Akcja
O tej konkretnej Wietnamce z warszawskiego Stadionu Dziesięciolecia
dowiedziałem się zupełnie przypadkowo, kiedy to wydzwonił nas Śruba i powiadomił o zaobserwowanej przez siebie ofierze. Zapragnęliśmy ją jak
najszybciej przywitać w naszym królestwie bezprawia.
Śruba poinformował nas, że konkretnego dnia Wietnamka wchodzi do kilku
bud po kolei, skąd odbiera reklamówki z pieniędzmi, a potem wkłada to
wszystko w jedną torbę i kieruje się do kolejnej budy, w której
przesiaduje z piętnastu Wietnamców. Postanowiliśmy jeszcze dodatkowo ich
poobserwować, co trwało dobry tydzień z pominięciem weekendów, a to
dlatego, że w soboty i niedziele na stadionie odbywał się handel
detaliczny, a we wtorki i czwartki - hurtowy. Wiadomo więc było, że
więcej kasy do ściągnięcia będzie w tygodniu. Z naszych analiz wynikało,
że Wietnamka powtarza czynności z odbieraniem reklamówek od wietnamskich
handlarzy, przemierza tę samą trasę i kończy ją w jednej wietnamskiej
budzie. Musieliśmy zaplanować, gdzie i jak ją zaatakować, żeby było
najłatwiej odebrać całą kasę i bezpiecznie się z nią ulotnić.
Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że wciąż nie namierzyliśmy osoby, która z tej ostatniej budy, w której zawsze było kilkunastu Azjatów, wywoziła
całą przyniesioną przez Wietnamkę kasę. Trop urywał się właśnie na niej
i tej ostatniej budzie, w której znikała. Plan był prosty, ale wymagał
od nas nie lada odwagi. Musieliśmy ją zrobić, czyli okraść, tuż przed
jej zniknięciem we wnętrzu ostatniego baraku. Tylko tyle i aż tyle.
Wietnamka zmierzała do celu alejkami, po których obu stronach były budy
pełne Wietnamców, setki jej braci, którzy natychmiast rzuciliby się jej
na pomoc. Musieliśmy być szybcy. Szybcy i wściekli, bardziej niż to
stado Wietnamców, które niechybnie ruszyłoby z pomocą Wietnamce i chyba
zjadłoby nas na surowo. Dosłownie.
Ta buda, do której Wietnamka znosiła kasę, była na szczęście blisko
wiaduktu kolejowego w okolicach ulicy Zamoyskiego, gdzie parkowały auta.
Wpadłem więc na genialny pomysł, że w tym właśnie miejscu Nowak stanie
samochodem, tymczasem ja ze Śrubą jebniemy reklamówkę z kasą. Nowak
będzie czekał na nas, kiedy uderzymy w długą, dając dyla przed hordą
wściekłych Wietnamczyków, i wskoczymy już do ruszającego auta
prowadzonego przez Nowaka, chwilę wcześniej go wydzwaniając.
Załatwiliśmy sztukę na tę akcję, czyli samochód, który miał być użyty
do przestępstwa, w tym wypadku był to ford mondeo. Żeby ułatwić sobie
drogę ucieczki, wymontowaliśmy w nim tylne drzwi, te od strony pasażera,
oraz tylną szybę. Wszystko po to, aby usprawnić nasze szybkie ulotnienie
się, kiedy ile sił w nogach będziemy uciekać przed tymi małymi, zwinnymi
ludźmi - każda sekunda była na wagę złota. I życia.
Do dnia napadu samochód z wyjętymi szybą i drzwiami stał pod plandeką w okolicach miejsca planowanej akcji, gdzie go kilka dni wcześniej
zaparkowaliśmy. Przestępstwo zaplanowaliśmy na bodaj wtorek, na pewno
był to środek tygodnia ze względu na największe utargi u Wietnamczyków.
Do samej wyrwy - tak nazywaliśmy kradzieże torebek czy saszetek -
bardzo się przygotowywać nie musieliśmy, choć pamiętać trzeba, że aby
uciec spod wietnamskiego topora, musieliśmy być w znakomitej formie.
Stąd też podział ról wśród nas: postanowiliśmy, że wyrwy dokonamy ja i Śruba, bo Nowak ze względu na dużą masę ciała nie potrafił szybko
biegać. Został więc naszym kierowcą. Na dzień napadu mieliśmy specjalnie
do tej roboty zakupione czapki z daszkiem i kominy, które założyliśmy
tuż po wejściu na stadion. Wyglądało to dość naturalnie, bo była zima i wszyscy przecież byli czymś otuleni.
Wraz ze Śrubą ruszyliśmy z buta w kierunku stadionu, Nowak zajął
strategiczne miejsce za kółkiem na parkingu przy Zamoyskiego, tak że
samochód stał ze trzysta metrów od tej budy, do której zmierzać będzie
nasza Wietnamka. Nowak czekał jednocześnie na nasz telefon, który
mieliśmy wykonać, jak kobieta będzie blisko celu. Nie chcieliśmy, żeby
wcześniej podjeżdżał bezpośrednio pod budę, bo tylko zwróciłby na siebie
uwagę samochodem bez drzwi i okna.
Weszliśmy na stadion i wypatrywaliśmy naszej Wietnamki. Chwilę trwało,
zanim się pojawiła. Natychmiast też zaczęliśmy podążać za nią jak
cienie, nie tracąc jej ani na chwilę z oczu. Zajrzała do siedmiu bud, z każdej pobrała reklamówkę z kasą, a nam wyobraźnia pracowała i podsuwała
obrazy tych ciepłych kanapek, czyli banknotów złożonych przez nią w torebce. Kobieta czuła się na tyle pewnie, że ta wypchana gotówką
reklamówka swobodnie dyndała u jej boku, jakby niosła w niej bułki i kefir. Też pewnie czułbym się tak bezpiecznie, gdybym otoczony był
swoimi ludźmi. Nie mogła przypuszczać, że została nominowana do roli
ofiary, a już na pewno przez myśl jej nie przeszło, że ktoś odważy się
zapolować na nią na jej terenie! Kiedy zbliżała się do tej ostatniej,
najważniejszej dla nas budy, z reklamówką pełną kasy pobranej z wszystkich innych ruder na trasie, wydzwoniliśmy Nowaka, by był w gotowości, bo zaraz nadbiegamy! Zwarty i gotowy szykowałem się do skoku
na torbę.
Na umówiony znak ruszyliśmy na kobietę, złapałem za tę drogocenną torbę,
Śruba - no co tu dużo mówić - przyjebał jej z całej siły w plecy, a ona
drobna i niewysoka, poleciała na jakieś pięć metrów do przodu, upadła i zaczęła rozpaczliwie krzyczeć. Gaz do dechy! Spieprzaliśmy tak szybko,
że się za nami kurzyło, a w tym samym momencie, kiedy kobieta podniosła
rwetes, w pościg za nami puściło się parudziesięciu Wietnamców! Mieliśmy
do pokonania jakieś sześćdziesiąt metrów w tempie mistrzowskim do
naszego odpalonego już auta. Rzuciliśmy się do jego środka na szczupaka,
Nowak już ruszał, a ja dosłownie czułem oddech Wietnamca na szyi.
Jako pierwszy wskoczyłem na tylną kanapę na śledzia, zaraz na mnie
rozpłaszczył się Śruba, Nowak cisnął gaz do dechy, ale był w ciężkim
szoku, jak zobaczył zewsząd wyskakujących Wietnamców. Przyciskał pedał
gazu, my przewalając się po sobie jakoś w końcu usiedliśmy w normalnych
pozycjach. Musieliśmy też uważać, żeby nie wylecieć z samochodu.
Co tam się działo, to nie tyle trudno opowiedzieć, ile nawet sobie
wyobrazić - było to klasyczne kino akcji z rodzaju tych "zabili go i uciekł". No i faktycznie, gdyby któraś z rzucanych w naszą stronę rzeczy
w nas trafiła, to i do zabójstwa ze strony Wietnamców mogło dojść. Z każdej budy, dziury, alejki wyskakiwały dziesiątki tych Wietnamczyków,
próbowali nas złapać, a jak sobie tę brawurową ucieczkę przypomnę, to do
tej pory nie pojmuję, jak nam się ta rejterada udała! Wietnamczycy jakiś
czas za nami biegli, ale żaden z nich nas nie dopadł, a samochód
porzuciliśmy w okolicach ulicy Sprzecznej i przykryliśmy plandeką.
Szybko też przeliczyliśmy nasz urobek - było tego dwieście tysięcy
złotych, zatem jak najbardziej ryzyko się opłacało, choć muszę przyznać,
że ten napad wspominaliśmy później wielokrotnie, rysując różne
scenariusze zakończenia - co by było, gdyby nas jednak dopadli. Jak
można się domyśleć, żaden z tworzonych w naszych głowach scenariuszy nie
miał happy endu, więc naprawdę mieliśmy dużo szczęścia, że tego dnia
uszliśmy z życiem.
Nie muszę tłumaczyć, że strach, który nam towarzyszył podczas opisanej
akcji, w żaden sposób nie powstrzymał nas przed kolejnymi napadami i Wietnamcy nie mieli z nami życia. Inną formą napadów na nich było
zawijanie ich do samochodu i teraz sobie przypomniałem jedno, które
wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Nie zawijaliśmy ludzi, żeby ich
przetrzymywać i męczyć. To były raczej takie krótkie porwania, po to aby
przeszukać takiego skubańca i go skasować, a potem zwyczajnie puścić
wolno. Ile było uprowadzeń, nie pamiętam. Nigdy nie bawiłem się w zliczanie takich drobnych przestępstw, ale zapewnić mogę, że było tego
mnóstwo.
Jak już decydowaliśmy się porwać Wietnamca, to wjeżdżaliśmy na stadion
bezpośrednio autem, wiedząc wcześniej, który typ ma przy sobie więcej
hajsu i wart jest naszego zainteresowania. Łapaliśmy ją albo jego,
wrzucaliśmy do samochodu na przypał, czyli na żywca - mieliśmy gdzieś,
czy ktoś nas widzi, czy nie, czy Wietnamcowi ktoś próbuje pomóc, czy w nas czymś ktoś rzuca. Po prostu wciągaliśmy go czy ją do środka, dwóch z tyłu go trzymało, bo zazwyczaj wił się jak piskorz, i spieprzaliśmy z naszą ofiarą, przy czym hordy Wietnamców wyskakiwały nam przed maskę,
czasem też wchodziły na nią. Jakby Vega chciał wówczas kręcić jeden ze
swoich filmów akcji, nie potrzebowałby kaskaderów, to były gotowe kadry
filmowe.
Porwanie, o którym myślę, miało miejsce chwilę przed napaścią na
Wietnamkę, na jesieni 2000 roku. Tym razem towarzyszył mi jak poprzednio
Nowak, ale w miejsce Śruby pojawił się niejaki Opa. Śruba był wtedy w melanżu, ostro ćpał i chlał, więc trzeba było mu załatwić zastępstwo.
Wietnamskiego frajera wyczaił Nowak, oczywiście na stadionie, w okolicach Portu Praskiego, gdzie była mała uliczka, w którą można było
wjechać samochodem. Zanim zawinęliśmy Wietnamca, poszliśmy ze Śrubą -
wciąż jeszcze pokładałem w nim nadzieję, że weźmie udział w akcji -
obadać, co tam się kręci. Wietnamiec wyglądał na bogatego handlarza -
miał kilka bud, co zapowiadało złoty strzał. Jedyny problem polegał na
tym, że Wietnamcy byli już nieco wyczuleni i rozdrażnieni, zwracali w okolicy targowiska uwagę na wszystkie nie swoje samochody z młodymi
osobnikami wewnątrz.
Do porwań Wietnamczyków dochodziło wtedy dość często i było ich naprawdę
sporo. No więc wymyśliłem, że aby nasz samochód wyglądał bardziej jak
ich, to na tylną kanapę władujemy parę kartonów, tak aby udawał jakiegoś
dostawczaka. Na robotę Nowak ogarnął sztukę w postaci kombiaka - opla
astrę, którego zakupił od niejakiego Serka, co to latał na kieszeni,
czyli kradł ludziom z kieszeni i na przykład wyjmował z nich kluczyki
samochodowe. Wyczekiwaliśmy już tylko dnia hurtowego, bo jak wiadomo,
wtedy była szansa na rozbój większej rangi.
W wybranym dniu stawiliśmy się do roboty, ale - czego się zresztą
obawiałem - Śruba zawalił, bo jak już wspomniałem, był wtedy w ostrym
cugu. Wraz z Nowakiem odpuściliśmy robotę w tym dniu. Następnego
ogarnąłem Opę. Astra, zaparkowana na Jagiellońskiej, już się do nas
uśmiechała, miała też specjalnie zmienione blachy, należało więc tylko
do niej wsiąść i wyruszyć po naszego Wietnamca. Niczym aktorzy przed
wejściem na scenę powtórzyliśmy swoje kwestie: Opa wjeżdża autem na
stadion, a potem z niego wyjeżdża, ja z Nowakiem łapiemy Wietnamca,
wsadzamy go do środka i gaz do dechy, nic prostszego. Wyruszyliśmy na
piechotę w kierunku stadionu, Opa podjechał w okolicę Portu Praskiego,
no i - akcja! Jak tylko wypatrzyliśmy zbliżającego się handlarza,
zadzwoniłem do Opy i kazałem mu ruszać. Wietnamiec zabawił w jednej
budzie nieco dłużej, a w astrze czekał w napięciu nasz nie do końca
jeszcze wprawiony i świeży w tego typu akcjach kierowca Opa. Na chwilę
musiał się przyczaić, bo ustawił się przodem do wyjazdu, no i trochę się
bał, ma się rozumieć, że jest na widoku skośnych azjatyckich oczu.
My czekaliśmy, aż Wietnamiec raczy opuścić budę. Na szczęście długo tam
nie zabawił i gdy wyszedł, skierował swoje drobne kroki w stronę naszego
auta. Nowak natychmiast go pochwycił, co nie było w ogóle trudne, bo
Wietnamiec ważył tyle co cherlawa kura, więc potężnie zbudowany Nowak
bez trudu wrzucił Wietnamczyka na kanapę, wpadając do środka razem z nim. Ja zamknąłem drzwi i usiadłem obok Opy, który strasznie spanikował
na widok Wietnamców, którzy przyszli z odsieczą temu biedakowi. Zaczęli
wrzeszczeć, piszczeć w tym swoim cudacznym języku, ale nie to było
najgorsze, tylko to ich skakanie po samochodzie, dobijanie się do
środka, walenie, kopanie - niczym chmara os raczej niż stado koni. Jako
że mielimy już doświadczenie z takimi uprowadzeniami, zaraz po wrzuceniu
człowieka do auta trzeba było zamknąć się od środka, żeby któryś nie
otworzył drzwi, łapiąc za klamkę, i dać gaz do dechy, nie bacząc na nic.
Nowak leżał na coraz słabiej dającym oznaki życia Wietnamcu, bo bidak
przyduszony został ciężarem stu dwudziestu kilo, więc nasza ofiara miała
z gruntu przerąbane. Opa za kierownicą wpadł w panikę, bo Azjaci zaczęli
skakać nam po masce. No widok był tak egzotyczny, że ja pierdolę, a chłopak nie był wprawiony w takich akcjach i tylko źrenice mu się
powiększały do wielkości spodków, a łapy trzęsły. Musiałem jakoś temu
zaradzić.
- Kurwa, gaz do dechy, dajesz! - nakazałem. - Nie patrz, że się obijają
od maski samochodu jak te plastikowe lalki, musimy spieprzać! -
Podziałało i jakoś otrzeźwiał, więc ruszyliśmy z piskiem opon, a tamci
tylko się odbijali od naszej astry niczym kręgle!
Wyjazd trwał z minutę, może ciut więcej, ale mieliśmy wrażenie, że
wieczność. Jak odjechaliśmy na bezpieczną odległość, Nowak jeszcze
przyjebał temu naszemu bidzie piąchą w żebra, co to i tak je musiał mieć
naruszone pod wpływem cielska Nowaka, jak sądzę, i po szybkim kipiszu
u Wietnamca znalazł torbę pełną pieniędzy. Opa się wtedy zatrzymał, a Nowak nakazał Wietnamcowi wypierdalać. Po takim porwaniu zazwyczaj
wypuszczaliśmy ich w okolicach Zamoyskiego, wtedy szybko na piechotę
wracali do swoich.
Po wyrzuceniu chłopaczyny wyruszyliśmy na Szmulki, na których mieszkał
Opa, i tam podliczyliśmy nasze wynagrodzenie. Tym razem było tego po
jakieś dwadzieścia pięć tysi na głowę. Solidarnie postanowiliśmy odpalić
też działkę Śrubie, który miał wtedy ten swój słabszy okres. Był
przecież stałą częścią naszej złodziejskiej ekipy.
Po wszystkim musieliśmy tylko pożegnać świetnie spisującą się w tym dniu
astrę, która dokonała żywota na przemysłowym Targówku, gdzie Opa ją
spalił.
Rozdział 1. Dzieciństwo na Pradze
Rozdział 1
Dzieciństwo na Pradze
Nazywam się Artur Pośpiech, ksywa Żyd. Mam czterdzieści sześć lat i większość swojego życia, a już na pewno jego połowę, przesiedziałem w więzieniu. Jako dziecko, w wieku dziewięciu lat zacząłem dokonywać
przestępstw. Jednym z czynników, które były początkiem mojej kryminalnej
historii, było to, że urodziłem się i mieszkałem na warszawskiej Pradze,
pod adresem Brzeska 7.
To tu zaczęła się moja kariera, jak to się po prasku mówi - od złodzieja
do gangstera, a potem... do frajera. W każdym razie moje życie można
by opisać jednym krótkim i całkiem na Pradze popularnym hasłem: "Od
małego na całego!".
Począwszy od drobnych kradzieży na Pradze, którą zmieniałem z czasem na
inne dzielnice Warszawy, po grubsze napady i rozboje, których
dokonywałem w całej Polsce. Napadałem z bronią w ręku, okradałem ludzi w domach, ale znany byłem głównie z napadów na jubilerów, kantory czy
sklepy RTV. Moje życie to układanka złożona z wielu napadów, których
dokonałem na przestrzeni dwudziestu lat życia. Różnią się one metodami,
a zwłaszcza wielkością zrabowanych dóbr. Mnie i moich braci często
nazywano "grupą jubilerów", tak się już utarło, no i zdaje się, że w tych jubilerach wyspecjalizowałem się najmocniej.
Na potęgę kradliśmy w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Lata
dziewięćdziesiąte stały się kolebką, jak to się dziś mówi, polskiej
mafii - czyli grup przestępczych wszelkiej maści. Ja obrałem sobie w pierwszej kolejności Pragę, tu było moje królestwo, w którym, można
rzec, niepodzielnie rządziłem, aż do pierwszej poważnej odsiadki. Kiedy
w końcu trafiłem za kraty, poznałem tuzów przestępczej Warszawy, tam
nawiązałem znaczące znajomości, które przyczyniły się do wejścia w nowy
etap mojego życia. A było to wejście w grupę mokotowską, za sprawą
Oskara Z. pseudonim Maczuga, dziś odsiadującego potężny wyrok między
innymi za tak zwane paluchy, czyli gang obcinaczy palców. To z nim i Marcinem S. pseudonim Molek - właśnie Molek, nie Mołek, jak niektórzy
dziennikarze podają - dziś skazanym na wieloletnie więzienie za serię
brutalnych napadów, dokonałem najwięcej przestępstw w latach 2011-2013.
Wtedy to po raz kolejny trafiłem do więzienia. Groziła mi druga
odsiadka, tym razem naprawdę gruba.
Jak wspomniałem, zacząłem swoje przestępcze życie w wieku dziewięciu lat
od okradania samochodów pozostawionych na ulicy Brzeskiej, na której
mieszkałem. Brzeska lat dziewięćdziesiątych to jedna z najmroczniejszych
ulic na warszawskiej Pradze. Mało kto się tu zapuszczał, a jeśli już to
robił, to na swoją, zasadniczo nieprzemyślaną do końca odpowiedzialność.
Okradaliśmy sklepy, szkoły, napadaliśmy na Ruskich i wiążąc w krawat,
pozbawialiśmy ich urobku dnia. Ale do najbardziej spektakularnych akcji
należały kradzieże, jakich dokonywaliśmy na Wietnamczykach handlujących
na Stadionie Dziesięciolecia.
Trzeba podkreślić rolę, jaką Stadion Dziesięciolecia, a dziś nasza "duma
narodowa", odgrywał pod koniec lat osiemdziesiątych, a dla nas
szczególnie w latach dziewięćdziesiątych. To był jedyny w swoim rodzaju
bazar, nazwany Jarmarkiem Europa, na którym można było kupić wszystko.
Dosłownie, od firanek aż po broń. Ruscy, czy w ogóle inni obywatele
bloku wschodniego, handlowali tym, co udało im się przemycić przez
granicę. Zajmowali praktycznie całą koronę stadionu, podczas gdy dół
oraz teren wokół zajmowali Polacy. Ruscy handlowali, ale też skupowali
towar - jedni skarpetki, inni broń, dokumenty, futra. Wszyscy byli dla
nas łakomym kąskiem i stanowili łatwy cel. W pewnym momencie Ruskich
zaczęli wypierać Wietnamcy, tak ich nazywaliśmy, czyli szeroko pojęci
mieszkańcy Azji, którzy z sukcesem zaczęli przejmować stadionowy rynek i otwierać coraz więcej bud, które służyły za prowizoryczne sklepy. Ich
towar był tańszy, dysponowali naprawdę wieloma budami na stadionie i stanowili dla Polaków czy Ruskich ogromną konkurencję.
Śmiało można powiedzieć, że pod koniec lat dziewięćdziesiątych powstało
na stadionie miasto Azjatów i stało się ono maszynką do robienia
pieniędzy. Dla nas z kolei zaczął się raj i tylko odcinaliśmy kupony od
tego, że Azjaci weszli na nasz teren. W Polsce przebywali w większości
na nielegalu, o czym oczywiście wiedzieliśmy, więc nigdy albo prawie
nigdy nie zgłaszali napadów, do jakich wówczas dochodziło za naszym, ale
przecież nie tylko naszym udziałem. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę,
że napady na Wietnamców są obwarowane niewielkim ryzykiem zatrzymania,
czuliśmy się zatem całkowicie bezkarni. Napadaliśmy na nich, ile dusza
zapragnie.
W 1997 roku, kiedy wyszedłem z zakładu karnego w Mielęcinie po
dwuletniej pierwszej w moim życiu odsiadce, zacząłem regularnie napadać
i okradać Wietnamców. Takich skoków dokonałem mnóstwo i jakbym chciał te
napady policzyć, to startując od dziś, liczyłbym chyba do końca swoich
dni. Trwało to kilka lat, na pewno do jakiegoś 2001 roku. Napady na
Wietnamczyków były żyłą złota, ale żeby faktycznie przyniosły nam
wymarzony hajs, musieliśmy je dobrze zaplanować. Najważniejsze było
wytypowanie osoby, która w danym dniu będzie mieć dużą gotówkę przy
sobie. Żeby taką postać wyselekcjonować, wchodziliśmy na stadion w celu
jej wyhaczenia. Przechadzaliśmy się zatłoczonymi stadionowymi alejkami,
zaglądaliśmy dyskretnie do tych bud, w których handlowali. Budy były
małe, wszystko w nich było widać jak na dłoni.
Portret rodzinny
Na początku mieszkaliśmy z rodzicami przy ulicy Kowieńskiej - ja i moich
trzech braci: bliźniacy Rafał pseudonim Keczup i Waldemar pseudonim
Perełka oraz najmłodszy Edek ksywa Kaczor. Byliśmy rodziną szczęśliwą,
może nie najbogatszą, ale trzymającą się razem, bardzo się kochaliśmy.
Bardzo małe było to mieszkanie, w którym się gnieździliśmy. Na nas
czterech i rodziców przypadały bowiem: jeden pokój, łazienka i kuchnia.
Moje kryminalne życie zaczęło się w roku 1986, kiedy to dostaliśmy
kwaterunek na Brzeskiej. Mama, wyrzucana drzwiami wracała oknem, aż w końcu z pomocą taty układów i znajomości wywalczyła dla nas większy
metraż. Mieszkanie na Brzeskiej było przestronne, jawiło się nam jako
królestwo. Tam zamieszkaliśmy, a ja poznałem nowych kolegów. Od tego
wszystko się zaczęło.
Tata Rysiek, bo w tej właśnie formie zwracałem się do niego, dla całej
Pragi był po prostu Ryśkiem. On i jego rodzina pochodzili z Warszawy i,
o ile pamiętam, to mieszkali na Bródnie. Tata nigdy nie dopingował mnie
w moich złodziejskich wyczynach, był im przeciwny i wielokrotnie karał
mnie za kolejne odwalone numery. Ale był też realistą, mieszkał na
Pradze, sam zarabiał, łowiąc ryby w mętnej wodzie, a słynny na całą
Polskę Bazar Różyckiego był jego królestwem. Wszyscy go tam znali, a on
tam właśnie wynajdywał swoje ofiary.
No a nawiązując do tych kar, to jak zdarzyło mi się nawywijać, ojciec
stosował wobec mnie nagany - lanie pasem lub sznurem od prodiża na gołą
dupę. Do dziś pamiętam, jak mi kiedyś spuścił taki łomot, że przez dwa
dni nie mogłem siedzieć. Robił to w celu wbicia mi do głowy pewnych
zasad, żebym zrozumiał, co jest dobre, a co złe. Niestety, zawsze byłem
uparty, więc nawet gdy dostawałem od niego ciężkie cięgi, to później i tak musiałem postawić na swoim i znowu wychodziłem na szaber, włam,
no, znowu kradłem. Ale wyciągałem wnioski z niepowodzeń i uczyłem się na
swoich błędach.
Kiedy po całym dniu wałęsania się po Pradze, jakichś kradzieżach, wtedy
jeszcze drobniejszych, wracałem do domu, mama mówiła, że Rysiek się znów
dowiedział o moich wyczynach. Wtedy już wiedziałem, że znów będę mieć
karę i że tata Rysiek zabroni mi wychodzić na dwór - od razu wiedziałem,
że muszę wiać! Kręciłem się wtedy po chałupie, czekając dobrego momentu,
żeby dać dyla. Na gigancie potrafiłem przebywać kilka dni, dopóki się
nie dowiedziałem, że w domu już zapanował spokój i winy mam odpuszczone.
Jak byłem na gigancie, to zazwyczaj sypiałem u kolegów, spałem też po
rozlicznych strychach albo komórkach.
Kiedyś w podwórkach Brzeskiej były takie komórki, gdzie ludzie trzymali
opał czy inne duperele. I zdarzało mi się spać w takich miejscach. Tata
jednak szybko odkrył wszystkie moje kryjówki, a potem zabronił też moim
kolegom i ich rodzicom udzielania mi noclegu. Za każdym razem, kiedy
dawałem nogę, mama z tatą chodzili po mieszkaniach moich kolegów i tam
mnie szukali w pierwszej kolejności. Miejsca noclegowe u kumpli miałem
więc spalone, tata z czasem znał wszystkie komórki, strychy i zakamarki
wymyślane przeze mnie na nocleg. Za każdym razem, kiedy wracałem do
domu, rodzice tłumaczyli mi, żebym tego nie robił, gdyż oni się bardzo o mnie martwią, nie wiedzą, co się ze mną dzieje, i że te moje ucieczki
nie mają najmniejszego sensu. Ja z kolei myślałem, że tymi ucieczkami
zmuszę rodziców do tego, że będę mógł sobie robić, co chcę.
Na gigancie
Któregoś dnia, musiał to być rok 1990, przyjechał do nas z wizytą
dziadek Rajchert, czyli ojciec mamy. Pokłócił się z babcią i musiał u nas przenocować. Jak widać, ucieczki z domu były u nas rodzinne!
Dziadkowie od strony mamy mieszkali w Wawrze i bywałem tam jako dziecko,
bo jeździłem do nich na wakacje. W trakcie tej wizyty u nas na Brzeskiej
dziadek siedział z ojcem przy kuchennym stole i - jak to faceci - pili
sobie do kolacji, aż w końcu narąbali się jak szpadle. I tu dostrzegłem
swoją szansę, bo na nieszczęście dziadka już wcześniej wyczaiłem, że
ma przy sobie dużą kwotę w markach niemieckich. Gdy dziadek z ojcem,
najebani jak szpaki, ledwo już kontaktowali, pomyślałem jako ten gnój:
Po co dziadkowi tyle hajsu, mnie on się przyda zdecydowanie bardziej -
i zajumałem mu cały, jaki przy sobie miał. Poleciałem zaraz na
podwórko i tam zakopałem swoją zdobycz. Po cichutku, jak gdyby nigdy
nic, wróciłem do domu i poszedłem spać.
Rano obudziła mnie dzika awantura. Ojciec chodził po domu jak lew po
klatce, dziadek siedział z nietęgą miną, chyba w szoku. Ojciec nie mógł
sobie darować, że dziadkowi Rajchertowi zginęły pieniądze w domu, w którym go gościł. Nie przypuszczałem wtedy, że to aż tak na grubo
pójdzie, że wybuchnie taka afera. Mama była wściekła, ojcu to para z wściekłości szła uszami - nie wiem, co ja sobie myślałem, kradnąc te
dziadkowe pieniądze! Sądziłem chyba, że pomyślą tak: w trakcie tego ich
picia i wychodzenia na metę po kolejną butelkę po prostu gdzieś te
pieniądze zgubili, ewentualnie, że ktoś im je podwędził, kiedy na
przykład płacili za wódkę. No ale mój ociec był nie w ciemię bity i od
razu podejrzenie padło na mnie - jako najstarszego z braci, w dodatku, o czym też tata co nieco wiedział, coś już tam podkradającego.
Tak oto znalazłem się na pierwszym miejscu na liście podejrzanych.
Wzięli mnie wtedy z mamą w krzyżowy ogień pytań i zaczęli wypytywać, czy
to ja wziąłem te pieniądze, a jeśli tak, to żebym natychmiast się do
tego przyznał. Wyjaśniali, że nigdy, ale to przenigdy nie można okradać
rodziny i, jeśli to zrobiłem, mam natychmiast wskazać miejsce ukrycia
dziadkowych pieniędzy. Byłem uparty i nie miałem zamiaru się przyznawać,
a oni dali mi wtedy spokój. Grałem niewiniątko, zapewniałem, że nie
mógłbym zgolasić własnego dziadka, i zdaje się wypadałem przekonująco,
bo za chwilę usłyszałem, że rodzice kładą za mnie swoje głowy pod topór
i zapewniają dziadka, że ja tych marek na pewno mu nie zabrałem. Jak
zobaczyłem, że rodzice mają łzy w oczach i tak bardzo wierzą w moje
zapewnienia o niewinności, gdy usłyszałem, że gwarantują dziadkowi, że
to nie ja, dotarło do mnie, że zrobiłem coś bardzo, bardzo złego. Od
razu wyszedłem z domu, poleciałem po tę kasę, wykopałem ją i chciałem
natychmiast oddać dziadkowi, ale w tym momencie poczułem, że strasznie
zawiodłem rodziców. I że nawet jeśli wrócę i oddam te pieniądze, wtedy
stanie się jasne, że wszystkich ich okłamałem i naprawdę zarąbałem kasę
własnemu dziadkowi, a to spowoduje, że zwyczajnie pękną im serca. No i niestety siła wyższa podsunęła mi na ten moment, jak mi się zdawało, o wiele lepsze rozwiązanie. Postanowiłem, że ten dziadkowy hajs podrzucę
gdzieś w łazience, że niby on tam cały czas był, tylko diabeł ogonem
przykrył, chociaż wiedziałem, że jak rodzice znajdą tę mamonę, będą od
razu wiedzieli, że to po prostu ja.
Wyjebałem więc na giganta, a to już był ten czas, kiedy ojciec znał te
wszystkie moje kryjówki, więc autentycznie nie miałem się gdzie podziać.
Wyszedłem z domu, pojechałem gdzieś do centrum i szlajałem się po
ulicach. Nie było łatwo, bo to były czasy, kiedy takim samotnym
dzieciakiem nikt się nie przejmował i nie zwracał na niego uwagi. Więc
spałem gdzie popadnie, ale najczęściej na Dworcu Centralnym, w poczekalniach, w których było względnie ciepło. Tam się zawsze trochę
zagrzałem, można też było popatrzeć w telewizor, a jak byłem już za
długo, to wsiadałem w pierwszy lepszy autobus i jeździłem nim od pętli
do pętli. Wtedy to po raz pierwszy zdarzyło mi się zasnąć w autobusie i obudziłem się, dopiero jak jakaś kobieta się nade mną pochylała i coś do
mnie mówiła. Pytała mnie autentycznie przejęta i zmartwiona o to, co ja
tu robię oraz gdzie są moi rodzice. Z oczu dobrze jej patrzyło, a ja
byłem głodny i wyziębiony, więc jak spytała mnie, czy pójdę z nią do jej
domu, gdzie da mi jeść i się wyśpię, postanowiłem, że z nią pójdę. Była
jakoś po trzydziestce i jako jedyna zainteresowała się dzieckiem śpiącym
w autobusie. Mówiła, że ma syna mniej więcej w moim wieku.
Z przebłysków pamięci wyłania mi się ten jej blok z wielkiej płyty,
mieścił się, jak sądzę, na Sadybie. Wjechaliśmy do jej mieszkania windą,
w środku byli mama tej pani i jej syn, który już spał, bo to była późna
godzina. Dostałem tam czyste ubranie, zostałem nakarmiony i wykąpany i ta pani położyła mnie do łóżka z jej synem. Rano jak się obudził, to był
trochę w szoku, co robi obcy chłopiec w jego pokoju. Trochę z nim
pogadałem, na co weszła ta pani, żebyśmy się szykowali, bo zaraz będzie
śniadanie. Znowu się umyłem, zjedliśmy śniadanie, chłopiec szykował się
do szkoły, a ta pani zaczęła mnie wypytywać, co się stało, że jestem na
gigancie. Początkowo myślała, że pochodzę z pijącej rodziny, w której
rodzice non stop się alkoholizują i do tego mnie biją, i że dlatego
uciekłem. Nie chciałem dłużej trzymać jej w niepewności i wszystko jej
opowiedziałem. To była nadzwyczaj dobra osoba, w mig pojęła, co się
stało, i zaczęła mi tłumaczyć, że moi rodzice na pewno umierają ze
strachu o mnie i że odwiezie mnie do nich. Oddała mi moje rzeczy, które
zdążyła wcześniej wyprać i wyprasować, wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy
na Brzeską. A ja się tak, kurwa, bałem tej konfrontacji z rodzicami, że
szok! Zapewniali dziadka o mojej niewinności, a okazało się, że został
okradziony w domu swojej córki i jej męża - przez wnuczka!
Podjechaliśmy pod siódemkę, pokazałem tej pani moje okna. I ona tam ze
mną poszła na górę. Trząsłem się jak osika, gdy nacisnęliśmy dzwonek.
Otworzyła mama... i od razu mnie przytuliła. Zaczęła płakać, tata to
usłyszał i też przyleciał i zaczął mnie tulić. Jak już im trochę
przeszło, zaprosili tę panią do środka, rozmawiali w kuchni, nie wiem, o czym, bo mnie przy tej rozmowie nie było. Wiem tylko tyle od taty, że
rodzice bardzo jej dziękowali, że się mną zaopiekowała i wzięła mnie pod
swój dach. Chcieli pokryć koszty tej opieki, oddać jej za taksówkę, ale
ona nie chciała ani grosza.
Ten jedyny raz w życiu pojawiła się na mojej drodze taka pomocna dłoń,
która zainteresowała się losem dziecka szwędającego się nocą po
opustoszałym mieście. Ja tych ucieczek z domu zaliczałem sporo, bo to
był mój rodzaj buntu, ale ta ucieczka była ostatnią. Wtedy zrozumiałem,
jak bardzo rodzice mnie kochają, bo chociaż zrobiłem coś tak złego, oni
są w stanie mi wszystko wybaczyć. Od tamtej pory już nigdy nie uciekłem
z domu. Nie dostałem nawet klapsa, a ojciec wziął mnie tylko potem na
rozmowę i tłumaczył, że jeśli już muszę coś kraść, to nigdy bliskim i nie we własnym domu! Że nie wolno okradać rodziny, bo każdy, kto chce
kraść, ma do domu przynosić, a nie z niego wynosić - i to jest święta
prawda. Ale podkreślił też, że nie ma jego zgody na to, aby synowie
zajmowali się złodziejstwem i kradli, że są inne sposoby na zarobek.
Wyjaśniał mi, że on tu jest od tego, żeby nam się dostatnio żyło, że
jego w tym głowa, aby wyżywić rodzinę. No i jestem pewien, że gdyby żył,
to poszedłbym w jego ślady i bym nie kradł, ale na pewno nie w takim
zakresie, bo ojciec to szykował mnie na swojego sukcesora.
Rysiek z benkla
Ojca określiłbym dziś jako starego praskiego cwaniaka w najlepszym tego
słowa znaczeniu. Nie do końca wiem, dlaczego ojciec był tak wysoko w hierarchii zbójeckiej i cieszył się takim poważaniem, że nawet Dziad z Wołomina mu się wtedy w pas kłaniał. Jestem zatem pewien, że gdyby tata
żył dłużej, pokazałby mi inną drogę zarobkowania. Ojciec miał wokół
siebie mnóstwo znajomych, przychodzili, a on im coś załatwiał.
Jednym z jego kolegów, z którym robił różne biznesy, był Jakub,
kierownik praskiego oddziału Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Był u nas
częstym gościem. Jak do nas przychodził, to ojciec zamykał się z nim w ostatnim pokoju - nazywaliśmy go "pokoikiem", bo był najmniejszy - i tam
liczyli kartki na paliwo, mięso i co tam jeszcze wtedy na kartki bywało.
Potem mój ojciec z tymi kartkami chodził na bazar i je sprzedawał.
Odkryłem tę jego działalność trochę przez przypadek. Kiedyś odsunąłem
jedną z szuflad regału w dużym pokoju i cała była tymi kartkami
wypchana. Nie wiem, jaka była rola tego Jakuba, czy po prostu razem z ojcem te kartki drukował, czy może miał do nich jakieś dojście. Wiem, że
w czasach, kiedy ludzie o te kartki się zabijali, ojciec z Jakubem nimi
handlowali i część z nich była raczej drukowana po prostu niż skądś
kombinowana. Z Jakubem ojciec załatwiał także ludziom renty. Oczywiście
lewe, no a niekiedy to zapewne ratujące życie. To była jedna z działalności ojca. Druga to biznes, jaki prowadził na Bazarze
Różyckiego.
Wielokrotnie obserwowałem ojca i jego kolegów, jak łapią frajera. Na
Bazarze Różyckiego ojciec stał na benklu, a benkiel to po prasku
grupa oprychów, która oszukiwała przyjezdnych - zazwyczaj, za
przeproszeniem, chamów ze wsi - w tak zwane trzy kolory czy inaczej w trzy karty albo też trzy kółka. Stali tam na bazarku w sześciu lub ośmiu
na tym benklu właśnie i jak tylko zobaczyli wzbierającą w ich kierunku
falę chamów - no przepraszam, że tak ich określam, ale Praga, raz, że
była bezlitosna, dwa, niezbyt tolerancyjna wobec obcych, czyli
niewarszawiaków - to zaczynała się gra.
Na takim charakterystycznym dla tamtych lat koszu na śmieci nazywanym
hasiorem, stawianym do góry dnem, rzucało się na przykład trzema
kółkami. Jeden, głównodowodzący, zaczynał krzyczeć: "Czarna przegrywa,
czerwona wygrywa!". Drugi wówczas rzucał dychę, dołączał kolejny -
oczywiście wszyscy udając, że się nie znają - i na oczach chamów któryś
z nich wygrywał. Ma się rozumieć tylko na pokaz, po to by złapać
jelenia. Cham nie taki głupi i za pierwszym razem nie postawi na
wygraną, na czerwoną kartę czy kulkę. Zaraz też szła druga runda, karty
czy kubki z kulkami w różnych kolorach na stół - i znowu wygrywał jeden
z kolegów ojca, obstawiający, powiedzmy, czarną. No i chamowi już się
oczy zaczynały świecić, gdy widział, że tu się da radę wzbogacić, bo
wygrana była dwukrotnością pieniędzy położonych na tym dnie od kosza. I kiedy cham tak patrzył, to ojciec do niego podbijał wtedy z tekstem:
"Dawaj, pan, postaw! To jest pewne, od patrzenia pan nic nie wygrasz".
Do ojca dołączał kolejny i też rzucał dychę na ten prowizoryczny stół.
Ten, co rzucał, wcześniej krzyczał, że czerwone wygrywa, no i ojciec z dumą podnosił krążek czerwonym do wierzchu - albo kartę, albo w co tam
akurat grali - a ten z benkla wypłacał mu rzekomą wygraną. Ojciec lub
inny z chłopaków dawali chamowi na wabia jakiś banknot, żeby postawił,
no to on zachęcony w ten sposób stawiał, za chwilę wygrywał, no i nie
trzeba być jasnowidzem, żeby się domyślić, że tak złapany jeleń już
sam ochoczo sięgał po portfel i stawiał swoje, oczywiście zdecydowanie
większe pieniądze. Jak połknął haczyk, jest już wiadomo, że było po nim.
Zawsze stawiali na ten sam kolor co naganiacz, myśląc, że przechytrzą
wszystkich. No i to był początek końca, bo taki delikwent wychodził
niemal w samych majtkach po tak zaaranżowanej grze. Nieraz na własne
oczy widziałem, jak kobiety zostawiały tam kolczyki, pierścionki, a nawet obrączki ślubne. Zdarzało się, że taki cham był wyjątkowo ostrożny
i mimo całej pokazówki nadal opierał się przed wyłożeniem gotówki, a benklarze już wiedzieli, że ma kupę szmalu, no to wtedy go po prostu
dziesionowali - czyli napadali i zabierali kasę. Z kolegów ojca z Różyca pamiętam takiego Tadka Flagę i Andrzeja, ale z nazwisk to już
niewielu więcej.
Bywały dni, że łaziłem tam codziennie i podpatrywałem ojca, ale jak jego
koledzy mnie widzieli, informowali tatę:
- Rysiek, twój najstarszy znowu się tu kręci! - no i ojciec nakazywał mi
odwrót do domu.
Ale że ja zawsze byłem uparciuchem, nie szedłem na Brzeską, tylko od
Ząbkowskiej dostawałem się na dach budynku handlarzy i z tego dachu
dalej przyglądałem się pracy ojca. Czasami przychodziłem na bazar, jak
już było po wszystkim, kiedy skończyli te swoje gry, i wtedy tata
pozwalał mi z nimi postać, a ja czułem się dumny jak paw, że mam takiego
ojca. A on mówił wtedy tym benklarzom, że kiedyś przejmę po nim
schedę. Mam po nim na drugie Ryszard.
No a jak już wpadałem po jego pracy, to brał mnie ze sobą do tych
różnych bud, gdzie można było kupić mnóstwo jedzenia, a przede wszystkim
gotowe obiady. Zazwyczaj kupowaliśmy szamę w budzie koło komisu z rzeczami używanymi, gdzie w specjalnych koszach leżały gotowe zestawy
obiadowe. To były moje smaki dzieciństwa - te wszystkie flaczki, pyzy,
kotlety mielone czy schabowe z ziemniakami i kapustą. Tyle lat minęło, a ślinka na wspomnienie od razu mi cieknie... I jak wchodziliśmy tam z tatą na obiad, to te panie, co gotowały, zawsze mnie całowały i mówiły:
- Rysiek, ale ci się syn trafił. Jak dorośnie, to niejedna dziewczyna
będzie za nim biegała.
I jak one mnie tak całowały i tak o mnie miło mówiły, to się strasznie
wstydziłem i czerwieniłem. Nieraz to wręcz chciałem stamtąd uciekać, tak
mnie wstyd zalewał.
Po takim obiedzie wracaliśmy z tatą do domu, a tam na nas czekała mama,
oczywiście także z obiadem! Od progu zaczynała nam nakładać, a my jej,
że teraz nie jesteśmy głodni, więc ona w złość, bo wiedziała, że byliśmy
na Różycu i tam się posililiśmy. Nic to jednak nie dawało, bo i tak
kazała nam ten obiad jeść, a tata mówił, że musimy jej słuchać, bo
inaczej już nigdy nam nie nagotuje. No i wpychaliśmy w siebie
przygotowane przez mamę potrawy, choć byliśmy najedzeni pysznościami z Różyca. Wiadomo, że to mamy strawy zawsze były i będą najpyszniejsze!
Świadomość, że ojciec zajmuje się nielegalną działalnością, miałem
dzięki Różycowi, ale zdarzały się dni, kiedy poznawałem jego znajomych
spoza bazaru i z pracy zdecydowanie innej niż benkiel.
Pierwsze lekcje życia
Któregoś dnia, mogłem mieć wtedy najwyższej osiem lat, a moi bracia to
już w ogóle byli bardzo mali, przyjechał do naszego domu znajomy ojca z dziewczyną. Został u nas w pokoiku przez kilka kolejnych dni. Za wszelką
cenę chciałem się dowiedzieć, po co on się u nas zatrzymał, bo jak już
wspomniałem, byłem dzieckiem krnąbrnym i dość przebiegłym i zawsze, jak
coś się przed nami w domu ukrywało, to po prostu musiałem wiedzieć co.
Okazało się, że ten kolega ojca został postrzelony i u nas się ukrywał,
przechodząc rekonwalescencję pod okiem załatwionego przez tatę lekarza.
Został u nas przez kilka dni, może tydzień. Dziewczyna tego
rekonwalescenta bardzo mnie polubiła, kupowała mi i moim braciom w Baltonie prezenty w postaci gum, czekoladek i orzeszków. Ojciec jak to
zobaczył, mówił do mamy: "Patrz, Maryśka, jak nas zabraknie, to sobie
poradzi. Nie dość, że kazał sobie nakupować tych słodyczy, to jeszcze
braciom załatwił. No cały nasz Żydek, on zawsze da sobie radę".
Ja nawet z tą dziewczyną spałem w przeznaczonym dla nich pokoiku, gdy
kolega taty poczuł się na tyle lepiej, że zaczął wychodzić. Wracał po
nocy, a ja udawałem wtedy, że śpię, ale bardzo chciałem się dowiedzieć,
czemu koleś po postrzale łazi gdzieś nocą. No i raz usłyszałem jego
rozmowę z tą dziewczyną. Okazało się, że oberwał podczas jakiegoś napadu
połączonego z kradzieżą. A że szykowali się do zniknięcia, to nadal
wychodził i kradł, a z każdego szabru zawsze coś tej swojej dziewczynie
przynosił, zazwyczaj jakąś biżuterię. Mój tata te zrabowane rzeczy potem
sprzedawał, bo zajmował się także paserką. Innym razem w tym zajętym
przez parę pokoiku znalazłem pistolet tego człowieka i to był mój
pierwszy kontakt z bronią palną. Wyjąłem ją z małej szafeczki, w której
on trzymał swoje rzeczy, wziąłem do ręki i pierwszy raz ważyłem pistolet
w dłoni. W każdym razie oni nie mieszkali u nas długo, może tydzień,
dwa. Zapamiętałem przede wszystkim to, jak kolega ojca traktował swoją
dziewczynę - jak jej te świecidełka przynosił, jaki był z siebie wtedy
zadowolony, a ona szczęśliwa.
Tata Rysiek zawsze powtarzał, że dla niego rodzina jest najważniejsza.
Za wszelką cenę starał się utrzymywać dobrobyt, bardzo chciał, żeby
mamie, mi i moim małym wówczas braciom niczego nie brakowało. Dlaczego w takim razie - ktoś może zapytać - skoro tak bardzo kochałem tatę, a on
nas, jednak zboczyłem z drogi i już jako dziecko kradłem, kombinowałem i napadałem? Ano może właśnie dlatego, że cała dzielnica kradła i kombinowała... Naprawdę trzeba było być pragoodpornym, żeby tu żyjąc,
ustrzec się przed takim losem. Pewnie gdyby tata dożył naszego wejścia w dorosłość, nie bylibyśmy złodziejami, bo wiele by nas nauczył, wszystko
wyjaśnił, wytłumaczył. I poszedłbym, a wszyscy moi bracia pewnie też, w jego ślady. Był wojskowym i to wysokiego stopnia, spędził w wojsku wiele
lat. A potem założył rodzinę i miał nas - żonę i czwórkę synów, których
bardzo kochał i wychowywał, którymi się opiekował. Moi rodzice zawsze
byli dla mnie najważniejsi i tak jest do teraz, choć dziś żyje tylko
moja mama. Tata odszedł dość wcześnie i to ja, jako najstarszy z braci,
najlepiej go pamiętam i najwięcej z nim przeżyłem. Z naszej czwórki
najmocniej byłem z ojcem związany.
Śmierć taty
Tata zmarł na początku 1992 roku i to mogło stać się przyczyną
wszystkich naszych problemów. Jestem bowiem pewien, że gdyby ojciec
dożył naszej pełnoletności, życie mogłoby wyglądać z deka inaczej. Nie
chcę się tu usprawiedliwiać, że moje złodziejskie życie zaczęło się od
śmierci taty, bo kradłem także, jak jeszcze żył. Natomiast pamiętam, jak
mi powtarzał: "Żydu, jak coś robisz, to rób to tak, żeby jak najmniej
osób o tym wiedziało". No i ta zasada przyświecała mi przez całe moje
bandyckie życie, bo najgorzej to opowiadać o swoich wyczynach czy
zarobkach w szerokim gronie.
Odszedł nagle i do dziś nie umiem się z tym pogodzić. Czuję wyrwę w sercu, bo zupełnie się tego nie spodziewałem. Do dziś przed oczami mam
karetkę, która zabiera tatę do szpitala, odtwarzam, jak ratownicy
medyczni kładą go na noszach starego typu. Karetka też była niezbyt,
nawet jak na tamte czasy, nowoczesna, bo to był fiat 125 p typu kombi.
Tata, leżący na noszach, był zupełnie przytomny, świadomy.
Jak po niego przyjechali, wszyscy w domu wpadli w czarną rozpacz, mama
płakała, ja z braćmi dostaliśmy wręcz spazmów i duszności. Mama nas
uspokajała, że wszystko będzie dobrze, ale nie potrafiłem się uspokoić,
bo niby jak, skoro na moich oczach zabierano ukochaną mi osobę. Przez
pierwsze dni mama powtarzała nam, że z tatą jest coraz lepiej, tylko że
nie możemy go odwiedzić, bo w tym szpitalu, gdzie leży, nie ma odwiedzin
dla dzieci. Łyknęliśmy to. A dzień, w którym dowiedziałem się o taty
śmierci, jest do dziś najgorszym dniem mojego życia.
Z samego rana wpadł do nas wujek i konspiracyjnym szeptem przekazał
mamie tę straszną wiadomość. Rysiek zmarł. Razem siedzieli i płakali w kuchni, a ja ich podsłuchiwałem. Wujek mówił mamie, że musi dać sobie
radę ze względu na chłopaków, że Rysiek nie chciałby, żeby się załamała.
Kiedy tylko usłyszałem z ust wujka, że trzeba zorganizować pogrzeb, to
wpadłem do kuchni jak oparzony i zacząłem się drzeć wniebogłosy, że tatę
to w tym szpitalu zabili! Mama i wujek starali się mnie uspokoić, ale
już nie mogłem być spokojny. Przeżyłem to najbardziej z braci, byłem w takim stanie, że rodzina nie pozwoliła mi pójść na pogrzeb, który odbył
się kilka dni później. Bali się, że coś sobie zrobię, nie wiem, rzucę
się na trumnę ojca, zwyzywam gości. Niewykluczone, że tak właśnie by się
stało. Więc jako najstarszy syn nie uczestniczyłem w ostatniej drodze
ojca. Naprzemiennie płakałem i panikowałem albo dla odmiany zionąłem
agresją - byłem w istnym szale i nie nadawałem się na tę uroczystość.
Wiem, że gdy tatę żegnało bardzo wiele osób, ja siedziałem z kimś w domu. Ze wściekłości i bezradności porozwalałem jakieś wazoniki, które
stały na półce w kuchni, ale tuż przed powrotem mamy wszystkie je z powrotem ułożyłem, żeby dodatkowo się nie martwiła. Już jako starszy
chłopak bardzo często jeździłem na grób ojca zapalić znicz i się
pomodlić, zresztą do dziś pierwsze, co robię, za każdym razem po wyjściu
z więzienia, to jadę go odwiedzić. Siedzę tam sobie i z nim rozmawiam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki