zawartego w kościele, co pozyskawszy, łatwo będzie można otrzymać rozwód w trybunale cywilnym. W ponurem, zimnem mieszkaniu swych rodziców, będących już w grobie, osiadła contessina i wiodła równie ciche i spokojne życie jak niegdyś, gdy przebywała tutaj przy matce. Dario był zawsze wybrańcem jej serca, lecz pomimo że głębokie miała do niego przywiązanie, postanowiła oddać mu się całkowicie dopiero w dniu, gdy ksiądz pobłogosławi ich związek, łącząc ich na życie całe przed ołtarzem i w obliczu Boga. Dario też zamieszkiwał w pałacu Boccanera. Przed sześciu miesiącami umarł mu ojciec, zrujnowawszy się doszczętnie, chociaż nie tak dawno, za radą hrabiego Prada sprzedawszy willę Montefiori, zgarnął dziesięć milionów. Lecz ogarnęła go chęć spekulowania na gruntach, uległ gorączce trawiącej Rzym cały i, zamiast zachować w kieszeni otrzymane za willę dziesięć milionów, książę Onufry Boccanera odkupił ją, zawikłał się i przeliczył, grunta zaczęły spadać w cenie, wkrótce więc utracił wszystko, padł wraz z tylu innymi graczami, pochłonięty olbrzymim krachem spadłym na miasto. Nietylko zrujnowany, lecz mocno zadłużony, książę pokazywał się wszakże codziennie na Corso, uśmiechając się uprzejmie, pewien swej popularności. Nagle umarł, wypadkiem spadłszy z konia podczas rannego spaceru. W cztery miesiące po jego śmierci, pozostała po nim wdowa, zawsze zadziwiająco piękna Flavia, wybrała sobie męża o dziesięć lat od siebie młodszego. Juliusz Laporte, rodem szwajcar, był najpiękniejszym żołnierzem z wojska papiezkiego, dosłużył się rangi sierżanta a potem zajmował się sprzedawaniem relikwij. Flavia posiadała jako osobistą własność willę i czterdzieści tysięcy franków rocznego dochodu. Wychodząc za mąż za upatrzonego przez siebie człowieka, wyrobiła dlań u papieża tytuł margrabiego Montefiori. Księżna Boccanera powróciła tym sposobem do pierwotnego swego miana margrabiny Montefiori. Urażony na nią kardynał Boccanera, wymógł, by jej syn, książę Dario zamieszkał przy nim i w tym celu oddał mu część pokojów na pierwszem piętrze. Kardynał, jakkolwiek obojętnym i zmarłym zdawał się być dla świata, zachował dumę swego rodu i miłość dla nazwiska, skutkiem tego, przywiązał się do siostrzeńca, do tego wątłego młodzieńca, ostatniego potomka rodu, który tylko z niego mógł się odrodzić. Względem Benedetty kardynał okazywał ojcowską czułość i nie był przeciwnym jej małżeństwu z Dariem, a tak dalece wierzył w cnotę i pobożność ich obojga, że na chwilę się nie zawahał, by przygarnąć ich oboje pod dach rodzinny przodków, pomijając ze wzgardą rozsiewane po mieście oszczerstwa przez hrabiego Prada i jego przyjaciół, upatrujących powód do zgorszenia w tem zbliżeniu się kochającej pary. Donna Serafina strzegła Benedettę a kardynał strzegł młodego księcia i czworo tych ludzi żyło w ciszy i w cieniu staroświeckich murów pałacu, który niegdyś widział tyle scen krwawych i tragicznych a teraz osłaniał ostatnich przedstawicieli potężnego rodu o krwi płomiennej lecz już gasnącej, przedstawicieli dawnego społecznego ustroju, na którego zwaliskach miał powstać świat nowy, odrodzony. Gdy ksiądz Piotr Fromont ocknął się ze snu, poczuł, że głowa ciąży mu jeszcze ze zmęczenia a zarazem był niezadowolniony, iż spał znacznie dłużej niż zamierzył. Spojrzał na zegarek i przeraził się ujrzawszy, że jest już godzina szósta. Zatem, zamiast jednogodzinnej drzemki, spał blizko siedem godzin, uległszy nieprzepartemu znurzeniu po długiej podróży. Nawet teraz, rozbudziwszy się i szeroko otwierając oczy, nie miał odwagi wstać z łóżka, tak dalece rozbite miał członki. Prócz fizycznego zmęczenia, czuł się opanowany trwożnemi przeczuciami. Zkądże one nań spłynęły, ziębiąc i osłabiając gorączkowy, młodzieńczy jego zapał, tak silny dzisiejszego ranka?... Czyż majaczono podczas snu dzieje rodu Boccanera udręczyły mu duszę?... Przypominał sobie, że zasnąwszy, przebywał w towarzystwie ludzi tej rodziny, sunącej się przed nim pocztem groźnych, zagadkowych postaci. Napełniły go one męczącym niepokojem, który nieustępował teraz na jawie. Piotr, leżąc z otwartemi oczyma, wywoływał te postacie, a wystraszony nagłą zmianą otoczenia, w którem się obudził, rozglądał się po nieznanym sobie pokoju. Nie mógł odnaleźć ładu w swoich myślach. Pytał sam siebie, jakim sposobem Benedetta, której nie znał, mogła była napisać do wicehrabiego Filiberta de la Choue, iż napisana przez niego książka, została wskazana kongregacyi Indeksu. Nie rozumiał przyczyny tego zainteresowania się Benedetty całą tą sprawą. Dlaczego zażądała ona, by autor książki przybył do Rzymu, by osobiście jej bronić?... I dlaczego ta patrycyuszka posunęła swą uprzejmość aż do zaproszenia go do własnego swego domu?... Nie zupełnie otrzeźwiony ze snu i zmęczenia, Piotr dziwił się, znalazłszy się na tem nieznanem łóżku, w obcem mieście i w pałacu pełnem grobowej ciszy. Rozbite miał członki i pustkę czuł w głowie. Chwilami tylko odzyskiwał przytomność, która mu świadczyła, że mnóstwa rzeczy nie odgaduje i że muszą być one bardziej zawiłe, aniżeli wskazują proste na pozór fakta. Było to raczej przeczucie, lub rodzące się podejrzenie, z którego się otrząsnął, zerwawszy się raptownie z pościeli. Przyczynę nagłego niepokoju i trwogi, Piotr złożył na smutny, szary zmrok, zalegający mieszkanie i zawstydził się rozpaczy, oblegającej mu serce. Chcąc zmienić kierunek myśli, zaczął się rozglądać po dwóch pokojach, stanowiących nowe jego mieszkanie. Mahoniowe ich umeblowanie było proste, prawie ubogie, niedobrane, wszakże większość sprzętów nosiła charakter stylu używanego na początku bieżącego stulecia. Łóżko było bez kotary a drzwi i okna bez firanek. Podłoga była pociągnięta czerwoną farbą, woskowana a tu i owdzie pod meblami, leżały małe dywaniki. Ten rodzaj urządzenia mieszkania, przypomniał mu pokój jego babki, w którym czasami sypiał będąc dzieckiem, babki mającej sklepik z materyałami do szycia w Wersalu, za panowania Ludwika Filipa. Wtem, rozglądając się po ścianach, wśród kilku bezwartościowych rycin i malowideł, napotkał obraz, który silnie go zainteresował. Przedstawiał młodą kobietę siedzącą na kamiennym progu domu, z którego zdawała się być wygnaną. Dom miał wygląd surowy i możny a z bronzu odlane podwoje, zamknąć się musiały dopiero co przed chwilą za nieszczęśliwą, wyrzuconą po za ich progi. Siedziała znękana i tylko w bieliźnie a na potężnych, granitowych stopniach, leżała jej odzież w nieładzie, gniewną rzucona dłonią. Bosa, z obnażonemi ramionami, ukryła twarz w konwulsyjnie załamanych rękach i chociaż rysy jej były niewidzialne, całością postaci wyrażała boleść. Rozpuszczone, wspaniale piękne płowe włosy o złotych odblaskach, wiły się, okalając ją całą. Cóż było przyczyną jej niedoli?... Jakiż wstyd i opuszczenie szarpały jej serce?... Dlaczegóż została odtrąconą, jaką opowieść miłości mogłaby odkryć ta zraniona losem nieszczęśliwa?... Jakże pociągającą, uroczą i młodzieńczą była ta nieznana pokutnica, pomimo, że twarz miała w dłoniach ukrytą. Niezawodnie pięknemi były jej rysy. Można się było tego domyślać, sądząc po pięknie obnażonego jej ciała. Nęciła ona swoją tajemniczością, zagadkowem nieszczęściem, namiętnością rozpaczy a może ogromem popełnionego przewinienia. Cóż chciał wyrazić artysta, malując ten obraz?.. Może symbol bólu i rozpaczy? Ukrył więc twarz namalowanej przez siebie postaci jęczącej u stóp podwoi, wieczyście głuchych i wieczyście zamkniętych, nigdy niezaspokojonych pragnień i porywów?... Piotr długo się wpatrywał w zagadkowość obrazu i zdawało mu się, że widzi czysty, bosko piękny profil rozpaczającej kobiety. Czuł, że to złudzenie a zarazem nie mógł się oderwać od piękna zaklętego w tem płótnie, które zczerniałe i popękane od starości, zachowało czar dzieła stworzonego ręką mistrza. Na ścianie obok, wisiała kopia obrazu z XVIII wieku, przedstawiająca Matkę Boską; Piotr szybko odwrócił odeń oczy, podrażniony banalnością jej uśmiechu. Zmierzch zapadał coraz ciemniejszy. Piotr, roztworzywszy jedno z okien salonu, oparł się o framugę i patrzał na Monte Gianicolo leżące naprzeciw po za Tybrem. Przypomniał sobie upojenie jakiego doznał dzisiejszego ranka, ujrzawszy Rzym ze szczytu tego wzgórza. Lecz teraz urok już minął wraz z porannem słońcem i nastąpiła szara niepewności godzina. Z nieba opadał jakby popiół coraz ciemniejszy, horyzont malał, topniejąc niewyraźnie, głuchł i pochmurniał. Na lewo, w oddaleniu, Piotr domyślał się, że po za temi dachami leży Monte Palatino a na prawo rysowała się szafirową barwą potężna kopuła św. Piotra, odbijając na tle ołowianego nieba. Na innym znów krańcu miasta, w stronie której nie mógł ztąd widzieć, na innym pagórku, Pałac kwirynalski też musiał ciemnieć i osuwać się w szarość wieczoru. Stał jeszcze czas jakiś w otwartem oknie i wpatrywał się w zanikające w ciemnościach szczegóły widoku, Rzym, którego jeszcze nie znał, zacierał się i usuwał. Lecz znów dręczący niepokój bólem się odezwał w sercu Piotra; nie mogąc dłużej wytrzymać, zamknął okno i usiadł, pogrążywszy się w zadumę pełną bezbrzeżnego smutku. Wraz z ubywającem światłem potężniała jego tęsknota, z której ocknął się gdy przez uchylone drzwi błysnęła zapalona lampa. Niosła ją Wiktorya, idąc cicho, na palcach. Ujrzawszy Piotra, zawołała: - Już się pan obudził i wstał! Byłam tutaj o godzinie czwartej, lecz pan smacznie spał wtedy. Bardzo pan dobrze zrobił, wypoczywając do syta po swej nocnej podróży. Piotr zaczął się uskarżać, iż rzeczywiście czuje się bardzo zmęczony i jakby zziębnięty, czem wielce się zaniepokoiła. - Niechaj pan tylko nie dostanie tej ich szkaradnej febry! Ta ich rzeka tuż pod nosem płynąca jest wcale niemiłem sąsiedztwem. Powietrze mamy niezdrowe z jej powodu. Don Vigilio, sekretarz Jego Emineacyi, cierpi na owe febry. To szpetne choróbsko i nie chciałabym, aby ono miało chwycić pana. Wiktorya zaczęła nalegać, by zaraz się położył do łóżka, zapewniając, że potrafi go wytłómaczyć przed swojemi paniami. Ani księżniczki, ani contessina nie wezmą mu za złe, jeżeli się dziś przed niemi nie stawi. Piotr na razie nie protestował, pozwalając Wiktoryi rozporządzać swoją osobą, czuł bowiem, że chwilowo wola w nim wygasła. Więc stosując się do jej żądania, zasiadł do przyniesionego przez Giacomo obiadu i zjadł zupę, kawałek pieczonej kury, oraz trochę konfitur. To go znacznie pokrzepiło, uczuł się o wiele zdrowszym i silniejszym, więc odrzuciwszy projektowane położenie się do łóżka, postanowił dziś jeszcze podziękować paniom za uprzejmie ofiarowaną sobie gościnność. Ponieważ donna Serafina przyjmuje w poniedziałki swych znajomych, zejdzie więc do jej salonu o właściwej godzinie. - Dobrze, niechaj i tak będzie - potwierdziła Wiktorya. - Ponieważ zdrowie panu wróciło a zatem niechaj się pan rozerwie... Najlepiej będzie jeżeli don Vigilio przyjdzie po pana o godzinie dziewiątej... Tak, niechaj on pana tam wprowadzi. Ja go o tem uprzedzę. To mówiąc, wyszła a Piotr umył się i włożył nową sutanę wyjętą z walizki. O godzinie dziewiątej lekko zastukano do drzwi i wszedł niewielkiego wzrostu ksiądz, jeszcze młody, zaledwie trzydziestoletni, lecz chudy i schorzały, o długiej, pozapadanej, szafranowo-żółtej twarzy. Od lat kilku cierpiał na febrę, której napady powtarzały się codziennie z regularnością chronometru. W chwilach zapomnienia, w żółtej tej twarzy błyszczały gorejące czarne oczy, świadcząc o zapalczywości ducha tego napozór spokojnego człowieka. Ukłoniwszy się, rzekł wyborną francuzczyzną i z wielką uprzejmością: - Jestem don Vigilio i polecam się z gotowością na pańskie usługi... Jeżeli pan sobie życzy, możemy zejść zaraz do salonu... Piotr zgodził się na tę propozycyę, podziękował i wyszli razem. Don Vigilio milczał, lecz z grzecznym uśmiechem słuchał Piotra, potakując głową. Spuściwszy się wązkiemi schodami na drugie piętro, znaleźli się w rodzaju przedsionka stanowiącego zakończenie klatki schodowej paradnego wejścia do pałacu. Piotr ździwiony był brakiem oświetlenia. Tylko gdzieniegdzie pobłyskiwała lampka gazowa, jak na korytarzach podrzędniejszych hoteli. Żółte plamki owych lampek rozsianych zdaleka świeciły jak gwiazdy, słabo wszakże rozpraszając ciemności długich i bardzo wysokich korytarzy. Wszystko w tym pałacu było olbrzymie a zarazem cmentarne. Nawet w pobliżu drzwi wiodących do mieszkania donny Serafiny nic nie zdradzało, iż dzisiaj był dzień przyjęcia. Tuż w pobliżu tych drzwi były inne, wiodące do pokojów zajmowanych przez Benedettę. Piotr dziwił się głębokości ciszy zalegającej pałac. Najlżejszy szelest nie dolatywał jego uszu. Przystanąwszy, don Vigilio skłonił się raz jeszcze i, nie zadzwoniwszy, ostrożnie nacisnął klamkę. Weszli do przedpokoju, w którym paliła się naftowa lampa postawiona na środku stołu. Przedpokój był obszerny, o ścianach malowanych na czerwono i zdobnych w złote, regularne staroświeckie draperye. Na krzesłach leżały rzucone męzkie paltoty i dwa damskie okrycia, na konsoli zaś spoczywały kapelusze. Pod ścianą siedział lokaj i drzemał w półcieniu. Don Vigilio usunął się grzecznie przy drzwiach wiodących do pierwszego salonu, obitego czerwoną brokatelą. Wszedłszy tam, Piotr był przekonany, że niema nikogo. Naraz stanęła przed nim niespodziewanie czarna postać kobiety, której rysów nie mógł dojrzeć z powodu ciemności. Na szczęście, don Vigilio znów się ukłoniwszy, rzekł: - Mam zaszczyt przedstawić contessinie księdza Piotra Fromont, dziś rano przybyłego z Francyi. Przez chwilę Piotr pozostał sam na sam z Benedettą w tym pustym, olbrzymim salonie zlekka oświetlonym dwoma lampami, przysłoniętemi abażurami z koronek. Z sąsiedniego salonu, biło żywsze światło przez otwarte na rozcież podwoje i dolatywały głosy kilku rozmawiających tam osób. Contessina okazała się wielce uprzejmą dla Piotra, witając go z serdeczną prostotą: - Jakże jestem rada, że pana widzę. Lękałam się, by pan nie rozchorował się ze zmęczenia. Lecz teraz już czuje się pan lepiej... już niedomaganie minęło?.. Piotr wsłuchiwał się z przyjemnością w powolny, dźwięczny jej głos, który zdawała się tłumić, nauczona panować nad gwałtownością swej natury. Światło padło teraz na twarz Benedetty, twarz białą jak kość słoniowa. Owal miała okrągły, usta nieco wydatne, nos kształtny i cienki. Delikatne jej rysy młodzieńczy, dziewiczy miały wyraz. Najpiękniejszą jej ozdobą były wielkie, głębokie oczy, w których nikt zdolnym nie był czytać, tak dalece tajemnicze spoczywały w nich przepaści. Patrzała ona niemi?... Czy marzyła?... Kryłaż żary żądz niezaspokojonych, czy też modliła się płonąc w świętości?... Oczy te były nieodgadnioną zagadką, świecąc wśród twarzy o nieruchomych rysach. Biała, młodzieńcza, pełna spokoju Benedetta była uroczą, wyrobioną sztucznie powagą; ruchy miała harmonijne, szlachetne, rytmiczne. Przy uszach jej połyskiwały matowo dwie olbrzymie perły najczystszej piękności, perły z naszyjnika podziwianego przez cały Rzym a należącego do kobiet z rodu Boccanera. Piotr, dziękując jej za udzieloną sobie gościnność, rzekł: - Najmocniej żałuję, iż zaraz po przyjeździe nie mogłem pani wyrazić szczerej mej wdzięczności za zbytek jej dobroci. Benedetta, chcąc go ośmielić a zarazem wytłómaczyć swoje postępowanie względem niego, odpowiedziała: - Proszę, niechaj się pan uważa tutaj jakby we własnym domu. Wiem jak przyjaźnie jest dla pana usposobiony krewny nasz de la Choue i jak bardzo się interesuje napisaną przez pana książką, to najzupełniej wystarcza, byś pan życzliwie był przez nas widziany. Pan zapewne wie, jak serdecznie jestem przywiązana do mojego krewnego... Głos Benedetty nieco przycichł i mówiła wolniej, zrozumiała bowiem, że należało coś powiedzieć o książce napisanej przez Piotra, o tej książce, która była jedynym powodem jego przyjazdu. Po chwili namysłu, mówiła dalej: - Książkę pańską przeczytałam dzięki mojemu kuzynowi. Bardzo mnie zajęła. Jest to utwór piękny, szlachetny, lecz, czytając, byłam nieco strwożoną. Przypisuję to mojemu nieuctwu, zapewne niewszystko zrozumiałam, niewszystko pojęłam w sposób należyty. Liczę, że zechcesz pan ze mną pomówić w tym przedmiocie. Wszak mogę pana prosić o bliższe objaśnienia co do nowości poglądów zawartych w pańskiem dziele?... Piękne oczy Benedetty były w tej chwili dziecięco przejrzyste i Piotr czytał w nich szczery niepokój istoty poraz pierwszy spotykającej się z zagadnieniami, o których nigdy przedtem nie słyszała. A zatem nie była porwaną poruszonemi w książce ideami... a zatem nie ona zażądała jego przyjazdu, nie ona oświadczyła swą gotowość bronienia autora dzieła, które trafiło do własnych jej przekonań?... Znów Piotra opadły podejrzenia, znów przeczuwał działające w ukryciu przeciwne sobie siły, niewidzialną rękę kierującą wszystkiem ku nieznanym celom. Natomiast Benedetta podbiła go ujmującą swoją szczerością, oczarowany był szlachetnością jej piękności, młodocianym jej wdziękiem. Czuł, iż można w niej pokładać ufność, wzbudziła ją ona zaraz na wstępie rozpoczętej z nim rozmowy. Chciał właśnie jej powiedzieć, że może nim dowolnie rozporządzać, lecz nadeszła ku nim dama czarno ubrana. Wyniosła, szczupła jej postać wyraźnie się zarysowała na tle jasności płynącej z sąsiedniego salonu. - Benedetto, czyś powiedziała, by Giacomo poszedł na górę zobaczyć, co się tam dzieje?... Don Vigilio przyszedł sam. Znajduję to nietaktownem. - Ależ nie, moja ciociu, ksiądz Piotr Fromont jest tutaj. I dla uzupełnienia ceremonii przedstawienia rzekła, powtarzając: - Ksiądz Piotr Fromont... Księżna Boccanera. Zamieniono się ukłonami. Donna Serafina musiała mieć lat około sześdziesięciu, lecz ściskała się tak mocno, iż sądząc z figury, możnaby ją uważać za zupełnie młodą kobietę. Była to ostatnia i jedyna jej kokieterya, bo włosy zachowała siwe, bynajmniej ich nie ukrywając. Gęste były i puszyste a wydawały się tem bielsze, że brwi donny Serafiny były czarne. Twarz miała podłużną, pofałdowaną i wielki, typowy nos swego rodu. Nigdy nie była piękną i nie miała ubiegających się o swoją rękę. Jednym z ciosów jej życia było zamążpójście Ernestyny o kilka lat od niej młodszej. Przebaczyć nie mogła tego wyboru hrabiemu Brandini i odtąd zerwała z myślą wydania się zamąż, postanawiając pocieszyć się dumą, jaką w niej wzbudzała piękność nazwiska Boccanera. Wszak ród ten potężny wydał już z siebie dwóch papieży a donna Serafina nie powątpiewała, iż dożyje chwili, gdy brat jej, kardynał, zasiądzie na Watykańskim tronie. Myśli tej poświęciła się z całem oddaniem. Czyniła wysiłki, by umiejętnie zarządzać szczupłością dochodów kardynała i rodziny, pielęgnowała brata, strzegła go i niejednokrotnie wspierała swojemi radami. Praktycznością swą dokonywała cudów i dzielnie podtrzymywała dom od ostatecznej ruiny. Od lat trzydziestu otwierała w poniedziałki podwoje swojego salonu, obliczyła bowiem, że tak jej nakazuje wyższa polityka. W salonie tym przyjmowała kółko nieliczne, lecz dobrane z pomiędzy najżarliwszych stronników papieża. Tym sposobem salon jej był środowiskiem agitacyi na rzecz papieża a tem samem pogróżką i siłą wobec przeciwnego obozu. Piotr natychmiast odczuł jak dalece był niczem w jej obliczu. Jakież bowiem znaczenie mógł mieć w jej oczach ten ksiądz obcokrajowiec, nie będący chociażby tylko prałatem. Więc znów wzrosło zadziwienie Piotra, coraz bowiem trudniej mógł odgadnąć przyczynę zaprosin i gościnności doznawanej pod tym dachem, gardzącym ubogimi. Wiedział zarazem, że donna Serafina była niezmiernie pobożną. Zatrzymał się tymczasowo na przypuszczeniu, iż przyjmowano go tutaj jedynie przez wzgląd na wicehrabiego Filiberta de la Choue. Wszak donna Serafina powitała go słowami: - Radzi jesteśmy, że będziemy mieli przez pana blizkie wiadomości o panu de la Choue. Dwa lata temu sprawił on nam niemałą pociechę, przywiódłszy z Francyi pięknie zorganizowany poczet pątników. Postępując na przedzie, donna Serafina wprowadziła Piotra do przyległego salonu. Była to wielka kwadratowa komnata, wybita staroświecką żółtą brokatelą w rzucane kolorowe kwiaty; musiała sięgać conajmniej epoki Ludwika XIV. Wyniosłe ściany podtrzymywały wspaniały, bogato rzeźbiony sufit, który tworzył zagięcia w rodzaju ram, ujmujących piękne malowidła. Umeblowanie nie było jednolite. Po nad pięknemi, złoconemi konsolami lśniły wysokie lustra, a niektóre fotele pochodziły z siedemnastego wieku. Inne sprzęty raziły pospolitością, pozbierane były bez wyboru i smaku. Na ciężkim, nieładnym stole z epoki pierwszego cesarstwa, leżały fotografie a brzydota ich jeszcze stawała się widoczniejszą na drogocennym marmurze złoconych konsoli. W całym tym salonie, trudno było znaleźć coś zajmującego pod względem sztuki. Na ścianach wisiało kilka średniej wartości obrazów a pomiędzy niemi wyróżniał się jeden tylko z epoki przedrenesansowej. Obraz ten był niewiadomego mistrza. Przedstawiał Zwiastowanie. Wzorem pierwotnie pojętej Matki Boskiej, artysta wyobraził ją pod postacią wątłej, drobnej dzieweczki, mogącej mieć lat dziesięć. Natomiast Anioł był wspaniale potężny, piękny i olbrzymi, promieniały od niego potoki świetlane, któremi miłośnie ogarniał przeczystą swą oblubienicę. Na przeciwnej ścianie, naprzeciwko Zwiastowania, Piotr zauważył inny niemniej zajmujący obraz a raczej portret młodej dziewczyny z rodu Boccanera. Przypuszczano, że wyobraża on rysy pięknej Casii Boccanera, owej legendowej Casii, która rzuciła się do Tybru, uśmiercając w ten sposób swego brata Ercolo i pociągając zarazem trupa zabitego przez niego Flavia Corradini, umiłowanego przez nią kochanka. W salonie tym paliły się cztery lampy, oświecając jaskrawo a zarazem spokojnie żółte, staroświeckie ściany, które złociły się miejscami jakoby wyblakłe słoneczne promienie, melancholijnie zasuwające się po za mgły zachodu. Komnata miała wygląd surowy, zdawała się być gołą i pustą, nie ożywiała ją żadna zieloność, nie rozweselała żadna, chociażby najskromniejsza wiązanka kwiatów. Donna Serafina przedstawiła Piotra zebranemu towarzystwu; nastąpiła chwilowa cisza w przerwanej rozmowie i oczy wszystkich zatrzymały się na nowo przybyłym, widocznie już zapowiedzianym gościu. W salonie było dziesięć osób a pomiędzy nimi Dario. Stał rozmawiając z młodą księżniczką Celią Buongiovanni, która tu przybyła z sędziwą swoją krewną, rozmawiającą teraz półgłosem z monsignorem Nani w ustronnym kącie komnaty. Przy wymianie nazwisk, Piotr baczniejszą zwrócił uwagę na pana Morano, adwokata przy konsystorzu, o którego wyjątkowem stanowisku w pałacu Boccanera, powiedział mu wicehrabia Filibert, chcąc go zabezpieczyć od popełnienia jakiego błędu, skutkiem niewiadomości. Morano, od lat trzydziestu był najbliższym przyjacielem donny Serafiny. Stosunek ten, niegdyś ukrywany, Morano miał bowiem żonę i dzieci, stał się prawie jawnym z chwilą, kiedy adwokat owdowiał; lata wreszcie sprawiły, iż ogólnie przyzwyczajono się do tego stanu rzeczy i tolerowano naturalny ten związek, jak gdyby był uświęconem przez kościół małżeństwem. Donna Serafina i Morano byli ludźmi bardzo pobożnymi a zatem najniezawodniej zaopatrzyli się w potrzebne dyspensy. Morano siedział teraz na zwykłym, od ćwierć wieku przynależnym sobie fotelu około kominka, w którym jeszcze nie zapalono ognia, płonącego podczas całej zimy. A gdy don na Serafina ukończyła zaznajamianie Piotra z zebranem towarzystwem, zajęła swój fotel, stojący po drugiej stronie kominka. Piotr usiadł obok don Vigilio, nie przemówiwszy jeszcze nic do nikogo, Dario zaś zaczął głośniej opowiadać przygodę, o której mówił z Celią. Dario był bardzo przystojny, średniego wzrostu, wytwornie wysmukły. Czarna, starannie utrzymana broda, okalała mu twarz o charakterystycznym wielkim nosie Boccanerów. Rysy miał ściągłe, miękie, jakby świadczące o zaniku dzielności rasy, z której ród wywodził. - O tak, była piękna! - powtarzał z przesadzonem uniesieniem. - Nieprawdopodobnie piękna! - Któż taki? - spytała Benedetta, zbliżając się do rozmawiającej z sobą pary. Celia, przypominająca swym wyglądem dziewczynkowatą postać Najświętszej Panny na obrazie tuż po nad nią wiszącym, zachichotała, mówiąc: - Jakaś biedna dziewczyna, jakaś robotnica, którą Dario dziś spotkał na mieście. Dario poczuł się w obowiązku powtórnego opowiedzenia swej przygody. Przechodząc jedną z ciasnych uliczek w pobliżu piazza Navone, ujrzał na kamiennych stopniach peronu, młodą, dwudziestoletnią dziewczynę, która, siedząc z załamanemi rękoma, rozpaczliwie płakała. Wzruszony jej łzami a zwłaszcza niezwykłą urodą, zbliżył się do niej i wreszcie wyrozumiał z urywanych słów dziewczyny, iż pracowała w fabryce paciorków woskowych, lecz że obecnie skutkiem braku roboty odprawiono znaczną część robotnic i ją pomiędzy innemi. Przerażona tem nieszczęściem, nie śmiała wracać do domu, do rodziny, która przeważnie żyła z jej zarobku. Opowiadając swoją nędzę, z po za łez patrzała tak cudnie pięknemi oczyma, iż Dario pomimowoli sięgnął do kieszeni, chcąc ją pocieszyć pieniężnym datkiem. Lecz dziewczyna zerwała się raptownym skokiem i nic od niego nie chcąc przyjąć, rzekła, stojąc już z daleka, że jeżeli chce pomódz jej rodzinie, to niechaj z nią pójdzie do domu i matce da pieniądze. Mówiąc to, zaczęła szybko iść w stronę mostu świętego Anioła. - Ach, jakże była piękną! - powtórzył znów z uniesieniem - Wspaniale piękną!... Wyższa ode mnie, szczupła, pomimo silnej budowy ciała, z piersią kształtną jak u bogini. Patrzałem na nią jak na starożytny posąg dwudziestoletniej Wenery. Dolna część owalu jej twarzy była majestatyczna a maleńkie usta i prześliczny nos - zachwycały mnie poprawnością rysunku. A oczy, ach oczy jej! Jakże były przejrzyste, wielkie, wymowne! Głowę jej wieńczył ciężki kask czarnych, obfitych włosów, skręconych w torsadę. Biła od niej formalnie jasność, tak dalece była piękną a padające na nią słoneczne promienie złociły ją, ślizgając się i podnosząc jeszcze zadziwiającą jej urodę. Słów Daria słuchało całe towarzystwo z natężoną uwagą, bo w duszy tych ludzi żyło poszanowanie dla piękna. Namiętność ta jeszcze niezupełnie wygasła w potomkach starożytnych rzymian. - Tego rodzaju piękne dziewczyny stają się coraz rzadszem zjawiskiem pomiędzy ludem, zauważył Morano. Możnaby cały dzień chodzić po Trastevere, nie spotkawszy ani jednej. Lecz jak widzę gatunek ich jeszcze nie zaginął doszczętnie, dowiedzieliśmy się, że przynajmniej jest chociażby jedna przedstawicielka owego słynnego piękna. - A jakże jej na imię tej twojej bogini? - spytała z uśmiechem Benedetta, zaciekawiona i gotowa do zachwytu na równi z resztą towarzystwa. - Pierina - odrzekł Dario, uśmiechnąwszy się do kuzynki. - I cóż z nią zrobiłeś?... Lecz podniecona zachwytem twarz Daria przybrała nagle odmienny wyraz. Skrzywił się i strwożył jak dziecko, które podczas zabawy ujrzy wstrętny owad na ulubionej swej lalce. - Wolałbym o tom nie mówić, bo bardzo żałowałem, żem poszedł za tą dziewczyną... W domu jej matki zastałem nędzę, ale to nędzę tak odrażającą, iż rozchorować się można zatrzymując myśl na podobnej ohydzie!... Przeszedłszy z dziewczyną na drugą stronę mostu św. Anioła, dostał się on w dzielnicę miasta nowobudującego się na dawnych podwórcach zamkowych. Świeżo stawiane tutaj domy dla najbiedniejszej ludności walą się w gruzy prawie natychmiast, pękają, schnąc. Otóż w jednem z takich opuszczonych już przez mieszkańców nowych a walących się domów, Dario znalazł rodzinę pięknej dziewczyny. Składała się z ojca, matki, niedołężnego wuja i mnóstwa dzieci. Wszyscy byli zaledwie okryci cuchnącemi, brudnemi szmatami i jęczeli z głodu, leżąc na barłogach. Dario, mówiąc o tych widzianych przez siebie nędzarzach, silił się na dobór słów o ile możności wyszukanych i maskujących wstręt jakiego doznał. Rękoma zdawał się odpychać okropność widzenia, wzbudzającego w nim odrazę. - Ujrzawszy to, uciekłem i ręczę że nigdy już tam nie powrócę... Wszyscy potrząsali zlekka głowami i jakiś przykry chłód wionął po salonie. Ciszę powstałą z ogólnego milczenia, przerwał Morano, zaznaczając słowami pełnemi goryczy, iż nędzę ludności w Rzymie przypisać należy zaborcom, chciwym panom rządzącym z wyżyn Kwirynału. Oni wszystkiemu złu stali się przyczyną, złu co raz silniej rozrastającemu się po nad uciemiężoną stolicą papieży. Wszak krąży obecnie pogłoska, iż deputowany Sacco wyniesiony będzie na ministeryalną posadę, a przecież Sacco jest znanym powszechnie jako niebezpieczny intrygant, przyłapany już niejednokrotnie na sprawach wielce podejrzanej natury. Jeżeli człowiek tego rodzaju będzie ministrem, to łatwo przepowiedzieć ostateczne bankructwo, grożące lada chwila bezczelności wrogów. Pod wrażeniem opowiadania Daria, jedna tylko Benedetta, zamyśliwszy się i ze smutkiem patrząc na Piotra, o którego książce sobie przypomniała, szepnęła: - Biedni ludzie! Lecz dlaczegóżby nie pójść do nich i ulżyć ich ubóstwu?... Piotr słuchał słów Daria nietylko z zajęciem lecz z wielkiem wzruszeniem. Wspomniał swoje apostolstwo po najuboższych ulicach Paryża i ogarnęła go niewymowna litość, widząc, że zaraz w pierwszym dniu swego przyjazdu do Rzymu spotyka się z tą samą plagą nędzy. Usłyszawszy tkliwe słowa Benedetty, zawołał głośniej aniżeli przypuszczał: - Pani zechce pozwolić, byśmy razem tam poszli. Proszę niechaj mi będzie wolno pani towarzyszyć. Mnie niezmiernie zajmują sprawy tego rodzaju. Uwaga całego towarzystwa skierowała się ku mówiącemu. Zaczęto go pytać, badać, widocznie ludzie ci pragnęli, by Rzym wywarł na nim dodatnie tylko wrażenie. Zapewniali, iż nie można sądzić z i z oderwanych faktów. Pragnęli wszakże poznać, jakiemi były te pierwsze wrażenia Piotra. Cóż widział już w Rzymie?... Cóż o nim sądził?.. Wymawiał się od dania odpowiedzi, mówiąc, że nic jeszcze nie widział, bo nawet nie wyszedł na miasto od chwili przyjazdu. Pomimo to zapewnienie, nalegano, by wyjawił swoje zdanie. Piotr czuł, iż wszyscy pragną zmusić go do zachwytu. Radzono jak ma postąpić, by zwiedzić Rzym należycie, ostrzegano go z uprzejmym naciskiem, że dodatnie wrażenie wzrasta dopiero stopniowo i że długo musi poczekać, by odczuć piękno i wielkość świętego miasta. - Jak długo zamierza pan pozostać między nami? - odezwał się głos uprzejmy, o łagodnym i czystym dźwięku. Był to głos monsignora Nani, który, siedząc na uboczu i w cieniu, po raz pierwszy donośnie przemówił, przerwawszy cichą rozmowę ze swoją sąsiadką. Piotr zauważył, iż monsignor często się w niego wpatrywał swojemi przenikliwemi oczyma, udając tylko, że uważnie słucha zwolna sączącej się, lecz nieustannej paplaniny ciotki ładnej Celii. Monsignor miał na sobie sutanę z amarantowemi wypustkami a fioletowy jedwabny pas okręcał się w około wysmukłej jego figury; miał lat przeszło piędziesiąt, lecz wyglądał jeszcze młodo, włosy miał jasne, bez śladu siwizny, nos prosty i cienki, usta delikatnie zarysowane a pomimo to stanowcze, zęby lśniąco białe. - Mam zamiar pozostania w Rzymie przez dwa a najwyżej trzy tygodnie - odpowiedział Piotr, wpatrując się w postać monsignora. Powiedzenie to wywołało ogólny protest. Jak to... trzy tygodnie?... Jakże mógł przypuszczać, iż pozna Rzym w tak krótkim przeciągu czasu! Na to potrzeba sześciu miesięcy, roku, dziesięciu lat! Pierwsze wrażenie jest zwykle mylne a co gorzej niekorzystne i by takowe zwalczyć, trzeba zamieszkać w Rzymie lata całe. - Trzy tygodnie! - zawołała z wyniosłem lekceważeniem donna Serafina. - Cóż można poznać, cóż można pokochać w przeciągu trzech tygodni?... Ci, którzy rzeczywiście Rzym umiłowali, stali się jego mieszkańcami a przynajmniej powracają do nas często na znacznie dłuższy pobyt niż trzy tygodnie! Nani, nie przyłączając się do wyrażanych podziwień, uśmiechnął się tajemniczo i zlekka machnął ładną, kształtną ręką, zdradzającą arystokratyczne pochodzenie monsignora. Piotr bronił się, że nietyle przyjechał dla gruntownego zapoznania się z Rzymem, ile dla załatwienia naglącej sprawy, która gdy się ukończy, stanie się hasłem do jego powrotu do Paryża, gdzie stale zamieszkuje, mając tam liczne zajęcia. Prałat, znów się uśmiechnąwszy, rzekł spokojnie: - Jestem przekonany, iż pan pozostaniesz z nami znacznie dłużej niż przypuszczasz, tak, znacznie dłużej niż trzy tygodnie... Chociaż to zdanie zostało wypowiedziane z uprzejmą swobodą, Piotr silnie się zaniepokoił. Dlaczego oni wszyscy to mówią?... Zkądże mogą wiedzieć, ile czasu wypadnie mu pozostać dla załatwienia sprawy?... Pochylił się więc do ucha don Vigilia i spytał jak mógł najciszej: - Kim jest monsignor Nani?... Milczący dotychczas don Vigilio niezaraz odpowiedział. Chorobliwa jego twarz jeszcze więcej pożółkła. Oczy mu błysły, powiódł niemi szybko po zgromadzeniu a dopiero upewniwszy się, że nikt nie zwraca na nich uwagi, rzekł zaledwie dosłyszalnym głosem: - Jest asesorem trybunału inkwizycyjnego. To krótkie objaśnienie było dla Piotra najzupełniej wystarczającem, wiedział on bowiem, że asesor, milcząc, uczestniczy podczas posiedzeń inkwizycyjnego trybunału a po skończonych obradach odbywających się co środa, zdaje z nich sprawę papieżowi. To stanowisko asesora, mogącego podczas tygodniowej, jednogodzinnej, lecz bez świadków odbywającej się audyencyi u papieża, mówić z nim o wszystkich najdrażliwszych sprawach, nadawało monsignorowi wyjątkowe, pierwszorzędne znaczenie. Godność tego urzędu równoważyła się nieledwie godności kardynała. Asesor nie mógł być następnie czem innem, jak tylko kardynałem. Monsignor Nani patrzał w dalszym ciągu z pociągającą uprzejmością na Piotra, który, ujęty tą życzliwością, wstał i zajął przy nim fotel, nakoniec opuszczony przez starą krewnę księżniczki Buongiovanni. Piotr cieszył się tą niespodziewanie objawioną mu życzliwością, przez człowieka, mającego tak potężną władzę i tak doniosłe znaczenie. Wszak mógł on usunąć wszelkie przeszkody, otworzyć wszystkie drzwi. Wzruszenie Piotra jeszcze się spotęgowało, gdy uprzejmy prałat postawił mu pytanie: - Jak wiem, mój drogi synu, napisałeś i wydałeś książkę?... Uniesiony wdzięcznością, zapominając gdzie się znajduje, Piotr zaczął mówić ze wzrastającym zapałem o pobudkach, jakie go skłoniły do napisania owej książki. Opowiadał jak się zapoznał z nędzą ludzkich cierpień i niedoli, jaką rozgorzał miłością dla tych maluczkich. Porwany zapałem, Piotr głośno teraz marzył o potrzebie powrotu ku pierwotnemu założeniu nauki Chrystusowej, ku chrześciańskiej gminie i wspólności braterskiej. Tryumfował wraz z odrodzonym katolicyzmem, który już widział jako powszechną religię mas całego świata. Głos Piotra potężniał, rozbrzmiewał coraz donośniej wśród ścian surowego, staroświeckiego salonu. Zebrane towarzystwo słuchało ździwione, coraz nieprzystępniej lodowate, lecz Piotr tego nie widział i odczuć nie był zdolny, płonąc młodzieńczym zapałem swoich przekonań. Korzystając z chwilowej pauzy, monsignor przerwał uniesienie Piotra, zapytując go z nieodstępnym uśmiechem lekkiej, ukrytej ironii: - Masz zupełną słuszność, wierząc w piękno tego wszystkiego. O tak, wszystko to jest bardzo piękne, podniosłe i godne imaginacyi czysto i szlachetnie myślącego chrześcianina. Lecz jakie masz zamiary, moje dziecko?... Jak chcesz się zabrać do załatwienia swojej sprawy?... - Chcę iść prosto przed oblicze Ojca świętego i bronić się przed nim osobiście. Znaczący uśmiech przebiegł po ustach osób zebranych a donna Serafina wytłomaczyła jego znaczenie, mówiąc: - Niekażdy kto chce, może być przypuszczony przed oblicze Ojca świętego. Lecz Piotr, na nic nie zważając, zawołał porywczo: - Ja muszę go zobaczyć i nie wątpię, że go zobaczę. Czyż ja nie jestem tym, który wypowiedział własne jego poglądy?... Czyż ja nie jestem tym, który bronił jego polityki?... Jakże by więc on mógł dozwolić, by skazano na zagładę napisaną przezemnie książkę, przy pisaniu której byłem natchniony jego własnemi, najwznioślejszemi myślami?... - Zapewne, zapewne - potakiwał pośpiesznie monsignor, jakby z obawy, by ktoś z obecnych nie odjął zbyt gwałtownie nadziei rojonych przez tego młodego entuzyastę. - Ojciec święty posiada rzadkiej miary inteligencyę!... Trzeba będzie się rozpatrzeć... tylko zalecam ci, mój synu, byś wyrobił w sobie więcej spokoju... działać należy z rozmysłem... nie śpiesz się zbyt gwałtownie... A zwróciwszy się w stronę Benedetty, zapytał: - Wszak pani także tak sądzi?... Przypuszczam że Jego Eminencya jeszcze nie widział księdza Piotra?... Należałoby uzyskać corychlej posłuchanie... chociażby jutro rano... Rady Jego Eminencyi będą zbawienne dla księdza Piotra, który nie omieszka z nich skorzystać i według nich się kierować. Kardynał Boccanera nigdy się nie ukazywał na poniedziałkowych przyjęciach w salonie swojej siostry. Lecz był on obecny w myśli zebranych tu osób, które uznawały w nim głowę i niewidzialnego kierownika tego domu. - Obawiam się - rzekła contessina - by mój wuj nie był przeciwnikiem poglądów księdza Piotra. Więc może lepiej poczekać i później dopiero uzyskać audyencyę u kardynała?... Nani uśmiechnął się i, patrząc na Benedettę, rzekł dwuznacznie: - Właśnie najlepiej będzie przedstawić mu księdza Piotra, jak można najprędzej. Kardynał objaśni go jak należy i lepiej niż kto inny... Natychmiast więc postanowiono, by don Vigilio, sekretarz kardynała, naznaczył dla Piotra audyencyę na dzień następny, na godzinę dziesiątą zrana. W tej właśnie chwili wszedł do salonu nowy gość, w kardynalskim stroju wizytowym. Powłóczysta, czarna jego suknia z czerwonemi guzami i wypustkami, przewiązana była czerwonym pasem a na nogach miał tejże barwy pończochy. Był to kardynał Sarno, długoletni przyjaciel rodziny Boccanera. Przepraszał, że tak późno przychodzi, lecz zatrzymała go pilna, niecierpiąca zwłoki praca. Wszyscy słuchali go w milczeniu, z oznakami najwyższego szacunku. Był to pierwszy kardynał, widziany przez Piotra w Rzymie. Na jego widok, doznał pewnego rozczarowania, wyobrażał bowiem sobie, iż wraz z tak wysoką dostojnością, w parze iść powinna piękność, majestatyczność i dekoracyjność postawy. Kardynał zaś Sarno był nizki, prawie ułomny miał lewe ramię o wiele niższe od prawego, twarz zniszczoną, szarą, oczy zamarłe. Piotrowi zdawało się, że patrzy na starego, siedemdziesięcioletniego urzędnika, osłupiałego pod wpływem półwiekowej ogłupiającej pracy za stołem biurowym. W rzeczywistości, dzieje życia kardynała Sarno były następujące: był on chorowitem dzieckiem mieszczańskiej rodziny, która go oddała do seminaryum w Rzymie; w temże seminaryum był później profesorem prawa kanonicznego przez lat dziesięć a opuściwszy katedrę był sekretarzem Propagandy, wreszcie od lat dwudziestu pięciu był kardynałem. Przed niedawnym czasem obchodzono jubileusz z tego powodu. Urodzony w Rzymie, nigdy chociażby na dzień jeden nie wyjeżdżał z Rzymu. Stanowił on typ księdza, wzrosłego w cieniu pałacu Watykańskiego, którego władza rozciągała się nad światem. Chociaż nigdy nie spełniał żadnej dyplomatycznej misyi, stał się najpotężniejszym filarem Propagandy, był bowiem bardzo systematyczny, ścisły i pracowity, skutkiem czego mianowany został prezesem jednej z dwóch komisyj, dzielących pomiędzy siebie organizacyę szerzenia katolicyzmu w krajach niewiernych. Tak więc pod tem nizkiem czołem, wyrażającem upór i ciasnotę pojęć, mieściły się mapy świata, mającego w przyszłości hołdować Rzymowi. Na powitanie kardynała, powstał z fotelu nawet monsignor Nani, ulegając niememu przymusowi, jaki wywierał ten niepozorny człowiek budzący trwogę podziemnem swem znaczeniem, miał on bowiem styczność z najodleglejszemi punktami świata, jakkolwiek nigdy nie działał po za ścianami swego biura. Niepoczesna ta postać, czyniąca wrażenie pospolitej miernoty, wzniosła się na wyżyny władzy siłą pracy i metodycznie zorganizowanego podboju. Dzierżył on dość potężne środki, by módz zachwiać państwa w swych posadach. - Czy Wasza eminencya już nie cierpi na katar, który strwożył nas wszystkich?... - Jeszcze kaszlę... Jest tam korytarz bardzo dla mnie szkodliwy. Gdy tylko wyjdę z biura, zaziębiam się natychmiast. Z chwilą przybycia kardynała Sarno, Piotr poczuł cały ogrom swej hierarchicznej niższości. Zapomniano o nim i nie przedstawiono kardynałowi. Blizko przez godzinę pozostał jeszcze w salonie, milcząc i czyniąc spostrzeżenia nad tym światem widzianym po raz pierwszy. Wydał mu się zgrzybiałym starością a zarazem smutnie zdzieciniałym. Pycha i wyniosłość tych ludzi nie starczyły na pokrycie skrywanej przez się nieśmiałości pochodzącej z nieuctwa. Nie dowierzali oni sobie samym. Rozmowa nie była ogólna, bo nikt nie śmiał głośno się odezwać. Z przyciszonych słów wymienianych w różnych stronach salonu, Piotr się przekonał, iż treścią rozmów były drobne, bieżące wydarzenia zaszłe w przeciągu ubiegłego tygodnia w salonach i w zakrystyach. Żyli oni wszyscy w dobrowolnem odosobnieniu, rzadko się widując nawet pomiędzy sobą a skutkiem tego najdrobniejsza okoliczność wyrastała na fakt wielkiej doniosłości. Piotr doznał wrażenia, iż się znajduje we Francyi za panowania Karola X, w prowincyonalnym salonie jednego z większych miast francuzkich. Gości niczem nie częstowano, nawet nie roznoszono chłodzących napojów. Ciotka Celii siadła teraz przy kardynale Sarno, pragnąc opanować jego uwagę swojem opowiadaniem, lecz on, nie odpowiadając ani słowa, tylko od czasu do czasu potrząsał zlekka brodą. Przez cały wieczór don Vigilio pozostał w niemem milczeniu. Nani i Morano wiedli ze sobą długą rozmowę po cichu a donna Serafina, pochyliwszy się ku nim, słuchała, potwierdzając głową. Zapewne musieli mówić o sprawie rozwodowej Benedetty, bo oczy ich kierowały się w jej stronę z wyrazem powagi. W obszernej tej komnacie wypełnionej usypiającem światłem metodycznie rozstawionych lamp, całe życie skupiało się dokoła grupy złożonej z Benedetty, Dario i Celii. Rozmawiali przyciszonemi głosami lecz wesoło, często powstrzymując się od wybuchów śmiechu. Siedząc nieruchomie i patrząc po obecnych, Piotr nagle zauważył, iż Benedetta jest bardzo podobna do portretu przedstawiającego Casyę Boccanera. Równie była wiotka, równie namiętne miała usta i wielkie, przepadziste oczy a okrągła jej twarz miała tenże sam wyraz rozsądku i zdrowia. Dusza tych dwóch kobiet musiała być zacna a serce płomienne. Piotr przypomniał sobie portret Beatryksy Cenci, malowany przez Guido Reniego; ta prześliczna kobieca główka również była podobną do Casyi Boccanera. To podwójne podobieństwo do Benedetty silnie Piotra wzruszyło. Popatrzał na nią z sympatycznem zaniepokojeniem, jakby jej grozić miała fatalność ciążąca nad istotami tej rasy. Lecz Benedeta wydała mu się pełną spokoju, energii, wytrwałości. Wiedząc o jej miłości, spoglądał na nią i na Daria a stosunek ich wydał mu się nacechowany braterskiem przywiązaniem i swobodą. Zwłaszcza Benedetta taki miała wyraz twarzy, patrząc na swego kuzyna otwarcie, z siłą uczucia niepotrzebującego się ukrywać. Zdarzyło się, że wśród rozmowy Dario ujął obydwie dłonie Benedetty i, ściskając je, uśmiechał się nieco nerwowo, spoglądając na nią z przebłyskami pożądliwości, lecz ona zwolna, bez pośpiechu, wysunęła swe rączki, jakby bawiąc się ze starym i kochanym towarzyszem. Tak, kochała go ona potęgą uczucia wypełnić mającego całość życia. Pod koniec wieczoru, Dario, powstrzymawszy się od ziewnięcia, spojrzał na zegarek i wysunął się z salonu, mówiąc, że idzie na umówioną schadzkę z przyjaciółmi, mającymi go zaprowadzić do pewnej damy na grę w karty. Wtedy Benedetta i Celia usiadły na kanapie tuż w pobliżu Piotra, który mimowoli posłyszał część ich wzajemnych zwierzeń. Księżniczka Celia była starszą siostrą Matteo Buongiovanni, który, ożeniwszy się z angielką, panną Martiner posiadającą milionowy posag, był już ojcem pięciorga dzieci. Rodzina Buongiovanni posiadała osobisty olbrzymi majątek. Była to jedna z rzadkich patrycyuszowskich rodzin, które uniknęły ogólnej ruiny. Ród ich także wydał z siebie dwóch papieży, lecz pomimo to Matteo Buongiovanni zaliczał się do stronnictwa królewskiego. Bywał w Kwirynale, zdoławszy nie zerwać stosunków z Watykanem. Urodzony z matki amerykanki, wraz z tą przymieszką krwi nowej, nabył rzutkości i giętkości; zręczny polityk a zarazem skąpiec, pragnął zachować dawną świetność rodu, chociaż najmocniej był przekonany, iż bogactwo nie zdoła uchronić od zagłady możnowładztwa, koleją wieków na śmierć skazanego. Wśród tej rodziny napełniającej miasto podziwem i zazdrością, dumnej z nazwiska i bogactwa, zaszła okoliczność dostarczająca materyału plotkom. Celia zakochała się w młodym poruczniku, którego znała tylko z widzenia. Miłość tych dwojga kochanków znaną była ogólnie, widywali się bowiem codziennie na Corso, zamieniając się wymownem spojrzeniem. Celia oświadczyła swemu ojcu, iż nigdy nie będzie kochała innego mężczyzny a pomimo niezadowolenia rodziny postanowiła cierpliwie czekać, pewna, że tym sposobem przezwycięży wszystkie trudności. Na nieszczęście porucznik Attilio Sacco, był synem deputowanego Sacco, dorobkiewicza, człowieka nienawidzonego przez stronnictwo watykańskie, posądzające go o najbrudniejsze nadużycia. - Wiesz, mam przekonanie, że Morano tylko w chęci dokuczenia mnie mówił dopiero co tak źle o ojcu Attilia - szeptała Celia do ucha Benedecie. - Ręczę ci, że chciał mi dać nauczkę, opowiadając o prawdopodobnym wyborze Sacco na ministra... Celia i Benedetta znały się od dzieciństwa, razem były na pensyi i tam poprzysięgły sobie wieczną przyjaźń. Benedetta, jako o kilka lat starsza, rzekła z macierzyńską powagą: - Więc ty nie myślisz dać temu pokój i w dalszym ciągu kochasz tego młodego człowieka?... - Droga moja, czyż i ty będziesz mi robiła wymówki z tego powodu!... Nie zasmucaj mnie!... Ja go kocham i muszę go mieć za męża. Czy słyszysz... muszę mieć Attilia a nie innego. Chcę tak i tak będzie, bo go kocham i on mnie kocha... A więc, jak widzisz, rzecz prosta, że tak będzie... Piotr się zadziwił, słysząc ją tak mówiącą i spojrzał na nią zaciekawiony. Była to lilia przeczysta i zamknięta, tak łagodną i dziewiczą była twarz Celii. Linia czoła i nosa była zachwycającego rysunku a niewinne, drobne usteczka, chwilami odsłaniały białość zębów rzadkiej równości. Oczy miała przejrzyste jak źródła, a policzki atłasowej świeżości. Jakież myśli krążyły w tej główce?... Cóż ona wiedziała o życiu?... Któż mógł dać na to stanowczą odpowiedź? Była ona tajemniczem zagadnieniem pociągającem swoją dziewiczością. - Droga moja - rzekła Benedetta - nie chciej wstępować w moje ślady! Małżeństwa zawierane w celu połączenia Kwirynału z Watykanem rodzą nieszczęście. - Ja a ty, to rzecz inna! Tyś nie kochała hrabiego Prada a ja kocham, bardzo kocham Attilia. A więc pewną jestem, że z nim będę szczęśliwa. Szczęście życia leży w miłości. Te ostatnie słowa, wypowiedziane z prostotą przez niewinne usta tego nieświadomego dziewczęcia, zastanowiły i do łez wzruszyły Piotra. Tak, miłość była najdoskonalszem rozwiązaniem wszystkich zagadnień, wszystkich sporów, miłość zapewni szczęście i przymierze narodów ziemię tę zamieszkujących, niosąc z sobą radość i ufność pokoju. Naraz donna Serafina powstała ze swego miejsca, chcąc przerwać rozmowę dwóch przyjaciółek. Spojrzała na don Vigilio a ten, zrozumiawszy, zbliżył się do Piotra i szepnął mu na ucho, że pora rozejścia się nadeszła. Wybiła dopiero co godzina jedenasta. Celia i ciotka jej, pożegnawszy się, wyszły do przyległego salonu a Morano, Sarno i Nani, pozostawszy sami, zaczęli mówić pomiędzy sobą o trudnościach zachodzących w sprawie unieważnienia małżeństwa Benedetty. Żegnając się z Piotrem, Benedetta rzekła do niego z wielką życzliwością: - Jutro rano, pisząc do wice-hrabiego, doniosę mu jak jesteśmy radzi mając pana w naszym domu, i to zapewne na dłużej, aniżeli pan przypuszcza... A niechaj pan nie zapomina, że jutro o godzinie dziesiątej zrana, mój wuj udzieli panu posłuchania. Wszedłszy na trzecie piętro, Piotr i don Vigilio, każdy trzymając zapalony świecznik w ręku, już mieli się rozejść do swych pokojów, gdy nie mogąc dłużej zapanować nad sobą, Piotr zapytał: - Czy monsignor Nani jest człowiekiem bardzo wpływowym?... Don Vigilio się zmięszał, jak zwykle w podobnych okolicznościach i, zamiast odpowiedzieć, rozłożył szeroko ramiona, chcąc tym giestem wyrazić, że władza monsignora rozciąga się na całą świata szerokość. Oczy mu błysnęły i, jakby sam chwycony nagle ciekawością, szepnął: - Pan go już znałeś poprzednio? - Ależ nie, nigdy go nie widziałem. - Naprawdę?... To w takim razie rzecz dziwna, bo on pana zna dobrze. W przeszły poniedziałek opowiadał o panu tak szczegółowo i z taką pewnością, iż byłem przekonany, że się znacie oddawna. Zdaje mi się, że jest obznajmiony z najdrobniejszemi szczegółami pańskiego życia. - To rzeczywiście mnie zadziwia, bo nigdy nie słyszałem o nim i dziś dopiero, widząc go, dowiedziałem się o jego nazwisku. - Zapewne musiał o panu zebrać potrzebne wiadomości. Don Vigilio ukłonił się i wszedł do swojego pokoju. Piotr zastał drzwi otwarte i zaraz przy progu spotkał Wiktoryę, która krzątała się, spokojna i czynna podług przyjętego przez siebie zwyczaju. - Chciałam się upewnić, czy niczego nie brakuje w pana pokoju. Przygotowałam świecę, zapałki, wodę, cukier... A co pan zwykł jadać na pierwsze śniadanie?... Czy podać mam kawę?... Nie... Pan woli mleko z bułeczką... Dobrze... A teraz niechaj się pan położy, wypocznie i wyśpi... Przed laty, gdym wstąpiła tutaj na służbę, zawsze się wieczorami bałam... myślałam, że w tym pałacu coś musi straszyć po nocach... Ale nie... przekonałam się, że strachów tutaj nie widać... Oj tak, gdy kto umrze, to jest już taki z tego kontent, że nie myśli o przerywaniu sobie wiecznego spoczynku!... Wreszcie sam zostawszy, Piotr swobodnie odetchnął po kilkogodzinnym przymusie, jaki znosił w salonie donny Serafiny. Ludzie tam widziani, snuli się i mięszali w jego wyobraźni, oświetleni usypiającym blaskiem lamp. Jakkolwiek przespał się w dzień, czuł się niezmiernie znurzonym, pragnął zasnąć jaknajprędzej, by przestać myśleć o wszystkiem, co go dziś spotykało a co zmięszane, niewyraźne, nieprzestawało mu natrętnie dokuczać zwłaszcza brakiem jasności. Był przekonany, iż nic nie pojął we właściwem znaczeniu. Zacząwszy się rozbierać, nagle mocno się zadziwił, że się tutaj znajduje i, rozglądając się dokoła, pytał sam siebie, czy jest właściwie sobą. Naprzykrzona myśl: co sądzą ci wszyscy ludzie o jego książce, znów wyraźnie wyryła mu się w mózgu. Po cóż go oni sprowadzili do tego grobowego pałacu tchnącego ku niemu niepokojem i niechęcią. Chcąż mu oni dopomagać, czy też poskromić i obezwładnić?... I znów ujrzał żółty salon oświetlony czterema lampami, donna Serafina zajmowała fotel po jednej stronie kominka a po drugiej siedział na swem miejscu adwokat Morano, poza nimi wychylała się piękna, namiętna a jednakże spokojna głowa Benedetty, podczas gdy naprzeciwko uśmiechała się twarz monsignora Nani, połyskując przebiegłemi oczyma. Piotr położył się, lecz nie mogąc znaleźć sobie miejsca, dusząc się, pobiegł do okna i, otworzywszy je, szukał orzeźwienia. Niebo było atramentowo czarne a zbita ciemność zakrywała horyzont. Chmury nie dozwalały przebić się gwiazdom, sklepienie nieba opuszczało się nizko, ciężąc jak ołowiane. Naprzeciwko, poza Tybrem, domy przedmieścia Transtevere leżały uśpione, żadnem nie połyskując światłem. Gdzieś w dali paliła się jedna tylko latarnia gazowa, świecąc jak spadająca gwiazda. Piotr starał się dojrzeć Monte Gianicolo. Lecz wszystko zapadło się w morze nicości, wszystko pochłaniała nieprzebita ciemność, zlewając i zatapiając pagórki Rzymu, starożytny Palatyn, nowoczesny Kwirynał, olbrzymią kopułę św. Piotra i dwadzieścia cztery wieki historycznych dziejów Rzymu. Piotr wsłuchiwał się, chcąc pochwycić odgłos biegu rzeki, lecz martwym był Tyber i przez martwe przepływał miasto.