Rzeźbiarz łez - Erin Doom

Kup ebooka

49.99 zł
44.99 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Nowy dom

Chociaż odziana w ból,wciąż pozostawała najpiękniejszą istotą na świecie.

- Chcą cię adoptować.

Nie wierzyłam, że dożyję chwili, kiedy usłyszę te słowa.

Już od dziec­ka pragnęłam tego tak bardzo, że na chwilę ogarnęła mnie wątpliwość, czy aby nie zasnęłam i nie śnię. Znów.

A jednak słowa wcale nie rozlegały się w moich snach.

Głos należał do pani Fridge. Był chrapliwy i zaprawiony ową odrobiną rozczarowania, którego nigdy nam nie oszczędzała.

- Mnie? - wydusiłam z niedowierzaniem.

Spojrzała na mnie i zmarszczyła górną wargę.

- Ciebie.

- Jest pani pewna?

Ścisnęła pióro swoimi pulchnymi palcami, a ja natychmiast skuliłam się pod jej spojrzeniem.

- Czyżbyś ogłuchła? - szczeknęła z irytacją. - A może sądzisz, że to ja ogłuchłam? A może na podwórku nałapałaś powietrza do uszu?

Czym prędzej pokręciłam głową. Ze zdumienia oczy wychodziły mi z orbit.

To niemożliwe. To się nie działo.

Nikt nie chciał nastolatków. Nikt nie chciał starszych, nigdy, za nic... To był potwierdzony fakt. Trochę jak w schronis­ku dla psów: wszyscy chcą szczenięta, bo są słodkie, niewinne, łatwo poddają się tresurze. Nikt nie chce psów, które spędziły w schronis­ku całe życie.

Niełatwo przyszło mi pogodzić się z tą prawdą, w końcu wychowałam się pod tym dachem.

Dopóki jesteś mała, przynajmniej na ciebie patrzą. Później, kiedy powoli dorastasz, patrzenie zmienia się w omiatanie wzrokiem, a ich współ­czucie na zawsze wpisuje cię w te cztery ściany.

Ale teraz... Teraz...

- Pani Milligan chce z tobą chwilę porozmawiać. Czeka na ciebie na dole. Oprowadź ją po ośrodku i spróbuj wszystkiego nie zepsuć. Pohamuj swoją głupawkę, a może przy odrobinie szczęścia uda ci się stąd odejść.

Miałam mętlik w głowie.

Kiedy schodziłam po schodach i czułam, jak moja najładniejsza sukienka ociera mi się o kolana, wciąż jeszcze zastanawiałam się, czy to aby nie kolejna z moich niezliczonych fantazji.

Było jak we śnie. U stóp schodów zobaczyłam przyjazną twarz. ­Należała do nieco posuniętej w latach kobiety, która ścis­kała płaszcz w rękach.

- Cześć - przywitała się z uśmiechem, a ja zauważyłam, że patrzy na mnie, patrzy mi prosto w oczy, co nie spotkało mnie od dawna.

- Dzień dobry... - odparłam cicho.

Powiedziała, że widziała mnie już wcześniej, w ogrodzie, do którego weszła przez furtkę z kutego żelaza. Wypatrzyła mnie wśród niekoszonej trawy. Między liśćmi drzew prześlizgiwały się wstążki światła.

- Jestem Anna - przed­stawiła się, kiedy ruszyłyśmy na przechadzkę.

Miała aksamitny głos, któremu upływające lata nadały łagodny odcień. Wpatrywałam się w nią jak urzeczona. Zastanawiałam się, czy można zostać porażonym przez dźwięk albo przywiązać się do czegoś, co się dopiero usłyszało.

- A ty? Jak ci na imię?

- Nica - odpowiedziałam, starając się opanować emocje. - Mam na imię Nica.

Przyjrzała mi się z zaciekawieniem, a ja tak bardzo chciałam odwzajemnić jej spojrzenie, że nawet nie patrzyłam, gdzie stawiam stopy.

- To naprawdę wyjątkowe imię. Nigdy wcześniej go nie słyszałam, wiesz?

- Tak... - Czułam, że mój głos drży i łamie się z nieśmiałości. - Nadali mi je rodzice. Oni... No tak, byli biologami. "Nica" to taki motyl.

Mamę i tatę pamiętałam naprawdę słabo, jak przez mgłę, jakby stali po drugiej stronie zaparowanej szyby. Gdy zamykałam oczy, a wokół panowała cisza, mogłam zobaczyć ich nieostre twarze przyglądające mi się z drugiej strony.

Kiedy umarli, miałam pięć lat.

Ich miłość była jedną z niewielu rzeczy, które pamiętałam, i jedną z tych, których najbardziej rozpaczliwie mi brakowało.

- To naprawdę urocze imię: Nica. - Obracała moje imię w ustach, jakby chciała posmakować jego brzmienia. - Nica - powtórzyła ostatni raz i delikatnie skinęła głową.

Spojrzała mi w oczy, a ja poczułam, że promienieję. Moja skóra pod jej wzrokiem zdawała się pokrywać złotem, zupełnie jakbym mogła lśnić tylko wtedy, kiedy ktoś na mnie patrzy. To nie była drobnostka. Nie dla mnie.

Cały czas krążyłyśmy po ośrodku. Zapytała, czy długo w nim jestem, odparłam, że w zasadzie tu dorastałam. Dzień był piękny, przechadzałyśmy się po ogrodzie, minęłyśmy pnącza hedery.

- A co właściwie robiłaś wcześniej...? Wtedy, kiedy cię obserwowałam? - Wtrąciła to pytanie w luźną rozmowę, wskazując odległy zakątek porośnięty kępkami wrzosu.

Podążyłam spojrzeniem w miejsce, o które jej chodziło, i nie bardzo wiedząc czemu, odruchowo schowałam dłonie.

"Pohamuj swoją głupawkę" - napomniała mnie pani Fridge, a jej słowa właśnie rozbłysły mi w głowie.

- Lubię przebywać na świeżym powietrzu - powiedziałam powoli. - Lubię... stworzenia, które żyją na podwórku.

- Są tu jakieś zwierzęta? - zapytała nieco naiwnie, ale to moja wina, bo to ja niejasno się wyraziłam.

- Takie małe, tak... - odparłam niejednoznacznie, uważając, by przypadkiem nie rozdeptać świerszcza. - Takie, których często nawet nie dostrzegamy...

Zarumieniłam się, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, ale ona nie dopytywała. Pogrążyłyśmy się wspólnie w lekkiej ciszy, zakłócanej jedynie szwargotem sójek i szeptami dzieci, które obserwowały nas z okna.

Powiedziała, że jej mąż dołączy do nas lada chwila. Żeby mnie poznać - zdawała się sugerować, a ja poczułam w sercu taką lekkość, że mogłabym latać. Gdy zawróciłyśmy do ośrodka, zastanawiałam się, czy mogłabym zabutelkować to uczucie i zachować na zawsze. Ukryć w poszewce poduszki i patrzeć, jak lśni niczym macica perłowa w nocnym półmroku.

Już dawno nie czułam się taka szczęśliwa.

- Jin, Ross, nie ganiajcie - zażartowałam, kiedy dwoje dzieci przebiegło między nami, poruszając moją spódnicą.

Jin i Ross roześmiali się i śmignęli schodami w górę. Stare stopnie zaskrzypiały pod ich stopami.

Kiedy znów spojrzałam na panią Milligan, okazało się, że wciąż mi się przygląda. Jej oczy wpatrywały się w moje, pełgało w nich coś, co przypominało... podziw.

- Masz przepiękne oczy, Nica - stwierdziła tak po prostu. - Wiesz?

Wstyd palił mi policzki, odebrało mi mowę.

- Na pewno słyszałaś to wiele razy. - Subtelnie dodawała mi odwagi, ale prawda była taka, że nie, nikt w Grave nigdy nie powiedział mi niczego takiego.

Najmłodsze dzieci niewinnie pytały, czy widzę kolory tak samo jak wszyscy. Mówili, że mam oczy barwy płaczącego nieba, czyli zas­kakująco jasnoszare, marmurkowe, niezwykłe. Wiedziałam, że wielu ludzi uważa, że są dziwne, ale nikt nigdy nie powiedział, że są piękne.

Od tego komplementu delikatnie zadrżały mi palce.

- Ja... nie... Dziękuję - wybąkałam niezgrabnie, czym wywołałam uśmiech na jej twarzy. Po kryjomu uszczypnęłam się w wierzch dłoni i przyjęłam lekki ból z nies­kończoną radością.

Był prawdziwy. To się działo naprawdę.

Ta pani naprawdę tu była.

Rodzina. Dla mnie... Nowy początek życia poza ośrodkiem, poza Grave...

Zawsze sądziłam, że jeszcze długo pozostanę zamknięta w tych czterech ścianach. Kolejne dwa lata, aż do dziewiętnastych urodzin - w świetle prawa stanu Alabama w tym wieku człowiek stawał się dorosły.

A jednak nie, okazało się, że nie będę musiała czekać na osiągnięcie pełnoletniości. Nie. To koniec moich modłów o to, żeby zjawił się ktoś, kto mnie stąd zabierze...

- Co to takiego? - spytała nagle pani Milligan.

Uniosła głowę i bacznie rozglądała się dokoła.

I wtedy ja też ją usłyszałam - przepiękną melodię. Od spękanego, pomarszczonego tynku odbijały się rozwibrowane, harmonijne, głębokie tony.

Anielska muzyka rozlewała się między ścianami Grave, była urzekająca niczym syreni śpiew. A ja poczułam, że moje nerwy napięły się jak postronki.

Pani Milligan odeszła zafascynowana, podążyła za dźwiękiem. Nie miałam wyjścia - sztywno pomaszerowałam za nią. Zatrzymała się w wejściu do jednej z sal, naszego salonu.

Stanęła jak zaczarowana i wpatrzyła się w źródło tej niewidzialnej wspaniałości. Dźwięki dobiegały ze starego fortepianu ustawionego pod ścianą, trochę zużytego, trochę rozstrojonego, lecz mimo wszystko wciąż zdolnego do gry.

Ale najważniejsze były te dłonie... Te białe dłonie o mocnych nadgarstkach, które ślizgały się miękkimi falami po klawiaturze.

- Kim... - szepnęła po chwili pani Milligan. - Kim jest ten chłopak?

Zacisnęłam palce schowane między fałdami sukienki. Zawahałam się, a on przestał grać.

Ruch ramion zwolnił i ustał. Jego proste, eleganc­kie barki odcinały się na tle ściany.

Później odwrócił się niespiesznie, zupełnie jakby wszystko przewidział, zupełnie jakby wiedział.

Jego głowę otaczała aureola gęstych czarnych jak krucze skrzydła włosów. Twarz była blada, żuchwa ostro zarysowana, oczy wąs­kie i ciemniejsze niż węgiel.

I jeszcze to coś, ten zabójczy urok. Magiczne piękno, białe wargi i subtelnie rzeźbione rysy sprawiły, że pani Milligan zaniemówiła.

Spoglądał na nas przez ramię, kosmyki włosów opadały mu aż do wysokich kości policzkowych, patrzył spod oka, jego oczy lśniły. Zadrżałam, byłam pewna, że się uśmiechnął.

- To Rigel.

Zawsze najbardziej ze wszystkiego pragnęłam mieć rodzinę.

Modliłam się, żeby ktoś mnie zechciał, ktoś spoza ośrodka, ktoś, kto byłby gotów zabrać mnie ze sobą, dać mi możliwości, jakich nigdy nie miałam.

To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.

Choć ciągle o tym myś­lałam, wciąż to do mnie nie docierało. A może... wcale nie chciałam, żeby to do mnie dotarło...

- Wszystko w porządku? - zapytała pani Milligan.

Siedziała obok mnie z tyłu.

- Tak... - wydusiłam z wysiłkiem i zmusiłam się do uśmiechu. - W jak największym porządku.

Zacisnęłam dłonie na kolanach, ale tego nie zauważyła. Zaraz znów zaczęła się rozglądać, co chwila pokazywała mi coś za oknem, a krajobraz przemykał wokół nas.

Mimo wszystko słuchałam jej jednym uchem.

Powoli skierowałam wzrok na odbicie w lusterku. Grzywa czarnych włosów mus­kała zagłówek obok fotela kierowcy, który zajmował pan Milligan.

On wyglądał na zewnątrz, niezainteresowany, opierał łokieć o drzwi, głowę o kostki dłoni.

- Tam dalej jest rzeka - powiedziała pani Milligan, ale jego czarne oczy pod ciemnymi rzęsami nie podążyły we wskazanym kierunku, martwy wzrok omiatał krajobraz.

Nagle jego źrenice odnalazły moje, zupełnie jakby usłyszał moją myśl.

Nasze oczy spotkały się w lustrzanym odbiciu, przeszył mnie wzrokiem, a ja pospiesznie spuściłam głowę.

Skupiłam się z powrotem na słowach Anny, mrugałam i z uśmiechem kiwałam głową, ale wciąż czułam tamto spojrzenie, które rozcinało powietrze, mknęło przez samochód i nie dawało mi spokoju.

Po kilku godzinach auto wreszcie zwolniło i wjechało w zacienioną przez drzewa dzielnicę.

Milliganowie mieszkali w niewielkim ceglanym domu, jednym z wielu identycznych. Okalał go biały płot ze skrzynką na listy i wiatraczkiem zamocowanym wśród gardenii.

W małym ogrodzie z tyłu domu rosło drzewko brzoskwiniowe. Wyciągnęłam szyję, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Bardzo zainteresował mnie ten zielony zakątek.

- Ciężko? - zapytał pan Milligan, kiedy podniosłam karton ze swoim skromnym dobytkiem. - Pomóc wam?

Pokręciłam głową, mile połechtana jego uprzejmością, a on poprowadził nas dalej.

- Chodźcie. Aha, ścieżka jest nieco wyboista... Uważajcie na tę wystającą cegłę. Jesteście głodni? Zjecie coś?

- Daj im najpierw zostawić rzeczy - upomniała go Anna spokojnie.

Pan Milligan poprawił okulary na nosie.

- Ach, oczywiście, oczywiście. Pewnie jesteście zmęczeni, co? Chodźcie...

Otworzył drzwi wejściowe. Przed progiem leżała wycieraczka z napisem "Home" i kiedy ją zobaczyłam, serce zabiło mi mocniej.

Anna miękko skinęła głową.

- Wchodź śmiało, Nica.

Postawiłam długi krok i znalazłam się w wąs­kim przed­sionku.

Pierwsze, co mnie uderzyło, to zapach.

Nie śmierdziało pleśnią jak w pokojach w Grave ani wilgocią, która zostawiała plamy na naszych sufitach.

Ten zapach był szczególny, pełniejszy i jakby... swojski. Było w nim coś wyjątkowego. Zorientowałam się, że tak samo pachniała Anna.

Rozejrzałam się po salonie i oczy mi rozbłysły. Tapety zdawały się nieco podniszczone, tu i ówdzie na ścianach dało się dostrzec resztki sztukaterii. Na stoliku dostrzegłam serwetę i misę na klucze. Każdy element wystroju był tak związany z życiem właścicieli, miał w sobie coś tak osobistego, że na chwilę zamarłam w progu, niezdolna postawić kolejnego kroku.

- Trochę tu ciasno. - Pan Milligan zawstydził się i podrapał po głowie, ale ja nawet go nie słuchałam.

O Boże... Jest idealnie.

- Sypialnie są na górze. - Anna wspięła się wąs­kimi schodami na piętro, a ja skorzystałam z okazji i zerknęłam ukradkiem na Rigela.

Niósł swój karton pod pachą i rozglądał się spode łba. Jego nieprzeniknione spojrzenie ślizgało się z kąta w kąt.

- Klaus! - zawołał pan Milligan, szukając kogoś wzrokiem. - Gdzie on się znów podział?

Słyszałam, jak się oddala, kiedy szliśmy po schodach.

Zajęliśmy dwie sypialnie.

- Kiedyś to był nasz drugi salon - wyjaśniła Anna, otwierając drzwi pokoju, który miał przypaść mnie. - Ale później zrobił się z tego pokój gościnny. Wiesz, na wypadek gdyby przyszedł jakiś znajomy... - Zawahała się i zamilkła na moment. Zamrugała, po czym zmusiła się do uśmiechu. - Nieważne... Tak czy inaczej, teraz jest twój. Podoba ci się? Gdybyś chciała coś zmienić, przestawić, czy ja wiem...

- Nie... - wyszeptałam, stojąc w progu pokoju, który wreszcie mogłam nazwać swoim.

Już nie wspólna sypialnia, nie rolety, przez które o świcie wpadało poszatkowane światło. Już nie lodowata, zakurzona posadzka, mysioszare ściany.

To był skromny pokoik z pięknym parkietem i wysokim lustrem w ramie z kutego żelaza w dalszym kącie. Przez otwarte okno wpadał wiatr, miękko wzdymał lniane zasłony. Czyste białe prześcieradło leżało na ciepłobordowej narzucie. Podeszłam, wciąż z kartonem pod pachą, i machinalnie zaczęłam gładzić jasny rożek. Sprawdziłam, czy pani Milligan już sobie poszła, po czym szybko kucnęłam, żeby powąchać pościel. Moje nozdrza wypełnił świeży, odurzający zapach prania. Zamknęłam oczy i zaciągnęłam się nim głęboko.

Jak dobrze...

Rozejrzałam się. Wciąż nie docierało do mnie, że mam dla siebie tyle miejsca. Odłożyłam karton na komodę, otworzyłam i zanurzyłam w nim rękę do samego dna. Wyciągnęłam pluszaka, gąsienicę, lekko poszarzałą i złachaną - jedyną pamiątkę po mamie i tacie - i ułożyłam ją na samym środku poduszki.

Wpatrywałam się w jasiek lśniącymi oczami.

Jest mój...

Przez następnych kilka chwil układałam w różnych miejscach tych parę rzeczy, które przywiozłam ze sobą. Po kolei rozwiesiłam koszulki na wieszakach, swój powyciągany sweter, spodnie. Sprawdziłam skarpety, te najbardziej dziurawe wepchnęłam na sam tył szuflady z nadzieją, że nikt ich nie znajdzie.

Wychodząc, rzuciłam ostatnie spojrzenie na swój pokój. Zastanawiałam się, czy zapach, który unosił się w powietrzu, wkrótce stanie się moim zapachem. Miałam nadzieję, że tak.

- Na pewno nie chcecie nic zjeść? - zapytała Anna z wyczekującym spojrzeniem. - Może coś na szybko?

Podziękowałam i odmówiłam. Po drodze zrobiliśmy przystanek w fast foodzie i wciąż czułam się pełna.

Ale ona zdawała się nieprzekonana. Przyglądała mi się przez chwilę, po czym przeniosła spojrzenie za moje plecy.

- A ty, Rigel? - próbowała. - Dobrze to wymawiam? Rigel, tak? - powtórzyła, jakby odczytywała napis.

Rigel skinął głową, po czym podobnie jak ja odrzucił propozycję.

- Okej... - Anna się poddała. - W każdym razie mamy ciasteczka, a w lodówce jest mleko. Jeśli chcecie teraz odpocząć... Aha, nasz pokój to ten na samym końcu korytarza. Gdybyście czegoś potrzebowali...

Przejmowała się.

Przejmuje się - zrozumiałam, a moje serce lekko zadrżało. Przejmuje się mną, czy jem, czy nie jem, czy czegoś mi trzeba...

Naprawdę ją to interesowało, nie tylko dlatego, żeby zaliczyć wyrywkowe kontrole opieki społecznej, jak to robiła pani Fridge, kiedy kazała nam się odszorować i napełnić brzuchy, zanim pokazaliśmy się kontrolerom.

Nie. Ją naprawdę to obchodziło...

Kiedy schodziłam z powrotem na dół, przesuwając palcami po całej długo­ści poręczy, zaświtało mi w głowie, żeby może w środku nocy zjeść ciastka przy kuchennym blacie, tak jak to pokazywali w filmach, które podglądaliśmy przez szparę w drzwiach, kiedy pani Fridge zasypiała w fotelu.

Podskoczyłam, gdy za moimi plecami rozległy się kroki.

U szczytu schodów pojawił się Rigel. Skręcił i odwrócił się do mnie plecami, ale z jakiegoś powodu byłam przekonana, że mnie zauważył.

Momentalnie przypomniałam sobie, że on także znajduje się w tym precyzyjnie haftowanym obrazku.

I że ta nowa rzeczywistość, tak piękna i wyczekiwana, to nie tylko słodycze, ciepło i zachwyty. Nie: gdzieś głębiej miała też swoją ciemniejszą stronę, jakby wypalony margines, ś­lad po papierosie.

- Rigel.

Wyszeptałam jego imię zupełnie odruchowo, jak gdyby wyrwało mi się z ust, zanim zdążyłam je powstrzymać. Zatrzymał się na środku pustego korytarza, a ja bąknęłam niepewnie:

- Teraz... kiedy jesteśmy...

- Teraz, kiedy jesteśmy... co? - zapytał w ten przewrotny, ale delikatny sposób, który sprawił, że na moment się zawahałam.

- Teraz, kiedy jesteśmy tu razem - ciągnęłam, wpatrując się w jego plecy - chciałabym, żeby to się dobrze ułożyło.

Żeby to wszystko dobrze się ułożyło, mimo że on też tu był, a ja nie mogłam na to nic poradzić. On, ten wypalony ś­lad na subtelnym hafcie. Modliłam się, żeby nie spopielił całego obrazka... Na moment zalała mnie rozpacz, tak bardzo pragnęłam, żeby ten koronkowy sen się nie rozwiał.

Zamarł na ułamek sekundy. Później, bez słowa, poszedł dalej. Podszedł do drzwi swojego pokoju, a ja poczułam, że moje ramiona opadają jeszcze niżej.

- Rigel...

- Nie wchodź do mojego pokoju - wypalił. - Ani teraz, ani nigdy.

Spojrzałam na niego z obawą. Czułam, że moja prośba o wykazanie dobrych chęci spełzła na niczym.

- To groźba? - spytałam cicho, gdy nacis­kał klamkę.

Otworzył drzwi, ale znów się zatrzymał. Odwrócił głowę i spojrzał na mnie przez ramię. Zanim wszedł do środka, zdążyłam dostrzec jego szpiczastą żuchwę i złowróżbny uśmiech.

Ten uśmiech był dla mnie jak wyrok.

- To tylko dobra rada, ćmo.

2

Zaginiona baśń

Przeznaczenie bywa niekiedyukrytą ścieżką.

Mój ośrodek nazywał się Sunnycreek Home.

Wznosił się na końcu zniszczonej ślepej uliczki, na obrzeżach małego miasteczka na południu kraju. Dawał schronienie dzieciom, którym się nie poszczęściło, takim jak ja. Nigdy nie słyszałam, żeby ktokolwiek z nas użył jego oficjalnej nazwy.

Między sobą wszyscy mówili o ośrodku "Grave", "grób", i szybko zrozumiałam dlaczego. Ktokolwiek tu wylądował, zdawał się skazany na upodobnienie się do uliczki, przy której stał Grave: kończył zniszczony i bez wyjścia.

W Grave czułam się jak za kratami więzienia.

Całymi latami codziennie marzyłam, żeby pojawił się ktoś, kto mnie stamtąd zabierze. Żeby spojrzał mi w oczy i wybrał mnie, właśnie mnie spośród wszystkich dzieci z ośrodka. Żeby chciał mnie taką, jaka jestem, choć wcale nie jestem wyjątkowa. Ale nikt nigdy mnie nie wybrał. Nikt nigdy mnie nie chciał, nikt nigdy nie zwrócił na mnie uwagi... Zawsze byłam niewidzialna.

Nie to co Rigel.

On, w przeciwieństwie do wielu z nas, nie stracił rodziców. Jego rodziny nie spotkała żadna katastrofa, kiedy był mały.

Znaleźli go przed furtką do ośrodka, był w wiklinowym koszu, bez żadnego liściku, bez imienia, porzucony pośród nocy, pozostawiony pod opieką gwiazd, potężnych uśpionych gigantów. Miał niecały tydzień.

Nadali mu imię "Rigel", po najjaśniejszej gwieździe z konstelacji Oriona, która tego wieczoru skrzyła niczym pajęczyna z diamentów na czarnym aksamicie. Pozostałą część pustki w jego danych osobowych wypełnili nazwis­kiem "Wilde".

Dla nas to było tak, jakby się tam urodził. Nawet jego wygląd zdawał się to zdradzać: po tamtej nocy została mu skóra jasna jak księżyc, ciemne, pewne oczy kogoś, kto nigdy nie bał się mroku.

Od samego początku Rigel był oczkiem w głowie Grave.

"Dziecię gwiazd" - tak nazywała go wychowawczyni, która zajmowała się nami przed panią Fridge. Uwielbiała go tak bardzo, że nauczyła go grać na pianinie. Spędzała z nim całe godziny, okazywała mu cierpliwość, której nie wystarczało jej dla nikogo z nas, i nuta za nutą zmieniała go w tego nies­kazitelnego chłopca, rozkwitającego wśród szarych ścian ośrodka.

Dobry i mądry Rigel z tymi swoimi dos­konałymi ząbkami, z zawsze dobrymi stopniami, z cukierkami, które wychowawczyni ukradkiem dawała mu przed kolacją.

Każdy by chciał takie dziec­ko.

Ale ja wiedziałam, że jest inaczej. Nauczyłam się patrzeć w głąb, pod uśmiechy, pod jasne usta, pod maskę perfekcji, którą pokazywał ludziom.

Rigel, który nosił w sobie noc, skrywał w szczelinach swej duszy ciemność, z której go wydarto.

Zawsze zachowywał się w stosunku do mnie dziwnie.

Nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć.

Zupełnie jakbym zrobiła coś, czym zasłużyłam sobie na takie traktowanie, na milczenie, w jakim od dziec­ka obserwował mnie z oddali. To zaczęło się pewnego dnia, który niczym nie różnił się od pozostałych, nie pamiętam, kiedy dokładnie. Podszedł i mnie przewrócił, a ja zdarłam sobie kolana. Podciągnęłam nogi do piersi, żeby otrzepać się z trawy, ale kiedy podniosłam wzrok, nie dostrzegłam na jego twarzy ani ś­ladu skruchy. Stał w cieniu spękanej ściany i wbijał we mnie spojrzenie.

Rigel szarpał mnie za ubrania, ciągał za włosy, rozwiązywał kokardy, którymi ozdabiałam fryzury; wstążki opadały u jego stóp jak martwe motyle. Spod wilgotnych rzęs widziałam okrutny uśmiech, który rozcinał jego wargi. Potem uciekał.

A przy tym nigdy nie dotknął mojego ciała.

Przez te wszystkie lata jego dłoń ani razu nawet mnie nie musnęła. Ubranie, włosy... Popychał mnie i szarpał, moje rękawy robiły się coraz bardziej porozciągane, ale nigdy nie zostawił żadnego ś­ladu na mojej skórze, jakby nie chciał zostawić na mnie dowodu swojego przewinienia. Może to moje piegi tak go drażniły. Może tak bardzo mną gardził, że nie chciał mnie nawet dotknąć.

Rigel spędzał większość czasu w samotności, rzadko szukał towarzystwa innych dzieci.

Pamiętam, jak kiedyś - mieliśmy wtedy może po piętnaście lat - do ­Grave przyszedł nowy chłopak. Blondasek, kilka tygodni później miał zostać przeniesiony do rodziny zastępczej. Błys­kawicznie spiknął się z Rigelem. Ten nowy był jeszcze gorszy niż on, jeśli to w ogóle możliwe. Podpierali niszczejące ściany, Rigel stał ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, wargami wykrzywionymi jak jakiś bazgroł, a w jego oczach połys­kiwało złośliwe rozbawienie. Nigdy nie widziałam, żeby się o cokolwiek kłócili.

Ale któregoś dnia chłopak pojawił się na kolacji z podbitym okiem i spuchniętym policzkiem. Pani Fridge zmierzyła go ponurym spojrzeniem i grzmiącym głosem spytała, co mu się, u diabła, stało.

- Nic - wymamrotał, nie podnosząc wzroku znad talerza. - Przewróciłem się w szkole.

Ale to nie było "nic", czułam to. Kiedy uniosłam wzrok, zauważyłam, że Rigel pochyla głowę, żeby nikt nie mógł zobaczyć wyrazu jego twarzy. Uśmiechał się. Na jego perfekcyjnej masce niczym pęknięcie pojawił się niemal niewidoczny grymas.

A im szerszy stawał się jego uśmiech, tym większe biło od niego piękno, choć wolałabym nigdy tego nie przyznawać.

Wcale nie był słodki, łagodny i miły.

O nie...

Rigel miał płomienny wzrok, przyciągał uwagę jak szkielet płonącego budynku lub wrak samochodu na poboczu autostrady. Był piękny w okrutny sposób, a im bardziej starałaś się na niego nie patrzeć, tym silniej jego przewrotny czar zostawał ci pod powiekami, wcis­kał się pod skórę, rozlewał jak plama, wnikał w twoje ciało.

Taki był: magiczny, samotny, podstępny.

Wcielony koszmar z twoich najsekretniejszych snów.

Kiedy obudziłam się tamtego ranka, czułam się jak w bajce.

Czysta pościel, ładny zapach, materac bez uwierających sprężyn. Nie mogłam sobie wymarzyć niczego więcej.

Usiadłam z oczami pełnymi słodkiej senności. Miałam własny pokój, co napełniało mnie takim spokojem, że przez moment czułam się szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Lecz chwilę później pojawiła się myśl jak ciemna chmura, przypomniałam sobie, że należy mi się tylko połowa tej bajki. Był jeszcze ten czarny zakątek, spalenizna, której nijak nie można było się pozbyć...

Lekko potrząsnęłam głową. Przycisnęłam nadgarstki do oczu, żeby odepchnąć te myśli.

Nie chciałam ich w głowie. Nie zamierzałam pozwolić, żeby ktokolwiek mi to wszystko zepsuł. Nawet on.

Znałam procedury zbyt dobrze, by łudzić się, że znalazłam dom już na stałe.

Wszyscy zdawali się uważać, że adopcja działa jak spotkanie z zawsze szczęśliwym zakończeniem, że kilka godzin po takim spotkaniu odstawiają cię do domu twojej nowej rodziny, której częścią stajesz się z automatu.

Tymczasem to wcale tak nie działało. Tak wyglądało to wyłącznie wtedy, kiedy chodziło o szczeniaki.

Prawdziwa adopcja była o wiele dłuższą procedurą. Najpierw należało odbyć okres próbny u nowej rodziny, żeby sprawdzić, czy wspólne życie jest w ogóle możliwe i czy relacje układają się poprawnie. Nazywało się to opieką przed­adopcyjną. Często na tym etapie okazywało się, że niedopasowanie i różne problemy uniemożliwiają harmonijne funkcjonowanie pod jednym dachem. To był czas dla rodziny na podjęcie decyzji, czy kontynuować procedurę, czy nie. Bardzo ważny etap. Jeśli wszystko zapowiadało się dobrze i nie stwierdzano żadnych zgrzytów, rodzice podpisywali dokumenty i potwierdzali adopcję.

I właśnie dlatego jeszcze nie mogłam myśleć o sobie jako o pełnoprawnej członkini tej rodziny. Pierwszy raz żyłam w pięknej, lecz kruchej bajce, która mogła w moim uścis­ku prysnąć jak kruche szkło.

Będę dzielna - obiecałam sobie po raz kolejny. Będę dzielna i cała ta historia dobrze się skończy. Zrobiłabym wszystko, żeby się udało. Wszystko...

Zeszłam na parter. Byłam zdeterminowana, nie zamierzałam nikomu pozwolić zepsuć mi tej szansy.

Dom był mały, więc bez trudu namierzyłam kuchnię. Dobiegały z niej głosy, więc z wahaniem skierowałam się w jej stronę.

Kiedy stanęłam w progu, aż odebrało mi mowę.

Państwo Milliganowie siedzieli przy stole w piżamach i przydeptanych kapciach.

Anna śmiała się, jej palce głas­kały parującą filiżankę, a pan Milligan przesypywał płatki do ceramicznej miseczki, na twarzy miał zaspany uśmiech.

Pomiędzy nimi na samym środku siedział Rigel.

Jego czarne włosy uderzyły mnie jak cios pięścią, siniec w samej źrenicy. Musiałam kilka razy zamrugać, żeby się upewnić, czy sobie tego nie wyobrażam. Opowiadał coś z łagodnie opuszczonymi ramionami, rozczochrane kosmyki okalały mu twarz.

Państwo Milliganowie wpatrywali się w niego, oczy im lśniły, nagle jedno­cześnie wybuchli śmiechem, kiedy Rigel powiedział jakieś szczególne zdanie. Ich lekki śmiech dźwięczał mi w uszach, czułam się tak, jakbym opuściła swoje ciało i obserwowała wszystko z innego świata.

- O, Nica! - zawołała Anna. - Dzień dobry!

Lekko wzruszyłam ramionami. Wpatrywali się we mnie, a ja z jakiegoś powodu poczułam się jak piąte koło u wozu, choć przecież dopiero co do nich przyjechałam, choć prawie ich nie znałam, bo to ja powinnam być tam, gdzie był on.

Czarne oczy Rigela podniosły się na mnie. Znalazły mnie i wcale nie musiały mnie szukać, zupełnie jakby już wiedział, i przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że kąciki jego ust unoszą się w okrutnym grymasie. Przechylił głowę i posłał mi anielski uśmiech.

- Dzień dobry, Nica.

Poczułam lodowate muśnięcie na skórze. Nie drgnęłam. Nie zdołałam odpowiedzieć, zimne przerażenie zamykało mnie w coraz silniejszym uścis­ku.

- Wyspana? - Pan Milligan odsunął krzesło, żebym usiadła. - Chodź, zjesz śniadanie.

- Właśnie się trochę zapoznajemy - powiedzieli, a ja przeniosłam spojrzenie z powrotem na Rigela, który uważnie mi się przyglądał.

Tworzył z państwem Milliganami dos­konały obraz.

Usiadłam zrezygnowana. Pan Milligan napełnił szklankę Rigela, ten uśmiechnął się w odpowiedzi. Czuł się zupełnie swobodnie, przez co ja czułam się tak, jakbym siedziała na igłach.

Będę dzielna. Patrzyłam na pana i panią Milliganów - siedzieli naprzeciwko mnie - którzy wymienili parę słów, a w głowie migotało mi niczym szkarłatna błys­kawica: Będę dzielna, będę dzielna, będę dzielna, słowo daję...

- Jak tam, jak nastawienie na ten pierwszy dzień? - zapytała Anna. - Są nerwy?

Chciałam zepchnąć swoje lęki w najdalszy kąt, ale czułam, że stawiają opór.

- Och... Nie... - Próbowałam się nieco rozluźnić. - Nie boję się... Zawsze lubiłam szkołę.

To prawda.

Szkoła była jednym z nielicznych powodów, dla których wypuszczali nas z Grave. Całą drogę z ośrodka do szkoły publicznej szłam zawsze z nosem zadartym do góry, przyglądałam się chmurom i wyobrażałam sobie, że jestem taka sama jak wszyscy. Marzyłam, żeby wsiąść do samolotu i odlecieć ku odległym, wolnym światom.

To były... jedne z rzadkich chwil, kiedy niemal potrafiłam się poczuć normalnie.

- Zadzwoniłam już do sekretariatu - poinformowała nas Anna. - Pani dyrektor przyjmie was od razu. Zgodziła się zapisać was do szkoły i zapewniła, że będziecie mogli bez zwłoki zacząć chodzić na lekcje. Wiem, że to wszystko toczy się bardzo szybko, ale... Wierzę, że wyjdzie na dobre. Możecie złożyć podanie o przydział do tej samej klasy, jeśli chcecie - dodała.

Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, miała taką ufną minę, że z wysiłkiem powściągnęłam niepokój.

- Och... Tak. Dziękuję.

Poczułam na sobie czyjś wzrok. Uniosłam głowę. To Rigel wbijał we mnie intensywne spojrzenie. Jego głębokie, wąs­kie oczy połys­kiwały spod łuków brwi. Wpatrywał się prosto w moją twarz.

Odwróciłam się jak oparzona. Poczułam przemożną potrzebę ucieczki. Powiedziałam, że muszę się ubrać, wstałam od stołu i wyszłam z kuchni.

Kiedy odgradzałam się od niego kolejnymi ścianami, poczułam, że coś ścis­ka mi żołądek, że tamto spojrzenie skaziło moje myśli.

- Będę dzielna - szepnęłam sama do siebie, skulona. - Będę grzeczna, obiecuję.

Ze wszystkich ludzi na świecie on był ostatnim, z którym chciałabym tam być.

Czy kiedykolwiek nauczę się traktować go obojętnie?

Nowa szkoła mieściła się w szarym prostokątnym budynku.

Pan Milligan zatrzymał samochód, tuż przed maską przebiegł jakiś chłopczyk, który spieszył się na lekcje. Pan Milligan poprawił grube okulary na nosie i niezdarnie oparł ręce o kierownicę, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. Odkryłam, że lubię się przyglądać jego minom. Miał łagodny charakter, był niezgrabny i pewnie dlatego budził we mnie taką empatię.

- Anna przyjedzie was odebrać.

Mimo wszystko poczułam, że moje serce zabiło radośniej na myśl, że ktoś będzie czekał na mnie przed szkołą, ktoś, kto zawiezie mnie do domu. Kiwnęłam głową z tylnego siedzenia. Na kolanach trzymałam wysłużony tornister.

- Dziękuję, panie Milligan.

- Och, możesz... możecie mówić do mnie Norman - powiedział, kiedy wysiadaliśmy, a jego uszy lekko się zaczerwieniły.

Stałam i patrzyłam, jak samochód znika w głębi ulicy, gdy usłyszałam za plecami czyjeś kroki.

Odwróciłam się i zobaczyłam, że to Rigel samotnie ruszył ku wejściu.

Odprowadziłam wzrokiem jego smukłą sylwetkę o szerokich barkach. Zawsze poruszał się luźno i pewnie. Było coś hipnotycznie naturalnego w sposobie, w jaki chodził, precyzyjnie stawiając kroki, jakby ziemia specjalnie układała się pod jego stopami.

Weszłam za nim, ale przypadkiem zahaczyłam się ramiączkiem o klamkę. Wytrzeszczyłam oczy, szarpnęłam się w tył i wylądowałam prosto na kimś, kto akurat szedł za mną.

- Co jest, kurde? - Usłyszałam, odwracając się. Jakiś chłopak odsunął się z irytacją. W ręku ścis­kał kilka książek.

- Przepraszam - szepnęłam cicho, a jego przyjaciel klepnął go w ramię.

Założyłam włosy za uszy, ale kiedy nasze spojrzenia się spotkały, chłopak chyba zmienił zdanie na mój temat. Z jego twarzy zniknęła irytacja, a on sam zamarł, jakby porażony moim spojrzeniem.

W następnej sekundzie, ni z tego, ni z owego, wypuścił książki, które trzymał w ręku.

Leżały w rozsypce u jego stóp, a ponieważ się po nie nie schylił, ja to zrobiłam.

Podałam mu je, bo czułam się winna, w końcu na niego wpadłam. Okazało się, że cały czas się na mnie gapi.

- Dzięki... - Uśmiechnął się powoli i zmierzył mnie wzrokiem w taki sposób, że aż się zaczerwieniłam, co najwyraźniej uznał za zabawne lub intrygujące.

- Jesteś nowa? - zapytał.

- Chodź, Rob - popędził go kolega. - Już i tak jesteśmy kurewsko spóźnieni.

Zdawało się, że Rob nie zamierza nigdzie iść, a ja poczułam coś jakby ukłucie w potylicę, jakby jakaś igła przeszywała powietrze za moimi plecami.

Spróbowałam się z tego otrząsnąć. Zrobiłam krok w tył i z wciąż spuszczoną głową wymamrotałam:

- Ja... muszę już iść.

Sekretariat znajdował się całkiem niedaleko, dotarłam tam więc chwilę później. Zauważyłam, że drzwi są otwarte. Weszłam z nadzieją, że nie kazałam na siebie czekać sekretarce. Dopiero kiedy przekroczyłam próg, zauważyłam obecność jakiejś postaci z boku.

Prawie podskoczyłam.

Rigel opierał się o ścianę, ramiona skrzyżował na piersi. Jedną nogę zgiął tak, że dotykała ściany podeszwą, do tego lekko pochylał głowę i wbijał wzrok w podłogę.

Zawsze był sporo wyższy od innych chłopaków i znacznie bardziej onieśmielający, ale nie potrzebowałam takich usprawiedliwień, żeby błys­kawicznie odsunąć się od niego o krok. Przerażało mnie w nim dosłownie wszystko, i wygląd, i to, co w głębi.

Czemu stał tuż za progiem, skoro na drugim krańcu poczekalni miał do dyspozycji cały rząd krzeseł?

- Pani dyrektor może was już przyjąć.

Sekretarka wychyliła się z gabinetu, co wyrwało mnie z zamyślenia.

- Wejdźcie.

Rigel odkleił się od ściany i mnie minął, nawet na mnie nie spojrzał. Weszliśmy do gabinetu i sekretarka zamknęła za nami drzwi. Pani dyrektor, młoda, ładna i surowa kobieta, poprosiła, żebyśmy usiedli na krzesłach stojących przed jej biurkiem. Przekartkowała nasze teczki i zadała nam kilka pytań o program dydaktyczny realizowany w naszej starej szkole. Kiedy przeszła do teczki Rigela, jej treść najwyraźniej mocno ją zaintrygowała.

- Zadzwoniłam do waszego ośrodka... - oznajmiła. - Prosiłam o informacje dotyczące waszych wyników w nauce... Przyjemnie mnie pan zas­koczył, panie Wilde. - Uśmiechnęła się, przewracając stronę. - Wysokie stopnie, zachowanie bez zarzutu, żadnej fałszywej nuty. Prawdziwy wzorowy uczeń. Pań­scy nauczyciele nie szczędzili panu pochwał. - Unios­ła zadowolone spojrzenie. - To będzie przyjemność gościć pana u nas, w Burnaby.

Zastanawiałam się, czy to możliwe, że się myli, że te wszystkie pochwały nie odzwierciedlają rzeczywistości, bo nauczyciele nigdy nie zdołali spojrzeć w głąb. Zresztą tak samo jak wszyscy inni.

Tak bardzo chciałam znaleźć w sobie dość siły, żeby potrafić to z siebie wydusić.

Ale Rigel zrobił tę swoją minę, która tak bardzo mu pasowała, i uśmiechnął się, a ja nie mogłam uwierzyć, że nikt nie dostrzega, że całe to ciepło nigdy nie obejmuje jego oczu. Że jego oczy zawsze pozostają ciemne i nieprzeniknione, nawet kiedy połys­kują jak sztylety.

- Przed­stawiciele uczniów odprowadzą was do waszych klas - powiedziała dyrektorka. - W razie czego możecie poprosić o umieszczenie w tej samej klasie, jeśli chcecie. Od jutra bylibyście razem.

Miałam nadzieję, że unikniemy tej kwestii. Zacisnęłam palce na krawędzi krzesła i pochyliłam się, ale Rigel był szybszy.

- Nie.

Zamrugałam szybko i spojrzałam na niego. Rigel posłał mi uśmiech, kosmyk włosów mus­kał jego ciemną brew.

- Nie trzeba.

- Na pewno? Później nie będzie się już dało tego odkręcić.

- Och, tak. Spędzimy jeszcze dość czasu razem.

Ponieważ milczałam, dyrektorka podsumowała:

- Dobrze. A zatem możecie iść na lekcje. Chodźcie za mną.

Oderwałam wzrok od Rigela. Wstałam, podniosłam plecak i podążyłam za nią.

- Czekają tu na was dwie uczennice z ostatniej klasy. Dobrego dnia!

Wróciła do gabinetu i zamknęła drzwi, nie oglądając się za siebie. Chciałam jak najszybciej uciec od Rigela i zrobiłabym to, gdybym w ostatniej chwili nie poczuła innego impulsu. Nie zdołałam się powstrzymać - moje ciało odwróciło się, żeby stanąć z nim twarzą w twarz.

- Co to ma znaczyć? - Przygryzłam wargi. Właśnie zadałam bezsensowne pytanie i wcale nie musiał unosić brwi, żebym zdała sobie z tego sprawę. Ale nie rozumiałam, co nim kieruje, nie ufałam mu i nie wierzyłam, że nie szuka po prostu kolejnego sposobu, żeby mnie dręczyć.

- Jak to? - Rigel pochylił głowę, a jego posągowa sylwetka sprawiła, że poczułam się jeszcze mniejsza. - Chyba nie sądziłaś... że chciałbym siedzieć z tobą?

Wzruszyłam ramionami. Już żałowałam, że zadałam to pytanie. Jego spojrzenie było tak intensywne, że aż ścisnął mi się żołądek, od jego ostrej ironii aż paliła mnie skóra.

Bez słowa chwyciłam klamkę, żeby wyjść. Ale coś mnie powstrzymało.

Jego ręka wystrzeliła nad moim barkiem i przytrzymała drzwi. ­Zamarłam. Długie palce zacisnęły się na krawędzi skrzydła i nagle każdym kręgiem zaczęłam wyraźnie odczuwać jego obecność za swoimi plecami.

- Trzymaj się ode mnie z daleka, ćmo - rzucił. Jego gorący oddech łas­kotał mnie po włosach.

Zesztywniałam.

- Zrozumiano?

Jego ciało znajdowało się tak blis­ko mojego, że aż mnie zmroziło. Napięcie było nie do wytrzymania. "Trzymaj się ode mnie z daleka" - powiedział, ale to przecież on przygwoździł mnie do tych drzwi, dyszał mi w kark, nie pozwalał mi odejść...

Ominął mnie. Stałam w bezruchu, wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami.

Gdyby to zależało ode mnie...

Gdyby to zależało ode mnie, skasowałabym go na zawsze. A wraz z nim Grave, panią Fridge i ból, którym było naznaczone moje dzieciństwo. Wcale nie chciałam trafić do tej samej rodziny co on. Dla mnie to koszmar. Jakby ktoś skazał mnie na dożywotnie dźwiganie ciężaru przeszłości bez możliwości wcześniejszego zwolnienia.

Co mogłam zrobić, żeby to zrozumiał?

- Cześć!

Nawet się nie zorientowałam, że wyszłam z sekretariatu. Uniosłam głowę i moje spojrzenie natknęło się na czyjś promienny uśmiech.

- Jestem z tobą w klasie. Witaj w Burnaby!

Głębiej w korytarzu widziałam Rigela, jego czarna czupryna przesuwała się w rytm pewnych kroków. Dziewczyna, która go prowadziła, zdawała się nawet nie patrzeć pod nogi. Wgapiała się w niego jak zaczarowana, zupełnie jakby to ona była nowa. Oboje zniknęli za rogiem.

- Jestem Billie - przed­stawiła się moja towarzyszka. Podała mi dłoń z promiennym uśmiechem, a ja ją uścisnęłam. - A ty? Jak masz na imię?

- Nica Dover.

- Micah?

- Nie, Nica - powtórzyłam z nacis­kiem na N, a ona postukała palcem wskazującym w brodę.

- Aha, zdrobnienie od Nikity!

Roześmiałam się.

- Nie, nie, po prostu Nica. - Pokręciłam głową.

Jej wzrok nie onieśmielił mnie jak wzrok tamtego chłopaka przed chwilą. Billie miała szczerą twarz, którą okalały loczki w kolorze miodu, i lśniące oczy o pełnym energii spojrzeniu.

Kiedy szłyśmy obok siebie, zauważyłam, że przygląda mi się z żywym zainteresowaniem, a kiedy na siebie popatrzyłyśmy, zrozumiałam dlaczego: ją też zafascynował kolor moich tęczówek.

"To te twoje oczy, Nica - mówiły młodsze dzieci, kiedy pytałam, dlaczego obserwują mnie jak jakieś dziwo. - Nica ma oczy w kolorze płaczącego nieba. Wielkie i lśniące jak szare diamenty".

- Co ci się stało w palce? - zapytała Billie.

Spuściłam wzrok na swoje opuszki pozaklejane plastrami.

- Ach - wymamrotałam i niezdarnie schowałam ręce za plecami. - Nic...

Uśmiechnęłam się, chciałam zmienić temat. W mojej głowie znów rozległy się słowa pani Fridge: "Pohamuj swoją głupawkę".

- To żeby nie obgryzać paznokci - rzuciłam, a ona chyba uwierzyła, bo uniosła dłonie i z dumą pokazała mi swoje zjedzone palce.

- A co w tym złego? Ja się już dokopałam do kości! - Odwróciła dłoń i uważnie jej się przyjrzała. - Moja babcia mówi, że powinnam smarować sobie palce musztardą, twierdzi, że wtedy "szybko przejdzie mi ochota, żeby je sobie pakować w usta". Jeszcze nie wypróbowałam tego sposobu. Myśl, że miałabym spędzić całe popołudnie z palcami usmarowanymi jakimś sosem, wydaje mi się nieco... no wiesz... wstrząsająca. No bo co, jeśli przyjdzie kurier?

3

Różnica poglądów

Nasze czyny, podobnie jak planety,poruszane są przez niewidzialne siły.

Billie pomogła mi się oswoić z Burnaby.

Szkoła była gigantyczna i mieliśmy multum zajęć do wyboru. Billie pokazała mi klasy, w których odbywały się różne lekcje, odprowadzała mnie z jednej do drugiej, przed­stawiała nauczycielom. Starałam się za bardzo na niej nie wisieć, nie chciałam stać się uciążliwym obowiązkiem, ale ona twierdziła, że cieszy się, że może dotrzymywać mi towarzystwa. Kiedy to usłyszałam, serce ścisnęło mi się z radości, jakiej nigdy wcześniej nie czułam. Billie okazała się miła i uczynna, co w miejscu, z którego przyszłam, było rzadkością.

Kiedy dzwonek oznajmił koniec lekcji, wyszłyśmy z klasy, a ona przewiesiła sobie przez szyję skórzany pasek, po czym rozpuściła loki.

- Aparat? - Spojrzałam z zaciekawieniem na przed­miot zwisający jej z szyi, a ona aż pokraśniała z zadowolenia.

- Polaroid! Nigdy takiego nie widziałaś? Dostałam go od rodziców wieki temu. Kocham zdjęcia, mam nimi wytapetowany cały pokój. Babcia ciągle każe mi przestać zaklejać ściany, ale potem widzę, jak sobie pogwizduje, kiedy je odkurza... i zapomina, co mówiła wcześniej!

Próbowałam nadążyć za jej paplaniną i jedno­cześnie na nikogo nie wpaść. Nie byłam przyzwyczajona do takiej bieganiny, za to dla Billie najwyraźniej nie stanowiła ona żadnego problemu. Wciąż mówiła jak najęta i co chwila trącała kogoś ramieniem.

- ...uwielbiam robić zdjęcia ludziom, to bardzo ciekawe zobaczyć mimikę utrwaloną na foto­grafii. Miki zawsze się chowa, kiedy chcę zrobić jej zdjęcie. Jest taka ładna, wielka szkoda, że nie lubi się foto­grafować... O, patrz, to ona! Tam! - Uniosła ramię w euforii. - Miki!

Próbowałam znaleźć tę widmową przyjaciółkę, o której słuchałam całe rano, ale nie zdążyłam jej wypatrzyć, a Billie już ciągnęła mnie w tłum za szelkę plecaka.

- Chodź, Nica! Musisz ją poznać!

Nieudolnie starałam się dotrzymać jej kroku, ale skończyło się tak, że dałam sobie podeptać stopy.

- O, zobaczysz, polubisz ją - zapewniła mnie, cała w skowronkach. - Miki potrafi być naprawdę słodka. Jest bardzo wrażliwa! Już ci mówiłam, że to moja najlepsza przyjaciółka?

Chciałam przytaknąć, ale Billie znów mnie szarpnęła, żebym się ruszyła. Kiedy po niezliczonych perturbacjach dotarłyśmy do jej przyjaciółki, wzięła rozbieg i zatrzymała się z lekkim nas­kokiem.

- Hejka! - zaświergotała, rozpromieniona. - Jak poszła lekcja? Miałaś WF z tymi z D? To Nica!

Wypchnęła mnie przed siebie. Prawie wyrżnęłam nosem w otwarte drzwi metalowej szafki. Ale czyjaś ręka szybko je przymknęła.

"Słodka" - powiedziała Billie, więc przygotowałam się na uśmiechy.

Tymczasem moim oczom ukazała się mocno umalowana twarz. Była ładna i trochę koścista. Gęste czarne włosy znikały pod kapturem luźnej bluzy. Lewą brew otaczał kolczyk, a usta były zajęte żuciem gumy.

Miki spojrzała na mnie bez zainteresowania, błys­kawicznie zmierzyła mnie wzrokiem. Następnie chwyciła szelkę plecaka i zatrzasnęła szafkę z hukiem, od którego aż podskoczyłam. Odwróciła się do nas plecami i oddaliła korytarzem.

- Oj, nie przejmuj się, ona tak zawsze - zaszczebiotała Billie, a ja stałam zmrożona z wybałuszonymi oczami. - Cóż, nawiązywanie nowych przyjaźni nie należy do jej najmocniejszych stron. Ale w głębi duszy to prawdziwa słodycz!

W głębi duszy... Czyli jak głęboko?

Spojrzałam na nią lekko zlękniona, ale dla niej temat był zamknięty. Kiwnęła, żebym poszła za nią. Szłyśmy ku drzwiom przez chaos uczniów, a kiedy dotarłyśmy do wyjścia, Miki już tam na nas czekała. Obserwowała gonitwę cieni chmur na wybetonowanym podwórzu, paliła papierosa, miała nieobecne spojrzenie.

- Cóż za piękny dzień! - rzuciła radośnie Billie, postukując palcami w aparat. - Gdzie mieszkasz, Nica? Jeśli chcesz, moja babcia cię podrzuci. Dziś robi pulpety, Miki zje u mnie obiad. - Odwróciła się do koleżanki. - Jesz u mnie, prawda?

Miki kiwnęła głową bez entuzjazmu i zaciągnęła się, a Billie uśmiechnęła się zadowolona.

- To jak? Jedziesz z na...

Ktoś na nią wpadł.

- Ej! - zaprotestowała, rozmasowując sobie ramię. - Co to ma być? Aua!

Wyminęła nas kolejna grupka uczniów i Billie spojrzała na Miki.

- Co jest grane?

Coś się działo. Uczniowie biegli z powrotem do szkoły, niektórzy powyciągali telefony, wielu z podekscytowaniem w oczach. Wydawali się podnieceni czymś, co wprawiało powietrze w drżenie, a ja przylgnęłam do ściany, przerażona tym szaleńczym zamieszaniem.

- Hej! - wrzasnęła Miki na chłopaka, który wydawał się szczególnie rozpłomieniony. - Co się, do cholery, dzieje?

- Biją się! - zawołał, sięgając po komórkę. - Solówa przy szafkach!

- Biją się? Kto?

- Phelps i jakiś nowy! Jezu, ciśnie go jak szmatę! Phelpsa! - ekscytował się. - Muszę to nagrać!

Skoczył przed siebie jak konik polny, a ja wciąż stałam przy ścianie. Ręce opadły mi sztywno, wzrok wbił się w pustkę.

Nowy?

Billie ścisnęła Miki jak stracha na wróble.

- Nie, błagam, tylko nie przemoc! Nie chcę tego oglądać... Kto byłby na tyle szalony, żeby wdawać się w bójkę z Phelpsem? Chyba musi nie jarzyć... Ej! - Wytrzeszczyła oczy zaniepokojona. - Nica, a ty dokąd?

Ale już tego nie słyszałam. Jej głos rozmył się w rzece uczniów. Mijałam ludzi, przepychałam się między ich ramionami i plecami jak motyl trzepoczący się w labiryncie łodyg kwiatów. Powietrze aż trzeszczało, z trudem łapałam oddech. Usłyszałam szarpaninę w oddali, eksplozję metalicznego trzas­ku, później tąpnięcie o ziemię.

Przepchnęłam się do pierwszego rzędu, wrzas­ki tętniły mi w uszach. Wetknęłam głowę pod czyjeś ramię, a kiedy zobaczyłam, co się dzieje, wytrzeszczyłam oczy.

Dwóch ogarniętych ślepym szałem uczniów leżało na ziemi. W całej tej furii trudno było ich od siebie odróżnić, ale nie musiałam widzieć twarzy. Czarne włosy wyglądały jak kleks tuszu, nie dało się ich pomylić.

To był Rigel. Siedział na drugim chłopaku, trzymał go za wymiętą koszulkę, miał zaczerwienione, rozbite knykcie. Niemiłosiernie tłukł przeciwnika. W jego oczach błyszczało chorobliwe światło, od którego mroziło mnie aż do szpiku kości. Zadawał szybkie i brutalne ciosy pełne przerażającego szału. Ten drugi próbował odpowiadać, łomocząc go furiac­ko w klatkę, ale we wzroku spadającym na niego z góry nie było litości. Słyszałam zgrzyt chrząstek, a powietrze wokół wypełniały wrzas­ki pełne ekscytacji i zachęty...

Później nagle wszystko się urwało.

Nauczyciele rozgonili tłum, dosłownie rzucili się na walczących i jakoś zdołali ich rozdzielić. Jeden chwycił Rigela za kołnierz i go odciągnął, pozostali zwalili się na tego na ziemi, który teraz wpatrywał się w rywala pełnym wściekłości wzrokiem.

Nie mogłam oderwać od niego spojrzenia. Dopiero w tej chwili go rozpoznałam. To był ten sam chłopak co rano. Ten, na którego wpadłam. Niósł książki.

- Phelps, dopiero dziś wróciłeś z zawieszenia! - zgromił go nauczyciel. - To już trzecia twoja bójka! Posuwasz się za daleko.

- To on zaczął! - oburzył się chłopak. Nie posiadał się ze złości. - Ja nic nie zrobiłem! Uderzył mnie bez powodu!

Nauczyciel odciągnął Rigela o krok dalej. Ten opuścił głowę, ale spod burzy włosów i tak zobaczyłam złośliwy uśmiech, który rozdarł jego wargi.

- To on! Niech pan na niego popatrzy!

- Dość! - wydarł się nauczyciel. - Marsz do dyrektorki! Już!

Położyli im dłonie na barkach i popychali przed sobą. W sposobie, w jaki Rigel dał się wyprowadzić, dostrzegłam pełne pogardy przyzwolenie. Odwrócił twarz i bez skrępowania splunął do pitnika. Phelps wlókł się za nim w uścis­ku drugiego nauczyciela.

- A cała reszta: macie się rozejść! - wrzasnęli. - I pochowajcie te komórki! O'Connor, jeśli zaraz stąd nie znikniesz, już ja zadbam, żebyś wyleciał! Wy, tam dalej, was się tyczy to samo! To nie widowis­ko!

Tłum się rozproszył, uczniowie niechętnie ruszyli ku wyjściu. Szybko zrobiło się znacznie luźniej. Ale ja zostałam tam, gdzie stałam, krucha, drobna, wciąż z jego cieniem w oczach, wciąż widziałam jego pragnienie, by bić, bić, bić i nigdy nie przestawać...

- Nica!

Billie zbliżała się do mnie biegiem, ciągnęła za szelkę Miki.

- O matko, przez ciebie prawie dostałam zawału! Wszystko w porządku? - Spojrzała zlękniona prosto w moje szeroko otwarte oczy. - No nie wierzę. Czyli to był twój brat!

Poczułam jakieś dziwne drżenie. Wpatrywałam się w nią markotnie, bez słowa, jakby mnie trzepnęła. Przez chwilę zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi, wreszcie dotarło do mnie, że mówi o Rigelu.

No jasne... Billie nie miała pojęcia, jak się sprawy mają. Nie słyszała, że nosimy różne nazwis­ka. Wiedziała tylko tyle, ile powiedziała jej dyrektorka. Cóż, z jej perspektywy byliśmy rodziną. A jednak jej słowa zabrzmiały dla mnie jak skrzypienie paznokci na tablicy.

- On... On nie jest...

- Powinnaś pójść do sekretariatu - przerwała mi, nie odrywając ode mnie wzroku. - Powinnaś tam na niego zaczekać! O matko, pierwszy dzień i od razu bójka z Phelpsem... To się musiało dla niego źle skończyć!

Byłam przekonana, że to nie dla niego skończyło się źle. Przypomniałam sobie obitą twarz drugiego chłopaka, kiedy odciągnęli od niego Rigela.

Ale zaniepokojona Billie już popychała mnie przed sobą.

- Idziemy!

Obie odprowadziły mnie do wejścia. Odruchowo ścis­kałam swoje dłonie. Jak miałam udawać, że nie wstrząsnęło mną to, co przed chwilą wydarzyło się na moich oczach, i odgrywać obawę o Rigela? Pamiętałam to szaleństwo w jego wzroku, widziałam je jasno i wyraźnie. Co za absurdalna sytuacja.

Zza drzwi dobiegały podniesione głosy.

Os­karżany chłopak darł się jak szalony, próbował dowieść swoich racji, ale nauczyciel krzyczał jeszcze głośniej. W głosie Phelpsa słyszałam rozpacz i histerię. Pewnie uważał, że został wrobiony w kolejną bójkę. Jednak moją uwagę najmocniej przykuł wstrząśnięty ton dyrektorki, jej pełne niedowierzania słowa, które skierowała do Rigela: "Pan jest taki grzeczny, taki dos­konały, takie rzeczy nie leżą w pań­skiej naturze. Pan nigdy nie sprowokowałby tak poważnego incydentu". Tymczasem drugi chłopak protestował coraz głośniej, zarzekał się, że nawet nie prowokował Rigela. Ale milczenie z drugiej strony było tak obojętne, bił z niego taki brak potrzeby bronienia się, że zdawało się krzyczeć: "Niewinny!".

Pół godziny później drzwi się otworzyły i Phelps wyszedł na korytarz.

Miał rozbitą wargę i kilka zaczerwienień tam, gdzie skóra osłaniała kości twarzy cieńszą warstwą. Spojrzał wprost na mnie, ale jakby mnie nie zauważył, dopiero chwilę później skupił na mnie uwagę, jakby nagle mu się przypomniało, że już mnie widział. Nie zdążyłam odszyfrować jego wyrazu twarzy, bo nauczyciel zaraz go wyprowadził...

- Myś­lę, że tym razem go wywalą - szepnęła Billie, gdy Phelps znikał w głębi korytarza.

- Najwyższy czas - sarknęła Miki. - Po incydencie z tamtymi pierwszoklasistkami powinni zamknąć go w chlewie.

Znów rozległ się chrzęst klamki.

Billie i Miki zamilkły, kiedy w drzwiach stanął Rigel. Żyły oplatały jego nadgarstki jak nitki z kości słoniowej, wystarczyła sama jego magnetyczna obecność, by zapadła cisza. Ogólnie jego wygląd wywoływał wrażenie, wobec którego nie dało się pozostać obojętnym.

Zauważył nas dopiero po kilku chwilach.

Nie. Nie nas.

- A ty co tu robisz?

Ton jego głosu był zdecydowany, ale i tak usłyszałam w nim nutę zas­koczenia. Wbił we mnie spojrzenie, a ja zorientowałam się, że nie wiem, co powiedzieć. Sama nie miałam pojęcia, co tam robię, czemu czekam, jakbym naprawdę się o niego niepokoiła.

Rigel kazał mi się trzymać z dala, warknął mi to wprost do mózgu, wciąż słyszałam echo jego głosu między jedną myś­lą a drugą.

- Nica chciała się upewnić, że wszystko z tobą w porządku - wtrąciła się Billie, przyciągając jego uwagę. Uśmiechnęła się nieśmiało, uniosła dłoń. - Cześć...

Nie odpowiedział, zdawał się onieśmielać ją spojrzeniem. Jej policzki się zaczerwieniły, błys­kawicznie odmalowało się na nich zawstydzenie, jakie odczuła oczarowana jego surowymi czarnymi oczami.

A Rigel to zauważył. Och, zauważył to, jeszcze jak.

Wiedział dos­konale. Wiedział, jak pociągająca jest mas­ka, którą nosi, sposób, w jaki ją nosi, wiedział, jak działa na innych. Chodził w niej wyzywająco i aroganc­ko, jakby jej mroczny urok sprawiał, że jaśniał wyjątkowym, nieoczywistym, czarownym blas­kiem.

Uniósł kąciki w kuszącym, zawadiac­kim uśmiechu, a Billie jakby się skurczyła.

- Chciałaś się... upewnić - zakpił z uśmiechem, przenosząc wzrok na mnie. - Że wszystko ze mną... w porządku?

- Nica, przed­stawisz nam brata? - pisnęła Billie, a ja wreszcie oderwałam spojrzenie od Rigela.

- Nie jesteśmy spokrewnieni - wydusiłam, jakby ktoś wypowiadał te słowa za mnie. - Mają nas adoptować.

Dziewczyny odwróciły się do mnie, a ja twardo wbiłam wzrok w oczy Rigela i odważnie wytrzymałam jego spojrzenie.

- On nie jest moim bratem.

Przyglądał się moim wysiłkom z ponurym rozbawieniem, ukazał zęby w wąs­kim uśmiechu.

- Och, nie mów tego w taki sposób, Nica - rzucił sarkastycznie. - Bo to brzmi niemal tak, jakbyś czuła z tego powodu ulgę.

Bo czuję - wyraziłam to wzrokiem, a Rigel obserwował mnie spode łba swoimi rozżarzonymi ciemnymi źrenicami.

Nagle powietrze rozdarł dzwonek. Billie wyciągnęła telefon z kieszeni i wytrzeszczyła oczy.

- Musimy iść, babcia czeka pod szkołą. Dzwoniła... - Spojrzała na mnie, a ja skinęłam głową. - No to... do zobaczenia jutro.

Posłała mi słaby uśmiech, który spróbowałam odwzajemnić, ale wciąż czułam na sobie spojrzenie Rigela. Dopiero w tej chwili zorientowałam się, że Miki wciąż mu się przygląda. Uważnie badała go wzrokiem spod kaptura, marszcząc brwi. Po chwili odwróciła się i obie ruszyły korytarzem ku wyjściu. Zostaliśmy sami.

- Co do jednego masz rację.

Jego głos ślizgał się powoli i ostro jak paznokcie po jedwabiu. Opuściłam głowę, ale zebrałam się na odwagę i spojrzałam na niego.

Wpatrywał się w miejsce, gdzie chwilę wcześniej zniknęły Billie i Miki. Już się nie uśmiechał. Jego źrenice powoli uniosły się ku moim, zwarte jak pocis­ki.

Mogłabym przysiąc, że czułam, jak wbijają się w moje ciało.

- Nie jestem twoim bratem.

Tamtego dnia postanowiłam całkowicie usunąć Rigela ze swoich myśli, podobnie jak jego słowa i brutalne spojrzenie. Żeby się jakoś rozproszyć, czytałam do późna w nocy. Stojąca przy łóżku lampka wypełniała mój pokój miękkim, uspokajającym światłem, które pomagało mi odpędzić wszystkie lęki.

Anna była w szoku, kiedy spytałam, czy pożyczy mi tę książkę - obrazkową encyklopedię z pięknymi ilustracjami. Nie mogła się nadziwić, że może mnie to zainteresować.

Tymczasem książka wciągnęła mnie bez reszty.

Kiedy mój wzrok ślizgał się po czółkach i przezroczystych jak szkło skrzydłach, z przyjemnością zatapiałam się w tym lekkim, wielo­barwnym świecie, którego powierzchnię ledwie mus­kałam za pośrednic­twem tysięcy kolorowych plastrów.

Wiedziałam, że dla ludzi to było dziwne.

Wiedziałam, że jestem inna.

Dbałam o swoją odmienność jak o tajemniczy ogród, do którego tylko ja jedna miałam klucz, bo wiedziałam, że większość nie będzie potrafiła mnie zrozumieć.

Przesunęłam opuszką palca wskazującego po okrąg­łej biedronce; pamiętam, ile razy jako mała dziewczynka otwierałam dłonie i wypuszczałam je do lotu, wypowiadając życzenia. Patrzyłam, jak wzbijają się pod niebo, i w poczuciu niemocy pragnęłam zrobić to samo, poderwać się do szarpanego lotu ku świetlistemu srebru, poza mury Grave...

Nagle moją uwagę przyciągnął jakiś dźwięk. Odwróciłam się do drzwi. Nabrałam już przekonania, że się przesłyszałam, ale po chwili dźwięk znów się rozległ. Jakby coś skrobało o drewno.

Ostrożnie zamknęłam encyklopedię i wyszłam spod kołdry. Powoli zbliżyłam się do drzwi, nacisnęłam klamkę i wystawiłam głowę na zewnątrz. W ciemności dostrzegłam ruch. Tuż przy podłodze poruszał się jakiś cień, szybki, cichy. Na moment zamarł, jakby badał mnie wzrokiem, czekał, co zrobię, ale zaraz zniknął na schodach. Ciekawość kazała mi podążyć jego ś­ladem.

Wydawało mi się, że dostrzegłam puszysty ogon, ale byłam za wolna, żeby go dogonić. Znalazłam się na parterze, w ciszy, całkiem sama, a cień gdzieś zniknął i nie mogłam go nigdzie wypatrzyć. Westchnęłam i już chciałam wrócić na górę, ale w tej samej chwili zauważyłam, że w kuchni pali się światło.

Czyżby Anna jeszcze nie spała? Podeszłam bliżej, żeby sprawdzić. Trochę wbrew sobie. Kiedy pchnęłam drzwi, moje oczy napotkały drugie, wpatrujące się we mnie.

Należały do Rigela.

Siedział przy stole. Opierał łokcie o blat, lekko pochylał głowę, a zdecydowany, ostry rysunek włosów zmiękczał jego spojrzenie. Trzymał coś w ręku i dopiero po chwili zrozumiałam, że to lód.

Widok Rigela zadziałał na mnie paraliżująco.

Powinnam się do niego przyzwyczaić, w końcu teraz mogłam natknąć się na niego w każdej chwili. Nie byliśmy już w Grave, nie mieliśmy tyle miejsca, co w ośrodku, ten dom był ciasny i mieszkaliśmy w nim razem.

A jednak kiedy chodziło o Rigela, wszelka myśl o jakimkolwiek przywyknięciu zdawała mi się niemożliwa.

- O tej porze powinnaś już spać.

Jego głos, wzmocniony ciszą, sprawił, że wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi dreszcz.

Mieliśmy ledwie po siedemnaście lat, a jednak było w nim coś dziwnego, coś, co trudno opisać. Jakieś obsesyjne piękno, osobowość, która budziła fascynację w każdym, kto go spotkał. To było absurdalne. Jego sposób bycia sprawiał, że wszyscy dawali mu się urobić. I popełniali błąd. Rigel zdawał się stworzony do tego, by kształtować ludzi jak metal, naginać ich zgodnie z własną wolą. Przerażał mnie, bo nie był jak inni chłopcy w naszym wieku.

Przez chwilę próbowałam go sobie wyobrazić jako dorosłego, ale mój umysł wycofał się przed obrazem przerażającego mężczyzny o jadowitym uroku i oczach czarniejszych niż sama noc...

- Naszła cię chęć, żeby się we mnie powgapiać? - zapytał ironicznie. Przykładał lód do sińca na szyi. Był już rozluźniony i znów przybrał ton dręczyciela, przez który zawsze miałam ochotę wyjść. Zawsze.

Ale zanim zdążyłam się wykazać zdrowym rozsądkiem i uciec, otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć.

- Dlaczego?

Rigel uniósł brew.

- Dlaczego co?

- Dlaczego pozwoliłeś, żeby cię wybrali?

Patrzył mi prosto w twarz, a jego oczy zdawały się pełne swego rodzaju świadomości.

- Sądzisz, że mogę o tym decydować? - zapytał powoli, nie spuszczając ze mnie wzroku.

- Owszem - odparłam ostrożnie. - Specjalnie zachowywałeś się tak, żeby to się stało... Grałeś na pianinie.

W jego oczach zapłonęła niemal irytująca intensywność, kiedy mówiłam dalej:

- Choć wszyscy zawsze cię chcieli, nigdy nie dałeś się nikomu adoptować.

Do Grave nie przybywało zbyt wiele rodzin. Ludzie oglądali dzieci jak motyle w gablocie, te najmłodsze były najsłodsze, najbardziej kolorowe, to im najbardziej ze wszystkich należała się uwaga przyjezdnych.

Ale potem dorośli widzieli jego, tę czystą buźkę, grzeczniutki sposób bycia, i nagle zapominali o całej reszcie. Widzieli tylko czarnego motyla i dostawali się pod urok jego oczu o wyjątkowym kształcie, pięknych, jakby aksamitnych skrzydeł, wdzięku, z jakim się poruszał, którym przewyższał wszystkie pozostałe motyle.

A jednak ilekroć ktoś wyrażał chęć adoptowania go, zdawał się robić wszystko, byle to zepsuć. Wywoływał draki, uciekał, zachowywał się fatalnie. Kończyło się tak, że ludzie odjeżdżali, nieświadomi, czego potrafiły dokonać jego palce na czarno­-białej klawiaturze.

Ale nie tamtego dnia. Tamtego dnia zagrał i przyciągnął uwagę, zamiast ją odepchnąć.

Dlaczego?

- Powinnaś iść już spać, ćmo - zasugerował subtelnym i kpiącym głosem. - Sen płata ci figle.

No właśnie, właśnie to robił... Kąsał mnie słowami. Zawsze to robił. Owiewał mnie swoimi prowokacjami, a potem miażdżył śmiechem, budził we mnie wątpliwości i przestawałam już być pewna czego­kolwiek.

Powinnam nim gardzić. Z powodu jego charakteru, jego sposobu bycia, tego, że zawsze wiedział, jak wszystko zrujnować. Powinnam, ale... Jakaś część mnie nie potrafiła.

Bo Rigel i ja dorastaliśmy obok siebie, spędziliśmy życie za kratami tego samego więzienia. Znałam go od dziec­ka i jakaś część mojej duszy widziała go już tyle razy, że przestała odczuwać ostrą niechęć, choć powinna. W jakiś dziwny sposób przyzwyczaiłam się do niego, rozwinęłam w sobie tę dziwną formę empatii wobec człowieka, z którym długo dzieli się jakieś doświadczenie.

Nigdy nie potrafiłam nienawidzić. Nawet kiedy miałam powody.

Może mimo wszystko wciąż miałam nadzieję, że to okaże się bajką, jakiej pragnęłam...

- O co poszło dzisiaj z tamtym chłopakiem? - zapytałam. - Dlaczego się pobiliście?

Rigel powoli skłonił głowę, może zastanawiał się, jakim cudem jeszcze sobie nie poszłam. Miałam wrażenie, że taksuje mnie wzrokiem.

- Różnica poglądów. To nie ma z tobą nic wspólnego.

Wbił we mnie spojrzenie, które miało mnie skłonić do wyjścia, ale nie uległam.

Nie chciałam.

Pierwszy raz... Chciałam spróbować zrobić krok naprzód zamiast wstecz. Pokazać mu, że mimo wszystko jestem gotowa pójść dalej. Spróbować. A kiedy przycisnął lód do brwi i zmarszczył czoło z bólu, usłyszałam głos, którego dalekie wspomnienie zaczęło torować sobie drogę przez moje myśli.

"Trzeba delikatności, Nica. Zawsze trzeba pamiętać o delikatności... Pamiętaj o tym" - mówił miękko.

Poczułam, że nogi same niosą mnie naprzód.

Rigel wbił we mnie wzrok, kiedy jednak w końcu przekroczyłam próg kuchni. Podeszłam do zlewu i oderwałam kawałek papierowego ręcznika. Nasączyłam go lekko zimną wodą. Byłam pewna, że jego źrenice kłują mnie w plecy, czułam to.

Podeszłam do Rigela i spojrzałam na niego ze szczerą troską, po czym podałam mu papier.

- Lód jest za twardy. Przyłóż sobie to.

Wydawał się prawie zas­koczony, że nie wybiegłam z kuchni. Bez przekonania rzucił okiem na ręcznik, czujny jak dzikie zwierzę, a kiedy po niego nie sięgnął... wiedziona odruchem czułości ruszyłam się, by przyłożyć mu go do opuchlizny.

Nawet nie zdążyłam się zbliżyć. Strzelił ku mnie oczami i błys­kawicznie się odsunął. Kruczoczarny kosmyk opadł mu na skroń. Piorunował mnie surowym wzrokiem.

- Nie rób tego - ostrzegł mnie ponuro. - Nie waż się mnie dotknąć.

- Nie będzie bolało... - Pokręciłam głową i wyciągnęłam ku niemu dłoń, ale tym razem mnie odepchnął. Cofnęłam rękę do piersi, a kiedy nasze spojrzenia się spotkały, drgnęłam.

Chciał mnie spopielić wzrokiem, jego oczy były jak dwie pulsujące gwiazdy, które zamiast emanować ciepłem, parzyły mrozem.

- Nie dotykaj mnie tak od niechcenia. Nigdy.

Zacisnęłam pięści, wytrzymałam spojrzenie, którym próbował przywalić mnie jak ciężkim głazem, i zapytałam:

- Bo co?

Gwałtowny hurgot odsuwanego krzesła.

I nagle Rigel wyrósł nade mną. Znów drgnęłam, zas­koczona. Zmusił mnie, żebym się cofnęła. Pod skórą wybuchły mi tysiące alarmowych dzwonków. Cofałam się niezgrabnie, a on napierał, aż wreszcie wpadłam na blat. Uniosłam brodę, zacisnęłam drżące palce na krawędzi marmurowej powierzchni.

Jego oczy unieruchomiły mnie jak mroczne imadło. Blis­kość jego ciała była jak krzyk i dreszcz, nie mogłam złapać tchu, jego cień połknął mnie w całości.

Później... Rigel schylił się do mnie.

Przechylił głowę, a jego oddech palił moje ucho jak trucizna.

- Bo... nie powstrzymam się.

Poczułam ruch powietrza, a moje włosy zafalowały, kiedy obcesowo mnie odsunął.

Usłyszałam lód, który uderzył o stół, i jego kroki, cichnące w głębi domu, kiedy zostawił mnie w kuchni, znieruchomiałą jak skamieniały posąg oparty o marmur.

Co się właśnie stało?

4

Plastry

Wrażliwość to przymiot wyrafinowanej duszy.

Słońce tkało świetlne sploty między drzewami. Tego wiosennego popołudnia powietrze wypełniał zapach kwiatów.

Grave było kolosem, który wznosił się za moimi plecami. Leżałam na trawie i wpatrywałam się w niebo z otwartymi ramionami, jakbym chciała je objąć. Miałam spuchnięty policzek, bolało, ale jeszcze nie chciałam płakać, dlatego patrzyłam w nies­kończoność nad sobą, pozwalałam chmurom, żeby mnie utuliły.

Czy kiedykolwiek będę wolna?

Moją uwagę przyciągnął jakiś cichy dźwięk. Uniosłam głowę i zobaczyłam, że coś rusza się w trawie. Wstałam. Postanowiłam ostrożnie zbliżyć się do tego czegoś. Okręciłam na palcach kosmyk włosów.

To był wróbel. Drapał ziemię swoimi szpiczastymi pazurkami, jego oczy błyszczały jak czarne szklane paciorki, jedno skrzydło miał wyciągnięte w nienaturalny sposób. Nie mógł się poderwać do lotu.

Kiedy uklękłam, jego dziób eksplodował przenikliwym, wystraszonym pis­kiem. Zrozumiałam, że go przestraszyłam.

- Przepraszam - szepnęłam od razu, jakby mógł mnie zrozumieć. Nie chciałam go skrzywdzić, przeciwnie, pragnęłam go uratować. Czułam jego rozpacz tak, jak czułabym własną. Ja też nie mogłam się wzbić do lotu, ja też pragnęłam uciec, ja też byłam krucha i bez sił.

Byliśmy tacy sami. Malutcy i bezbronni wobec świata.

Zacisnęłam palce. Tak bardzo chciałam mu jakoś pomóc.

Byłam tylko dziec­kiem, ale pragnęłam zwrócić mu wolność, jakby ten gest mógł w jakiś sposób pomóc mnie odzys­kać swoją.

- Nie bój się... - Nie przestawałam do niego mówić, licząc, że to go uspokoi. Byłam taka mała, wierzyłam, że rozumie moje słowa. Co mogłam zrobić? Czy byłam w stanie udzielić mu pomocy? Kiedy on wlókł się po ziemi byle dalej ode mnie, coś mi się przypomniało.

"Trzeba delikatności, Nica. Zawsze trzeba pamiętać o delikatności - odezwał się szept matki. - Pamiętaj o tym". Jej piękne oczy odcisnęły się w mojej pamięci.

Zamknęłam wróbla w palcach z czułością, tak żeby nie zrobić mu krzywdy. Nie wypuściłam go nawet wtedy, kiedy dziobał mnie po dłoni, nawet wtedy, kiedy jego pazurki drapały moje opuszki.

Przycisnęłam go do piersi i obiecałam, że przynajmniej jednemu z nas będzie dana wolność.

Wróciłam do ośrodka i od razu poprosiłam o pomoc Adeline, starszą dziewczynkę. Modliłam się, żeby wychowawczyni nie zorientowała się, co znalazłam. Bałam się jej okrucieństwa najbardziej na świecie.

Wspólnymi siłami usztywniłyśmy mu skrzydło patyczkiem od loda, który wyłowiłyśmy ze śmietnika. Przez kolejne dni przynosiłam mu okruchy naszego jedzenia. Za każdym razem, kiedy wracałam w miejsce, gdzie go ukryłam, moje serce waliło jak młotem.

Wiele razy podziobał mi palce, ale się nie poddawałam.

- Wyleczę cię, zobaczysz - przysięgałam mu, a moje opuszki robiły się coraz czerwieńsze i bolały coraz bardziej, piórka na jego piersi były coraz bardziej poczochrane. - Nie martw się...

Stawałam kawałek od niego, żeby się nie bał, i przyglądałam mu się całymi godzinami.

- Odfruniesz - szeptałam cicho. - Pewnego dnia odfruniesz i znów będziesz wolny. Jeszcze troszkę... Zaczekaj jeszcze troszkę...

Kiedy próbowałam obejrzeć jego skrzydło, dziobał mnie. Starał się trzymać mnie na dystans. Ale ja nigdy się nie poddałam, z delikatnością robiłam swoje. Poprawiałam mu łóżko z trawy i liści, szeptałam słowa otuchy.

A w dniu, kiedy wyzdrowiał i wyfrunął z moich dłoni, pierwszy raz w życiu poczułam się mniej brudna i zgaszona. Trochę bardziej żywa.

Trochę bardziej wolna.

Jakbym odzys­kała oddech.

Odnalazłam w sobie barwy, o których istnieniu nie wiedziałam. Barwy nadziei.

Z kolorowymi plastrami na palcach moje życie zdawało się jakby mniej szare.

Powoli odciągnęłam zafoliowany kraniec.

Odsłoniłam palec wskazujący spod błękitnego plastra. Wciąż był trochę spuchnięty i zaczerwieniony.

Kilka dni wcześniej udało mi się oswobodzić osę, która zaplątała się w pajęczynę. Uważałam, żeby nie zniszczyć misternej sieci, i poruszałam się wolno, więc osa mnie użądliła.

"Nica jest ze swoimi zwierzątkami - mówiły dzieci, kiedy byliśmy mali. - Siedzi z nimi tam, w kwiatach, cały czas".

Przyzwyczaiły się do mojej odmienności, może dlatego, że w naszym ośrodku odmienność spotykało się częściej niż normę.

Czułam dziwną empatię wobec wszystkiego, co małe i niezrozumiane. Instynkt, który kazał mi chronić wszelkie istoty, pojawił się, gdy byłam mała, i został ze mną już na zawsze. Zabarwił mój niewielki, dziwny świat kolorami, które należały wyłącznie do mnie, które sprawiały, że czułam się wolna, żywa i lekka.

Przypomniało mi się, jak dzień wcześniej Anna zapytała, co robię w ogrodzie. Co sobie o mnie pomyś­lała? Uznała mnie za dziwaczkę?

Z zamyślenia wyrwało mnie wrażenie, że ktoś stoi za moimi plecami. Odwróciłam się. Otworzyłam szeroko oczy i szybko odskoczyłam.

Rigel śledził mnie wzrokiem, a ja zerwałam się tak nagle, że kosmyk włosów opadł mu na czoło. Wbijałam w niego rozszerzone źrenice. Wciąż jeszcze czułam strach po naszym ostatnim spotkaniu.

Moja reakcja nie wytrąciła go z równo­wagi. Na dodatek jego rysy jeszcze się wyostrzyły w krzywym uśmiechu.

Minął mnie i wszedł do kuchni. Usłyszałam, jak Anna się z nim wita. Wzdrygnęłam się. Ilekroć się do mnie zbliżał, przeszywały mnie dreszcze. Ale tym razem były uzasadnione. Spędziłam cały dzień na przypominaniu sobie tego, co się stało, ale im więcej o tym myś­lałam, tym bardziej jego tajemnicze słowa nie dawały mi spokoju.

Co to znaczyło, że się "nie powstrzyma"? Nie powstrzyma się, żeby zrobić mi... co?

- O, jesteś, Nica! - przywitała mnie Anna, kiedy ostrożnie weszłam do kuchni. Wciąż jeszcze byłam pogrążona w myś­lach, kiedy prosto w moje oczy buchnęła eksplozja kolorów, płomienisty fiolet.

Na środku stołu stał dumnie olbrzymi bukiet, miękkie pąki upiększały szklany wazon. Wpatrywałam się weń oczarowanym wzrokiem, cudowne widowis­ko pochłonęło mnie bez reszty.

- Jakie piękne...

- Podobają ci się?

Kiwnęłam głową, a Anna się uśmiechnęła.

- Kazałam je przynieść dziś po południu. Są ze sklepu.

- Ze sklepu?

- Z mojej kwiaciarni.

Oderwałam wzrok od bukietu i spojrzałam na Annę. Wciąż nie umiałam przywyknąć do jej szczerego uśmiechu.

- Ty... sprzedajesz kwiaty? Jesteś kwiaciarką?

Co za naiwne pytanie! Zaczerwieniłam się, ale ona uśmiechnęła się prostodusznie.

Kochałam kwiaty prawie tak mocno jak żyjątka, które je zamieszkiwały. Musnęłam płatek i na czubku palca wskazującego poczułam pocałunek świeżego aksamitu.

- Mój sklep jest kilka przecznic stąd. Jest trochę stary i znajduje się na uboczu, ale klientów mi nie brakuje. To budujące, że ludzie ciągle kochają kupować kwiaty.

Zastanawiałam się, czy Anna nie została aby uszyta dla mnie specjalnie na miarę. Czy to, że tamtego dnia zobaczyła mnie w ogrodzie, jakoś nas połączyło, choć nasze spojrzenia nawet się wtedy nie skrzyżowały. Chciałam w to wierzyć... Przez chwilę, kiedy patrzyła na mnie przez tę feerię kwietnego piękna, naprawdę chciałam w to wierzyć.

- Brywieczór!

Pan Milligan wszedł do kuchni. Był ubrany w niecodzienny strój, miał na sobie wyblakły niebies­ki uniform, a z kieszeni wystawały mu rękawice z szorstkiej tkaniny. Przy skórzanym pasie wisiały różne narzędzia.

- W samą porę na kolację! - zauważyła Anna. - Jak ci minął dzień?

Norman zapewne był ogrodnikiem. Zdawał się o tym świadczyć każdy element jego stroju, nawet sekator przypięty do pasa. Myś­lałam, że nie mogliby być wspanialszą parą, aż do chwili, kiedy Anna położyła mężowi dłoń na ramieniu i - gdy mój zachwyt osiągnął szczyt - oznajmiła:

- Norman zajmuje się dezynsekcją i deratyzacją.

Prawie zakrztusiłam się własną śliną.

Pan Milligan zdjął czapkę i zobaczyłam logo na daszku: dużego zdechłego karalucha wyprężonego pod znakiem zakazu. Wpatrywałam się w niego nieruchomym wzrokiem i z nienaturalnie rozszerzonymi nozdrzami.

- Dezynsekcją i deratyzacją? - pisnęłam po chwili.

- Och, tak. - Anna pogładziła go po ramionach. - Nie macie pojęcia, ile robali atakuje ogrody w naszych okolicach. W zeszłym tygodniu sąsiadka znalazła w piwnicy szczury. Norman musiał zapobiec inwazji...

Nagle jego sekator przestał mi się podobać.

Wpatrywałam się w karalucha z powyginanymi odnóżami z miną, jakbym połknęła coś wstrętnego. Dopiero kiedy państwo Milliganowie na mnie spojrzeli, zmusiłam się, żeby jakoś rozciągnąć usta w uśmiechu. Odruchowo schowałam dłonie.

Byłam pewna, że czuję na sobie wzrok Rigela, który siedział za kwiatami w przeciwnym krańcu pomieszczenia.

Kilka minut później wszyscy zajęliśmy miejsca przy stole. Czułam się nieswojo, słuchając opowieści Normana o pracy. Próbowałam zamas­kować napięcie, ale świadomość, że Rigel jest obok, bynajmniej nie ułatwiała zadania. Nawet na siedząco mnie przewyższał. Nie byłam przyzwyczajona do jego blis­kości.

- Skoro już się tak trochę poznajemy... może opowiecie nam coś o sobie? - Anna się uśmiechnęła. - Od dawna się znacie? Wasza opiekunka nic nam o tym nie wspominała... Kolegowaliście się w ośrodku?

Grzanka spadła mi z łyżki prosto do zupy.

Rigel obok mnie też zesztywniał.

Chyba nie mogła zadać gorszego pytania.

Spojrzenie Anny skrzyżowało się z moim i mój żołądek momentalnie skurczył się z przerażenia, że mogłaby nas rozszyfrować. Jak by zareagowała, gdyby odkryła, że z trudem znoszę jego obecność? Nasza relacja była mroczna i niejasna, zdecydowanie daleka od rodzinnej. A co, jeśli uznają, że to się nie może udać? Zmienią zdanie?

Ogarnęła mnie panika. Zanim Rigel zdążył cokolwiek powiedzieć, wyrwałam się z czymś głupim.

- Oczywiście. - Poczułam, że kłamstwo oblepia mi język, więc czym prędzej się uśmiechnęłam. - Zawsze świetnie się dogadywaliśmy z ­Rigelem... W gruncie rzeczy jesteśmy... jak rodzeństwo.

- Naprawdę? - W głosie Anny pobrzmiewało zas­koczenie, a ja przełknęłam ślinę, jakbym nagle sama stała się ofiarą własnego kłamstwa.

Byłam pewna, że Rigel zaraz zaprzeczy wszystkiemu, co powiedziałam.

Znów stwierdziłam, że jest moim bratem. Jeśli istniał jakiś sposób, żeby nastawić go przeciwko sobie i zniszczyć całą tę sytuację, były nim słowa, które właśnie padły z moich ust.

Rigel nienaturalnie powoli uniósł głowę i spojrzał na państwa Milliganów. Po czym oświadczył z podręcznikowym uśmiechem:

- Och, jak najbardziej. Jesteśmy z Nicą bardzo blis­ko. Ośmieliłbym się powiedzieć, że się zżyliśmy.

- Ależ to fantastycznie! - zawołała Anna. - To wspaniała wiadomość. Czyli na pewno bardzo się cieszycie, że trafiliście tu razem. Czyż to nie wielkie szczęście, Normanie? Że dzieciaki tak się dogadują?

Przez chwilę przerzucali się pełnymi zadowolenia komentarzami. Nawet nie zauważyłam, że serwetka spadła mi na kolana.

Dopiero po chwili zorientowałam się, że moja serwetka wciąż leży na stole.

Dłoń Rigela dotknęła mojego uda, kiedy podnosił swoją. Ścisnął moje kolano, a jego ręka na moim ciele wywarła na mnie piorunujące wrażenie, czułam ją tak, jakby dotykała mojej nagiej skóry.

Krzesło zaszurało po podłodze. Bezwiednie wstałam, miałam serce w gardle, państwo Milliganowie przyglądali mi się ze zdziwieniem. Wstrzymywałam oddech.

- Muszę... Muszę do łazienki.

Wymknęłam się ze spuszczoną głową.

Połknęła mnie ciemność korytarza. Dopiero za rogiem zatrzymałam się i oparłam o ścianę. Próbowałam uspokoić walące serce, opanować je, na ile się da, ale nigdy nie byłam zbyt dobra w ukrywaniu emocji. Wciąż czułam na sobie jego rozżarzone palce, jakby wycisnął mi nimi piętno. Wciąż je na sobie czułam...

- Nie powinnaś tak uciekać - rozległ się głos za moimi plecami. - Nasi potencjalni rodzice mogą się tym zaniepokoić.

Tak naprawdę naszą baśń tkał Rigel, to on był pająkiem. Szybko się odwróciłam i zobaczyłam, że opiera się ramieniem o ścianę na rogu korytarza. Jego trujący czar przenikał mnie do głębi. On przenikał mnie do głębi.

- To dla ciebie zabawa? - rzuciłam, drżąc. - To tylko zabawa?

- Przecież sama to zrobiłaś, ćmo - odparł, przechylając głowę. - Tak chcesz ich do siebie przekonać? Kłamstwem?

- Odwal się. - Drgnęłam i zrobiłam krok w tył, żeby zwiększyć dystans między nami.

Jego czarne oczy były jak wir, miały nade mną władzę, której nie umiałam nazwać. Przerażały mnie.

Rigel opuścił głowę, obserwował moje reakcje spod brwi, jego twarz była nieprzenikniona.

- Oto jak wygląda nasza relacja... - powiedział cicho, z goryczą.

- Masz mnie zostawić w spokoju! - wybuchłam. Cała się trzęsłam. Wylałam na niego rozgoryczenie i choć byłam taka krucha, zauważyłam, że przez jego oczy przemknął cień, którego nie zdołałam rozszyfrować. - Gdyby Anna i Norman zobaczyli... Gdyby zobaczyli... Gdyby zobaczyli, jak bardzo mną gardzisz... Że tylko przede mną uciekasz... Że nie jest tak idealnie, jak sądzą... Mogliby zmienić zdanie, czyż nie?

Wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami. Jakby czytał mi w myś­lach. Poczułam się przerażająco naga. Rigel znał mnie dos­konale, wyczuwał moją prostą duszę, tę naiwność, której w nim nigdy nie było.

Ja pragnęłam tylko szansy. A gdyby Norman i Anna poznali prawdę, gdyby zrozumieli, że Rigel i ja nie możemy funkcjonować razem... Mogliby nas oddać. Albo tylko jedno z nas. W myśli wkradło mi się zwątpienie, poczułam jego bolesne ukąszenie: Kogo by wybrali?

Próbowałam okłamywać samą siebie, ale to na nic się zdało. Przecież widziałam, z jakim uwielbieniem Anna i Norman patrzyli na Rigela. Widziałam piękny fortepian w salonie, wypucowany na błysk z niesamowitym namaszczeniem.

Przecież zawsze wiedziałam, że to jego wybiorą.

Wcisnęłam się w ścianę. Chciałam mu wykrzyczeć: "Odwal się!", ale zwątpienie zgniotło mnie jak papierową kulkę, a serce waliło jak młotem.

Będę dzielna - tętniło mi w gardle. Będę dzielna, będę dzielna. Za nic w świecie nie chciałam wracać między ściany ośrodka, słyszeć echa krzyków, czuć, że znów jestem w pułapce. Potrzebowałam tych uśmiechów, tych spojrzeń, które wreszcie mnie wybrały. Nie mogłam się cofnąć, nie mogłam, nie, nie, nie...

- Pewnego dnia zrozumieją, kim tak naprawdę jesteś - wyszeptałam z opuszczoną głową.

- Ach, tak? - odezwał się. Nie zdołał ukryć rozbawienia w głosie. - Czyli kim?

Zacisnęłam palce i uniosłam wzrok, w którym płonęło os­karżenie. I z całym potępieniem, które buzowało w moim ciele, patrząc mu prosto w oczy, syknęłam twardo:

- Jesteś rzeźbiarzem łez.

Zapadła długa cisza.

I nagle... Rigel odrzucił głowę w tył i wybuchł śmiechem.

Przeraźliwie niewymuszony śmiech wstrząsał jego ramionami jak pieszczota. A ja zrozumiałam, że on wie.

Śmieje się ze mnie. Ten rzeźbiarz łez z tymi swoimi szalbiersko uśmiechniętymi wargami i błyszczącymi zębami. Jego śmiech nie odstępował mnie, nawet gdy odchodziłam w głąb korytarza. Nawet kiedy zamknęłam się w pokoju, sama, odgrodzona od niego ścianami i cegłami.

I wtedy zaczęły napływać wspomnienia.

- Adeline... płakałaś?

Jej jasnowłosa głowa wyraźnie odcinała się od ciemnego spękanego tynku. Schowała się za domem, mała i skulona, jak zwykle, kiedy było jej smutno.

- Nie - odparła, choć miała zaczerwienione oczy.

- Nie kłam, bo zabierze cię rzeźbiarz łez.

Objęła kolana swoimi drobnymi ramionami.

- Opowiadają nam o nim tylko po to, żeby napędzić nam stracha...

- Czyli ty w niego nie wierzysz? - szepnęłam.

Wszyscy w Grave w niego wierzyliśmy. Adeline rzuciła mi przestraszone spojrzenie i zrozumiałam, że nie stanowi wyjątku. Była ode mnie tylko o dwa lata starsza i traktowałam ją jako kogoś w rodzaju starszej siostry, ale niektóre rzeczy nigdy nie przestają nas przerażać.

- Dziś w szkole powiedziałam to takiemu jednemu chłopcu - wyznała. - Nie jest stąd. Skłamał, a ja mu powiedziałam: "Uważaj, rzeźbiarza łez nie da się okłamać". Ale on nie zrozumiał. Nigdy nie słyszał o rzeźbiarzu. Za to zna podobną opowieść o kimś, kogo nazywa... Czarnym Ludem.

Patrzyłam na nią bez zrozumienia. Obie mieszkałyśmy w Grave od małego i byłam pewna, że ona też nie wie, o co chodzi.

- I co ten Czarny Lud? Zmusza cię do płaczu? Do rozpaczy? - zapytałam.

- Nie... Ale jest straszny. Tak powiedział mi ten chłopiec. I on też może cię zabrać. Jest przerażający.

Zastanawiałam się, czego się boję. Uznałam, że ciemności w piwnicy.

Zastanawiałam się, co mnie przeraża. Uznałam, że Ona.

I wtedy zrozumiałam. To Ona była Czarnym Ludem dla mnie, dla Adeline, dla wielu z nas. A skoro mówił o tym chłopiec spoza ośrodka, to znaczyło, że po świecie krąży wiele takich potworów.

- Istnieje wielu Czarnych Ludów - powiedziałam. - Ale jest tylko jeden rzeźbiarz łez.

Zawsze wierzyłam w baśnie.

Zawsze marzyłam, żeby żyć w jednej z nich.

A teraz... to się działo.

Spacerowałam wśród stronic, przemierzałam papierowe ścieżki.

Lecz tusz kapał.

Trafiłam do złej baśni.

5

Czarny łabędź

Nawet serce ma cień,który podąża za nim, gdziekolwiek pójdzie.

Pociłam się. Skronie mi pulsowały. Pokój był ciasny, pełen kurzu, duszny... I było w nim ciemno. Było w nim zawsze ciemno.

Obudziłam się gwałtownie.

Wokół mnie panowała ta sama ciemność co w moich koszmarach i trwało to nies­kończenie długą chwilę, zanim znalazłam włącznik światła. Wciąż zacis­kałam dłonie na krawędzi kołdry.

Kiedy światło zalało sypialnię i wydobyło kształty mojego nowego domu, ciągle miałam serce w gardle. Nie przestawało walić jak szalone.

Złe sny powróciły. Nie... Tak naprawdę nigdy nie odeszły. Zmiana łóżka to za mało, by więcej ich nie doświadczać.

Gorączkowo przesunęłam palcami po nadgarstkach. Plastry były na miejscu, na opuszkach, ich kolory przynosiły ukojenie. Przypominały, że jestem wolna.

Widziałam je, co znaczyło, że nie jest ciemno. Nie jest ciemno, nic mi nie grozi...

Odetchnęłam głęboko, próbowałam się uspokoić. Ale tamto uczucie wciąż skradało się po mojej skórze. Szeptało, żebym zamknęła oczy, czekało przyczajone w ciemności. Czekało na mnie.

Czy kiedykolwiek będę naprawdę wolna?

Odgarnęłam kołdrę i wstałam z łóżka. Przesunęłam dłonią po twarzy i wyszłam z sypialni do łazienki.

Światło zalało białe czyste kafelki, lśniące lustro i puszyste jak chmurka ręczniki. Wszystko to przypominało mi, jak daleko jestem od swoich koszmarów. Tu wszystko było inne. To było inne życie...

Odkręciłam kran w umywalce i opłukałam nadgarstki zimną wodą. Powoli odzys­kiwałam spokój ducha. Stałam tak bardzo długo, a moje myśli się rozjaśniały, światło znów zalewało najciemniejsze zakamarki.

Wszystko pójdzie dobrze. Nie mieszkałam już wśród wspomnień. Nie musiałam się bać... Byłam daleko, bezpieczna. Nic mi nie groziło. Byłam wolna. I dostałam szansę na szczęście...

Kiedy wyszłam z łazienki, wstał już dzień.

Tamtego dnia na pierwszej lekcji mieliśmy biologię, dlatego zależało mi, żeby się nie spóźnić. Nauczyciel, profesor Kryll, nie słynął z cierpliwości.

Na chodniku przed szkołą jak co rano tłoczyli się uczniowie. Byłam ogromnie zas­koczona, kiedy z tłumu zawołał mnie czyjś głos:

- Nica!

Billie czekała pod bramką, jej loki bujały się w rytm euforycznego machania. Uśmiechała się promiennie. Zagapiłam się na nią, zupełnie zszokowana. Takie zainteresowanie było dla mnie czymś nowym.

- Cześć - przywitałam się nieśmiało, próbując nie dać po sobie poznać, ile radości mi sprawiła, wypatrując mnie wśród tylu ludzi.

- No i jak ci upływa pierwszy tydzień szkoły? Masz już myśli samobójcze? Kryll pewnie doprowadza cię do szału, co nie?

Podrapałam się po policzku. Prawdę mówiąc, jego klasyfikacja bezkręgowców wydała mi się fascynująca, ale po tym, jak wyrażali się o nim pozostali uczniowie, można było odnieść wrażenie, że jeśli chodzi o biologię, nauczyciel wprowadził swego rodzaju reżim terrorystyczny.

- W sumie - rzuciłam z wahaniem - nie jest aż taki zły...

Billie wybuchła śmiechem, jakbym powiedziała jakiś żart.

- Wiadomo! - Klepnęła mnie wesoło po ramieniu, a ja aż podsko­czyłam.

Kiedy szłyśmy obok siebie, zauważyłam, że ma dziergany aparat przyczepiony do suwaka tornistra.

Nagle twarz Billie pojaśniała. Dziewczyna skoczyła przed siebie, cała radosna, zatrzymała się tuż za czyimiś plecami i objęła je od tyłu.

- Dzień dobry! - zawołała rozradowana, przytulając się do plecaka Miki.

Ta odwróciła się z grobową miną. Na zaspanej twarzy rysowały się podkrążone oczy.

- Wcześnie przyszłaś! - zaszczebiotała Billie. - Jak się masz? Jakie masz dzisiaj lekcje? Wracamy później razem?

- Jest ósma rano - prychnęła Miki. - Przestań katować mój mózg.

Dopiero po chwili zauważyła, że Billie przyszła ze mną. Uniosłam dłoń w geście powitania, ale nie odpowiedziała. Zauważyłam, że też ma dzierganą przypinkę u suwaka: głowę pandy z czarnymi kręgami wokół oczu.

W tym samym momencie minęła nas grupka dziewczyn, które tłumiły pełne ekscytacji okrzyki. Dołączyły do małego tłumu przed salą. Wyciągały szyje, żeby zajrzeć do środka, niektóre zakrywały usta, próbując zatuszować znaczące uśmiechy. Wyglądały jak stado modliszek.

Miki obrzuciła je znudzonym spojrzeniem.

- A te co tak miauczą?

- Chodźmy zobaczyć.

Przysunęłyśmy się bliżej, a raczej Miki się przysunęła, a Billie podążyła za nią, ale wcześniej złapała mnie za szelkę plecaka. Dołączyłyśmy do grupki dziewczyn, a ponieważ i we mnie rozbudziła się ciekawość, spróbowałam zajrzeć do klasy.

Zbyt późno zorientowałam się, że to sala muzyczna.

Skamieniałam.

Siedział tam Rigel, widziałyśmy go z profilu, był jak dos­konały portret. Pomieszczenie zalewało rozproszone światło, w którym czarne włosy otaczające jego piękną twarz stawały się jeszcze bardziej wyraziste. Smukłe palce lekko mus­kały klawiaturę fortepianu, uwalniały widma melodii, które rozpływały się w ciszy.

Jest cudowny.

Z całych sił próbowałam odtrącić tę myśl, ale nie miałam szans. Rigel był niczym czarny łabędź, przeklęty anioł, który uwalniał z instrumentu nieziemskie, tajemnicze dźwięki.

- To tacy faceci naprawdę istnieją? - szepnęła któraś z dziewczyn.

Rigel nawet nie grał. Jego dłonie układały się w proste akordy, jednak ja wiedziałam, czego potrafiłby dokonać, gdyby tylko zechciał.

- Ale ciacho...

- Jak się nazywa?

- Właśnie nie załapałam, ma jakieś dziwne imię...

- Podobno mu się upiekło i dostał tylko areszt za bójkę!

W przyciszonych głosach dało się słyszeć ekscytację i zdumienie.

- Nawet go nie zawiesili!

- Ja bym z takim mogła chodzić do aresztu codziennie...

Chichotały nieco za głośno, poczułam, że z irytacji ścis­ka mi się żołądek. Patrzyły na niego, jakby był jakimś bogiem, dały się oczarować wilkowi przebranemu za księcia z bajki. W gruncie rzeczy czy diabeł nie był najpiękniejszym z aniołów?

Dlaczego nikt tego nie dostrzegał?

- Ćśśś, bo was usłyszy!

Rigel uniósł głowę.

Dziewczyny zamilkły.

Istne szaleństwo. Wszystko było w nim dos­konałe, piękne, i delikatne rysy, no i to spojrzenie. Potrafiło spopielić ci duszę, dosłownie. Jego czarne, mądre i przenikliwe oczy kontrastowały z zapierającą dech w piersiach twarzą.

Kiedy zrozumiał, że nie jest już sam, wstał i podszedł do nas.

Zesztywniałam, spuściłam wzrok i wymamrotałam:

- Już późno, powinnyśmy iść do klasy.

Ale Billie mnie nie słyszała. Nie czuła nawet, że wciąż trzyma mnie za szelkę plecaka. Pozostałe dziewczyny też się nie odsunęły, żeby mnie przepuścić.

Rigel, pociągający jak nigdy, dotarł do drzwi. Dziewczyny, wszystkie co do jednej, zastygły jak zaczarowane przez tajemnicze ruchy i brutalne piękno tego chłopaka. Rigel położył dłoń na przesuwnych drzwiach i już miał je zamknąć, gdy nagle któraś z zebranych śmiało go powstrzymała, również kładąc na nich rękę.

- To by była wielka strata, gdybyś to zrobił - powiedziała z uśmiechem, nie cofając dłoni. - Zawsze tak dobrze grasz?

Rigel spojrzał na jej rękę, która blokowała drzwi, jakby patrzył na coś kompletnie pozbawionego znaczenia.

- Nie - odpowiedział z lodowatą ironią. - Czasem gram naprawdę...

Postąpił krok naprzód, nie odrywając od niej wzroku. Tym razem dziewczyna musiała się cofnąć. Rigel omiótł ją długim spojrzeniem, po czym ją ominął. I sobie poszedł.

Odwróciłam się. Grupka patrzyła na siebie znacząco, ogarnięta podnieceniem i strachem.

Od owego popołudnia wróciłam do tego, do czego zawsze stosowałam się w Grave - trzymałam się z dala od Rigela. Jego śmiech na zawsze wrył się w mój umysł. Nie umiałam się od niego uwolnić.

- Twój brat jest jak gdyby z innej planety...

- Nie jest moim bratem - ucięłam szorstko, jakby te słowa parzyły mi wargi.

Spojrzały na mnie obie i natychmiast zaczęły mnie piec policzki. Zwykle nie odpowiadałam w taki sposób, ale jak można było w ogóle pomyśleć, że Rigel i ja jesteśmy rodzeństwem? Stanowiliśmy dokładne przeciwieństwa.

- Przepraszam - powiedziała Billie zmieszana. - Racja, po prostu... zapomniałam o tym.

- Nie szkodzi - pocieszyłam ją łagodniejszym głosem, starając się stonować sytuację.

Twarz Billie znów przybrała spokojniejszy wyraz. Spojrzała na zegar ścienny.

- O mamo, musimy biec, bo Kryll da nam w kość! - zawołała, wytrzeszczając oczy. - Do zobaczys­ka później, Miki, powodzenia na lekcji! Chodź, Nica!

- Pa, Miki - wyszeptałam.

Miki nie odpowiedziała, ale czułam na sobie jej wzrok, kiedy oddalałyśmy się korytarzem.

Widziała we mnie intruza?

- Jak poznałyście się z Miki? - zapytałam po drodze do klasy.

- To absurdalna historia! Poznałyśmy się przez nasze imiona! - odpowiedziała wesoło. - Miki i ja mamy... No, mamy trochę niezwykłe imiona. Pierwszego dnia szkoły powiedziałam jej, że mam trochę dziwne imię, a ona na to, że na pewno nie tak dziwne jak ona. Teraz używamy tylko ksywek. Tak czy inaczej, od tamtej chwili stałyśmy się nierozłączne.

Wyczuwałam, że Miki jest niezwykła. Z pewnością nie mogłam powiedzieć, że ją znam, nie wątpiłam jednak w jej szczere przywiązanie do Billie. Była szorstka w obejściu, ale kiedy ze sobą rozmawiały, w jej oczach lśniła zażyłość. Ich przyjaźń była jak para wygodnych, znajomych i niezawodnych spodni, które nosisz przez całe życie.

Po całym dniu lekcji byłam zmęczona, ale i zadowolona.

- Zaraz będę, babciu! - powiedziała Billie do telefonu.

Wyszłyśmy ze szkoły. Z budynku wysypywali się uczniowie, rozmawiali ze sobą podniesionymi głosami.

- Muszę uciekać, babcia zaparkowała na drugiego. Jeśli znów wlepią jej mandat, chyba dostanie wylewu. A, no tak! Wymienimy się numerami?

Zwolniłam i przystanęłam, ona obok mnie.

Zachichotała i machnęła ręką.

- Wiem, wiem. Miki mówi, że jestem upierdliwa, ale chyba się z nią nie zgadzasz, co? Raz wysłałam jej siedmiominutową wiadomość głosową i teraz twierdzi, że mam słowotok...

- Ja... nie mam komórki - przyznałam się. Poczułam w piersi jakieś gorąco, które odbierało mi mowę. Tak naprawdę chciałam jej powiedzieć, że wcale mi nie przeszkadza, że tak dużo mówi. Że lubię ją taką, jaka jest, bo ta zażyłość, którą mi okazuje, pomaga mi czuć się mniej obco i dziwnie. Dzięki niej czułam się normalna. I to było piękne.

- Nie masz komórki? - zapytała skonsternowana.

- Nie... - wymamrotałam. Podskoczyłam, gdy nagle rozległ się klakson.

Z okna potężnego wranglera wyłoniła się głowa staruszki w czarnych okularach przeciwsłonecznych. Burknęła coś niezrozumiałego do kierowcy, który stał za nią, a ten, znieważony, rozdziawił usta.

- Boże święty, zaraz mi pozwą babcię... - Billie złapała się za swoje loki. - Sorki, Nica, muszę iść! Widzimy się jutro, okej? Pa!

Pobiegła jak jakiś insekt i zniknęła między ludźmi.

- Pa... - szepnęłam, machając za nią ręką. Czułam się niewiarygodnie lekka. Odetchnęłam głęboko i wciąż z uśmiechem na twarzy ruszyłam do domu.

To był długi dzień, a mnie aż mrowiło z radości.

Państwo Milliganowie przepraszali, że nie mogą odbierać nas ze szkoły codziennie. Norman często pracował do późna, a Anna musiała niemal ciągle być w kwiaciarni.

Ale ja lubiłam chodzić na piechotę. Poza tym teraz, kiedy Rigel odsiadywał swój areszt, przez całe popołudnia miałam dom tylko dla siebie.

Uważałam, żeby nie rozdeptać kolumny mrówek maszerującej w poprzek chodnika. Przes­koczyłam ogryzek jabłka, na którym ucztowały, i skręciłam w uliczki naszej dzielnicy.

W oczach zamigotał mi biały płot. Na skrzynce na listy widniał napis: "Milliganowie". Wracałam tam z radością i spokojem, ale moje serce drżało. Może nigdy nie przyzwyczaję się, że mam dokąd wracać...

Weszłam do domu. Powitała mnie gościnna cisza. Zapamiętywałam wszystko: swojską aurę, wąs­kie korytarze, pustą ramkę nad komodą w przed­pokoju - może kiedyś wisiało w niej zdjęcie.

W kuchni podkradłam łyżkę dżemu z jeżyn. Podjadałam go, stojąc przy zlewie.

Kochałam dżemy do szaleństwa. W Grave dawali nam je tylko w dni wizytacji. Goście czuli się lepiej, kiedy widzieli, że jesteśmy dobrze traktowani, a my biegaliśmy po ośrodku wysztafirowani w najlepsze stroje i udawaliśmy, że tak wygląda nasza codzienność.

Powyjmowałam składniki na kanapkę. Podśpiewywałam sobie z zamkniętymi ustami. Czułam spokój. Szczęście. Być może zdobyłam przyjaciółkę. Dwoje wspaniałych ludzi chciało, żebym stała się częścią ich rodziny. Wszystko zdawało się jasne i pachnące, również moje myśli.

Kiedy kanapka była już gotowa, zauważyłam, że mam małego gościa.

Na ścianie siedział gekon, wychylał się zza rzędu filiżanek. Pewnie przyciągnął go zapach i wszedł przez otwarte okno.

- Cześć - szepnęłam do niego. W okolicy nie było żadnych oczu, które mogłyby patrzeć na mnie oceniająco, więc się nie wstydziłam. Wiedziałam, że gdyby ktoś mnie teraz zobaczył, najpewniej uznałby mnie za wariatkę. Ale dla mnie to było normalne. Robiłam to potajemnie, ale spontanicznie.

Niektórzy mówią do siebie, a ja mówię do zwierząt. Robiłam to od dziec­ka. Czasami byłam pewna, że rozumieją mnie lepiej niż ludzie. Czy naprawdę rozmawianie ze zwierzętami jest dziwniejsze niż rozmawianie z samą sobą?

- Przykro mi, ale nie mam czym cię poczęstować - powiadomiłam mojego gościa, stukając palcami w wargi.

Jego płas­kie opuszki nadawały mu śmieszny, niewinny wygląd. Szeptałam do niego radośnie:

- Jaki jesteś malutki...

- Ach! - Za moimi plecami rozległ się czyjś głos. - Nica!

W drzwiach kuchni pojawił się Norman.

- Cześć - przywitałam go, zas­koczona, że wrócił do domu na obiad.

Niekiedy na siebie tak wpadaliśmy, ale zdarzało się to bardzo rzadko.

- Przyszedłem coś przekąsić na szybko... Z kim rozmawiałaś? - zapytał, mocując się z pas­kiem.

Uśmiechnęłam się słabo.

- Och, tylko z... - Zamilkłam. Wciąż miałam przed oczami logo z martwym karaluchem.

Zerknęłam szybko na zwierzątko obok siebie i zbladłam, kiedy zobaczyłam, że pochyliło głowę i odpowiedziało spojrzeniem. Zanim Norman podniósł wzrok, złapałam gekona i schowałam za plecami.

- Z nikim.

Norman spojrzał na mnie ze zdziwieniem, a ja wzruszyłam ramionami, nerwowo chichocząc. Czułam ruch we wnętrzu dłoni, jakbym trzymała małego węgorza, i naprężyłam nadgarstki, kiedy gekon delikatnie ugryzł mnie w palec.

- Okej... - bąknął Norman i podszedł nieco bliżej, a ja strzelałam oczami dookoła, szukając drogi ucieczki.

- Czeka mnie solidna robota. Dziś rano zadzwoniła klientka. Będę musiał wpaść do magazynu po... ciężką artylerię, jeśli wiesz, co mam na myśli... Pani Finch szaleje, zarzeka się, że ma gniazdo szerszeni...

- O rany! - zawołałam dramatycznie, wskazując coś za jego plecami. - A to co?

Norman się odwrócił, a ja szybko wyrzuciłam gekona za okno. Kręcił się w powietrzu jak bąk, aż po chwili wylądował w ogrodzie na miękkiej trawie.

- To lampa...

Norman odwrócił się z powrotem do mnie, a ja posłałam mu promienny uśmiech. Spojrzał na mnie z wahaniem. Miałam nadzieję, że nie pomyś­lał, że jestem dziwaczką, choć właśnie o tym zdawała się świadczyć jego mina. Spytał, czy wszystko w porządku, zapewniłam go, że tak. Próbowałam zachowywać się swobodnie. Wreszcie postanowił dać mi spokój. Kiedy usłyszałam, że zamykają się za nim drzwi do domu, odetchnęłam z ulgą.

Czy kiedykolwiek zdołam wywrzeć na kimś dobre wrażenie? Czy ktoś mnie polubi pomimo mojego dziwacznego, nietypowego sposobu bycia?

Spojrzałam na plastry na dłoniach i westchnęłam. Pamiętałam o swoich koszmarach, ale zamknęłam je w najdalszym zakamarku, zanim zdążyły wszystko zepsuć.

Umyłam ręce i zjadłam z namaszczeniem, delektując się każdą sekundą tej zupełnie normalnej chwili w tym zupełnie normalnym domu. Rozkoszowałam się posiłkiem, a jedno­cześnie w milczeniu przyglądałam się stojącej w kącie miseczce.

Kilka razy słyszałam jakieś skrobanie w drzwi, ale kiedy powiedziałam o tym Annie, tylko machnęła ręką.

- A, nie ma się czym przejmować - odrzekła. - To tylko Klaus. Prędzej czy później zechce się pokazać... To typ samotnika.

Zastanawiałam się, kiedy postanowi się ze mną zapoznać.

Pozmywałam talerze i sztućce, sprawdziłam, czy na pewno poukładałam je tak, jak Anna je zostawiła, po czym wspięłam się z powrotem do swojego pokoju. Resztę popołudnia spędziłam na nauce.

Zatopiłam się w równaniach i datach związanych z wojną secesyjną. Kiedy skończyłam odrabiać prace domowe, był już wieczór. Przeciągając się, zauważyłam, że palec, w który ugryzł mnie gekon, poczerwieniał i trochę pulsował. Może powinnam zakleić go plastrem... Zielonym jak on - pomyś­lałam, wychodząc z pokoju.

Pogrążona w myś­lach stanęłam przed drzwiami łazienki i wyciągnęłam dłoń do klamki, ale zanim zdążyłam do niej sięgnąć, ta opadła, a zamek szczęknął.

Podniosłam głowę dokładnie w chwili, kiedy drzwi się otworzyły. Ujrzałam przed sobą dwoje czarnych oczu, a ich magnetyzm był tak silny, że zadrżałam zas­koczona. Cofnęłam się gwałtownie.

Rigel stanął w progu jak gdyby nigdy nic. Z jego ramion unosiły się smużki pary, z czego wywnios­kowałam, że właśnie wziął prysznic.

Jego obecność znów wsączyła we mnie niepokój.

Nigdy nie umiałam być wobec niego obojętna. Nie dało się uciec przed jego przepastnymi tęczówkami. To były oczy rzeźbiarza łez, mimo że nie blade jak w legendzie. Były za to niebezpieczne, choć wyglądały jak przeciwieństwo tych z opowieści.

Oparł się o ościeżnicę, jego włosy niemal mus­kały szczyt drzwi. Zamiast odejść, skrzyżował ramiona na piersi i się na mnie gapił.

- Chcę przejść - zakomunikowałam sztywno.

Wciąż parował, przez co wyglądał jak diabeł o czarnoksięs­kiej mocy, stojący w bramie piekieł. Z drżeniem wyobraziłam sobie, że wchodzę w tę chmurę i znikam pochłonięta przez jego zapach...

- Śmiało - zachęcił, choć najwyraźniej nie zamierzał się przesunąć.

Spojrzałam na niego twardo, z naganą. Wiedziałam, że go to nie ruszy.

- Dlaczego to robisz?

Nie miałam ochoty na gierki, chciałam, żeby po prostu przestał, żeby dał mi spokój.

- "To", czyli co?

- Dobrze wiesz. - Próbowałam mu się postawić. - Zawsze to robisz. Od kiedy się znamy.

Pierwszy raz odważyłam się powiedzieć mu coś tak wprost. Nasza relacja była zbudowana z przemilczeń, niedopowiedzeń, sarkazmu i niewinności, uszczypliwości i uników. Nigdy nie traciłam czasu na próby zrozumienia Rigela i jego zachowania, zawsze trzymałam się od niego z daleka. Na dobrą sprawę nie można było nawet nazwać tego relacją.

Uniósł kąciki warg w drwiącym uśmiechu.

- Bo nie mogę się powstrzymać.

Zacisnęłam palce.

- Nie dasz rady - wydusiłam z całym zdecydowaniem, na jakie było mnie stać. Mój głos zabrzmiał czysto i mocno.

Jego twarz pociemniała.

- Nie dam rady co?

- Wiesz co! - warknęłam.

Byłam cała spięta, prawie stałam na palcach, buzowały we mnie potężne emocje. To był upór czy desperacja?

- Nie pozwolę ci na to, Rigel. Nie zniszczysz tego... Słyszysz mnie?

Byłam drobna, palce miałam całe w plastrach, ale patrzyłam mu prosto w oczy, bo czułam, że muszę bronić swojego marzenia. Wierzyłam w delikatność i w dobro, w ciepłe słowo i miły gest. Ale Rigel odsłaniał takie strony mojej duszy, w których z trudem rozpoznawałam samą siebie. Był zupełnie jak rzeźbiarz łez...

Dopiero po chwili spostrzegłam, że wyraz jego twarzy się zmienił. Już się nie uśmiechał, za to jego czarne oczy wbiły się w moje usta.

- Mów dalej - mruknął cicho.

Zacisnęłam szczęki. Byłam zdeterminowana.

- Nie dasz rady!

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej