KORALE Z JARZĘBINY
Samochód podskoczył na nierówności. Maria poczuła radosne trzepotanie w piersi i roześmiała się w głos. Prawdopodobnie tylko ona cieszyła się na myśl o wybojach. Nie była to jednak zwyczajna wyrwa w drodze, ale wypukłość mostku na strumieniu przepływającym pod granickim lasem. A także znak, że wkrótce malarka ujrzy niewielką drewnianą chatę przytuloną do wiekowych dębów i spotka się ze swą wytęsknioną przyjaciółką.
O ile ta nie wyruszyła na jedną z leśnych wędrówek...
Przed oczami Marii natychmiast zobrazowała się właścicielka domku pod lasem, tak rzeczywista, jakby we własnej osobie pojawiła się na polnej drodze, przed maską samochodu. Jak zwykle lekko pochylona pod ciężarem wypchanego kocimi puszkami plecaka, w przydługiej spódnicy z postrzępionym skrajem i ciężkich trzewikach. Z wiklinowym koszem uwieszonym łokcia, pełnym aromatycznych darów lasu. Grzybów, orzechów, może owoców zerwanych z dzikiej jabłoni?
Malarka odruchowo nacisnęła hamulec, gwałtownie zatrzymując samochód i mocno pochylając się do przodu. O mały figiel nie doszło do katastrofy, zganiła się w myślach i z ulgą otarła pot z czoła. Na szczęście na drodze nie było nikogo. Najwyraźniej tęsknota mieszała jej zmysły. Wzięła głęboki oddech i ruszyła znowu, tym razem wolniej, choć pragnęła jak najszybciej dotrzeć na miejsce.
Och, tak bardzo brakowało jej Krystynki!
Wprowadzając się do domku pod lasem, nawet nie podejrzewała, że rozwinie się między nimi tak zażyła przyjaźń. W ostatnich tygodniach tęskniła nie tylko za pełnymi życiowych mądrości rozmowami na ławce pod orzechem albo na schodkach prowadzących do chaty, ale także za prostym życiem, którego zasmakowała pod dachem kociej opiekunki. Najchętniej w ogóle nie wyjeżdżałaby z Granic... Czekały na nią jednak zobowiązania i domowe obowiązki, których nie mogła bagatelizować bez końca. A do tego szczerze chciała pomóc w naprawieniu relacji pomiędzy Olą a jej ojcem.
Nie było to wcale łatwe, ponieważ Marcin Dudziak czerpał nieokreśloną przyjemność z przypominania córce o trafnym osądzie jej niedawnego kochanka, a Ola, wciąż głęboko zraniona i rozchwiana emocjonalnie, reagowała histerycznie na każdą wzmiankę o nieszczęsnym romansie. Z ojcem w ogóle nie chciała rozmawiać, zażądała, aby za pośrednictwem kuriera przesłał wszystkie rzeczy, które trzymała w jego krakowskim mieszkaniu, i nawet nie próbował się z nią kontaktować przez najbliższe sto lat. Maria łapała się różnych sposobów, aby polepszyć stan emocjonalny jedynaczki. Kilkudniowy pobyt na wsi, spędzony na wędrówkach po lesie i zabawach z psem, dobrze wpłynął na Olę, ale po krótkim czasie dziewczynę znów dopadła dziwna nerwowość. Maria uznała, że najlepszym lekarstwem dla nieszczęśliwie zakochanej będzie bliskość znajomych kątów, zdecydowała się więc wrócić z jedynaczką do domu. Tam przekonała się, że dziewczyna ponownie się od niej oddala, zamknięta w pokoju, godzinami leżała skulona na łóżku, słuchając rzewnej muzyki i przeglądając zdjęcia i wpisy w komórce. Zareagowała natychmiast. Wynajęła pokój w przytulnym pensjonacie w górach i zaplanowała dwutygodniowy wypoczynek. Chciała zająć córkę konkretnymi aktywnościami. Przedpołudnia poświęcały wędrówkom powoli wyludniającymi się po letnim szaleństwie szlakami, a późniejsze godziny wypełniały odpoczynkiem w ogrodzie gospodarzy. Sporo czytały i dyskutowały o książkach, odwiedziły kilka galerii i muzeów. Wieczory z reguły spędzały w góralskich knajpkach, kosztując lokalnych specjałów i przysłuchując się skocznej muzyce wygrywanej na skrzypkach. Raz czy dwa razy Ola dała się nawet porwać do tańca i w Marii zakiełkowała nadzieja, że córka wraca do życia. Wiedziała jednak, że proces gojenia ran na sercu Oli wymaga czasu. Przypominały jej o tym stłumione szlochy dobiegające nocami zza drzwi pokoju dziewczyny.
Chociaż pobyt w Tatrach nie okazał się cudownym lekarstwem, pomógł im obu. Cierpliwość i łagodność Marii sprawiły, że Ola w końcu się otworzyła i podzieliła swoim bólem oraz głęboko skrywanymi lękami. Maria słuchała z sercem ciężkim jak ołów, ale wiedziała, że musi pozwolić córce przejść przez to doświadczenie po swojemu. Chciała być dla niej oparciem, jak mocne drzewo, które w cieniu swoich gałęzi ofiaruje wytchnienie i siłę. Po powrocie do domu obie były silniejsze i spokojniejsze, Maria rozważała nawet przełożenie wystawy w Zwaliskach, by w chwili kolejnej słabości być blisko córki. Właśnie układała w myślach, co powie Marcie Ożóg, kiedy na progu ich domu pojawił się niespodziewany gość.
- To Wojtek. Pamiętasz, mamo? - Ola wydawała się skrępowana.
- Oczywiście.
- Umówiliśmy się na spacer. Nie czekaj na mnie. Wrócę późno.
- Dobrze - odparła Maria. W głębi serca wcale nie była przekonana, że jest dobrze. Czy zraniona przez starszego kochanka Ola powinna od razu rzucać się w ramiona byłego chłopaka? Czego w nich szukała? Pocieszenia? Potwierdzenia własnej atrakcyjności? A może Maria niepotrzebnie się martwiła? Może córka po prostu potrzebowała normalności?
Najwyraźniej tak było, bo po tym pierwszym spotkaniu nastąpiły kolejne, nie tylko z Wojtkiem, ale również z resztą przyjaciół z licealnej paczki. Ola wychodziła ze znajomymi do pizzerii i pubu, jeździła na wycieczki rowerowe, do kina oraz na basen. Spędzała czas aktywnie, nie pozostawiając go zbyt wiele na myślenie oraz roztrząsanie tego, co zaszło między nią a Olgierdem. Znowu przypominała dawną, pełną życia Olę, śmiała się i żartowała, a zza drzwi jej sypialni dobiegały ożywione rozmowy. Teraz częściej były otwarte niż zamknięte na głucho. Ponownie zbliżyli się do siebie z Wojtkiem. Może próbowali odzyskać to, czego przed paroma miesiącami nie udało im się zbudować? Ola sprawiała wrażenie szczęśliwej i, pomimo wcześniejszych rozterek, w Marii zakiełkowała nadzieja, że wychodzą na prostą.
- Pojedziesz ze mną jesienią do Granic? - zapytała malarka pewnego dnia. - Chcę spędzić tam kilka dni i osobiście dopilnować przygotowania wystawy.
- Pojadę na wernisaż - odrzekła Ola. - Ale nie musisz mnie niańczyć, mamo. Dam sobie radę. - Maria chyba zrobiła sceptyczną minę, bo córka parsknęła śmiechem. - Serio. Umiem o siebie zadbać. I uprzedzając twoje pytanie, nie zamierzam jechać do ojca. Wkrótce rozpoczyna się rok akademicki. Początkowo zamierzałam znaleźć pokój do wynajęcia, ale po tym, co ostatnio zaszło, nabrałam jakiegoś wstrętu do życia w Krakowie. Wolę zostać w domu i dojeżdżać na zajęcia. Dogadałam się już z Mariuszem. On codziennie dojeżdża na uczelnię z siostrą, która pracuje niedaleko miasteczka studenckiego. Dorzucę się parę groszy do paliwa i nie będę się martwić transportem. Poza tym... Co myślisz o tym, żebym zapisała się na kurs prawa jazdy?
- Cóż, uważam, że to bardzo dobry pomysł, skarbie. Kiedy chcesz to zrobić?
- W październiku. Nie chcę korzystać z miejscowej szkoły jazdy, wolę jeździć po Krakowie. Wiesz, tory tramwajowe, ronda, duże skrzyżowania... Lepiej opanować to od razu. Wojtek też wybrał kurs w Krakowie i zdał egzamin praktyczny za pierwszym razem, w ogóle niestraszna mu była jazda po mieście. Też tak chcę.
- Czyli nie pojedziesz ze mną do Krystynki i Puszka?
- Pojadę, pojadę, nie martw się. Ale tym razem nie zostanę na dłużej. Mamy inne plany - oznajmiła zdecydowanie.
- Cieszę się, że czujesz się już lepiej.
- To wasza zasługa. Twoja i Wojtka. Reszty ludzi z paczki też, ale wasza...najbardziej... - W głosie dziewczyny pobrzmiewała nuta wzruszenia. - Właśnie! - Z podekscytowania klasnęła w dłonie. - Mam dla ciebie prezent!
- Naprawdę?
- Tak. Nie podglądaj, dobrze?
Maria posłusznie zacisnęła powieki. Ola skrzypnęła otwieraną szufladą, zaszeleściła przechowywanymi w niej drobiazgami, a następnie pochyliła się nad matką, muskając jej twarz kosmykami włosów i rozsiewając wokół zapach migdałowego olejku do ciała. Malarka poczuła na karku dotyk chłodnych palców, a zaraz potem córka się odsunęła.
- Spójrz w lustro - powiedziała z figlarnym uśmiechem. Wzrok Marii przyciągnął delikatny sznur czerwonych koralików na szyi. Ola stanęła obok matki, tuląc głowę do jej ramienia, i podchwyciła jej spojrzenie w tafli zwierciadła. - Natknęłam się na te koraliki podczas wycieczki do Ojcowa i od razu o tobie pomyślałam. Wiesz dlaczego? Bo przypominały mi owoce na krzewie jarzębiny, który mijałam podczas spacerów po lesie w Granicach. Dla Krystynki też kupiłam. - Uniosła dłoń, demonstrując przewieszony przez przegub bliźniaczy naszyjnik.
- Na pewno jej się spodoba! - powiedziała Maria i spojrzała ciepło na Olę. To, że córka pomyślała o kociej opiekunce, sprawiło jej wielką radość.
Pokonując ostatnie metry dzielące ją od chaty Krystynki, Maria zerknęła w lusterko i dotknęła koralików widocznych w wycięciu białej koszuli. Rzeczywiście przypominały krągłe jagody jarzębiny. Bardzo je polubiła. W ostatnich dniach zakładała je tak często, że bez nich czuła się niepełna. Amulet od córeczki, pomyślała rozbawiona. Na siedzeniu pasażera, obok skórzanej torby, szkicownika i pliku ulotek z wcześniejszych wystaw, leżał atłasowy woreczek z koralami dla Krystynki. Maria namawiała Olę, aby zabrała się z nią do Granic i osobiście wręczyła upominek, jednak dziewczyna obstawała przy swojej decyzji.
- Mam nadzieję, że na wernisażu zobaczę je na szyi pani Krystynki - zapowiedziała.
- Ja również - zgodziła się Maria i w głębi ducha dodała, że tak naprawdę ma nadzieję, iż Krystynka nie rozmyśliła się co do organizacji samego wernisażu. Zaprezentowanie ilustracji z "Malarki wiosennych łąk" i przedstawienie matki jako utalentowanej artystki wymagało od kociej opiekunki wielkiej odwagi. Maria była świadoma, jak dużo kosztowało to jej przyjaciółkę, ile wątpliwości i lęków musiała pokonać, zanim wyraziła zgodę. Nie wiedziała, z jakimi myślami mierzyła się Krystynka po jej wyjeździe z Granic. Może uznała, że wystawa to zły pomysł, i wolała zachować malunki Krystyny tylko dla siebie? W domku pod lasem nie było telefonu, więc Maria nie mogła się skontaktować z przyjaciółką spod lasu. Dzwoniła za to parokrotnie do Ewy Sobczyk, jednak właścicielka marketu Wisienka, najwyraźniej zaabsorbowana własnymi sprawami i niezbyt skora do rozmowy, wydała jej się dziwnie odległa.
Samochód minął ostatni zakręt i oczom Marii ukazał się znajomy domek. Po tygodniach spędzonych poza Granicami malarka miała wrażenie, że był jeszcze mniejszy niż wcześniej, jakby skurczył się pod naporem potężnych dębowych konarów. Furtka prowadząca na podwórko była uchylona, drzwi do sieni otwarte na oścież. Na kamiennych stopniach stał wiklinowy kosz, a na sznurze rozwieszonym między drzewami powiewały kuchenne ściereczki. Siedzący na progu Puszek zerwał się na równe nogi i z głośnym jazgotem podbiegł do samochodu. Maria wysiadła i przykucnęła, aby obdarzyć stęsknionego psiaka porcją ulubionych pieszczot, a on natychmiast przewrócił się na grzbiet, wyczyniając różnorakie wygibasy i równocześnie starając się polizać jej dłoń. Maria śmiała się w głos. Stęskniła się za kudłatym kundelkiem i zaraz zaczęła go zapewniać, że w torebce ma dla niego specjalne przysmaki. Psisko zdawało się rozumieć każde jej słowo, bo raz-dwa wyswobodziło się spod jej dłoni i wyczekująco spojrzało na drzwiczki auta.
Zamieszanie przed furtką wywabiło na podwórko Krystynkę. Stanęła w progu i podparta pod boki przyglądała się harcom pupila. Brwi miała mocno zmarszczone, ale usta układały się w przyjaznym uśmiechu.
- Patrzcie no, przecież to nasza malarka! - zawołała radośnie. - Nie spodziewałam się ciebie, Marysiu, dobrze, żeś mnie w domu zastała, bo za kwadrans albo dwa miałam wychodzić do starej fabryki. Mam tam pod opieką nowego gagatka. Nie wiem, skąd się kocina wzięła, albo inaczej... Nie wiem, co za niegodziwiec go tam wyrzucił jak śmieci... Kocur na schwał, duży, pewnie i z dwanaście kilo kiedyś ważył, teraz jednak ino skóra i kości, i pełno skołtunionych kłaków. Jeszcze mi nie ufa, jeszcze do ręki nie podchodzi, ale głód sprawił, że miskę oswoił... Inne koty go przepędzają, bo ucho paskudnie potargane miał, ale nie było jak go złapać i opatrzyć. Teresa... Pamiętasz Teresę, weterynarkę? Obiecała mi klatkę taką załatwić, łapkę, znaczy się. Odłowimy łobuza, Teresa go zbada, wykastruje, jeśli trzeba...Ale to jak łapka będzie, teraz najważniejsze to nakarmić. - Krystynka z ożywieniem dzieliła się z Marią planami na najbliższe popołudnie, lecz nagle się zreflektowała: - A ja ci tu o kotach bajam, zamiast do domu wołać i herbatą albo kompotem poczęstować. Przecież ty z drogi, to pewnie zmęczona. Byłaś w siedlisku?
- Nie, nie byłam - odparła Maria.
- Kacpra chyba nie ma? - Krystynka spojrzała na Marię z zaciekawieniem, ale gdy ta wzruszyła ramionami, zrozumiała, że nie będzie dalszych szczegółów. - No tak, dziewczynka wróciła do matki, przecież szkoła się zaczęła, to i koniec figli u ojca na wsi. Długo siedzieli, do końca sierpnia. A w siedlisku teraz to zamieszanie, winobranie przecie niedługo. Ale że ty tutaj, do mnie? - Nagle gwałtownie wciągnęła haust powietrza. - Czy to już? Wystawa będzie?
- Tak. - Maria uśmiechnęła się życzliwie. - Pora zająć się wystawą.
- Nie zmieniłaś zdania? Nadal chcesz malunki mojej matki wystawiać? Ludziom pokazywać?
- Oczywiście! Nie wiem tylko, czy pani nadal tego chce?
- Ja...no... chyba tak. Niech widzą, jakie piękne. Niech zrozumieją wreszcie, jakie dobre serce miała matka moja. A ty wiesz, Marysiu, że jak żeśmy tę tabliczkę na grobie przykręciły, to nagle ludzie zaczęli matce znicze palić? Kwiatki przynosić? Oczy przecierałam, bo uwierzyć nie mogłam...
- To dobrze. Pani matka zasługuje na szacunek.
- Prawda, a niech mnie... A powiedz ty mi, rzeczy jakie masz ze sobą?
- Tyle co nic. Zajechałam w drodze na spotkanie z dyrektorką biblioteki. Potem wracam do domu, ale wkrótce chciałabym przyjechać i spędzić tutaj kilka dni.
- Spędzić...? - powtórzyła niepewnie Krystynka.
-Tak już mam w zwyczaju, że aktywnie angażuję się w organizację swoich wernisaży - zaśmiała się Maria. - Lubię dopilnować wieszania prac, projektów ulotek i plakatów. Oprawa musi współgrać z duchem obrazów. - Maria spojrzała wymownie na rozmówczynię. - Mam kilka pomysłów aranżacji malunków z "Malarki wiosennych łąk". Gdyby to była inna pora roku, namówiłabym Martę Ożóg do zorganizowania wystawy na świeżym powietrzu, wśród drzew i kwiatów... Dopiero byłoby pięknie! Ale ponieważ mamy jesień... - Maria urwała na chwilę i z zachwytem przebiegła wzrokiem po złocących się zaroślach porastających brzeg lasu - ...i salę ekspozycyjną biblioteki do dyspozycji, same musimy wyczarować dla naszej malarki najpiękniejszą łąkę. Wkomponujemy w przestrzeń kwiaty i zioła, złote barwy i leśne zapachy przenikną każdy kąt naszego małego ogrodu, a obrazy pani matki wtopią się w tę scenerię jak część natury. Mam nadzieję, że mi pani pomoże.
Gospodyni mocno uścisnęła dłoń Marysi.
- Nawet teraz, dookoła, idzie znaleźć zielone zioła. Jak zechcesz, to się tym zajmę - zadeklarowała i cofnęła się do sieni, ruchem dłoni dając malarce znać, aby szła za nią. - Ale co do tego, że chcesz przyjechać na parę dni...
- Oczywiście jeśli to nie problem... - zastrzegła szybko Maria.
Krystynka skrzywiła się.
- Zaraz tam problem... - wymamrotała. - Po prostu akurat innego gościa mam...
- O! - Maria szerzej otworzyła oczy. - Nie wiedziałam...
- Bo jak tu wiedzieć, przecie to nie jest zwyczajna rzecz... Rozumiesz chyba... Jakoś się musimy... Tyle lat... No i jak przyjechała, to jej za próg nie wyrzucę, proszę ja ciebie...
- Pani siostra? - Marysia zniżyła głos do półszeptu i z zaciekawieniem zerknęła ku kuchennym drzwiom. Te, w przeciwieństwie do głównych, prowadzących na podwórko, były dokładnie zawarte. Co tu się dziwić, pomyślała Maria, przecież już październik, choć ciepły i słoneczny, niesie w darze to, co jesień zazwyczaj ma do zaoferowania: poranne i wieczorne chłody, mgły, mżawki i wiatry, chłoszczące ściany i okna domów. Przed taką aurą trzeba drzwi zamykać, żeby nie umykało do niej ciepło kaflowego pieca, do którego wrzuca się z trudem przygotowany opał. - Jest tutaj? Przyjechała do pani?
- Przyjechała. - Krystynka z namaszczeniem skinęła głową. - Parę razy już przyjeżdżała, ale teraz inaczej ma być, obiecała zostać, zanocować. Powiedziała, że chce poczuć, jak to jest żyć w tym domu, i chce zrozumieć, co mi przyszło przez te wszystkie lata znosić. Może to i dobry sposób, nie wiem, obce żeśmy się sobie stały przez tamtych ludzi. Teraz nauczyć się siebie musimy, rozmawiać, siostrami być, bo żadna z nas tego nie umie. Dlatego przepraszam cię, Marysiu, że gościny ci nie udzielę, ale w komorze położyć siostrę chciałam, rzeczy jej w bieliźniarce ułożyłam, nie chcę zamieszania robić i przestawiać ją z kąta w kąt... Nie gniewasz się?
- Skądże! - Maria odruchowo ścisnęła dłoń starszej kobiety i uśmiechnęła się do niej ciepło. - Cieszę się, że odzyskała pani siostrę. Musicie nadrobić wiele lat.
- Tego się nie da nadrobić, Marysiu - westchnęła Krystynka. Jej spojrzenie powędrowało w stronę drzwi, za którymi jesienne promienie słońca układały na trawniku złote mozaiki. - A powiedz, co ty za woreczek w palcach ściskasz? Znowu jakieś ciasteczka dla Puszka przywiozłaś? W zadku mu się przewróci od tego dobra!
- Oczywiście! - Maria ocknęła się z zamyślenia. - To prezent dla pani, od Oli - powiedziała i rozsupłała rzemyki ściągające woreczek. - Jarzębinowe korale z Ojcowa.
- Jak malowane... Jak malowane... - szeptała z zachwytem Krystynka, przykładając je do piersi i przeglądając się w zaśniedziałym lusterku wiszącym na gwoździku obok drzwi.