Rzeź Nankinu - Iris Chang

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy próbujemy zrozumieć działania Japończyków, nasuwają się najbardziej oczywiste pytania. Jak doszło do tego, że zachowanie japońskich żołnierzy oznaczało pogwałcenie wszelkich norm rządzących ludzkim postępowaniem? Dlaczego oficerowie zezwalali na to, a nawet do tego zachęcali? Jaki był współudział japońskiego rządu? Wreszcie jaka była reakcja rządu wobec raportów uzyskiwanych własnymi kanałami, a także wobec głosów dobiegających ze źródeł zagranicznych na miejscu?
Aby odpowiedzieć na te pytania, musimy zacząć od odrobiny historii.
Dwudziestowieczna japońska tożsamość wykuta została w liczącym tysiąc lat systemie, w którym hierarchia społeczna ustalana i podtrzymywana była poprzez wojenne współzawodnictwo. Jak daleko sięgano pamięcią1, potężni feudałowie na Wyspach Japońskich zatrudniali prywatne armie, by toczyć pomiędzy sobą niekończące się wojny; do czasów średniowiecznych armie te wyewoluowały w swoistą japońską klasę samurajskich wojowników, których kodeks postępowania nosił nazwę bushido ("Droga wojownika"). Umrzeć w służbie swego pana było największym honorem, jakiego mógł dostąpić samurajski wojownik.
Tego rodzaju kodeksy honorowe nie były bez wątpienia wynalazkiem kultury japońskiej. Rzymski poeta Horacy pierwszy określił dług, jaki zaciąga wobec swoich władców każde pokolenie młodych ludzi - Dulce et decorum est pro patria mori[4]. Ale samurajska filozofia wykracza daleko poza rozumienie służby wojskowej jako słusznej i odpowiedniej. Japoński kodeks był niebywale surowy - wyróżniał go szczególny imperatyw moralny, nakazujący jego adeptom popełnienie samobójstwa, jeśli zawiodą w honorowych zobowiązaniach wojskowej służby - często na drodze wysoce ceremonialnego i krańcowo bolesnego rytuału harakiri, podczas którego wojownik umierał bez zmrużenia okiem, rozpruwając sobie brzuch w obliczu świadków.
Od XII wieku zwierzchnik rodu panującego (a więc najpotężniejszego), zwany obecnie szogunem, oferował cesarzowi, którego czczono jako bezpośredniego potomka Bogini Słońca, wojskową ochronę ze strony swoich samurajów w zamian za boskie uznanie dla całej klasy rządzącej. Tak zawierano umowę. W owym czasie kodeks samurajski, przestrzegany początkowo przez niewielki odsetek populacji, wniknął w głąb japońskiej kultury i stał się wzorem honorowego postępowania pośród wszystkich młodych ludzi.
Czas nie nadwerężył etyki bushido, która wyłoniła się po raz pierwszy w XVIII wieku i była praktykowana aż do skrajności w epoce nowoczesnej. W czasie II wojny światowej niesławne samobójcze ataki kamikaze, podczas których wyszkoleni zgodnie z ceremoniałem piloci kierowali swe samoloty wprost na amerykańskie okręty, zrobiły na Zachodzie dramatyczne wrażenie, pokazały bowiem, z jakim oddaniem młodzi Japończycy są gotowi poświęcić swe życie dla cesarza. Ale byli oni czymś więcej niż małą elitarną grupą, wybierającą śmierć zamiast kapitulacji. Uderzające, że oddziały alianckie2 poddawały się w proporcji trzech poległych na jednego jeńca, podczas gdy Japończycy poddawali się przy proporcji aż 120 poległych na jednego poddającego się żołnierza.
Inną siłą, która zapewniła Japonii jej wyjątkowy charakter, była izolacja, zarówno fizyczna, jak i narzucona od wewnątrz. Na przełomie XV i XVI wieku Japonią rządził ród Tokugawa, który odseparował wyspy od zagranicznych wpływów. Izolacja, pomyślana jako ochrona przed zewnętrznym światem, odcięła jednak japońskie społeczeństwo od nowych technologii w epoce rewolucji przemysłowej, która dokonywała się w Europie, i w gruncie rzeczy uczyniła Japonię mniej bezpieczną. Przez 250 lat japońska technologia wojskowa nie zdołała wykroczyć poza łuk, miecz i muszkiet. W XIX wieku wydarzenia rozgrywające się poza kontrolą Japonii wyrwały kraj z kokonu, pozostawiając go w stanie niepewności oraz ksenofobicznej desperacji. W 1852 roku prezydent USA Millard Fillmore, sfrustrowany japońskimi odmowami otwarcia portów na handel zagraniczny, przyjął postawę podejmowania "brzemienia białego człowieka" wobec zamkniętych społeczeństw, racjonalizując w ten sposób europejski ekspansjonizm, i zdecydował zakończyć izolację Japonii, posyłając na wyspę komandora Matthew Perry'ego. Perry przestudiował starannie japońską historię i postanowił wymusić posłuszeństwo Japończyków metodą szoku - wielką demonstracją amerykańskiej siły wojskowej. W lipcu 1853 roku wysłał na Zatokę Tokijską flotyllę statków buchających czarnym dymem - po raz pierwszy pokazując Japończykom działanie silników parowych. Otoczywszy się sześćdziesięcioma czy siedemdziesięcioma groźnie wyglądającymi mężczyznami uzbrojonymi w miecze i pistolety, Perry przedefilował przez stolicę szoguna i zażądał widzeń z najwyżej postawionymi ludźmi w Japonii.
Stwierdzić, iż przybycie Perry'ego oszołomiło Japończyków, byłoby ogromnym niedomówieniem. "Analogiczną sytuację3 - pisał historyk Samuel Eliot Morison - stanowiłby komunikat od astronautów, że napotkali dziwacznie wyglądający statek kosmiczny, który zmierza w kierunku Ziemi". Przerażona arystokracja rodu Tokugawa szykowała się do bitwy, ukrywała kosztowności i urządzała pełne paniki narady. W końcu jednak musiała uznać wyższość amerykańskiej technologii wojennej i przyjęła poselstwo. Dzięki jednej wizycie Perry nie tylko zmusił Tokugawów do podpisania traktatów ze Stanami Zjednoczonymi, ale również szeroko rozwarł wrota japońskiego handlu dla innych państw, takich jak Wielka Brytania, Rosja, Niemcy oraz Francja.
Upokorzenie tych dumnych ludzi pozostawiło po sobie ślad zaciekłej urazy. Niektórzy członkowie japońskiej elity władzy opowiadali się w sekrecie za natychmiastową wojną z zachodnimi potęgami, ale inni doradzali ostrożność, przekonując, iż wojna osłabi tylko Japonię, a nie cudzoziemców. Ci drudzy ponaglali przywódców do udobruchania intruzów, uczenia się od nich i do potajemnego planowania japońskiego odwetu:
Ponieważ nie możemy się równać z cudzoziemcami4 w sztukach mechanicznych, powinniśmy nawiązać stosunki z obcymi krajami, poznać ich dryl oraz taktykę, a kiedy zjednoczymy narody [japońskie] niczym jedną rodzinę, musimy być zdolni do udania się za granicę i obdarowania ziemią tych, którzy wyróżnią się w walce; żołnierze będą konkurować ze sobą w okazywaniu męstwa i nie będzie wówczas za późno, by wypowiedzieć wojnę.
Choć taki pogląd nie przetrwał, powyższe słowa okazały się prorocze, gdyż opisują nie tylko strategię, jaką w przyszłości będą się kierować Japończycy, lecz również długoterminowe horyzonty ludzi spoglądających na życie w kategoriach państw, a nie jednostek.
*
Nie mając jasnego wyboru, Tokugawowie postanowili patrzeć i czekać - była to decyzja, która wydała na nich wyrok śmierci. Prowadzona przez szoguna polityka ustępstw, tak różna od tego, czego oczekiwano od jego lojalnych zwolenników, zraziła wielu Japończyków i była wodą na młyn agresywnych przeciwników szogunatu, którzy uznali ostrożną reakcję za nic więcej jak tylko czołobitność i uległość wobec cudzoziemskich barbarzyńców. Przekonani, że szogun utracił mandat do rządzenia, rebelianci ukuli sojusze na rzecz obalenia reżimu i przywrócenia cesarza do władzy.
W roku 1868 buntownicy odnieśli zwycięstwo w imieniu cesarza Meiji i zapoczątkowali rewolucję, zmierzającą do przekształcenia rozdrobnionych, walczących ze sobą udzielnych państewek lennych w nowoczesną, potężną Japonię. Aby znieść podziały plemienne i zjednoczyć wyspy, wynieśli do rangi religii państwowej słoneczny kult Shinto i wykorzystali cesarza w roli narodowego symbolu. Nowy cesarski rząd, zdeterminowany odnieść ostateczne zwycięstwo nad Zachodem, przyjął etykę bushido jako kodeks moralny dla wszystkich obywateli. Zagraniczne zagrożenie posłużyło wyspom jako dodatkowe źródło katharsis. W epoce znanej jako restauracja Meiji, Japonia wybrzmiewała nacjonalistycznymi hasłami, takimi jak "Czcić Cesarza! Wygnać barbarzyńców!" oraz "Bogaty kraj, silna armia!".
Ze zdumiewającą szybkością Japończycy wykonali skok w epokę nowoczesności - pod względem naukowym, gospodarczym i militarnym. Rząd posłał najlepszych studentów za granicę, aby uczyli się nauki i technologii na zachodnich uniwersytetach, przejął kontrolę nad krajowym przemysłem, tworząc fabryki na potrzeby wojska oraz zastąpił kontrolowane lokalnie feudalne oddziały narodową armią z poboru. Skrupulatnie przestudiowano również kultury wojenne USA i Europy, ceniąc nade wszystko militarny system Niemiec. Niemniej wiedza na temat zachodnich technik i strategii obronnych przywieziona z zagranicy przez studentów wstrząsnęła starym przekonaniem o wojennej wyższości Japończyków, pozostawiając kraj w niepewności co do nieuchronności zwycięstwa w przyszłym, ostatecznym starciu z Zachodem.
Przed końcem XIX wieku Japonia była już gotowa do próby konfrontacji, testując swoje nowe siły na azjatyckich sąsiadach. W 1876 roku rząd Meiji posłał do Korei siły morskie w liczbie dwóch kanonierek i trzech transportowców, zmuszając koreański rząd do podpisania traktatu handlowego - krok łudząco podobny do tego, jaki wymusił na Japonii Perry.
Następnie Japonia starła się o Koreę z Chinami. W 1885 roku ustanowiono Koreę współprotektoratem chińsko-japońskim, ale wrogość narosła w ciągu dekady, kiedy to Chińczycy przy wsparciu japońskich ultranacjonalistów próbowali stłamsić koreańskie powstanie. We wrześniu 1894 roku, sześć tygodni po wypowiedzeniu wojny, Japończycy nie tylko zajęli Pjongjang, lecz także zmiażdżyli na morzu chińską flotę północną. Rząd dynastii Qing zmuszony został do podpisania upokarzającego traktatu w Shimonoseki, wedle którego Chiny miały zapłacić Japończykom 200 milionów taeli wojennych odszkodowań, a także scedować na rzecz Japonii Tajwan, Peskadory, region Liaodong w Mandżurii oraz jeszcze cztery porty traktatowe. Nazwano to później pierwszą wojną chińsko-japońską.
Triumf Japonii byłby kompletny, gdyby nie został później zakłócony przez ingerencję zachodnich potęg. W wyniku wojny Japończycy zdobyli największy łup - półwysep Liaodong - ale zostali zmuszeni do oddania go przez trójstronną interwencję dyplomatyczną Rosji, Francji oraz Niemiec. Ta ilustracja potęgi odległych europejskich rządów, dyktujących Japończykom postępowanie, tylko usztywniła przekonanie, że Japonia powinna osiągnąć militarną przewagę nad swymi zachodnimi dręczycielami. Do 1904 roku armia japońska zwiększyła się dwukrotnie, a także uzyskała samowystarczalność w dziedzinie produkcji uzbrojenia.
Strategia ta wkrótce się opłaciła. Japonia mogła się chełpić pokonaniem w walce nie tylko Chin, lecz również Rosji. W wojnie rosyjsko-japońskiej w 1905 roku Japończycy odbili Port Arthur na półwyspie Liaodong, a morskie zwycięstwo pod Cuszimą przyniosło im połowę wyspy Sachalin oraz handlową dominację w Mandżurii. Było to coś oszałamiającego dla dumnego kraju, który przez pięćdziesiąt lat cierpiał upokorzenie jakim była uległość wobec narodów Zachodu. Pewien japoński profesor, upojony triumfem, podsumował odczucia swego kraju, deklarując, że "przeznaczeniem Japonii jest ekspansja i władza nad innymi narodami"5.
W dużej mierze dzięki tym sukcesom początek XX wieku był w Japonii czasem euforii. Modernizacja przyniosła nie tylko6 militarny prestiż, lecz również bezprecedensowy gospodarczy rozkwit. Pierwsza wojna światowa wykreowała wielki popyt na produkowane w Japonii stal oraz żelazo, jak również na japońskie tekstylia oraz handel zagraniczny. Ceny na giełdach poszybowały w górę i z niebytu wyłonili się biznesowi potentaci, olśniewając Japonię ekstrawaganckim stylem życia. Nawet japońskie kobiety - tradycyjnie zamknięte w domach w zdominowanym przez mężczyzn społeczeństwie - były widywane w kasynach i na wyścigach, gdzie przegrywały fortuny.
Zapewne gdyby ten gospodarczy dobrobyt potrwał dłużej, w Japonii wyłoniłaby się solidna klasa średnia, dająca społeczeństwu siłę do zrównoważenia imperialnych wpływów wojska. Ale tak się nie stało. Zamiast tego Japonia stanęła wkrótce w obliczu najpoważniejszego kryzysu ekonomicznego w swej nowożytnej historii - kryzysu, który zniweczył wcześniejsze zyski i osiągnięcia, spychając kraj na krawędź głodu i kierując go na wojenną ścieżkę.
*
W latach dwudziestych nad złotą erą japońskiej prosperity zapadła kurtyna. Kiedy wraz z końcem I wojny światowej ustał nienasycony wcześniej popyt na produkty militarne, japońskie fabryki amunicji zostały zamknięte, a tysiące robotników wyrzucono z pracy. W 1929 roku krach na giełdzie papierów wartościowych w USA oraz będący jego następstwem Wielki Kryzys ograniczyły amerykańskie zakupy dóbr luksusowych, podcinając japoński eksport jedwabiu. Co ważne, w dekadzie powojennej wielu międzynarodowych biznesmenów i konsumentów zaczęło odrzucać japońskie produkty, chociaż w I wojnie światowej Japonia stała po stronie aliantów. Mimo że zarówno narody europejskie, jak i Japonia poszerzyły swoje zamorskie imperia dzięki zdobyczom I wojny światowej, na ekspansję japońską patrzono jednak inaczej. Zniechęceni w pierwszej dekadzie nowego stulecia agresywną polityką japońską wobec Chin, a jeszcze bardziej przez japońskie próby kopiowania zachodniego kolonializmu w byłych posiadłościach niemieckich - przejętych przez Japonię w wyniku wojennych ustaleń - zachodni finansiści zaczęli mocniej inwestować w Chiny. Z kolei Chiny, rozwścieczone postanowieniami traktatu wersalskiego, który scedował na rzecz Japonii niemieckie prawa i koncesje na półwyspie Shandong, organizowały na szeroką skalę bojkot japońskich towarów. Te wydarzenia jeszcze bardziej nadwątliły japońską gospodarkę i wytworzyły powszechne przekonanie, że oto znów Japonia pada ofiarą międzynarodowego spisku.
Pogorszenie koniunktury w gospodarce rujnowało przeciętnych japońskich zjadaczy chleba. Zamykano przedsiębiorstwa, bezrobocie rosło. Wpędzeni w nędzę rolnicy i rybacy sprzedawali swe córki na prostytutki. Rosnąca inflacja, strajki pracownicze oraz potężne trzęsienie ziemi we wrześniu 1923 roku tylko pogłębiły trudne warunki życia.
Podczas kryzysu zyskiwał poklask argument, że Japonia musi podbić nowe terytoria, żeby nie dopuścić do masowego głodu. Populacja rozrosła się7 od około 30 milionów w okresie restauracji Meiji do niemal 65 milionów w 1930 roku, czyniąc wykarmienie narodu coraz trudniejszym zadaniem. Z wielkim wysiłkiem japońscy farmerzy podnosili zbiory z akra, osiągając absolutne maksimum, i w latach dwudziestych produkcja rolna się ustabilizowała. Populacja Japonii rosła z roku na rok, co spowodowało konieczność zwiększania importu żywności, toteż w okresie drugiej i trzeciej dekady XX wieku import ryżu wzrósł trzykrotnie. Japończycy, którzy wcześniej zarabiali na eksporcie tekstyliów, musieli stawić czoło kilku problemom: osłabionego zagranicznego popytu, zażartej konkurencji i często dyskryminujących taryf celnych.
W latach dwudziestych młodzi radykałowie w japońskiej armii przekonywali, że ekspansja wojskowa jest kluczowa dla przetrwania kraju. W książce Mowa do młodzieży podpułkownik Kingoro Hashimoto pisał:
Istnieją tylko trzy drogi, którymi Japonia8 może uciec przed presją nadmiernego przyrostu ludności (...): emigracja, wejście na nowe światowe rynki oraz poszerzenie terytorium. Drzwi pierwsze, emigracja, są przed nami zamknięte poprzez antyjapońską politykę imigracyjną w innych krajach. Drzwi drugie (...) są zatrzaśnięte przez taryfy celne oraz uchylenie traktatów handlowych. Cóż zatem powinna uczynić Japonia, kiedy dwoje z trojga drzwi są przed nią zamknięte?
Inni japońscy autorzy wskazywali na rozległe terytoria innych krajów, narzekając na niesprawiedliwość tego stanu rzeczy, szczególnie że kraje owe nie osiągały na większości swych ziem tak wysokiego poziomu zbiorów z akra, jaki uzyskiwali japońscy rolnicy. Autorzy ci patrzyli zazdrośnie nie tylko na rozległe grunty chińskie, ale także na ziemie państw Zachodu. Dlaczego, pytał wojskowy propagandysta Sadao Araki9, Japonia musi ograniczać się do 368 478 kilometrów kwadratowych, w dużej części jałowych, aby wyżywić 60 milionów ludności, podczas gdy kraje takie jak Australia i Kanada mają po ponad 7,5 miliona kilometrów kwadratowych na wyżywienie 6,5 miliona ludzi? Te różnice były niesprawiedliwe. W oczach ultranacjonalistów największymi przywilejami cieszyły się Stany Zjednoczone: Sadao Araki wskazywał, iż posiadają one nie tylko 7,8 miliona kilometrów kwadratowych ojczystego terytorium, lecz również 1,8 miliona kilometrów kwadratowych kolonii.
Jeśli ekspansja na Pacyfiku w kierunku zachodnim była oczywistym przeznaczeniem XIX-wiecznych Stanów Zjednoczonych, to Chiny były oczywistym przeznaczeniem XX-wiecznej Japonii. Było niemal nieuniknione, by ów jednorodny naród o wysokim poczuciu własnej wartości spojrzał na społecznie sfragmentaryzowaną i słabo zarządzaną przestrzeń Chin jak na pole dla osiągania własnej korzyści i eksploatacji. Agresywne dążenia10 Japonii nie sprowadzały się tylko do Azji. W 1925 roku, zaledwie trzy lata po przystąpieniu Japonii wraz z USA, Wielką Brytanią, Francją i Włochami do ograniczającego zbrojenia morskie traktatu waszyngtońskiego, który potwierdził wyróżniającą się rolę tego kraju jako trzeciej potęgi morskiej świata, Shumei Okawa, działacz narodowy, napisał książkę, w której nie tylko przekonywał, że przeznaczeniem Japonii jest "wyzwolenie" Azji, ale również, że wojna między jego ojczyzną a Stanami Zjednoczonymi jest nieunikniona. W ostatnim rozdziale był bardziej proroczy niż sam mógł przypuszczać, kiedy przepowiadał boską - niemal apokaliptyczną - wojnę między obiema potęgami: "Nim pojawi się nowy świat11, musi nastąpić śmiertelna walka pomiędzy potęgami Wschodu i Zachodu. Ta teoria jest ucieleśniona w amerykańskim wyzwaniu wobec Japonii. Najsilniejszym krajem Azji jest Japonia, a najsilniejszym krajem reprezentującym Europę jest Ameryka. (...) Przeznaczeniem obu tych państw jest walka. Tylko Bóg wie, kiedy ona nastąpi".
*
W latach trzydziestych XX wieku japoński rząd uwikłał się w intrygi, gdy zwolennicy wykorzystania nowo nabytych umiejętności technologicznych, które umożliwiły budowę lepszego społeczeństwa, walczyli o wpływy ze zwolennikami doktryny wykorzystania japońskiej przewagi militarnej nad sąsiadami do realizacji programu zagranicznych podbojów. Ideologie ekspansjonistyczne zyskały żarliwe poparcie prawicowych ultranacjonalistów, wzywających do ustanowienia dyktatury wojskowej, która ograniczyłaby prywatne bogactwo, znacjonalizowała własność i podporządkowała sobie Azję. Takie idee podsycały ambicje niższych rangą oficerów; wiejskie pochodzenie oraz młody wiek czyniły ich w naturalny sposób nieufnymi wobec tokijskich polityków i rozbudzały pragnienie błyskawicznego dostępu do władzy. Chociaż oficerowie ci ścierali się pomiędzy sobą, to dzielili wspólny cel: podporządkować sobie społeczeństwo oraz usunąć wszelkie biurokratyczne, ekonomiczne i polityczne przeszkody na drodze ku temu, co uważali za świętą misję Japonii - zemście na Europejczykach i dominacji nad Azją.
Krok po kroku, interwencjoniści przeforsowali na umiarkowanych członkach rządu serię kompromisów. Jednak rozczarowani tempem zmian, zaczęli spiskować pomiędzy sobą, by rząd obalić. W 1931 roku planowano zamach, lecz plan zarzucono. W 1932 roku grupa oficerów marynarki dokonała w Tokio terrorystycznego ataku, w którym zginął premier Tsuyoshi Inukai, ale nie udało się jej zaprowadzić stanu wojennego.
26 lutego 1936 roku klika młodych oficerów dokonała śmiałego puczu, który kosztował życie kilku polityków. Choć sparaliżował centrum Tokio na ponad trzy dni, ostatecznie upadł, a jego prowodyrzy zostali uwięzieni bądź straceni. Władza przeszła z rąk ekstremistów w ręce ostrożniejszej frakcji w rządzie, choć należy podkreślić, że nawet ona podzielała dużą część fanatycznych poglądów młodych oficerów, jeśli chodzi o japońskie pretensje do dominującej roli w Azji.
*
Część japońskich ultranacjonalistów wkrótce zrozumiała, że jeśli zamierzają przejąć kontrolę nad Chinami, to muszą działać szybko. Pojawiły się bowiem sygnały, że Chiny, zmuszone do uznania japońskich żądań w 1895 roku, próbują się wzmocnić jako naród - sygnały, które zachęciły japońskich ekspansjonistów do szybszej realizacji swojej misji.
Chiny faktycznie wykorzystały ostatnie dwa dziesięciolecia, aby przekształcić się z rozpadającego się imperium w walczącą o przetrwanie narodową republikę. W 1911 roku armia buntowników pokonała cesarskie siły Qingów i zakończyła trwające ponad dwa wieki rządy Mandżurów. W latach dwudziestych narodowcy pod wodzą Czang Kaj-szeka skutecznie walczyli z militarystami w północnych Chinach, aby zjednoczyć kraj. Ogłosili również jako swój cel eliminację niesprawiedliwych porozumień traktatowych narzuconych dynastii Qing przez obce potęgi. Rosnąca siła ruchu Czanga zagroziła interesom Japończyków w Mandżurii i Mongolii. Coś należało zrobić, i to szybko, nim Chiny staną się zbyt potężne, by je podbić.
Za zgodą japońskiego rządu, wojskowi zaczęli agresywniej ingerować w sprawy chińskie. W 1928 roku dyrygowali zamachem na Zhang Zuolina, militarystycznego przywódcę Mandżurii, kiedy ten odmówił pełnej z nimi współpracy. Morderstwo tylko rozwścieczyło Chińczyków, którzy coraz częściej bojkotowali japońskie towary.
W latach trzydziestych Japonia rozpoczęła niezapowiedzianą wojnę przeciw Chinom. Armia japońska wysadziła 18 września 1931 roku tory należącej do Japończyków kolei w południowej Mandżurii, licząc na sprowokowanie incydentu. Kiedy eksplozje nie zdołały wykoleić pociągu ekspresowego, Japończycy zabili chińskich strażników i sfabrykowali dla światowej prasy historię o chińskich sabotażystach. Incydent dał Japończykom pretekst do zajęcia Mandżurii, którą przemianowano na Madżukuo, a marionetkowym władcą ustanowiono Pu Yi, ostatniego cesarza Chin i spadkobiercę dynastii mandżurskiej. Zajęcie Mandżurii sprowokowało jednak antyjapoński resentyment w Chinach, który został wykorzystany przez działaczy chińskiej Partii Narodowej. Emocje rozgorzały po obu stronach i wybuchły krwawo w 1932 roku, kiedy tłum szanghajczyków zaatakował pięciu japońskich mnichów buddyjskich, zabijając jednego z nich. Japonia błyskawicznie dokonała odwetu, bombardując miasto i zabijając dziesiątki tysięcy cywilów. Kiedy rzeź w Szanghaju sprowokowała światową krytykę, Japonia zareagowała odcięciem się od międzynarodowej społeczności i wystąpieniem w 1933 roku z Ligi Narodów.
Aby przygotować się na nieuniknioną wojnę z Chinami12, Japonia przez całe dziesięciolecia szkoliła swoich mężczyzn do walki. Kształtowanie młodych do służby w japońskim wojsku zaczynało się wcześnie, a w latach trzydziestych XX wieku każdy aspekt życia chłopców nosił militarne piętno. Sklepy z zabawkami stały się niemal świątyniami wojny, sprzedającymi całe arsenały żołnierzyków, czołgów, mundurów, strzelb, dział przeciwlotniczych, trąbek i haubic. Pamiętniki z tego czasu opisują chłopców, toczących na ulicach niby-bitwy, dzierżących bambusowe tyczki jako wyimaginowane strzelby. Niektórzy nawet przywiązywali sobie do pleców drewniane belki i fantazjowali, że giną jako "ludzkie bomby" w samobójczych misjach.
Japońskie szkoły działały jak miniaturowe oddziały wojskowe. Niektórzy nauczyciele byli faktycznie oficerami i głosili uczniom, że mają obowiązek pomóc Japonii w wypełnieniu jej boskiego przeznaczenia: podboju Azji i objęcia światowego przywództwa. Uczyli oni młodych chłopców, jak obchodzić się z drewnianymi modelami karabinów, a starszych - jak obchodzić się z prawdziwą bronią. Podręczniki stały się nośnikami wojennej propagandy; pewna książka do geografii wykorzystywała nawet kształt Japonii dla usprawiedliwienia ekspansji: "Wyglądamy tak, jakbyśmy stali w awangardzie Azji13, śmiało torując drogę na szerokie wody Pacyfiku. Jednocześnie sprawiamy wrażenie gotowych bronić kontynentu azjatyckiego przed atakiem z zewnątrz". Nauczyciele podsycali w chłopcach nienawiść i pogardę wobec Chińczyków, przygotowując ich psychologicznie do przyszłej inwazji na kontynent. Pewien historyk przytacza historię wrażliwego ucznia, który wybuchł płaczem w czasie sekcji żaby. Nauczyciel zbił chłopca po głowie, krzycząc: "Czemu ryczysz nad jedną nędzną żabą?14 Kiedy dorośniesz, będziesz musiał zabić stu albo i dwustu chinoli!".
A jednak, pomimo tego całego psychologicznego programowania, cała historia jest bardziej skomplikowana. "Istniała głęboka ambiwalencja względem Chin w japońskim społeczeństwie15 - uważa oksfordzki historyk Rana Mitter. - Była to nie tylko rasistowska pogarda, z jaką odnoszono się do Koreańczyków. Z jednej strony Japończycy uznawali Chiny za źródło kultury, z której wiele zaczerpnęli, z drugiej zaś irytował ich chaos, w jakim Chiny znalazły się na początku XX wieku. Kanji Ishiwara, architekt incydentu mandżurskiego z 1931 roku, był wielkim sympatykiem chińskiej rewolucji republikańskiej roku 1911. Wielu Chińczyków, włączając Sun Jat-sena i Yuan Shikaia, korzystało z japońskiej pomocy i szkoleń w latach przed rewolucją oraz później. Japończycy sponsorowali również stypendia z odszkodowań za powstanie bokserów oraz szpitale Dojinkai, a uczeni tacy jak Tokio Hashimoto autentycznie cenili chińską kulturę. Zajmujący się Chinami eksperci japońskiej dyplomacji i armii byli doskonale przygotowani i mieli rozległą wiedzę na temat tego kraju. Niemniej wiedzę i ogładę rzadko przekazywano zwykłemu żołnierzowi.
Historyczne korzenie militaryzmu w japońskich szkołach sięgają restauracji Meiji. Pod koniec XIX wieku minister edukacji zadeklarował, że szkoły nie powinny służyć dobru uczniów, lecz dobru kraju. Nauczyciele edukacji początkowej szkoleni byli niczym wojskowi rekruci, a kursantów kwaterowano w koszarach i poddawano ostrej dyscyplinie oraz indoktrynacji. W 1890 roku pojawił się cesarski reskrypt w sprawie edukacji - ustanawiał on kodeks etyczny, któremu mieli podlegać nie tylko uczniowie i nauczyciele, ale też każdy japoński obywatel. Reskrypt stanowił cywilny odpowiednik kodeksów wojskowych, ceniąc ponad wszystko posłuszeństwo względem władzy i bezwarunkową lojalność wobec cesarza. Kopię dokumentu przechowywano nabożnie w każdej japońskiej szkole przy portrecie cesarza, wyjmowano ją i odczytywano każdego ranka. Mówiono, że kilku nauczycieli16, którzy pomylili się w trakcie odczytu, popełniło samobójstwo, by odpokutować obrazę wobec uświęconego dokumentu.
W latach trzydziestych japoński system edukacyjny stał się zuniformizowany i automatyczny. Pewien gość17 w jednej ze szkół podstawowych był mile zaskoczony, oglądając tysiące dzieci wymachujących flagami i maszerujących razem w idealnych szeregach; całkiem wyraźnie dostrzegł dyscyplinę oraz porządek, lecz już nie nadużycia18, za pomocą których dryl ów zaprowadzano i utrzymywano. Nauczyciele powszechnie zachowywali się niczym sadystyczni podoficerowie, wymierzając dzieciom policzki, uderzając je pięściami czy też okładając bambusowymi witkami lub drewnianymi mieczami. Uczniowie zmuszani byli do noszenia ciężkich przedmiotów, klęczenia, stania boso na śniegu lub biegania wokół placu zabaw, aż padali z wycieńczenia. Oburzeni lub nawet zaniepokojeni rodzice z pewnością rzadko odwiedzali takie szkoły.
Presja, by podporządkować się władzy, rosła, jeśli uczeń postanowił zostać żołnierzem. Złośliwe poniżanie i bezwzględna zasada hierarchii zwykle tłamsiły w nim resztki ducha indywidualizmu. Posłuszeństwo głoszono jako najwyższą cnotę, a poczucie indywidualnej wartości zastępowano ideą trybiku w wielkiej machinie, jako czegoś, co ma głębszy sens. Aby zaprowadzić takie ograniczenie indywidualności dla wspólnego dobra, oficerowie lub starsi żołnierze tłukli rekrutów niemal bez powodu lub bili ich okrutnie ciężkimi, drewnianymi drągami. Według Toshio Iritaniego, oficerowie często usprawiedliwiali samowolne kary, mówiąc: "Nie biję cię z nienawiści19, lecz z troski. Czy sądzisz, że rękami spuchniętymi i zakrwawionymi czynię to w stanie szaleństwa?". Niektórzy młodzi umierali z powodu tego fizycznego okrucieństwa, inni popełniali samobójstwo; ale większość stawała się gotowymi formami, w które wojskowi mogli wlać nowy zestaw życiowych celów.
Nie mniej wyczerpujące było szkolenie dla kandydatów na oficerów. W latach dwudziestych wszyscy kadeci musieli przejść przez Akademię Wojskową w Ichigai. Z przepełnionymi koszarami, nieogrzewanymi salami wykładowymi i niewystarczającym wyżywieniem, miejsce to przypominało raczej więzienie niż szkołę. Intensywność szkolenia w Japonii20 przerastała większość kursów na zachodnich akademiach wojskowych: w Anglii stopień oficerski przyznawano po 1372 godzinach szkolenia i 245 godzinach nauki własnej, ale w Japonii standardem były 3382 godziny zajęć lekcyjnych oraz 2765 godzin nauki własnej. Kadeci przechodzili codziennie przez wyczerpujący zestaw ćwiczeń fizycznych, a także zajęcia z historii, geografii, języków obcych, matematyki, nauk ścisłych, logiki, rysunku i kaligrafii. Każdy punkt w programie szkolenia podporządkowano dążeniu do perfekcji oraz triumfu. Ponad wszystko japońscy kadeci mieli wyrobić w sobie "wolę, która nie zna porażki". Byli tak przerażeni możliwością popełnienia najmniejszego nawet błędu, że wyniki egzaminów utrzymywano w tajemnicy, by ograniczyć wśród nich ryzyko samobójstwa.
Akademia była niczym odcięta od reszty świata wyspa. Japoński kadet nie cieszył się jakąkolwiek prywatnością ani żadną okazją do rozwinięcia indywidualnych zdolności dowódczych. Jego lektury były starannie cenzurowane, a czas wolny nie istniał. Historia i nauki ścisłe były wypaczone, aby przedstawić Japończyków jako nadludzi. "W czasie tych lat indoktrynacji21 odgradzano ich murem od zewnętrznych przyjemności, zainteresowań i wpływów - pisał o japońskich oficerach jeden z zachodnich autorów. - Atmosfera wąskich kolein, którymi kazano się im poruszać, przesączona była wyjątkową narodową i militarną propagandą. Choć już i tak pochodzili z rasy psychologicznie odległej od nas, to odciągano ich jeszcze dalej".
Latem 1937 roku Japończycy odnieśli wreszcie sukces i sprowokowali na pełną skalę wojnę z Chinami. W lipcu japoński pułk, zgodnie z traktatem stacjonujący w Tianjinie, prowadził ćwiczenia nocne w pobliżu zabytkowego mostu Marca Polo. Podczas przerwy z ciemności padło w kierunku Japończyków kilka strzałów, a jeden z żołnierzy nie stawił się na zbiórkę. Wykorzystując ów incydent jako pretekst do okazania potęgi Japonii w regionie, japońskie oddziały zbliżyły się do znajdującego się w pobliżu mostu fortu Wanping i zażądały otwarcia jego bram w celu poszukiwań zaginionego żołnierza. Kiedy chiński dowódca odmówił, Japończycy zbombardowali fort.
Do końca lipca Japonia umocniła swe pozycje w całym regionie Tianjinu-Pekinu, a w sierpniu Japończycy najechali Szanghaj. Drugiej wojny chińsko-japońskiej nie można już było powstrzymać.
Ale podbój Chin stał się zadaniem trudniejszym, niż przewidywali Japończycy. Tylko w Szanghaju siły chińskie przewyższały liczebnie japońską piechotę morską w skali dziesięć do jednego, a Czang Kaj-szek, przywódca Rządu Narodowego, zachował na tę bitwę swe najlepsze oddziały. Próbując w sierpniu dokonać desantu22 w dokach Szanghaju świeżych oddziałów w sile 35 tys. ludzi, Japończycy doświadczyli pierwszego niepowodzenia. Ukryte stanowisko artylerii otworzyło ogień i zabiło kilkuset ludzi, w tym kuzyna cesarzowej Nagako. Miesiącami Chińczycy bronili nadmorskiej metropolii, wykazując się wyjątkowym męstwem. Ku rozgoryczeniu Japończyków, bitwa o Szanghaj toczyła się wolno, ulica po ulicy, barykada po barykadzie.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[4] Słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę (przyp. red.).
Kronika ludzkiego okrucieństwa wobec bliźnich układa się w długą i bolesną opowieść. Jeśli jednak prawdą jest, iż nawet w tych pełnych grozy historiach można mówić o różnych poziomach bezwzględności i braku skrupułów, to jednak niewiele zbrodni w historii świata może się równać natężeniem i skalą z Gwałtem Nankińskim w okresie II wojny światowej.
Amerykanie uważają, że II wojna światowa zaczęła się 7 grudnia 1941 roku, kiedy to z pokładów lotniskowców japońskie samoloty zaatakowały Pearl Harbor. Europejczycy datują początek wojny na 1 września 1939 roku i hitlerowski atak Luftwaffe oraz dywizji pancernych na Polskę. Afrykanie dostrzegają ów początek nawet wcześniej, w inwazji Mussoliniego na Abisynię w 1935 roku. Jednak Azjaci muszą szukać początków wojny w pierwszych działaniach Japonii zmierzających ku militarnej dominacji nad Azją Wschodnią - w okupacji Mandżurii w 1931 roku.
Podobnie jak Niemcy Hitlera kilka lat później, Japończycy wykorzystali wysoko rozwiniętą machinę wojenną oraz mentalność rasy panów, próbując usankcjonować prawo do panowania nad sąsiednimi krajami. W Mandżurii, która szybko wpadła w ich ręce, Japończycy utworzyli marionetkowy rząd Mandżukuo, podległy rzekomo obalonemu cesarzowi Chin, lecz w rzeczywistości kierowany przez japońskich wojskowych. Cztery lata później, w 1935 roku, pod okupacją znalazły się Chaha'er i Hebei[3]. W roku 1937 roku padły Pekin, Tianjin, Szanghaj i ostatecznie Nankin. Lata trzydzieste XX wieku były trudne dla Chin. W istocie, ostatnich Japończyków zdołano wyrugować z chińskich ziem dopiero wraz z końcem II wojny światowej w 1945 roku.
Bez wątpienia, te czternaście lat dominacji japońskiego wojska naznaczone było niezliczonymi przypadkami niemal niewyobrażalnej bezwzględności. Nigdy nie dowiemy się o wszystkim, co wydarzyło się w wielu miastach i małych wioskach, które znalazły się pod butem najeźdźców. Jak na ironię, historię Nankinu znamy, albowiem nieliczni cudzoziemcy na własne oczy widzieli tamten horror i zdołali opowiedzieć o tym światu, Chińczyków zaś, którzy przeżyli jako naoczni świadkowie, było niewielu. Jeżeli jakieś wydarzenie może stanowić przykład zła absolutnego, kryjącego się pod maską nieokiełznanego wojskowego awanturnictwa, to jest to właśnie rzeź Nankinu. Ta książka o niej opowiada.
Ogólne fakty dotyczące Gwałtu pozostają, z wyjątkiem sporów wśród Japończyków, poza dyskusją. W listopadzie 1937 roku, po zwieńczonej sukcesem inwazji na Szanghaj, Japończycy otworzyli zmasowany atak na stolicę Republiki Chińskiej. Kiedy miasto padło 13 grudnia 1937 roku, japońscy żołnierze rozpoczęli orgię takiego okrucieństwa, z jakim rzadko - jeśli w ogóle - ludzkość miała w swej historii do czynienia. Dziesiątki tysięcy młodych ludzi zgromadzono i popędzono poza miasto, gdzie część zamordowano seriami z karabinów maszynowych, część posłużyła jako żywe tarcze do ćwiczenia walki na bagnety, innych oblewano benzyną i podpalano żywcem. Miesiącami ulice miasta zawalone były trupami i przesączone zapachem gnijącego ludzkiego ciała. Kilka lat później biegli1 Międzynarodowego Trybunału Wojskowego dla Dalekiego Wschodu (MTWDW) oszacowali, że na przełomie lat 1937 i 1938 w Nankinie z ręki Japończyków zginęło 260 tys. osób, choć niektórzy eksperci wskazywali na liczbę grubo powyżej 350 tysięcy.
Niniejsza książka oferuje tylko najogólniejsze podsumowanie okrutnych i barbarzyńskich czynów popełnionych przez Japończyków, jej celem bowiem nie było sporządzenie ilościowego spisu po to, by umiejscowić to wydarzenie wśród najgorszych zbrodni, jakie popełniono w historii. Tu chodzi o zrozumienie tego, co zaszło w Nankinie, by wyciągnięte zostały wnioski i by wybrzmiało ostrzeżenie. Różnice w skali odzwierciedlają jednak często różnice rodzajowe, dlatego trzeba posłużyć się statystyką, aby dać czytelnikowi pojęcie rozmiarów masakry, której dokonano w 1937 roku w Nankinie.
Pewien historyk oszacował2, że gdyby zabici w Nankinie chwycili się za ręce, to utworzyliby łańcuch z Nankinu do Hangzhou, długości 320 kilometrów. Ich krew ważyłaby 1200 ton, a ciała mogłyby zapełnić 2500 wagonów kolejowych. Ułożone jedno na drugim, sięgnęłyby na wysokość 74-piętrowego budynku.
Jeżeli odniesiemy się wyłącznie do liczby zabitych, to Gwałt Nankiński przewyższa większość najgorszych przypadków barbarzyństwa na przestrzeni wieków. Japończycy przebili Rzymian w Kartaginie3 (w tamtej rzezi zginęło "tylko" 150 tys. osób), chrześcijańskie armie w okresie hiszpańskiej konkwisty czy nawet niektóre potworności Timura Chromego4, który w 1398 roku zgładził w Delhi 100 tys. jeńców, a w latach 1400 i 1401 zbudował w Syrii dwie wieże z ludzkich czaszek.
Nie ulega wątpliwości, że w XX wieku, kiedy to narzędzia ludobójstwa zostały w pełni dopracowane, Hitler zabił 6 milionów Żydów, a Stalin ponad 40 milionów Rosjan, ale eksterminacja ta nastąpiła na przestrzeni kilku lat. Podczas Gwałtu Nankińskiego mordowanie trwało kilka tygodni.
Rzeczywiście, nawet wedle standardów najbardziej niszczycielskiej wojny w historii5, Gwałt Nankiński przedstawia jeden z najgorszych przykładów masowej eksterminacji. Aby wyobrazić sobie jego porównywalny rozmiar, musimy podeprzeć się dodatkowymi liczbami. Liczba ofiar Nankinu - jednego tylko chińskiego miasta - przekracza liczbę cywilnych ofiar poniesionych przez niektóre europejskie kraje przez całą wojnę. (Wielka Brytania straciła 61 tys. cywiliów, Francja 108 tys., Belgia 101 tys., a Holandia 242 tys.). Specjaliści zajmujący się tą problematyką uważają naloty bombowe za jedno z najbardziej przerażających narzędzi masowego zniszczenia. Ale nawet najgorsze ataki lotnicze nie przewyższają spustoszeń w Nankinie. Zginęło tam przypuszczalnie więcej ludzi niż w wyniku brytyjskich i amerykańskich nalotów na Drezno6 oraz w efekcie pożarów, które nastąpiły później (w owym czasie akceptowano na świecie liczbę 225 tys. ofiar, ale bardziej obiektywne wyliczenia mówią teraz o 60 tys. zabitych i przynajmniej 30 tys. rannych). Nie ma znaczenia, czy przyjmiemy najbardziej ostrożną liczbę7 - 260 tys. - czy też najwyższą - 350 tys. - szokująca jest refleksja, iż straty Nankinu dalece przewyższają liczbę ofiar amerykańskich nalotów na Tokio (ok. 80-120 tys.), a nawet zsumowaną liczbę ofiar eksplozji atomowych w Hiroszimie i Nagasaki do końca 1945 roku (szacowaną odpowiednio na 140 oraz 70 tys.).
Gwałt Nankiński powinien trafić do pamięci zbiorowej nie tylko z uwagi na liczbę zamordowanych, ale także ze względu na okrutny sposób, w jaki ci ludzie zginęli. Chińczyków używano jako żywe tarcze do ćwiczenia walki na bagnety i w zawodach ścinania głów. Szacuje się, że 20-80 tys. Chinek zostało zgwałconych8. Wielu żołnierzom nie wystarczył gwałt9, rozpruwali swym ofiarom brzuchy, odcinali im piersi, przybijali je żywcem do murów. Ojcowie byli zmuszani do gwałcenia swych córek, synowie swych matek, a członkowie rodzin do przyglądania się temu. Rutyną stało się nie tylko grzebanie żywcem, kastrowanie, wycinanie organów i pieczenie ludzi żywcem, lecz również praktykowanie bardziej diabolicznych tortur, takich jak wieszanie ludzi za języki na żelaznych hakach czy grzebanie ich od pasa w dół i przyglądanie się, jak są rozszarpywani przez owczarki niemieckie. Ów spektakl był tak odrażający, że nawet obecni w mieście naziści byli nim wstrząśnięci, a jeden z nich okrzyknął masakrę dziełem "bestialskiej maszynerii"10.
A jednak Gwałt Nankiński pozostaje wydarzeniem mało znanym. W przeciwieństwie do eksplozji atomowych w Japonii czy żydowskiego Holokaustu w Europie, okropieństwa masakry w Nankinie pozostają w zasadzie całkowicie nieznane poza Azją. Masakra pomijana jest przez większość literatury historycznej publikowanej w Stanach Zjednoczonych. Dogłębna analiza podręczników historii dla szkół średnich w USA wykazała, iż tylko nieliczne z nich w ogóle wspominają o Gwałcie Nankińskim. I prawie żadna z monograficznych, "definitywnych" historii II wojny światowej, czytywanych przez amerykańską publiczność, nie omawia masakry nankińskiej z większymi szczegółami. Na przykład wydana w 1966 roku American Heritage Picture History of World War II (Ilustrowana historia II wojny światowej), przez wiele lat najpopularniejsza jednotomowa ilustrowana historia wojny, nie wspomina o tym wydarzeniu ani jednym zdjęciem, ani jednym słowem. Choćby wzmianka o masakrze nie pojawia się w słynnych wspomnieniach Druga wojna światowa Winstona Churchilla (1065 stron), ani w kanonicznej, liczącej 947 stron Second World War (tytuł oryginału francuskiego La Seconde Guerre mondiale, rok wydania 1975) Henriego Michela. Gwałt Nankiński jest wzmiankowany tylko dwukrotnie w monumentalnym dziele - 1178 stron - Świat pod bronią: historia powszechna II wojny światowej (1994) Gerharda Weinberga. Tylko w książce Delivered from Evil: The Saga of World War II (I zbaw nas ode złego: opowieść o II wojnie światowej, 1987) - 998 stron - Roberta Leckiego znalazłam pojedynczy akapit na temat masakry: "Nic, co uczynili naziści pod wodzą Hitlera11, nie może się równać ze zbrodniami japońskich żołnierzy, którymi dowodził gen. Iwane Matsui".
O Gwałcie Nankińskim usłyszałam po raz pierwszy jako mała dziewczynka. Opowieść pochodziła od moich rodziców, którzy przetrwali lata wojny i rewolucji, nim w spokoju osiedlili się jako profesorowie w mieście akademickim na Środkowym Zachodzie USA. Dorastali w Chinach w okresie II wojny światowej i po jej zakończeniu zbiegli wraz z rodzinami na Tajwan, a następnie wyjechali do USA, aby studiować na Harvardzie i rozwinąć karierę naukową. Przez trzy dekady żyli spokojnie w społeczności akademickiej w Champaign-Urbana w stanie Illinois, prowadząc badania w dziedzinie fizyki i mikrobiologii.
Ale nigdy nie zapomnieli okropności wojny chińsko-japońskiej ani nie chcieli, żebym ja o nich zapomniała. Szczególnie zależało im, bym wiedziała, czym był Gwałt Nankiński. Żadne z moich rodziców nie było jego świadkiem, ale nasłuchali się o nim jako małe dzieci i tę historię przekazali mnie. Dowiedziałam się, że Japończycy, rozcinali małe dzieci nie tylko na pół, ale na trzy części i na ćwiartki; rzeka Jangcy przez całe dni była czerwona od krwi. Głosami drżącymi od wzburzenia rodzice opisywali Wielką Masakrę w Nankinie, czy też Nanjing Datusha, jako najbardziej diaboliczny incydent popełniony przez Japończyków w czasie wojnie, w której zginęło ponad 10 milionów Chińczyków.
Poprzez całe moje dzieciństwo Nanjing Datusha pozostawała w głębi mego umysłu jako metafora niewypowiedzianego zła. Ale pozbawiona była ludzkich szczegółów oraz ludzkiego wymiaru. Trudno było również odnaleźć granicę pomiędzy mitem a historią. Jeszcze w szkole podstawowej zaczęłam przeszukiwać biblioteki publiczne, aby sprawdzić, czego mogę się dowiedzieć o masakrze, ale niczego nie znalazłam. To mnie zadziwiło. Jeśli Gwałt Nankiński był w istocie tak krwawym, jednym z najgorszych epizodów ludzkiego barbarzyństwa w historii świata, jak twierdzili moi rodzice, to czemu nikt nie napisał o nim książki? Jako dziecko nie wpadłam na pomysł, żeby rozszerzyć swoje badania na rozległy system bibliotek Uniwersytetu Illinois i moja ciekawość wkrótce zanikła.
Niemal dwie dekady minęły, nim Gwałt Nankiński ponownie wtargnął w moje życie. Byłam już zamężną i prowadzącą spokojne życie zawodową pisarką w kalifornijskiej miejscowości Santa Barbara, kiedy usłyszałam od kolegi filmowca o parze producentów ze Wschodniego Wybrzeża, którzy ukończyli właśnie dokument o Gwałcie Nankińskim, lecz nie mogli zdobyć funduszy na odpowiednią dystrybucję tego filmu.
Ta sytuacja na nowo rozpaliła moje zainteresowanie. Wkrótce rozpoczęłam rozmowy telefoniczne z obojgiem producentów. Pierwszym był Shao Tzuping, chińsko-amerykański aktywista, który pracował w Nowym Jorku dla ONZ, służył jako były prezes Sojuszu Pamięci Ofiar Masakry Nankińskiej i pomógł wyprodukować kasetę wideo z filmem Magee's Testament (Świadectwo Johna Mageego). Drugim była Nancy Tong, niezależny filmowiec, która wyprodukowała i współreżyserowała z Christine Choy dokument In the Name of the Emperor (W imię cesarza). Shao Tzuping i Nancy Tong pomogli mi dołączyć do grona licznych aktywistów - pierwsze pokolenie Amerykanów i Kanadyjczyków chińskiego pochodzenia - którzy, tak jak ja, czuli się w obowiązku zaświadczyć o masakrze, dokumentować i upubliczniać ją, a nawet szukać zadośćuczynienia za zbrodnie popełnione w Nankinie, nim wszystkie ocalałe ofiary odejdą. Inni pragnęli przekazać swoje wojenne wspomnienia dzieciom i wnukom, obawiając się, że asymilacja w północnoamerykańskiej kulturze może sprawić, iż zapomną one o tej ważnej części ich historycznego dziedzictwa.
Tym, co ów nowo powstały ruch najbardziej zmobilizowało, była masakra na placu Tiananmen w 1989 roku, która popchnęła chińskie społeczności na całym świecie do formowania struktur i protestowania przeciw działaniom Chińskiej Republiki Ludowej. Ta prodemokratyczna inicjatywa pozostawiła po sobie rozległą i złożoną platformę internetowych powiązań; z tej sieci wyrósł oddolny ruch promujący prawdę o Nankinie. W centrach miejskich z dużymi skupiskami Chińczyków - jak obszar zatoki San Francisco, Nowy Jork, Los Angeles, Toronto i Vancouver - chińscy aktywiści organizowali konferencje i kampanie edukacyjne, aby rozpowszechniać informacje na temat japońskich zbrodni w okresie II wojny światowej. Wyświetlali filmy, publikowali fakty i fotografie w Internecie, a nawet całostronicowe reklamy w gazetach np. w "New York Timesie". Niektóre z tych grup były tak doskonale zorganizowane, że za naciśnięciem guzika były w stanie rozesłać wiadomość do ćwierci miliona czytelników na całym świecie.
O tym, że moje dziecięce wspomnienia o nankińskiej masakrze nie były zwykłą ludową legendą, lecz autentyczną historią mówioną, przekonałam się w grudniu 1994 roku, uczestnicząc w konferencji sponsorowanej przez Globalny Sojusz na rzecz Ochrony Historii II Wojny Światowej w Azji, w czasie której upamiętniono również ofiary zbrodni nankińskich. Konferencja odbyła się w Cupertino, na przedmieściach San Jose, w sercu kalifornijskiej Doliny Krzemowej. W sali konferencyjnej organizatorzy przygotowali wystawę zdjęć Gwałtu Nankińskiego - najbardziej przerażających obrazów, jakie widziałam w życiu. Choć jako dziecko nasłuchałam się tyle o masakrze nankińskiej, nic nie przygotowało mnie na to, co zobaczyłam - surowe czarno-białe zdjęcia odciętych głów, rozprutych brzuchów i nagich kobiet, zmuszanych przez swych gwałcicieli do przyjmowania pornograficznych póz, z twarzami naznaczonymi trudnym do zapomnienia wyrazem udręki i wstydu.
W jednej oślepiającej chwili pojęłam kruchość nie tylko życia, ale i samego człowieczeństwa. Kiedy jesteśmy młodzi, uczymy się o śmierci. Dowiadujemy się, że każdy z nas może zostać potrącony na przykład przez ciężarówkę lub autobus i w jednej chwili pozbawiony życia. I o ile nie jesteśmy wierzący, uważamy taką śmierć za bezsensowne i niesprawiedliwe odebranie życia. Ale szacunek wobec życia i procesu umierania wykazuje większość ludzi. Jeśli potrąci cię autobus, ktoś może ukraść ci torebkę lub portfel, kiedy będziesz leżeć w bólu, ale o wiele więcej osób pośpieszy z pomocą, próbując ratować twoje drogocenne życie. Ktoś zadzwoni pod 911, ktoś inny pobiegnie ulicą, by wezwać policjanta. Jeszcze ktoś inny zdejmie płaszcz, złoży go i podsunie ci pod głowę, byś, jeśli to w istocie ostatnie chwile twojego życia, doświadczył niewielkiego, lecz realnego pocieszenia, że ktoś się o ciebie zatroszczył. Tamte zdjęcia na ścianie w Cupertino pokazały, że nie jeden człowiek, lecz setki tysięcy mogły utracić życie, umrzeć dla czyjegoś kaprysu i następnego dnia ich śmierć pozbawiona była znaczenia. Ale jeszcze bardziej wymowne było, że ci, którzy przyczynili się do tych śmierci (najbardziej przepełnionej grozą, nawet jeśli nieuchronną, tragedią ludzkiego doświadczenia), mogli również poniżać swoje ofiary, by umierały w maksymalnym bólu i upokorzeniu. Nagle wpadłam w panikę, że ten przerażający brak szacunku wobec śmierci i umierania, to odwrócenie ludzkiej ewolucji społecznej, można zredukować do rozmiarów przypisu, traktowanego niczym nieszkodliwa wada w programie komputerowym, która może, choć nie musi, wywoływać problem, chyba że ktoś zmusi świat, by o niej sobie przypomniał.
W czasie konferencji dowiedziałam się12, że w przygotowaniu są dwie powieści na temat masakry nankińskiej (Tree of Heaven - Niebiańskie drzewo - oraz Tent of Orange Mist - Namiot z pomarańczowej mgiełki - obie opublikowane w 1995 roku), jak również album z fotografiami (The Rape of Nanking: An Undeniable History in Photographs, Gwałt Nankiński: niepodważalna historia - opublikowany w 1996 roku). Niemniej, do tego czasu nikt nie napisał po angielsku pełnej książki faktograficznej o Gwałcie Nankińskim. Zgłębiając historię masakry, odkryłam, że materiał na taką książkę istniał od zawsze i był dostępny w Stanach Zjednoczonych. Amerykańscy misjonarze, dziennikarze i oficerowie dokumentowali w dziennikach, filmach i zdjęciach swój ogląd tego wydarzenia. Dlaczego żaden amerykański autor czy też badacz nie sięgnął do tych bogatych złóż materiałów źródłowych z pierwszej ręki, aby napisać książkę lub chociaż dysertację poświęconą wyłącznie tej masakrze?
Niedługo później miałam już przynajmniej częściową odpowiedź na dziwną zagadkę, dlaczego światowa historiografia traktowała masakrę po macoszemu. Gwałt Nankiński nie przeniknął do światowej świadomości w taki sposób, jak Holokaust lub Hiroszima, ponieważ jego ofiary zachowały milczenie.
Jednak każda odpowiedź sugeruje nowe pytanie i teraz zastanawiałam się, dlaczego ofiary tych zbrodni nie wołały o sprawiedliwość. A jeśli rzeczywiście wołały, to dlaczego ich cierpienie nie zostało rozpoznane? Wkrótce stało się dla mnie jasne, że na straży tej zasłony milczenia stoi polityka. Chińska Republika Ludowa, Republika Chińska, a nawet Stany Zjednoczone dołożyły się do historycznego lekceważenia tego wydarzenia z przyczyn głęboko zakorzenionych w zimnej wojnie. Po komunistycznej rewolucji w Chinach w 1949 roku ani Chińska Republika Ludowa, ani Republika Chińska nie dopominały się o reparacje wojenne od Japonii (tak jak Izrael od Niemców), ponieważ oba rządy konkurowały o japoński handel oraz polityczne uznanie. I nawet Stany Zjednoczone, w obliczu zagrożenia komunizmem w ZSRR i w Chinach kontynentalnych, pragnęły potwierdzić przyjaźń i lojalność swego byłego wroga, Japonii. W ten sposób zimnowojenne tarcia pozwoliły Japonii uniknąć intensywnej, krytycznej analizy, której musiał się poddać jej wojenny sojusznik.
Co więcej, atmosfera zastraszenia w Japonii usztywniła otwartą, akademicką dyskusję o Gwałcie Nankińskim, jeszcze bardziej dławiąc wiedzę na temat wydarzenia. W Japonii wyrażenie prawdziwej opinii na temat wojny chińsko-japońskiej mogło - i nadal może - stanowić zagrożenie dla kariery, a nawet dla życia. (W 1990 roku zabójca postrzelił w klatkę piersiową Hitoshiego Motoshimę, burmistrza Nagasaki, za stwierdzenie, iż cesarz Hirohito ponosi pewną odpowiedzialność za II wojnę światową). Wszechobecne poczucie zastraszenia odwiodło wielu poważnych naukowców od wizyty w japońskich archiwach celem zbadania przedmiotu; w Nankinie powiedziano mi, że Chińska Republika Ludowa rzadko zezwala swoim uczonym na podróż do Japonii ze względu na grożące im fizyczne niebezpieczeństwo. W takich warunkach uzyskanie dostępu do archiwalnych materiałów na temat Gwałtu Nankińskiego stało się ogromnie trudne dla osób spoza wyspiarskiego narodu. Dodatkowo większość japońskich weteranów, którzy brali udział w Gwałcie Nankińskim, jest niechętna udzielaniu wywiadów na temat swoich doświadczeń, choć w ostatnich latach kilku z nich stawiło czoło ostracyzmowi, a nawet groźbom śmierci, aby upublicznić własne przeżycia.
Podczas pisania tej książki najbardziej mnie zaskoczyła i zasmuciła konsekwentna japońska odmowa pogodzenia się ze swą własną przeszłością. Nie chodzi tylko o to, że Japonia wyłożyła ledwie jeden procent sum, jakie zapłaciły Niemcy swym ofiarom w reparacjach wojennych. Nie chodzi tylko o to, że w przeciwieństwie do większości nazistów - uwięzionych lub przynajmniej zmuszonych do usunięcia się z życia publicznego, większość japońskich zbrodniarzy wojennych utrzymała po wojnie wpływowe stanowiska w przemyśle i w rządzie. Nie chodzi tylko o to, że kiedy Niemcy powtarzali swe przeprosiny kierowane do ofiar Holokaustu, w Tokio Japończycy wynieśli zbrodniarzy wojennych na ołtarze - coś, co jedna z amerykańskich ofiar wojny z Japonią określiła jako polityczny ekwiwalent "wzniesienia Hitlerowi katedry w samym środku Berlina"13.
Silną motywacją podczas tej długiej i trudnej pracy był dla mnie fakt, że wielu prominentnych japońskich polityków, uczonych oraz przemysłowców z uporem odmawiało przyznania - pomimo przytłaczających dowodów - że masakara nankińska w ogóle miała miejsce. W przeciwieństwie do Niemiec, gdzie nauczycielom prawnie zakazano usuwania Holokaustu z programu nauczania historii, Japończycy przez dziesięciolecia systematycznie czyścili swoje podręczniki z odniesień do masakry nankińskiej. Usuwali zdjęcia masakry z muzeów, manipulowali pierwotnym materiałem źródłowym i ograniczali wzmianki o rzezi w kulturze popularnej. Nawet uznani profesorowie historii przyłączali się do sił prawicowych, aby czynić to, co uznawali za narodowy obowiązek: dyskredytować raporty na temat masakry. W dokumencie In the Name of the Emperor jeden z japońskich historyków odrzuca cały Gwałt Nankiński takimi oto słowami: "Nawet jeśli zabito dwadzieścioro czy trzydzieścioro osób, byłby to dla Japonii wielki szok. Do tego czasu japońscy żołnierze stanowili wzór". To właśnie te rozmyślne próby wypaczania historii przez co poniektórych Japończyków utwierdziły mnie w przekonaniu, że ta książka jest potrzebna.
Jednak bez względu na znaczenie tego czynnika, niniejsza książka stanowi również odpowiedź na coś zupełnie innego. W ostatnich latach szczere próby skonfrontowania Japonii z konsekwencjami jej działań etykietowano mianem "antyjaponizmu". Z całą mocą zaznaczam, że nie będę przekonywać, iż w ciągu trzydziestolecia poprzedzającego II wojnę światową Japonia stanowiła jedyną imperialistyczną siłę na świecie, a nawet w Azji. Chiny same próbowały rozszerzać swe wpływy na sąsiadów, a nawet zawarły umowę z Japonią, określając strefy owych wpływów na Półwyspie Koreańskim, podobnie jak potęgi Europy podzieliły w XIX wieku prawa do handlowania w Chinach.
Co jeszcze ważniejsze, twierdzenie, jakoby krytyka japońskiego postępowania w określonym miejscu i czasie stanowiła krytykę Japończyków jako narodu, przynosi szkodę nie tylko mężczyznom, kobietom i dzieciom, którym odebrano życie w Nankinie, lecz również samym Japończykom. Niniejsza książka nie jest w zamierzeniu komentarzem na temat japońskiego charakteru czy też genotypu ludzi, którzy popełniali takie czyny. Dotyczy ona potęgi sił kultury, które albo przemieniają nas wszystkich w diabły, odzierając nas z resztek społecznego umiaru czyniącego ludzi ludzkimi, albo ów umiar wzmacniają. Niemcy są dziś lepszym miejscem, bo Żydzi nie pozwolili im zapomnieć o tym, co uczyniły w czasie II wojny światowej. Amerykańskie Południe jest lepszym miejscem dzięki uznaniu niewolnictwa oraz stuleci segregacji rasowej za zło, co było przyczynkiem do emancypacji. Japońska kultura nie pójdzie naprzód, póki nie uzna, nie tylko wobec świata, ale i samej siebie, jak niewłaściwe były jej działania w czasie II wojny światowej. W istocie, zaskoczyli mnie i ucieszyli Japończycy, którzy brali udział w konferencjach poświęconych Gwałtowi Nankińskiemu. Jak zasugerował jeden z nich, "chcemy wiedzieć tyle, co pani".
Niniejsza książka opisuje dwie powiązane ze sobą, acz oddzielne zbrodnie. Jedną z nich jest Gwałt Nankiński, czyli opowieść o tym, jak Japończycy starli z powierzchni ziemi setki tysięcy niewinnych cywilów w stolicy swojego nieprzyjaciela.
Drugą zbrodnią jest zatajenie, opowieść o tym, jak Japończycy, zachęceni milczeniem Chińczyków i Amerykanów, próbowali wymazać masakrę z publicznej świadomości, odbierając w ten sposób swoim ofiarom należne im miejsce w historii.
Struktura pierwszej części mojej książki - historia masakry - została w znacznej mierze zainspirowana słynnym filmem Rashomon, na motywach opowiadania Yabunonaka (W gaju) japońskiego pisarza Ryunosukego Akutagawy, opisującego przypadek gwałtu oraz morderstwa w Kioto w X wieku. Historia ta na pozór wydaje się prosta: bandyta urządza zasadzkę na podróżującego samuraja oraz jego żonę; kobieta zostaje zgwałcona, samuraj zabity. Historia robi się coraz bardziej złożona, śledzimy ją bowiem przez pryzmat każdego z bohaterów. Bandyta, żona, martwy samuraj i naoczny świadek dostarczają różnych wersji wydarzeń. Czytelnik sam musi ogarnąć całość opowieści, aby następnie zaakceptować lub odrzucić fragmenty każdej z relacji, i w toku tego procesu zbudować z subiektywnych i egoistycznych spostrzeżeń bardziej obiektywny obraz tego, co się mogło wydarzyć. Opowiadanie Akutagawy powinno zostać włączone do programu nauczania każdego kursu zajmującego się sprawiedliwością karną. Jego sens dotyka istoty historii.
Gwałt Nankiński opowiedziany jest tutaj z trzech różnych perspektyw. Pierwsza to perspektywa japońska. To opowieść o zaplanowanej inwazji - o tym, co japońskiej armii nakazano uczynić, w jaki sposób i dlaczego. Druga perspektywa należy do Chińczyków - ofiar; to opowieść o losie, jaki spotyka miasto, kiedy rząd nie jest już w stanie dalej chronić swoich obywateli przed najeźdźcami z zewnątrz. Ta część zawiera osobiste historie samych Chińczyków, historie porażki, rozpaczy, zdrady i przetrwania. Trzecia perspektywa jest perspektywą Amerykanów oraz Europejczyków. Ci cudzoziemcy zostali, przynajmniej przez jeden moment w historii Chin, bohaterami. Garść ludzi Zachodu ryzykowała własne życie, żeby pomagać chińskim cywilom podczas masakry i ostrzec resztę świata przed zbrodniami, których dokonywano na ich oczach. Dopiero w kolejnej części książki, poświęconej okresowi powojennemu, zajmujemy się wygodną obojętnością Amerykanów i Europejczyków wobec tego, co opowiedzieli im ich rodacy obecni na miejscu.
Ostatnia część mojej książki analizuje siły, które zmówiły się, aby utrzymywać Gwałt Nankiński poza sferą publicznej świadomości przez ponad pół wieku. Piszę również o ostatnich wysiłkach mających sprawić, że to zniekształcenie historii nie pozostanie bez odpowiedzi.
Każda próba wyjaśnienia tych spraw, musi rzucić światło na sposób, w jaki Japończycy jako naród chronili, pielęgnowali i podtrzymywali swoją zbiorową amnezję - wręcz negację - kiedy konfrontowano ich z zapisem własnego postępowania w tamtym okresie. Ich odpowiedź nie kończyła się na pozostawianiu białych plam w książkach historycznych, tam, gdzie zapis okazywał się nazbyt bolesny. Najbardziej odrażające aspekty postępowania japońskich wojskowych w czasie wojny z Chinami zostały faktycznie pominięte w edukacji japońskich uczniów. Ale kamuflowano również rolę narodu w wywołaniu wojny, kultywując mit, iż Japończycy byli ofiarami, a nie sprawcami II wojny światowej. Groza, która dotknęła Japończyków wraz z atomowymi bombardowaniami Hiroszimy i Nagasaki, pomogła mitowi zastąpić historię.
Kiedy przychodzi do wyrażenia skruchy za swe własne zbrodnie wojenne pod pręgierzem światowej opinii publicznej, Japonia po dziś dzień pozostaje państwem-renegatem. Nawet w okresie bezpośrednio po wojnie - i pomimo uznania winy kilku swoich przywódców w procesach o zbrodnie wojenne - Japończycy zdołali uniknąć moralnego osądu cywilizowanego świata, jak to się stało w przypadku Niemiec, które poniosły odpowiedzialność za czyny, których dopuściły się w tych mrocznych czasach. Nadal unikając osądu, Japończycy zostali prowodyrami innego przestępstwa. Jak ostrzegał przed laty noblista Elie Wiesel, zapomnieć Holokaust to jak zabić powtórnie.
Pozostaje moją największą nadzieją, że ta książka zainspiruje innych autorów oraz historyków do zbadania opowieści ocalałych z Nankinu, nim ostatnie głosy przeszłości, cichnące jeden po drugim z każdym rokiem, umilkną na zawsze. Być może jeszcze ważniejsze jest to, że - mam nadzieję - poruszy ona sumienia Japończyków do wzięcia odpowiedzialności za ten epizod.
Pisząc tę książkę, miałam w głowie nieśmiertelne ostrzeżenie George'a Santayany: Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie.
[3] (1) Chińskie nazwiska i nazwy własne pisane są w transkrypcji hanyu pinyin, chyba że istnieją utarte formy polskie, np. Nankin zamiast Nanjing. (2) Chińskie nazwiska piszemy według kolejności tradycyjnej, tj. najpierw nazwisko potem imię. (3) Nazwy japońskie podawane są w pisowni stosowanej przez autorkę, nazwiska wymieniane są w porządku zachodnim, tj. najpierw imię, potem nazwisko (przyp. tłum.).
13 grudnia 1937 roku Nankin, stolica narodowych Chin, dostał się w ręce Japończyków. Dla Japonii miał to być decydujący punkt zwrotny wojny, triumfalna kulminacja półrocznej walki przeciwko armiom Czang Kaj-szeka[1] w dolinie Jangcy. Dla sił chińskich, których heroiczna obrona Szanghaju ostatecznie zawiodła, a ich najlepsze oddziały poniosły ogromne straty w ludziach, upadek Nankinu był gorzką, być może śmiertelną klęską. Obecnie możemy myśleć o Nankinie jako o punkcie zwrotnym innego rodzaju. To, co wydarzyło się wewnątrz murów tego starego miasta, jeszcze bardziej zdeterminowało Chińczyków do tego, by odzyskać Nankin i przepędzić najeźdźcę. Chiński rząd wycofał się, przegrupował i ostatecznie przetrwał inwazję Japonii w wojnie, która skończyła się dopiero w 1945 roku. Przez te osiem lat Japonia będzie okupować Nankin i stworzy rząd chińskich kolaborantów, ale nigdy nie uda jej się sprawować rządów, ciesząc się zaufaniem i mając do tego legitymację. Nigdy też nie uda jej się zmusić Chin do kapitulacji. W większej części świata, "gwałt" nankiński - jak go natychmiast nazwano - zwrócił opinię publiczną przeciw Japonii skuteczniej niż cokolwiek innego. Ta sprawa nadal pozostaje otwarta w Chinach, gdzie już kilka pokoleń uczono o zbrodniach, których dopuściła się Japonia, i jej - trwającej po dziś dzień - niezdolności do ich odpokutowania. Sześćdziesiąt lat później duchy Nankinu nadal zakłócają relacje chińsko-japońskie.
I trudno się dziwić. Złupienie stolicy Chin przez Japończyków było przerażającym wydarzeniem. Masowych egzekucji żołnierzy oraz rzezi i gwałtów dokonanych na dziesiątkach tysięcy cywilów dokonano z naruszeniem wszelkich reguł wojny. Nadal zadziwia zbiorowy szał niszczenia, zaplanowany ewidentnie w celu sterroryzowania ludności. Wywołano go wprost na oczach międzynarodowych obserwatorów, w dużej mierze ignorując ich wysiłki, aby owo szaleństwo zatrzymać. I nie było to tymczasowe złamanie dyscypliny wojskowej, rzezie bowiem trwały przez siedem tygodni. O tym właśnie jest pełna grozy opowieść, którą z taką mocą przedstawia Iris Chang w tym pierwszym, pełnym anglojęzycznym studium tragedii nankińskiej.
Być może nigdy nie dowiemy się dokładnie, co motywowało japońskich dowódców i żołnierzy do tak bestialskiego postępowania. Ale Iris Chang pokazuje dobitniej niż wszystkie poprzednie relacje to, co uczynili. Wykorzystuje w tym celu szerokie spektrum materiałów źródłowych, włączając niepodważalne świadectwa bezstronnych obserwatorów: zagranicznych misjonarzy i przedsiębiorców, którzy przebywali w bezbronnym mieście w chwili, gdy wkroczyli do niego Japończycy. Jednym z takich źródeł, które odkryła Iris Chang, jest dziennik - w istocie małe archiwum - Johna Rabego, niemieckiego przedsiębiorcy i narodowego socjalisty, który kierował międzynarodowymi staraniami na rzecz ochrony ludności Nankinu. Oczami Rabego oglądamy przerażenie oraz odwagę mieszkańców Nankinu, kiedy stają bezbronni wobec japońskiej napaści. Dzięki relacji Iris Chang doceniamy odwagę Rabego i innych, którzy próbowali coś robić, kiedy podpalano miasto i stosowano przemoc wobec jego mieszkańców; kiedy szpitale były zamknięte, a kostnice pełne; i kiedy wokół zapanował chaos. Czytamy również o Japończykach, którzy pojmowali, co się dzieje, i odczuwali wstyd.
Gwałt Nankiński został w znacznej mierze zapomniany na Zachodzie, stąd znacznie tej książki. Nazywając to wydarzenie "zapomnianym holokaustem", Iris Chang kreśli związki pomiędzy rzezią milionów niewinnych podczas II wojny światowej w Europie i Azji. Dla jasności, Japonia oraz nazistowskie Niemcy dopiero później zostaną sojusznikami, i to niezbyt dobrymi sojusznikami. Ale wydarzenia w Nankinie, które dla Hitlera z pewnością nie były niczym wyjątkowym, uczynią potem Japonię i Rzeszę moralnymi współspiskowcami i obydwa państwa - jako brutalni agresorzy - staną się sprawcami tego, co ostatecznie zostanie nazwane "zbrodniami przeciwko ludzkości". W.H. Auden, który był świadkiem wojny w Chinach, nakreślił ów związek wcześniej niż pozostali:
I mapy mogą naprawdę takie miejsca wskazać
Gdzie życie jest samym złem:
Nankin. Dachau.[2]
WILLIAM C. KIRBY
Profesor historii współczesnych Chin
oraz szef Wydziału Historii
na Uniwersytecie Harvarda
[1] Jakkolwiek bliższa chińskiemu brzmieniu jest transkrypcja "Cziang Kai-szek", w tej książce stosujemy przyjętą w polskiej literaturze sinologicznej pisownię Czang Kaj-szek, choć jest ona nieprecyzyjna (przyp. red.).
[2] Przeł. Jacek Dehnel.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej