ROZDZIAŁ 2
Powietrze Luizjany nawet o tej wczesnej godzinie wydaje się gęste. Doktor Wren Muller, patolog sądowy, nadal ledwie patrzy na oczy, wysiadając z samochodu w duszną noc. Spogląda na zegarek i wzdryga się na myśl, jak świetnie by było, gdyby przestępcy przynajmniej na parę miesięcy powstrzymali się przed popełnianiem zbrodni o drugiej w nocy.
Wchodzi w gęste, mokre krzaki, starając się nie potknąć o wystające korzenie cypryśnika. Bruzdy w jego pniu są tak głębokie, że mogłaby w nich zniknąć bez śladu - wyglądają jak ręce jakiegoś starożytnego potwora z miejscowych baśni. Wren zatrzymuje się i czeka, aż wzrok jej przywyknie do sztucznego światła. Latarki trzech policjantów kierują się w dół na coś na brzegu wody. Ich promienie przecinają ciemności, które stają się jeszcze głębsze. Ten kontrast jest pożyteczny; dzięki niemu scena lepiej rzuca się w oczy.
Półnagie ciało kobiety leży bezwładnie w wysokiej trawie na brzegu. Jej głowa i ramiona toną w mętnej czarnej wodzie. Zwłoki leżą brzuchem do góry, skulone w trawie. Kobieta jest wysoka, średniej wagi. Wren ogląda się przez ramię i widzi swoich zastępców, człapiących za nią z noszami. Przeniesienie martwego ciała z tego trzęsawiska będzie trudne nawet dla trzech osób.
Zaledwie dwa tygodnie wcześniej policja znalazła rozkładające się zwłoki innej młodej kobiety za barem Twelve Mile Limit. Ofiara leżała twarzą w kałuży, przesiąknięta cuchnącą bagienną wodą. Wren zauważa to podobieństwo i choć natychmiast słyszy syreny alarmowe, stara się je wyciszyć. Zawsze zajmuje się sprawami bez uprzedzeń czy oczekiwań. Ale mimo że zamierza tak zrobić i tym razem, pamięta, by sprawdzić, czy zabójca nie zostawił jakiegoś ukrytego przedmiotu. W gardle poprzedniej ofiary sprzed dwóch tygodni znaleźli kilka zmiętych kartek z książki. Były przemoczone i prawie nie do odczytania, z wyjątkiem jednej, prawie nietkniętej, zaczynającej się od słów "Rozdział 7".
Wren ostrożnie podchodzi do zwłok. Nieznajoma nie ma bluzki, tylko brudne dżinsowe szorty i niebieski stanik. Coś ją prawie wypatroszyło. Wren nie może opanować myśli, że głos cykad pewnie ogłuszał dziewczynę. Ekipę, która usiłuje odtworzyć jej ostatnie chwile, na pewno ogłusza. Czy morderca myślał o nich, ciągnąc tu trupa? Myśl o deprawacji fascynowała Wren, ale jeszcze bardziej fascynowały ją ostatnie myśli zmarłej.
Spogląda na zwłoki i zauważa plecioną bransoletkę na lewym nadgarstku. Kiedyś była pewnie śnieżnobiała, teraz widać po niej upływ czasu. Wren myśli o tym, jak kobieta kupowała tę skromną ozdobę. Jak wzięła ją w dłonie i obejrzała, zanim postanowiła za nią zapłacić. Tania ozdóbka leżąca przy kasie, a teraz unieśmiertelniona poprzez śmierć.
Współpracownicy pomagają Wren wyciągnąć zwłoki na brzeg. Głowa wyłania się z wody. Na twarzy nieznajomej widać już plamy opadowe. Krew, która przestała płynąć, gdy serce stanęło, zastygła, a grawitacja sprawiła, że na policzkach i czole ofiary pojawiły się ciemne wybroczyny. W tym świetle trudno to określić, ale Wren sądzi, że mają ciemnoróżowy kolor, co oznacza, że zgon nastąpił jakieś dziesięć godzin temu. Plamy opadowe występują zwykle pół godziny po śmierci, lecz stają się wyraźne po jakichś dwóch lub trzech godzinach. Po sześciu nabierają ciemnego koloru, dostrzegalnego dla nieuzbrojonego oka. Po dwunastu stają się najciemniejsze.
Wren przebiega wzrokiem po twarzy zastygłej w grymasie przerażenia i zauważa ciemne siniaki na karku. To bardzo wyraźne ślady duszenia. Przyjrzy im się dokładniej w kostnicy. Teraz wkłada fioletowe lateksowe rękawiczki i przesuwa palcem po głębokich bruzdach na gardle kobiety.
Dotyka kieszeni nieznajomej, szukając wybrzuszeń. Nie do wiary, ile razy dziękowała sobie za ten krok, dzięki któremu wymacała strzykawkę i uniknęła wycieczki na zabiegowy. Wygląda na to, że jej kieszenie nie zawierają nic niebezpiecznego, więc sięga do nich - i niczego nie znajduje. Zwłoki pozostają niezidentyfikowane.
- Miała coś przy sobie? Portfel? - pyta, choć zna już odpowiedź.
Patrzy w górę na trzech policjantów, którzy świecą na nią swoimi latarkami. Wszyscy trzej kręcą głowami jednocześnie.
Ten młody po prawej niedbale przesuwa promieniem latarki po terenie wokół ciała.
- Wie pani tyle, co i my. Nie było portfela, dowodu osobistego ani broni.
Wren nie jest zachwycona jego nastawieniem, ale kiwa głową i ogląda kończyny nieznajomej. Na jej bicepsie znajduje stary, spłowiały tatuaż - jakby złożone do modlitwy ręce oplecione różańcem.
- Dajcie aparat - rzuca, nie odwracając wzroku od tatuażu, i wyciąga rękę.
Jeden jej zastępca - nowy pracownik - podbiega do swojej torby, wygrzebuje z niej aparat i kładzie go na jej otwartej dłoni. Wren robi parę zdjęć tatuażu i dalej ogląda ciało.
- W czasie sekcji zrobimy lepsze ujęcia, ale zawsze dobrze mieć je na zapas, tak na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy podczas transportu. Nie mamy danych ofiary, więc potrzebujemy wszystkich możliwych znaków charakterystycznych, w przeciwnym razie utknie w kostnicy na całe miesiące - wyjaśnia, oddając chłopakowi aparat. Wykręca dłonie, trzaskając kostkami. Wie, że to obrzydliwy nawyk, lecz tak już ma i trudno. - Dobrze, na jakiej podstawie możemy określić czas zgonu?
Wren spogląda na dwójkę młodych podopiecznych, którzy natychmiast bledną.
- Eee... no więc... plamy opadowe - stęka pierwszy.
Pochyla się i wskazuje czerwoną twarz nieznajomej.
Wren uśmiecha się i kiwa głową.
- Tak, to widać. A mniej oczywista metoda?
Wie, że chłopak jest inteligentny. Na razie się jeszcze nie otrzaskał, ale ma wiedzę. Z czasem zyska rozpęd. Wkrótce będzie robić wszystko na pamięć, czy to na miejscu zdarzenia, czy w biurze.
Chłopak nieco nerwowo przeczesuje ręką czarne włosy.
- Temperatura mierzona doodbytniczo?
Wren uśmiecha się, ale kręci głową.
- Masz dobry instynkt. Gdybyśmy znajdowali się w środowisku z kontrolowaną temperaturą, odpowiedź byłaby prawidłowa. Niestety, nie możemy zakładać ani nawet liczyć na to, że przez cały czas utrzymywała się tu rześka temperatura na poziomie trzydziestu stopni Celsjusza. - Wskazuje nosze. - Otwórz worek, wyciągniemy ją.
Zastępcy koronera rozkładają biały worek na zwłoki, a Wren mówi dalej:
- Miałeś rację co do plam opadowych. Mają najciemniejsze wybarwienie, co oznacza, że minęło do dwunastu godzin. Weźcie ją za ręce. Spróbujcie nimi poruszyć.
Jej podopieczni podchodzą do zwłok i starają się przesunąć je o parę centymetrów.
- O kurczę, ale zesztywniała - zauważa jeden z nich.
Wren podciąga rękawiczki wyżej.
- Dokładnie. Stężenie pośmiertne jeszcze nie ustąpiło. Co to znaczy?
Policjanci przyglądają im się z wyraźnym rozdrażnieniem. Ostentacyjnie wzdychają i dramatycznie wznoszą oczy ku niebu, jakby mieli co innego do roboty. Te demonstracje jej nie ruszają. Skoro ma o trzeciej nad ranem sterczeć na bagnach w towarzystwie nieboszczki, to równie dobrze może prowadzić szkolenie nowicjuszy.
Zastępca koronera wyciera ręce o spodnie.
- To też sugeruje upływ dwunastu godzin. Może nawet więcej, do trzydziestu.
No i mamy.
Jego rosnąca pewność siebie dobrze wróży. Przy takim zatrzęsieniu spraw Wren chętnie przyjmie każdą pomoc.
- Bingo. I patrz, co jeszcze mamy. - Wskazuje rój czarnych much, przed którymi wszyscy się opędzają. - Wiem, że tu lata mnóstwo owadów, ale te tutaj to plujki. Jako pierwsze zlatują się do zwłok i składają w nich jajeczka, z których wylęgają się larwy. Na razie ich tu nie widzimy, ale jajeczka powinny być już złożone. To wszystko ustala nam ramy czasowe. Wygląda na to, że morderca zabił ją w biały dzień. Drań ma nerwy ze stali.
Młodzi zachowują się jak grzeczni studenci, ale przestępują z nogi na nogę, by nie zasnąć, a to znaczy, że przestali jej słuchać. Wykład przerywa głos młodego policjanta, który unosi latarkę i woła zza kępy drzew:
- Hej! Mam tu ubranie!
Wren nie może powstrzymać złośliwego chichotu.
- No proszę, a wy chcieliście się już zbierać.
Stojący obok policjant rzuca jej urażone spojrzenie i rusza ku drzewom. Wren idzie za nim, dając znak zastępcom, żeby zostali przy zwłokach.
Za drzewami światło latarki wyłania z ciemności parę niepasujących tu rzeczy. Pod krzakiem leży schludnie złożony brudny żółty podkoszulek. Na nim spoczywają czarne klapki. Policjant robi im zdjęcie, po czym chowa rzeczy do worków na dowody rzeczowe. Gdy unosi podkoszulek, materiał się rozwija i coś ciężkiego spada na ziemię.
- To książka? - pyta przykucnięta Wren, włączając własną małą latarkę.
Na miękkiej okładce widać tytuł Upiory. Po bliższym spojrzeniu okazuje się, że to zbiór horrorów. Za ich plecami trzaska migawka. Wren podnosi książkę i wstaje. Obraca ją w dłoniach i podaje policjantom.
- Czytaliście to?
Wszyscy kręcą przecząco głowami. Jeden wyciąga rękę w rękawiczce.
- Myślisz, że należy do denatki? - zastanawia się, w roztargnieniu przerzucając kartki.
- Tego się dopiero dowiemy - rzuca Wren.
Policjant wkłada książkę do worka.
Wren odwraca się na pięcie; obcasy toną jej w wilgotnej ziemi, która mlaska pod jej stopami przy każdym kroku. Potem pomaga zastępcom przenieść zwłoki do worka i na nosze. Zanim zdejmie rękawiczki, jeszcze raz ocenia kolor plam opadowych. W innym świetle wydają się bardziej różowe. Ostrożnie idzie do furgonetki koronera i otwiera ją, czekając, aż dwaj zastępcy dobrną do niej po nierównym terenie. Myśl o kolejnym anonimowym ciele w kostnicy ją przeraża.
- Kto cię szuka? - pyta cicho, gdy mijają ją nosze z martwą dziewczyną.
Stojący nieopodal policjant śmieje się cicho.
- Umarlak kiedyś odpowiedział? - pyta ironicznie.
Wren spogląda mu prosto w oczy, zatrzaskuje drzwi i idzie do szoferki.
- Zdziwiłbyś się, ile tajemnic wyjawili mi zmarli.